Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Mównica

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mikrofon
Kmiotek
Posty: 4
Rejestracja: śr 20 lut 2019, 11:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mównica

Postautor: Mikrofon » śr 20 lut 2019, 12:28

Mównica

Można przeze mnie przemówić.
Z moją pomocą możesz coś wszystkim przekazać.
Twórczo i anonimowo.
Musisz tylko przestrzegać zasad.
:arrow:
1. Piszę posty tylko na Mównicy.
2. Mogę opublikować maksymalnie jeden tekst w tygodniu.
3. Z wyjątkiem aktualnie czytanej przez Ciebie informacji, 100% moich wpisów stanowić będą teksty literackie oraz publicystyczne forumowiczów niepodpisane pseudonimem ani nazwiskiem.
4. Tylko społeczność WeryfikatoriuM może zdemaskować autora. Czy w ogóle się ujawnię? Może będą przecieki? ;> Każdego tygodnia decyzja będzie należała do mnie.
5. Jeśli chcesz zarezerwować któryś tydzień na przemówienie, napisz na > weryfikatorium@gmail.com < :!: W temacie wpisz "Mównica". Admini w odpowiednim czasie przekażą Ci tymczasowe hasło do konta "Mikrofon". Po opublikowanym przemówieniu dane zostają zmienione.
6. W tym miejscu również obowiązuje Regulamin działu Tu wrzuć tekst do zweryfikowania.
7. Teksty można, ale nie trzeba weryfikować. Pod "Mównicą" można dyskutować o przemówieniu bez przenoszenia do "Rozmów o tekstach". Może też zapaść wymowna cisza... Kulturalnie-naturalnie. :)

*

Na Wasze prace czekamy od teraz :!:



Rezerwacje [poniedziałki]:
25.02.2019 = 13. urodziny WeryfikatoriuM = REZERWACJA
4.03.2019 = WOLNE
11.03.2019 = REZERWACJA
18.03.2019 = WOLNE
25.03.2019 = REZERWACJA
1.04.2019 = WOLNE
8.04.2019 = WOLNE
15.04.2019 = WOLNE
22.04.2019 = WOLNE
29.04.2019 = WOLNE
.
.
.



Awatar użytkownika
Mikrofon
Kmiotek
Posty: 4
Rejestracja: śr 20 lut 2019, 11:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mównica

Postautor: Mikrofon » pn 25 lut 2019, 12:43

Pałac Natchnienia


Widziałeś kiedyś latający Pałac? Ja bardzo dawno temu, ale dalej pamiętam. Raz na dwadzieścia pięć lat Mistrzowie Sztuk wynoszą twórcę największego dzieła ponad wszelkie piedestały…



*

Sunął po nieboskłonie, rozpędzając chmury. Blask księżyca rozświetlił noc. Malutcy podziwiali majestat wiekowej budowli. W oknach twarze zastygłe w wyrazie podziwu, a na ulicach przybywało głów zadartych ku górze. Pałac Natchnienia pojawiał się raz na ćwierć wieku. Zawsze nad miastem rodzinnym artysty, jednak nigdy wcześniej nie zawisł nad ratuszem Mangolio. Uradowani obywatele zbierali się na rynku, by usłyszeć to jedno nazwisko. Niecierpliwi dyskutowali żywo nad płcią i wiekiem wybrańca. Część nawet stawiała naprędce zakłady!


Cały tumult ucichł, kiedy zagrzmiał róg. Ulicznym bukmacherom złote monety wypadły z rąk, kości zgromadzonych aż zawibrowały. Przybyli już wszyscy. Burmistrz rozpromieniony w piżamie upstrzonej miśkami wyszedł przed szereg i pomachał na powitanie. Sekundę później mieszkańcy Mangolio zawtórowali jednakowym gestem. Jakby w odpowiedzi kilka różnych tonów wybrzmiało, a bramy lewitującego Pałacu drgnęły. Z powstałej szpary wyfrunęło stado białych gołębi.


W miarę otwierania bramy cała budowla zaczęła przechylać się naprzód. Część widowni wpadła w panikę, że wszystko się na nich wysypie, ale kto dobrze znał legendę, stał bez strachu. W otwartych wrotach ukazała się orkiestra, której w ogóle nie przeszkadzała utrata poziomu, skoro sama zaczęła prezentować własny. Rozległy się pierwsza brawa. Gruby łysy dyrygent machnął batutą, smyczki poszły w ruch. Powracającą w coraz to nowej wersji melodię akcentowały bębny.


Szafarze maestrii dali koncert.


Całe Mangolio słuchało jak zaczarowane. W końcu wiolonczelistki samotnie kontynuowały motyw, a wysoka puzonistka odłożyła instrument i wyszła na środek. Targana wiatrem biała suknia i czarne loki hulały wokół niewiasty. Po każdym podmuchu na moment wszystko wracało na swoje miejsce, suknia odnajdywała właściwe ułożenie, a pukle opadały grzecznie wzdłuż talii. Anioł zaklęty w pięknej równowadze. Kiedy się uśmiechnęła, usłyszeli, choć nie otwierała ust.


– Witajcie, kochani! – rozłożyła szeroko ręce. – Oto przybyli Mistrzowie, aby oddać szacunek twórczości jednego z Was! Bardzo dziękujemy, że przybyliście nam w tym pomóc!


Tłum odpowiedział radosną wrzawą, a burmistrz symbolicznie oddał ukłon.


– Nie ma wśród mieszkańców Pałacu takiego, który by stał wyżej niż inni lub nami przewodził. Mistrzowie szanują poświęcenie i trudy, których trzeba doświadczyć na drodze sztuki. Każdy coś oddał, coś stracił, coś w sobie zwalczył i co innego rozwinął. Każdy stworzył coś porywającego serca i to pokazał światu! Ci, którzy udźwignęli talent, którzy uchwycili miriady kawałków wszechogarniającego piękna, którzy idą drogą miłości i pasji, stoją właśnie przed Wami!


Aplauz wypełnił dziedziniec i rozlał się echem po błoniach.


– Dziękujemy! Naprawdę dziękujemy Wam z całego serca, że wobec wyzwań codzienności dajecie radę znaleźć czas na wspieranie idei, które przekazujemy od wieków. Tam z góry widzimy, że procesy następują. Świadomość powoli dociera i będzie żyło Wam się lepiej niż kiedykolwiek!


Spiralna kremowa kopuła na szczycie zamku zaczęła pulsować pomarańczowym światłem. Tłum wiwatował. Burmistrz chwytał się za głowę, a żona wtulona dumnie w ramię władzy miała łzy w oczach. Z platformy za orkiestrą wystartowały trzy okrągłe obiekty przypominające wielkie puchate poduszki także w odcieniach pomarańczowych. Okrążały Pałac, zostawiając za sobą pylisty ślad. Zgromadzeni uśmiechnęli się, gdy poczuli zapach mango.


Forte!


Członkowie orkiestry ustawili się w szpaler. Na końcu placu leżał gruby, czerwony rulon, szeroki prawie jak wrota. Kobieta-anioł stanęła na krawędzi i uniosła ręce.


– Oto ten moment! Witamy!


Czerwony dywan zatrzymał się tuż za nią. Zrobiła krok w tył i czubkiem pantofelka trąciła materiał. Rulon wychilił się… i poleciał!


– Rozwój odsłania Mistrza.


Na szkarłatnym tle wyhaftowano sylwetkę młodego chłopaka. Nie był to zwykły haft. Głębia kolorów i szczegółowość była niesamowita. Młodzieniec był śmiesznej, bo nieproporcjonalnej budowy. Chuderlak jakich mało, ale ramiona miał niczym mocarz. Rozwijając się, gobelin ukazał dłoń zastygłą w zamachu wielkim młotem, a za moment dzierżone w drugiej ręce dłuto. Koniec narzędzia dotykał zakrzywionego dzioba. Pełny orli majestat objawił się niedługo potem.


I nagle… cisza.


Mistrzowie patrzyli z góry zaniepokojeni. Dlaczego się nie cieszą? Nigdy wcześniej to nie miało miejsca… Co teraz? Może ktoś w końcu coś powie… Przestali grać.


Tłum rzeczywiście stał jak wmurowany. Gapili się na wizerunek artysty jak cielę na malowane wrota. Poduszki bezgłośnie okrążały Pałac. Burmistrz przestępował nerwowo z nogi na nogę.


Dziecko z trójkątem wypchnęło się spomiędzy grubych trębaczy i wrzasnęło:


– Hej! Ludzie! Żyjecie Wy w ogóle?!


Burmistrz przełknął ślinę.


– Tak… – odchrząknął. – My tak…


Anioł odsunął chłopca na bok. Wicher potargał kontrastujące loki i suknię… Pewnym spojrzeniem omiotła rynek. Teraz nawet wyglądała groźnie. Dopiero po dłuższej chwili wróciła do stanu idealnej równowagi.


– Co się wydarzyło? – spytała, nawet nie uchylając warg.


Przed tłum wyszła niska kobieta w średnim wieku. Jako jedna z nielicznych przybyła w normalnych ubraniach. Nie sypia?


– M-mój s-synek zmarł nagle trzy dni temu – wypowiedziała drżącymi wargami. – Dziękuję Wam, że doceniliście jego pracę, ale… spóźniliście się.


Wtem wrota Pałacu Natchnienia zamknęły się z trzaskiem, odcinając czerwony dywan. Materiał jednak zawisł w powietrzu. Kopuła przygasła, poduszki skryły się za murami.


Nie było specjalnej reakcji. Większość twarzy wyrażała zrezygnowanie oraz przygnębienie. Część ruszyła w stronę pomnika z gobelinu, by jeszcze raz obejrzeć oryginał stojący kilka ulic dalej. Figura wielkiego białego orła pikującego w dół – „Wolność nabiera pędu”.


Burmistrz nie wiedział za bardzo, czy kazać wszystkim wracać do domów, czy samemu po cichu odejść… Małżonka władzy podeszła do matki chłopaka, by ją przytulić. Popłynęły łzy, kilka innych kobiet zaszlochało.


Z tyłu, gdzieś z głębi zbiegowiska, ktoś w końcu wykrzyczał imię rzeźbiarza. Był to jego najlepszy przyjaciel, pisarz. W końcu wrażliwe serca trzymają się razem. Za nim okrzyk powtórzyło jeszcze kilka osób. Dołączyły szepty. Szeleszczącą falą imię niosło się od jednej strony do drugiej. Ludzie nie przerywali.


Z góry najpierw nieśmiało, a potem rytmicznie, narastająco dołączyły bębny. Kakofonia uderzeń i szeptów wypełniła całe miasto. Kopuła pojaśniała jak nigdy dotąd. Poduszki wzleciały nad miasto i pędem opuściły rynek. Pojawiły się w pobliżu pomnika akurat razem z częścią mieszkańców. Spostrzegli jak złoty pył sypie się, pokrywając całą rzeźbę. Otworzyli oczy szeroko ze zdumienia. Najbliższe kobiety wrzasnęły, gdy ptak mrugnął.


Orzeł zszedł z cokołu, potrząsnął głową i zerknął na zgromadzonych. Kiedy się wyprostował, część zrobiła krok w tył. Rozłożył skrzydła jak gdyby chciał powitać przyjaciół. Chwilowo zastygł w bezruchu, a niektórzy już byli w strachu, iż zmienił się w kolejny świetny monument. Oni pierwsi zauważyli błysk w orlim oku.


Skrzydła uderzyły o ziemię. Pofrunął nad miasto, zostawiając cokół w tumanach złotego pyłu. Czcigodna biel pośród nocy. Zatoczył koło nad zgromadzonym tłumem.


– Patrzcie! Patrzcie!


– Jaki piękny!


– Widzicie?!


– Dokąd?! Dokąd lecisz?


– Gdzie on leci?


– Na wschód! Co tam jest?


– Gdzie? Gdzie jest?


– Tam!


– Zobacz!


– Mamo, nie widziałem!


– Co tam jest?


– Co jest na wschodzie?


– Co to się dzieje na naszych oczach!


– Co teraz?


– Na wschód!


– Chodźcie!


– Dokąd uciekł? Gdzie odleciał?


– Co tam jest?


– Co będzie?


– Nie zdążymy zobaczyć!


– Gdzie oni idą?!


– Do wschodu jeszcze daleko.


– Nie!! Na wschód!!!


– Nie mogę się doczekać!


– Co się jeszcze wydarzy?


– Nie wiem, wszyscy tam idą…


– Ktoś widział dokąd on zmierza?


– Którędy?


– Tam!


– Wystarczy spojrzeć!


– Patrzcie!


– Gdzie?!


– Na wschód!


– Wzgórze!


– Cmentarz!!


– Nad grobami! Widzicie?


– Nie widać.


– Nie widzę!


– Uwaga!


– Mamo, weź mnie na ręce!


– Hej, uważaj!


– Posąg orła nad wzgórzem!


– Jaki biały! Jakby świecił!


– Co robi? Co tam się dzieje?


– Au!!!


– Ała!


– Zasłońcie uszy!


Ogłuszający pisk na moment oszołomił wszystkich. Zaraz ktoś podsunął, że posąg wyczuł ciało stwórcy, jednak dopiero teraz zauważył, iż nie ma w nim życia…



*

Eugeniusz, miejscowy kapelan od początku obserwował całe wydarzenie ze świątynnej wieży. Gdy tylko niezidentyfikowany dlań obiekt latający wylądował na cmentarzu, popędził schodami w dół. Wypadł bocznymi drzwiami i ruszył znaną ścieżką. Nie przypuszczał, że w tym wieku tkwiło w nim nadal tyle wigoru. Zaskoczony przeszywającym odgłosem ledwo wyratował się przed upadkiem. Biegł dalej.


Grób artysty był pod drzewem, na uboczu. Ptak przysiadł na grubej gałęzi, jak najbliżej nagrobka. Nie zwrócił uwagi na zziajanego kapłana, tylko nachylił dziób i zastukał w kryptę.


Znowu pisk! Ojciec Eugeniusz aż przestał zipać. Wszystko zastygło na sekundę. Żadnych zmian. Stagnację przerwał dopiero wiatr. Liście akacji zaszeleściły. Ksiądz spróbował złapać oddech, a orzeł ponownie zastukał w kryptę. Chwila ciszy… Potarł dziobem o gałąź… Znowu nic.


Zeskoczył z drzewa i oparł się o tablicę z napisem. Wygiął się dumnie, jakby miał zamiar odlecieć i z całym impetem przywalił w kamień. Nagrobek pękł. Efekt przypominał trochę nadepnięcie obcasem na lód. Orzeł nachylił się, wsunął dziób przez otwór i zapiszczał po raz trzeci.


– No nie!!! Nie dadzą odpocząć! Ile tych przeklętych figurek mam jeszcze nastukać, żebyś dała się wyspać?! Chcę robić to, co naprawdę chcę! Zaraz… Co za…


Duszpasterz, zapominając o wielkiej żywej figurze, podszedł powoli do zniszczonej płyty. Podskoczył, gdy na powierzchnię wynurzyła się dłoń.


– Boże… – ojciec Eugeniusz złożył ręce do modlitwy i uklęknął. – I na co mnie były te studia?



*

Pałac Natchnienia z szeroko otwartymi wrotami czekał na nowego Mistrza.


– Wielki szacunek dla Was, Mangolio! – piękna Mistrzyni pomachała do zgromadzonych. – Pomagaliście rzeczywistości, w której talent rozwinął nowy Mistrz! Oto i on!


W dole matka chłopaka wypadła przed tłum i burmistrza. Rozglądała się na wszystkie strony i machała rękami. Krzyknęła coś, ale wszystko zagłuszył orli pisk. Sylwetka króla przestworzy ukazała się na tle pełni księżyca. Była to tylko bezcenna sekunda piękna, którą wielu zapamiętało do końca życia. Skrzydła zostały złożone – widać Mistrz ma ochotę poczuć, że żyje. Orzeł zaczął pikować. Smyczki wiolonczelistek także latały coraz szybciej. Dopiero na wysokości gobelinu ptak rozpostarł skrzydła.


Pauza.


Ludzie zakryli oczy, gdyż podmuch niósł piasek wpadający w oczy. Kiedy opuścili dłonie, ujrzeli wysokiego, chudego chłopaka otulającego mocarnymi ramionami rozpłakaną matulę. Który to już raz czas przestał istnieć dla mieszkańców Mangolio?


Żona burmistrza miała ręce mokre od wycierania twarzy, ale pierwsza zaczęła bić brawo. Z góry zawtórował chłopiec z orkiestry. Potem dołączyli inni. Nawet orzeł pokusił się o kolejny pisk.


– Szkoda, że na tak krótko, mami – powiedział, przebijając się przez hałas. – Ale nie mówię „żegnaj”, tylko „do następnego”! – ucałował ją w czoło. – Chcesz się przelecieć?


– Nie! – zaśmiała się. – Jestem na to za stara. Za to cieszę się, że mnie jednak przeżyjesz.


– My nie umrzemy, mami – pokręcił głową. – Tu nie o to w tym wszystkim chodzi. Całą naszą rzeczywistość zakląłem w twórczym monumecie. Nie dla siebie, tylko by przekuć to, co wszyscy razem mieliśmy w sercach. W ten sposób Mistrzostwa dokonało całe Mangolio. Ja jestem tylko symbolem, pamiątką tego stanu i przekazem dla kolejnych pokoleń. Niech nie idą moją drogą – mają być lepsi! By ten dywan kolejnym razem był jeszcze okazalszy, żeby się długo rozwijał i był coraz piękniejszy! – uśmiechnął się. – Trzymaj się, kochana matko – przytulił ją raz jeszcze, uronił łzę. – Dziękuję Ci, mami. Lecę kuć, aby to wszystkim przekazać! – ucałował matczyne dłonie i zrobił krok w stronę orła.


Ludzie dalej klaskali. Przystanął nagle i odwrócił się. Przez hałas nic nikt nie słyszał, ale z ruchu warg mama odczytała słowa: „Już tęsknię…”.


Dyrygent uniósł batutę. Melodia narastająca… Wyprostowany orzeł ze stwórcą na grzbiecie rozłożył skrzydła przed tłumem, idealnie obrazując uczucia nowego Mistrza – miał ochotę ich wszystkich, każdego z osobna, mocno wyściskać.


– Trzymajcie się! – pomachał, przez co prawie spadł, gdy wystartowali.


Z góry spadał mangowy pył. Poduszki wyleciały im naprzeciw i odeskortowały do samych wrót. Zagrzmiał róg, zabiły bębny. Wszystko znowu przebił orli pisk. Wylądowali na dywanie. Chłopak zeskoczył i stanął jeszcze na brzegu. Spojrzał na cały krajobraz rodzinnych stron, od dalekich wzgórz, zza których niedługo wyjdzie słońce, po miejski teren i poruszonych obywateli. Odwrócił się i nieśmiało podążył naprzód.


„To jeszcze nie niebo, a anioły już tu są”, pomyślał na widok kobiety w białej sukni.


– Miło mi – rzekła. – Zanim będziesz kontynuować ten przyjemny tok myślenia, wiedz, że Mistrzowie nie mają przed sobą tajemnic – uśmiechnęła się. – Mangolio, do zobaczenia! Zaopiekujemy się nim!


– Jak mówisz bez otwierania ust?


– Nigdy nie potrafiłam mówić – odpowiedziała. – Za to zawsze tkałam piękne dywany.


– Co?


– Nie ma sposobu, aby dowiedzieć się jak naprawdę brzmię… Może bardzo ładnie? Kto wie? Dzięki zasobom biblioteki nauczyłam się emitować dźwięk bez użycia strun głosowych. Słyszysz ton, który stworzyłam. – Widząc konsternację na jego twarzy, kontynuowała z uśmiechem: – Tutaj łatwiej pokonać bariery.


– Ach… Niesamowite!


Ruszyli w stronę głównego wejścia do Pałacu. Wrota powoli zamykały się. To znaczyło, że magiczna budowla wkrótce zniknie.


– A ty? Kim jesteś?


– Dziadek zawsze mawiał, że jestem „odwrotowny” i chyba miał rację… Ale wiesz co? Skoro rzeźbę się zrobić udało, to może i masy z czasem nabiorę? – uśmiechnął się szeroko.


Słysząc to, siedzący obok perkusista spadł z krzesła.


– Świetne! – chichrał się, poprawiając wywrócone siedzisko.


Wyciągnął rękę do nowo przybyłego.


– Ta… – przybili piątkę. – Teraz to może i śmieszne, ale jak brak żarcia, a kierownik w kamieniołomie wrzeszczy nad uchem, to tak wesoło nie jest – mrugnął.


– Rozumiem – przytaknęła anielica.


– Wiesz, to niesamowite… Kiedy to powiedziałaś, poczułem, że naprawdę rozumiesz.


– Wiesz, jeśli jeszcze nie zauważyłeś… Generalnie jesteś wśród swoich.


Roześmiał się. Minęli orkiestrę, byli już blisko drzwi.


– Musisz zdecydować, gdzie chcesz dołożyć swoją cegiełkę – wskazała na mur.


Dopiero gdy to powiedziała, przyjrzał się ścianom. Na każdej cegle wykuto jakiś obrazek. Na przykład na jednej był fortepian, na innej ilustracja bitwy (i to jak szczegółowo na tak małej powierzchni!), a na jeszcze innej był tylko napis „Pan John”.


– Na mojej będzie orzełek, tak?


– Nie trudno zgadnąć.


– Ha! Super. Przecudowne miejsce! Raj dla twórców. Pałac Natchnienia! Nazwaliście go jakoś?


– Bardzo dawno temu nosił inne imię.


– Jakie?


– Ha, nie powiem! Musisz zgadnąć!


– To na jaką literę chociaż!?


– W… W jak wolność.




* K O N I E C *


:)



Awatar użytkownika
Mikrofon
Kmiotek
Posty: 4
Rejestracja: śr 20 lut 2019, 11:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mównica

Postautor: Mikrofon » pn 11 mar 2019, 07:46

W jakiejś dyskusji Leszek Pipka napisał tak:

Nasuwa mi się porównanie ze wspinaczką. Tam istotne są zmagania człowieka z przyrodą i własnymi możliwościami, lecz przy takiej, konserwatywnej definicji, z uwagi na niejaką powtarzalność szeroka publiczność ziewała, a reklamodawcy nie mogli liczyć na target szerszy, niż grupa środowiskowa. Żeby pobudzić zainteresowanie wprowadzono element sportowej rywalizacji – miary stopnia trudności dróg, punkty, tabele, w końcu wyścigi. Gdyby trzymać się konsekwentnie analogii, to bitwy wyglądałyby jak osobny sport, jakim stało się pokonywanie sztucznych ścianek na czas, w bezpośredniej rywalizacji parami. Niby co do założeń tkwiący we wspinaniu, ale wypreparowany z elementów środowiskowych i filozoficznych, stanowiących o romantyzmie i uniwersalności całej dyscypliny.

Może wiedział, do kogo pije, a może nie. Ale pił. Do legendy polskiej wspinaczki, autora książki "Chiński maharadża", Wojtka Kurtyki.
Teraz ja, Mikrofon, trafiam na chwilę w ręce Wojtka:

Tak właśnie rodzi się opętanie cyfrą. Dopada każdą szlachetną dyscyplinę: poezję, muzykę i trud naukowca. Cyfra jest podstępną alfonsicą, która w zamian za miłość naszego życia podsuwa ponętną kurwę - sławę. Ta dziwka czyni z nas wygłodzone widma pożądające jedynego ścierwa - uznania i zaszczytu. Wprawdzie ścierwo-zaszczyt karmi widmo, lecz głodu nie syci. W ten sposób obsuwamy się w wyścig wygłodzonych szczurów. Zatracamy się w durnym złudzeniu, że jesteśmy warci tyle, co wyłudzony od świata zaszczyt. Oto poklask, a poczucie własnej wartości nadyma się. Oto krytyka, a zraniona duma gorliwie szuka imponującej cyfry i kombinuje, jak korzystnie sprzedać miłość naszego życia. No i proszę, handlujemy własnymi duszami, a sztuka przestaje być sięganiem do gwiazd i staje się kupczeniem. (...) cyfra jest rydwanem szczurów.

Miłej jazdy rydwanem albo miłego wspinania, co kto woli!



Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3844
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Mównica

Postautor: Thana » pn 11 mar 2019, 10:31

Wszyscy chętni do komentowania w SB, a tutaj nikt, to ja sobie skomentuję. "Chińskiego maharadżę" przeczytać warto, bo to fajna książka - o wspinaniu, o pisaniu i o życiu. Pogląd głównego bohatera, który Mikrofon cytuje, jest w tej książce przeciwstawiony poglądowi innego bohatera - Cadyka Pitełe, który twierdzi: "Cyfra jest najważniejsza". I Autor jasno opowiada się po jednej ze stron.

Natomiast cytowana wypowiedź Leszka nie była aż tak jednostronna. No to ja zapytam wprost: Leszku, zgadzasz się z tym cytatem z Kurtyki?


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3656
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Mównica

Postautor: Godhand » pn 11 mar 2019, 11:49

Tak się zastanawiam...
Bo o ile zgadzam się całkowicie z tymi słowami Leszka, które trafnie oddają klimat bitewny:
Leszek Pipka pisze:Żeby pobudzić zainteresowanie wprowadzono element sportowej rywalizacji – miary stopnia trudności dróg, punkty, tabele, w końcu wyścigi. Gdyby trzymać się konsekwentnie analogii, to bitwy wyglądałyby jak osobny sport, jakim stało się pokonywanie sztucznych ścianek na czas, w bezpośredniej rywalizacji parami.

To z tymi już się nie zgadzam:
Leszek Pipka pisze:Niby co do założeń tkwiący we wspinaniu, ale wypreparowany z elementów środowiskowych i filozoficznych, stanowiących o romantyzmie i uniwersalności całej dyscypliny.

Bo dlaczego tekst bitewny ma być wypreparowany z elementów środowiskowych, czy filozoficznych? Dość dobrze pamiętam przynajmniej kilka bitew (i na życzenie mogę je wymienić) gdzie elementy filozoficzne były obecne, ba, kluczowe nawet. Idąc tym tropem, możemy uznać, że forumowe konkursy także są wyścigami i sportem, a więc założenie dotyczy także ich. Błędne założenie bo trudno uznać np. "Pajacyka" Nataszy z pierwszego JSM za tekst pozbawiony wypreparowany z elementów filozoficznych.

Co do cytatu, jaki Mikrofon wkleił w odpowiedzi na tekst Leszka. Po pierwsze, post Leszka był bardziej wyważony, tutaj mamy wartościowanie ex cathedra, które natychmiastowo powoduje zapalenie się u mnie czerwonej lampki. Jeśli branie udziału w zabawie, jaką są przecież forumowe bitwy, jest kupczeniem, szukaniem poklasku, to czym jest publikacja? Na Wery, w wydawnictwie? Bo autor wpisu też jest członkiem Wery. Zarejestrował się tu zapewne po to, żeby pokazać swoją twórczość - co według założeń z cytatu można by już nazwać szukaniem poklasku.
Nie sakralizujmy na siłę pisania. Dla kogoś może być sacrum, a dla kogoś innego nie, i nie zgadzam się na wartościowanie motywów, pobudek i autorów. Oceniajmy sobie teksty i tylko teksty. Wtedy można ocenić, czy tekst jest sztuką, czy rydwanem niesionym przez głodne szczury.
Bardzo więc proszę nie wchodzić z butami w moje podejście do pisania, moje motywacje i pobudki. Bo one są moje. Na tekstach, owszem, można się wyżywać ile wlezie, ale uświadamiać mnie, że bitwy to wyścig szczurów, a prawdziwą sztukę tworzy eremita w jaskini... Oj, to nie bardzo.
Nawet jeśli Mikrofon trzymają na spółę Pan Wojtek i Autor wpisu.

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 761
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Mównica

Postautor: Leszek Pipka » sob 06 kwie 2019, 09:55

Popłynęło z Wisłą do morza. Czasu dużo popłynęło. No ale wypada się odnieść. Więc proszę Mikrofonu, nie piłem. Do „Chińskiego maharadży” nie piłem. Oprócz książek jest jeszcze życie widywane własnymi oczami, chwytane własną dłonią. Metaforę ulepiłem samodzielnie, zdając sobie sprawę z zalet i wad podobnego sposobu przemawiania. Choć niewątpliwie znalezienie się w towarzystwie Kurtyki jest dla mnie zaszczytem.

Ośmiela mnie ono na tyle, żeby podzielać pewien rodzaj goryczy, widocznej – jak mi się wydaje – w wypowiedzi wspinacza, a tyczącej się reguł i wartości. Te słabo się bronią w konfrontacji ze światem, mającym do dyspozycji całą gamę pokus, współgrających ze słabościami człowieczymi. Odporni (czytaj: przywiązani do własnej drogi) przechodzą do legendy – lub zdychają w zapomnieniu. Przy czym prawdopodobieństwo tego drugiego rozwiązania wydaje się znacznie większe. Nie pisałby Kurtyka z takim ogniem, gdyby problem był błahy. On walczy, choć jest już tylko mistrzem ceremonii na pogrzebie wspinaczkowego romantyzmu - ze wszystkimi duchowymi imponderabiliami - jaki umarł już, zduszony przez technologię i komercję. Mnie również jest smutno, ale rozumiem, że idee muszą odchodzić, by mogły przyjść nowe. Co jednak – jeśli nie przyjdą? Jeśli ten stan rozmemłania bez stałych punktów, pozwalających zakotwiczyć się w świecie, by w nim trwać rozumnie, jest już stanem końcowym?

Ale nie czas i miejsce na wszystkoistyczne rozważania. Przecież chodziło o nasze, pisarskie poletko. Obecności cyfry, o której Kurtyka wspomina w tej dziedzinie jest nie do zakwestionowania. Cyfra to literatura gatunkowa, światowe bestsellery, korporacyjnie zorganizowane wydawnictwa i branżowe nagrody, prawa do scenariusza, liczba opublikowanych tytułów a nawet nakład, bo i z tego (w wielu przypadkach tylko z tego) można zrobić pożywkę dla własnego poczucia wyjątkowości i głasków publiki. Co gorsza, sława daje się zmonetyzować, a razem tworzą wyjątkowo dobraną parę. Duet z głosem tak słyszalnym, że zagłuszy wszelkie wątpliwości. Tak przejmującym, że nogi same drepczą, gdy zaśpiewa marsz zwycięzców: „milon... dwa... dziesięć milionów nakładu. Chodź ze mną!”.

Czy na poziomie Wery słychać te fanfary? W samych utworach z Tuwrzucia nie, są lepsze i słabsze, czasem pozwalają się domyślić, w jakim punkcie stoi autor i do czego aspiruje, a czasem nie. Ale w dyskusjach o literaturze i pisaniu – już tak. Sporo mamy też – jako kuźnia talentów - autorów publikujących, więc każdy może na własne potrzeby (o ile w ogóle takie odczuwa) ocenić wpływ cyfry.

Co do mnie, wypowiedź Kurtyki współgra z moim pojmowaniem pisania jako czynności organicznej, bezinteresownej, wyrastającej z niedającej się inaczej zaspokoić potrzeby kiełznania rzeczywistości wewnętrznej i zewnętrznego świata. Refleksją. Rodzajem wypowiedzi artystycznej mającej zaplecze w wiedzy i doświadczeniu, a też w zamierzeniu kreację jakiejś oryginalnej wartości. Innymi słowy zakładam, że „co?”, „po co?” i „dlaczego tak?” są pytaniami niezbędnymi w procesie twórczym, a odpowiedzi „co się nawinie”, „dla kasy”, „bo mogę” choć możliwe i usprawiedliwione, są dalece niewystarczające. Powtarzam się, lecz konsekwentnie deklaruję przywiązanie do procesu myślowego poprzedzającego przelewanie znaków na klawiaturę, procesu, w którym jest miejsce na przyglądanie się światu, emocjom, wyciąganie wniosków i przetwarzanie doświadczeń – własnych i cudzych. Jeśli można podobne podejście nazwać „sakralizowaniem” to tak, w całości stoję po stronie świętości (bardziej jako podkreślenia wyjątkowego, odświętnego charakteru ostatecznego aktu tworzenia, mniej zaś mistycznego czy metafizycznego aspektu) pisania. Ba, swoistej arystokratyczności jako stanu pożądanego. Martwi mnie demokratyzacja, sprowadzająca pisanie do zręcznego wykorzystywania technicznych w sumie narzędzi, kładąca nacisk na produkcję fabuł, a wyrzucająca na śmietnik intelektualne i filozoficzne czary mary.

Dlatego opieram się rękami i nogami przed rozpatrywaniem, dajmy na to, powieści YA napisanej pod dyktando zdziecinniałego, masowego gustu w kategoriach dzieła artystycznego. Dlatego, uznając za przydatne narzędzie, daleki jestem od absolutyzowania faktu przejścia przez sito wydawnicze z książkową propozycją i przypisywaniu mu zerojedynkowej wartości przy ocenie poziomu czyjegoś pisania. W gruncie rzeczy redakcje, choć rzeczywiście odsiewają ewidentną grafomanię (nie zawsze, nie zawsze!) wydają tylko wyrok w sprawie rynkowej szansy rękopisu, a ta zależy od różnych, niekoniecznie stricte literackich, czynników. To jeden z przejawów działania „cyfry”.

Ale: poginanie na koturnie wysokiej artystyki nie po teatralnej scenie, a po polu czy łące może się skończyć co najwyżej rozkwaszeniem nosa. Oprócz wywołującej poty rozkminy podstawowych problemów egzystencjalnych jest potrzebna rozrywka. Niechże nie będzie osobną konkurencją, mielonką z najpopularniejszych schematów, surowiec biorącą z odciętej od realiów popkultury, bez przerwy i wciąż powielającej samą siebie. Niech ma jakiś wspólny korzonek z najlepszym, co do tej pory napisano. I niech autorzy, a także odbiorcy wiedzieli z grubsza, gdzie na skali - od dzieł epokowych do skandalicznych gniotów – mieści się ten rodzaj literatury.

Taką książeczkę czytałem niedawno, nazywa się „Naturalista”. Denny tytuł, wprost z podręcznego magazynu B-klasowych seriali. Ale moją uwagę przykuł pomysł: bohaterem thrillera autor uczynił biologa, rozszyfrowującego seryjnego mordercę na podstawie schematu polowań żarłacza białego. Niby nic, a połknąłem zawartość bez bólu w jeden wieczór. Za diabła nie umiem ocenić realności idei, brak mi odpowiedniej wiedzy, aliści opowieść łyknąłem bez bólu w jeden wieczór, bowiem autor sensownie wygrał wszystkie implikacje i przedstawił dostatecznie wciągającą konstrukcję dramatyczną. Da się? Da. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie cyfra. Objawiła się w zapowiedzi, iż mam do czynienia z pierwszą częścią cyklu. Dolary przeciw orzechom, że kolejne będą coraz bardziej gówniane, aż do kompletnego wyeksploatowania formuły.

Tu pozwolę sobie na pewną wycieczkę. Przypuszczam, że istocie ludzkiej tak samo potrzebny jest zachwyt przed obrazem wielkiego malarza, jak nieohydne otoczenie, przekładające te same wartości, jakie przyświecały tamtemu twórcy na język codzienności. W miejscami zabawnej, miejscami wywołującej dreszcz przerażenia książeczce „Jak przestałem kochać design” pisze Marcin Wicha co się staje, gdy za wzornictwem, urządzającym powszednie życie w stopniu znacznie większym niż się wydaje, stanie nie znajomość tradycji i solidne wykształcenie, a bezbarwna utylitarność, brak rozeznania w tradycji i widzimisię projektanta, zgrzebna głupota tak zwanego decydenta, czy zgoła kształcone na wizerunkach rykowiska jeleni życzenie klienta, dostatecznie zamożnego, by zrealizować swoją wizję i masowo ją powielić. To nie jest opowieść o wzornictwie, to jest opowieść o Polsce, świecie i kulturze. Poniekąd krewniaczka „Chińskiego maharadży”. Obie książki odwołują się do minionego, o którym nie warto i nie wolno zapominać, a które odchodzi przywalone prostacką ludycznością.

Przedostatnia rzecz w tej przydługiej przemowie. Chodzi o szczerość literackiej wypowiedzi. Cenzurujemy się, nadając zwartą formę myślom kłębiącym się w głowach. Na różnym poziomie. Powiedzmy, że można ułożyć kilka, kilkanaście wesołych skeczów z sytuacyjnym humorem, który wytwarza się w konfrontacji życiowych konieczności i osoby dotkniętej chorobą Alzheimera. Ale jeśli na tę przypadłość cierpi matka najbliższego kumpla, a my wiemy, jak dołującym przeżyciem jest oglądanie na co dzień postępującej degrengolady człowieczeństwa u kogoś bliskiego, to mamy dylemat. Jeśli piszemy o sobie, w jakiejś konfesyjnej aurze, trudno nam zdobyć się na wyznanie, że, powiedzmy, wieczorem śmierdzą nam stopy. Do naturalnej cenzury, gdzie rolę grają przeróżne tabu cyfra dokłada swoje wymagania. Te wszystkie: „ale czytelnik nie lubi długich zdań”, „jest za ostro, zbyt brutalnie”, czy „twój target nie zrozumie tak skomplikowanych odwołań” albo wręcz „tak się dziś nie pisze” to są szczury w rydwanie cyfry.

I ostatnia rzecz. Bitwy. Czy one są manifestacją cyfry? W jakimś stopniu tak, bo przecież jeśli argumentem „za” jest szlifowanie warsztatu, to przecież można na PW umówić się z kimś na pojedynek. Przy czym warto pamiętać, że bitwy ograniczają, opierają się na kilku wybranych cechach z całego żywiołu pisania. Ale to cyfra mało szkodliwa, osadzona też w ważnym kontekście. Gdyby jakiś współczesny Kitowicz chciał napisać „Opis obyczajów ludu internetowego” niewątpliwie musiałby poświęcić kilka solidnych akapitów w dziale literackim wirtualu. Bitwy współkonstytuują kulturę forumową i międzyludzkie relacje, dlatego można i należy dać im taryfę ulgową. Swoją drogą nietrudno zauważyć żelazną regułę – że dobre, pozostające w pamięci bitwy piszą ci, którzy w ogóle dobrze piszą. Ot, tak, po prostu.

No więc jest cyfra – w mojej ocenie – pewnym zagrożeniem, ale ani specyficznym, ani wymyślonym przez nasze czasy. Była zawsze i zawsze będzie. Zawsze też będą tacy, którzy wzdychają do rzeczywistości przez nią niewyliczanej.



Awatar użytkownika
Mikrofon
Kmiotek
Posty: 4
Rejestracja: śr 20 lut 2019, 11:53
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mównica

Postautor: Mikrofon » pn 15 kwie 2019, 15:04

Mitsuko biegła, a za nią gnał tłum. Okrzyk „Synban”, „Synban”odbijał się echem od budynków, hucząc niczym grom podczas jesiennej nawałnicy. Gdyby przystanęła choć na moment, motłoch by ją pochłonął. Dopóki pozostawała w ruchu, miała szansę. Coraz mniejszą.

Wybiegła na niewielki placyk. Podróżni, kupcy, damy dworu i robotnicy przyglądali się zamieszaniu, a gdy tylko zrozumieli, że to polowanie na nieczystą, przyłączyli się do pościgu, choć nie wszyscy. Tym o wyższym statusie nie wypadało biegać niczym prostakom, zmuszeni byli więc zostawić rozrywkę plebsowi. Niektórzy z widocznym żalem.

Nie ścigał jej także ziemianin, reperujący konsolę komunikacyjną przy starej śluzie. Miał zgięte w kabłąk plecy, przyprószone siwizną włosy i smutne oczy. Nie chciał być świadkiem śmierci kolejnej Ocalałej.

„Synban! Synban! Śmierć Synban!”

W języku ahse było wiele obelg, ale żadnej, przepojonej podobną odrazą. Pomyślała ponuro, że pewnie jako jedyna zasłużyła na to miano nie uciekając się do ludobójstwa i nie posługując się bronią masowej zagłady.

I to zaledwie pierwszego dnia pracy!

Kamień śmignął tuż obok jej głowy. Instynktownie odbiła na lewo, o mało nie wpadając na konwerter, i przeskoczyła nad karumim, drepczącym ulicą. Zwierzę zaskomlało i uciekło, ratując się przed przed rozdeptaniem, a Mitsuko w ostatniej chwili zdołała zachować równowagę. Zatoczyła się na ścianę, wylądowała na stercie odpadków, które wypluł uszkodzony mechanizm konwertera i poczuła, że coś jej przebiło stopę. Wyrwała z podeszwy zardzewiały kawałek metalu i rzuciła za siebie. Ruszyła szlakiem świątynnym, tym razem znacznie wolniej.

Poczuła, jak sięgają ku niej czyjeś dłonie, jak czepiają się materiału kurtki, jak próbują ją zatrzymać. Strząsnęła okrycie z ramion.

W wewnętrznej kieszeni pozostała służbowa broń, erem nooru, i drona, identyfikująca ją jako strażniczkę. Straciła cholernie dużo czasu, usiłując wyłączyć luminację obiektu, który zaprojektowano tak, by był widoczny z daleka. Automat nie większy od pomarańczy rejestrował i analizował szczegóły miejsca zbrodni, zapewniał błyskawiczny kontakt z posterunkiem osiowym i udzielał odpowiedzi na każde pytanie, o ile dało się ją znaleść w centralnej bazie danych. Sprawiał także, że strażnik był widoczny z odległości kilku przecznic, zgodnie z kodeksem stanowiącym, że pracownicy stacji powinni być dostępni dla wszystkich potrzebujących.

Widząc z daleka dronę, każdy przestępca miał dość czasu na załatwienie interesów przed pojawieniem się przedstawicieli władzy. To jednak nie martwiło Cichych, Kupców ani biurokratów: oficjalna wersja głosiła, że na Pierściennicy przestępczość nie istnieje.

Są tylko nieuświadomione jednostki, którym potrzeba moralnego wsparcia.

Nim zdołała opanować iluminację i rzucić się do ucieczki, było za późno. Wirsu ją zauważył. W pościg ruszył kapitan, potem pozostali członkowie jednostki. Wzięłaby to sobie do serca, gdyby nie fakt, że, do diabła, to był jej pierwszy dzień pracy. Nie zdążyła narobić sobie wrogów.

Przemknęła obok dwójki młodych saesh, zabawiających się grą w kulki na odsłoniętym terenie między Protektoratem a budynkiem korporacji Oramus. Oni także podjęli okrzyk i przyłączyli się do pościgu.

Do Pałacu Szeptów nie było daleko. Tylko ta myśl pozwalała jej biec dalej, mimo stopy, która z każdym krokiem bolała coraz bardziej, mimo kołaczącej gdzieś na dnie umysłu pewności, że i tak nie zdąży. Może wcześniej dałaby radę, ale nie teraz.

Czuła krew chlupoczącą w bucie.

Od celu dzieliło ją zaledwie kilkaset metrów, ale z każdym krokiem biegła coraz wolniej. Z trudem łapała oddech.

Wtedy usłyszała wizg. Wstąpiła w nią nowa nadzieja. Szczupakiem rzuciła się do przodu.

Bariera opadła tuż za nią.

Wsparła się na łokciach, a potem przewróciła na plecy. Czuła, jak powierzchnia, na której leży, powoli się przesuwa, ale dzięki polu siłowemu o ruchu nie świadczyło nic, poza wibracjami. Z trudem łapała oddech patrząc na Czwarte Obręcze, które przesuwały się na niebie, otwierając szlak transportowy do Kwadrantu Omega. Jakieś dwa tuziny statków kosmicznych czekały w szyku, przygotowując się do Przejścia. Kiedy Obręcze ustawiły się na pozycji, statki zanurkowały w srebrzystą taflę, która pojawiła się między nimi i zniknęły, a Obręcze znów zaczęły się obracać. Za osiem godzin otworzą przejście do Kwadrantu Alfa, potem Beta i Gamma. A potem cały cykl się powtórzy.

Bariera zaczęła się unosić.

Obecność pól siłowych była jednym z najdziwniejszych aspektów mieszkania na Pierściennicy. Przegrody opadały zawsze wtedy, gdy Obręcze otwierały przejście, blokując wszelki ruch i zamieniając Stację w dziesiątki odizolowanych od siebie stref. Co ciekawe, potrafiły w jakiś sposób odróżnić materię nieorganiczną od organicznej i nigdy nie wyrządziły krzywdy żywej istocie. Prorocy Pierścieni głosili, że strefy to dziesięć tysięcy małych cudów, dzięki którym życie materii organicznej jest w ogóle możliwe na stacji, i że stanowią wyraźny dowód miłości Milczącego do istot żywych. Mitsuko zawsze się wydawało, że jeśli Milczący żywi wobec niej jakieś uczucia, jest to obojętność.

Bariery zazwyczaj irytowały i przeszkadzały, uniemożliwiając swobodne poruszanie się i transport. Tym razem uratowały jej życie.

xxxZdołała odzyskać oddech, ale noga bolała ją coraz bardziej. Podniosła się i pobiegła w stronę Pałacu, ciągnąc ją za sobą. Była już na schodach, kiedy znów usłyszała za sobą znienawidzone słowo.

Sama także zaczęła krzyczeć.

– Alewnari tirsh mah trana!

Na wpół wbiegła, na wpół wczołgała się na ostatni stopień.

– Alewnari tirsh mah trana!

Strażnicy nie wiedzieli, jak zareagować. Słyszeli nawoływania tłumu, ale wiedzieli też, kim jest. Instynkt kazał ją pochwycić, wpajane przez całe życie poczucie obowiązku zmuszało do neutralności.

Nic nie zrobili.

Szarpnęła drzwi. Otworzyła je tak gwałtownie, że skrzydło trzasnęło o ścianę.

– Alewnari tirsh mah trana!

Sala Interesantów była ogromna. Lewą część pomieszczenia zarezerwowano dla gości – dostojników, Przewoźników, cechów kupieckich i rzemieślniczych oraz zwykłych petentów. Sun Tjan był Dniem Transferu, więc w tłumie oprócz Proroków Pierścieni i Pokutników widać było też pielgrzymów z najodleglejszych zakątków wszechświata.

Po prawej stronie zajmowali miejsce domownicy – zastępy buchalterów i urzędników, których zadaniem było gromadzić informacje i przedstawiać je Ambasadorowi. Obliczali podatki, czuwali nad handlem żywnością i przyprawami, uiszczali dziesięcinę świątynną.

Niemal dokładnie na środku pomieszczenia tkwiła platforma, misternie rzeźbiona w kwiaty pi lang i gałęzie kurykanu. Na niej spoczywało ciało Ambasadora. Jego zwoje były tak liczne, że z trudem mieściły się na podeście.

Gdy wdarła się do środka, w pomieszczeniu zapadła idealna cisza, na zewnątrz za to aż za dobrze słychać było gniewne okrzyki tłumu. Nikt za nią nie podążył. Żaden z mieszkańców Pierściennicy nie ośmieliłby się bez zaproszenia przekroczyć progów pałacu Jego Wielmożności Than Ghaar Alemiego, Po Trzykroć Błogosławionego. Ambasador nie pozwoliłby, by komukolwiek uszło na sucho podobne wykroczenie przeciw obyczajom.

Spojrzenia zgromadzonych przesuwały się między nią i Ambasadorem. Dyszała ciężko, usiłując odzyskać oddech.

– Witaj, Ukochana Córko.

Kiedy po raz pierwszy usłyszała, że zostanie zaadoptowana przez jednego z najpotężniejszych polityków Pierściennicy pomyślała, że to żart. Nie doceniła, do czego mogą posunąć się biurokraci, byle tylko nagiąć rzeczywistość do swoich wizji. Ziemianie stanowili grupę Ocalałych. Nie mieli własnej planety, a co za tym idzie, nie posiadali żadnej siły politycznej i nikt nie mógł ich reprezentować na Zgromadzeniu. A jednak na Pierściennicy okazali się niezbędni. Okazało się, że posiadają niezwykłą intuicję, pozwalającą rozumieć tajemnice starych mechanizmów i porozumiewać się z sieciami komputerowymi niemal w mistyczny sposób, na poziomie niedostępnym dla innych. I choć z początku traktowano ich jak tak, jak Biurokraci mieli w zwyczaju traktować słabszych od siebie, z czasem stało się jasne, jak bardzo są cenni.

To z kolei sprawiło, że – powoli i wyjątkowo niechętnie – zaczęto przyznawać im coraz więcej praw, aż siedem lat temu, po interwencji Pierwszego Proroka i senatora W-lenge, uznano ich za oficjalnych członków Zgromadzenia

W praktyce nie zmieniło to wiele. Nadal mieszkali w slumsach w warunkach gorszych od zwierząt, ale nie można było ich już kupować i sprzedawać. Dostali też prawo pracy w zawodach, zarezerwowanych dotąd dla pełnoprawnych obywateli.

I dlatego fakt, że Mitsuko zdała wszystkie wymagane egzaminy spowodował niemal panikę. Biurokraci nie mogli jej odmówić prawa do wykonywania zawodu, do którego posiadała kwalifikacje. Nie chcieli też pozwolić, by została zatrudniona, ponieważ otwierało to drzwi całej bandzie przybłędów, którzy nie posiadali nawet rodzinnej planety, gromadzie tułaczy z talentem do mechaniki. Rozwiązanie nasuwało się samo. Mitsuko nie była członkiem żadnego z Wysokich Rodów. Istniały precedensy, wykluczające bezklanowców ze Zgromadzenia, więc działania biurokratów, odmawiające jej miejsca w straży, miały przynajmniej pozór prawomocności.

Członkiem rodu można było zostać dzięki małżeństwu lub adopcji. Obie alternatywy wydawały się zbyt fantastyczne, by je w ogóle rozważać. I właśnie wtedy, kiedy powoli godziła się z faktem, że jej marzenia nigdy się nie spełnią, ambasador Korg Ghaar Alemi zdecydował się podać jedno z nich na tacy.

– Ten skromny pałac nie może równać się z tym, jaki wzniesiono dla mnie na rodzinnej planecie. W ciasnocie Pierściennicy przyszło mi żyć skromnie i wśród wyrzeczeń, więc tym bardziej doceniam, że znalazłaś czas, by mnie odwiedzić, Ukochana Córko.

Niewolnik rasy trugha wachlował zwoje Ambasadora. Drugi od czasu do czasu spryskiwał jego cielsko specjalnie dobraną mieszaniną, naśladującą skład chemiczny bajor i sadzawek rodzinnej planety. Mały karumi, spoczywający wśród macek i poklepywany delikatnie jedną z nich, mrużył oczy z rozkoszy. Kolejna macka nieustannie transportowała cukrowane słodkości z misy u podstawy platformy do ust polityka.

– Jaka sprawa cię sprowadza w te nieadekwatne progi?

Tłum skandował w kółko te same słowa. Okrzyki „Synban! Śmierć Synban” dobiegały przez otwarte okna, doskonale słyszalne w złotym powietrzu popołudnia, jednak odniesienie się do nich byłoby przejawem złych manier. A zachowanie Ambasadora pozostawało nienaganne pod każdym względem.

– Alewnari tirsh mah trana – powtórzyła jeszcze raz, a gardłowe dźwięki języka ahse nigdy nie brzmiały tak obco w jej ustach. Zastanawiała się, czy prośba o azyl była dobrym pomysłem. Korg Ghaar Alemi nie bez przyczyny osiągnął stanowisko Ambasadora. Miał niezwykle kompetentnych szpiegów. Żonglował ścierającymi się stronnictwami, partiami politycznymi i strefami wpływów z wprawą kuglarza. A teraz kobieta, której i tak już okazał wyjątkową dozę dobrej woli zmuszała go, by opowiedział się po jej stronie, tym samym odbierając możliwość manewru.

Historia uczyła, że Ambasador nie reagował łagodnie na sytuacje, gdzie zapędzano go do rogu

Korg Ghaar Alemi z ciekawością przekrzywił głowę, a wypustki na jego głowie zafalowały.

– Nie trzeba między nami aż tak oficjalnego języka. Przecież jesteśmy rodziną. Jeśli chcesz, żebym udzielił ci schronienia, wystarczy poprosić.

Zgiełk na zewnątrz jeszcze się nasilił. Przez chwilę poczuła przemożny strach, że tłum jednak wedrze się do środka, że sforsuje drzwi i wywlecze ją na zewnątrz, ale natychmiast skarciła samą siebie za głupie pomysły. To nie była kolejna opowieść z historii Ziemi. Na Pierściennicy morderstwo miałoby mniejsze konsekwencje niż naruszenie obyczajów.

– Zatem proszę.

Ambasador skinął głową i dał znać jednemu z niewolników.

– Zajmij się moją córką. Zaprowadź ją do prywatnych komnat i dopilnuj, by niczego jej nie zabrakło.

Oszołomiona, dała się prowadzić niczym dziecko. Nie potrafiła zgadnąć przyczyn podobnej łaskawości. Co skłoniło Ambasadora, by podtrzymywał tę rodzinną farsę?




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości