Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Historia Bezimiennego - fantasy

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
malami
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: ndz 20 mar 2011, 14:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Historia Bezimiennego - fantasy

Postautor: malami » śr 20 kwie 2011, 15:49

Historia Bezimiennego

Dawno, dawno temu, kiedy elfy i ludzie spokojnie koegzystowali, każdy na swoim skrawku świata, a ich spotkania były rzadkie i zaskakujące dla obu stron, pojawiła się przepowiednia, która mówiła o zagładzie ludu Eoi, wiążąc jego upadek z narodzinami pierwszego mieszańca.
W najpotężniejszym z elfich rodów- Fearantil przyszło na świat dziecko, długo oczekiwany upragniony syn. Posiadał wszystkie cechy wyróżniające jego rasę, był piękny, mądry i posiadał dar widzenia ponad zasłonami- umiał dostrzegać prawdziwą istotę rzeczy. Ku zdumieniu elfów oddał swoje serce ludzkiej kobiecie, niewidomej zielarce. Potomstwo, jakie narodziło się z tego związku, było dla elfów sygnałem, że wypełnia się pierwsza cześć przepowiedni.
Wyklęli cały ród i wszystkich jego potomków. Tak narodzili się pierwsi rabalenhi obdarzeni hojnie najlepszymi cechami obu ras. Byli długowieczni, posiadali rozliczne talenty i szanowali swoje dziedzictwo. Wiele znakomitych rodów, lekceważąc klątwę, poszło w ich ślady, tym bardziej, że po zagładzie, nie mogli znaleźć dla siebie partnerek wśród rasy najstarszych. Niektórzy mówili, że ich serca skaziło ulotne piękno ludzkich kobiet, ale o ile wiem, to tylko legenda. Sądzę, że nie mieli wyjścia, albo wyginęliby całkowicie, albo podporządkowali przeznaczeniu. Wybrali drugą opcję i z biegiem czasu, cechy elfów zaczęły się rozmywać. Jednak nie wśród potomków Pierwszego. Ród Fearantil zachował najlepsze z darów, a dowodem tego stały się narodziny niezwykłej dziewczynki.
Nazwano ją Senete, bo była ucieleśnieniem jasności. Jej skóra przypominała szlachetny marmur, miała długie, jasne włosy odziedziczone po ludzkiej matce, fiołkowe oczy, które, gdy była zła, robiły się granatowe, idealne rysy i najpiękniejszy uśmiech sprawiający, że lśniła, niczym drogocenny kryształ. Miała dar uzdrawiania i mądrość po ojcu. Matce zawdzięczała urodę i wdzięk.
Rosła zdrowo ku radości rodziców i dumie całego rodu, aż osiągnęła wiek dorosły, ale nie tylko pięknem podbijała serca, wrodzona wrażliwość i dobroć kazały jej zajmować się każdą cierpiącą istotą. Nie podobało się to rodzicom, którzy uważali, że wędrując od wioski do wioski, żeby leczyć chorych, naraża się na niebezpieczeństwo, ale uparta Senete nie chciała ich słuchać.
Pewnego dnia, wracając do domu po jednej ze swoich wypraw, zobaczyła na drodze rannego mężczyznę. Jego obrażenia wyglądały na tyle poważnie, że umarłby bez jej pomocy, więc bez zastanowienia pochyliła się z troską nad kolejnym, wymagającym opieki nieszczęśnikiem.
Nigdy nie dowiemy się, co poczuł ów człowiek, gdy jej dłoń zamykała rany, nigdy nie zrozumiemy, co zobaczył, gdy zajrzał w jej oczy, nigdy także nie dane nam będzie pojąć, co sprawiło, że niezrozumiałe i okrutne wyroki losu zetknęły tych dwoje na leśnej drodze.
Tydzień później, gdy Senete wraz z rodzicami siedziała na ganku, napawając się urodą wczesnego zachodu, pod dom zajechał jeździec. Zaskoczona dziewczyna rozpoznała w nim rannego, któremu udzieliła pomocy. Przedstawił się i uprzejmymi słowami oraz zbytkownym podarunkiem podziękował za uratowanie życia.
Matka Senete nie odprawiła go, lecz zaprosiła na wieczerzę, będąc pod urokiem jego ogłady i niezwykłej urody. Wysoki, szczupły o ciemnych włosach i stalowoszarych oczach miał twarz, której się nie zapomina. Jedynie ojciec zrozumiał, że wraz z tajemniczym mężczyzną, do ich spokojnego domu wkroczyły mrok i zło. Dla niego obserwowanie ukradkowych spojrzeń, jakie przybysz rzucał w stronę córki, było najgorszą z tortur. Powiedział o swoich obawach Senete i jej matce, jednak ta zlekceważyła ostrzeżenie i pozwoliła, aby obcy poczuł się w ich domu jak u siebie. Ośmielony takim traktowaniem Werden na następny dzień przyznał się do prawdziwego celu swojej wizyty - pragnął poślubić Senete.
Pokochał ją od pierwszego wejrzenia i poprosił, aby rodzice i dziewczyna przemyśleli jego propozycję, tym bardziej, że był osobą zamożną, miał zamek, posiadłości i należał do elity Bahrawi. Mógł Senete ofiarować należną jej urodzie pozycję i każdą rzecz, jakiej by zapragnęła. Jego słowa obudziły w końcu czujność matki, bo choć nie zaczęły się jeszcze masowe polowania na rabalenhi, ale zła sława arcymaga i Kręgu nie pozostawiała wątpliwości, z kim mieli do czynienia. Rodzice odmówili wprost, a oburzona bezczelnością propozycji dziewczyna odrzuciła zalotnika, który odjechał z niczym.
Ojciec nalegał, aby opuścili swój dom i skryli się w głębi lasów, ale ani jedna ani druga nie chciały o tym myśleć. Obojętne zresztą, jakby w tym momencie nie postąpili, los już przygotował dla nich inny plan..
Co dzień do skromnego dworu pukali posłańcy, przywożąc egzotyczne słodkości, piękne suknie i cenną biżuterię. Senete zaczęła się coraz częściej skarżyć, że śledzą ją tajemniczy jeźdźcy, a na dowód przedstawiała słowa zastraszonych wieśniaków. W końcu podjęto decyzję o ucieczce. Ojciec spakował niechciane dary i położył na progu domu, co miało być ostatecznym dowodem odrzucenia oświadczyn. Tego samego dnia zniknęli, porzucając dorobek swojego życia, aby chronić to, co najcenniejsze. Uciekinierom gościny udzielił mój ojciec, poruszony do głębi opowieścią o prześladowaniach. I w ten sposób przypieczętował także swój los.
Kilka miesięcy upłynęło w usypiającym czujność spokoju i wszyscy z cichą nadzieją zaczęli myśleć, że sytuacja powoli wraca do normy. Nie wzięli pod uwagę, że odrzucony wielbiciel coraz bardziej pogrążał się w swojej obsesji, a ponieważ nie wiedział, gdzie przebywa jego wybranka, rozesłał w cztery strony świata najlepszych tropicieli. Jeden z nich przyniósł mu wiadomość o dziewczynie, która mieszkała w niewielkiej leśnej osadzie należącej do rodu Naemi, jej sława uzdrowicielki rozchodziła się szerokim echem po okolicy. Bo Senete, wbrew zakazom Rady, nadal pomagała ludziom. Ściągali do niej ze wsi i miast chorzy, których ze względów bezpieczeństwa, przyjmowała na skraju lasu.
Któregoś dnia o poranku drogą nadjechała kawalkada konnych. Na jej czele stał Werden, lecz w niczym nie przypominał tamtego mężczyzny, który zawitał do ich domu. Schudł, sposępniał, rysy jego twarzy wyostrzyły się. Najgorsze były rozgorączkowane, oszalałe oczy. Każdy, kto w nie spojrzał, rozumiał doskonale, że dla Senete nie ma już ucieczki.
Świadkowie, którzy widzieli ich spotkanie, nie mogli i nie chcieli później go osądzać. Serca poruszył widok smutku i rozpaczy, jakie malowały się na jego twarzy. Padł przed nią na kolana, z czcią ucałował rąbek sukni. Żal i tkliwość brzmiały w jego głosie, gdy opowiadał o długich poszukiwaniach, poczym zaczął błagać, o cień uczucia, drobny promyczek nadziei. Lecz serce dziewczyny milczało. Przez niego musiała porzucić dom, tułać się w obcych stronach, żyć w strachu i niepewności. Dlatego odpowiedziała z pogardą i nienawiścią
-Wolałabym umrzeć.
Werden wściekły wsiadł na konia i odjechał, zostawiając w osadzie żołnierzy. Nikt nie rozumiał, co się dzieje do momentu, kiedy las płonących strzał pozbawił ich dachu nad głową. Nie byli bezbronni, młodzi i starzy porwali za broń, aby stawić czoło bandytom.
Tak rozpoczęła się wojna o Senete. W dzień mieszkańcy budowali barykady, a nocą odpierali ataki wrogów, na nieszczęście o tym konflikcie dowiedziały się pobliskie klany
i ruszyły na pomoc. Nikt wtedy nie podejrzewał, że była to pułapka, w którą dali się złapać, bo Werden przyprowadził ze sobą małą armię, ukrywając ją przemyślnie w lasach. Obrońcy zostali okrążeni i wzięci do niewoli, a ceną za ich wolność i życie była Senete. Takie ultimatum nie zostawiło jej żadnego wyboru. Odjechała z nim na własną zgubę.
O tym, jaki los ją spotkał, wiemy od piastunki. To ona opowiedziała później, jak straszne były konsekwencje klątwy elfich przodków. Wbrew temu, czego się spodziewacie, Werden nie zniewolił Senete, zawiózł ją do zamku i obsypał bogactwami, ale w lochach trzymał nadal czterdziestu rabalenhi, w tym mojego ojca i matkę, jako zakładników, aby jego ukochana nie myślała o ucieczce.
Wielokrotnie upokarzany i poniżany wracał, zawsze błagając o łaskę, lecz nigdy nie podniósł na nią dłoni, ani nie obraził gwałtownym słowem. Dlaczego? Być może kochał ją miłością tak wielką, że godził się na wszystko, albo po prostu przeraził się jej gróźb.
Kiedyś zastał ją stojącą na oknie w swojej komnacie, powiedziała mu, że jeśli jej dotknie, chociaż palcem, będzie to ich ostatnie spotkanie i może postawić koło niej stu żołnierzy, ona i tak zawsze znajdzie sposób, żeby mu się wymknąć. Od tej pory Werden cierpiał i milczał, przychodząc od czasu do czasu, niczym godny litości żebrak, żeby móc tylko na nią patrzeć. Ale pewnego dnia odebrała mu radość nawet tych krótkich i bolesnych chwil.
Odesłała służbę i kawałkiem lustra pocięła sobie twarz, gdy wszedł do jej komnaty, zastał ją oszpeconą i skąpaną we krwi.
- Przeklinam swoją urodę- powiedziała- przez nią stałam się twoją niewolnicą.
Zwabiona potwornym, pełnym cierpienia krzykiem, przybiegła piastunka tylko po to, żeby zobaczyć, jak powalony rozpaczą klęczał u stóp Senete. Od tej pory nigdy ta stara kobieta nie pozwoliła o Werdenie powiedzieć złego słowa, zaczęła mu współczuć i w duchu potępiać dziewczynę za ślepy upór, przecież wiedziała, że rany Senete, co jest typowe dla półelfów obdarzonych zdolnościami uzdrawiania, zagoją się bez blizn.
Tymczasem z Bahrawi przyszły rozkazy dotyczące ostatecznego rozwiązania kwestii mieszańców. Pismo, które Werden pokazał Senete, było wyrokiem śmierci dla każdego,
w którego żyłach płynęła, choć kropla krwi elfów. Ale ten dumny i możny pan nie potrafił już zabijać. Miłość wyrwała mu kły.
Widząc łzy i nieme błaganie w oczach kobiety, którą wielbił, zamiast masakrować rabalenhi, udzielał im schronienia i pomagał w ucieczce. Z wdzięczności za pomoc zapłaciła mu tym, co uszczęśliwiło go ponad miarę, złamała swoje słowo i przyjęła oświadczyny.
Igrali z losem. On spełniał jej zachcianki, ignorując polecenia magów, a ona próbowała za wszelką cenę ratować swoich pobratymców. To ich zbliżyło, bardziej niż jakiekolwiek dary i błagania.
Ślub był cichy i skromny, świadkami byli ci, których śmiercią chciał ją kiedyś szantażować - zakładnicy Werdena. Ich wolność dał jej w najpiękniejszym podarunku.
Sielanka trwała rok. Senete nie kochała swojego męża, o czym doskonale wiedział, ale wystarczało mu w zupełnie, że nie czuła do niego dawnego wstrętu. Jego szlachetność, mimo że hojnie nagradzana, była niczym pożywka, na której z wolna wzrastało jej przywiązanie i szacunek.
Najszczęśliwszym dniem dla obojga było pojawienie się na świecie dziedzica- pierworodnego syna, który miał na imię Eanor, co w naszym języku oznacza upragniony dar. Dziecko odziedziczyło po ojcu niezwykły kolor oczu podobnych do zamglonego nieba lub, jak twierdził jego ojciec, do błysku stali na mieczu, po matce jasne prawie płowe włosy i szlachetne rysy. Maluchowi groziło, że będzie najbardziej rozpieszczonym dzieckiem na całym kontynencie. Od chwili, kiedy ujrzał światło dzienne nic nie było dla niego zbyt dobre, ani zbyt kosztowne. Obdarowywany przez rodziców i wszystkich przyszywanych kuzynów nigdy nie miał powodu, żeby, choć raz zapłakać. Był kochany przez wszystkich- syn umiłowanej córy rabalenhi i ich nawróconego wroga.
Eanor miał dopiero pół roku, kiedy zdarzyły się te straszne wypadki. Dzień rozpoczął się normalną krzątaniną, na podwórcu służba głośno rozprawiała, oporządzając konie, a kucharze przygotowywali śniadanie. Moja ciężarna matka wybrała się na przechadzkę, dzięki czemu uniknęła strasznego losu, który przypadł w udziale wszystkim mieszkańcom zamku.
Stukot końskich kopyt na bruku oznajmił, że do posiadłości przybyli goście. Kiedy Werden spojrzał przez okno swojej komnaty zrozumiał, iż jego gra dobiegła końca. Pobiegł do żony, żeby ja ostrzec, ale nie zdążył. Na korytarzu zderzył się z gwardzistami, którzy poinformowali go, że do zamku przybył sam przywódca Kręgu.
Na dziedzińcu zaroiło się od czarno odzianej straży przybocznej, szpaler rozstąpił się przed młodym szczupłym mężczyzną o dziwnych, szalonych oczach. Przyjaźnie wyciągnął rękę do Werdena i przywitał go słowami, które na zawsze zmieniły bieg wydarzeń.
- Doszły do nas dziwne plotki, mój drogi Jasowie, że zamiast wykonywać moje rozkazy uwiłeś sobie tutaj gniazdko. - I dodał -Oczywiście, nie ma w tym nic złego, jeśli tylko nie udzielasz schronienia moim wrogom.
Rozejrzał się uważnie dookoła i zapytał
- Gdzie twoja piękna żona i syn, bo słyszeliśmy, że niedawno zostałeś ojcem. Czekałem na ciebie w Bahrawi pewien, że przybędziesz po moje błogosławieństwo, ale w skutek twojej, jakże zaskakującej opieszałości, postanowiłem sam cię odwiedzić, przynosząc
w darze zarówno wzgardzoną przez ciebie przyjaźń i owo błogosławieństwo, przed którym mam nadzieję, nie będziesz się wzdragał.
Gwardziści wyprowadzili na podwórzec Senete z dzieckiem na rękach. Wyrwana ze snu była niestosownie ubrana w delikatną zwiewną koszulę, na którą narzucono jej czarną pelerynę. Werden zbielałymi ze strachu wargami szeptał
-Ona jest człowiekiem – powtarzał niczym zaklęcie, mogące odstraszyć demony.
Ale nikt nie dałby się nabrać, jej uroda jaśniała niczym zorza i tylko ślepiec mógłby ją uznać za istotę ludzką. Arcymag popatrzył na nią z uwagą, jego oczy zalśniły
- Masz wielkie szczęście drogi Jasowie, że zdobyłeś takie cudo, choć to tylko brudny mieszaniec. - Poczym, zmieniając temat, dodał od niechcenia - Nie sądzisz, że pora najwyższa na śniadanie?
Senete patrzyła na nich niczego nierozumiejącymi oczami, w których przerażenie mieszało się z zaskoczeniem. Widziała kredowobladą twarz swojego męża, czuła echo potwornej, mrocznej aury obcego, który zwracał się do Werdena nieznanym imieniem. Gdy jednak usłyszała ostatnie słowa arcymaga
-Przed posiłkiem przyślij ją do mnie, chciałbym sprawdzić czy półelfki są tak gorące, jak się powszechnie sądzi - jej instynkt zadziałał prawidłowo.
Tuląc do siebie synka, rzuciła się do ucieczki, jej szaleńcze przerażenie objawiło się wybuchem niespotykanej mocy. Otoczyła się kulą energii potężniejszą od tej, jaka pomogła mi pokonać magów z wieży. I być może udałoby się jej bezpiecznie opuścić zamek, gdyby pod wpływem strachu, który odebrał jej zdolność jasnego myślenia, nie zlekceważyła dwóch faktów. Po pierwsze miała do czynienia z samym arcymagiem, po drugie nie zastanowiła się nad tym, dlaczego najwyższy z Kręgu pofatygował się osobiście do ich siedziby- czyli kim naprawdę był jej mąż. Zanim zdążyła przebiec przez rozstępujący się przed nią kordon gwardzistów, drogę zagrodził jej Werden. Po szklistych, niewidzących oczach zrozumiała, że kieruje nim obca wola i mimo że zdecydowała się zaatakować, moc Eoi wymknęła jej się spod kontroli.
Aby to zrozumieć musicie wiedzieć jedno, Senete już prawdopodobnie przywiązała się do ojca swojego dziecka i nie potrafiła wyrządzić mu krzywdy. Widziała, że wewnątrz jego pustych oczu pojawia się dziwny wyraz, jakby cząstka osobowości próbowała przeciwstawić się woli arcymaga. Nie wiedziała tylko, że wychowankom Czarnej Twierdzy wprowadza się do mózgów serpent, pozwalający kontrolować ich umysły, kierować działaniami i żaden z nich, nigdy nie mógł przeciwstawić się magom, bo przeklęty zielonkawy kamień tworzy z nich bezwolne narzędzia. To, co dostrzegła w jego oczach, nie było walką dobra ze złem, lecz echem oszalałych myśli demona, stojącego bezpiecznie za plecami strażników.
Werden szarpnął ją za rękę i wyrwał dziecko. Upadła na kolana, a wtedy złapał ją za piękne długie włosy i pociągnął w stronę arcymaga. Senete udawała, że się poddaje, ale gdy mijała jednego z gwardzistów, lekceważąc ból, poderwała się z szybkością atakującego węża i wyrwała strażnikowi miecz.
Popełniła błąd - nie zabiła męża, lecz tylko zraniła i zamiast uciekać, próbowała odebrać dziecko. Nagle w dłoni Werdena pojawił się sztylet, silny cios w brzuch zgiął ją w pół. Natychmiast odzyskała równowagę, była już gotowa, aby zadać mu śmiertelny cios. Użył wtedy syna jako tarczy, raz po raz atakując błyskawicznymi sztychami, wymierzanymi zza bezpiecznej osłony wijącego się w przerażaniu małego ciałka.
Senete opadała z sił, coraz więcej krwawych plam znaczyło jej poszarpaną koszulę. W końcu z bezwładnej dłoni wypadł miecz, a ona sama osunęła się na kolana. To jednak nie był koniec.
Werden zawlókł ja przed oblicze arcymaga, który z niezadowoleniem stwierdził, że zabójca zniszczył mu prezent. Po czym wyciągnął dłoń i powiedział głośno
- Daj mi coś!- Mężczyzna przekazał mu płaczącego syna, którego przejął jeden z gwardzistów
- Mało- warknął arcymag i wtedy Werden rozpłatał twoją matkę i położył na jego dłoni jej skarb - bijące serce wraz z mahe tae.
Tak kończy się smutna opowieść o miłości i zdradzie. Wszystkich półelfów znalezionych w zamku zabito, a ludzi przepędzono. Ocalał ostatni potomek Fearantila- Eanor, ten, który jest upragnionym darem. Jeśli ta opowieść cię nie poruszyła, to Arcymag osiągnął więcej niż planował. Zabił twoją matkę i odebrał wolę ojcu, skradł ci imię i poczucie tożsamości. Kim zatem jesteś?
- Jestem Eanor z rodu Fearantila - rzekł cicho zapatrzony w ogień mężczyzna, który do niedawna był Bezimiennym- Skąd masz pewność, że to naprawdę moja przeszłość?
- My, brudne półelfy czasem tak mamy - Tane także odpowiedziała szeptem -mówiłam małemu, widzimy echo prawdziwych imion. Jesteś, kim jesteś i możesz przyjąć to do wiadomości lub żądać dowodu, którego nie mogę ci dać
Baltazar słuchał opowieści wstrząśnięty losem półelfki i zaskoczony fragmentem dotyczącym arcymaga i Jasowa. Przypomniał sobie początek wszystkich wydarzeń, które doprowadziły go na tę polanę. Przed oczami stanęły mu jak żywe sceny, których był świadkiem w szkole: szczegóły egzekucji, zaklęcie oddzielające i przede wszystkim twarz człowieka leżącego na posadzce. Uświadomił sobie, że zobaczył wtedy coś, co umknęło jego uwadze, coś bardzo ważnego, o czym musiał im opowiedzieć, żeby historia Senete stała się kompletna i dokończona.
- Kiedy zakradłem się do auli.- Zaczął powoli, wiedząc, że to, co ma do powiedzenia, należy raczej do świata odczuć niż faktów - bardziej zwracałem uwagę na sytuację, niż samego więźnia, jednak.. Nadal mam go przed oczami. Wysoki ciemnowłosy o szczupłej, okrutnej twarzy i dziwnym, krzywym, tak podobnym do twojego uśmiechu. Miał pustą twarz człowieka, który był martwy na długo przed tym, zanim wybrzmiało zaklęcie, jakby od dawna nie było w nim duszy. Był podobny do opuszczonego, zapomnianego domu i uosabiał całe zło, z jakim nigdy wcześniej się nie spotkałem. Po rytuale coś się stało i jego ciało...- Zawahał się - Mam nadzieję, że dobrze mnie zrozumiecie, on się zmienił. Na posadzce nie leżał już TEN Jasow, o którym krążyły legendy, ale człowiek pogrążony we śnie, jakby wraz z zaklęciem powrócił Werben. Jego otwarte oczy odzyskały blask i wyraz, jaki mogę określić tylko jednym słowem -spokój. Zaskoczyło mnie wtedy, że stojąc przed Kręgiem, nie okazywał strachu, nie bał się śmierci, ale czekał na nią, bo...
- Miała wyzwolić go z mocy arcymaga - dopowiedział gorzko Kornelius - o jakże się pomylił!!!
- Czy ty - Thorn patrzył na Bezimiennego z mieszaniną współczucia i odrazy - także nosisz serpent?
- A jak myślisz? - Odpowiedział spokojnie mężczyzna – wydaje ci się, że arcymag dałby swojemu najlepszemu zabójcy, niewolnikowi od urodzenia i przeklętemu nasieniu półelfich przodków wolną wolę?
- Jeśli dobrze zrozumiałem - Thorn ostrożnie dobierał słowa - serpent powoduje całkowite ubezwłasnowolnienie i dotyczy rozkazów KAŻDEGO maga. Wobec tego, dlaczego tu jesteś? - Teh mai - odpowiedziała za niego Tane- tak musiało być.

[ Dodano: Sro 20 Kwi, 2011 ]
Jestem ostatni ćwok, z przeklejki worda wyżarło mi akapity. Mam nadzieję błąd do wybaczenia, który nie zepsuje odbioru całości
Ostatnio zmieniony sob 16 lip 2011, 21:40 przez malami, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Namrasit
Dusza pisarza
Posty: 501
Rejestracja: sob 26 wrz 2009, 19:46
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: 800m from Smocza Jama
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Namrasit » sob 23 kwie 2011, 16:28

Podobało mi się.

Czasem może przesadzasz ze złożonością zdań, ale historia Senete bardzo mi się spodobała, nie spodziewałem się takiego zakończenia.

A jeśli chodzi o akapity na forum, to musisz je robić inaczej, niż Tab. Na forum jest opisane parę sposobów.


Uśmiechając się do deszczu mniej się moknie

Awatar użytkownika
Ramona
Pisarz domowy
Posty: 100
Rejestracja: ndz 17 kwie 2011, 15:56
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Re: Historia Bezimiennego - fantasy

Postautor: Ramona » ndz 08 maja 2011, 13:37

1. Niektóre zdania są tak rozbudowane, że można się pogubić.
2. Przed i po myślnikach stawiamy spacje.
3. wielokropek ma trzy kropki, bez wyjątku.
4. Zły zapis dialogów, polecamy poradniki na ich temat.


W najpotężniejszym z elfich rodów- Fearantil przyszło na świat dziecko
Skoro przed nazwą rodu stawiasz myślnik, po niej też winien być.

Posiadał wszystkie cechy wyróżniające jego rasę, był piękny, mądry i posiadał dar widzenia ponad zasłonami- umiał (brzydkie słowo, lepiej 'potrafił') dostrzegać prawdziwą istotę rzeczy.


Wyklęli cały ród i wszystkich jego potomków.
Kto?

że po zagładzie, nie mogli znaleźć dla siebie partnerek wśród rasy najstarszych.
Przecinek zbędny.

Wybrali drugą opcję i z biegiem czasu, cechy elfów zaczęły się rozmywać.
Tutaj też przecinek zbędny.



Niektóre sceny, zwłaszcza początek, działy się tak szybko, tak jakbyś prędko chciała dojść do sedna. Można by miast tego rozbudować opowieść, zrobić z tego jakieś dłuższe opowiadanie nawet, ale to już wola autora. Dla Nas osobiście po prostu wszystko tak poszło za bardzo po łebkach.
Jeśli o sam pomysł chodzi, to całość wygląda jak legenda, jak jakaś przypowieść, którą dziadek zimnym wieczorem opowiada wnukom przy kominku. Fakt takiego skojarzenia jest miły, nawet jeśli 'fabuła' charakteryzowała się lekką sztampowością.


Kiedy ktoś spotyka kogoś
Idąc pośród zbóż
Gdy ktoś pocałuje kogoś
Płakać chciałby któż?

Awatar użytkownika
malami
Kmiotek
Posty: 5
Rejestracja: ndz 20 mar 2011, 14:29
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Postautor: malami » czw 12 maja 2011, 16:48

Dzięki, siadam do korekty. Opowieść jest częścią już powstałej książki, generalnie ta historia miała mieć charakter opowieści dziadowskiej, choć opowiada ją bynajmniej nie staruszek. fajnie, że udało mi się złapać taki klimat



Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » sob 04 cze 2011, 23:04

malami pisze:Dawno, dawno temu, kiedy elfy i ludzie spokojnie koegzystowali, każdy na swoim skrawku świata, a ich spotkania były rzadkie i zaskakujące dla obu stron

koegzystować = współżyć, żyć obok siebie, NIE osobno, na dwóch końcach świata...

malami pisze:posiadał dar widzenia ponad zasłonami

przez zasłony

malami pisze:Wiele znakomitych rodów, lekceważąc klątwę, poszło w ich ślady, tym bardziej, że po zagładzie, nie mogli znaleźć dla siebie partnerek wśród rasy najstarszych.

ale dotychczas opisałaś tylko mezalians, wyklęcie rodu i wyniesienie się w inne strony. To jeszcze nie zagłada.

malami pisze:Powiedział o swoich obawach Senete i jej matce, jednak ta zlekceważyła ostrzeżenie

Ta, czyli która?

malami pisze:bo choć nie zaczęły się jeszcze masowe polowania na rabalenhi

To w końcu była ta zagłada, czy nie?

malami pisze:ale zła sława arcymaga

Kto to?

malami pisze: i Kręgu

Co to?

malami pisze:Senete zaczęła się coraz częściej skarżyć, że śledzą ją tajemniczy jeźdźcy

- Tatusiu, dziś znów bzytki pan na koniku mnie śledził!

malami pisze:a na dowód przedstawiała słowa zastraszonych wieśniaków.

- Tatusiu, zobacz, przyniosłam dowód - słowa zastraszonych wieśniaków!

malami pisze:Bo Senete, wbrew zakazom Rady

Jakiej znowu Rady?
Generalnie, rodzina ukrywa się u znajomych, ale chyba tak na niby, bo przecież wszyscy mieszkańcy wiedzą, że oni tam mieszkają, nawet jakaś rada decyduje o jej losie, dziewczyna biega na skraj lasu do pacjentów z pobliskich wiosek i miast... no cóż, przyjazd absztyfikanta jakoś mnie nie zaskoczył.

malami pisze:las płonących strzał pozbawił ich dachu nad głową.

nie przypadkiem pożar?

malami pisze:na nieszczęście o tym konflikcie dowiedziały się pobliskie klany
i ruszyły na pomoc.

komu?

malami pisze:W dzień mieszkańcy budowali barykady, a nocą odpierali ataki wrogów, na nieszczęście o tym konflikcie dowiedziały się pobliskie klany
i ruszyły na pomoc. Nikt wtedy nie podejrzewał, że była to pułapka, w którą dali się złapać, bo Werden przyprowadził ze sobą małą armię, ukrywając ją przemyślnie w lasach. Obrońcy zostali okrążeni i wzięci do niewoli

Powalający opis walki.

malami pisze:Takie ultimatum nie zostawiło jej żadnego wyboru.

Ultimatum nawet z definicji pozostawia wybór. To ona mogła nie widzieć lepszego wyboru, niż (coś tam).

malami pisze:To ona opowiedziała później, jak straszne były konsekwencje klątwy elfich przodków.

Co za klątwa?

malami pisze:kawałkiem lustra pocięła sobie twarz, gdy wszedł do jej komnaty, zastał ją oszpeconą i skąpaną we krwi.

"Krewka" dziewczyna, skoro z samej twarzy lało jej się tyle, że aż była skąpana.

malami pisze:On spełniał jej zachcianki, ignorując polecenia magów

Co znów z tymi magami? Przez całą opowieść nie mówisz, po co oni w ogóle są.

malami pisze:Przyjaźnie wyciągnął rękę do Werdena i przywitał go słowami, które na zawsze zmieniły bieg wydarzeń.
- Doszły do nas dziwne plotki, mój drogi Jasowie, że zamiast wykonywać moje rozkazy uwiłeś sobie tutaj gniazdko. - I dodał -Oczywiście, nie ma w tym nic złego, jeśli tylko nie udzielasz schronienia moim wrogom.

Przecież te słowa niczego nie zmieniły.

malami pisze:Użył wtedy syna jako tarczy, raz po raz atakując błyskawicznymi sztychami, wymierzanymi zza bezpiecznej osłony wijącego się w przerażaniu małego ciałka.

półroczne dziecko tak się nie zachowuje, nawet w przerażeniu...

malami pisze:- Mało- warknął arcymag i wtedy Werden rozpłatał twoją matkę

Moją?! :shock:

malami pisze:i położył na jego dłoni jej skarb - bijące serce wraz z mahe tae.

A to co?

Całości nie skomentuję. Po prostu... nie.


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » sob 16 lip 2011, 16:58

Dawno, dawno temu, kiedy elfy i ludzie spokojnie [1]koegzystowali, każdy na swoim skrawku świata, a ich spotkania [2]były rzadkie i zaskakujące dla obu stron, pojawiła się przepowiednia, która mówiła o zagładzie ludu Eoi, wiążąc jego upadek z narodzinami pierwszego mieszańca.

[1] - egzystowali
[2] - rzuciłaś jakąś legendę. W porządku. Ale jak się objawiała ta zaskakująca strona tych spotkań? Zapewne jest to istotne dla fabuły, i rzucasz taką krótką informację. Albo to wytnij, albo rozwiń - czuję niedosyt.

Posiadał wszystkie cechy wyróżniające jego rasę, był piękny, mądry i posiadał dar widzenia ponad zasłonami- umiał dostrzegać prawdziwą istotę rzeczy.

wyprowadź mnie z błędu - ale, skoro się urodził, to jakim cudem wiedzieli, że jest mądry? Czy wykonałaś nagły przeskok w czasie, nie informując czytelnika o tym?

Potomstwo, jakie narodziło się z tego związku, było dla elfów sygnałem, że wypełnia się pierwsza cześć przepowiedni.

błąd fabularny - to koniec Eoi był przepowiednią, z którą wiązali (!) narodziny dziecka. Jak więc powiązują to w drugą stronę? Ni mniej ni więcej z fabuł wynika, że: wpierw jest koniec księstwa, a potem narodzi się chłopiec. O, tak to jest właśnie.

Tak narodzili się pierwsi rabalenhi obdarzeni hojnie najlepszymi cechami obu ras. Byli długowieczni, posiadali rozliczne talenty i szanowali swoje dziedzictwo.

uhm, a ta zielarka, to człowiek? Rozumiem, że długowieczność jest typowa dla elfów, ale pozostałe cechy są wg mnie wspólne. Nic specjalnego, w takim razie.

Nazwano ją Senete, bo była ucieleśnieniem jasności. Jej skóra przypominała szlachetny marmur, miała długie, jasne włosy odziedziczone po ludzkiej matce, fiołkowe oczy, które, gdy była zła, robiły się granatowe, idealne rysy i najpiękniejszy uśmiech sprawiający, że lśniła, niczym drogocenny kryształ.

te zestawienie jest bardzo nielogiczne. Marmur nie lśni jak kryształ.

Rosła zdrowo ku radości rodziców i dumie całego rodu, aż osiągnęła wiek dorosły, [1]ale nie tylko pięknem podbijała serca, wrodzona wrażliwość i dobroć kazały jej zajmować się każdą cierpiącą istotą. [2]Nie podobało się to rodzicom, którzy uważali, że wędrując od wioski do wioski, żeby leczyć chorych, naraża się na niebezpieczeństwo, [3]ale uparta Senete nie chciała ich słuchać.


Zatrzymam się na dłuższą chwilę przy tym fragmencie. Opowiadasz mnie historię. I robisz to, bo ją znasz. Znasz, więc cała otoczka wytworzonego w Twojej głowie świata nie jest ci obca, a nawet żyjesz nią równie mocno, co Senete. I teraz, powiedz mnie proszę, co warto ukazać, a co nie. A, jeśli coś warto ukazać, to dlaczego? I w ten sposób, z tych moich pytań wyłania się pewien obraz. Mamy tutaj trzy istotne informacje, nie tylko ważne ze względu na fabułę, ale także ze względu na osobowość postaci i tło je budujące. W pierwszym zdaniu [1] piszesz o radości rodu, a naraz o podbijaniu serc. Czyich? Brakuje tutaj dokończenia tej informacji. W drugim zaś [2] pokazujesz postępowanie rodziców, ale przemilczasz, dlaczego to jest niebezpieczne. W trzecim [3] wyjawiasz, że Senete jest uparta - ale dlaczego? Co się stało, że dziewczyna, o której nic nie wiem, nagle jest uparta? I nagle okazuje się, że Ty znasz historię, ale opowiadasz coś innego. Rzucasz hurtem garść informacji, a to, co się przyczyniło do ich powstania pozostaje w Twojej głowie.

Pokochał ją od pierwszego wejrzenia i poprosił, aby rodzice i dziewczyna przemyśleli jego propozycję, tym bardziej, że był osobą zamożną, miał zamek, posiadłości i należał do elity Bahrawi.

takie pytanie się zrodziło: jak on taki super bogaty i ma wszystko, dlaczego leżał na drodze i umierał?

Tego samego dnia znikli, porzucając dorobek swojego życia, aby chronić to, co najcenniejsze.

i kolejne niedopowiedzenie bądź nielogiczność: skoro ją śledzili, a on taki wpływowy, to jak znikli? Zresztą, mam inną wątpliwość: ona miała dar widzenia prawdy (jak to zostało ujęte na początku), nie potrafiła prześwietlić chłopa?

Doczytałem do połowy, i to z wielkim trudem. W tekście się niby tyle dzieje, ale tak naprawdę cała historia dotycząca tych postaci została gdzieś ukryta - i nie znalazło się na nią miejsce na papierze. Potrafisz opowiadać, bo taki jest tu bajarski styl, ale nie umiesz dawkować i dobierać informacji. Większość tła fabularnego zostało wydzielone tylko w krótkich linijkach, a mam wrażenie, że to najważniejsza część. I tak do połowy dzieje się tyle, że można by z tego zrobić dłuższe opowiadanie, a to zaledwie wstęp, w którym nie znalazło się miejsce na ukazanie, jaka Senete jest. Ani też przystojny jegomość (on to w ogóle jest tak tajemniczy, że ho, ho!). W narracji skupiłaś się na kolejnych etapach z życia dziewczyny, ale przeskakujesz z nimi, jak w jakiejś wyliczance: była tak, potem tak, później tak, a jeszcze później siak. Jest też wiele nielogiczności albo niedopowiedzeń - jakkolwiek by tego nie postrzegać, źle wpływają na odbiór i tak słabo napisanej historii. Mnie się nie podobało. Fabularnie jest ciężko to ocenić, gdyż zawiłości losu bohaterki są nieprzekonywujące.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości