Bajka [fantasy?]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Melchior
Zarodek pisarza
Posty: 18
Rejestracja: ndz 27 sty 2008, 13:57
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Bajka [fantasy?]

Postautor: Melchior » ndz 02 paź 2011, 13:11

BAJKA

  Działo się to w krainie, gdzie nie było innych władców niż ludzie. Jeziora były tam błękitne jak niebo, a niebo błękitne jak jeziora. Czarne niczym smoła góry niemal sięgały do chmur. Na skraju miasta pełnego kominów, leżał sierociniec, w którym mieszkał chłopiec zwany Pająkiem. Był mały, chudy i miał wyłupiaste oczy.
  Pokój, w którym wspólnie spali chłopcy był wielki, ciemny i śmierdzący jak jaskinia pełna nietoperzy. Brudne okna, brudne podłogi – nie mogli ich myć, żeby nie zapomnieć że nie są ludźmi, a jedynie psami które miały służyć. Wielkie drewniane podpory, a pomiędzy nimi stare szpitalne łóżka, na których spało po trzech chłopców. Co rano przychodziła tutaj Opiekunka, wielka kobieta zawinięta w ubrania jak w drugą skórę. Zawsze przychodziła z drągiem i wiadrem zimnej wody. Drąg był dla tego, który wstał najpóźniej, podobnie jak wiadro, ale Pająkowi nikt o tym nie powiedział. Pierwszego dnia gdy tu przybył,, nie odezwali się do niego nawet słowem. Położył się do łóżka z żołądkiem ściśniętym jak pieść, a obudził go drąg.
   Wstawaj, wstawaj! - wrzeszczała Opiekunka
  Raz po raz uderzała go po głowie, po rękach i torsie. A on wrzeszczał. I krzyczał. I wrzeszczał. A reszta chłopców stała i patrzyła, jak Opiekunka okłada go drągiem i polewa lodowatą wodą.
  W końcu chwyciła go za kark jak młode szczenię i postawiła na podłodze. Woda kapała z kusego ubrania.
  Widzicie tutaj młodego, głupiego, wstrętnego jak pająk chłopca. Lenia, który już od pierwszego dnia się obija. Pójdzie do karceru i będzie w nim przez tydzień, i zapamiętajcie to sobie dobrze, każdy z was pójdzie do karceru jeśli będzie się tak obijał.
  Nie powiedzieli słowa w jego obronie. Widział ich twarze zniekształcone w brudnych szybach, patrzące z góry. Odprowadzali go wzrokiem, aż do karceru, małej budy leżącego przy murze odgradzającym sierociniec od pobliskich lasów. Przypominał rozmiarami i wysokością piec chlebowy. Miał tylko jedno, małe okienko, nie większe od jego ręki, w drzwiach.
  Opiekunka wyciągnęła z kieszeni duży, pordzewiały klucz i włożyła do zamka. Przekręciła trzy razy.
  Klik-klak.
  Mechanizm zaskoczył i drzwi się otworzyły.
   Wchodź do środka albo znów dostaniesz.
  Pająk wszedł do środka a drzwi zatrzasnęły się za nim. Nic nie widział, było zbyt ciemno. Za to słyszał jak Opiekunka mówi:
  Nie próbuj uciekać, to ci się nie uda. Nie próbuj niczego niszczyć, to ci nic nie da. Nie próbuj mnie przeklinać, wszystko usłyszę i przyjdę, i wyćwiczę cię drągiem i wodą. Nie próbuj znaczyć ścian, bo cię ukarzę.
   Myśl nad tym co zrobiłeś złego. Przemyśl to dobrze. Zastanów się czy chcesz marznąć i głodować, czy jeść i pracować.
   Wodę masz w misce, a jedzenie w wiadrze. Drugie jest na nieczystości.
  Na tym skończyła swoją tyradę.
  Nie minęło parę chwil i Pająk zauważył że robi się coraz jaśniej i jaśniej. Wzrok przyzwyczajał się do półmroku. Teraz mógł zobaczyć na czym stoi - było to klepisko zaściełane słomą. Na nim leżały dwa wiadra, z których okropnie śmierdziało. Z tego bliższego wystawała duża łyżka. Z tego drugiego nie wystawało nic. Pomiędzy wiadrami leżała miska. Brudna i poobijana, ale cała. Upił z niej łyk wody. Smakowała wstrętnie.
  Zimne ściany, szorstkie jak dłonie ludzi, którzy zabrali go ze spalonego domu. Wtykał pomiędzy nie źdźbła żeby wiedzieć ile minęło czasu.
  Pierwszego dnia dużo myślał, o chłopcach i o Opiekunce. Mamrotał przekleństwa. Nacierał się słomą próbując szybciej wyschnąć.
  Drugiego myślał o jedzeniu. Chodząc w kółko, i gryząc kolejne źdźbła. Ślina zbierała się w ustach.
  Trzeciego tylko leżał trzęsąc się z zimna i choroby. Owinięty w koc. Nie mogąc się nawet ruszyć po jedzenie.
  Czwartego dnia nie pamiętał. Następne co zobaczył to twarz Opiekunki. Leżał w pomieszczeniu, którego nie znał, ale za drzwiami słyszał krzyki chłopców. Chłopcy zawsze krzyczeli.
   Słaby jesteś, bardzo słaby.
  Wyszła. Pająk został sam, niezdolny ruszyć się nawet o milimetr. Zamknął oczy i minęło sporo czasu nim otworzył je ponownie.
   Taki ładny chłopiec, taka ładna będzie cena gdy wyrośnie – tylko to zapamiętał ze swojego długiego snu. Chłopcy wciąż się nie odzywali do Pająka. Nie rzucali wyzwiskami gdy przechodził – po prostu go ignorowali, jakby nie istniał. Wiedział kiedy to się skończy – kiedy pojawi się ktoś młodszy.
  Kolejne dni zlewały się w jedno. Codziennie rano pobudka, kąpiel w zimnej wodzie i skromne śniadanie. Później praca: zamiatanie podwórka, zamiatanie sierocińca, naprawa dachu, rozpalanie w piecu, noszenie tam i z powrotem różnych rzeczy. Czasami jeszcze sprzątanie w kuchni, ale rzadko, bo to był przywilej – zawsze można było ukraść trochę jedzenia. Za więcej niż trochę były surowe kary. A najstraszniejszej z nich, spotkanie z panem Łamignatem, każdy chciałby uniknąć.
  Zobaczył go w dniu Sprzedaży, kiedy to zabierano najbardziej wyrośniętych z chłopców, w zamian za pieniądze dla Opiekunki.
  Wielki i czarny, patrzył spod ronda kapelusza na wsiadających na wóz chłopców. Nie krzyczał, gdy jeden z nich nie chciał wsiąść. Podszedł do niego, wyciągnął zza pasa obitą żelazem pałkę i uderzył. Prosto w piszczel. Chłopiec upadł i zaczął wyć. Jak zwierzę. Noga sterczała mu pod nienaturalnym kątem, z oczu ciekły łzy. Łamignat wziął go w obie ręce i rzucił na wóz jak bezładny worek.
   Jeszcze któryś?
  Spytał resztę chłopców przyglądających się całej scenie.
  Żaden nie odpowiedział. Kolejno, posłuszni, wsiadali na wóz. Kiedy weszli wszyscy Opiekunka wzięła od Łamignata zapłatę. Wymienili pożegnania i mężczyzna odjechał. Jeszcze przez dłuższy czas śledziła go wzrokiem, podobnie jak i Pająk.
  Wraz z pierwszym śniegiem doczekał się awansu – opiekunka przydzieliła mu najgorszą pracę, na zmianę z trzema najmłodszymi chłopcami, rąbanie drewna. Ci chłopcy byli pierwszymi którzy z nim rozmawiali, ale jedynie po to by go zmusić do wykonywania ich roboty. Zgodził się w zamian za dodatkowe jedzenie.
  Pająk wzniósł siekierę i przerąbał pieniek na pół. Z trudem – nadal miał zbyt mało siły na tę pracę.
   Nazywasz się Pająk.
  Odwrócił się by zobaczyć kto to powiedział. Przed nim stał chłopiec, wyglądał na starszego i był o pół głowy wyższy. Twarz miał wychudłą i szarawą, żywe wydawały się w niej jedynie oczy. Starszy rozejrzał się po podwórku – było puste.
   Mały zwrócił na ciebie uwagę.
   Kto?
   Najstarszy i największy z nas, jedyny z własnym pokojem, powiedział że wytłucze z ciebie gówno.
  Pająk poczuł jak żołądek zacisnął się w twardą gulę.
   Czemu mi to mówisz?
  Jego rozmówca wzruszył ramionami.
   Żeby było ciekawiej.
  Starszy odwrócił się i szybko pobiegł z powrotem do sierocińca.
  Dni które nadeszły były spokojne, ale zauważył że pozostali uważnie go obserwują. Myślał że wie czego się spodziewać. Jednak los znowu z niego zakpił – wezwała go do siebie Opiekunka i kazała zając się piwnicą. Miał wziąć worek ziemniaków.
  Pająk trząsł się ze strachu, z jedną ręką na klamce a w drugiej ściskając zapaloną świecę – chodziły plotki że chłopcy nie zawsze stąd wracali. Postawił pierwszy krok. Zachwiał się i oparł o ścianę – schody były śliskie, jakby niedawno spływała po nich woda. Z ciemności przed nim wionęło stęchlizną, zimnem. Płomień nie oświetlał wiele, jedynie kilka kroków naprzód.
  Szedł w dół, wosk ze świecy parzył go w rękę.
  Kiedy postawił stopę na posadzce omal nie upadł, myślał że schody nigdy się nie skończą.
Worek o którym mówiła Opiekunka był szary od brudu, przez co wyglądał jak duży kamień. Pająk chwycił go i pociągnął - nie przesunął się nawet na włos. Pociągnął mocniej, ale nic to nie dało.
  Usiadł. Świeczkę wkręcił między jedną ze szpar w kamiennej podłodze. Musiał pomyśleć.
   Chłopcze.
  Usłyszał szept za plecami. Wstał i obejrzał się, ale nie nikogo nie było.
  Drżącą ręką sięgnął do worka. Same ziemniaki. Rozejrzał się szukając czegoś w czym mógłby je przenieść. Znalazł wiadro. Przesypał je do niego, wziął świece i ruszył w górę. Wracał jeszcze trzy razy. I za ostatnim razem, gdy świeca się wypaliła, a on poruszał się w ciemnościach, po omacku, znów usłyszał głos.
   Chłopcze.
  Serce biło jak młot. Potykając się o własne nogi, zagarnął tyle ziemniaków z worka ile mógł i ruszył z wiadrem po schodach. Ścigały go własne koszmary. Potwory które widział w wyobraźni.
  Poślizgnął się na schodach, tuż przed wyjściem. Upadł i wiadro wyleciało mu z rąk. Obijając się o schody poleciało w dół. Pająk obejrzał się za siebie. Ciemność była nieprzenikniona. Doczołgał się do wyjścia i padł na plecy. Dysząc ciężko powtarzał sobie, zapomnij, zapomnij, zapomnij, jednak to zaklęcie nie działało.
  Mijały dni, a on bardziej niż wizyty Małego bał się kolejnej w piwnicy. Szybciej doczekał się tego pierwszego.
  Spotkali się na korytarzu prowadzącym z sypialni chłopców do schodów na dół.
  Mały najpierw splunął mu w twarz. Później go uderzył. Miał tylko trzy powody, dla których to zrobił: był najstarszy, największy i najokrutniejszy.
  Kopnął go jeszcze na pożegnanie i na tym skończyło się ich pierwsze spotkanie. Pająk powiedział wtedy sobie, że nigdy więcej nie da się tak potraktować. Jednak były kolejne razy. Razy i razy. Siniaki za każdym razem były takie same jak i obietnice składane samemu sobie.
   Będę silny. Będę bić. Będę kopać.
  Szeptał bezgłośnie ciemną nocą, zmęczony i obolały.
  Aż pewnego dnia wyjrzał na korytarz i poczuł że coś się w nim zmieniło. Rzucił miotłę, którą sprzątał sypialnie chłopców i ruszył w kierunku skąd zawsze przychodził go dręczyć Mały ze swoją grupą.
  Jednak teraz najstarszy z chłopców szedł sam.
   Mały!
  Mały uśmiechnął się odsłaniając zęby jak wściekły pies. Najstarszy podbiegł do Pająka i nachylił się na nim, tak nisko, że ten mógł poczuć śmierdzący oddech największego z chłopców.
   Czego chcesz gówniarzu?
   Pobić cię.
   Co?
   Pobić cię.
  Najstarszy z chłopców odwrócił się do niego plecami i zaczął iść tam skąd przyszedł. Szedł powoli, każdy krok rozbrzmiewał wyraźnie na korytarzu, więc kiedy zatrzymał się tuż przed zakrętem Pająk najpierw poznał to po ciszy. Wciąż stojąc plecami do niego Mały powiedział:
   Dobra. Niech będzie jutro, w południe, tutaj, na korytarzu. Kto wygra ten może kazać drugiemu co tylko zechce.
  Pająk nie odpowiedział. Odszedł z powrotem zamiatać sypialnie chłopców, tak jak kazała mu Opiekunka.
  Następnego dnia Pająk z Małym, stanęli na przeciwnych końcach korytarza.. Nie zmierzyli się wzrokiem. Nie powiedzieli sobie nic. Po prosto ruszyli na siebie. Chłopcy za ich plecami wrzeszczeli.
  Pająk machał rękoma i krzyczał. Młócił powietrze przed sobą, jak cep. Mały szedł prosto, jakby go nie widział. Podbiegł do niego, złapał za rękę. Spojrzeli sobie w oczy. Pająk spróbował go uderzyć wolną ręką, ale tą również chwycił.
   Gówniarz.
  Powiedział Mały i rzucił go o ścianę.
Osunął się na podłogę i czarne plamki zaczęły latać mu przed oczyma. Bolało. Słyszał wyraźnie swój świszczący oddech, wyraźniej niż krzyki pozostałych. Walczył z płucami o każdy haust powietrza, więc kiedy zobaczył nad sobą Małego nawet się nie ruszył. Najstarszy zaczął go kopać po brzuchu, a on zwijał się jak gąsienica.
   Gówniarz. Zasrany gówniarz.
  Chłopcy wciąż wrzeszczeli. Mały wciąż kopał, a Pająk krzyczał z bólu.
  Nagle najstarszy z chłopców przestał go bić, pozostali ucichli.
   CO WY TU ROBICIE? CO WY TU ROBICIE?
  Słyszał jak biegnie ku nim, rozdzielając razy drągiem. Słyszał uciekających chłopców. A kiedy usłyszał wrzaski Małego, zapadł w ciemność z uśmiechem.
  Obudził się w pokoju, którego nigdy wcześniej nie widział. Stał nad nim chłopiec - wyciągnął ku Pająkowi kubek z wodą.
   Pij.
  Powiedział szeptem.
  Przełykał łapczywie patrząc na okrągłą twarz chłopca. Pająk nie mógł się jej nadziwić, była wręcz tłusta. Przypominała krążek sera, podczas gdy jego własna, wyglądała jak obciosany nożem kawałek drewna.
   Czemu to zrobiłeś?
   Pluł na mnie, bił, wyśmiewał. Dzień w dzień.
  Pająk wyszeptał te słowa jak ciąg klątw.
  Grubasek nie zdziwił się, nie zadrwił, powiedział tylko:
   Nazywają mnie Serek.
   Czemu?
   Mówią że śmierdzę.
  Pająk uśmiechnął się słabo, Serek również. Niewiele było w sierocińcu miejsca na żarty. Tak zaczęła się ich przyjaźń.
  Było więc tak, że Serek cierpliwie tłumaczył mu różne rzeczy, gdy czasami mogli porozmawiać. Czemu Opiekunka nie sprzedała Małego? Czemu nikt nigdy nie chce iść do piwnicy? Czemu Opiekunka ich bije?
  A serek odpowiadał: bo Mały jest jej ulubionym chłopcem, bo nikt nie jest głupi, bo lubi karać.
  Pająk zadawał dużo pytań, aż w końcu zadał to jedno, które miało zadecydowało o jego losie.
   Czemu nie jesteś chudy?
  Serek się roześmiał.
   Bo dużo jem.
  Parę dni później znowu mieli okazję porozmawiać na ten temat.
  Z nieba padał śnieg. Pająk podniósł siekierę i przerąbał kawałek drewna. Szło mu coraz lepiej. Serek tylko się przyglądał - jakimś cudem Opiekunka znowu nie zagoniła go do żadnej pracy.
   Skąd masz jedzenie?
   Zadajesz pytania jak Opiekunka.
  Pająk przerąbał kolejny pieniek. Spojrzał na przyjaciela.
   Dobra, pokażę ci. Skończ to, a pokaże ci skąd mam to żarcie.
  Kiedy skończył pracę, Serek poprowadził go przez korytarz. Minęli kuchnie, która była zamknięta na głucho o tej porze. Stanęli przy wąskich drzwiach położonych parę kroków obok.
   Otwórz.
  W środku było wiele szczotek i mioteł. W większości zakurzonych, ledwo widocznych w świetle wpadającym przez małe, brudne okienko. Serek zamknął drzwi,, przeszedł dwa kroki i ukląkł. Przesunął parę szczotek tuż przy samej podłodze i oczom Pająka ukazała się dziura.
   Wchodź.
  Nie podobało mu się to - przypominało o zdarzeniach w piwnicy.
   Wchodź, zmieścisz się.
  Nie czekając na odpowiedź wczołgał się do dziury. Pająk szybko ruszył za nim. Przeciskając się przez ciemność czuł jak zaczyna brakować mu powietrza. Panikował. Przysiągłby że trwało to wieczność, kiedy wyczołgał się na podłogę w jakimś innym pomieszczeniu, równie ciasnym i słabo oświetlonym. Pełno było w nim garnków.
   Wstawaj, już jesteśmy.
  Serek podał mu rękę i podźwignął go w górę, a później otworzył drzwi. Znaleźli się w kuchni,. Nie było tutaj okien, a samotne źródło światła - pojedyncza świeca, stała na ogromnym stole, wydobywając z mroku jedynie zarysy reszty pomieszczenia.
   Chodźmy do spiżarni. Tylko nie zjedz za dużo, ja też chce zjeść.
Następne dni były najszczęśliwszymi w jego życiu. Mógł jeść. Miał przyjaciela. Udawało mu się wstawać tak wcześnie, że nie dostawał razów od Opiekunki. Mały rzucał mu nienawistne spojrzenia, ale nic nie robił.
  To był szczęśliwy czas. Czas kłamstw.
  Nadszedł jednak dzień, gdy Opiekunka znowu wysłała go do piwnicy, a Serek gdzieś się zapodział. Pająk musiał iść sam.
  Piwnica w niczym się nie zmieniła. On się w niczym nie zmienił. Tyle tylko że przybyło mu blizn i trochę tłuszczu. Strach pozostał, tym większy że za karę za bójkę z Małym Opiekunka nie dała mu świecy.
  Stąpał ostrożnie, bojąc się że zbudzi głos, który słyszał poprzednio. Znalazł drugi, mniejszy worek z ziemniakami i zarzucił go sobie na plecy.
   Czemu się boisz?
  Powiedział ktoś cicho.
  Pająk wrzasnął i przewrócił się Puścił worek. Czołgając się na kolanach, próbował znaleźć schody. Nie pamiętał z której strony były.
   Nie ma czego się bać. Spójrz.
  Pająk znieruchomiał. Głos brzmiał zza jego pleców. Chłopcu serce podchodziło do gardła, czuł jak bije mu w ustach.
  Odwrócił się i zobaczył oczy świecące w ciemnościach, jasno jak małe słońca. Oświetlały swojego właściciela – szczura.
  Pająk widział, że szczur jest większy niż jego własna głowa, że ogon, przypominający robaka wyciągniętego wprost z ziemi, jest długi jak ręka, że futro, w upiornym świetle oczu, wygląda obrzydliwie.
   Chłopcze, nie bój się.
  Pyszczek szczura się nie poruszył, ale mimo to słyszał jego głos. Brzmiał jak u starego człowieka.
   Nie zrobię ci krzywdy.
   C-czego chcesz?
  Wyszeptał Pająk - język odmawiał mu posłuszeństwa.
   Dać ci szansę. Dać ci siłę… W zamian chce czegoś bardzo małego, czegoś mniejszego ode mnie. Chcę… Chcę twojego serca.
  Nie mógł złapać oddechu, jak po uderzeniu Małego.
   Nic ci nie zrobię. Tylko odpowiedz. Czy się zgadzasz?
  Pająk patrzył niczym zahipnotyzowany na szczura. Na kolanach, na brudnej podłodze, czuł jak strach go paraliżuje.
   Czemu ja?
  Szczur zamiast odpowiedzieć zadał pytanie.
   Czy jest ktoś kogo naprawdę nienawidzisz?
  Cisza która zapadła była absolutna. Pająk słyszał jak bije jego serce. Brzmiało tak głośno jak uderzenia młota o kowadło.
   Dam ci siłę, jeśli dasz mi swoje serce. Będzie rosło, a ja będę je jadł. Ono będzie odrastać a ja będę je jadł. Za siłę, czy dasz mi swoje serce?
  Ręce mu się trzęsły. Koszmar, to tylko koszmar, próbował zakląć rzeczywistość.
  Jednak potwór nadal tam był.
  Pająk chciał płakać, chciał wrzeszczeć, chciał uciekać. Ale zdobył się tylko na to trzecie. Potykając się o schody, dotarł do drzwi i je otworzył. Wrócił do światła i padł jak ryba wyrzucona na brzeg.
  Przez kolejne dni, pracując, jedząc, myślał tylko o koszmarze który przeżył. Na żarty Serka jedynie odburkiwał. Wiele dni później zbudził go ból. Drąg Opiekunki zostawił ślad na policzku. Ona i Serek stali nad nim. Chłopiec wskazywał go palcem i mówił.
   To on kradł jedzenie. To on jest winien. Proszę spojrzeć na okruchy. Proszę spojrzeć.
  Pająk rzeczywiście był cały w okruchach.
  Spojrzał na Opiekunkę, spojrzał na Serka i w jednej chwili wszystko zrozumiał. Te krzywe spojrzenia i drwiące uśmiechy innych chłopców, gdy szedł razem z Serkiem. To że on nigdy nie był bity. To że nigdy Mały nawet nie próbował go tknąć.
  Serek spasł się podpuszczając i donosząc na innych.
  Opiekunka wskazała na okruchy pokrywające łóżko Pająka.
   Ty złodzieju, ty mały, wstrętny złodzieju. Powinnam cię zabić.
  Jak wielu nabrał? Jak wielu oszukał? Nie zadał żadnego z tych pytań. Nie miał Serkowi nic do powiedzenia.
   Idziesz ze mną.
  Powiedziała Opiekunka przez zęby i poprowadziła ze sobą, ale to nie ona go oćwiczyła tym razem.
  Pierwszy był Mały, z uśmiechem szerokim jak horyzont, tak szerokim że Pająk myślał że twarz jego oprawcy pęknie na pół.
  Bił i kopał. Kopał i bił. Niemal na śmierć. Niemal.
  Chłopiec przeleżał w łóżku trzy dni, a czwartego, w nocy, przyszedł Łamignat.
  Połamał mu palce, wyrwał paznokcie, a księżyc świecił. Wyrwał mu wszystkie włosy na głowie, wybił zęby, a księżyc nadal świecił. Złamał nos, omal nie zadusił, podbił oczy i znów omal nie zadusił.
  A chłopiec wciąż nie mógł przestać myśleć.
   Gdybym mógł ich zabić. Zabić, zabić. Myśli które nie chciały zniknąć.
  Mijały dni. Rany się goiły. Kości zrastały. Jednak nienawiść, prawdziwa nienawiść, po raz pierwszy, nie chciała wygasnąć. Wciąż go paliła. Wciąż dawała złudnych sił, bo choć nie mógł przejść jeszcze pięciu kroków, to czuł że mógłby, mógłby…
  Dzień i noc. Księżyc i słońce. Bez ustanku ścigały się przed jego oczami, aż w końcu miał dosyć. Wstał. Upadł. Wyczołgał się z pokoju. Była czarna noc, księżyc w nowiu, najczarniejsza godzina gdy wszyscy śpią. Czołgał się, obcierał łokcie i kolana. W końcu dotarł do piwnicy.
  Pchnął drzwi i zszedł na czworakach w ciemność. Dotknął kamiennej podłogi. Wciągnął do ust śmierdzące powietrze. Pachniało zgnilizną i było zimne, jak w grobie.
   Zgadzam się, zgadzam się na umowę!
  Krzyknął Pająk.
  Mrok ustąpił światłu z oczu szczura. Potwór podreptał ku chłopcowi, któremu łzy spływały my spod zaciśniętych powiek.
   Zgadzam się.
  Powiedział do szczura i wyciągnął ku niemu rękę. Potwór wspiął się po niej i wskoczył mu do ust. Krztusząc się i kaszląc Pająk połknął go. Wziął głęboki oddech i poczuł jak szczur pełznie po jego wnętrznościach ku górze. Przyłożył rękę do piersi.
  Serce wciąż biło normalnie.
  Pająkowi zrobiło się niedobrze i kiedy myślał że już nie wytrzyma, szczur przestał się ruszać. Nagle poczuł ból i upadł na ziemię.
  Poczuł że serce zmieniło rytm - biło wolniej, jakby nagle stało się fragmentem ogromnej maszyny.
  Poczuł przypływ sił. Wstał. Widział wszystko tak dobrze jakby był dzień.
  Otworzył drzwi i wszedł do sypialni chłopców.
  Wyglądali tak niewinnie. Chude buzie świeżo przybyłych, okrągłe cwaniaków i pobliźnione starszych. W dzień wykrzywione strachem, gniewem, a teraz bez śladu emocji, jak puste tablice.
  Serce biło mu wolno. Czarne myśli tłoczyły się w głowie jak dym pod sklepieniem.
  Szedł dalej, pomiędzy łóżkami, na drugi koniec sali, do drzwi które wszyscy prócz Opiekunki bali się otwierać, do pokoju Małego. Najstarszy z chłopców spał. Rozwalony na całym łóżku, jak ryba wyrzucona na brzeg. Niedojedzona kolacja leżała na szafce przy łóżku. Wściekłość uderzyła Pająkowi do głowy. Nachylił się nad Małym, patrzył jak oddycha.
  Wdech. Wydech. Wdech i wydech.
  Nie mógł wytrzymać. Skoczył na łóżko i zdążył mu wydłubać oko kciukiem nim zaczął krzyczeć. Wtedy przydusił Małego poduszką. Trzymał oboma rękami Kopał i bił, ale Pająk tego nie czuł, zupełnie jakby jego ciało zrobione było z żelaza. Najstarszy przestał się ruszać.
  Pająk słyszał teraz bicie własnego serca - biło powoli w rytm powtarzanych bez końca słów. Zabiję. Zabiję. Zabiję. Czarne mantra myśli w ciemnej nocy. Żaden inny dźwięk nie zakłócał ciszy. Krew na palcach zdawała się być jak atrament. Pająk wyszedł z pokoju.
  Spojrzał znowu na chłopców - serek spał przy wyjściu. Pająk odwrócił się do niego plecami i wyszedł przez drzwi - nie był wart jego rąk
  Jednak zostało jeszcze coś wartego wysiłku. Szedł przez korytarz wolno stawiając kroki. Stopa za stopa, noga za nogą - szedł prosto, bo cel był jasny, a ręka pewna jak z żelaza.
  Tak samo pewnie i powoli, jedną ręką dusząc Opiekunkę a drugą przebijając jej serce drągiem, tak samo pewnie i powoli, pozbawił ją życia. Patrzył jak życie z niej ucieka, aż w końcu puścił gardło i usiadł spokojnie na łóżku.
  W świetle świecy, która paliła się w jej pokoju rzucał drugi cień. Czarny jak noc za oknem. Siedział przez dłuższa chwilę mówiąc coś do niego.
  Nagle wstał i poszedł do kuchni. Rozbił zamek, wziął naftę, świecę, krzesiwo i belkę.
Szedł przed sierociniec i rozlewał naftę. Kiedy skończył wrócił przed sypialnię chłopców
  Ile trzeba przelać krwi by uspokoić jedno serce?
  Czarne myśli, czarne serce, cień jak dziura do piekła, tym był teraz Pająk.
  Zablokował drzwi belką po czym zszedł na dół. Zapalił świecę i podpalił lśniącą ścieżkę nafty. Płomień ruszył w górę, a chłopiec wyszedł głównym wyjściem.
  Przez chwilę nasłuchiwał, a kiedy wrzaski rozpruły ciszę nocy odwrócił się.
  Sierociniec płonął, a płomienie oświetlały odchodzącego chłopca. Drugi cień był czarny jak oko diabła i podążał za nim krok w krok.
Ostatnio zmieniony pt 18 maja 2012, 12:03 przez Melchior, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2367
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » śr 09 lis 2011, 15:42

Opowiadanie jest dość nierówne i ma sporo różnych usterek. Część z nich wypisałam, niektóre pouciekały, zwłaszcza w chwilach, gdy tekst mnie wciągał.

Melchior pisze: Widział ich twarze zniekształcone w brudnych szybach, patrzące z góry.
Nie do końca ogarniam, gdzie te szyby, gdzie twarze i gdzie on, do cholery patrzył.

Melchior pisze:Odprowadzali go wzrokiem, aż do karceru, małej budy leżącego przy murze odgradzającym sierociniec od pobliskich lasów.
jeżeli określasz karcer jako "małą budę", to dalej trzymaj się rodzaju żeńskiego

Melchior pisze:Miał tylko jedno, małe okienko, nie większe od jego ręki, w drzwiach.
Uważaj na szyk i podmioty domyślne. Opisujesz karcer, więc "jego ręka" sugeruje, ze mówisz o ręce karceru, czymkolwiek miałoby to być. Po drugie przez szyk odnosi się wrażenie, że okienko jest tak małe jak "czyjaś ręka w drzwiach". Do przerobienia, upłynnienia itp.

Melchior pisze:klepisko zaściełane słomą
zaścielone słomą
"zaściełane" to by było w danym momencie

Melchior pisze:Na nim leżały dwa wiadra, z których okropnie śmierdziało. Z tego bliższego wystawała duża łyżka. Z tego drugiego nie wystawało nic. Pomiędzy wiadrami leżała miska. Brudna i poobijana, ale cała. Upił z niej łyk wody. Smakowała wstrętnie.

1. raczej stały
2. To podkreślone zdanie... Chyba czuję, jaki efekt chciałeś uzyskać taką wstawką, ale jak dla mnie brzmi koślawo. Zwłaszcza, że dodaje powtórzenie, a tego środka ogólnie nadużywasz.
3. No właśnie... Dla mnie za dużo tu tych wiader.

Melchior pisze:A najstraszniejszej z nich, spotkanie z panem Łamignatem, każdy chciałby uniknąć.

1. spotkania
2. po prostu każdy "chciał uniknąć"

Melchior pisze:ruszył w kierunku skąd zawsze przychodził go dręczyć Mały ze swoją grupą.
szyk mi się jakoś nie podoba - nie czyta się naturalnie

Melchior pisze:Powiedział Mały i rzucił go o ścianę.
Osunął się na podłogę i czarne plamki zaczęły latać mu przed oczyma.
Znów podmioty domyślne. Wiadomo, czytelnik zgadnie, o co chodzi, ale to jednak nie brzmi dobrze. Tutaj wydaje się, że to mały kogoś rzuca, a potem sam osuwa się na podłogę.

Melchior pisze:Mrok ustąpił [miejsca?] światłu z oczu szczura. Potwór podreptał ku chłopcowi, któremu łzy spływały my spod zaciśniętych powiek.
chłopcu
my - wiadomo, wywalić

Melchior pisze: Powiedział do szczura i wyciągnął ku niemu rękę. Potwór wspiął się po niej i wskoczył mu do ust. Krztusząc się i kaszląc Pająk połknął go. Wziął głęboki oddech i poczuł jak szczur pełznie po jego wnętrznościach ku górze. Przyłożył rękę do piersi.
  Serce wciąż biło normalnie.
  Pająkowi zrobiło się niedobrze i kiedy myślał że już nie wytrzyma, szczur przestał się ruszać. Nagle poczuł ból i upadł na ziemię.
  Poczuł że serce zmieniło rytm - biło wolniej, jakby nagle stało się fragmentem ogromnej maszyny.
  Poczuł przypływ sił. Wstał. Widział wszystko tak dobrze jakby był dzień.
Kurczę... Fajny pomysł, ale jakoś słabo rozpisany. O wiele ciekawiej rozwodzisz się nad Serkiem, mrokami piwnicy, sprzątaniem sierocińca, niż nad właściwie punktem kulminacyjnym. Szkoda.

Melchior pisze:Nie mógł wytrzymać. Skoczył na łóżko i zdążył mu wydłubać oko kciukiem nim [] zaczął krzyczeć.
musi być wzmianka, że to Mały zaczął krzyczeć

Melchior pisze:oboma rękami
obiema

Melchior pisze:Czarne mantra myśli w ciemnej nocy.
zdecyduj się na coś konkretnego ;) Czy mantra, czy czarne myśli, ewentualnie jakoś sensownie to połącz

Melchior pisze:Tak samo pewnie i powoli, jedną ręką dusząc Opiekunkę a drugą przebijając jej serce drągiem, tak samo pewnie i powoli, pozbawił ją życia. Patrzył jak życie z niej ucieka,
Zdecydowanie przesadzasz z powtórzeniami. To już brzmi śmiesznie, a nie buduje klimatu.

Robisz dziwne rzeczy z interpunkcją. Chwilami miałam wrażenie, że przecinki stawiasz losowo, czasem, że po prostu ich nadużywasz. Poczytaj na głos swój tekst i postaraj się, wyczuć, gdzie być powinny.

Fabuła mnie trochę zawiodła. Krążysz wokół fajnych motywów i pomysłów. Poniewierany chłopiec z sierocińca to wyświechtany motyw, ale wciąz dający się dobrze opracować i wyciągnąć sporo emocji. Na początku wydawało mi się, że prowadzisz swoje opowiadanie ku jakiemuś ciekawemu finałowi. Nieźle budowałeś ciemny, nieprzyjemny, nieco odrealniony klimat. Podobało mi się. Niestety finał, według mnie, jest zbyt prosty. Od momentu, gdy szczur mówi, czego by chciał od Pająka, akcja nagle przyspiesza. Ale nie w tym sensie, że robi się dynamiczniejsza, tylko dlatego, że nad nią przelatujesz. Serek go wystawia - dwa zdania. Przychodzi łamignat - cztery zdania. Zjedzenie serca - sześć itd. [wartości wzięte z powietrza, odzwierciedlające tylko ogólny pośpiech i "powierzchowne" potraktowanie tych fragmentów]Tak, jakbyś rozpaczliwie chciał to skończyć. Przez to finał nie ma już, ani klimatu, ani polotu. Język też gdzieś ucieka.

Nieźle mi się czytało, potrafisz stworzyć nastrój, jednak odczuwam pewien niedosyt. Mam nadzieję, że w następnym opowiadaniu będzie [jeszcze] lepiej.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Dziennik błędów | Roztańczony | Demony Witkacego

Awatar użytkownika
Caroll
Pisarz pokoleń
Posty: 1044
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Caroll » pt 18 maja 2012, 11:59

Adrianna bardzo dużo już poznajdowała potknięć, postaram się dodać coś od siebie.
Melchior pisze:Czarne niczym smoła góry niemal sięgały do chmur.

Ładne wprowadzenie. Jednak trochę zmieniłabym szyk tego zdania: Góry, czarne niczym smoła, sięgały chmur.
Brakuje mi jednego zdania, o tym, gdzie leżało miasto.
Melchior pisze:Pokój, w którym wspólnie spali chłopcy [przecinek] był wielki, ciemny i śmierdzący jak jaskinia pełna nietoperzy. Brudne okna, brudne podłogi – nie mogli ich myć, żeby nie zapomnieć [przecinek] że nie są ludźmi, a jedynie psami [przecinek] które miały służyć.

Trochę interpunkcji. Spróbowałabym też trochę przeformułować np: Brudne okna, podłogi miały im przypominać, że nie są ludźmi, tylko psami...
Melchior pisze:Wielkie drewniane podpory, a pomiędzy nimi stare szpitalne łóżka, na których spało po trzech chłopców.

Brakuje mi orzeczeń w tym zdaniu, można by np. tak: Pokój dzieliły wielkie, drewniane podpory, pomiędzy którymi stały stare, szpitalne łóżka. Na każdym spało trzech chłopców.
Melchior pisze: Nie próbuj mnie przeklinać, wszystko usłyszę i przyjdę, i wyćwiczę cię drągiem i wodą.

I...i...i...
Melchior pisze:Z tego drugiego nie wystawało nic.

Wydaje mi się, że to zbędna informacja.
Melchior pisze:Zimne ściany, szorstkie jak dłonie ludzi, którzy zabrali go ze spalonego domu.

Znów orzeczenia brak. Otaczały go zimne ściany albo Zimne ściany były szorstkie jak...
Melchior pisze:Chodząc w kółko, i gryząc kolejne źdźbła.

Trochę zgrzyta, skoro podzieliłeś to na dwa zdania.
Chodził (...) gryząc
Melchior pisze:Owinięty w koc.

Czy ktoś mu ten koc przyniósł? Bo pojawił się nagle.
Melchior pisze:Wiedział kiedy to się skończy – kiedy pojawi się ktoś młodszy.

Powt.
Melchior pisze:Szedł w dół, wosk ze świecy parzył go w rękę.

kapiący ze świecy
Melchior pisze:Ścigały go własne koszmary. Potwory które widział w wyobraźni.

Mam wrażenie nadmiernego skrótu. Myślę, że można by się jeszcze pobawić tym co wydawało mu się, że dostrzegł w ciemnościach itd.
Melchior pisze:Miał tylko trzy powody, dla których to zrobił: był najstarszy, największy i najokrutniejszy.

W sumie nie wiemy jaki powód miał naprawdę Mały, sądząc z realiów, jakie budujesz, był to jego sposób na utrzymanie pozycji w grupie, w której panowało prawo pięści. Natomiast zdecydowanie mógł tak postępować, bo był największy i najstarszy. Trochę przebudowałabym ten fragment.
Melchior pisze:Pająk powiedział wtedy sobie, że nigdy więcej nie da się tak potraktować.

Pasowałoby może bardziej: postanowił/obiecał sobie wtedy
Melchior pisze:Wrócił do światła i padł jak ryba wyrzucona na brzeg.

To porównanie jest trochę niekompletne, domyślam się, że dysząc czy haustami łapiąc powietrze.
Melchior pisze:Powiedziała Opiekunka przez zęby

Skoro przez zęby, to przydałoby się: wycedziła, wysyczała.
Melchior pisze:Połamał mu palce, wyrwał paznokcie, a księżyc świecił.

Rozumiem zamysł z powtórzeniem - ładne zestawienie koszmaru bohatera i obojętności otoczenia (księżyc), ale troszeczkę pokombinowałabym z tym kawałkiem:
Księżyc świecił, gdy łamał mu palce, wyrywał paznokcie.
Melchior pisze:Poczuł że serce zmieniło rytm - biło wolniej, jakby nagle stało się fragmentem ogromnej maszyny.

To porównanie do maszyny wydaje mi się nie pasować do ogólnego klimatu.
Melchior pisze:Rozwalony na całym łóżku, jak ryba wyrzucona na brzeg.

Znów ta ryba, ale tutaj chyba nie pasuje.
Melchior pisze:Skoczył na łóżko i zdążył mu wydłubać oko kciukiem nim zaczął krzyczeć.

Chyba raczej wbić ten kciuk, wydłubanie to dłuższa operacja,wątpię by można to przespać. Uwaga na podmiot: wynika ze zdania, że to Pająk zaczął krzyczeć.
Melchior pisze:Kopał i bił, ale Pająk tego nie czuł,

Kto kopał i bił? Mały. trzeba dodać.
Melchior pisze:Siedział przez dłuższa chwilę mówiąc coś do niego.

Kto siedział?
Trochę wydaje mi się nierealne, że nikt się nie obudził przy wrzaskach Małego.
Tekst czyta się dobrze, choć są potknięcia stylistyczne, takie do doszlifowania, upłynnienia. Interpunkcja trochę leży, przejrzyj tekst pod tym kątem.
Brakuje mi rozbudowania wewnętrznej walki Pająka, większych emocji w obliczu zdrady Serka. I kuszenia szczura, trochę za szybko to wszystko przebiegło. Myślę, że ten kawałek ma potencjał do rozwinięcia, jeszcze bardziej zagmatwania. Całość klimatem przypomina mi Miasto zaginionych dzieci. Atmosferę budujesz dobrze, teraz trzeba dopracować język i zapanować nad nadmiernym pośpiechem i przeskakiwaniem scen.
Powodzenia:)




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości