Azyl numer 275

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MaW
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: czw 15 lip 2010, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Azyl numer 275

Postautor: MaW » pn 08 sie 2011, 15:59

Fragment przedstawiony poniżej jest pierwszym rozdziałem aktualnie pisanej przeze mnie krótkiej powieści fantastyczno - psychologicznej. Zapraszam do lektury.


Rozdział 1

20 kwietnia 2001r.

WWW Koła samochodu powoli, jednak nieuchronnie, zwalniały, by w końcu całkowicie się zatrzymać. Silnik zgasł, a tumany pyłu i kurzu wzniecone przez pędzące auto, zawisły w powietrzu, gotowe by opaść. Ujrzałem, jak dobrze znana mi dłoń wyjmuje kluczyki ze stacyjki, a następnie chowa je w kieszeni płaszcza. Kobieta siedząca przede mną odpięła pasy i wykręciła się, aby lepiej mnie widzieć. Ciemnobrązowe oczy, osadzone w nienaturalnie głębokich oczodołach, wydawały się nie zdradzać żadnych emocji, jednak ja doskonale wiedziałem, że ten z pozoru niesamowity spokój był tylko przykrywką dla skrywanego pod nim wulkanu emocji. Mocno zaciśnięte i bez przerwy podgryzane wargi nie pozostawiały cienia wątpliwości co do stanu matki. Nie pamiętam, abym kiedyś widział ją tak spiętą. Wiedziałem, że sama nie jest pewna tego co robi i w głębi duszy wierzyłem, że jednak nie wyjdziemy z samochodu, tylko wyjaśni, że niesłusznie mnie tu przyprowadziła, a potem włoży kluczyki z powrotem do stacyjki i odjedziemy. Mrzonka.
WWW– Odpinaj się. To tutaj – powiedziała śmiertelnie poważnym głosem, potem wyprostowała się i chwyciła za klamkę.
WWW Szlag by to… – pomyślałem, po czym niechętnie i powolnie odpiąłem pasy. Otworzyłem drzwi i wyszedłem z samochodu ze spuszczoną głową, gdyż nie chciałem oglądać tego, co było przede mną. Wolałem zostawić sobie ten widok na później, gdy nie będzie już innej możliwości i w końcu będę musiał podnieść wzrok. Zamknąłem za sobą drzwi i stanąłem twardo, postanawiając, że nie ruszę się stąd ani na krok.
WWW – No już, idziemy – rozkazała matka, trącając mnie w ramię, ale ja ani drgnąłem. – Borys, nie wygłupiaj się, to nie czas na żarty.
WWW – Nigdzie nie idę – rzekłem tak stanowczo, jak tylko umiałem.
WWW Mama opuściła torebkę z ramienia i chwyciła ją obiema dłońmi. Schyliła się tak, aby nasze oczy się spotkały i dotknęła koniuszkami palców mojego policzka.
WWW – Posłuchaj, Borys. Wiem, że nie chcesz tam iść, ale to dla mnie naprawdę bardzo ważne i proszę cię, abyś to zrobił. To zajmie nam tylko chwilę. Dziesięć – piętnaście minut i jesteśmy z powrotem w samochodzie.
WWW Przestąpiłem z jednej nogi na drugą, błądząc wzrokiem wśród zawieszonych wysoko chmur, byleby tylko nie spojrzeć matce w oczy.
WWW – To wariactwo. Czyste wariactwo. Kto jak kto, ale ty powinnaś o tym wiedzieć.
WWW Sam nie do końca byłem pewien, czy nie skłamałem. W końcu od dwunastu lat obserwowałem naturę i charakter mojej mamy i zdawałem sobie sprawę, że to, co właśnie miała zamiar zrobić nie powinno mnie dziwić.
WWW – To i tak nic nie wyjaśni – zarzekałem się, choć powoli traciłem nadzieję na powrót do domu.
WWW – Ale wiele dla mnie znaczy.
WWW Po tych słowach coś we mnie pękło. Wyraz twarzy matki zdradzał, że podchodzi do sprawy bardzo poważnie i z ogromnym zaangażowaniem. Nie miałem serca jej tego odbierać. A w końcu nic mnie to nie kosztuje. „Dziesięć – piętnaście minut i jesteśmy z powrotem w samochodzie” – zapewnienie dane przez matkę przemknęło mi przez umysł, ostatecznie przekonując do zgodzenia się.
WWW Na jej twarzy wymalował się uśmiech satysfakcji. Położyła mi dłoń na ramieniu i wbiła mocno paznokcie, jednocześnie lekko popychając do przodu.
WWW Z drogi wstąpiliśmy na wąski trotuar, a następnie, uchyliwszy furtkę, wcisnęliśmy się na podwórko.
WWW Spokojnie podniosłem głowę, ciekaw tego co zobaczę.
Nie tego się spodziewałem – pomyślałem, gdy ujrzałem przysadzisty śnieżnobiały dom przykryty spiczastym dachem. Okna skryły się wśród szerokich okiennic i niedbale przystrzyżonych pelargonii, a pnące róże wspinały się po okolicach drzwi wejściowych, tworząc swoistą ramę nad wejściem. Ścieżka, na której początku właśnie staliśmy, prowadziła przez nieco zapuszczony ogród, w którym chwasty i dziko rosnące kwiaty prowadziły zaciętą walkę, a potem zmieniała swoją nawierzchnię z utwardzonego przez ludzkie stopy piachu na marmurowy żwir.
WWW – To na pewno tutaj? – spytałem niepewnie.
WWW – Na pewno. Ulica Moczarowa czternaście – odpowiedziała matka, wskazując na wiszącą nad drzwiami liczbę „14”.
WWW To niemożliwe – powiedziałem w myślach. A gdzie są wysuszone nietoperze wiszące nad oknami? Gdzie koty wybiegające zza każdego możliwego krzaka? Gdzie jest dziwny zapach mikstur i trucizn? Czemu nie ma studni z brzęczącym łańcuchem nawiniętym na zbutwiały kołowrotek? A wysuszone drzewa z siedzącymi nań krukami?
WWW Nic. Zwykły dom.
WWW Może jednak nie będzie tak źle – przeszło mi przez myśl.
WWW W ciągu kilku długich sekund dotarliśmy do drzwi. Podczas gdy matka unosiła rękę, aby zapukać kołatką, ja odwróciłem głowę, aby upewnić się, że niemożliwa zwyczajność tego miejsca nie była tylko złudzeniem. Jednak nie zobaczyłem niczego nowego ani nadzwyczajnego.
WWWGdy tylko usłyszałem cichy skrzyp otwieranych drzwi, odwróciłem prędko głowę i zadarłem ją do góry. Przede mną pojawiła się wysoka na dwa metry, a może nawet i więcej, kobieta, wyglądająca jakby zaraz miała upaść i umrzeć. Ciemne, proste włosy opadały wzdłuż podłużnej twarzy, której wyraz zdradzał głęboką niechęć, zupełnie jakbyśmy byli nieproszonymi gośćmi.
WWW – Taak? – spytała cicho i ospale.
WWW – My do pana Krugonowa – odpowiedziała matka.
WWW Wysoka brunetka spojrzała na mnie z góry badającym wzrokiem.
WWW – Była pani umówiona? – spytała, z powrotem przenosząc przymrużone oczy na mamę.
WWW – Tak, tak, dzwoniliśmy… jakiś tydzień temu – wytłumaczyła pospiesznie.
WWW – Rozumiem – powiedziała, po czym nastała długa cisza. Kobieta zatrzymała wzrok na jakimś punkcie w oddali, całkowicie ignorując naszą obecność. Jej oczy zdradzały głębokie zamyślenie, które, choć pewnie uzasadnione, nie było nam na rękę. Matka zaczęła się denerwować, dyskretnie próbując zwrócić uwagę kobiety na nas. Najchętniej skorzystałbym z okazji i wziął nogi za pas, ale sumienie mi mówiło, że już jest za późno na odwrót. Decyzja zapadła. Muszę wejść.
WWW Wreszcie mama zdobyła się na śmiałość i odchrząknęła głośno, przytykając ściśniętą w pięść dłoń do ust.
WWW – Przepraszam? Możemy wejść? – spytała uprzejmie.
Ciemnowłosa kobieta jakby ożyła, słysząc głos mojej matki, po czym przeprosiła za swoje roztargnienie i szerokim gestem zaprosiła nas do środka.
Spodziewałem się, że gdy przekroczę próg, czar, sprawiający, że ten dom jak i jego otoczenie wydawały się całkowicie zwyczajne, pryśnie. Nic takiego się jednak nie stało. Wnętrze domu nie wywarło na mnie większego wrażenia.
WWW– Proszę poczekać chwileczkę – powiedziała kobieta – powiadomię pana Krugonowa o pani przybyciu.
WWWNie wiedziałem, czemu zignorowano moją obecność. Czemu powiedziała „pani przybyciu” zamiast „waszym przybyciu”? Zdenerwowałem się na myśl o wysokiej ignorancji, jaką posiadała ta kobieta, jednak nie miałem w tamtej chwili chęci na dalsze robienie jej wyrzutów i gdy tylko odprowadziłem ją wzrokiem aż do momentu, gdy zniknęła w innym pomieszczeniu, postanowiłem rozejrzeć się po korytarzu. Białe ściany ozdabiały obrazy oprawione w ramy, które czas obdarł z jakiejkolwiek barwy. Każdy malunek przedstawiał polne kwiaty i buszujące pośród nich zwierzęta: lisy, myszy, a nawet żmiję, choć jej dostrzeżenie zajęło mi chwilę czasu. Co dziwne, każdy obraz wyglądał podobnie: na jednym z nich drzewo było łyse, a całą polanę obsypał śnieg. Lis, idąc z głową uniesioną wysoko do góry, prezentował swoją pychę i dumę. Z pyska wystawał mu strzęp mysiej sierści, a w rogu przyczajała się na niego, całkowicie niewidoczna dla rudzielca, żmija. Drugi obraz przedstawiał tę samą polanę, tylko wiosną. Z pyska drapieżcy ponownie wystawały resztki obiadu, ale dostrzegłem, że z jego oczu emanowało podenerwowanie. Omiotłem wzrokiem resztę obrazu, szukając przyczyny tego zachowania i dostrzegłem wyłaniającą się spośród kłosów zboża żmiję. Prędko spojrzałem na przedostatni obraz z serii, na którym to wąż trzyma zęby wbite w przednią łapę lisa, a on z pyskiem otwartym z bólu i strachu, przeżywa ostatnie chwile swego życia i byłem pewien, że gdyby tylko postacie namalowane na płótnie mogły się poruszać, ten zwierz niedługo upadłby i zostałby pochłonięty przez myszy. Na ostatnim obrazie znowu panowała zima i nie mogłem dostrzec żadnego żywego zwierzęcia. Ani lisa, ani myszy, ani żmij. Zastanawiałem się, skąd wzięła się podejrzana nieobecność wszystkich stworzeń. I dopiero gdy bardzo uważnie się przyjrzałem, dostrzegłem wychylającą się zza pnia drzewa głowę lisa. Byłem pewny, że to nie ten sam osobnik, bo ten, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, dopiero badał nowy teren, aby potem go zająć i uczynić się na nim władcą.
WWW– Nieważne jak bardzo byś się starał, i tak nie masz szans – usłyszałem głos szepczący mi do ucha te słowa.
WWWPodskoczyłem ze strachu i odwróciłem głowę. Wysoka kobieta schyliła się do mojego poziomu i patrzyła mi teraz wzrokiem hipnotyzera głęboko w oczy.
WWW– Słucham? – spytałem nieśmiało.
WWW– Niektórym wydaje się, że są nie wiadomo kim. Że osiągnęli już tak dużo, że nie muszą więcej robić. Że są jak ten lis – niepokonani i perfekcyjni w swoim fachu. Ale widzisz, mały, zawsze znajdzie się ktoś lepszy od ciebie. Ktoś, kto zepchnie cię z drabiny sukcesu, gdy ty będziesz już na jej szczycie. Wiedz, że nawet jeśli wydaje ci się, że jesteś tak dobry, że nikt nie może podważyć twojego autorytetu, to właśnie w tej chwili ktoś już na ciebie czyha. Masz dwa wyjścia. Albo odpowiednio wcześnie zejść z tej drabiny i osunąć się w cień, jednocześnie zapewniając sobie bezpieczeństwo i satysfakcje z osiągniętego celu, albo pozostać tam, na szczycie i czekać aż ktoś złapie ochotę na twoje miejsce.
WWWNa koniec kobieta mrugnęła porozumiewawczo jednym okiem.
WWW– D-dobrze. Dziękuję, zapamiętam – odparłem.
WWW– Cieszę się. I gratuluję spostrzegawczości. Niewiele gości dostrzega żmiję na pierwszym obrazie, a co za tym idzie, całe przesłanie, jakie niosą ze sobą te cztery obrazy, przelewa im się między palcami.
WWW– Eghem! – odchrząknęła matka. – Nie chciałabym pani przerywać, ale… spieszy mi się.
WWW– Jasne, oczywiście. Zapraszam – powiedziała, wskazując ręką uchylone drzwi.
WWWMatka poszła pierwsza, a ja próbowałem dotrzymać jej kroku, co przychodziło mi z niemałym trudem, gdyż z niewiadomych mi przyczyn, mama kroczyła bardzo pospiesznie, niemalże biegła.
WWWGdy przekroczyliśmy próg pomieszczenia, okazało się, że jesteśmy w niewielkim saloniku. Stojący w rogu stolik przykryty mokietem stanowił jedyny mebel w całym pomieszczeniu, nie licząc dwóch pufów ustawionych przy jego przeciwnych brzegach. W centralnym punkcie blatu stał szklany wazon, z którego unosiła się stróżka siwego dymu. W powietrzu dało się wyczuć przyjemny zapach lawendy, jednak to był jedyny miły akcent tego pokoju. Łyse, białe ściany skojarzyły mi się z salą szpitalną, dokładnie taką samą, w jakiej leżałem kilka dni po operacji usunięcia wyrostka.
WWW– Proszę, usiądźcie – rzuciła kobieta. – Pan Krugonow będzie lada chwila. Prosił o chwilę cierpliwości. Musi się przygotować. – Rzekła, po czym zniknęła za drzwiami.
WWWGdy matka pewnym krokiem ruszyła w kierunku ławy, przez pomieszczenie przetoczyło się echo stukotu obcasów, ślizgających się na wypolerowanych na błysk płytkach podłogowych.
WWWPo tym jak mama zajęła jeden z pufów, ja postanowiłem, że postoję, gdyż domyśliłem się, że drugi jest zarezerwowany dla Krugonowa. Oczekując na przyjście mężczyzny, podszedłem do okna i wyjrzałem na podwórze. Znajdowaliśmy się teraz po przeciwnej stronie domu i nie było widać ani drogi, ani naszego samochodu, ani ogródka z rozplenionymi chwastami. Ujrzałem za to wysokie, sterczące liście strzałki zasłaniające widok małego stawu czającego się za ścianą roślin. Powierzchnię wody niemalże całkowicie przysłoniła rzęsa i gdyby nie małe luki w zielonym dywanie, można byłoby pomyśleć, że to krótko przystrzyżony trawnik. Nieco dalej klimat opuszczonego ogrodu był jeszcze bardziej uwypuklony. Zamiast zadbanych klombów dostrzegłem wysokie na metr, a może nawet i więcej, pokrzywy walczące o miejsce do rozrostu z trzcinami, prezentującymi dumnie swoje wiechy oraz innymi, najdziwniejszymi rodzajami chwastów.
WWWOmiatając po raz kolejny podwórze, nabrałem pewnych obaw, czy rzeczywiście to miejsce jest tak przyjazne, na jakie wydawało się od strony drogi.
Nagle stało się coś, co wystawiło na poważną próbę moje opanowanie i zaufanie do tego domu. Spośród wysokich łodyg pokrzyw wystawał czarny przedmiot. Z początku nie wiedziałem, co to takiego. Potem dokładnie się przyjrzałem. Obły kształt z wcięciem w górnej części. Złote pióra na brzegu. Dwie równych rozmiarów dziury i jedna większa, wygięta niczym bumerang.
WWWMaska.
WWWW jednej chwili poczułem się jak dziecko w supermarkecie bez rodziców. Przestraszony i zupełnie bezradny. Serce biło tak mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi, a cała radość i szczęście opuściły mnie, jakby nie należąc do mojego świata.
WWWNie, nie, ciebie tu nie ma – pomyślałem. Zacisnąłem mocno powieki i zacząłem rutynowe odliczanie.
WWWDziesięć.
WWWZnikaj! To tylko wyobraźnia!
WWWDziewięć. Osiem.
WWWOdliczę do zera i ciebie tam nie będzie. Znikniesz. Tak jak zawsze.
WWWSiedem. Sześć. Pięć.
WWWNagle ciszę panującą w pomieszczeniu przerwał niski, cichy głos.
WWW– Witam panią. – Usłyszałem za sobą.
WWWMimowolnie otworzyłem oczy. Maska zniknęła.
WWWOdwróciłem się i spojrzałem na mężczyznę stojącego przy ławie. Przyglądał mi się bacznie, jakby umiał czytać w myślach.
WWW– Och, przepraszam – powiedział, patrząc mi głęboko w oczy. – Di, mogłabyś przynieść jeszcze jeden puf dla naszego młodocianego gościa?! – Zawołał.
Po chwili wysoka kobieta powróciła, niosąc zapasowy puf. Gdy tylko ustawiła go na wolnym miejscu przy ławie, usiadłem na nim, oczekując na dalszy bieg wydarzeń.
WWW– Nazywam się Aleksander Krugonow – przedstawił się mężczyzna, ciepło się uśmiechając.
WWW– Miło mi. Ja jestem Katarzyna, a to mój syn, Borys.
WWW– Borys, tak? Tak więc, Borysie, może skosztujesz cukierka? – zaproponował grzecznie ku mojemu zdziwieniu, po czym wyciągnął spod ławy półmisek wypełniony rozmaitymi smakołykami.
WWWZdezorientowany spojrzałem na matkę, jakby szukając w nich odpowiedzi, gdyż nie byłem pewien, czy wypada brać od nieznajomego poczęstunki, jednak nie dostrzegłem w kamiennych oczach żadnej podpowiedzi.
WWW– Śmiało, weź. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile ciekawych smaków można tu znaleźć. Ostatnio natrafiłem na miętę ze śliwką i szpinakiem.
WWW– Nie lubię szpinaku.
WWW– Ale może znajdziesz coś innego. Są też brzoskwiniowe, czekoladowe, toffi i moje ulubione – wiśniowe.
WWWNiepewnie zagłębiłem rękę w stosie cukierków i wyciągnąłem z niego jeden. Złote opakowanie błysnęło w promieniu słonecznego światła wpadającym przez okno. Gdy obróciłem smakołyka tak, aby jego powierzchnia przestała się świecić, spostrzegłem, że na opakowaniu widnieje maska. Wybałuszyłem oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. To nie był zbieg okoliczności; byłem tego pewien.
WWWDyskretnie schowałem cukierka do kieszeni, zapewniając Krugonowa, że zjem go później. Spodziewałem się, że będzie próbował mnie namawiać, ale nic takiego się nie stało. Spojrzał tylko na mnie wzrokiem policjanta przesłuchującego kłamiącego przestępcę.
WWWCoś podejrzewa - pomyślałem.
WWW– Tak więc, pani Katarzyno, co panią do mnie sprowadza? – spytał.
WWW– Tak właściwie chodzi o mojego syna, nie o mnie. Widzi pan, nie wiem, jak to powiedzieć, aby nie zabrzmiało to dziwnie…
WWW– Niech się pani nie krępuję. Wczoraj miałem klientkę, której matka piecze na obiad swoje psy i koty, gdy te zbyt bardzo się rozmnożą. Już chyba nic mnie nie zdziwi.
WWWMatka zdobyła się na niepewny uśmiech, po czym zaczęła tłumaczyć.
WWW– Zaczęło się już, gdy był dzieckiem. Z tymże wtedy nie objawiało się to z taką siłą. Często krzyczał, że nie chce, abym przy nim była, żebym odeszła. Że jestem zła. Malował na ścianach dziwne rysunki, tłumaczył, że ktoś kazał mu to narysować, ale gdy spytałam się, kto to był, nie potrafił odpowiedzieć. Myślałam, że to po prostu dziecięca fantazja, wie pan, w końcu miał trzy lata. Ale z czasem objawy zaczęły się nasilać. Czasami Borys wpadał w furię, drapał paznokciami w ściany, co kończyło się tym, że ręce cały czas go bolały i niekiedy krwawiły. Nie potrafiłam go powstrzymać.
WWW– Czyli mały miewał ataki złości, tak?
WWW– Tak, dokładnie.
WWW– A czy nadal je ma?
WWW– Może niech Borys powie, w końcu on wie najlepiej.
WWWDziwnie się czułem, słuchając opowieści mamy. Rozmawiali tak, jakby mnie tam nie było. Na domiar złego historia mojego dzieciństwa brzmiała tak, jakbym był świrnięty. Myśli, że ma syna wariata. Niezłe pocieszenie.
WWW– Borys? – nalegał Krugonow. – Nadal masz te ataki?
WWW– To nie są ataki – wytłumaczyłem. – To… to właściwie nic takiego, zupełnie nie wiem, co tu robię.
WWW– Czy miał jeszcze jakieś inne objawy? – dopytywał Krugonow, widząc, że nie wyciągnie ze mnie ani słowa.
WWW– Tak, na przykład wykradał z szafki zapałki i podpalał kwiatki. Twierdził, że tak musi być. Że tak mu kazano. Raz nawet wypalił na mojej drewnianej szkatułce cyfrę dwa. Nic z tego nie rozumiem.
WWW– Nie próbowała go pani powstrzymać?
WWW– Próbowałam, ale nie miałam siły. Żeby pan wiedział, jak on się wyrywał!
WWW– A ojciec? Co z ojcem?
WWW– Borys nie ma ojca.
WWW– Co się z nim stało?
WWW– Porzucił mnie, gdy dowiedział się, że jestem w ciąży. Trzynaście lat temu. Kilka dni potem wyjechał do Stanów i po paru latach pobytu tam, założył rodzinę. Pewnego dnia leciał w interesach do Phoenix, ale jego samolot miał jakąś usterkę. Rozbili się. Może pan słyszał, swego czasu było o tym całkiem głośno w mediach.
WWW– Rozumiem, przykro mi – odparł Krugonow, po czym przeniósł wzrok na mnie. – Borys, czy mógłbyś podać mi rękę?
WWW– Co proszę? – spytałem.
WWW– Rękę. Mógłbyś podać?
WWWZerknąłem na mamę, a ona kiwnęła głową, zachęcając mnie do postępowania zgodnie z instrukcjami mężczyzny.
WWWWyciągnąłem prawą rękę na ławę, po czym uścisnąłem dłoń Krugonowa. Gdy to zrobiłem, on zamknął oczy i przechylił głowę do tyłu. Dziwnie się czułem, obserwując, jak raz po raz odchyla nerwowo kąciki ust, mruczy coś pod nosem i marszczy czoło.
WWW– Zabierz ją! – krzyknął nagle, powracając do poprzedniej pozy.
WWW– Słucham? – odezwała się matka.
WWW– Coś z moją ręką? – spytałem, oglądając prawą dłoń.
WWW– Przepraszam… – wymamrotał mężczyzna, po czym prędko spojrzał na zegarek. – Już późno. Tak, bardzo późno. Czternasta trzydzieści, zaraz przyjdą do mnie następni klienci, musimy kończyć. Przykro mi, nic nie udało mi się odczytać z dłoni pani syna. Całkiem zwykły przypadek osoby zbyt zestresowanej. Proszę go nie denerwować i dać mu odpocząć. I niech dużo śpi.
WWW– Co proszę? Zwykły przypadek? Nazywa pan go zwykłym przypadkiem?! To jakieś oszustwo! Kłamstwo! Niech pan mówi, co pan widział!
WWW– Nic nie widziałem! Zupełnie!
WWW– Taak? Zupełnie? To czemu nagle kazał pan nam wyjść?!
WWW– Następni klienci, przecież mówiłem.
WWW– Zapłaciłam tyle, ile pan chciał. Chcę znać prawdę.
WWW– Ale to jest właśnie prawda! Chłopak jest normalny, a pani próbuje zrobić z niego wariata.
WWWKłótnia rozgorzała na dobre. Matka i Krugonow wstali z miejsc i sprzeczali się nad moją głową.
WWW– Ja próbuję zrobić wariata? Ciekawa jestem, czy ma pan dziecko, bo coś mi się wydaję, że nawet przez jedną sekundę nie miał pan kontaktu z dziećmi. Jak własna matka mogłaby zrobić to swojemu synowi? Jak?!
WWW– Już powiedziałem. Borys jest zwykłym chłopakiem.
WWW– Kłamiesz!
WWW– Ja nigdy nie kłamię!
WWWMatka opuściła dłoń i westchnęła głęboko, poprawiając fryzurę.
WWW– Jeśli pan chcę, zapłacę więcej – zaoferowała.
WWW– Nie chcę pieniędzy. Niech już pani sobie idzie. Proszę.
WWW– Trzysta?
WWW– Nie chcę pieniędzy, już mówiłem!
WWW– Czterysta?
WWW– Di, możesz odprowadzić gości?! – krzyknął.
WWW– Tysiąc?
WWWKrugonow spojrzał na matkę, jakby nie wierzył w to, co słyszy.
WWW – Nie, nie ma mowy. Już powiedziałem – pani syn jest zwyczajnym nastolatkiem.
WWW – Tysiąc trzysta.
WWW – Niech się pani nie licytuje, i tak nie powiem pani nic więcej. Bo nie istnieje coś takiego jak „nic więcej”. To zwykły chłopak. – Wskazał na mnie.
WWW – Dam dwa tysiące i chcę usłyszeć prawdę.
WWW Krugonow spuścił głowę i wlepił wzrok w podłogę. Z wyrazu jego twarzy dostrzegłem, że waha się. Walczy z samym sobą.
WWW– Dobrze. Niech będzie. Powiem pani, ale uprzedzam, prawda nie będzie dla pani przyjemna.
WWW– Przyjemna czy nie, nieważne, chcę ją znać.
WWWKrugonow potrząsnął głową zrezygnowany i usiadł ponownie, prosząc mnie o podanie dłoni. Po raz kolejny ścisnąłem dłoń mężczyzny. Nagle jasnowidz odskoczył do tyłu, pociągając mnie razem ze sobą. W ostatniej chwili złapałem się krawędzi ławy i ciągnąc masywne ciało Krugonowa, powróciłem na puf.
WWW– Dzień śmierci bliźniaczy do dnia poczęcia – wypowiedział głośno ochrypłym głosem. – Dzień śmierci bliźniaczy do dnia poczęcia! Serce młode, lecz dusza stargana przez sekrety z przeszłości. Niewinny cierpi za błędy innych! Umysł, choć wielki, stargany przez obce moce. Żywot krótki i bolesny. Kłamstwo! Kłamstwo! Ono musi wyjść na jaw! To jedyny ratunek!
WWWPatrzyłem ze zdenerwowania raz na matkę, raz na Krugonowa. Obie twarze zdradzały głęboki niepokój i strach. Domyśliłem się, że moja wygląda podobnie. O czym on mówi? Nic z tego nie rozumiałem. Wyrwałem rękę z uścisku mężczyzny, po czym poczułem stanowczy dotyk dłoni matki na ramieniu. Przytuliła mnie do boku i oboje patrzyliśmy, jak powoli Krugonow spuszcza głowę i rozluźnia mięśnie.
Matka trzęsącymi się dłońmi wyciągnęła z torebki portfel, po czym rzuciła na ławę zmięte banknoty.
WWW– Chodź, Borys. Wychodzimy. Szybko! – krzyknęła, ciągnąc mnie za rękę.
WWWGdy przekraczaliśmy próg, minęliśmy Di. Na jej twarzy gościł grymas przerażenia. Matka ze strachem w oczach minęła kobietę. Gdy odwróciłem głowę, spostrzegłem, że cały czas na nas patrzy. W jej spojrzeniu dostrzegłem głęboką troskę, zupełnie jakby chciała się mną zaopiekować i, sam właściwie nie wiedziałem czemu, poczułem niezwykłą więź łączącą mnie z nią. Jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi stojącymi na rozdrożu i żegnali się przed tym, jak każde z nas pójdzie w inną stronę. Przebiegliśmy obok serii obrazów o żmij, lisie i myszach, po czym wybiegliśmy na podwórko jak poparzeni. Matka szła bardzo szybko, bezskutecznie udając całkowicie spokojną i opanowaną.
WWWW mgnieniu oka dotarliśmy do samochodu i odjechaliśmy, wzniecając ponownie chmurę pyłu. Kątem oka dostrzegłem, że w oknie widać twarz Di. Zdawało mi się, że płacze.
Ostatnio zmieniony śr 02 kwie 2014, 12:49 przez MaW, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
MTszewski
Pisarz domowy
Posty: 66
Rejestracja: ndz 01 maja 2011, 22:25
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Lublin
Płeć: Mężczyzna

Postautor: MTszewski » pn 08 sie 2011, 20:39

Koła samochodu powoli, jednak nieuchronnie, zwalniały, by w końcu całkowicie się zatrzymać. Silnik zgasł, a tumany pyłu i kurzu wzniecone przez pędzące auto, zawisły w powietrzu, gotowe by opaść. Ujrzałem, jak dobrze znana mi dłoń wyjmuje kluczyki ze stacyjki, a następnie chowa je w kieszeni płaszcza. Kobieta siedząca przede mną odpięła pasy i wykręciła się, aby lepiej mnie widzieć. Ciemnobrązowe oczy, osadzone w nienaturalnie głębokich oczodołach, wydawały się nie zdradzać żadnych emocji, jednak ja doskonale wiedziałem, że ten z pozoru niesamowity spokój był tylko przykrywką dla skrywanego pod nim wulkanu emocji. Mocno zaciśnięte i bez przerwy podgryzane wargi nie pozostawiały cienia wątpliwości co do stanu matki. Nie pamiętam, abym kiedyś widział ją tak spiętą. Wiedziałem, że sama nie jest pewna tego co robi i w głębi duszy wierzyłem, że jednak nie wyjdziemy z samochodu, tylko wyjaśni, że niesłusznie mnie tu przyprowadziła, a potem włoży kluczyki z powrotem do stacyjki i odjedziemy. Mrzonka.


W skrócie samochód zatrzymał się i spięta matka spojrzała na swojego syna. Już w tym akapicie dajesz zbyt dużo niepotrzebnych informacji, później jest podobnie. Takie wyliczanie co się dzieje nie jest dobre.
Pogrubiony fragment opisuje roztrzęsioną matkę. Raz piszesz o z pozoru niesamowitym spokoju, raz, że nie widział jej tak spiętej. Spokojne oczy, a potem podgryzane wargi. Zwykle to po oczach poznaje się stan człowieka, tak mi się przynajmniej wydaje.
Ogólnie cały akapit dałoby się streścić w trzech zdaniach i nie stracić nic z informacji.
Po za tym dziwię się, że chłopak mówi o swojej rodzicielce najpierw kobieta, a dopiero później matka. No i te zdania, długie jak korek do Zakopanego. Po za tym jest w tym akapicie parę błędów, ale nie będę ich pokazywał bo i tak sądzę, że trzeba by go w całości zmienić.



– Odpinaj się. To tutaj – powiedziała śmiertelnie poważnym głosem, potem wyprostowała się i chwyciła za klamkę.

Tyle tych słów po powiedziała, a ona nawet nie wyszła z samochodu. Odpinaj się, wyprostowała się i może nawet chwyciła za klamkę według mnie tu nie potrzebne.

Szlag by to… – pomyślałem, po czym niechętnie i powolnie odpiąłem pasy.

Wywalić niechętnie albo powolnie.

– No już, idziemy – rozkazała matka, trącając mnie w ramię, ale ja ani drgnąłem. – Borys, nie wygłupiaj się, to nie czas na żarty.


Trącając... znaczy trąciła go parę razy, w trakcie mówiąc no już idziemy? Po za tym ja niepotrzebne.

– Nigdzie nie idę – rzekłem tak stanowczo, jak tylko umiałem.
Wykrzyknik po nie idę i myślę, że byłby podobny efekt.

Mama opuściła torebkę z ramienia i chwyciła ją obiema dłońmi. Schyliła się tak, aby nasze oczy się spotkały i dotknęła koniuszkami palców mojego policzka.


Palcami czego? W końcu torebkę trzyma już obiema dłońmi. I to schyliła się tak, by nasze oczy się spotkały. Strasznie dużo informacji. Potrafię sobie wyobrazić jak matka rozmawia z dzieckiem, bez instrukcji schylania na odpowiedni poziom, czy sposobu noszenia torebki.


– To wariactwo. Czyste wariactwo. Kto jak kto, ale ty powinnaś o tym wiedzieć.

Trochę to irytujące, mama wie, narrator i bohater w jednym wie, autor wie, tylko ja nie wiem, gdzie oni idą. Samo w sobie to nie jest błędem, ale po przejściu takiej ilości wymienianych czynności, chciałbym wiedzieć po co są one wykonywane.

Sam nie do końca byłem pewien, czy nie skłamałem. W końcu od dwunastu lat obserwowałem naturę i charakter mojej mamy i zdawałem sobie sprawę, że to, co właśnie miała zamiar zrobić nie powinno mnie dziwić.

Pierwsze zdanie: nie lepiej brzmi w innym miejscu, ale to czepialstwo. Poza tym w czym skłamał. Że wiedziała? A skąd on to ma wiedzieć, skłamałem tu nijak nie pasuje.
Drugie zdanie: w świetle tego co jest potem, nie rozumiem co ma tu natura. Czytając to i nie znając końca pomyślałem, że tak na prawdę chodzi o khem... użycie liścia w lesie, a cała nadęta atmosfera była tylko taką zmyłką. I fajnie, że syn zaczął mówić na matkę mama. Powrót do łask? W końcu w ustach dwunastolatka matka nie brzmi zbyt dobrze.

- To i tak nic nie wyjaśni - zarzekałem się, choć powoli traciłem nadzieję na powrót do domu.


Zarzekać się nie pasuje.

Wyraz twarzy matki zdradzał, że podchodzi do sprawy bardzo poważnie i z ogromnym zaangażowaniem. Nie miałem serca jej tego odbierać.

Czego nie chciał jej odbierać. Wyrazu twarzy?

zapewnienie dane przez matkę przemknęło mi przez umysł, ostatecznie przekonując do zgodzenia się.

Na pewno da się to lepiej napisać.

Na jej twarzy wymalował się uśmiech satysfakcji. Położyła mi dłoń na ramieniu i wbiła mocno paznokcie, jednocześnie lekko popychając do przodu.


Satysfakcji wyrzucić. Przy drugim zdaniu pojawiło mi się w głowie pytanie, co ona właściwie mu robi? Kogo popycha lekko do przodu, czemu robi kuku swojemu dziecku (wbijanie paznokci do miłych rzeczy nie należy) skoro już miała ten "uśmiech satysfakcji", czemu popycha.

W Z drogi wstąpiliśmy na wąski trotuar, a następnie, uchyliwszy furtkę, wcisnęliśmy się na podwórko.

Znów dużo informacji. I dlaczego, wcisnęliśmy? Nie mogli szerzej otworzyć. Rozumiem, że furtka ma to do siebie, że jest wąska, ale mógł ktoś przewidzieć, że ktoś będzie nią wchodził.

Spokojnie podniosłem głowę, ciekaw tego co zobaczę.

Dlaczego spokojnie? I w końcu to on chciał zobaczyć gdzie idzie czy nie chciał. Pod samochodem zarzekał się jeszcze, że spojrzy tylko jak będzie musiał. Z opisu nie wynika by robił to wbrew własnej woli.

a pnące róże wspinały się po okolicach drzwi wejściowych, tworząc swoistą ramę nad wejściem.


Wiem o co chodzi, ale opis niezbyt udany. Bardziej chyba by pasowało :"a pnące róże wspinały się po ścianach, tworząc bramę, wewnątrz której były drzwi", ablo po prostu "pnące róże otaczały drzwi". Też nie jest super, ale lepsze bo: ramka można powiedzieć że jest wokół obrazu, ty mówisz, że jest ona nad drzwiami, w taki razie, można wnioskować, że nad drzwiami jest kwadrat pnących róż pusty w środku.


potem zmieniała swoją nawierzchnię z utwardzonego przez ludzkie stopy piachu na marmurowy żwir.

Nie wiem czy opis zmiany nawierzchni zainteresowałby nawet producenta opon.


– Na pewno. Ulica Moczarowa czternaście – odpowiedziała matka, wskazując na wiszącą nad drzwiami liczbę „14”.

14 nie wygląda ładnie, nawet w cudzysłowie. Jeżeli już musisz wspominać o pokazywaniu, to pomyśl czy ta 14 jest aż tak potrzebna.

To niemożliwe – powiedziałem w myślach. A gdzie są wysuszone nietoperze wiszące nad oknami? Gdzie koty wybiegające zza każdego możliwego krzaka? Gdzie jest dziwny zapach mikstur i trucizn? Czemu nie ma studni z brzęczącym łańcuchem nawiniętym na zbutwiały kołowrotek? A wysuszone drzewa z siedzącymi nań krukami?


Nie wiem, nie wspominałeś wcześniej, że idziesz do domu Baby Jagi.
A może miał wizję tego domu wcześniej, tylko autor zapomniał o tym napisać. Gdzieś czytałem że idealny bohater fantasy ma prorocze sny co miesiąc. Innego wytłumaczenia nie widzę dla tych pytań.

Gdy tylko usłyszałem cichy skrzyp otwieranych drzwi, odwróciłem prędko głowę i zadarłem ją do góry.

Zdanie o czynnościach głowy. Niepotrzebne. Lepiej od razu przejść do dużej kobietki.

wyglądająca jakby zaraz miała upaść i umrzeć.


Dobre;) A tak na serio wystarczy napisać, że była blada.

– Taak? – spytała cicho i ospale.

Wystarczy ospale. Według mnie nie potrzebnie używasz dwóch wyrazów do określenia danej czynności. Czasami to może i jest potrzebne, ale nie zawsze.

Wysoka brunetka spojrzała na mnie z góry badającym wzrokiem.

Jeszcze pamiętam, że była wysoka.


Jej oczy zdradzały głębokie zamyślenie, które, choć pewnie uzasadnione, nie było nam na rękę.

Czym uzasadnione?

Matka zaczęła się denerwować, dyskretnie próbując zwrócić uwagę kobiety na nas.

Jak zwracała uwagę? To akurat mogłeś napisać.

ale sumienie mi mówiło, że już jest za późno na odwrót.


Sumienie? Nie wiem czego, ale wydaje mi się, że w takich sytuacjach sumienie raczej się nie odzywa. Bardziej mówi, że coś jest złe.

Wreszcie mama zdobyła się na śmiałość i odchrząknęła głośno, przytykając ściśniętą w pięść dłoń do ust.

Co za niegrzeczność... To co wcześniej robiła, przewracała oczami?Po za tym ta pięść... jakby groziła, he he.

W – Przepraszam? Możemy wejść? – spytała uprzejmie.

No po pół strony... wreszcie.

Ciemnowłosa kobieta jakby ożyła,

Jakby? Tylko nie mów, że później w powieści okaże się zombie.


– Proszę poczekać chwileczkę – powiedziała kobieta – powiadomię pana Krugonowa o pani przybyciu.

Po kobieta kropeczka, potem z dużej. Poza tym kobieta akurat nie jest zbyt ścisły, w pomieszczeniu są w dwie kobiety. Ale w sumie z tego co mówi można się domyśleć w porównaniu do innych byczków ten nie jest taki wielki.

WNie wiedziałem, czemu zignorowano moją obecność. Czemu powiedziała „pani przybyciu” zamiast „waszym przybyciu”? Zdenerwowałem się na myśl o wysokiej ignorancji, jaką posiadała ta kobieta, jednak nie miałem w tamtej chwili chęci na dalsze robienie jej wyrzutów i gdy tylko odprowadziłem ją wzrokiem aż do momentu, gdy zniknęła w innym pomieszczeniu, postanowiłem rozejrzeć się po korytarzu. Białe ściany ozdabiały obrazy oprawione w ramy, które czas obdarł z jakiejkolwiek barwy. Każdy malunek przedstawiał polne kwiaty i buszujące pośród nich zwierzęta: lisy, myszy, a nawet żmiję, choć jej dostrzeżenie zajęło mi chwilę czasu. Co dziwne, każdy obraz wyglądał podobnie: na jednym z nich drzewo było łyse, a całą polanę obsypał śnieg. Lis, idąc z głową uniesioną wysoko do góry, prezentował swoją pychę i dumę. Z pyska wystawał mu strzęp mysiej sierści, a w rogu przyczajała się na niego, całkowicie niewidoczna dla rudzielca, żmija. Drugi obraz przedstawiał tę samą polanę, tylko wiosną. Z pyska drapieżcy ponownie wystawały resztki obiadu, ale dostrzegłem, że z jego oczu emanowało podenerwowanie. Omiotłem wzrokiem resztę obrazu, szukając przyczyny tego zachowania i dostrzegłem wyłaniającą się spośród kłosów zboża żmiję. Prędko spojrzałem na przedostatni obraz z serii, na którym to wąż trzyma zęby wbite w przednią łapę lisa, a on z pyskiem otwartym z bólu i strachu, przeżywa ostatnie chwile swego życia i byłem pewien, że gdyby tylko postacie namalowane na płótnie mogły się poruszać, ten zwierz niedługo upadłby i zostałby pochłonięty przez myszy. Na ostatnim obrazie znowu panowała zima i nie mogłem dostrzec żadnego żywego zwierzęcia. Ani lisa, ani myszy, ani żmij. Zastanawiałem się, skąd wzięła się podejrzana nieobecność wszystkich stworzeń. I dopiero gdy bardzo uważnie się przyjrzałem, dostrzegłem wychylającą się zza pnia drzewa głowę lisa. Byłem pewny, że to nie ten sam osobnik, bo ten, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, dopiero badał nowy teren, aby potem go zająć i uczynić się na nim władcą.


Przepraszam, ale ten fragment sobie podaruję. Może i są tu ważne elementy, ale nie warto męczyć czytelnika takim długim opisem, w dodatku nie ciekawym.

– Nieważne jak bardzo byś się starał, i tak nie masz szans – usłyszałem głos szepczący mi do ucha te słowa.

Ale na co? Po za tym teraz szepcze do ucha, potem schyla się do poziomu (co w sumie samo w sobie nieładnie brzmi). Nielogiczność. Dalsza część moralizującego wykładu zawiera jakąś tam prawdę, ale nie wiem jak się ona ima do reszty tekstu.

WNa koniec kobieta mrugnęła porozumiewawczo jednym okiem.

Nie potrzebne jednym.

– D-dobrze. Dziękuję, zapamiętam – odparłem.

Lepiej jakbyś napisał, że się zająknął, niż to D-dobrze.

W– Cieszę się. I gratuluję spostrzegawczości. Niewiele gości dostrzega żmiję na pierwszym obrazie, a co za tym idzie, całe przesłanie, jakie niosą ze sobą te cztery obrazy, przelewa im się między palcami.

U czytanko w myślach, a chłopak nawet się o tym nie zająknął.
– Eghem! – odchrząknęła matka. – Nie chciałabym pani przerywać, ale… spieszy mi się.

1. Eghem - prędzej Ekhm, ale i tak wystarczyłoby, że odchrząknęła matka. To co napisał brzmi mniej więcej tak: odchrząknięcie - odchrząknęła matka.
2. Po co ten wielokropek? Wstydzi się tego, że się jej śpieszy?

gdyż z niewiadomych mi przyczyn, mama kroczyła bardzo pospiesznie, niemalże biegła.

Jak to z niewiadomych? Przecież jej się śpieszyło?

Łyse, białe ściany skojarzyły mi się z salą szpitalną, dokładnie taką samą, w jakiej leżałem kilka dni po operacji usunięcia wyrostka.

No i ten opis pozwolił mi co nie co sobie wyobrazić co nie co. Te kilka dni brzmią dwuznacznie, bo mógł leżeć kilka dni, albo dopiero po kilku dniach przenieśli go do normalnej sali. Wiadomo, logika podpowiada to pierwsze, w końcu to niby stany, a nie Polska.
A i dokładnie taką samą wywalić. Przypomina mu się TA sala a nie taka sama.

– Proszę, usiądźcie – rzuciła kobieta. – Pan Krugonow będzie lada chwila. Prosił o chwilę cierpliwości. Musi się przygotować. – Rzekła, po czym zniknęła za drzwiami.

Tutaj pomieszanie z kropkami ( a nuż gdzieś się uda napisać dobrze:) ) . Tam gdzie zaznaczyłem powinno być bez.

WPo tym jak mama zajęła jeden z pufów, ja postanowiłem, że postoję, gdyż domyśliłem się, że drugi jest zarezerwowany dla Krugonowa. Oczekując na przyjście mężczyzny, podszedłem do okna i wyjrzałem na podwórze. Znajdowaliśmy się teraz po przeciwnej stronie domu i nie było widać ani drogi, ani naszego samochodu, ani ogródka z rozplenionymi chwastami. Ujrzałem za to wysokie, sterczące liście strzałki zasłaniające widok małego stawu czającego się za ścianą roślin. Powierzchnię wody niemalże całkowicie przysłoniła rzęsa i gdyby nie małe luki w zielonym dywanie, można byłoby pomyśleć, że to krótko przystrzyżony trawnik. Nieco dalej klimat opuszczonego ogrodu był jeszcze bardziej uwypuklony. Zamiast zadbanych klombów dostrzegłem wysokie na metr, a może nawet i więcej, pokrzywy walczące o miejsce do rozrostu z trzcinami, prezentującymi dumnie swoje wiechy oraz innymi, najdziwniejszymi rodzajami chwastów.


Kolejny opis, który za wiele nie wnosi.

Omiatając po raz kolejny podwórze, nabrałem pewnych obaw, czy rzeczywiście to miejsce jest tak przyjazne, na jakie wydawało się od strony drogi.

Dlaczego?

Nagle stało się coś, co wystawiło na poważną próbę moje opanowanie i zaufanie do tego domu. Spośród wysokich łodyg pokrzyw wystawał czarny przedmiot. Z początku nie wiedziałem, co to takiego. Potem dokładnie się przyjrzałem. Obły kształt z wcięciem w górnej części. Złote pióra na brzegu. Dwie równych rozmiarów dziury i jedna większa, wygięta niczym bumerang.
Maska.

Pierwsze zdanie bardzo takie sobie. Reszta również. Niech on się od razu przyjrzy, a nie mówi, że to zrobi. To co pogrubiłem nie przypomina mi maski. Dziurę w kształcie bumerangu jeszcze zrozumiem, choć bumerang i tak dziwnie tu brzmi, ale jakie jest przeznaczenie drugiej dziury? Czekaj, czyżby to maska... C Y K L O P A.
Później nie wiem czemu tak chłopak tak się przeraził tej maski.

W jednej chwili poczułem się jak dziecko w supermarkecie bez rodziców

Chłopak jest dzieckiem, więc lepiej by pasowało, jakbym się zgubił w supermarkecie.

Serce biło tak mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi, a cała radość i szczęście opuściły mnie, jakby nie należąc do mojego świata.


No... przechlapane ma dziecko same w supermarkecie.

Nagle ciszę panującą w pomieszczeniu przerwał niski, cichy głos.

Coś oni wszyscy cisi.

Odwróciłem się i spojrzałem na mężczyznę stojącego przy ławie. Przyglądał mi się bacznie, jakby umiał czytać w myślach.
WWW– Och, przepraszam – powiedział, patrząc mi głęboko w oczy. – Di, mogłabyś przynieść jeszcze jeden puf dla naszego młodocianego gościa?! – Zawołał.


Dużo tu patrzenia. Odwróciłem się niepotrzebne.

Po chwili wysoka kobieta powróciła, niosąc zapasowy puf. Gdy tylko ustawiła go na wolnym miejscu przy ławie, usiadłem na nim, oczekując na dalszy bieg wydarzeń.

Zapasowy niepotrzebny. Oczekując na dalszy bieg wydarzeń też.

Śmiało, weź. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile ciekawych smaków można tu znaleźć. Ostatnio natrafiłem na miętę ze śliwką i szpinakiem.

Jeeeezu. Harry Potter wiecznie żyw.

– Niech się pani nie krępuję. Wczoraj miałem klientkę, której matka piecze na obiad swoje psy i koty, gdy te zbyt bardzo się rozmnożą. Już chyba nic mnie nie zdziwi.


A może miała chińską restaurację mamusia?

– Zaczęło się już, gdy był dzieckiem.

Naprawdę? Dwunastolatek to też dziecko.

- Czyli mały miewał ataki złości, tak?


Nie, lubił tylko podrapać ściany, czasem.

Dziwnie się czułem, słuchając opowieści mamy. Rozmawiali tak, jakby mnie tam nie było.

No przecież się zwróciła do niego, czego chce więcej?

– Czy miał jeszcze jakieś inne objawy? – dopytywał Krugonow, widząc, że nie wyciągnie ze mnie ani słowa.

Ani słowa więcej. Z resztą, szybko się poddaje ten doktorek.

– Tak, na przykład wykradał z szafki zapałki i podpalał kwiatki. Twierdził, że tak musi być. Że tak mu kazano. Raz nawet wypalił na mojej drewnianej szkatułce cyfrę dwa. Nic z tego nie rozumiem.

Niezbyt to straszne. Szczerze mówiąc to nawet zabawne. Podpalał kwiatki, buuuuuaaaaa.

– Próbowałam, ale nie miałam siły. Żeby pan wiedział, jak on się wyrywał!

Jak dziki zwierz!

ale jego samolot miał jakąś usterkę. Rozbili się.

No to jednak poważna usterka była.

Borys, czy mógłbyś podać mi rękę?

Leży tuż obok ciebie, nie przejmuj się że jest taka blada.

– Przepraszam… – wymamrotał mężczyzna, po czym prędko spojrzał na zegarek. – Już późno. Tak, bardzo późno. Czternasta trzydzieści, zaraz przyjdą do mnie następni klienci, musimy kończyć. Przykro mi, nic nie udało mi się odczytać z dłoni pani syna. Całkiem zwykły przypadek osoby zbyt zestresowanej. Proszę go nie denerwować i dać mu odpocząć. I niech dużo śpi.


Zajechało polskim szpitalem.

Dalszy dialog jest dosyć żywiołowy, po za tym nie ma w nim zalet. Nie wiem dlaczego mężczyzna zatajał informację. Licytacja patrz wyżej. Ogólnie dialogi są bardzo sztuczne.

Krugonow potrząsnął głową zrezygnowany i usiadł ponownie, prosząc mnie o podanie dłoni.

Wiesz, że to zdanie oznacza, że on musiał siadać dokładnie w tedy, gdy prosił o podanie dłoni?

ostatniej chwili złapałem się krawędzi ławy i ciągnąc masywne ciało Krugonowa, powróciłem na puf.

Masywne jak na mężczyznę? Ciężko mi sobie wyobrazić, że dwunastolatek pociągnąłby dorosłego faceta. Szczególnie w USA.

– Dzień śmierci bliźniaczy do dnia poczęcia – wypowiedział głośno ochrypłym głosem.

Wystarczy : krzyknął ochryple.

Obie twarze zdradzały głęboki niepokój i strach.

Złe zdanie. Jeden majaczy, druga się na niego patrzy i twarze zdradzały głęboki niepokój. Nie pasuje. Poza tym nie pisz głęboki niepokój i strach, lepiej już sam strach.

Wyrwałem rękę z uścisku mężczyzny, po czym poczułem stanowczy dotyk dłoni matki na ramieniu.


po czym poczułem dłoń matki na ramieniu.
Matka trzęsącymi się dłońmi wyciągnęła z torebki portfel, po czym rzuciła na ławę zmięte banknoty.


Nie pisz tak dokładnie, proszę.

Na sto procent coś jeszcze jest, niektórych rzeczy nie pisałem bo mi się już po prostu nie chciało. Tekst do poprawienia, gruntownego. Przyda ci się trochę ćwiczeń, powieść odłóż na później, łatwiej jest się uczyć na opowiadaniach. Jak na razie tekst z masą potknięć, za dużą ilością opisów, szczególnie wymieniania po kolei czynności i konkretnych elementów otoczenia. Nadużywasz imiesłowów przysłówkowych (tych wszystkich mówiąc, śpiąc), one spowalniają tekst, po za tym można łatwo się na nich przejechać, bo wymuszają w jakiś sposób kolejność czynności, co tobie się zdarzyło.

Sama Fabuła ginie w nadmiarze opisywanych czynności, po za tym nie zachęca do dalszego czytania. Właściwie to nie wiele rzeczy zachęca. Bohaterowie są jacyś dziwni, chyba każdemu dałbym darmowy karnet na pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Po za tym ich poczynania są często nielogiczne.

Co mogę pozytywnego napisać? Słownictwo masz całkiem niezłe. Akapity w dobrych miejscach, zapis dialogu w większości dobry. Możliwe też, że masz całkiem niezły pomysł na powieść, ale, przynajmniej na razie, tego nie widać.

Dlaczego się zabrałem za ten tekst? Bo przypomina mi trochę moje wypociny jeszcze parę lat temu. Też siliłem się na budowanie klimatu rozbudowanymi opisami, których efekt był odwrotny do zamierzonego. Także pisałem, że ktoś usiadł, zaciągnął powietrza, powiedział i na koniec mrugnął jednym okiem. Nadal nie umiem idealnie pisać, ba, nie wiem czy kiedykolwiek będę umiał, ale widzę u siebie już jakąś różnicę. Zachowaj sobie ten fragment, kiedyś będzie fajnie do niego wrócić i na pewno też ją zauważysz.

Na razie życzę powodzenia i pozdrawiam.

PS. Gdzieś kiedyś znalazłem na tym forum ciekawy poradnik jak pisać. Sporo tam jest właśnie o błędach początkujących pisarzy, napisane z humorem w dodatku z ciekawymi ilustracjami (naprawdę mi się podobały).

PS2. Jeżeli gdzieś uraziłem ciebie jakimś żarcikiem to przepraszam. Czasami lubię pośmiać, zostało mi to z szukania nielogiczności w amerykańskim filmach. Powiem szczerze, że było ich u ciebie mniej niż w niejednym hollywoodzkim gniocie.

PS3. Niezłych rozmiarów potworek wyszedł z tego komentarza.

B16 - zatwierdzam
Ostatnio zmieniony pn 03 mar 2014, 14:36 przez MTszewski, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
Maciejo
Pisarz domowy
Posty: 64
Rejestracja: sob 30 kwie 2011, 00:04
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Maciejo » wt 09 sie 2011, 15:10

A ja króciutko. Tekst czytało mi się baardzo przyjemnie. I nie zgodzę się z poprzednikiem, naprawdę fajny klimacik wykreowałeś.


Way, way down inside, there's a hollow soul...

Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2873
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bartosh16 » śr 02 kwie 2014, 12:49

Łał, tyle powiem.

Z tego, co widzę, w momencie, kiedy to wrzucałeś, miałeś piętnaście lat. To jest świetne jak na piętnastolatka.

Żeby nie było za słodko. Siękoza u Ciebie paskudna. Należy wyleczyć. Po napisaniu zaznacz sobie wszystkie "się" i pomyśl, jak je usunąć.

MaW pisze:Zdenerwowałem się na myśl o wysokiej ignorancji, jaką posiadała ta kobieta


?? Posiadana ignorancja? Pierwsze widzę coś takiego.
Stopień, w jakim nas ignorowała, sposób, coś w ten deseń, ale nie tak. Ignorancji się nie posiada :)

MaW pisze:Drugi obraz przedstawiał tę samą polanę, tylko wiosną. Z pyska drapieżcy ponownie wystawały resztki obiadu, ale dostrzegłem, że z jego oczu emanowało podenerwowanie. Omiotłem wzrokiem resztę obrazu, szukając przyczyny tego zachowania i dostrzegłem


To bardzo piękne słowo i chyba Twoje ulubione. Pada zbyt wiele razy.
Zobaczyłem, ujrzałem, spostrzegłem, zauważyłem. Szukaj synonimów.

MaW pisze:Zdezorientowany spojrzałem na matkę, jakby szukając w nich odpowiedzi


Podmioty się popierniczyły, widzę.

MaW pisze:Gdy obróciłem smakołyka tak


Zła odmiana.
Smakołyk.

MaW pisze:Wczoraj miałem klientkę, której matka piecze na obiad swoje psy i koty, gdy te zbyt bardzo się rozmnożą. Już chyba nic mnie nie zdziwi.


Takich rzeczy się nie mówi przy 13-latku.

MaW pisze:Z tymże wtedy nie objawiało się to z taką siłą.


Z tym, że...
W tymże konkretnym przypadku.

Reszta w porządku. Przemiłe opowiadanie, więcej takich.

Powodzenia w dalszej pracy życzę :)


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość