Clarisa

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
MaW
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: czw 15 lip 2010, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Clarisa

Postautor: MaW » sob 12 mar 2011, 20:01

Poprzednią część można przeczytać TU Dodam tylko, że nieco ją zmieniłem, usuwając retrospekcje, zwiastujące nie wiadomo jak wielką zawieruchę. Obawiam się jednak, że druga część może różnić się stylem od pierwszej, gdyż zanim się za nią zabrałem, minął miesiąc, a w tym czasie nasiąkłem inną stylistyką.


Clarisa mieszkała na trzecim piętrze kamienicy, wyglądającej na wybudowaną jakieś osiemdziesiąt lat temu. Podłoga na klatce była z rodzaju takich, co to mogą runąć przy każdym mocnym tupnięciu. Stałem na niej dość niepewnie, choć nie wiedziałem czy to ze strachu przed jej załamaniem się, czy to może perspektywa odwiedzenia Clarisy zmieniła moje nogi w watę. Bądź co bądź, tkwiłem tak dobre kilka minut, rozmyślając, czy zjawienie się dziesięć minut przed czasem będzie wysoce chamskie czy tylko niegrzeczne. Dla przyzwoitości odczekałem dwie, może trzy minuty (zdawało mi się, że to cała wieczność) aż w końcu zapukałem. Nikt mi nie odpowiedział, więc spróbowałem jeszcze raz, ale również bez skutku. Zacząłem walczyć z myślami, podpowiadającymi mi, że Clarisa zapomniała o mojej wizycie i w najgorszym przypadku obściskuje się właśnie ze swoim przyjacielem. Chętnie urwałbym łeb gnojkowi przy najbliższej okazji. Nie wiedziałem czy zaczekać, czy odejść i zapomnieć, czy może przyjść kiedy indziej. Wybrałem zupełnie inną opcję. Chwyciłem za klamkę, a wygrawerowane na niej motyle połaskotały mnie w dłoń. Uchyliłem drzwi.
– Clarisa? – zawołałem, ale odpowiedziało mi tylko echo własnego głosu, roztaczające się po mieszkaniu jak po jaskini czy też górskim kanionie.
Sumienie nie dawało mi spokoju. Wchodzenie bez pozwolenia do czyjegoś mieszkania nie wydawało się rozsądne, zwłaszcza, że ten ktoś to najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałem.
Przypomniałem sobie moją pierwszą (i ostatnią) próbę włamania się do domu. Byłem wtedy siedmioletnim chłopcem. Grałem z kolegami w dwa ognie i piłka wpadła do piwnicy sąsiada. Pamiętam, jak przechodziłem przez siatkę i podarłem sobie ulubione spodnie na kolanie. Pamiętam, jak szukałem mojej zguby pośród tysiąca różnych gratów o wartości mniejszej od złamanego grosza. Pamiętam też minę sąsiada, gdy zobaczył buszującego po piwnicy knypka i pamiętam jak mruczał pod nosem słowa, które moja mama określała jako „zarezerwowane dla złych ludzi”.
Teraz jednak zdawało mi się, że to, co robię, nie będzie miało żadnych konsekwencji. Wręcz przeciwnie – myślałem, że zostanie mi to wynagrodzone.
Wszedłem do mieszkania. Ot tak, po prostu, jakbym był jego lokatorem i właśnie wracał z zakupów, albo spaceru. Mocne, drewniane drzwi otwarły się bez oporów. Gdy przekroczyłem próg, natychmiast uderzył mnie dziwny, stęchły zapach. Rozejrzałem się po wnętrzu. Spostrzegłem, że jest niemal puste. Po lewo wisiał jeden wieszak z zawieszonym nań płaszczem, na wprost leżał materac, a obok niego, otwarta walizka z wystającymi z niej ubraniami. Podłoga w mieszkaniu wcale nie wyglądała na lepszą od tej na klatce, dlatego starałem się chodzić ostrożnie. Podszedłem do materaca, który wydawał się najbardziej wartościową rzeczą w tym mieszkaniu, mimo tego, że powietrze uszło z niego niemal całkowicie i miał wielkie przetarcie z prawej strony. Jego powierzchnię usłały dziewczęce ubrania. Wśród nich spostrzegłem kaszmirową bluzkę, a obok niej żółtobrązowy pas ze srebrną klamerką po środku. W myślach stanął mi obraz Clarisy, wychodzącej z dworca, a w uszach zadźwięczał, po raz kolejny tego dnia, jej delikatny głos, kruchy niczym porcelana. Przesunąłem dłoń po bluzce, napawając się jej dotykiem. Gdyby nie wydarzenia poprzedniego dnia, pewnie byłaby to dla mnie zwykła bluzka, ale teraz była to bluzka Clarisy, a to całkowicie zmieniało jej wartość.
Nagle z sąsiedniego pokoju dobiegł mnie cichy śpiew. Natychmiast poznałem ten głos. Clarisa śpiewała cicho jakaś nieznaną mi piosenkę. Pierwszorzędna jakość wykonania to nie była (delikatnie mówiąc), ale czułem pozytywne emocje nagromadzone w tym spokojnym głosie. Wypełniły mnie całego na tyle, że wczułem się w rytm piosenki. Oparłem się plecami o ścianę, wyglądającą na solidnie zbudowaną i odchrząknąłem, dając Clarisie do zrozumienia, że już przyszedłem. Nagle zapanowała grobowa cisza.
– Kto tam? – zawołała dość niepewnie.
– Ja – odparłem, a mój głos brzmiał jak u biednego dzieciaka, bojącego się, że zaraz spiorą go starsi koledzy w dresach.
– Ja? Czyli kto?
– Edvinas.
- Ou! To ty? To już jest trzynasta?
Zerknąłem na zegarek. Była dwunasta pięćdziesiąt osiem.
– Punkt trzynasta – skłamałem.
– A jak właściwie wszedłeś? – zapytała.
Nagle coś walnęło a Clarisa krzyknęła.
– Ej! Co się tam dzieję?! – krzyknąłem i przylgnąłem do drzwi.
– Nic, nic – odpowiedziała prędko.
Później usłyszałem parę nieokreślonych dźwięków.
– Już wszystko dobrze, zaraz… o cholera.
– Clarisa? Otwórz drzwi! – rozkazałem.
– Poczekaj, już wychodzę. Daj mi parę sekund.
Rzeczywiście, mówiąc „parę sekund” nie kłamała ani trochę. Wyszła chwilę potem w dziwnym turbanie z ręcznika na głowie, którego zawiązanie stanowi dla mnie do dzisiaj tajemnicę. Skrawek materiału opadał na jej prawe oko zasłaniając je całkowicie.
– Przepraszam, że jestem zupełnie w proszku. Nie mam tu żadnego zegarka, więc nie wiedziałam, kiedy przyjdziesz.
– Serio? Żadnego zegarka? – To mieszkanie wydawało mi się coraz bardziej dziwne.
– Serio, serio – odparła, uśmiechając się lekko. –Trochę nieciekawie się urządziłam, więc nawet nie mam jak cię ugościć, ale za to mam herbatę, chcesz?
– Nie, dzięki, nie trzeba.
– Od razu mówię, że nie mam niczego innego. Tylko herbata.
– W takim razie poproszę.
Wydawało mi się, że Clarisa była zadowolona, gdy zgodziłem się na jej propozycję Tak bardzo chciała przyjąć gości, a chyba nigdy nie miała ku temu okazji.
Zniknęła za rogiem i przeszła do kuchni.
– Co się właściwie stało? Tam, w łazience?
Clarisa otworzyła szafkę i wyjęła z niej jedyną zawartość – wysoką saszetkę z herbatą.
– Nic, nic, mały wypadek. Przyrżnęłam głową w szafkę.
Spróbowałem zdusić śmiech, ale nic z tego nie wyszło. Sposób, w jaki to powiedziała, wywołał u mnie przypływ czarnego humoru. Zupełnie nie wiedziałem czemu, ale po raz pierwszy od niepamiętnych czasów śmiałem się z cudzego nieszczęścia.
– Ja tak zawsze mam. Gdzie nie pójdę to zaraz w coś przywalę, albo o coś się potknę, albo coś zbiję, stłukę, rozgniotę… – dodała.
Znowu się zaśmiałem.
– Widzę, że wyjątkowo łatwo cię rozweselić – powiedziała.
– Przepraszam. – Opamiętałem się i spoważniałem.
– Nie przepraszaj. Moim zdaniem to bardzo dobrze. Lepiej śmiać się z byle czego, niż być wiecznie smutnym. A już najgorzej to jest być jak taka ameba i nie okazywać żadnych emocji.
Zgadzałem się z nią w stu procentach, dlatego przytaknąłem i skinąłem głową.
Clarisa zaczęła szukać czajnika. Przetrząsnęła wszystkie szafki, aż w końcu znalazła. Nalała doń wody i postawiła na kuchence.
– Zobaczysz – powiedziała, prezentując mi opakowanie herbaty. – Niebo w gębie.
– A to jakaś specjalna herbata? – spytałem.
– Przeczytaj sobie – powiedziała, podając mi opakowanie. Na samej górze widniała niezbyt ambitna nazwa TEA&TEA, a pod spodem cała lista korzyści płynących z picia czerwonej herbaty.
– Czerwona… Nigdy nie piłem – powiedziałem.
Clarisa uśmiechnęła się, a ja zauważyłem, że na skrawku ręcznika przykrywającym oko pojawiła się czerwona plama. Nie do końca byłem pewny, czy nie było jej tam już od początku, ale zdawało mi się, że pojawiła się dopiero co.
– Chyba się ubrudziłaś – powiedziałem podchodząc do niej coraz bliżej.
– Serio? Gdzie?
– Tu – pokazałem palcem na ręcznik.
– Może ten czajnik był czymś ubrudzony.
– Nie, ta plama jest czerwona.
Wtedy Clarisa złapała mnie za rękę i odepchnęła lekko. Wybiegła z kuchni, a później usłyszałem trzask zamykanych drzwi. Do myśli wdarła mi się masa pytań, będących różnymi wariacjami od: „Ale o co chodzi?” Stałem przez cały czas w tym samym miejscu, zupełnie jakby ktoś wylał mi beton pod nogi i ukradkiem wychylałem głowę na korytarz, szukając wzrokiem Clarisy.
– Clarisa? Gdzie jesteś? – powiedziałem, ruszając się z miejsca.
Zanim jednak zacząłem szukać, moja zguba się już odnalazła. Dziewczyna wyszła ponownie z łazienki. Cały czas miała na głowie turban z ręcznika, ale zawiązany zupełnie inaczej – w ten sposób, aby na oko opadał inny skrawek materiału.
– Coś ci się stało w oko? – spytałem. – To była krew?
– Nie, no co ty. To… szminka. Machnęłam się przy malowaniu.
Ta jasne, powiedziałem sobie w myślach, ale nie odważyłem się powiedzieć tego na głos.
– Jeśli coś ci jest to możesz mi o tym powiedzieć – dodałem.
– Nie, naprawdę nie trzeba. Jestem zdrowa jak ryba.
Nieszczęście Clarisy polegało na tym, że jestem specem od wykrywania kłamstw. I właśnie w tamtej chwili zapaliła mi się w głowie malutka żaróweczka, oznajmująca, że właśnie usłyszałem nieprawdę.
– Wszystko w porządku? – spytałem.
– I to w jak najlepszym – zapewniła.
Zrobiłem minę, jaką zawszę robią detektywi, albo policjanci, gdy przesłuchują przestępcę, a ten łże jak najęty. Spiąłem powieki i zmrużyłem oczy, patrząc na Clarisę spode łba.
– Co się tak patrzysz na mnie jakbym ci kanapkę zabrała.
Pokręciłem energicznie głową i wróciłem do rzeczywistości.
– Tak po prostu. – Zacząłem szukać wymówki. – Ładnie wyglądasz w tym ręczniku na głowie.
Jeśli wydaję Ci się, że to najgłupszy komplement jaki widział świat, to masz rację. Gdy tylko to powiedziałem, nabrałem ochoty, aby wziąć cokolwiek i przywalić sobie w głowę, ale (może na szczęście) mieszkanie Clarisy nie obfitowało w rzeczy służące do takich celów. Właściwie to w nic nie obfitowało.
Z kuchni dobiegł nas gwizd czajnika.
– O! Herbatkaaa. – Zachwycona Clarisa poszła skocznym krokiem do kuchni, a ja kroczyłem tuż za nią, spoglądając od czasu do czasu na jej piękne, zgrabne nogi.
Zalała herbatę i podała mi kubek.
– Może usiądziemy? – zaproponowała.
Przytaknąłem.
Zaprowadziła mnie do pokoju z materacem i usiedliśmy na podłodze.
– Więc mieszkasz z przyjacielem?
Clarisa była totalnie zaskoczona pytaniem. Na tyle zaskoczona, że gdy je usłyszała, poparzyła sobie usta herbatą. Przytknęła palec do warg i powiedziała.
– No… tak.
Zerknąłem na materac, a potem na wystrój. Nie znalazłem ani jednej rzeczy, która mogłaby należeć do chłopaka. Żadnych spodni, swetra, albo marynarki. Same bluzki, spódnice i różne bibeloty. Później znowu zerknąłem na materac, wąski na tyle, że z trudem położyłaby się na nim jedna osoba, a co dopiero dwie. Czarne myśli napłynęły mi do głowy.
– Coś go nie widać – powiedziałem.
Clarisa przełknęła łyk herbaty i odpowiedziała:
– Pewnie się spóźni. Miał gdzieś wyjść i wróci pewnie… wieczorem. A może w nocy?
Moja żaróweczka do wykrywania kłamstw świeciła się tak wściekle, jakby dostała w prezencie kilkaset watów.
– Aha – mruknąłem.
Patrzyliśmy na siebie ciekawskim wzrokiem, jakbyśmy chcieli poznać się w niewerbalny sposób.
– Faktycznie niebo w gębie – powiedziałem, z trudem przełykając gorzką do granic możliwości herbatę.

Czas jest wredny. Wtedy, gdy chcemy, aby przyspieszył, on wlecze się niemiłosiernie, a gdy chcielibyśmy cieszyć się nim dłużej – on gna do przodu jakby popędzany niewidzialnym biczem. Tak też było tamtego popołudnia. Wskazówki mojego zegarka wydawały się działać zbyt szybko; godziny mijały jedna za drugą i ani się obejrzałem, a już była osiemnasta. A my wciąż siedzieliśmy przy materacu, pijąc siódmy (a może ósmy?) kubek herbaty. W życiu bym się nie spodziewał, że tak szybko mogę z kimś się zżyć. Ale oto miałem przed sobą żywy dowód na to. Czułem do Clarisy absolutne zaufanie i byłem pewien, że już na zawsze pozostaniemy sobie bliscy.

Zachód słońca rozsypał po niebie czerwone obłoki, a na miasto wylał złotą farbę, malując tym samym najpiękniejszy widok, jaki dany było mi zobaczyć.
Clarisa usiadła na krześle na balkonie i oparła głowę o poręcz, spoglądając gdzieś na horyzont wzrokiem pełnym tęsknoty.
– Słońce zachodzi codziennie, a mimo to podziwiamy tylko takie zachody jak ten. Gdy jest pochmurno, nie ma tak wspaniałego widoku, ale czy to oznacza, że słońce nie zachodzi?
– Co masz na myśli?
– A to, że ludzie podziwiają tylko to, co widać. A często bywa tak, że to, co najpiękniejsze jest niewidoczne. Zachód słońca w pochmurny dzień też jest piękny, mimo, że go nie widać.
Potrzebowałem chwili, aby przyswoić to do siebie i przemyśleć.
– Spójrz na to dziecko – powiedziała, wskazując dyskretnie palcem na chłopaka siedzącego na ławce. Wyglądał jak zaczarowany – twarz miał bez żadnego wyrazu a wzrok wlepił w ścianę budynku znajdującego się naprzeciwko niego.
– Aha, widzę go.
– Na pierwszy rzut oka wydaje się samotnym chłopakiem, którego odrzucił świat i towarzysze. A w głębi duszy może to człowiek-skarb?
– Być może. – Zrozumiałem, o co jej chodzi.
Clarisa westchnęła, a potem ponownie wlepiła wzrok w zachodzące słońce. Ona patrzyła na słońce, a ja na nią. Wtedy wyglądała tak pięknie… Wydawało mi się nawet, że nigdy nie widziałem jej piękniejszej (mimo, że znałem ją jeden dzień) Gdy Clarisie głośno zaburczało w brzuchu, oboje się zaśmialiśmy. Wiedziałem, jaka musi być głodna. Ja zresztą też bym coś spałaszował. Postanowiłem nie pytać, czy ma coś do jedzenia – wiedziałem, jaka będzie odpowiedź.
– Może pójdę po coś do sklepu? – zaproponowałem.
– Naprawdę nie musisz – odpowiedziała, ale moja żaróweczka znowu zadziałała.
Clarisa niemalże na twarzy miała wypisane: CHCĘ MI SIĘ JEŚĆ! Wyjąłem z kieszeni kilka monet, przeliczyłem je i rzuciłem:
– Starczy na parę rzeczy. Zaraz wrócę – rzuciłem i poszedłem do drzwi wyjściowych.
Wychodząc, jeszcze raz zerknąłem na Clarisę, siedzącą na balkonie i patrzącą się na zachód słońca jak dziecko na wielgachnego misia, leżącego za szklaną, sklepową gablotą.

Wróciłem z reklamówką z krakersami, ciastkami z czekoladą i paczką mini croissantów. Gdy wszedłem do mieszkania, spostrzegłem, że Clarisa nie siedzi już na balkonie. Nie wiedziałem, gdzie jest. Położyłem reklamówkę na podłogę i zacząłem jej szukać. Nie znalazłem jej w kuchni, więc pozostała jedna możliwość – łazienka. Zapukałem do drzwi, spodziewając się usłyszeć zaraz głos Clarisy, ale odpowiedziała mi cisza. Uchyliłem drzwi, aby upewnić się, że rzeczywiście jej tam nie ma.
Znalazłem ją dopiero na balkonie. Siedziała w kącie, skryta za doniczką z oleandrem. W ręku trzymała chusteczkę upstrzoną czerwonymi plamami. Gdy wszedłem, natychmiast podniosła ją do oka, ale zanim to zrobiła, zdążyłem się zorientować, o co chodzi. Clarisa płakała. A przynajmniej tak to wyglądało. Z jej oczu leciały łzy, ale wyglądały zupełnie inaczej. Były czerwone. To była krew.
Ostatnio zmieniony wt 18 wrz 2012, 22:39 przez MaW, łącznie zmieniany 3 razy.



Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » śr 16 mar 2011, 12:12

MaW pisze:Pamiętam, jak przechodziłem przez siatkę i podarłem sobie ulubione spodnie na kolanie. Pamiętam, jak szukałem mojej zguby pośród tysiąca różnych gratów o wartości mniejszej od złamanego grosza. Pamiętam też minę sąsiada, gdy zobaczył buszującego po piwnicy knypka i pamiętam jak mruczał pod nosem słowa, które moja mama określała jako „zarezerwowane dla złych ludzi”.

Powtórzenia
Podkreślone: trochę mi to nie pasuje, bo dzieciak nie może się znać na wartości przedmiotów - chyba, że dla niego miałyby wartość mniejszą niż złamany grosz, w porównaniu do jego piłki.

MaW pisze:Rozejrzałem się po wnętrzu. Spostrzegłem, że jest niemal puste.

Za bardzo rozwlekasz. Prościej: spostrzegłem, że wnętrze jest niemal puste.

MaW pisze:Po lewo wisiał jeden wieszak z zawieszonym nań płaszczem

Pogrubione - sam widzisz :lol: Podkreślone: źle, źle, źle. Po lewej na wieszaku wisiał płaszcz.

MaW pisze:Podszedłem do materaca, który wydawał się najbardziej wartościową rzeczą w tym mieszkaniu, mimo tego, że powietrze uszło z niego niemal całkowicie i miał wielkie przetarcie z prawej strony. Jego powierzchnię usłały dziewczęce ubrania. Wśród nich spostrzegłem kaszmirową bluzkę, a obok niej żółtobrązowy pas ze srebrną klamerką po środku. (...) Przesunąłem dłoń po bluzce, napawając się jej dotykiem. Gdyby nie wydarzenia poprzedniego dnia, pewnie byłaby to dla mnie zwykła bluzka, ale teraz była to bluzka Clarisy, a to całkowicie zmieniało jej wartość.

Sam widzisz, że to nie materac był najwartościowszy.

MaW pisze:Nagle z sąsiedniego pokoju dobiegł mnie cichy śpiew. Natychmiast poznałem ten głos. Clarisa śpiewała cicho jakaś nieznaną mi piosenkę. Pierwszorzędna jakość wykonania to nie była (delikatnie mówiąc), ale czułem pozytywne emocje nagromadzone w tym spokojnym głosie. Wypełniły mnie całego na tyle, że wczułem się w rytm piosenki.

To wszystko można by ładnie skrócić i powycinać. Wszystkie zaznaczone słowa mówią ciagle o tym samym.

MaW pisze:Zgadzałem się z nią w stu procentach, dlatego przytaknąłem i skinąłem głową.

Albo jedno, albo drugie

MaW pisze:– Coś ci się stało w oko? – spytałem. – To była krew?
– Nie, no co ty. To… szminka. Machnęłam się przy malowaniu.

Uuu, bohaterka ma chyba bohatera za idiotę. Na szczęście się nie dał nabrać.

MaW pisze:Spiąłem powieki i zmrużyłem oczy, patrząc na Clarisę spode łba.

Czym spiął? Klamerką? :) Całkiem zbędne słowa.

MaW pisze:Zaprowadziła mnie do pokoju z materacem i usiedliśmy na podłodze.

Nie na materacu? o.O

Bohaterka całkiem naturalna, przyjemna w odbiorze i intrygująca. Z bohaterem gorzej - jest bardzo niejednoznaczny, jakbyś nie mógł się zdecydować, jakim charakterem go chcesz obdarzyć. Najpierw piszesz o jego obawach, czy wejść do obcego mieszkania - potem wchodzi pewnie, jak lokator. Widzi, że dziewczyna jest strasznie głodna - kupuje ciastka i czekoladę, zamiast, powiedzmy, zapasu zupek chińskich :P, mega-pizzy czy czegoś, czym można się najeść... Żeby chociaż miał z tego powodu rozterki, czy to wypada, czy nie...

Nie podobał mi się opis wnętrza. Sam widzisz, ile z niego wskazałam błędów. Ogólnie jest przegadany, zbyt rozwlekły i toporny. Za dużo w nim zdań. Tak jakbyś uznał, że opis musi być długi, żeby był jak najdokładniejszy. Ale to działa na niekorzyść.

Jeśli chodzi o "klimacik", o którym mówiłam w poprzedniej części, to jest go tutaj dużo mniej, jest już całkiem nikły.

I za dużo zaimków. Np. W tym fragmencie:
MaW pisze:Czas jest wredny. Wtedy, gdy chcemy, aby przyspieszył, on wlecze się niemiłosiernie, a gdy chcielibyśmy cieszyć się nim dłużej – on gna do przodu jakby popędzany niewidzialnym biczem.

Z drugiego można swobodnie zrezygnować.

Kłopot masz ciągle z przecinkami, a raczej z ich brakiem. Sprawdź sobie zasady interpunkcji.

Ale w jakiś sposób opowiadanie nadal zaciekawia, bo bohaterka naprawdę przyciąga uwagę. Podobały mi się jeszcze takie drobnostki, jak ta żaróweczka wykrywania kłamstw albo głos "kruchy jak porcelana".

Pozdrawiam.


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
Twist
Kmiotek
Posty: 4
Rejestracja: śr 16 mar 2011, 15:28
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Świat
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Twist » śr 16 mar 2011, 19:11

Rzeczywiście brakuje paru przecinków, ale myślę, że to opowiadanie i tak jest bardzo fajne ;) Clarisa bardzo szybko mnie zaciekawiła i... wzbudziła we mnie współczucie :D



Awatar użytkownika
MaW
Pisarz domowy
Posty: 52
Rejestracja: czw 15 lip 2010, 20:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: MaW » czw 17 mar 2011, 18:59

Dziękuję za komentarze i porady;)
Powtórzenia
Podkreślone: trochę mi to nie pasuje, bo dzieciak nie może się znać na wartości przedmiotów - chyba, że dla niego miałyby wartość mniejszą niż złamany grosz, w porównaniu do jego piłki.

Ogólnie, to te powtórzenia miały być zamierzone, ale z tego co widzę, nie wyszło ;)

Pozdrawiam



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2367
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » śr 12 wrz 2012, 10:42

MaW pisze:podarłem sobie ulubione spodnie na kolanie
szyk nie bardzo. Może coś w rodzaju "i rozdarłem sobie na kolanie ulubione spodnie" grałoby trochę lepiej.

MaW pisze:Wszedłem do mieszkania. Ot tak, po prostu, jakbym był jego lokatorem i właśnie wracał z zakupów, albo spaceru. Mocne, drewniane drzwi otwarły się bez oporów.
Jeżeli już chcesz opisywać każdy detal, to trzeba by tutaj zmienić kolejność - najpierw otwierał drzwi, potem wchodził.

MaW pisze:Po lewo wisiał jeden wieszak z zawieszonym nań płaszczem
wisiał/wieszak/zawieszonym - za dużo tego

MaW pisze:mnie cichy śpiew. Natychmiast poznałem ten głos. Clarisa śpiewała cicho
Powtórzenie informacji. Nieładne.

MaW pisze:piosenkę. Pierwszorzędna jakość wykonania to nie była (delikatnie mówiąc), ale czułem pozytywne emocje nagromadzone w tym spokojnym głosie. Wypełniły mnie całego na tyle, że wczułem się w rytm piosenki.
Powtórzenie.
I głos bodajże też (w kontekście poprzednich zdań).

MaW pisze:krokiem do kuchni, a ja kroczyłem
powtórzenia

Opis mieszkania trochę przegadany i chyba przez to miejscami niesprawny. W dalszej części błędów trochę jest, ale nie przykuwają tak bardzo uwagi. Tekst nawet wciąga. Clarisa dobrze Ci wyszła - jest naturalna, ciekawa, jest postacią, którą chce się poznać. Główny bohater momentami ma fajne wstawki, zachowuje się interesująco, a momentami traci wyraz. Mam wrażenie, że nie do końca zrównoważyłeś w nim role bohater-narrator i chwilami za bardzo dostajemy bezemocjonalną relację.
Ogólnie całkiem mi się podobało, chociaż sporo rzeczy do doszlifowania.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Dziennik błędów | Roztańczony | Demony Witkacego


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości