Obrazek Weryfikatorium

Dolina Wież [realizm magiczny]

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2461
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Adrianna » czw 16 sty 2020, 15:11

/Pół słówka wyjaśnienia: tekst powstał na bitwę, która się nie odbyła - temat i limit znaków były narzucone. Niemniej jego odbiór jest dla mnie ważny też z szerszej perspektywy, więc bardzo chciałabym poznać Wasze odczucia na jego temat./

Dolina Wież



– Jak w tej książce, w której siedzieli i czekali na atak. No… tej… Ech, nie pamiętam tytułu. Na końcu języka... Ech!


– Nie wiem… Chyba nie czytałam.


– Musiałaś czytać. To klasyka. No, w tej, co gość całe życie marnuje na oczekiwanie na bitwę, w której będzie mógł dokonać heroicznych czynów, a gdy przychodzi co do czego, to jest za stary.


Kiwałam głową, bo wstyd było przyznać, że nie czytałam, skoro już zdradziłam, iż kiedyś planowałam iść na filologię. Czułam zresztą, gdzieś podskórnie, co chciał powiedzieć. I głęboko się z nim nie zgadzałam.


Patrzyłam z przełęczy na monumentalne wieże, które wkrótce miały stać się „naszymi” i pyszniący się najgłębszą zielenią las. Takiej zieleni nie widziałam nigdy. Przenikała powietrze, wgryzała się w stare, kamienne mury i tuliła do górskich ścian. Nawet szarość ciężkich, nabrzmiałych deszczem chmur była zielona. Staliśmy we trójkę. Samotna matka – wciąż tak siebie nazywałam, choć mojej Lenki nie było na świecie już od dwóch lat – samotny, ale nie anonimowy alkoholik Paweł i samotny, emerytowany filozof Edward.


Mieli nam przysyłać co dwa tygodnie zmienników, ale nad doliną zawsze padało, formalnie mieliśmy więc wciąż wolne. Centrala ograniczyła się tylko do regularnego zaopatrywania nas w zamawiane wcześniej towary. Oczywiście, poza dyżurem, w każdej chwili mogliśmy zadzwonić i zażyczyć sobie transportu do miasta. Ale wiedzieli, kogo sadzają na tych wieżach – nie mieliśmy po co wracać.



Edward od początku szukał. Najpierw – w pamięci – tytułu książki, o której tak chciał mi opowiedzieć, potem zaś żywej powieści w naszej dolinie. Miał zacięcie naukowca. Przez pierwsze dni dzwonił do mnie o świcie, że schodzi z dyżuru i dopiero wieczorem meldował się z powrotem. Nie dziwiłam mu się. Dolina Wież rozpalała i moją wyobraźnię. Odkryta nagle, w dwudziestym wieku, w górach, które ani rozległe, ani dawno już dzikie nie były, zdawała się wyjęta z baśni. Lubiłam sobie wyobrażać, że nasze trzy wieże, z których ostatecznie bez konkluzji odeszli zrezygnowani archeolodzy, tworzyły kiedyś razem olbrzymi zamek. Widziałam nasze baszty połączone grubymi murami, monumentalny łuk bramy i bezdrzewną przestrzeń dziedzińca. Było to oczywistą bzdurą. W toku badań nie znaleziono nawet śladu cegły poza naszymi wieżami. Ba! Nawet one same zdawały się być nietknięte ludzką ręką, jakby wyrosły z ziemi wraz z lasem. Ostatecznie uczelnie i instytuty poddały się, a władza ustanowiła na terenie doliny park narodowy. Tajemnicze wieże zredukowano do praktycznej roli obserwacyjnych punktów pożarniczych. Wniesiono agregaty, mapy, przyrządy do triangulacji i telefony. Porosłe mchem, ale doskonale zachowane dachy oczyszczono i ukoronowano pomalowanymi na biało nadbudówkami, które odtąd miały być dla nas miejscem pracy… I które stopniowo stawały się nam domami.


Początkowo nie zamierzaliśmy czekać na żaden pożar. Każde z nas chciało odpocząć po ucieczce. Od alkoholu, od emerytalnej biedy po czterdziestu latach pracy, od wierzycieli i kamizelki drenażowej, którą powinnam była sprzedać, ale nie umiałam. Wymiana tego wszystkiego na nasze wieże – dwadzieścia siedem, trzydzieści i trzydzieści dwa metry wolności – była jak wygrany los na loterii. Ten pierwszy był mój. Do wysokości dwudziestu metrów szło się wewnętrznymi schodami, które wiły się jak pnącze, przyklejone do kamiennych ścian. Dalej wyprowadzono na zewnątrz metalowy chodnik i dwie drabiny przecięte ażurową kładką i zabezpieczone klatką. Tak docierało się do mojego królestwa – szerokiego, płaskiego dachu i ocieplanej budki z kolejnym jeszcze poziomem obserwacyjnym. W środku czekało wszystko, co potrzebne – przyrządy do pracy, kanapa, pościel, środki czystości, zapas jedzenia i wody. Prawdziwy schron przed rzeczywistością.



– Chciałbym się tu w końcu na coś przydać – pierwszy powiedział to Edward, gdy we dwoje siedzieliśmy na mojej wieży.


Stracił już nadzieję na to, że Dolina Wież zdradzi mu swoje sekrety i kontynuował spacery tylko z przyzwyczajenia. Cieszyłam się, że miał więcej czasu na rozmowy, bo Paweł w międzyczasie zakończył swoją ucieczkę cichą umową z kurierem na dwie flaszki wódki i trzy czteropaki piwa tygodniowo.


– W każdym momencie możesz zrezygnować, jeśli masz dość – rzuciłam. – Przy tej pogodzie to nawet nie każą ci czekać na zmiennika…


– Wiesz, że nie mogę.


– Napisz tu jakąś książkę albo artykuły… Wydasz, dorobisz.


Mówiąc to, czułam, że jest w tych słowach jakaś naiwność, lecz nie umiałam jej wskazać.


– Naprawdę tego nie czytałaś… – wymamrotał. – Właśnie! Sprawdziłem i mam u siebie tę książkę. Przyniosę, jak będzie mniej padać. Nie chcę, żeby zamokła. Albo przekażę przez kuriera… Jeśli nie zapomnę.


Byłam przekonana, że zapomni.


Wyszliśmy na dach, w objęcia deszczu. Podeszliśmy do metalowej barierki, którą podwyższono symboliczne blanki z szarego kamienia. Pod nami morze drzew falowało w rytm wiatru, a wieża zdawała się bujać wraz z nim niczym maszt wielkiego okrętu.


– Ja już byłam potrzebna i nie chcę więcej. W ostatnim czasie byłam potrzebna córce dwadzieścia cztery godziny na dobę. Była za słaba, żeby wstać z łóżka.


Ten robak sam wyrwał się na wolność. Poczułam jego oślizgłe ciało na języku i gorzki posmak w gardle. Splunęłam za barierkę.


– Ja bym jeszcze popracował. Naprawdę. Tylko jak? Wszędzie układy, układziki. Ta jędza, naprzeciw której mieszkałem, wygadywała mi, że jak chciałem emeryturę, to trzeba było pracować. Sama taka cwana – rentę po mężu, ubeku, dostawała. Trzy i pół tysiąca, wyobrażasz sobie? A ja nawet, jak mi zdiagnozowali raka, to nadal pracowałem.


– Jak młodą zdiagnozowali, to nogi się pode mną ugięły. Jej ojcu za to się wzmocniły. Zwiewał, jak to się mówi, aż się kurzyło. Przysłał list z Niemiec, że go to przerosło. A ja, durna, uniosłam się honorem i go o alimenty nie ścigałam. Zresztą… Podołałam. Lenka do końca miała najlepszą opiekę.


– Opieka… Kiedyś synowa obiecywała, że na starość mnie wezmą do siebie. To było, jak dawałem im pieniądze na budowę domu. Ale jak Darek zmarł, to mnie jak psa potraktowała. Jakbym po cudze wyciągał rękę. Jeszcze wymawiała, że kiedy chorowałem, to lekarzom łapówki dawali. Ale ja wiem swoje. Nic jej winny nie jestem.


– Długi to straszna sprawa. Jeszcze komornik to tam… – machnęłam ręką. – Z kwoty wolnej od zajęcia da się żyć. No, jak się pracuje. Najgorzej to z siostrą… Ona nie chciała do sądu, do komornika. Wolała mi życie uprzykrzać. I wiecznie to samo: „Skoro Lenka już nie żyje, to chyba teraz weźmiesz się roboty?”. No pewnie… Kto zatrudni babkę, która przez dwanaście lat nie pracowała? Ostatnio to już się z mieszkania bałam wychodzić, tak mnie zaszczuły z ciotką.


– Oj, wiem, jak to jest. Strasznie przeżyłem śmierć Darka. Może bym jeszcze powalczył o tę posadę, pokłócił się czy coś… Ale sił tak brakło. Pięćdziesiąt lat… Zawał. A mógł jeszcze pożyć.


– No ona nie mogła.


Burza zamruczała ciepło w odpowiedzi na moje słowa. Oblizałam usta. Przez chwilę myślałam, że to deszcz zmył mi z twarzy łzy, ale nie… Po prostu nie płakałam. Pierwszy raz odkąd Lena zmarła nie płakałam, mówiąc o niej. Spróbowałam się uśmiechnąć. Udało się, ale bez wesołości. Obojętność. Ta siostra spokoju, za którą tak bardzo tęskniłam okazała się mieszkać w Dolinie Wież. I w tonie Edwarda, w tej rozmowie, w której nie zwracaliśmy uwagi na to, co mówi to drugie, też ją słyszałam.



W maju wiedziałam już, że obojętność ma smak deszczu, podobnie jak on przenika odzież i szumem wciska się pod czaszkę. Pleniła się wraz z grzybami i mchami, które coraz śmielej wdzierały się do mojej nadbudówki, nadgryzały mapy i oplatały kable.


Centrala milczała. Jedynym świadectwem jej istnienia był kurier raz w tygodniu dojeżdżający quadem na halę i dalej wzorem słowackich nosiczów prący pieszo z naszymi zakupami. Im bardziej nikogo nie obchodziło, czy siedzę na wieży w wyznaczonych godzinach i wypatruję, tym gorliwiej wypełniałam swoje obowiązki. Książki, podzielone na dwa stosy: „do przeczytania” i „przeczytane”, coraz wolniej przechodziły z jednego miejsca na drugie. Wreszcie zatrzymały się zupełnie, gdzieś w półwieczu samotności. Tego samego dnia przyszedł Paweł, korzystając z tych kilkunastu bezdeszczowych i bezsłonecznych godzin, które starczyły, by dolina nie utonęła, ale i gwarantowały, że nie zdąży wyschnąć. Wspiął się po drabinie z wyraźnym zacięciem, jakby każdym ruchem próbował strącić z ramion ciężar marazmu zaklęty w przenikającej odzież wilgoci.


– Przyszedłem powiedzieć ci coś ważnego. Będę się stąd wynosił – oświadczył, przechylony przez barierkę, wyżymając rękawiczki.


– Co, nie idzie się dogadać z tym nowym kurierem?


Paweł usiadł na plastikowym krześle, oparł potężne ręce na kolanach, zaraz jednak się zerwał i począł chodzić po tarasie, wyraźnie wzburzony.


– Nie. Po prostu zrozumiałem, że muszę stąd uciekać. Teraz albo nigdy. Poza doliną spadałem na dno i myślałem, że wreszcie w nie uderzyłem. Tu miała być moja ucieczka.


– Pamiętam, jak na początku mówiłeś, że będziesz miał tu taki odwyk, z którego nie da się uciec.


– Bo tak miało być. Zakaz alkoholu, żadnego sklepu w zasięgu, żadnego towarzystwa do picia …


– A skończyło się jak zwykle, co? Dla chcącego…


– Nie w tym problem.


– A w czym? Daj spokój, tam byś chlał, tu będziesz chlał. Nie chcesz przestać, to nie przestaniesz.


– Ale, Kinga, tu nie ma dna!


Dopadł do barierki tak gwałtownie, że zerwałam się za nim. Zatrzymał się, czoło przycisnął do zimnego metalu i dalej mówił:


– Zobacz, widzisz? Bezdenne morze. Tu nie ma dna. Tu nie ma w ogóle nic i to nic może pochłaniać i pochłaniać w nieskończoność. – Wyprostował się powoli, odgarnął ze zniszczonej twarzy złote włosy cherubina i spojrzał mi głęboko w oczy. Chyba nie znalazł w nich tego, czego szukał, bo nagle zmienił ton. – Edward przyniósł mi tę książkę, o której tak mówił. I wiesz co?


– No?


– Nic o niej nie powiedział tym razem. Ani słowa. Tylko tak patrzył smutno. On już się pogodził. Ale my jeszcze możemy odejść, rozumiesz?


– Nie rozumiem. Wiadomo, że możemy odejść. To w końcu tylko praca. Do tego sezonowa.


– A jeśli tu jest tak samo też zimą?


Zaśmiałam się, trochę zmęczona jego gadaniem. Zresztą już czułam, że jest tak samo, tylko wstyd to było przyznać. On wyprostował się nagle i rozłożył ręce w bezradnym geście.


– To już taki żart – skłamał.



– Paweł oddał mi książkę. Przyniosę ci ją jutro. Zadzwonię rano.


Ale rano żadne z nas nie sięgnęło po telefon. Tamten czerwcowy dzień nie wstał szary, jak zwykle, lecz powitał nas błękitem czystego nieba, na które mozolnie wypełzło słońce. Wyciągnęło zza grani macki promieni i musnęło korony drzew, które w odpowiedzi wybuchły feerią zapachów. Wdychałam je z rozkoszą, maszerując równymi krokami po tarasie. Jak żołnierz na warcie, czy raczej jak aktor grający żołnierza – bo przecież nie chciałam pożaru, ani nie wierzyłam, że może się przydarzyć. Ot, wygłupy. Tylko dlaczego starałam się nawet nie mrugać?


I nagle biała smuga uniosła się leniwie spomiędzy gałęzi i popłynęła ponad wierzchołki drzew. Wiatr szarpnął nią, ale nie zdołał jej rozwiać. Zamarłam, wytężając wzrok. W miejscu, gdzie promienie słońca ześlizgnęły się po skałach i spoczęły wśród zieleni, kotłował się biały dym. Chwyciłam spoconą ręką za telefon i czekałam. Nie mogłam podnieść alarmu bez potrzeby. Słońce dokonało ostatniego, heroicznego wysiłku i wyskoczyło wreszcie wysoko nad szczyty ocieniające las. A ten posłał mu na spotkanie dziesiątki białych obłoków, łączących się w ciężkie kłęby i wspinających na granie. Mgła. Do południa zasnuwała już całą dolinę u mych stóp, a po piętnastej zmieniła się w ciężkie, nisko zawieszone chmury.


Nigdy nie przyznałam się chłopakom, że tamtego dnia przez kwadrans, wbrew wszelkiej logice, wierzyłam w pożar. Nie miałam wątpliwości, że Paweł i Edward przeżyli to samo, ale była między nami milcząca zgoda na to, by o sprawie nie wspominać. Każdy z nas wstydził się, że starczyła chwila złudzenia, by cała pielęgnowana troskliwie obojętność okazała się być udawana. Raz tylko wódka zdradziła Pawła, gdy w dwa dni później powiedział:


– Rozmawiałem wtedy z centralą. No… Wiecie, kiedy. Najpierw dyżurny był zaskoczony, że w ogóle ktoś jeszcze w Dolinie Wież siedzi. Więc wyjaśniłem mu, że pełnimy tu obowiązki z największą starannością. No, pochwalił nas. Naprawdę pochwalił. Nawet mi przerwał i mówił, jak to źle, że dyrekcja ostatnio o nas nie pamiętała. Od niego wiem, że teraz to ważne, żeby pilnować. Od niego, więc sprawdzone. Zapowiadane są upały, a do tego biolodzy przyjadą badać florę naszego lasu. A wiadomo, człowiek to zawsze zagrożenie. Zaprószy ogień, zostawi śmieci. Wiecie, jak to jest – perorował pijackim tonem, a profesor Edward mu gorliwie potakiwał. – Wszystko mi to przedstawił ten człowiek z centrali. Sprawdzone.


– To chyba zostaniesz… – odpowiedziałam.


– Góra tydzień albo dwa. Aż się pogoda znów popsuje. Bo się popsuje.


Popsuła się trzy tygodnie później, gdy biolodzy wyjechali. Na pożegnanie Edward zaprosił ich do siebie na pogawędkę. Dzwonił potem, przejęty.


– Mamy pod stopami skarb i nawet o tym nie wiemy. Podobno takich gatunków, jakie tu znaleźli, już w całej Europie nie uświadczysz. Kazali dbać, pilnować.


Pilnowaliśmy. Wciąż we trójkę, bo Paweł dogadał się z nowym kurierem albo może dlatego, że gotów był poświęcić życie dla dobra trzydziestu dwóch odmian bardzo rzadkich porostów. Zresztą wszyscy byliśmy gotowi. Kochaliśmy tę naszą dolinę i wieże, na których wreszcie nadzieja i wola walki były wstydliwe, a nie oczekiwane. Gdzie mogłam się schować przed „dasz radę”, „nie możesz odpuścić” i „warto jest walczyć o każdy dzień”.



I tak aż do grudnia, który przyszedł do nas nieproszony. Przemoczony kurier przyniósł Edwardowi kartkę świąteczną od synowej. Trochę kiczowatą, z krótkimi życzeniami rozstrzelonymi na odwrocie i zamaszystym podpisem wraz z datą. Przypomnieliśmy sobie wtedy na moment ten zewnętrzny świat i struchleliśmy. Choć każde z nas przeczuwało wcześniej, że Dolina Wież trwa wiecznie niezmienna, to teraz mieliśmy namacalny dowód. Edward przyniósł go do mnie w obłożonej starą gazetą, cienkiej książce. Na drogę opakował ją szczelnie foliówką, a mimo tego, gdy mi ją dał, była wilgotna.


– Przeczytaj… Może ty jeszcze… – popatrzył na mnie ze szczerą troską.


Podeszłam do nieruszanej od miesięcy sterty książek „do przeczytania”. Uderzył mnie widok kolorowej pleśni porastającej ich grzbiety.


– Nie odkładaj. Pójdę, a ty usiądź i przeczytaj – poprosił Edward tonem straceńca. – Bo ty masz jeszcze po co wracać.


Nie zauważyłam, kiedy tak tragikomicznie schudł. Twarz mu się wydłużyła, oczy stały się wyłupiaste i płonęły gorączką. „Prorok oczywistości” – zaśmiała mi się w głowie obojętność. Tak naprawdę wszyscy troje mieliśmy po co wracać. I właśnie dlatego trwaliśmy tutaj, zapijając deszczem nadzieję na to, że coś nas czeka. Bo w istocie była naszym przekleństwem. Bo czekało, tylko nie to, czego byśmy chcieli, lecz to, na co nadzieję mieć wypada. Trzymałam tę nieszczęsną książkę w ręku i przez szary papier gazety czułam jej treść. Edward zachęcił mnie gestem. Rozchyliłam okładki i wtedy Dolina Wież postanowiła sobie zadrwić z nas raz jeszcze.



„Pożar” – żadne z nas tego nie powiedziało, bo rozczarowanie czerwca tkwiło w sercach zbyt mocno. Ale teraz był. Niewątpliwie, ewidentnie, niezaprzeczalnie. Mimo ciężkich chmur i deszczu lejącego się z nieba. Nie był kolejną złudą nadziei, która wymknęła się spod kontroli. Był kolejnym znakiem, że nie warto jej ulegać. Nie uzasadniał naszej obecności, raczej podstępnie nas pognębiał. Bo ktoś faktycznie zaprószył ogień. Nie archeolog i nie biolog, i nie żaden z hipotetycznych turystów, którzy nigdy tu nie dotarli. Płonęła nadbudówka na wieży Pawła…



Potem był Edward z telefonem w ręku, próbujący przekonać zdumionego dyżurnego, że naprawdę dzwoni z Doliny Wież. I bieg bez oddechu przez skąpany w wodzie las. I wreszcie Paweł z wyrazem twarzy przestraszonego dziecka i odbiciem ognia w oczach. Odetchnęliśmy z ulgą. Obudził się w porę. Żył, ale zbiegając z wieży potknął się na schodach i złamał nogę. Siedzieliśmy więc we troje w krzakach, z dala od jaskrawej poświaty ognia i patrzyliśmy na helikopter gaśniczy tańczący nad płomieniami jak ćma. Szczęśliwie, nieustannie lejący deszcz sprawił, że las pozostał nietknięty.


Dwa dni później, razem z grupą robotników, przyjechał do nas człowiek z centrali. Suchy, w swoim eleganckim garniturze wciśniętym pod plastikowy płaszcz, głosem z innego świata pochwalił nas za profesjonalne zachowanie „w obliczu zagrożenia katastrofą”. Podkreślił trzy razy, że „niezamontowanie piorunochronów było straszliwym niedopatrzeniem, którego przyczyny już badają” i że administracja… Coś tam, coś tam…


Zaproponował Pawłowi wyjazd z Doliny na czas rekonwalescencji, ale ten wręczył mu stoper i, mimo gipsu na nodze i trzęsionki trzeźwiejącego pijaka, zbiegł z wieży i wbiegł z liściem paproci w ręku na znak, że nie oszukiwał. Potem, gdy we dwóch ruszali podziwiać prace helikoptera, pomagającego w usuwaniu szkód, Paweł posłał mi pełne wdzięczności spojrzenie. Niepotrzebnie. I tak musiałam potwierdzić jego wersję o piorunie. Inaczej zdradziłabym przed sobą, że mi zależy. A miało nie zależeć. I tylko przez chwilę byłam zła, bo to nieme „dziękuję” tak bardzo przypomniało mi Lenkę w jej ostatnich dniach. Wyszłam spod dachu w objęcia obojętności. Potem wróciłam, zdjęłam eleganckie ubranie i wcisnęłam je do szafki, której zawiasy zżerała rdza.



„Kinia,


Wiem, że w ostatnich latach przed twoim wyjazdem nie układało się między nami. Domyślam się też, że teraz oddychasz wreszcie pełną piersią – w górach, bez konieczności walki o małą. Ale tęsknię. Dałaś mi dwa lata na przemyślenia i”…



Dwa lata? Znów przyszedł do mnie upływający czas. Ubrany był w kwieciste słowa i to jedno, podkreślone na środku strony, oś symetrii całego listu: „umarzam”. Odłożyłam kartkę od siostry na omszoną stertę książek przeczytanych. Wzrok przewędrował po pordzewiałej półce i zatrzymał się na tym drugim stosie. Na pożółkłej okładce zrobionej z gazety, której litery dawno już stały się nieczytelne. Sięgnęłam pewną ręką po książkę. Z zapałem i ufnością, z jaką zwracałam się do literatury zanim ze stronic spełzła do mojego życia. Żadna powieść nie mogła już zburzyć mojej wieży w deszczu.



Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
tomek3000xxl
Pisarz osiedlowy
Posty: 380
Rejestracja: czw 05 cze 2014, 09:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: tomek3000xxl » czw 16 sty 2020, 16:05

Wyobraź sobie dziewczynę, która właśnie jest po wizycie u fryzjera, ma na sobie super ciuchy i pachnie drogimi perfumami...
Idzie do nocnego klubu i przez cały wieczór stoi z nóżką opartą o ścianę. Nie ma tego czegoś, co zainteresowało by facetów i pomimo, że prezentuje się dobrze, to jednak jest sama...
Znajdź w swoim tekście ten błysk w oczach, ten lekko odsłonięty dekolt, ten uśmiech, który sprowokuje faceta( czytającego)



Awatar użytkownika
Czarna Emma
Umysł pisarza
Posty: 947
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Czarna Emma » czw 16 sty 2020, 18:55

A mnie się podobało. Wzruszający, dobrze napisany tekst o emocjach. Nie tych wielkich, jak Wielka Miłość, Wielkie Cierpienie, Wielkie Rozterki, a jednak trudnych i wymagających więcej siły, aby się po ich uderzeniu pozbierać.
To mocny tekst.


obrazek
Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
P.Yonk
WModerator
WModerator
Posty: 1304
Rejestracja: sob 17 cze 2017, 20:08
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: cukry.ozdobne.występy
Płeć: Mężczyzna

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: P.Yonk » czw 16 sty 2020, 20:45

Rozumiem tomka3000xxl. Czarna Emma, Tomek nie napisał, że mu się nie podobało, napisał, że nie ma tego czegoś, co by (jego) poruszyło. Chyba Go rozumiem. Mnie się ten tekst podobał, wczytałem się i mimo, że jest gdzieś tam w tekście obietnica czegoś niezwykłego, która nie zostaje spełniona. To znaczy są emocje, takie trochę tłumione, gdzieś pod skórą pulsują, chcą się wyrwać, wyjść na zewnątrz, ale nic takiego się nie dzieje. Kilkukrotnie nawet. To dla tej obietnicy czytałem i czytałem, zanurzyłem się opowieści - opisy są boskie - ale na koniec pozostał niedosyt. Trochę jakby flirtująca z tobą dziewczyna, którą lubisz, która się tobie podoba, pozwala się odprowadzić, ale pod drzwiami swojego domu, mówi po prostu cześć i do jutra. Nic się nie wydarzyło, a w sobie masz euforię i rozczarowanie jednocześnie. I nadzieję na więcej :P

Dla mnie mistrzostwo.


"Im więcej ćwiczę, tym więcej mam szczęścia"
"Jem kamienie. Mają smak zębów."

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2461
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Adrianna » pt 17 sty 2020, 20:17

tomek3000xxl, Czarna Emma, P.Yonk, dziękuję za komentarze. Ciekawie się czyta Wasze wrażenia :)


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 597
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: MargotNoir » pt 17 sty 2020, 20:18

Też jestem na tak. Choć nie do końca rozumiem, od czego Kinia musi uciekać aż tak daleko, bo mam wrażenie, że obojętność od dawna jest standardem w naszym świecie, to doskonle rozumiem jej drogę i motywację - a przedstawione zostały nienachalnie i z dużą wrażliwością. Właśnie to zamglenie, brak błysku w oku, dekoltu, mieniących się kolczyków i migotania błyszczyku na ustach jest siłą tego tekstu. Jeśli ciągnąć metaforę Tomka, to tekst jest chudą kobietą z suchymi, zniszczonymi, ale nadal układającymi się w ładne fale włosami, w powyciąganym swetrze, ćmiącą Popularne nad tandetną pseudokryształową popielniczką, polującą na facetów w lokalach z laną Perłą za piątkę i System of a Down na playliście. Taką, która nigdy nie wraca do domu sama.



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2461
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Adrianna » pn 20 sty 2020, 16:08

Ile to kobiecych oblicz się z tego powyłaniało... Tego się nie spodziewałam. Ale fajnie :) Dzięki, MargotNoir, za opinię :)


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
Wrotycz
Pisarz domowy
Posty: 142
Rejestracja: wt 03 gru 2019, 16:43
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Wrotycz » pn 20 sty 2020, 23:18

Pierwsze czytanie, szybkie ogarnianie wzrokiem treści, wyłowiło jedynie istotę wież, jako budowli postawionych rękoma Obcych, serio:) Ponieważ skupiłam się na nich, materialnych, opowiadanie rozczarowało. Coraz szybciej ogarniałam akapity, gubiąc najważniejsze. Nastawiona na sf nie mogłam się nie rozczarować, prawda?
Machnęłam ręką, sytuując tekst na obrzeżach fantasy (niezmieniający się klimat w dolinie) .
Kolejne podejście sprowokował... gatunek w nawiasie, jakimś zrządzeniem losu poprzednio niezauważony. Tym razem wolniutko, zatrzymując się raz po raz nad frazami, zdaniami, dialogiem, przede wszystkim tym wewnętrznym, chłonęłam. Konsumpcja w MacDonaldzie zmieniła się wykwintną, arystokratyczną ucztę.
Bardzo przemyślany świat przedstawiony. I to jaki! Podziwiam umiejętność zmaterializowania stanu psychicznego, aby go podświetlić, wypunktować, analizować... szacun.
Studium lokatorki - obojętności - w trzech postaciach, w trzech wieżach. Przyczyn wynajęcia siebie, własnej wewnętrznej przestrzeni, walka o jej, obojętności, względy, czasami na chwilę przegrywana, niesamowita kontrola, cugle własnego -ja-, aby się nie wyprowadziła, aby samemu z tych wież nie wyprowadzić.
Obojętność jako remedium na Realne, na traumę. Znieczulenie się, aby przetrwać zadane ciosy. Wydawałoby się, że samotność od ludzi wystarczy. Nie, dlatego oprócz samotnej matki, postać profesora i trzeźwiejącego. Trzy, ledwo naszkicowane, gorzkie życiorysy w niekończącej się walce z Zewnętrzem, które chce im lokatorkę wygonić, osłabić.
Wydaje mi się, że obojętność też musi przyjść z zewnątrz, dopaść, znieczulić... no wiesz, coś jak zgoda na zniewalający ruch skrzydeł Tanatosa, jeszcze w jego locie, bo obojętność to śmierć za życia. Nie wyczekiwanie na ten rodzaj stanu, bo to już eliminuje istotę obojętności, ale, spokojne coś, co przychodzi i wydaje się, że od dawna z nami było.
Taki spokój z faktu... klamry tego opowiadania.
Znakomity i przerażający finał o dystansie, jaki powstaje, gdy:

Adrianna pisze:Source of the post Sięgnęłam pewną ręką po książkę. Z zapałem i ufnością, z jaką zwracałam się do literatury zanim ze stronic spełzła do mojego życia. Żadna powieść nie mogła już zburzyć mojej wieży w deszczu.



Awatar użytkownika
Pattie
Kmiotek
Posty: 7
Rejestracja: wt 21 sty 2020, 16:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Pattie » wt 21 sty 2020, 18:13

Cudowne opisy, niesamowicie przejmujące. Chyba właśnie przez to, spodziewałam się tak jak ktoś powyżej, bardziej spektakularnego końca. Mimo to, cały tekst był intrygujący, wciągający i trochę przypominał mi hipnozę. W mojej głowie powoli kreował się świat, pobudzał wyobraźnie i emocje. Godne podziwu.



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2461
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Adrianna » wt 21 sty 2020, 20:43

Wrotycz pisze:Source of the post Nastawiona na sf nie mogłam się nie rozczarować, prawda?

Prawda :)
Cieszę się, że w drugim czytaniu jednak tekst "trafił".

Wrotycz, Pattie, dziękuję Wam serdecznie za przeczytanie i podzielenie się wrażeniami. To dla mnie bardzo cenne zobaczyć, co kto z tego opowiadania dla siebie wyciąga, bo sama miałam dużo wątpliwości, jaki będzie efekt.


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
brat_ruina
Legenda pisarstwa
Posty: 2167
Rejestracja: ndz 27 kwie 2014, 13:21
OSTRZEŻENIA: 2
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: brat_ruina » śr 22 sty 2020, 08:20

W tym fragmencie można zrobić małe przemeblowanie żeby rozbić czaskownikozę
Adrianna pisze: Kiwałam głową, bo wstyd było przyznać, że nie czytałam, skoro już zdradziłam, iż kiedyś planowałam iść na filologię. Czułam zresztą, gdzieś podskórnie, co chciał powiedzieć. I głęboko się z nim nie zgadzałam.
Patrzyłam
siostro_Adrianno, dobra jesteś w bitkach:) a tekst ciekawy, wyciąga. Fajnie wplecione metafory. Czyta się.


P.Yonk pisze:Trochę jakby flirtująca z tobą dziewczyna, którą lubisz, która się tobie podoba, pozwala się odprowadzić, ale pod drzwiami swojego domu, mówi po prostu cześć i do jutra.
Co za zwierzak, a wydaje się porządnym facetem :D wlazłby do chałupy za dziewuchą wlazłby


Jeszcze raz odwróciłam głowę, by zobaczyć, jak lafirynda odchodzi dumnym krokiem, plaskając głośno pośladkami

Ja sam przeczytałem już ok. 8 000 książek


http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 5_pop4.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 6_druk.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... tu_ABC.pdf

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2461
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Adrianna » sob 25 sty 2020, 00:26

brat_ruina, cieszę się, że Ci się podobało :) I dzięki za wskazanie tego fragmentu. Tam faktycznie wyrobiłam chyba jakiś rekord w liczbie czasowników w małej objętości tekstu.


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
Isabel
Dusza pisarza
Posty: 469
Rejestracja: sob 01 sty 2011, 21:25
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Isabel » ndz 26 sty 2020, 18:53

Ada, ja w sumie nie mam tu czego pisać, bo wiem, że ty wiesz :D
Cudownie melancholijne, cudownie plastyczne, soczyste, smakowite takie, jak tylko spod twojego pióra może być <3 Lubię takich życiowych rozbitków, połamane życiorysy, trochę walki z sobą samym i przed samym sobą ucieczkę... Pięknie opisujesz (aż widziałam tę dolinę, taką szarą, zalaną deszczem, słyszałam, jak leje!), pięknie dialogujesz, nic nie ma w tych rozmowach z literatury, ze sztuczności - a samo, prawdziwe życie i realność - szacun!
A żeby nie było, że tak tylko fałszywie słodzę, to na koniec się czepnę: jakoś mi nie pasuje, że dolinę odkryto dopiero w dwudziestym wieku, szczególnie, że sama piszesz, że góry nie były rozległe - to chyba średnio możliwe...
Ogólnie: bardzo, bardzo mi się (jak to zawsze twoje). Miło spędzone parę niedzielnych minut, dziękuję :<3<3:


Dobra architektura nie ma narodowości.
s

Awatar użytkownika
Iwonka
Pisarz domowy
Posty: 128
Rejestracja: pt 20 wrz 2019, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Kobieta

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Iwonka » ndz 26 sty 2020, 21:21

Przeczytałam do końca i muszę przyznać, że nie poruszył mnie ten tekst. Możliwe iż dlatego, że za dużo masz tych pięknych opisów. Opisów, które nie pozwalają mi uruchomić wyobraźni, tylko każą iść wyznaczonym torem.


„Ludzie myślą, że ból zależy od siły kopniaka. Ale sekret nie w tym, jak mocno kopniesz, lecz gdzie”. - Neil Gaiman - Nigdziebądź


„Szczęknęły zdejmowane sztaby.
- Mógłbyś je trochę popchnąć? - odezwał się głos. - Wrota Wie¬dzy, Przez Które Nie Mogą Przejść Nie Znający Prawdy, strasznie się zacinają od wilgoci”.
Straż! Straż! - Terry Pratchet

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2461
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Dolina Wież [realizm magiczny]

Postautor: Adrianna » pn 27 sty 2020, 19:09

Isabel, dzięki za miłe słowo :) I cóż... boję się, że nie widziałam tej doliny jako możliwej... Więc jej odkrycie też jest średnio możliwe, tudzież zupełnie niemożliwe. :hm: Co niekoniecznie musi być dobre, to fakt. Choć zamierzone.

Iwonka, dziękuję za Twoją perspektywę :)


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości