Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Którędy do Zamku? [reportaż]

w rolach głównych: My - forumowicze
Klucznik: Eldil

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
zuzanna
Dusza pisarza
Posty: 674
Rejestracja: czw 04 gru 2008, 15:17
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Którędy do Zamku? [reportaż]

Postautor: zuzanna » pn 29 gru 2008, 10:50

Wszelkie podobieństwo do postaci i zdarzeń zamierzone :twisted:



         Wyszła z mroku na majdan, oświetlony ogniskami, na których skwierczały mięsiwa przeróżne, na ruszta nabite i obracane powoli ku uciesze gawiedzi.

        – Marsz się przedstawić! – Usłyszała nad uchem. świst toporka przeciął powietrze i trafił wystraszonego kmiotka między łopatki. Kmiotek padł na twarz w błoto a potem na czworakach powlókł się w kierunku górującego nad równiną Zamku.

        Naciągnęła kapturek, zatupała bucikami i podeszła do krzywej tablicy, wiszącej na dwóch przerdzewiałych łańcuchach. Skrzypiała na wietrze, tuż obok kołyszącego się smętnie truchła.

        – Leguramin – przesylabizowała z trudem, wspinając się na palce. Z truchła odpadła szczęka. Ze sterty zwilgłych liści wychynęła paszcza jakiegoś stwora i zagarnęła szczękę lepkim ozorem. Kość chrupnęła, miażdżona podwójnym garniturem zębów a resztka mięsa ześlizgnęła się w gardziel wraz z cuchnącą śliną. Gardziel przełknęła przekąskę i z ulgą popuściła powietrza gromkim beknięciem.

        – Na zdrowie – rzekła kryształowym głosikiem, albowiem była dobrze wychowana. Gardziel mruknęła coś w odpowiedzi i znikła pod stertą liści. Coś jakby: oddal się bardzo szybko. W tajemnym języku górskich trolli. Czerwony Kapturek nie znała za bardzo tej starożytnej mowy, więc nie posłuchała. Postała chwilkę jeszcze pod tablicą z leguraminem, dumając, gdzie to się udać do rejestru dusz aż wydumała, że po śladach kmiotkowej posoki iść musi.

        Do Zamku.

        Drogę wybrukowano dawno temu bazaltowymi płytkami i zrudziałymi stępkami wyciągniętymi ze sztolni. Wlot ciemnego tunelu zabito na krzyż deskami, na których nagryzmolono: zawaó. Nie fhodzić.

        Nieopodal ktoś strasznie dymił i hałasował. Tam, za czarną hałdą i rdzewiejącym wagonikiem wypełnionym żelastwem, a to w postaci ramy i koła od roweru, a to wyszczerbionego pługa, a to kilku wybrakowanych półpancerzy i hełmów, z których ktoś nie usunął wcale resztek głów, a to wreszcie fragmentu czołgu z lufą wycelowaną jak raz prosto w czerwony kapturek.

        – Hej, tam! Dymaj, dymaj! – wrzasnął tęgi kurdupel w głąb buchającej żarem izby piekielnej. – Co stoisz, kieby ch... – Zobaczył ją na progu i dokończył ciszej – na weselu.

        – Hej! – Pisnęła dziarsko a kapturek opadł na piegowaty nos. – Tego... ehm... czołem!

        – Na poligon? – Kurdupel popatrzył podejrzliwie, podpierając boki czarnymi od sadzy pięściami. – łyżkę ma?

        – Nie ma, proszę pana. – Zameldowała. Postąpił krok w jej stronę, wypełniając barami szerokość wejścia. Woniał silnie żelazem, aż kręciło w nosie. I skórami. I siarką jakby. Z wnętrza dobiegał miarowy stukot i walenie młotami.

        – A co tam masz? – Wskazał paluchem. – W koszyczku?

        – Wodę źródlaną. – Skłamała nad podziw gładko. – Ciastka owsiane i placek z dyni.

        – E? Z dyni? – powtórzył, krzywiąc się. – A to dobre jest? O takim ci ja mięsiwie nie słyszał...

        – To nie mięsko! – Uśmiechnęła się szeroko i słodko, aż go cofło na próg. I, mrugając szybko rzęsami, wyjaśniła – to takie warzywo. Zdrowe. Ma pełno witamin i... i mikroelementów. – Zastanowiła się, robiąc ustami dzióbek. – I pestek.

         – Grozisz mi? – wrzasnął kurdupel, dobywając dwa toporki zza pasa. – Chcesz się bić?! Parszywe kmiotki! Przyłazić przyłażą nieproszeni, ani to się nie przedstawi, ani na poligon nie pójdzie! Ani z pół cielaka wędzonego gościńca nie przyniesie... Na Thora, dynią straszą! Witaminami! Jak cię złapię! Jak ci te chude nóżki... – Wygrażał nawet jak już zniknęła za krzakami jałowca. Zamachnął się przy tym raz i drugi i z impetem ciskał, co mu tam w rękę wpadło, ale szczęśliwie ani razu nie trafił, boby utłukł na miejscu i tu by się historia skończyła. – Wypatroszę i witaminami nadziam! Zobaczymy, co wtedy powiesz! A ty, co? Do związków się zapisałeś?! Dymaj! Dymaj!, bo przygasa...

         Dalej nieco, jak się ku drodze zawróciło, można było iść zasię ku kmiecym chatom. Do zbocza góry przytulonym a zbitym w kupkę niby stadko mokrych kur. Albo ku rozpadlinom i bagnom. I lasowi, szumiącemu groźnie.

         Czerwony Kapturek ścisnęła wiklinową rączkę mocniej i przez furtkę przeszła, skrzypiącą żałobnie. Alejką, na skróty przez żalnik, prowadzącą do Zamku.

         – Nie boisz się tak po nocy sama chodzić? – Przy jednym z grobów stał ktoś. Nie wyglądał strasznie. Ani na ducha, ani na kurdupla z toporkiem tym bardziej, więc podeszła. Mężczyzna.

         – Dziewczynko? – Elegancki, w garniturze.

         – Nie, proszę pana. – Dygnęła grzecznie, poprawiając kapturek, który troszeczkę jej przeszkadzał. – Zapisać się idę. Leguramin.

         – A! – Kiwnął ze zrozumieniem, nasuwając kapelusz na czoło. Schylił się lekko ku niej, tchnąc chłodem i zapachem mchu na nadrzecznych głazach. – To idź prędko, bo jak cię zobaczy Weber... – Dał jej wzrokiem do zrozumienia, że zdarzy się coś strasznego.

         – Jack. Masz ogień? – Zza drzewa wychylił się drugi, szeleszcząc paczką papierosów. – Muszę zapalić.

         Jack potarł zapałkę o draskę. Płomyk na moment oświetlił twarz dotąd skrytą w cieniu szerokiego ronda i Czerwony Kapturek pomyślała, że chyba coś strasznego już się stało.

         – Kto to?

         – No, właśnie... kto? – Uśmiechnął się Jack. – Jak masz na imię?

         – Zu...zanna. – Drgnęła, zmuszając nogi do zrobienia kilku kroków.

         – Jeszcze się zobaczymy? – Na wpół stwierdził, na wpół zapytał, gdy oddalała się, prawie biegnąc między nagrobkami i wierzbami płaczącymi. Wiotkie gałęzie zwieszały się nad płytami z granitu.

         Było zbyt ciemno, by mogła odczytać wyryte w nich nazwiska i epitafia. Mimo to jakiś chłopczyk bawił się tam samochodzikiem. Pomachał do niej, naśladując warkot silnika: brum, brum, brum!

         – Fajna wyścigówa? – krzyknął zadowolony. Odmachała mu, nie zwalniając i nie odwracając się, dopiero za bramą.

         – Uważaj! – Ktoś złapał ją za rękę. – Przepaść!

         Krzyknęła, kucając na skraju a kamień strącony stopą pomknął w dół. I długo nie słychać było, czy upadł.

         – Nie plącz się nad przepaścią. – Bladolica panna uśmiechnęła się, nie rozchylając bladych warg. – Patren nie lubi, gdy coś niespodziewanie spada mu na głowę.

         – Nikomu nie chcę spaść na głowę... – wymamrotała Zuzanna, macając ręką za sobą. – Przepraszam za kłopot...

         – Drobnostka. – Bladolica piękność przysunęła się bliżej. Jakoś tak miękko, jak opar mgły nad jeziorem. Różowym koniuszkiem języka oblizała wargi. – świeża... krew?

         –Arri... poznałaś już... Zuzannę? – Dobiegł gdzieś z tyłu znajomy głos. Trzask zapałki. Papierosowy żar płynął cmentarną alejką, opadając i unosząc się w dymie.

         – Na to wygląda. – Dama uśmiechnęła się rozkosznie, wciąż jednak nie pokazując zębów.

         – Idzie na zamek. – Mężczyzna w kapeluszu pocałował bladolicą w policzek a ona musnęła jego podbródek długimi, białymi palcami. Ten drugi zaciągnął się papierosem w milczeniu. – Ciekawe, co ma w koszyczku?

         – Też idę na zamek. – Spódnica bladolicej wzdęła nad przepaścią jak widmowe żagle Marie Celeste, łopoczące na wietrze, którego nie czuć było, ani nie słychać. – Jak chce, niech idzie ze mną.

         Wąska ścieżynka poprowadziła obie wzdłuż rozpadliny. I choć miejscami zwężała się tak, że starczało ledwie tyle, by postawić stopę za stopą, Arri cały czas szła z prawej strony Zuzanny, opowiadając coś zamszowym głosem, gestykulując z wdziękiem.

         Czerwony Kapturek nie była pewna, czego dotyczyły te historie. Powtarzały się słowa: projekt, termin... I obca, straszna odmiana Golema lubo innej kreatury diabelskiej. Imię jej było: Kognitywistyka. Raz tylko odważyła się jej przerwać i zapytać o tego tam, w otchłani.

         – Patren? Co robi? – Bladolica poprawiła włosy, falujące w blasku księżyca. – Nic. Leży. Nie żyje, zwyczajnie.

         – Co mi robisz? Zostaw! – Jeden z kmiotków rozciągnięty na krzyż na dębowej ławie próbował się wyrwać i uciec. – To jest potrzebne! Oddawaj!

         – Odetnij mu to! – Wysoki nad podziw, górujący nad wszystkimi cień, spowity ciemnością od stóp po mroczny kaptur, nachylił się nad kmiotkiem. – O! I to też odetnij! Wyrwij! No, wyrywaj! – Ponaglał niecierpliwie, klekocząc kośćmi.

         – Nie szamocz się, bo będzie bardziej bolało... – Poradziła dama, zapierając się stópką o rant stołu. Ciągnęła coś z wysiłkiem. Kmiotek nie chciał oddać, dyszał z wysiłku, by to przy sobie zatrzymać.

         – Nie rusz, ja jestem do tego przy... przywiązany... – załkał a jego łzy zalśniły jak kuleczki rtęci na rumianych policzkach. – Ja to muszę mieć!

         – Co to? – Piękność, o włosach ciemnych niczym zamorski heban, odrzuciła wyciągnięte coś ze wstrętem, a to plasnęło o mur, otrzepało się i umkło z piskiem do rynsztoka.

         – Przysłówki... – Mroczny cień stęknął ze zgrozą. Piękność wzdrygnęła się a Arri zakryła usta dłonią. Kapturek przestąpiła z nogi na nogę. – I niewłaściwie rozmieszczone przecinki! Oraz...

         – Ja nie... ja nie... – Kmiotek zadrżał. Mroczny cień stuknął kosą. Tłusty pająk spadł z wysoka i prędko przebierając ośmioma odnóżami skrył się wśród słomy i pakuł. I flaków poniewierających się tu i ówdzie. A może to były resztki mózgów wyciągniętych haczykiem przez nozdrza?

         – Weber. Nie unoś się.

         – Co mówiłem o powtórzeniach?! – Mroczny cień, zwany Weberem ujął kosę w obie kościste dłonie. – No, co?

         – Ach, to nic. To nic. – Arri odłączyła się od Kapturka i popłynęła nad posadzką. Nad jelitami i larwami much żerujących leniwie. – Co ci po przysłówkach i po powtórzeniach? – Jej głos kołysał się w dymie pochodni i w blasku księżyca jak srebrne dzwoneczki.

         – Co ci po interpunkcji... – Sięgnęła do wnętrza kmiotka, jak sięga się do naczynia z wodą. Zachlupotało. Kmiotek wywalił oczyska i wyszczerzył zęby, bynajmniej nie w uśmiechu. – Skoro tu nie ma treści.

         – A! – Ucieszył się Weber, odkładając kosę. Przez smukłe palce Arri przeciekła szara smużka popiołu. – Nie ma! To wszystko tłumaczy!

         – I po bólu... – Jej głos był jak pstrąg w górskim potoku. – łasic?

         – Nie mam nic do dodania. Strasznie się przy nim namęczyłam... niech już sobie pójdzie. Na poligon, czy groby kopać? Wszystko jedno... – Hebanowłosa trąciła stópką walające się pod blatem zwłoki. – Trzebaby tu posprzątać...

         Kmiotek zwlókł się ze stołu i, złorzecząc pod nosem (ale bardzo cicho), odszedł. Mroczny Kosiarz zwrócił uwagę na Kapturka.

         – Regulamin! – wrzasnął, robiąc solidny zamach.

         – Zuzanna! – Zasłoniła się ramionami.

         – A. To powitać. Powitać – rzekł z roztargnieniem. – Następny do weryfikacji!

         – To może ja... jestem taka podekscytowana... Anya. Mam dwadzieścia trzy lata i lubię drinki z palemką. – Młode dziewczę z impetem huknęło o ławę, wyciągając się i prężąc. – Rozbierz mnie teraz! Masz czym? – Wskazała polerowany gorset z cyny, nitowany i spięty gustowną kłódką w pasie. – Palnik acetylenowy? Bo wiesz, ta twoja kosa... – mruknęła.

         – Co? Eee... – Mroczny Kosiarz kaszlnął i podskoczył na dźwięk kurantów, bo wybiła północ. – Ona przejmuje moją zmianę. Cześć!

         – No, mała! Gdzie ci zajrzeć, pod te maskę? – Etaicoro założyła rękawiczki i sięgnęła do skrzyni, zastanawiając się czy wziąć od razu młot pneumatyczny, czy na początek piłę spalinową. – Powiem ci, wiesz... że Weber, to jest pieszczoszek w porównaniu z...

         – Kim?... – Wstrzymała oddech Anya.

         – Z nim. – Do sali wszedł ktoś. świece przygasły, żeliwne stojaki zwinęły się w precelki, nietoperze obróciły się głowami do góry. – GreyMoon.

         – Faux! Gdzie? – Przypomniała sobie nagle Arri.

         – W konferencyjnej. Maże ściany na kolorowo.

         – Wychłostać.

         – To ołtarzyk? – Odważyła się spytać cichutko Zuzanna, pociągając Arri za rękaw.

         – Gdzie? A, to. Tu pracuje Lan. Nie pałętaj się...

         – Są tu jacyś?! – Huknął strzał z obrzyna, wszyscy przykucnęli. Z rozwianym włosem wpadł do sali jakiś nijaki taki, przekoziołkował, strzelił trzy razy, tłukąc ostatni witraż i zabijając kukułkę z mechanicznego zegara. – Kacapy chędożone?!

         – Tam! – Machnął Weber kosą w kierunku od siebie.

         Nijaki pognał, przeskakując trupy i taborety.

         – Filipiak – westchnęła Arri.

         – Pilipiak. – Poprawiła ją łasic. – Nie zwracaj uwagi. Wydaje mu się, że jest tym słynnym Wiesz-Kim. – I dodała, zniżając głos – samochodzikiem.





         łasic, jedna z owych tajemniczych dam, pięknych i wydekoltowanych głęboko, zwłaszcza w wietrzne, bezksiężycowe noce, lubiła się przechadzać w oszklonym pawilonie pełnym egzotycznych okazów. Niektóre z nich były tak delikatne, że stały pod przezroczystymi kopułami, ogrzewane oddechem tresowanych salamander.

         – Babolarium – szepnęła z dumą. Lub zadumą, Czerwony Kapturek nie miała pewności. Szeptowi towarzyszył nieustanny stukot dobiegający z kuźni, chrzęst kolczug i szczęk mieczy w zbrojowni, wrzaski i charczenie kmiotków, poddawanych cierpliwym badaniom. A także metal, black metal, death metal, norweski industrial new metal oraz canon na klawesyn i smyczki.

         Z czasem przyzwyczaiła się do tych jęków i krzyków dobiegających z zamkowych komnat i lochów. Zamieszkiwały je dziwne i wzbudzające trwogę istoty, duchy pokutujące, gryzonie, pająki, grzyby, bakterie i nieznośne pustki, zionące gnilnym oddechem bezdennych czeluści.

         Inne istoty, niemniej straszne, zamieszkiwały cmentarz. Inne jeszcze – wysokie wieże a nawet wydrążone w górze tunele. Czerwony Kapturek początkowo sądziła, że to jakaś nieczynna kopalnia kruszców albo substancji radioaktywnych (co by tłumaczyło obecność kurdupli i reszty mutantów), ale pan Jack powiedział jej w sekrecie, że to tajny projekt pewnych służb. Bardzo tajny, mający związek z cząstkami powabnymi i dziwnymi.

         – Jak ty, moja miła... – sączył w ucho zwiewnej Arri. – To czysta fizyka.

         – Metafizyka. – Uśmiechała się ona, ukazując ostre koniuszki drobnych ząbków.

         – Fizjologia – mruczał Kan a potem szedł zapalić.

         Dymy płonęły nad majdanem. Kurduple rzucały w nowych toporkami, a niektórym nawet recytowały Eddę Młodszą. W oryginale.

         Zuzanna czasem kucała pod jałowcem, obserwując jak uwijają się przy wielkich piecach i dymarkach.

         Z czasem obawiała się ich coraz mniej. Wszystkich.





         Wąskie pasmo chaszczy oddzielało osadę od wyniosłej ściany lasu. Stamtąd też dobiegały jakieś odgłosy. Obce i niepokojące. Trzaski, pohukiwania i szelesty. Miała wrażenie, że on wpatruje się w nią zielonymi oczami. Nieruchomy lecz czujny, przyczajony. Gotów pochwycić ją, gdyby tylko zbliżyła się nieco, niezbyt blisko, właściwie tylko trochę, ot... na odległość wyciągniętych konarów.

         Zastanawiała się, czy drzewa wolno rosnące – na majdanie, przy kuźni, zbrojowni i na cmentarzu – czują powinowactwo z lasem. Wyobrażała sobie, że on traktował je z rezerwą, jak wszystko co miało styczność z ludźmi (wliczając to, co ludźmi niegdyś było lub się ludźmi żywiło). Słyszała to w szumie liści, szepcących coś stale, groźnie i tajemniczo między sobą, knując nieustająco, raz ciszej raz głośniej. Nawet w bezwietrzne dni.

         Drzewa zdawały się rozmawiać, kłócić, lżyć i łajać ale nawet poróżnione przede wszystkim urągały temu, co przyszło z człowiekiem, z ostrzami siekier i ogniem wypalającym karczowiska. Pogardę i złość okazywały przy każdej nadarzającej się okazji. Czasem silny podmuch niósł z szyderczym gwizdem kopy suchych liści, z obrzeży na bazaltową drogę i rzucał nimi w okna. Zaczepne splunięcie pod nogi kamiennego kolosa.

         Była tu krótko i pamiętała, że przyszła z lasu. Stamtąd. Lecz nie było już powrotu. Mogła zrobić kilka kroków w stronę drzew, ale nagły powiew odpychał ją ostrzegawczo. Krzewy, trawy czepiały się czerwonego płaszczyka. Las mówił: nie, zostań. Tu jest granica.

         Teraz tu jest twój dom.

         Rozsiadła się więc na progu chatki – nie wiedziała, kto tu wcześniej mieszkał. Czy to jednak miało jakieś znaczenie? Przed domkiem rosły aromatyczne zioła a na niskiej, stareńkiej wiśni siedział szpak, gapiąc się na nią ze szczytu okiem jak szklany guzik.

         Sięgnęła w głąb wiklinowego koszyczka, pod serwetę haftowaną w bławatki. Tak, była w domu. Wreszcie. Zanuciła cicho, uśmiechając się do szpaka.

         Ostrze szerokiego noża błysnęło w słońcu.

         – Przepraszam, ehm ehm... – Podniosła głowę znad ostrzałki. Znieruchomiała. Zgrzyt metalu o kamień ustał. Przez świeżo pomalowane na biało sztachetki przechylał się nieśmiało jakiś kmiotek. – Którędy do Zamku?
Ostatnio zmieniony pt 15 mar 2013, 23:48 przez zuzanna, łącznie zmieniany 2 razy.


w podskokach poprzez las, do Babci spieszy Kapturek

uśmiecha się cały czas, do Słonka i do chmurek

Czerwony Kapturek, wesoły Kapturek pozdrawia cały świat

Awatar użytkownika
Madison
Pisarz domowy
Posty: 174
Rejestracja: śr 22 paź 2008, 17:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Madison » pn 29 gru 2008, 12:14

Hyhy. ładnie, ładnie. I zabawnie.

świetny pomysł! *Madison klaszcze łapkami*


"Asymilacja i dysymilacja. CO2, H2O,
i światło, światło, światło,
przemiana materii w materię, wzrost i dojrzewanie
w płaskim dysku falującej Galaktyki."

Julia Fiedorczuk "Ramię Oriona"

Awatar użytkownika
kanadyjczyk
Umysł pisarza
Posty: 944
Rejestracja: wt 02 wrz 2008, 19:41
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Białystok
Płeć: Mężczyzna

Postautor: kanadyjczyk » pn 29 gru 2008, 14:21

ha ha ha ha ha!!! Kurde... Musze chyba zapalić...


"Ostatecznie mamy do opowiedzenia tylko jedną historię." - Jonathan Carroll

Awatar użytkownika
Jacek Skowroński
Pisarz
Pisarz
Posty: 1070
Rejestracja: pt 03 sie 2007, 16:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Jacek Skowroński » pn 29 gru 2008, 15:50

- Do twarzy jej z tym uśmiechem.

- Myślisz, że się nada?

- Nie zna lęku, skoro dotarła aż tutaj.

- Lecz może zadrży jej serce, litość powstrzyma dłoń, sumienie...

- Nie dopuścimy do tego, prawda?

- Prawda, kto raz zakosztuje krwi, zostanie już z nami.

- Na wieczność…



Awatar użytkownika
kanadyjczyk
Umysł pisarza
Posty: 944
Rejestracja: wt 02 wrz 2008, 19:41
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Białystok
Płeć: Mężczyzna

Postautor: kanadyjczyk » pn 29 gru 2008, 15:59

-Pochwalę ją w siedmiu ósmych. Ta jedna ósma ją wzmocni. (ot tak, żeby yło tak jakos ten teges... kurde... ma ktoś viceroy'e niebieskie ze dwa?!)


"Ostatecznie mamy do opowiedzenia tylko jedną historię." - Jonathan Carroll

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1073
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » pn 29 gru 2008, 16:08

Ja totalnie zwariowałam z zachwytu. Zacne dzieło, bez dwóch zdań.



Kan, masz <wciska mu w dłoń wymiętolonego fajranta>. A odpalić możesz od genialnej autorki, po tym co zrobił Sky, z pewnością jeszcze się tli, bidulka.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
kanadyjczyk
Umysł pisarza
Posty: 944
Rejestracja: wt 02 wrz 2008, 19:41
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Białystok
Płeć: Mężczyzna

Postautor: kanadyjczyk » pn 29 gru 2008, 16:16

Dzieki... Fajrant może być... w sumie to prawie to samo co viceroy... w sumie to samo... dym jest, jakby co... I palenie... i towarzystwo jest ten teges... Zuzanno! żeś mie w nałóg wpędziła!

(A wolno gasić na ziemi...?)


"Ostatecznie mamy do opowiedzenia tylko jedną historię." - Jonathan Carroll

Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2889
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Lan » pn 29 gru 2008, 16:23

Gratuluje pomysłowości i wykonania - szczerze mówiąc zaczęłam sie zastanawiać jak wygląda nasza forumowa społeczność od zewnątrz, jak ktoś nowy do nas zagląda, co sobie myśli... ;)


"Rada dla pisarzy: w pewnej chwili trzeba przestać pisać. Nawet przed zaczęciem".

"Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu".

- Nieśmiertelny S.J. Lec

Awatar użytkownika
SkySlayer
Łowca Baboli
Posty: 788
Rejestracja: sob 15 gru 2007, 17:07
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Głogów
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: SkySlayer » wt 30 gru 2008, 16:56

łasic pisze: A odpalić możesz od genialnej autorki, po tym co zrobił Sky, z pewnością jeszcze się tli, bidulka.


Ojej... a co ja zrobiłem? o,o

<chowa za plecami topór>



Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1073
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » wt 30 gru 2008, 17:30

A pamiętasz, jak jej było zimno? Kanister, zapałki... :roll:

Sky... piromania - rozumiem, ale skleroza?


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
zuzanna
Dusza pisarza
Posty: 674
Rejestracja: czw 04 gru 2008, 15:17
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: zuzanna » wt 30 gru 2008, 23:05

Najpierw mnie podpalił a teraz przyszedł dobić toporem.

żebym się nie męczyła.

Kochany chłopak! <rozczula się oraz rozpada na kawałki po pełnych współczucia zabiegach Sky'a>







:)

:D

:twisted:


w podskokach poprzez las, do Babci spieszy Kapturek



uśmiecha się cały czas, do Słonka i do chmurek



Czerwony Kapturek, wesoły Kapturek pozdrawia cały świat

Awatar użytkownika
Bartos Woodmoon
Pisarz osiedlowy
Posty: 210
Rejestracja: ndz 30 lip 2006, 19:21
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Bartos Woodmoon » śr 31 gru 2008, 11:58

Proponuje przenieść to do działu Regulamin ;)



Co więcej.. jestem zachwycony :D

Znając swe prawa, a także będąc przy zdrowych zmysłach i nie pod przymusem przyzwalam na przykucie mnie tu na wieczność :) jak Prometeusza.



Tylko z tym sępem, orłem czy ki tam dajcie spokój. Mój tasiemiec ma husarskie przeszkolenie bojowe i z nikim nie zamierza się mną dzielić :)


Cave me domine ab amico, ab inimico vero me ipse cavebo.



Szaleństwo to obecnie jedyny rodzaj indywidualizmu. Reakcja obronna organizmu na absurdalny ład i banalność świata.

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1073
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » czw 01 sty 2009, 09:07

Dla Zuz :*



Jak Zuzanna została weryfikatorem – bajka totalnie pozbawiona morału.



Wicher straszny i złośliwy szalał po polu, które nie wiedzieć czemu, wszyscy nazywali poligonem. Garstka nieboraków – brudnych i zasmarkanych – tyrała w pocie czoła pod czujnym okiem nadzorcy.

Co oni dokładnie wyczyniali, nikt nie miał pojęcia, a już na pewno nie sam nadzorca.

- Ręce mi opadają – westchnął i ręce faktycznie mu opadły – nie mam zamiaru na to patrzeć.

Już, już zamykał oczy, kiedy poczuł szarpanie za rękaw.

- Proszę. Upuścił pan coś.

Zatkało go ze zdumienia, gdy spostrzegł drobne dziewczę, przyodziane w czerwoną pelerynkę z kapturem, trzymające w dwóch paluszkach trzymetrową kosę. Jego ukochaną kosę. Wierną przyjaciółkę.

- Co ty tu jeszcze robisz? Nie przeraża cię ten chaos?

- Nie – odparła bez wahania – ani trochę.



Kosiarz posępniał.

- Mam dość… - westchnął, a niebo na te słowa pociemniało.

Wtem podbiegł do nich pokemon jakiś. Jeden z tych różowych i piszczących. W łapce dzierżył zabazgraną kartkę i dumnie prężąc pierś, wręczył ów świstek Weberowi.

Ten, ledwo zerknął na zapiski i załamał się kompletnie.

świst, trzask, pisk. Po pokemonie została krajanka.

- Znów mnie poniosło – wyjaśnił dziewczynce.

- A mogę ja ich popilnować?

- Taaa… - Kosiarz zaczął wycofywać się z pola – zostań tu sobie, popatrz… Tam są granaty, w razie rebelii – i już go nie było.

Zuzanna zrozumiała, że wykończony Weber udał się na spoczynek, ukryć się znaczy.

Dziewczynka zakasała rękawki i ochoczo wzięła się do roboty, nie bacząc na rozdzierające wrzaski i szlochy.



*



- Ostrożnie, Jack, ostrożnie. – łasic próbowała nadążyć za mężczyzną w kapeluszu, który szybkim krokiem przemierzał lochy zamczyska.

- Droga łasic, już nic z tego nie będzie, zrozum.

- Zawsze jest jakaś szansa!

Jack przystanął. Westchnął.

- Kiedy go znalazłem, był w opłakanym stanie. Nie możesz się tak rozczulać nad każdym babolem.

- Zaraz, zaraz... – Usłyszeli za plecami głos Arri.

- Coś mi się wydaje, Jack, że chciałeś go zatrzymać dla siebie.

- Ukryć w sejfie.

- Tak nie można.

Trajkotały jedna przez drugą. Jack, pomny zdarzeń poprzedniego wieczoru, kiedy to już, już prawie udało mu się przemycić babola do swojej krypty, a te dwie wariatki go dopadły. Nie miał zamiaru wracać do tych wspomnień.





*

Fiuuuuuuuuu! Coś przemknęło tuż koło nich. Zatrzymało się przed zakrętem lochu, zawróciło.

- Słyszycie?! – Sky był niesamowicie czymś podekscytowany.

- Co? – mruknęło towarzystwo. Wszyscy zdegustowani, bo każdy napalił się na niezwykłej urody babola.

- CISZA!!!

- Cisza?

- A cóż by innego! CISZA we własnej osobie. CISZA… Jak o tym nie napiszę, zwariuję!

Sky obrócił się na pięcie i wystrzelił jak z procy w kierunku pracowni.



*



Są takie drzwi na zamczysku, które budzą grozę. Wrota wielgachne, żelazne, a za nimi przyczaiła się Lan.

- Mam was! Hahahaha! Co wy się szwędacie po zamczysku, kiedy królestwo ogarnia chaos?! Nieroby jedne, leniwe, wy…

Buchnęło coś, jak flesz. Po Arri został obłoczek dymu. Nikt nie szukał wzrokiem małego Nietoperka, który skrył się za kotarą, by z wielką uciechą podsłuchać, jak Jack i łasic zgarną cały opieprz.

- Hihihihi – popiskiwał Nietoperek, lecz tych ultradźwięków nie dało się wychwycić.

- Arri, to nie jest rozwiązanie! A wy…

łasic, bliska płaczu, ukryta za plecami Jacka, wyznała:

- Nie wyrabiam…

- Ja też… nie wyrabiam – stwierdził Jack, odkrywszy, że to idealna przykrywka dla przemytu baboli.

- Co wy powiecie?! – krzyknęła, by później momentalnie popaść w zadumę – Tak właściwie, to ja też nie wyrabiam. Ale moment, słyszycie coś…?



*



- CISZA… - mruczał Sky, jak zahipnotyzowany, bez opamiętania klepiąc w klawiaturę.



- Wszyscy do konferencyjnej! – Dobrze znany głos przetoczył się echem po zamkowych korytarzach.



A w konferencyjnej tłoczno, jak na wyprzedaży w Media Markt.

- Patrzcie tam, co się dzieje. – Grey wskazał okno.

Wszyscy, bez wyjątku, oniemieli. Widok poraził ich, zatrwożył i kompletnie rozbroił.

- Jak ona… - szepnął ktoś.

- O losie.

- Co ona wyprawia?



Grey wyjaśnił rzeczowym tonem:

- Obserwuję ją od kilku godzin. Jest niesamowita. Zużyła tylko trzy granaty, a jaki efekt…

Arri, przecierała oczy, wzruszona do granic:

- Tylko trzy, cóż za talent, cóż za precyzja!

- Co…

- Kopytko! – wrzasnęła Lan – Lećcie po nią, bo jeszcze nam zwieje!



*

- Zuzanno, jestem pod wrażeniem. – Oświadczyła Lan, bawiąc się berłem, które podwędziła Weberowi.

- Drobiazg. – Uroczy uśmiech rozjaśnił ponurą salę.

Reszta, nieco zielona z zazdrości, co rusz zerkała na widok za oknem. Krwistoczerwony zachód słońca rumienił się na wypolerowanym dachu zbrojowni.

Każdy rekrut, żywy, czy martwy nosił identyfikator przypięty do łachmanów. Na horyzoncie majaczyły fundamenty kolejnej wieży.



- Zuzanno, pozwól, że zrzucę na twoje drobne barki część obowiązków, które z radością winnaś wypełniać. Jack, dobrze wiem, że trzymasz babola za pazuchą. Odnieś go na miejsce. łasic, ty zostań. Patren… mógłbyś wyleźć z przepaści, kiedy przemawiam… Na czym to ja… Nie żałuj rekrutów, bądź dzielna, bezwzględna. Bądź… Weryfikatorem.
Ostatnio zmieniony czw 01 sty 2009, 09:38 przez Łasic, łącznie zmieniany 1 raz.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Jacek Skowroński
Pisarz
Pisarz
Posty: 1070
Rejestracja: pt 03 sie 2007, 16:29
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Jacek Skowroński » czw 01 sty 2009, 09:30

Czy to zebranie w konferencyjnej nie było przypadkiem tajne? Coś mi szepce, że niedługo zacznie się szukanie winnych przecieku, chodź ła, przeczekamy zamieszanie na bagnach, nie znajdą nas tam. Wrócimy, gdy (nie)winny poniesie (nie)zasłużoną karę :>

No chodź, nie dąsaj się, to był naprawdę zupełnie drobny babolek i tak ładnie prosił, żeby go przygarnąć...



Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1073
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Postautor: Łasic » czw 01 sty 2009, 09:53

Cholera, nie potrafię Ci odmówić...

A babola sobie zatrzymaj < jestem pod wpływem eliksirów, więc nie przywiązuj się do niego> jutro pewnie zmienię zdanie...


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.


Wróć do „Zamek WeryfikatoriuM”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości