Dozorca (humor, lekko absurdalny, odrobinka magii)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Dozorca (humor, lekko absurdalny, odrobinka magii)

Postautor: Mazer » wt 07 cze 2011, 00:51

Jedno, co chciałbym napisać przed tekstem to prośba o pomoc do tych, co przeczytają - jak można sklasyfikować to opowiadanie? Niby napisałem obok tytułu mniej więcej klimat, ale to absolutnie nie jest określenie gatunku. Więc... ? Tak po prawdzie, to zawsze miałem problem z szufladkowaniem swoich tworów :/ a chyba pasuje dokładnie wiedzieć, co się gatunkowo pisze ;)

Zasiadłem do stołu około północy i zanim się spostrzegłem, na dworze już zaczęło świtać. Nagle zrozumiałem, że zamiast myśleć o tym, do czego mój mózg został stworzony, cały czas skupiałem się na tym cholernym „tyk, tyk, tyk” wskazówek zegara - sekunda za sekundą, minuta za minutą. Bezproduktywnie spędzone godziny uleciały niczym popiół na wietrze.
- Ech, gdyby chociaż mucha zjawiła się… - mruczę pod nosem, po czym wstaję i omiatam wzrokiem podłogę, docierając do lodówki. Może w niech coś znajdę.

Niestety, tu, podobnie jak w głowie, też praktycznie pusto.

Na bocznych półkach tylko butelka kefiru, pęk rzodkiewek, jak i stara cytryna. Nic inspirującego. Parę jajek spoczywających w plastykowych pojemnikach nasuwa mi pomysł jajecznicy - smacznie, a i owszem, niestety, problem w tym, że nie takiego poruszenia umysłu poszukuję. Dopiero dwa kotlety mielone zwracają mą uwagę na tyle, bym przykucnął i zaczął się im przyglądać ze zdecydowanie większym zainteresowaniem, niż całej reszcie asortymentu. Odwinięte od góry, tkwią w niejako sreberkowym więzieniu, które umożliwia im jedynie obserwować to, co powyżej. A powyżej dwa stare ziemniaki w mundurkach i główka kapusty zielonej.

Bezsensownie spoglądam na to wszystko, licząc, że nagle doznam olśnienia. Ostatecznie wzruszam ramionami.
- Obiad – stwierdzam krótko i już chcę sięgać po mielone, gdy nagle te zaczynają drgać. Cofam odruchowo rękę.

Para brązowych, owalnych kawałków mięsa po paru sekundach delikatnych wibracji zaczyna mruczeć, dałbym sobie głowę uciąć, że rozmawiają między sobą. Chwilę później próbują zwrócić na siebie uwagę kapusty.
- Psssst! Psssst! – co rusz rozlega się ze sreberka.

Kropla drąży skałę, więc staraj się, a będzie ci dane.

Warzywo w końcu odwija dwa liście i, niby od niechcenia, a jednak z pewnym zaciekawieniem, spogląda na nieoczekiwanych adoratorów. Moment później turlają się do niego ziemniaki, gwiżdżąc z podziwem dla urody kotletów, a te, zachęcone, nie czekają na kolejny sygnał – wyskakują ze sreberek, jeden kładzie się na dłuższej krawędzi, drugi wdrapuje na niego i odbija energicznie, lądując na wieczku kefiru, którego następnie używa jako trampoliny, by dostać się na półkę, gdzie obiekty jego westchnień i marzeń. Staje na krótszej krawędzi i podchodzi wolno do kapusty, niczym kowboj wolno kołysząc się z jednej krawędzi na drugą. Warzywo czeka, drży całe z podniecenia, nie mogąc w spokoju dotrwać chwili, aż mielony je weźmie, zedrze ostatnie liście i dostanie się do soczystej kalarepy. Tymczasem drugi… drugi…

Spoglądam na wnętrze lodówki i opuszczam bezradnie ręce. Życie seksualne kotletów mielonych, przeginasz człowieku. Kogo ja oszukuję? Z tego można dobry obiad zrobić, ale nie dobrą powieść.

Wracam zrezygnowany do stołu. Cóż, strony Worda będę musiał zapełnić jutro, teraz pora na spanie.

I kiedy mam już naciskać „Start – wyłącz komputer”, słyszę dziwny hałas, jakby serię krótkich wyładowań elektrycznych, po czym zapada cisza. Dźwięki ewidentnie dobiegały z klatki schodowej. Zrywam się, by sprawdzić zajście, jednak zastygam na środku kuchni w oczekiwaniu. Wsłuchuję się w tykanie zegara, sekunda po sekundzie i nagle kolejny huk, lecz tym razem głuchy, przypominający uderzenia w drzwi. Ktoś próbuje dostać się do ogrodu, zgaduję, jednocześnie skaczę do parapetu i otwieram okno, którego skrzydła z impetem walą w futrynę. Wyglądam na zewnątrz. Znowu cisza. Z narastającym biciem serca wypatruję czegokolwiek, gdy nagle drzwi prowadzące na podwórko, wyginają się gwałtownie pod naporem czegoś z wewnątrz, niby taranowane wrota zamku. Ale zawiasy mocno trzymają je w ścianie.

Wzywać policję? Nie wzywać? Tylko po co? Przecież dozorca na pewno zauważył całe zajście, on nawet jak mysz zbyt głośno piśnie, od razu wyłazi ze swej jamy sprawdzać, co się dzieje.

Uderzenia powtarzają się, jednak skrzydła wciąż tkwią na swoim miejscu. Komu może aż tak zależeć, by wejść do ogrodu? I w tym właśnie momencie przestrzeń na ułamek sekundy rozjaśnia oślepiający błysk. Oczy zasłaniam ręką i tylko słyszę odgłos roztrzaskiwanego drewna wymieszany z chrzęstem pękających, stalowych zawiasów, a na twarzy czuję podmuch gorąca – ktoś musiał użyć materiałów wybuchowych.

Parę sekund później rozglądam się po okolicznych blokach, lecz, co dziwne, nie dostrzegam ani krzty zainteresowania ze strony mieszkańców. W sumie jest wczesny ranek, więc ludzie, najprawdopodobniej jeszcze otumanieni snem, dopiero zaczynają się zastanawiać, co zaszło. Tymczasem w ogrodzie kurz opada, dym ulatnia się, ukazując skalę zniszczeń. Widzę pośród trawy kawałki drzwi i fragmenty roztrzaskanej ściany, a tuż przed wejściem do budynku powaloną siłą podmuchu roślinność, wszystko spalone albo poczerniałe od sadzy. I ta nieprzenikniona cisza. Jakby śmierć objawiła swe oblicze.

Nieoczekiwanie dochodzi mnie stukot obcasów. Wychylam się jeszcze bardziej za parapet. Agresorów jest czterech i każdy ma na sobie typowo dresowe ubranie, na stopach adidasy. Skąd więc te obcasy?

Odruchowo sięgam po papierosy – pal licho ze zdrowiem, taki widok jest wart wrócenia do nałogu. Każde zaciągnięcie podwaja przyjemne zainteresowanie z oglądanych scen.

Osiłki wolno ustawiają się po dwóch na skrzydłach twarzami do drzwi, po chwili wchodzi postać odziana w bordową szatę. Czwórka z wyczekiwaniem zerka na przybyłego, najpewniej swojego pana, przełożonego, czy lidera, jakkolwiek go jednak nie nazwać, gdy ów wskazuje miejsce przed studnią, tuż przy granicy ogrodu, jedna para rusza. Ale dają radę zrobić ledwie kilka kroków, gdyż nieoczekiwanie trawa w interesującym ich punkcie zaczyna skrzyć, aż w końcu wyrzuca z siebie kulę jasnej, przecinanej wiązkami błyskawic, energii. Postać w szacie natychmiast reaguje – spod odzienia dobywa powyginaną laskę, z zamkniętym na szczycie w szklanej sferze czerwonym kryształem; wykonuje nią kilka machnięć i wokół kryształu natychmiast pojawiają się drobne ogniki, które błyskawicznie zamieniają się w pędzące pociski. Trafiają w jasną kulę, ale ta pochłania je wszystkie i tłamsi w sobie, jakby zjadając całą ich moc.

Postać w płaszczu mruczy dziwne słowa, wskazuje laską na każdego z osiłków, a ci cofają się pchani tajemniczą siłą, ewidentnie wbrew swej woli. Widzę ich przepełnione strachem spojrzenia. W końcu zostają przyciśnięci do ściany kamienicy, po czym znikają w jej wnętrzu. Właściwie zostają wtopieni, wessani, wchłonięci.

Kurwa, co się dzieje!

Sięgam po kolejnego papierosa, a gdy dostrzegam, kto stoi w trawie przed studnią, dosłownie uderzam pyskiem o parapet, czuję jak mózg chce wyskoczyć z czaszki i zatańczyć kankana. Dozorca. Ten stary piernik, ta ledwie trzymająca się na nogach kupa przeterminowanego mięsa staje w szranki z… z… Właśnie, z kim? Nie wiem, nie dojdę tego teraz i na pewno nie zrozumiem. Zresztą, nie mam czasu na domysły, bo akcja się toczy.

Rywale wchodzą w wysoką trawę, robią okrężną rundę naprzeciw siebie, po czym bez słowa dozorca lekko ugina nogi, odchyla ręce do tyłu, trzymając je po lewej stronie, a w dłoniach materializuje kulę energii wielkości piłki futbolowej. Oponent nie pozostaje w tyle – wykonuje ruchy laską i sekundę później obaj wystrzeliwują ku sobie pociski. Ładunki zderzają się dokładnie w połowie drogi, wylatują kilka metrów wyżej i następuje siłowanie. Dozorca z całej mocy pcha swój, jednak gość w szacie nie ustępuje ani na krok. Trawa coraz mocniej kołysze się od podmuchów wytwarzanych przez powietrzne starcie, w uszach zaczyna mi doskwierać nieprzyjemne piszczenie, jakby stado szerszeni zagnieździło się w głowie. I nagle postać w czerwonej szacie jedną ręką puszcza laskę, osłabiając tym samym moc swojej kuli, dozorca natychmiast to wykorzystuje i z impetem pcha własną energię.

Zaciskam wargi na papierosie, już nawet się nie zaciągam, po prostu pędzę razem z wydarzeniami.

Okazuje się, że to był tylko podstęp. Postać w szacie wolną ręką wykonuje gest, na co kawałki rozwalonej ściany kamienicy unoszą się w powietrze i z impetem walą w dozorcę. Ten jednak w porę orientuje się w cwanym zagraniu przeciwnika i w ostatniej chwili jeszcze mocniej pcha kulę, po czym odskakuje.

Obaj leżą teraz w trawie – jeden powalony uderzeniem jasnej energii, drugi poturbowany gruzem.

Już na spokojnie dopalam papierosa, kiepuję go w popiołce i zakładam ręce za głowę, z uśmiechem spoglądając na monitor. Tak, taki początek może być, po południu wymyślę jakąś zawiłą intrygę.

Teraz już tylko „Zapisz jako”, później „Start – wyłącz komputer” i można iść spać.
Ostatnio zmieniony ndz 21 sie 2011, 21:14 przez Mazer, łącznie zmieniany 3 razy.


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3396
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » wt 07 cze 2011, 19:19

Mazer pisze:Każde zaciągnięcie podwaja przyjemne zainteresowanie z oglądanych scen.


Mazer pisze:Ale dają radę zrobić ledwie kilka kroków, gdyż nieoczekiwanie trawa w interesującym ich punkcie zaczyna skrzyć, aż w końcu wyrzuca z siebie kulę jasnej (energii), przecinanej wiązkami błyskawic, energii.


Mazer pisze:najpewniej swojego pana, przełożonego, czy lidera,


Mazer pisze:wykonuje nią kilka machnięć (Mach! Mach!) i wokół kryształu natychmiast pojawiają się drobne ogniki, które błyskawicznie zamieniają się w pędzące pociski.


Mazer pisze:Trawa coraz mocniej kołysze się od podmuchów wytwarzanych przez powietrzne starcie, w uszach zaczyna mi doskwierać nieprzyjemne piszczenie, jakby stado szerszeni zagnieździło się w głowie.

To co powyżej, wpadło w oczy przy czytaniu. Z pewnością sam potrafisz poprawić.

Nieźle się bawiłam. Dozorca mach, mach czarodziejską różdżka i całą kamienicę obroni przed wyobraźnią pisarza jarającego ćmiki po kryjomu w oknie.
Temat boski. Tylko nie zapomnij, pisząc dalej, patrzeć na to oczyma tego nałogowca. Pisarz notuje ułamki fabuły, obserwując w różnych dziwacznych sytuacjach świat magii(?), który włazi w jego pozbawione weny i energii życie.

Dzięki za rozrywkę.

Co do gatunku. Jakie to ma znaczenie? Sam wymyśl. Bardziej groteska niż absurd. Chociaż może zwidy głodnego pisarza?


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » czw 09 cze 2011, 18:02

Miło, że było się podobało :)
Po prawdzie, jest to jedno z opowiadań rozpoczętych po prostu z musu napisania czegokolwiek, a nie ze złapania pomysłu... No i okazało się, że brak weny też może być weną, ha!

Natomiast w kwestii klasyfikacji gatunkowej - przy wrzucaniu tekstów na to forum, (niby)jest wymóg napisania, jaki to gatunek, czego nigdy nie umiałem zrobić, zawsze tylko jakieś słowa opisujące mniej więcej klimat. Ot, tylko w tej kwestii prosiłem o pomoc.

Potknięcia zanotowane i do poprawy.

Dzięki bardzo
Pozdrrrrr!!!


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » sob 09 lip 2011, 11:45

Może w niech coś znajdę.

niej?

Niestety, tu, podobnie jak w głowie, też praktycznie pusto.

Wielokrotnie zastanawiało mnie takie połączenie: praktycznie pusto. Czyli, nic nie ma i nic nie ma? To bez sensu. Gdybyś napisał teoretycznie, to okazuje się, że w praktyce coś jest, ale gdyby przyszło z tego czegoś coś zrobić, to się nic nie da, ponieważ teoria nie koreluje z praktyką. I wiem, że przyjęło się tak mówić, ale obstawiam przy swoim - to jest nielogiczne (w tym użytym kontekście). Bo przecież chłop w głowie coś miał, coś nieokreślonego... więc tylko pustka jest rzeczą teoretyczną!

Na bocznych półkach tylko butelka kefiru, pęk rzodkiewek, jak i stara cytryna. Nic inspirującego. Parę jajek spoczywających w plastykowych pojemnikach nasuwa mi pomysł jajecznicy - smacznie, a i owszem, niestety, problem w tym, że nie takiego poruszenia umysłu poszukuję. Dopiero dwa kotlety mielone zwracają mą uwagę na tyle, bym przykucnął i zaczął się im przyglądać ze zdecydowanie większym zainteresowaniem, niż całej reszcie asortymentu. Odwinięte od góry, tkwią w niejako sreberkowym więzieniu, które umożliwia im jedynie obserwować to, co powyżej. A powyżej dwa stare ziemniaki w mundurkach i główka kapusty zielonej.

A to świetne - uśmiałem się. Jakbym siebie widział w sobotnie popołudnie, z samego rana przed lodówką :)

zgaduję, jednocześnie skaczę do parapetu i otwieram okno, którego skrzydła z impetem walą w futrynę.

to coś jak trzasnąć obrotowymi drzwiami? :)

Wzywać policję? Nie wzywać? Tylko po co?

Po co nie wzywać? A przestaw to:
Wzywać policję? Tylko po co? Nie wzywać?

Takie pisarskie szaleństwo: twórz i baw się! Konwencja jest miła w odbiorze, język nawet dynamiczny, dobrze współgra z fabułą. Tekst dobry, ale na jeden raz, jako coś "ożywczego" lub odmiennego od wszędobylskich tekstów fabularyzowanych. Myślę, że druga odsłona byłaby mniej zadowalająca.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.

Awatar użytkownika
Mazer
Pisarz domowy
Posty: 183
Rejestracja: pn 06 sie 2007, 17:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: Mazer » ndz 10 lip 2011, 16:54

Wielokrotnie zastanawiało mnie takie połączenie: praktycznie pusto.

Gdyby do tego podejść dosłownie, to i owszem - błąd. Jednak można spojrzeć na sprawę bardziej potocznie, czyli praktycznie oznacza prawie. Patrząc na całe opowiadanie, luźny klimat i styl można sprawę potraktować bardziej potocznie ;) Chociaż jak najbardziej się zgadzam, że może to zostać wytknięte jako błąd.

Cytat:
zgaduję, jednocześnie skaczę do parapetu i otwieram okno, którego skrzydła z impetem walą w futrynę.

to coś jak trzasnąć obrotowymi drzwiami?

Tu rzeczywiście trzasnąłem obrotowymi drzwiami ;) Może powinno być: zgaduję, jednocześnie skaczę do parapetu i z impetem otwieram okno.

Myślę, że druga odsłona byłaby mniej zadowalająca.

Też się tego obawiam, dlatego na razie nie zabieram się za kontynuację, tym bardziej, że opowiadanie powstało bez nadziei na kontynuację. Po prawdzie, to po prostu zasiadłem do biurka i bez pomysłu na nic zacząłem pisać, dalej mnie zwyczajnie poniosło :) Opowiadanie napisane z braku weny o braku weny - chyba każdy z nas tu obecnych coś takie kiedyś przeżył, w sensie brak inspiracji.
Niby jest jakiś zalążek fabuły i można by się pobawić... tylko cz będzie mi się chciało?

Dzięki i pozdrrrr! :)


"Ludzie się pożenili albo się pożenią i pozamężnią, pooświadczali się... a ja na razie jestem na etapie robienia sobie kawy...jakkolwiek można to odnieść do życia" - Hipolit

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4274
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » ndz 21 sie 2011, 20:56

Mazer pisze:Na bocznych półkach tylko butelka kefiru, pęk rzodkiewek, jak i stara cytryna.

Zbędne.
Mazer pisze:dostanie się do soczystej kalarepy.

Skoro to była zielona kapusta, to adorator może się dostać jedynie do głąba. Twardego, niestety.
Mazer pisze:Dźwięki ewidentnie dobiegały z klatki schodowej. Zrywam się, by sprawdzić zajście,

Seria dźwięków to jeszcze nie "zajście". Zwyczajnie: [...} by sprawdzić, co się dzieje.
Mazer pisze:kolejny huk, lecz tym razem głuchy, przypominający uderzenia w drzwi. Ktoś próbuje dostać się do ogrodu, zgaduję

Mazer pisze:drzwi prowadzące na podwórko, wyginają się gwałtownie pod naporem czegoś z wewnątrz

Podwórko, ogród - nie bardzo potrafię wyobrazić sobie topografię tego miejsca. Wielka kamienica z oficynami i podwórkiem - ogródkiem? Apartamentowiec - łamaniec na ogrodzonym osiedlu?
Mazer pisze:Agresorów jest czterech i każdy ma na sobie typowo dresowe ubranie, na stopach adidasy

Skąd wiadomo, że są to agresorzy, a nie kumple sąsiada, którzy wybiegli patrzeć, co się dzieje?
Mazer pisze:Czwórka z wyczekiwaniem zerka na przybyłego, najpewniej swojego pana, przełożonego, czy lidera, jakkolwiek go jednak nie nazwać, gdy ów wskazuje miejsce przed studnią, tuż przy granicy ogrodu, jedna para rusza.

jakkolwiek go nazwać. I rozbij to zdanie na dwa: Gdy ów wskazuje miejsce [...]
Mazer pisze: dobywa powyginaną laskę, z zamkniętym na szczycie w szklanej sferze czerwonym kryształem;

Ciut to skomplikowane. Może: [...] laskę zwieńczoną przezroczystą kulą z zamkniętym w niej czerwonym kryształem. A tak w ogóle, to narrator, oglądając wszystko ze swojego okna, miał małe szanse rozpoznać, że to szkło i kryształ. Mógł raczej widzieć, że na szczycie tej laski coś migotało czerwono, i tyle.
Mazer pisze: po prostu pędzę razem z wydarzeniami.

To bym sobie jednak darowała, zważywszy, że narrator cały czas pozostaje jednak tylko biernym obserwatorem.
Mazer pisze:Postać w szacie wolną ręką wykonuje gest,

Tu potrzeba jakiegoś dopowiedzenia. rozkazujący gest?

Podobało mi się. Nie odbierałam tego jako opowiadania o twórczej niemocy, raczej o tym, że "wszystko się może zdarzyć", a postacie i sytuacje najzupełniej codzienne, banalne, nagle ujawniają swe drugie oblicze. Całkiem przyjemna lektura.

A, i jeszcze w kwestii klasyfikacji: kiedyś podobne teksty nazywano humoreskami, może ta nazwa nadal jest aktualna.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości