Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.


Dialogatornia - kwalifikacje do warsztatów z pisania dialogów

Pomocnicy mleczarza [fantasy]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Edyward
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: wt 07 lip 2009, 12:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Pomocnicy mleczarza [fantasy]

Postautor: Edyward » pn 13 lip 2009, 19:07

Pomysł, jak teraz patrzę, wydaje mi się banalny, ale mimo to postanowiłem wrzucić ten fragment. Przed państwem "Pomocnicy mleczarza" :)

Nad miastem wstawał poranek, słońce jasno świeciło. Zapowiadała się piękna pogoda. Kur zapiał, gdy niziołek ciągnął wózek z bańkami po kamiennym bruku. Rozwoził mleko, a dziś przypadła mu Aleja Magiczek.
Przeciągnął wózek pod pierwsze drzwi i zapukał. Otworzyła mu jedna z zawsze pięknych czarodziejek. Mimo iż pora była wczesna.
- Uszanowanie wielmożnej pani. Przywiozłem mleko – powiedział pomocnik mleczarza.
- Dziękuję – odpowiedziała czarodziejka, i pozwoliła mu wnieść do środka blaszaną bańkę.
Wycofał się grzecznie, z ukłonem, i ruszył do następnych drzwi. Zapukał, uszanowanie, i do następnych.
Te były uchylone, ze środka dobiegały rozgorączkowane głosy. Zbliżył ucho do szpary. Teraz rozróżniał płacz i wyzwiska. Już chciał ominąć bieżące mieszkanie, lecz ktoś podbiegł, i ze środka wyskoczył mężczyzna.
- Czego tu!? – ryknął. Niziołek aż podskoczył.
Mężczyzną był królewski wojak, wysoki jak dąb i szeroki jak piec.
- Czego tu, pytam, kurwa!?
- Uszanowanie wielmożnemu panu. Przywiozłem mleko.
- Gówno mnie obchodzi woje mleko, skrzacie.
- Jestem Niziołkiem, proszę pana.
- Tak? – zdziwił się wojak. W oddali było słychać łkanie.
- Weź swoje mleko i wejdź. Zapraszam – powiedział mężczyzna.
Pomocnik mleczarza podniósł bańkę i wtoczył się do wnętrza. W środku panował półmrok, zasłonięte były wszystkie zasłony; światło płynęło ze srebrnych i złotych świeczników. Wojak zaprowadził go głębiej, do właściwego wnętrza domu.
Duże pomieszczenie zdawało się pełnić funkcję jadalnio-biblioteko-sypialni. Było bogate, ale bez przesady. W innych okolicznościach niziołek zagwizdałby z zachwytu, lecz teraz jego uwagę przyciągnęła skulona na łóżku kobieta. Płakała.
Już ruszył w drogę, aby zapytać czy nic jej się aby nie stało, lecz coś twardego łupnęło go w plecy - coś, co było na tyle silne aby obalić go na podłogę, a bańkę z mlekiem posłać w podróż po podłodze. Mężczyzna podniósł go za fraki.
- Jak cię zwą? – spytał. Niziołek wykrzywił się w wielkim zdumieniu i bólu pleców. Co jest, do cholery, pomyślał.
- Rondal, młodszy pomocnik mleczarza – odpowiedział.
- No, kurwa mać, Rondal! To wychędoż tę sukę! – ryknął królewski wojak w ucho młodszemu pomocnikowi i rzucił nim w kierunku łoża. Niziołkek wylądował przed łożem, wywijając fikołka; wirowało i huczało mu w głowie, jak po ostrej popijawie. Ból pulsował w plecach i nodze.
Kobieta podniosła twarz. Rondal popatrzył na nią, wybałuszając oczy, gdyż wciąż wszystko mu się rozmazywało.
- Zostaw niziołka! – Głos miała wibrujący, widać było, że znów zbiera jej się na płacz.
Mężczyzna zbliżył się. Kobieta zeskoczyła z łóżka i zachwiała się między nim a niziołkiem. Uderzył ją pięścią w policzek. Teraz już oboje, młoda kobieta i młodszy pomocnik mleczarza, leżeli na podłodze.
Napastnik wyglądał jakby chciał zadać następny cios, ale zrezygnował. Wyszedł z mieszkania, raz tylko się zatrzymując aby w akcie niekontrolowanej złości obalić regał z książkami.
Co to niby, kurwa, miało być? – Rondal zdenerwował się nie na żarty. Chyba złamał nogę.
Zerknął na kobietę. Była nieprzytomna. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Trzeba było jakoś ją przenieść na łóżko, może ocucić, a on nie mógł wstać.
Ból w nodze nasilił się.
Niziołek o imieniu Rondal, pomocnik mleczarza, był cholernie skonfundowany.

*

Koniec pracy na dziś. Wszystko rozwiezione, cała Ulica Kupiecka zaopatrzona - wózek był teraz lekki i przyjemnie się go ciągnęło.
Befrod skręcił z Kupieckiej w Rzemieślniczą by ominąć plac targowy. Stamtąd pomaszerował Długą i przekroczył Zakątek Alchemików, gdzie przez przypadek wdepnął w błotnistą, zieloną ciecz.
Uznał, że ma dużo szczęścia iż owa ciecz nie była niebezpieczna, i nie wypaliła mu dziury w stopie.
Gdy znalazł się w Alei Magiczek, zdumiał go wózek pełen baniek pozostawiony na bruku. Skonstatował, że musiał go zostawić jego brat, Ronald, żartobliwie przezywany Rondalem. Od razu przeczuł, że musiało się stać coś niedobrego. Pochwycił otwarte do połowy drzwi i wpadł do środka jak burza. Jednym susem przeskoczył hol i zatrzymał się widząc jak brat gramoli się z podłogi. Ten na jego widok mało nie fiknął znów na posadzkę, lecz szybko rozpoznał Befroda.
- Kurwa, myślałem, że to znowu ten zbój. Befrod, na miłość starego mleczarza!
- Rondal? – Befrod podbiegł do brata. – A tej co? – zapytał wskazując na kobietę.
- Mocno oberwała. Pomóż mi. Chyba się połamałem. I poszukaj jakiejś, kurwa, wody.

*

Pierwszym, co poczuła, był zimny okład na czole, zapach wódki i fajkowego zioła.
- Pijawki, latawice, chobołdy, dziwożony… rusałki… Rusałki. Rondal, popatrz no tylko jakie fajne ryciny.
- Te, Bef, mandragora obdarza właściciela niezmierną mocą.
- Tak? Ech, popatrz do mnie. Rusałka jeszcze niezmierniejszą mocą obdarza. Nie tu, patrz na obrazek.
Otworzyła oczy. Przy drewnianym stole siedziało dwóch niziołków, przeglądając stare księgi. Co jakiś czas wychylali po kolejce i wymieniali się fajką.
Na stoliku, przy łóżku stała szklanka wody. Wzięła ją do ręki i wypiła.
- Witamy panią magiczkę – powiedział jeden z niziołków odwracając się ku niej.
Nie odpowiedziała.

*

Staruszek wszedł do oberży, podpierając się dębową laską.
- Czego sobie życzycie, starcze? – zawył na jego widok oberżysta. Staruszek podszedł do szynkwasu i usiadł na stołku.
- Zupy, gospodarzu – powiedział drżącym głosem.
- Dziś mam zupę z pomidorów i z kartoflami – odpowiedział oberżysta.
- Poproszę.
Dwa stołki dalej siedział mężczyzna. Przygładził wąs i przesiadł się na stołek obok starca, zabierając ze sobą kufel i fajkę.
- Słyszeliście dziadku? – powiedział.
- O czym miałem słyszeć? – zdumiał się dziadek.
- O tym incydencie z naszymi miejskimi czarodziejkami. Podobno jakieś dziwne rzeczy się z nimi dzieją, wiele moc straciło.
- Och, och – mruknął starzec i zadumał się. – To ci dopiero nowina.
- A ze dwie nawet krwawienia dostały.
- Och, och. – Zaczął chlipać zupę.
Ktoś otworzył drzwi, i świece w oberży zatańczyły na wietrze. Tego dnia powietrze było chłodne, a wiatr wręcz bywał mroźny. Chmury zbiegały się nad miastem.

*

Gdy osuszyła szklankę do dna, poprosiła niziołków o dolewkę wody. Uśmiechnęła się w podziękowaniu, lecz uznała że to zbyt mało.
- Dziękuję wam za pomoc.
- Nie ma problemu, pani magiczko – odparł Befrod.
Spochmurniała. Wyglądała teraz jak wierne odbicie aury tego dnia, bardzo przykrego dla niej samej.
- Mam na imię Mate – powiedziała. – I nie jestem magiczką. Już nie.



Awatar użytkownika
Edd
Dusza pisarza
Posty: 407
Rejestracja: pt 13 lut 2009, 22:55
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Edd » pn 13 lip 2009, 23:02

Edyward pisze:Nad miastem wstawał poranek, słońce jasno świeciło. Zapowiadała się piękna pogoda.

Nie wiem do czego odnosisz tę zapowiedź, bo jasno świecące słońce samo w sobie sugeruje warunki pogodowe. Gdyby napisać ...zapowiadał się piękny dzień! - tak, wykrzyknienie!, dodać emocji całemu zdaniu, wciągnąć czytelnika do całej historii! Pozwolić mu poczuć - chłopie to wszystko dla ciebie, wejdź do świata, który tworzę!

Edyward pisze:Kur zapiał, gdy niziołek ciągnął wózek z bańkami po kamiennym bruku. Rozwoził mleko, a dziś przypadła mu Aleja Magiczek.

Strasznie nie przypadły mi do gustu te bańki. Poza tym nie jestem pewien co do poprawności ich zastosowania. Ale zgodziłbym się na baniaki, bo chodzi o to, w czym krępy człowieczek przechowywał mleczko.

Edyward pisze:(...)lecz coś twardego łupnęło go w plecy - coś, co było na tyle silne aby obalić go na podłogę, a bańkę z mlekiem posłać w podróż po podłodze.

Mam Cie! Powtórzenie :D

Edyward pisze:- Jak cię zwą? – spytał. Niziołek wykrzywił się w wielkim zdumieniu i bólu pleców.

A ta część wygląda na niegramatyczną.

Edyward pisze:(...)wirowało i huczało mu w głowie, jak po ostrej popijawie.

Cha cha, Ty skubańcu! Wiesz co dobre :D

Edyward pisze:- Pijawki, latawice, chobołdy, dziwożony… rusałki… Rusałki. Rondal, popatrz no tylko jakie fajne ryciny.

I znowu się śmieje - niech no tylko Łasic przeczyta o Rusałkach...

Edyward pisze:- Tak? Ech, popatrz do mnie. Rusałka jeszcze niezmierniejszą mocą obdarza. Nie tu, patrz na obrazek.

- Tak? Ech, spójrz na te... i byłoby prawidłowo.

Edyward pisze:-Gdy osuszyła szklankę do dna, poprosiła niziołków o dolewkę wody.

Z tym osuszaniem do dna też nie za bardzo gra. Zróbmy tak: Ty wykasujesz podkreślone wyrazy, a ja się uśmiechnę :D Jeśli chcesz, daruj sobie usuwanie ostatniego - zawsze mogli przecież dolać wódki!

I jakoś dotrwaliśmy do końca. Podobała mi się część tego opowiadanka, bo wgląda na to, że istnieje kontynuacja. Gładziutko przebrnąłem przez tekst - nie ma w nim jakichś rzucających się nadto w oko zgrzytów. Co prawda drobne błędy logiczne i interpunkcyjne, ale to nie ubiera znaczenia i sympatyczności tej historyjce.



Awatar użytkownika
Bin
Dusza pisarza
Posty: 512
Rejestracja: ndz 26 paź 2008, 00:19
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bin » czw 16 lip 2009, 18:53

Kur zapiał, gdy niziołek ciągnął wózek z bańkami po kamiennym bruku

Jak konstruujesz zdanie tego typu, licz się z tym, że drugie zdanie zostanie potraktowane jako przyczynę pierwszego. Tj. dla mnie wynika z tego, że kur zapiał, bo niziołek ciągnął wózek. Lepiej napisz, że niziołek ciągnął wózek i usłyszał pianie kura

lecz ktoś podbiegł, i ze środka wyskoczył mężczyzna

Lekko zgrzyta. Lepiej nadać temu jednego wykonawcę. Że ktoś podbiegł do drzwi, po czym wyskoczył na zewnątrz

- Czego tu!? – ryknął. Niziołek aż podskoczył

Jak się da, to niech coś wynika z czegoś, bo tu - znów - lekki zgrzyt. Na przykład "ryknął, aż niziołek podskoczył".

zasłonięte były wszystkie zasłony

Taaa... skąd ja to znam

Co jest, do cholery, pomyślał

Do takiego zdania przydałby się akcent - koniecznie znak zapytania i ewentualnie wykrzyknik. Np. "Co jest, do cholery?, pomyślał

żartobliwie przezywany Rondalem

Zrozumiałbym, gdyby żartobliwie przezywano go Rondlem

Na stoliku, przy łóżku stała szklanka wody. Wzięła ją do ręki i wypiła.

Szklanka wzięła... wodę do ręki? :D


No cóż. Przebrnąłem przez fragment bez bólu i... no, zachciało mi się więcej. Co prawda styl tu i ówdzie wymaga poprawki - choćby fragmenty powyżej - ale jest obiecujący, czytało się przyjemnie. Wystarczy trochę popracować.
Taka moja osobista uwaga: sądzę, że lepiej by wypadało, gdyby te scenki między gwiazdeczkami były dłuższe. Bo na razie każda ma po ćwierć strony - gdyby jedna taka mieściła się na trzech-czterech, to nie czułbym się jak na pokazie slajdów.

Pomysł skojarzył mi się trochę z pewną książką Pratchetta - był tam piąty jeździec apokalipsy. Też rozwoził mleko. Ale bijących w oczy podobieństw nie ma

Nie jest źle

trzymaj się!



Awatar użytkownika
Edyward
Kmiotek
Posty: 6
Rejestracja: wt 07 lip 2009, 12:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Edyward » czw 16 lip 2009, 22:48

Tak mi się właśnie wydawało, że za bardzo streszczam sceny między gwiazdkami. Teraz to wiem i poprawię się :D

Dzięki Wam wielkie za opinie i rady, przydatne i podnoszące na duchu

Pozdrawiam,
Edyward :D



Awatar użytkownika
Martinius
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2646
Rejestracja: pn 27 lut 2006, 11:05
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Opole
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Martinius » wt 11 sie 2009, 00:39

Nad miastem wstawał poranek, słońce jasno świeciło.


Taka oczywista oczywistość, bo przecież słońce zawsze (zawsze!) świeci tak samo. Dodam, że nie wiąże się to z porankiem.

Otworzyła mu jedna z zawsze pięknych czarodziejek.

Dziwna konstrukcja zdania. Błąd składni.

otworzyła mu jedna z pięknych, jak zawsze, czarodziejek.
Przy czym zachowujesz informację, że one, te czarodziejki, zawsze są piękne. Nie wiem, czy jest to istotne dla tekstu, ale coś już wnosi.

- Dziękuję – odpowiedziała czarodziejka, i pozwoliła mu wnieść do środka blaszaną bańkę.

Przecinek zbędny.

- Tak? – zdziwił się wojak. W oddali było słychać łkanie.


Brak precyzji, dotyczącej, skąd dokładnie ten głos dochodził. Wydaje się to ważne dla sceny. Aktualny zapis jest zbyt uogólniający.

Niziołek wykrzywił się w wielkim zdumieniu i bólu pleców.

No wierzę, że wykrzywił się w bólu pleców. Tylko, jak to jest zapisane? Jakiś dziwny skrót myślowy...

Niziołek wykrzywił się ze zdumienia... no rozumiem. No i z powodu bólu pleców... No też. Ale jak ty to połączyłeś?

Kobieta podniosła twarz.


Oczy, to rozumiem. Ale twarz? bardziej pasowałoby mi, że uniosła głowę.

Ronald, żartobliwie przezywany Rondalem.


jeżeli jest tak przezywany, dlaczego więc tak się przedstawia i ty tak go opisujesz?

tego dnia powietrze było chłodne, a wiatr wręcz bywał mroźny.


Jak wiatr mógł bywać mroźny? Albo był, albo nie był. Mógł mroźnie zawiewać, mógł sprawiać mroźne odczucie.

Mnie się nie podobało. Niby wszystko dobre i dialogi ciekawe (bohaterowi są żywi), fabuła zaczyna się wybuchowo, jednak te krótkie (działy? Akapity?) mocno uszczuplają treść. W ten sposób robi się mała przepaść pomiędzy bohaterem a tekstem. Za mało miejsca na wprowadzenie postaci, za dużo już się wydarzyło. Tym większa przepaść, im więcej się dzieje, a tekst zdaje się rozkręcać. Minusem jest też konstrukcja zdań - niektóre wydają się na siłę "wzniosłe". Zwyczajnie ten zabieg nie wychodzi. Rozumiem zabieg - stworzenie kontrastu dla dialogów (to wypada rewelacyjnie!), jednak wciąż mam pewien niesmak. Sądzę, że jest to "pierwsza" wersja, i stąd pewnie te niedopracowania.


„Daleko, tam w słońcu, są moje największe pragnienia. Być może nie sięgnę ich, ale mogę patrzeć w górę by dostrzec ich piękno, wierzyć w nie i próbować podążyć tam, gdzie mogą prowadzić” - Louisa May Alcott

   Ujrzał krępego mężczyznę o pulchnej twarzy i dużym kręconym wąsie. W ręku trzymał zmiętą kartkę.
   — Pan to wywiesił? – zapytał zachrypniętym głosem, machając ręką.
Julian sięgnął po zwitek i uniósł wzrok na poczerwieniałego przybysza.
   — Tak. To moje ogłoszenie.
Nieuprzejmy gość pokraśniał jeszcze bardziej. Wypointował palcem na dozorcę.
   — Facet, zapamiętaj sobie jedno. Nikt na dzielnicy nie miał, nie ma i nie będzie mieć białego psa.


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości