"Przepowiednia" [urban SF z elementami fantazy]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
M_o_N_i_K_a
Zarodek pisarza
Posty: 17
Rejestracja: sob 28 maja 2011, 11:55
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: z K-pax :)
Płeć: Kobieta

"Przepowiednia" [urban SF z elementami fantazy]

Postautor: M_o_N_i_K_a » ndz 29 maja 2011, 10:04

Jak już napisałam w opisie gatunek to coś pomiędzy urban SF a Fantastyką. Prawdę powiedziawszy nie umiem jednoznacznie zaszufladkować swojego opowiadania: wynik idiotyzmu? Nie wiem.

"Przepowiednia"

Rozdział 1.

Właśnie skończyło się lato. Stłumione promienie słoneczne prześwietlały przerzedzone konary. A złoto brązowe liście ścieliły brukowane ulice wielobarwnym, chrupiącym dywanem. To był pierwszy naprawdę zimny dzień tego roku. Mimo, że słońce świeciło jeszcze zupełnie jasno, tego dnia wiał bardzo silny, północny mroźny wiatr. Zapomniałem zabrać z domu ciepły płaszcz. Po części zasugerowany słoneczną pogodą, ale w większej mierze z roztargnienia. Jakikolwiek jednak nie byłby powód, fakt był taki, że teraz potwornie marzłem i jedyne czego pragnąłem to jak najszybciej ogrzać się.
Posuwając się żwawym krokiem w górę ulicy, wypatrzyłem moją ulubioną narożną knajpkę. Była mała ale czysta, a co najważniejsze w środku rozkosznie palił się kominek. Usiadłem w rogu, jak najbliżej tego ciepełka i zacząłem energicznie rozcierać skostniałe ręce i ramiona.
- Zdradliwa ta pogoda dzisiaj, co? - odezwał się zachrypnięty głos. Odwróciwszy się na chwilę, zobaczyłem dosyć młodego człowieka – kelnera, to był Lirr, znałem go ale w pierwszej chwili zupełnie nie rozpoznałem, właśnie z powodu tej chrypki. Nie zdążyłem mu odpowiedzieć, kiedy zadał następne pytanie: Co panu podać?
- To co zwykle – odpowiedziałem od razu – Powiedz mi Lirr, co się stało z twoim głosem?
- A tam nic, chyba mnie przewiało. - odpowiedział – wyszedłem wczoraj bez kurtki zupełnie jak pan dzisiaj. - dodał z charczącą imitacją śmiechu.
- No tak.. Wiesz co, może zamiast wina, podaj mi tym razem coś rozgrzewającego – rzeczywiście dziś zmarzłem i chciałem podjąć wszelkie próby by uniknąć przeziębienia.
- Może wino ale tym razem grzane? - doradził.
- O, i to jest słuszna myśl. - odpowiedziałem.
- W porządku zaraz przyniosę – potaknął skrobiąc coś w notesie – Coś nie widziałem pana ostatnio, wyjeżdżał pan? - wtrącił pytanie.
- A tak – odparłem – „sprawy w Belltram” - pod tym hasłem kryły się niezliczone rzeczy które wykonywałem dla „organizacji” a których nie mogłem lub nie musiałem ujawniać. - wróciłem przedwczoraj , ale w zasadzie wyszedłem z domu dopiero dziś. Chciałbym trochę odpocząć.
- No nie wiem, czy będzie Pan mógł, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia... - zaniepokoiły mnie te słowa, natężyłem słuch.
- Coś się tu stało pod moją nieobecność?
- W zasadzie to i tak i nie, głównie same pogłoski... Wie pan, ale w tej chwili jestem w pracy i...
- Dobra, dobra – odpowiedziałem – w takim razie przynieś to co zamówiłem razy dwa i powiesz mi co to za pogłoski.
- No ale praca...
- Nie wykręcaj się, praktycznie nie macie klientów – poprawiłem go – opowiesz mi wszystko skoro już zacząłeś. A poza tym, chyba macie tu coś takiego jak przerwa.
- No dobrze, proszę Pana – zgodził się wreszcie i poszedł po zamówienie.

W tym momencie zdziwił was pewnie ten pozbawiony poufałości ton Lirra. Postaram się więc z grubsza nakreślić swoje pochodzenie oraz profesję, bo te trzy rzeczy mają ze sobą wiele wspólnego. Otóż jestem synem, człowieka który przed laty rządził tym miastem. Othis był wielkim magiem oraz założycielem Czarnych Węży, organizacji która zjednoczyła naszą planetę podczas wojny z Ziemianami. Brzmi dumnie, prawda? - Cóż, dzięki niemu między innymi otwarty konflikt zbrojny zamienił się w coś na wzór zimnej wojny. Ponieważ po ostatniej Wielkiej bitwie ziemianie ostatecznie przenieśli się i skolonizowali jeden z naszych księżyców, nie prowadzimy już z nimi bitew a jedynie prowadzimy ograniczenia handlowe no i oczywiście embargo kulturowe. Tyle o moim ojcu. Ja natomiast, jako obecnie jedyny z rodu oraz jako następca kontynuowałem jego dzieło. Do organizacji przystąpiłem jako chłopiec i teraz po latach jako jeden z Najwyższych Magów, opiekuję się miastem oraz pomagam rozwiązywać trudniejsze sprawy, głównie wewnętrzne.

- Jakiś tydzień temu ludzie widzieli tutaj ziemiański statek – powiedział mi Lirr kiedy zjawił się wreszcie i usadowił naprzeciwko mnie. Zaniepokoiła mnie ta informacja. Ostatnio miałem z Belltram kilka poważnych doniesień na temat łamania przez ziemian naszej nietykalności terytorialnej. Był to główny powód mojej dosyć długiej nieobecności w Noxii. W rezultacie o nieproszonych gościach wiedzieliśmy tylko tyle, że pojawiali się gdzieś nad Morzem Beldońskim po czym lecieli na południe do pasma błękitnych gór, poza granice Imperium Północnego.
- Coś wiadomo? Ktoś coś znalazł?
- Właśnie najdziwniejsze jest to, że nie. - odpowiedział mój rozmówca – Parę osób widziało moment lądowania. To był środek nocy i bardzo długo nikt nic nie mógł znaleźć. Rano ponowiono poszukiwania, ale również niczego nikt nie znalazł. Ktokolwiek to był, pewnie uciekł.
- Albo skutecznie ukrył się przed nami – skomentowałem – wiesz gdzie ludzie widzieli ten statek?
- Na wschodnim brzegu Lenard. Na wzgórzach. - odpowiedział.
- Na wzgórzach? - zdziwiłem się – przecież tam nie ma gdzie wylądować takim statkiem.
- No nie wiem, ja tam nie znam się na takich rzeczach... W każdym razie powiadają, że to najdziwniejszy ziemiański statek jaki widzieli.
- Ach tak... - potaknąłem – a nie widzieliście tutaj ostatnio kogoś „dziwnego”? - zapytałem, gdyż zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że niektórzy z tutejszych ludzi nigdy na oczy nie widzieli ziemianina, a już na pewno bez skafandra.
Przybysze, niemal nie różnili się od nas, pod względem fizjologicznym a jedyne zauważalne różnice dotyczyły kilku mało znaczących szczegółów. Na ogól byli nieco niżsi od nas, na ogół mieli jasne zabarwienie tęczówek oczu, co w przypadku nas nie zdarzało się niemal nigdy, poza kilkoma legendarnymi przypadkami. Na ogół mieli bledszą skórę od nas. No i oczywiście mieli zaokrąglone uszka. Był to chyba jedyny niepodważalny dowód na ustalenie pochodzenia w razie wątpliwości. Niestety jak pewnie zauważyliście przy tych różnicach bardzo często powtarza się sformułowanie „na ogół” - znaczy to nie mniej nie więcej a tyle, że zdarzali się i tacy, których na pierwszy rzut oka nie sposób było odróżnić od nas. Kiedy zatem uściśliłem Lirrowi o co chodzi mi z tym słówkiem „dziwny” odpowiedział, że nie widział tu dotąd nikogo takiego. Dopytałem go wtedy jeszcze o świadków ów dziwnego lądowania, oraz poprosiłem aby na mapie zaznaczył mi z grubsza miejsce gdzie widziano statek. Potem dopiłem grzane wino i postanowiłem udać się najpierw do domu po ciepłe ubranie a potem odwiedzić rzekome miejsce lądowania. Na zewnątrz było jeszcze zimniej, prawdopodobnie dlatego, że słońce zaczynało powoli zachodzić.
Do domu dotarłem w zdumiewającym tempie, ale nie mniej zmarznięty niż przed wejściem do baru. Zmierzchało, postanowiłem zatem, że wszystkim zajmę się jutro z samego rana a teraz natychmiast się położę i wygrzeję, byle tylko czegoś nie złapać.

Nie zdawałem sobie jeszcze wtedy sprawy z tego co zdarzy się za kilka chwil i w błogiej niewiedzy otworzyłem drzwi własnego domu. Niestety pochłonięty bez reszty chęcią ogrzania się zupełnie zapomniałem o czujności. Chwilę po tym jak przekroczyłem próg, ktoś przystawił mi do głowy lufę pistoletu. Usłyszałem trzask zamka i poczułem metal na włosach. Na chwilę zamarłem oszołomiony. Napastnik zamknął cicho drzwi, zanim zdążyłem otrząsnąć się z szoku. Przez te kilka chwil byłem tak dalece przerażony, że można by chyba namówić mnie teraz dosłownie do wszystkiego.
- Szybko, prowadź do salonu. Tylko bez numerów, rączki na widoku – odezwał się łagodny, kobiecy głos przybrany teraz w bezwzględny ton. Ostrożnie uniosłem ręce i udałem się w kierunku salonu.
- Chyba nie masz pojęcia do kogo mierzysz – siliłem się na ostrzeżenie i natychmiast poczułem na potylicy zimne szturchnięcie lufy.
- Wiem doskonale. Dlatego nie pajacuj, bo nie będę się hamować! - ostrzegła mnie. Weszliśmy do pokoju. - siadaj na fotelu! - powiedziała i nadal mierząc we mnie usiadła na sofie po drugiej stronie stolika. To była piękna kobieta. Burza jasnych, lekkich loków otulała jej smukłą twarz o regularnych rysach by wreszcie opaść na naturalne kobiece ramiona. Miała wydatny, kształtny biust i idealną talię. Biodra w sam raz ani za szerokie ani za wąskie, niesamowie uda i silne łydki. Oprócz tego w żaden sposób nie przypominała ludzi naszego gatunku. Pamiętacie jak tłumaczyłem wam wygląd przybyszów? W jej przypadku zgadzało się każde „na ogół”. Miała niebieskie oczy, jaśniuteńką skórę i była niższa od wszystkich znanych mi dotąd kobiet. Nie ulegało zatem mojej wątpliwości kim była.
- Ach, czyli to twój statek widzieli tu ostatnio ludzie? - zapytałem spokojnie, chcąc uniknąć wypadku. Oczywiście mógłbym próbować obezwładnić ją jakąś formą Kontroli ale wtedy prawdopodobnie dziewczyna natychmiast by mnie zastrzeliła.
- Pewnie tak, ja nie widziałam innego. Ale nie chcę teraz o tym gadać. - odpowiedziała. - Nie chciałabym cię skrzywdzić, dlatego proszę nie rób niczego głupiego.
- Czego ode mnie chcesz – odpowiedziałem zdziwiony i zirytowany jednocześnie.
- Na wstępie, bardzo przepraszam za takie powitanie – odpowiedziała nadal do mnie mierząc. - Właściwie to przyszłam prosić cię o pomoc.
- Pomoc? - to ci dopiero niespodzianka. Nigdy jeszcze nic mnie tak nie zdziwiło.- Po co w takim razie mierzysz w moją głowę?
- Wątpię czy zechciałbyś mnie wysłuchać gdybym od tak przyszła do ciebie. - stwierdziła stanowczo - Najprawdopodobniej obezwładniłbyś mnie jakimś czarem i zamknął w jakiejś dziurze. - cóż, jej rozumowanie nie było całkiem pozbawione logiki a przez to nad wyraz interesujące. Zaskakujący był też fakt, że dziewczyna mówiła idealnie w naszym języku. Nie zdradzała żadnych naleciałości i miała perfekcyjny akcent.
- A skąd wiesz, że teraz będę chciał cię wysłuchać? - zapytałem nieco nazbyt śmiało biorąc pod uwagę moje położenie.
- Po pierwsze, to mam taką nadzieję a po drugie to i tak nie mam innego wyjścia jak zaryzykować. - nuta desperacji w jej głosie sprawiła, iż poczułem, że to ja jestem górą w tej konwersacji.
- Jeśli chcesz ze mną rozmawiać to, po pierwsze: musisz oddać mi pistolet – powiedziałem – nie wiem czy będę w stanie ci pomóc, dopóki nie powiesz o co ci chodzi. A nie umiem się skupić kiedy mam lufę wycelowaną między oczy.
- Rozumiem – odpowiedziała spokojnie – odłożę pistolet jak tylko przyrzekniesz mi, że nie skrzywdzisz mnie żadnym czarem ani nie spróbujesz w żaden sposób obezwładnić. - Roześmiałem się na te słowa. - nie rozumiem co cię tak rozbawiło – zapytała.
- Jesteś bardzo ostrożna – odpowiedziałem – przepraszam, po prostu nigdy nie uwierzyłbym, że spotka mnie coś takiego.
- To jak będzie z naszą umową? - powtórzyła.
- Obiecuję ci, że nie użyję ani czaru ani siły aby cię skrzywdzić lub obezwładnić jeśli odłożysz pistolet. - powiedziałem. Wtedy spokojnie zabezpieczyła broń i położyła na środku stołu. Ja natomiast poczuwszy ulgę i, nie ukrywam, również odzyskawszy pewność siebie, wykonałem czar obezwładniający. Ale zanim zdążyłem posłać go w kierunku dziewczyny odezwała się patrząc mi w oczy.
- A tak szczycicie się swoją słownością. - przysięgam, niesamowicie zawstydziły mnie wtedy jej słowa. Natychmiast zamieniłem czar obezwładniający na wiązkę światła, którą posłałem w górę.
- No przecież nie będziemy rozmawiać po ciemku – wybrnąłem tymi słowy nabierając lekko oburzonego tonu, a zrozumiawszy że robię tylko z siebie durnia, drugim czarem napaliłem w kominku. - Po co zatem do mnie przyszłaś? - przeszedłem do rzeczy.
- Jak już mówiłam wcześniej, przyszłam prosić cię o pomoc – odpowiedziała. - Prawdę powiedziawszy to jesteś moją ostatnią nadzieją... - po tym krótkim wstępie przeszła do rzeczy. - Nazywam się Lidia Burns. Na Drugiej Ziemi jestem dosyć znaną osobą, mniejsza jednak o to. Najogólniej rzecz ujmując jakiś czas temu z nieznanych mi powodów zaczęli prześladować mnie jacyś ludzie. Zaczęło się od głupich liścików z pogróżkami, które za radą przyjaciół zaczęłam ignorować. Potem jakieś głuche telefony. A kilka tygodni temu zaczęły się regularne ataki na mnie, zupełnie jakby ktoś na mnie polował.
- A dokładniej? - dopytałem rozsiadając się wreszcie wygodnie w fotelu.
- Za pierwszym razem to był samochód – odpowiedziała biorąc głęboki wdech – srebrny Audi, zaczął śledzić mnie późnym wieczorem kiedy wracałam do domu. Przyśpieszył, tuż przed tunelem i próbował zepchnąć na ścianę. Gdybym nie zaczęła gwałtownie hamować, byłoby po mnie... Jeszcze w tym samym tygodniu, ktoś uszkodził zawór z gazem w moim domu kiedy spałam. Właściwie nie wiem jakim cudem nie wyleciałam w powietrze. Na początku zeszłego tygodnia ktoś zamienił w kwas zawartość mojego dystrybutora z wodą.
- Faktycznie podłe – przyznałem beznamiętnie – ale czy to nie są przypadkiem sprawy dla waszej policji?
- Sądzisz, że tego nie zgłosiłam? - oburzyła się – za każdym razem jednak policja uznawała moje wezwania za bezpodstawne. - zdawała się niezmiernie zdenerwowana. Cała aż kipiała. - W pierwszym przypadku dali sobie spokój, gdyż nie mogli znaleźć sprawcy. W drugim przypadku uznali to za zwykły wypadek, podobnie jak w pozostałych.
- Nawet wtedy z tym kwasem?
- A wtedy to owszem, pozabezpieczali jakieś ślady, ale szybko uznali, że sama wszystko sfabrykowałam by zwrócić na siebie uwagę policji i mediów. Zaczęli brać mnie za wariatkę.
- No tak – potaknąłem – dlaczego zatem nie zdecydowałaś się zamieszkać z kimś na jakiś czas? Albo wynająć ochrony? Skoro stać cię na to aby przylecieć na Planetę prywatnym transporterem to chyba wynajęcie ochroniarza również mieści się w twoich możliwościach finansowych.
- Problem w tym, że wynajęłam ochroniarza – odpowiedziała.
- Problem?
- No tak – odpowiedziała – został zamordowany. - zakrztusiłem się przełykając ślinę słysząc jej słowa.
- I co policja zrobiła tym razem? - zapytałem ostrożnie, kiedy udało mi się powstrzymać atak kaszlu.
- Wszczęła śledztwo oczywiście – powiedziała spokojnie ale czułem, że zaczyna się denerwować.
- tyle, że zaczynają podejrzewać mnie o to morderstwo... Jeżeli mnie nie zabiją to z pewnością wsadzą do więzienia albo wariatkowa.
- Więc postanowiłaś spakować manatki i uciec? - dopytałem, biorąc głęboki wdech...
- Najogólniej rzecz biorąc – zgodziła się ze mną.
- Aha – potaknąłem skrobiąc się po głowie. Musiałem bowiem porządnie wytężyć szare komórki by poukładać sobie to wszystko co opowiedziała mi Lidia. - Usłyszałem już chyba całą historię. O co w tej sytuacji chcesz mnie prosić?
- Muszę się odizolować i zniknąć. Poza tym chciałabym dowiedzieć się kto pragnie mojej śmierci i dlaczego.

Po raz kolejny musiałem sobie poukładać wszystkie fakty. Nie miałem żadnych podstaw do tego by wierzyć Lidii na słowo. Nie musiałem jej pomagać, nie musiałem właściwie nic... W obecnej chwili prawo pozwalało mi zrobić z tą laską dosłownie wszystko co tylko mi się podobało. Mogłem ją wysłuchać i pomóc, mogłem odprawić z kwitkiem. Mogłem też zamknąć ją w celi albo po prostu zabić a przed tym jeszcze nieźle się zabawić. Cholera, to był najbardziej pokręcony wieczór w moim życiu.
Zabrałem ze stołu pistolet i zacząłem sobie oglądać. Srebrny magnum, z grawerowaną rękojeścią. Chwyciłem oburącz i wymierzyłem w kominek. To był kawał dobrej roboty. świetnie wyważony, solidnie wykonany a po za tym po prostu ładny. Naprawdę fajna zabawka.
- Tylko pytanie: Jaki masz dowód na to, że mówisz prawdę? Skąd mam wiedzieć, że naprawdę nie jesteś jakąś psychopatyczną morderczynią? - zapytałem kładąc gnata obok siebie.
- Nie mam żadnego dowodu – powiedziała zgnębionym tonem. Pokiwałem na to głową.
- A chociaż jakieś dokumenty?
- Chwileczkę – odpowiedziała wyciągając z tylnej kieszeni spodni licencję pilota. Było tam jej imię, Nazwisko i tak dalej... Nie przyglądałem się jednak szczególnie, gdyż mało obchodził mnie on w tej chwili. Zamiast tego schowałem go do kieszeni.
- Widzisz Lidio. - starałem się jej wyjaśnić - Po pierwsze: poważnie naruszyłaś naszą nietykalność terytorialną. Po drugie: mierzyłaś do mnie z pistoletu. Po trzecie: sterroryzowałaś mnie we własnym domu. Wiesz w ogóle kim jestem? - Lidia skinęła tylko głową na znak, że wie. - Naprawdę?
- Tak – odparła – Nalio Krrimzon, Najwyższy Mag Noxii, należysz do Czarnych Węży od prawie dziesięciu lat.
- Świetna odpowiedź – dodałem – a czy wiesz, że za każdą, rzecz jaką zrobiłaś mogę cię zamknąć na dosyć długo? - Lidia potaknęła ze spokojem. - Wiesz, że bez trudu mógłbym potraktować cię tak nieprzyjemnymi zaklęciami, że popamiętałabyś do końca życia? - również potaknęła po czym podkurczyła nogi i zaczęła spokojnie płakać, albo z nadmiaru emocji, albo po prosu ze strachu. Wstałem i zacząłem chodzić po pokoju. Zapaliłem papierosa (środka odurzającego który w sposobie działania i użytkowania przypominał wasz odpowiednik tej używki), poczęstowałem też Lidię ale odmówiła. Cholera, aż sam się wtedy zdziwiłem jaki ja potrafiłem być uprzejmy dla przybysza. W dodatku takiego, który przed chwilą mierzył mi z giwery w łeb. Pewnie gdyby Lidia była facetem, już dawno by zginęła. Jednak Lidia była piękną kobietą i ta subtelna różnica sprawiła, że zupełnie zgłupiałem. Nie miałem pojęcia co zrobić ani jak powinienem się zachować.
- Cholera, trzeba mieć niezłe jaja... - pomyślałem głośno, kiwając głową. - Powiedz mi, co też strzeliło ci do głowy żeby zadać sobie tyle trudu, musiałaś przecież skołować cały ten transporter a to nie są tanie zabawki. Mimo to przyleciałaś tu, nie znając zupełnie nikogo. Wiedząc jaki mamy do was stosunek. Na dodatek jeszcze na dzień dobry sterroryzowałaś Najwyższego Maga. Ty rzeczywiście musisz mieć nie po kolei w głowie.
- Ja po prostu nie mam nic do stracenia – odpowiedziała.
- Nic do stracenia? - zaśmiałem się – kobieto! Przecież ja mogę zamknąć cię cholera wie gdzie albo choćby zabić i nikt nigdy nie dowie się, że tu byłaś!
- To prawda – odparła – Jeśli wrócę, zostanę zabita albo wsadzona do więzienia za morderstwo, w najlepszym razie skończę w wariatkowie. Natomiast ty, ty masz dwa wyjścia: pomóc mi, lub nie. Nawet jeśli twoja odmowa oznacza dla mnie więzienie lub śmierć to i tak zawsze istnieje szansa na drugą opcję.
- A jeżeli nie?
- I tak wychodzi na jedno, co za różnica: tam czy tutaj? - Musiałem przyznać, że Lidia była za cwana i miała zbyt duże jaja jak na babę. Nie mogłem jednak zbyt pochopnie podjąć decyzji. Za dużo towarzyszyło temu emocji. A tu wszystko trzeba było przekalkulować.
- Nie mogę ci teraz odpowiedzieć. Prawdę powiedziawszy w ogóle nie mam pojęcia co z tobą zrobić... - Mieszało mi się we łbie z tego wszystkiego. Wreszcie nie wytrzymałem i trzasnąłem pięściami w stół. - Cholera! Przecież to wcale nie powinno mnie obchodzić! W ogóle co to wszystko mnie obchodzi! To przecież wasze sprawy!
- Nie oczekuję bezinteresowności – powiedziała porządnie wystraszona – zapłacę ci ile tylko chcesz. - barwa jej głosu, kształt oczu i w ogóle całe jej ciało doprowadzało mnie do szału. Była niesamowicie piękną kobietą. Powiedzielibyście: „pierwszorzędna dupencja".
- No cholera mnie weźmie! Czy ty sądzisz, że wszystko możesz sobie kupić kasą albo dupą? - Wrzasnąłem, że aż podskoczyła.
Podszedłem do niej i pchnąłem na sofę, potem uwaliłem się na niej, dlaczego nie?
- Kochanie, teraz jesteś moja. - Oznajmiłem, rozczesując palcami jej delikatne jasne loczki. Była mięciutka, miała śliczne różowe usta i te piękne błękitne oczy. Dotknąłem jej twarzy i ust. Potem przesunąłem dłoń na jej szyję. Objąłem ją palcami. - Wiesz, mógłbym teraz udusić cię jedną ręką – wyszeptałem do uszka. - Naprawdę, wiesz? - dodałem wymacując kciukiem i palcem wskazującym kości obojczykowe. Lidia leżała nie odzywając się, była przerażona. Wiedziałem to gdyż czułem jej kołaczące serce. Odchyliłem lekko jej głowę na bok i przysunąłem twarz do jej szyi. Pachniała jak letnia noc spowita blaskiem gwiazd i księżyca. Tak delikatnie, świeżo i kojąco. - Ładne perfumy tam macie. -powiedziałem. Wdychając zapach jej ciała zapragnąłem jej całej. Tu i teraz.
- To aldońskie – odpowiedziała lekko drżącym głosem.
- No patrz, zwyczajnie się nie znam. - wyszeptałem, delikatnie całując jej szyję. Zależało mi by mimo wszystko jakoś ją rozluźnić. Miała tak niesamowicie miękką skórę, jak płatki kwiatów. Wsadziłem rękę pod klapę żakietu i dotknąłem jej piersi. Były duże, jędrne i miękkie jednocześnie. Wtedy Lidia zaczęła gładzić mój kark opuszkami palców. Starała się ukryć swój strach ale z marnym skutkiem. Trafiło wtedy coś we mnie, jak piorunem. Podniosłem się machinalnie. - Wybacz, nie wiem co we mnie wstąpiło... Nie mógłbym przecież... - Zapragnąłem uciec stamtąd jak najszybciej. Nie mogłem nawet na nią spojrzeć. Kilkoma zaledwie krokami dostałem się do kuchni. okręciłem kran i opłukałem sobie twarz wodą.
Poczułem do siebie niesamowite obrzydzenie. Ta kobieta nie chciała mnie przecież. Godziła się na mnie gdyż nie miała innego wyboru. Nie walczyła ze mną, gdyż nie miałaby szans wygrać, ani nie uciekała, no bo dokąd. Mogło być też tak, że godziła się na mnie by uzyskać to po co tu przyszła. Przecież to takie poniżające.
Co takiego zrobiła? Jak bardzo trzeba się bać by szukać pomocy u wroga? Bać ludzi, którym się zaufało? Zdradzono ją. Pozbawiono ją już domu, pozbawiono rodziny, chciano pozbawić wolności i życia. Czy ja miałem teraz być tym, który odbierze jej również godność? Jakim prawem? Miałm się przecież za kogoś lepszego. Posiadłem przecież wiedzę i mnóstwo zdolności. Byłem człowiekiem wykształconym i majętnym a przy pierwszej nadarzającej się okazji i tak wylazło ze mnie zwykłe zwierze. Oboje byliśmy przez tą chwilę zwierzętami. Ja dlatego, że chciałem a ona dlatego, że musiała. Przecież to takie poniżające.

Zrobiłem do picia gorący i rozgrzewający liviam. Bardzo słodki napój uzyskiwany z nasion i soku roślin o tej samej nazwie. Postanowiłem wreszcie postąpić jak mężczyzna i przejąć kontrolę nad sytuacją. Wróciłem do salonu.
Lidia w czasie mojej nieobecności zdążyła przenieść się z sofy na puchaty dywan naprzeciwko kominka. Siedziała bez butów opierając ciężar cała na podkurczonym kolanie. Grzała zmarznięte ręce i wpatrywała się w płonący ogień.
- Trzymaj, to rozgrzewa - powiedziałem podając jej kubek. Lidia wzięła go ode mnie, podziękowała. Następnie usiadła tak jakoś krzyżując nogi. Oplotła kubek dłońmi i wrodziła do oglądania ognia. Usiadłem obok niej na dywanie. Dorzuciłem drewna do kominka i chwilę tak siedzieliśmy nic nie mówiąc do siebie ani nawet na siebie nie patrząc.
- Bardzo cię przepraszam - odezwałem się wreszcie - to zapewne dlatego, że bardzo długo byłem sam... choć oczywiście w żaden sposób mnie to nie usprawiedliwia...
- Po co mi się tłumaczysz? - zapytała nie patrząc na mnie. Było mi niezmiernie głupio i pewnie gdyby teraz odwróciła się do mnie to zapadłbym się pod ziemię.
- Kobieto! Dlaczego mi na to pozwoliłaś? - zapytałem ją ze złością. - Przecież ja mogłem cię zgwałcić!
- Mogłeś. Dlaczego tego nie zrobiłeś? - zapytała - przecież miałeś okazję i w sumie nadal ją masz.
- Bo miałem taki wybór do jasnej cholery!
- Ja też miałam wybór - wzruszyła ramionami.
- Chyba żartujesz! - wkurwiło mnie jej gadanie nie ukrywam. - Przecież uwaliłem się na tobie. Nie miałaś szans na ucieczką ani żadnych szans w walce!
- Walka nie jest kwestią oceny możliwości a wyborem. Zawsze mamy do wyboru albo z czymś walczyć albo to olać. - powiedziała - ale abstrahując już od tego. Dokonałam wyboru najpierw przylatując tu a potem przychodząc do ciebie. Po za tym nie bądźmy dziećmi, wiemy oboje jak ten świat działa. Wiemy też z jakimi konsekwencjami musimy się liczyć robiąc to, czy tamto. Nasz wybór zaś zależy od korzyści jakie dana rzecz nam przyniesie. Reasumując: jeżeli zgodzenie się na seks z tobą miałoby mi jakoś pomoc w osiągnięciu celu , jaki sobie postawiłam, przylatując tu to nie mam nic przeciwko temu. W końcu to tylko seks.
- To co ty jesteś dziwką, czy jak?
- Święta nie jestem - odpowiedziała - po za tym lepiej być żywą dziwką niż martwą świętą.
- Jesteś nienormalna!
- Och, Nalio - westchnęła - życie tak przywaliło mi w łeb, że chyba faktycznie straciłam piątą klepkę. Ale jednej rzeczy przynajmniej się nauczyłam. Wiesz, nie ma nic gorszego niż nie wiedzieć czego się chce.
- A czego ty chcesz?
- Ja chcę żyć - odpowiedziała. Następnie dopiła resztę liviam. Odstawiła kubek do kuchni, usiadła spokojnie.
Chwilę tak popatrzyłem na nią. Była młodą, piękną kobietą. Kobietą czyli istotą, której naturą było niesienie piękna, radości oraz życia. Ona z pewnością miała przyjaciół i rodzinę. Powinna zatem teraz się śmiać, śpiewać i tańczyć. Być szczęśliwą i kochaną. Była jednak tu, zupełnie sama. Dlaczego? Bo byłem większy i silniejszy i w jej opinii tylko ja miałem możliwość jej pomóc. Paradoksalnie te same względy czyniły mnie władnym do tego by ją skrzywdzić i pozbawić tak życia jak i człowieczeństwa. Lidia zaś mogła pogodzić się ze swoim losem, wybrała jednak ryzyko i wygnanie po to tylko by żyć. Zaimponowała mi jej odwaga, bo nie wiem jak ja zachowałbym się na jej miejscu.
- Nie będzie mi łatwo. - powiedziałem wreszcie - Nie wiem czy uda mi się ci pomóc ale spróbuję.
- Nie wiem jak mam dziękować - odpowiedziała mi odwracając się wreszcie do mnie. Miała takie śliczne oczy.
- Powoli, wszystkim zajmiemy się jutro - oznajmiłem - mam serdecznie dosyć dzisiejszego dnia. Zaraz pokażę ci co i jak w domu. Bo oboje chyba zgodzimy się, że nierozsądnie byłoby abyś wychodziła. - Lidia ponownie odwróciła się do ognia, podkurczyła nogi i zaczęła płakać. Zrobiło mi się jej niesamowicie żal, gdyż nie wydawało mi się by ta dziewczyna zasłużyła sobie na taki los. Zapragnąłem jakoś podtrzymać ją na duchu.
- Hej, znalazłaś w sobie tyle odwagi by tu przylecieć i mnie sterroryzować a teraz płaczesz? - powiedziałem starając się by zabrzmiało to pogodnie.
- A czy to coś złego? - zapytała.
- Jasne, że nie - zgodziłem się z nią obejmując ramieniem. Potrzebowała tego. Ostatecznie one w ten sposób najlepiej zrzucały z siebie negatywne emocje. Musiałem uszanować jej naturę. Przywarła do mnie bardzo mocno i płakała. Tak po prostu. Kiedy zupełnie się uspokoiła pozostała jeszcze w moich ramionach widocznie najbardziej potrzebowała teraz po prostu drugiego człowieka. Nie ukrywam, mnie też było miło. Zwłaszcza, że w tej sytuacji pojawiła się szansa na naprawdę interesujący wieczór. - Masz przepiękne oczy - powiedziałem do niej gładząc jej jasne loki.
- Nie mam nic przeciwko temu abyśmy się kochali - odezwała się do mnie uśmiechając się uprzejmie - Tobie też zupełnie niczego nie brakuje. Czerń twoich oczu przeszywa mnie do głębi kiedy patrzysz na mnie tak jak teraz. Po za tym, bardzo podobał mi się sposób w jaki całowałeś moją szyję. - oznajmiła szepcząc a mnie aż krew w żyłach zawrzała.

Nie pamiętam nawet ile czasu zajęło mi rozebranie jej, w każdym razie bardzo niewiele. Chwilę leżeliśmy obok siebie pieszcząc i skubiąc wargami nawzajem swoją skórę. Zdziwiłem się jak bardzo kobieta może być otwarta i to chyba podniecało mnie w niej najbardziej ze wszystkiego. Doskonale wiedziała czego potrzebuje by się rozluźnić a także, co muszę podkreślić, nie bała się pytać o moje potrzeby. Lidia miała piękne ciało, doskonale o tym wiedziała i wiedziała jak się tym cieszyć. Po wszystkim chwilę jeszcze leżałem na niej układając jej włosy i wsłuchując się w jej jeszcze wciąż ciężki i szybki oddech.
- Dobrze ci było? - zapytałem. Mnie dawno nie było tak dobrze. Dziwki z jakimi ostatnimi czasy obcowałem były zawsze takie sztuczne. Załatwić faceta i wziąć następnego z kolejki, aż rzygać mi się chciało jak tak nad tym pomyślałem. Nawet jak teraz pomyślałem o swojej pierwszej kochance to pamiętam, że robiła z tego wszystkiego wielkie misterium gierek i domysłów. Było to co prawda fajne, ale na dłuższa metę męczące.
- Byłeś świetny, ale troszkę brakuje ci do perfekcji.
- Tak? A czego? - no tak, oczywiście nasłuchałem się pochlebstw od płatnych szmat i zupełnie nie byłem gotowy na szczerość.
- Nie wiem – odpowiedziała spokojnie z lekkim uśmiechem – nie masz wyczucia rytmu.
- Aha. - odpowiedziałem a pomyślałem „że co?”
Potem wzięliśmy prysznic i zaprowadziłem ją do swojej sypialni. Kiedy ułożyliśmy się wygodnie i okryliśmy, Lidia wtuliła się w moją klatkę. Zacząłem wtedy gładzić jej powoli schnące włosy i twarz. Było mi tak dobrze, że mógłbym krzyczeć. Żyjąc samotnie zapomniałem jak bardzo brakuje mi drugiego człowieka. Ta dziewczyna naprawdę „spadła mi z nieba“ - zaśmiałem się w myślach i przytuliłem ją za to mocniej.
Ostatnio zmieniony czw 14 lip 2011, 15:38 przez M_o_N_i_K_a, łącznie zmieniany 2 razy.


Hej!

Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » czw 07 lip 2011, 23:52

M_o_N_i_K_a pisze:A złoto brązowe liście

złoto-brązowe

M_o_N_i_K_a pisze:w środku rozkosznie palił się kominek

kominek czy w kominku?

M_o_N_i_K_a pisze:No nie wiem, czy będzie Pan mógł,

zwroty takie jak "pan" nie trzeba pisać wielką literą

M_o_N_i_K_a pisze:W tym momencie zdziwił was pewnie ten pozbawiony poufałości ton Lirra.

Ależ skąd. Wręcz przeciwnie. Zdziwiło mnie, że jest taki gadatliwy.
BTW - jakim cudem zwykły kelner jest lepiej poinformowany niż najwyższy mag (czy jakoś tak)?
Jeszcze jedno: unikaj sugerowania czytelnikowi, że właśnie powinien pomyśleć to czy tamto (albo twierdzenia, że już tak pomyślał). Bo jak nie trafisz, to czytelnik się irytuje.

M_o_N_i_K_a pisze:Niestety jak pewnie zauważyliście przy tych różnicach bardzo często powtarza się sformułowanie „na ogół” - znaczy to nie mniej nie więcej a tyle, że zdarzali się i tacy, których na pierwszy rzut oka nie sposób było odróżnić od nas.

Jee! Jestem bystra. I nawet się nie gniewam, że potraktowałaś czytelnika jak idiotę.

M_o_N_i_K_a pisze:Na zewnątrz było jeszcze zimniej, prawdopodobnie dlatego, że słońce zaczynało powoli zachodzić.

A jemu powinno się zrobić cieplej, bo tuż przed wyjściem wyżłopał grzane wino.

M_o_N_i_K_a pisze:Burza jasnych, lekkich loków otulała jej smukłą twarz o regularnych rysach by wreszcie opaść na naturalne kobiece ramiona.

Co to są naturalne ramiona? Czy są też sztuczne?

M_o_N_i_K_a pisze:- Wątpię czy zechciałbyś mnie wysłuchać gdybym od tak przyszła do ciebie.

ot tak

M_o_N_i_K_a pisze:- No tak – odpowiedziała – został zamordowany. - zakrztusiłem się przełykając ślinę słysząc jej słowa.

Jest najwyższym magiem jakiejś tam ważnej organizacji, a reakcje ma jak... ciota.

M_o_N_i_K_a pisze:- Aha – potaknąłem skrobiąc się po głowie. Musiałem bowiem porządnie wytężyć szare komórki by poukładać sobie to wszystko co opowiedziała mi Lidia.

Tuman jakiś z tego najwyższego maga. Ja nie miałam żadnych problemów ze zrozumieniem, a on?

M_o_N_i_K_a pisze:Zapaliłem papierosa (środka odurzającego który w sposobie działania i użytkowania przypominał wasz odpowiednik tej używki)

Przeczytaj to na głos. Zobacz, jak okropnie brzmi.

M_o_N_i_K_a pisze:Musiałem przyznać, że Lidia była za cwana i miała zbyt duże jaja jak na babę.

No już nie przesadzaj...

M_o_N_i_K_a pisze:Była niesamowicie piękną kobietą. Powiedzielibyście: „pierwszorzędna dupencja".

Serio tak myślisz?

Czasem masz źle wyważony rytm wypowiedzi. Na początku wlecze się w ślimaczym tempie, później wszystko przyśpiesza, opisy zaczęły być niedbałe, niedokładne, jakbyś chciała jak najszybciej skończyć, bo Ci się znudziło. Tak mi to wygląda. Używasz za dużo czasowników atrybucji dialogu. Niekiedy są potrzebne, np. "szepnął", "doradził", to wiadomo. Ale kiedy ogranicza się tylko do: "... - powiedział", to można swobodnie wywalić. Przecież każdy widzi, że właśnie ktoś coś powiedział. Często nie podobał mi się szyk, na przykład tu:

M_o_N_i_K_a pisze:Rano ponowiono poszukiwania, ale również niczego nikt nie znalazł.

...nikt niczego nie znalazł.

M_o_N_i_K_a pisze:i jedyne czego pragnąłem to jak najszybciej ogrzać się.

...jak najszybciej się ogrzać.

Co jest jeszcze źle? No ja uważam, że całe poprowadzenie fabuły. Sceny się rozłażą, są niewiarygodne. Pokrótce to zanalizuję. Najpierw mamy najwyższego maga. Nie wiem, co on robi, ale przypuszczam, że o sprawach państwowych powinien się dowiadywać natychmiast, a nie jakoś pokątnie, od kelnera, którego jeszcze musi namawiać na zwierzenia. To co on właściwie robi? Ach tak, to tajne. Jak zawsze.
Spotkanie z kobietą. Ich rozmowa. Może nieszczególnie sympatyczna, ale, jak na sytuację, dziwnie grzeczna i kulturalna. Francja elegancja. Gdybym tam była, zapytałabym ich, czy może jeszcze kawki zaparzyć. Którą by wypili z wystawionym małym paluszkiem.
Kobieta: najpierw pewna siebie, potem płacze, znów pewna siebie, potem wystraszona, że ten ją zgwałci, potem zobojętniała, bo to przecież "tylko seks", znów płacze... No nic, to kobieta w końcu, zmienne nastroje... Za to facet? Krztusi się na wieść, że zamordowano jej ochroniarza (kogo to w ogóle obchodzi?), próbuje ją zgwałcić, następnie wstydzi się tego. Przełamanie: chce się zachować jak prawdziwy mężczyzna. I co robi? Przeprasza, że zachował się jak zwierzę, oburza się, że omal nie pozwoliła mu się zgwałcić - a sam nie lepszy, wszak nieraz korzystał z usług pań do towarzystwa. Czy Twoi bohaterowie mają jakieś charaktery? Bo ja widzę, że nie.

Moja rada: najpierw zastanów się, jacy są bohaterowie. Czy zachowanie, które im akurat przypisujesz, pasuje do nich. Jeśli pasuje - to czy takie ważne i niezbędne dla fabuły jest to, co akurat robią? (Przykład - wywód Lidii o walce i absolutnie genialne wnioski, na które każdy sam by wpadł - komu to właściwie tłumaczysz?) Tak więc zrezygnuj z rzeczy, które niczego nie wnoszą do treści.

Pozdrawiam.

MartiEDIT: Akceptacja weryfikacji
Ostatnio zmieniony śr 13 lip 2011, 12:55 przez Luka w pamięci, łącznie zmieniany 1 raz.


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » śr 13 lip 2011, 12:54

Właśnie skończyło się lato. Stłumione promienie słoneczne prześwietlały przerzedzone konary. A złoto brązowe liście ścieliły brukowane ulice wielobarwnym, chrupiącym dywanem. To był pierwszy naprawdę zimny dzień tego roku.

Taka dokładna informacja sugeruje, że skończyło się lato kalendarzowe - jednak z opisu wynika co innego, że lato zupełnie przeminęło - wszak już wcześniej było zimniej, liście wcześniej straciły na zielonej barwie, a dni, zwłaszcza teraz, są bardzo zimne. Lepiej napisać zgodnie z prawdą: lato przeminęło zupełnie... albo jeszcze trafniej: ostatnie oznaki lata przeminęły zupełnie...

- Zdradliwa ta pogoda dzisiaj, co? - odezwał się zachrypnięty głos.

głos się odezwał? Sam z siebie? Nie. Zobacz na to:
- Zdradliwa ta pogoda dzisiaj, co? - Usłyszałem zachrypnięty głos.

Odwróciwszy się na chwilę, zobaczyłem dosyć młodego człowieka – kelnera, to był Lirr, znałem go ale w pierwszej chwili zupełnie nie rozpoznałem, właśnie z powodu tej chrypki.

nielogiczne - patrzy na faceta, ale nie rozpoznał go z powodu chrypki? Trzeba to przebudować w taki sposób, aby fakt nie rozpoznania dotyczył głosu, zaś później dodać spojrzenie...

- A tam nic, chyba mnie przewiało. - odpowiedział – wyszedłem wczoraj bez kurtki zupełnie jak pan dzisiaj. - dodał z charczącą imitacją śmiechu.

Jeśli kropka, to po kropce piszemy dużą literą - ale w tym dialogu jest atrybucja, więc po niej piszemy z małej i bez kropki. Druga część dialogu to nowe zdanie, więc poprzednie zakańczasz kropką, a zaczynasz dużą literą. Zobacz:
- A tam nic, chyba mnie przewiało - odpowiedział. – Wyszedłem wczoraj bez kurtki zupełnie jak pan dzisiaj - dodał z charczącą imitacją śmiechu.

- W porządku zaraz przyniosę – potaknął skrobiąc coś w notesie – Coś nie widziałem pana ostatnio, wyjeżdżał pan? - wtrącił pytanie.

narrator (bohater) mówi tak samo, jak kelner - brzydko to się czyta, bez wrażeń!

W tym momencie zdziwił was pewnie ten pozbawiony poufałości ton Lirra.

Najważniejsza rzecz w tworzeniu tekstu - nie zwracaj się do czytelnika (!), nigdy, chyba, że jesteś na milion procent pewna, że taki zabieg jest trafny. W tym przypadku nie jest - nie czuję zdziwienia, a w połączeniu z takim śmiesznym stwierdzeniem, czuję zażenowanie. Taki efekt chciałaś osiągnąć?

Otóż jestem synem, człowieka który przed laty rządził tym miastem.

na całej długości tekstu - ten sam problem... przecinki. Szczególnie widać to w dialogach. Czytaj na głos - tam gdzie przecinek, zrób pauzę - wyjdzie, gdzie powinien stać ten znak interpunkcyjny.

Do organizacji przystąpiłem jako chłopiec i teraz po latach jako jeden z Najwyższych Magów, opiekuję się miastem oraz pomagam rozwiązywać trudniejsze sprawy, głównie wewnętrzne.

gdy byłem chłopcem - przecież nie przystąpił jako kobieta, kelner czy chłopiec...

- Na wzgórzach? - zdziwiłem się – przecież tam nie ma gdzie wylądować takim statkiem.

błąd fabularny - nie ma żadnych informacji, jaki to statek. Jego stwierdzenie jest nieodpowiednie...

- Szybko, prowadź do salonu. Tylko bez numerów, rączki na widoku – odezwał się łagodny, kobiecy głos przybrany teraz w bezwzględny ton. Ostrożnie uniosłem ręce i udałem się w kierunku salonu.

a jaki był wcześniej, skoro się nie odzywała? Wyciąć. Albo zmienić teraz

- Jesteś bardzo ostrożna – odpowiedziałem – przepraszam, po prostu nigdy nie uwierzyłbym, że spotka mnie coś takiego.


Grrrr, za dużo tego - co wypowiedź, to ta sama wstawka. A, czy nie można dodać życia do tych słów? Zrobić jakiejś wizualizacji. Zobacz:
- Jesteś bardzo ostrożna – próbowałem dojrzeć, czy naprawdę jest gotowa pociągnąć za spust – przepraszam, po prostu nigdy nie uwierzyłbym, że spotka mnie coś takiego.
To tylko propozycja, ale już wiele zmienia. Pokazuje bohatera w trakcie dialogu!

- Obiecuję ci, że nie użyję ani czaru ani siły aby cię skrzywdzić lub obezwładnić jeśli odłożysz pistolet. - powiedziałem.

Wszędzie te same błędy w dialogu - naprawdę zwróć na to uwagę. Ale nie o tym chciałem - znów (!) masz atrybucję dialogu, zamiast pokazać coś. A scena niczego sobie, więc ją ożyw! Zobacz:
- Obiecuję ci, że nie użyję ani czaru ani siły aby cię skrzywdzić lub obezwładnić jeśli odłożysz pistolet. - Wolno zacząłem opuszczać dłonie.

W obecnej chwili prawo pozwalało mi zrobić z tą laską dosłownie wszystko co tylko mi się podobało.

ale durni ci kosmici. Oj, nie! Autor jest nieogarnięty! Zobacz na drobną, acz ważną zmianę.
W obecnej chwili prawo pozwalało mi zrobić z tą Ziemianką dosłownie wszystko co tylko mi się podobało.
Położyłem nacisk na jej pochodzenie, a tym samym zwróciłem uwagę na to, że bohater to kosmita! Proste? Proste.

Jest masa błędów stylistycznych, ale to tylko technikalia. Powiem, że od początku tekst mnie zaciekawił - zwłaszcza tło fabularne i napaść na kosmitę. To jest fajnie poskładane, ale na tym fajność tekstu się kończy.

Opisujesz kosmitów, ale nie widzę tam nic kosmicznego poza tym, że mieszka gdzieś w kosmosie, ponieważ gada, zachowuje się dokładnie jak człowiek - różnic jest za mało, albo inaczej, nie widać ich w żaden logiczny sposób (choć tutaj logika jest najmniej potrzebna...) Ludzie latają w kosmos, ale używają: pistoletów, samochodów i diabli wiedzą co, co mamy teraz? A gdzie przepaść technologiczna przyszłości? To fantastyka? Czy historia alternatywna? Bez różnicy, nadal ten inny wymiar zawarty w powieści nie ma odzwierciedlenia w tekście (polecam tutaj Odyseję 2001).

Następnie dialogi i wstawki narracyjne - zamiast pokazać, co się dzieje w trakcie dialogu, ty dodajesz tylko oczywisty komentarz: jak powiedział, to piszesz powiedział, jak rzekła, to rzekła. To jest bardzo złe w plastyce i budowaniu więzi z bohaterem.

Magiczne moce - okej, twoja bajka, ale mnie naszło pytanie, skoro oni tacy zaawansowani w te klocki, dlaczego więc nie przewidział/zobaczył, że za drzwiami domu stoi babka z kawałkiem stali, do tego Ziemianka? I poza tym, nie potrafili/on nie potrafił odnaleźć statku Ziemian? Trochę to nielogiczne.

Wprowadzenie... z tym jest większy problem, gdyż nie jest złe, ale w żaden sposób nie pokazuje, że rzecz dzieje się gdzieś odległej galaktyce. Ogólnie, fabularnie tekst mnie zaciekawił, chociaż pod koniec jakieś romanse i seksy były, to postać kobiety została wprowadzona bardzo dynamicznie, z pomysłem, i historia zaczyna ciekawić. Ale trzeba nad tym mocno popracować.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość