Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Miś. Historia prawdziwa

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
eksinda
Pisarz
Pisarz
Posty: 153
Rejestracja: ndz 26 maja 2013, 22:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Z lasu nad jeziorem
Płeć: Kobieta

Miś. Historia prawdziwa

Postautor: eksinda » pt 28 cze 2013, 21:42

Miś. Historia prawdziwa
Jest to niewielki fragment opowiadania podzielonego na krótsze rozdziały opatrzone osobnymi tytułami.
Kim jestem
Urodziłam się jako czwarte, dość późne dziecko moich rodziców. Niania zajmująca się dotychczas moim rodzeństwem w porę zorientowała się w sytuacji i wzięła nogi za pas. Podobno zamierzała wyjść za mąż, ale ja uważam, że po prostu nie miała ochoty na spotkanie ze mną.
No, więc jestem na świecie. Występuję na razie w charakterze niespodzianki dla starszego rodzeństwa, które właśnie wróciło z wakacji. Zapomniałam powiedzieć, że urodziłam się w porze dojrzewania śliwek. Tych prawdziwych, jakie rosły w naszym ogrodzie. Przez kilka następnych lat, pytana o datę urodzin, odpowiadałam: „Jak są śliwki”. Termin ścisły i podany obrazowo.
Leżę więc w łóżeczku, a do pokoju wpada Zuzanka. To moja starsza o trzy lata siostra. Ma śliczną buzię, ciemne włoski i patykowate nogi, na których nieustannie podskakuje. W ogóle jest okropnie ruchliwa i ciągle gada. Zagląda do łóżeczka, skacze i pyta:
- Mamo, to nasze? Hop, hop.
- Skąd się wzięło? Hop, hop.
- Czemu takie małe? Hop, hop.
- A w ogóle nie mam czasu absolutnie. Hop, hop, hop.
„Absolutnie” było nowym słówkiem świeżo przysposobionym przez moją siostrę. Miałam się wkrótce przekonać, jak bardzo potrafiła zatruć mi życie swoim „nowosłowiem”. Na razie jednak leżę sobie spokojnie, oglądana dokładnie przez moją drugą siostrzyczkę. Marianka ma sześć lat i jest zupełnym przeciwieństwem Zuzanki. Spokojna, jasnowłosa i niebieskooka, trochę blada jak na powakacyjny czas.
- Mamusiu, jaka ona śliczna. Będę się nią zajmować. Trzeba się opiekować małymi dziećmi, a ja mam dużo czasu. Jak będę musiała iść do przedszkola, to mamusia mnie trochę zastąpi. – Marianka chyba sama nie wiedziała, że wymawia prorocze słowa. Bardzo często stanowiła jedyną moją opokę i wybawienie z kłopotów, w które pchałam się z niezwykłą pasją.
Został mi jeszcze do obejrzenia dziewięcioletni, czyli prawie dorosły brat. Ciemna czupryna i nieco skośne oczy czyniły go trochę podobnym do Zuzanki, ale nie było w nim tej szalonej ruchliwości. Tomasz sprawiał wrażenie człowieka zdecydowanego i pewnego siebie. Roztaczał wokół siebie atmosferę spokoju i luzu jednocześnie.
- Cześć, mała. Masz jakieś imię? Jesteś okrągła we wszystkie strony. Właściwie powinnaś nazywać się Miś. Rośnij szybko, to nauczę cię pływać. Na razie muszę lecieć.
Kolejne proroctwa? Pływać, oczywiście, nauczył mnie, zanim poszłam do szkoły. No i ten nieszczęsny Miś. Nikt, zarówno z bliższej, jak i dalszej rodziny, nie wyłączając znajomych i przyjaciół nie zwracał się do mnie moim własnym imieniem przez wiele lat.

Jak sobie radzę
Powoli zaczynamy się zgrywać – ja i rzeczywistość, jaką tu zastałam. Mój świat jest barwy szaro-burej, czasem ma postać „gryzącego” sweterka, którego nie znoszę, albo opadających, workowatych rajstopek z wypchanymi kolanami. Czasami jest całkiem znośnie – ktoś z domowników przypomni sobie o moim człowieczeństwie, a nawet przez chwilę się pobawi… Na ogół jednak staram się nie zaprzątać niczyjej uwagi ponad to, co jest konieczne do przeżycia. Doskonale czuję się w swoim własnym towarzystwie, zwłaszcza, że właściwie, jest nas dwoje. Ja – czyli Miś i Ten Drugi – buntownicza i bardzo energiczna część mojej natury. To głównie on namawia mnie do różnych, nietypowych dla Misia zachowań. To przez niego zamykam się czasem w komórce albo włażę do szafy, co najczęściej skutkuje panicznymi poszukiwaniami – „Nie ma Misia! Znowu zginęła!” To przez niego włażę na poddasze, gdzie, oprócz mnie, mieści się tylko chuda Zuzanka. Potem razem z Tym Drugim pękamy ze śmiechu widząc, jak mój niezbyt szczupły tato próbuje się tam wcisnąć, żeby mnie wyciągnąć. Szkoda tylko, że potem wytrząsają się nade mną. Ten Drugi chowa się wtedy głęboko i szepce:
- Nic nie mów! Udawaj, że nie słyszysz!
Z powodu mojego nie do końca zrozumiałego zachowania, reszta świata podchodzi do mnie z pewnym dystansem. Podobno nigdy nie wiadomo, co mogę wykombinować. Nawet próbowali poradzić się lekarza, ale skąd niby miałby on znać Tego Drugiego? Czy dorosły zrozumie, że my lubimy małe, ciasne pomieszczenia, gdzie jest cichutko i można wymyślać wspaniałe historie? Tylko Marianka czasami wie, o co chodzi, ale nikt jej do końca nie wierzy.
Na ogół jestem grzecznym i pogodnym dzieckiem, uwielbiam kąpiele w jeziorze i czytanie bajek. Na razie nie umiem czytać, ale powoli książki stają się dla mnie głównym przedmiotem pożądania. Lubię ich zapach, fakturę okładki i tę niepewność sensu słów w jej tajemniczym wnętrzu. W stołowym pokoju stoi biblioteczka i wolno mi do niej zaglądać. Są tam książki o roślinach i pszczołach, którymi pasjonują się rodzice. Jest też wiele książek bez obrazków, więc nie wiem, o czym są. Tomasz i Marianka na pewno wiedzą, bo potrafią już czytać. Zuzanka właśnie zaczęła pierwszą klasę i chyba niedługo nauczy się czytać. Ja też chcę.

Moja babcia
Na krótko przed moim urodzeniem, nasz dom, stojący dokładnie naprzeciw kościoła, został rozbudowany. Nie jest jeszcze całkiem wykończony i wodę na razie nosi się w wiadrach z pompy na rynku, ale mamy centralne ogrzewanie. Nie działa może idealnie, co bardzo denerwuje moją babcię. Nie zdążyłam wcześniej nadmienić, że w domu, oprócz mamusi, taty i naszej czwórki, mieszka babcia. Jest mamą tatusia i nikt nie ma wątpliwości o jej znaczeniu w naszej rodzinie. Babcia urodziła się bardzo dawno temu, jeszcze w XIX wieku, jest bardzo mądra i zna się na dobrym wychowaniu. Ubiera się w ciemne sukienki, a siwe włosy zaplata w duży kok. Najbardziej podobają mi się jej oczy – błękitne jak niebo w słoneczny dzień. Uważam, że jest bardzo piękną babcią, chociaż trochę za rzadko się uśmiecha. Słyszałam, jak jeden kolega tatusia powiedział, że nasza babcia to prawdziwa dama. Chyba dobrze mieć taką damę jako babcię. W domu jej ulubienicą jest Zuzanka, Tomasz – ukochany, jedyny wnuk, o Mariance mówi, że to najgrzeczniejsze dziecko, a mnie raczej mało zauważa. Wydaje mi się, że niezbyt lubi małe dzieci, ale trochę się jej boję, więc nie będę pytała. Może później, jak trochę urosnę. Babcia mieszka w dużym pokoju, gdzie stoją piękne stare meble: dwa ogromne łóżka, toaletka z wielkim lustrem i przepastna szafa, w której czasem się chowam. Wszystko jest rzeźbione i śliczne, a w szufladach babcia przechowuje prawdziwe skarby. Nie mogę tam sama zaglądać, bo nie dam rady ich otworzyć, a zresztą babcia mówi, że bez pytania nie wypada przeglądać cudzych rzeczy. Czasami pozwala pobawić się u siebie starszym dziewczynkom i wtedy ja też mogę pooglądać przepiękne pudełeczka z biżuterią, koronki i dużo innych fajnych rzeczy. W pokoju wisi również stary zegar, który babcia dostała w prezencie od swojego męża. Dziadek zaraz potem zginął na wojnie, tej dawnej, pierwszej. Nie znam się na wojnach, tatuś czasami opowiada, jak był na wojnie, ale to była inna, druga. W każdym razie, babcia mówi, że to jej najcenniejsza pamiątka, ten zegar. Ma też w pokoju maszynę do szycia i czasami coś na niej szyje. Naciska wtedy nogą na taki pedał, zaczyna obracać się kółeczko i maszyna szyje, lekko turkocząc. Gdy babcia przestaje ruszać nogą, wszystko się zatrzymuje. Czasami próbuję złapać tę ruszającą się nogę, ale babcia bardzo się wtedy denerwuje i mówi, że jestem niegrzecznym dzieciakiem.
Żeby przejrzeć się w babcinym lustrze, muszę wejść na szafkę, na duży marmurowy blat. Babcia boi się, że spadnę, więc mi nie pozwala. Ale siedzący we mnie Ten Drugi ma inne zdanie. Czasami bardzo chcę się przejrzeć, bo fajnie jest robić głupie miny przed lustrem, i nie pytam nikogo o pozwolenie. Niestety, zdarza mi się zlecieć z tej marmurowej płyty, która jest bardzo śliska, a przecież nie można wygłupiać się bez ruchu, tańców i podskoków. Nie wiem, jak to się dzieje, ale spadam zawsze bardzo głośno i zaraz wszyscy pędzą, żeby sprawdzić, co się stało. Niekiedy, przy okazji, przewróci się krzesło, a raz nawet babciny nocnik stojący pod łóżkiem przeleciał przez pół pokoju. Dobrze, że był pusty. Nie wiem jednak, czy to wystarczający powód, żeby mówić o mnie nicpoń. Sama słyszałam, jak babcia powiedziała to mojej mamusi i jeszcze dodała, że nigdy nie będę dobrze wychowaną panienką. Mama skarciła mnie delikatnie jakimś „Misiu, tak nie można, przeproś babcię”, ale miałam wrażenie, że niezbyt przejęła się wizją córki chuliganki.

Ciotka Pokrencka
Naprzeciw naszego domu rosną jabłonki, które należą do księdza. Właściwie jego dom, nazywany plebanią, jest położony w środku jabłoniowego sadu. Możemy częstować się jabłkami, jeżeli zadzwonimy do drzwi tej plebanii i zapytamy o pozwolenie księżą gospodynię. Ona jest nawet miła, ta pani, ale to bardzo niewygodne biegać tak daleko i w dodatku odrywać ją od pracy, kiedy jabłka leżą bliziutko chodnika. Dlatego zdarza się, że nie pytamy. To znaczy, ja nie pytam. No i czasami Zuzanka. Marianka chyba by się udławiła jabłkiem wziętym bez pytania, ale ona zawsze jest taka grzeczna i nie może inaczej.
Zaraz koło tego sadu stoi bardzo duży dom, należący do pana Korka i jego żony. Za domem mają podwórko z budynkami jak na prawdziwym gospodarstwie na wsi. Mieszkają tam krowy, konie, świnki, a kury łażą po całym podwórzu i wchodzą na kuchenne schody. Korkowie mają kuchnię od strony podwórza, a pokoje od ulicy. W ogóle, to śmieszne mieszkać w mieście i mieć takie wiejskie gospodarstwo. Pan Korek zawsze nosi gumowe buty i powłóczy nogami, jakby były bardzo ciężkie, i ledwie odpowiada na nasze pozdrowienia. Jego żona, niewysoka i dość gruba, jest wredną babą. Tak przynajmniej mówi ciotka Pokrencka. Ciotka, tak jak kilka innych rodzin, wynajmuje od Korków mieszkanie. Ma na imię Kornelia i właściwie jest ciocią mojej mamusi, ale wszyscy mówimy na nią ciotka. Jest chyba najdziwniejszą osobą, jaką znam, i ma najdziwniejsze mieszkanie. Pewnie dlatego wszystkie dzieciaki tak bardzo lubią ją odwiedzać, chociaż dorośli nie są z tego bardzo zadowoleni. Nie mieszka oczywiście sama, bo ma męża Wacława, który jest szewcem, i córkę Joasię. Kiedyś jeszcze miała małego synka, ale w ich domu było bardzo zimno, Karolek zachorował i umarł. Szkoda, bo Joasia miałaby brata, a tak jest sama. Ja uważam, że dobrze mieć rodzeństwo, bo w domu jest wesoło. Dorośli mają dużo kłopotów i rzadko się śmieją, często się denerwują i to nie jest miłe. Ciotka czasem złości się na swoją córeczkę i wtedy jej nie lubię. Joasia jest bardzo grzeczna, wesoła i bawi się ze mną, chociaż jest starsza nawet od Tomasza. I nie mówi na mnie smarkula, jak Zuzanka. Na pewno kocha ciotkę, bo to przecież jej mamusia, chociaż zachowuje się całkiem inaczej niż inne panie. Nie można jej odwiedzać przed południem, gdyż nie lubi wcześnie wstawać i śpi często do jedenastej. Potem robi kanapki i kawę zbożową dla swojego męża i zanosi mu do pracy. Wujek Wacław wychodzi z domu wcześnie rano bez śniadania, więc koło południa jest już chyba bardzo głodny. Do zakładu, w którym pracuje, najbliższa droga prowadzi przez park i idzie się tam kilka minut. Wiem, bo zanosiłam kilka razy to śniadanie z Joasią. Bardzo lubię chodzić do tego szewca, ponieważ pięknie tam pachnie skórą i klejem i jest tyle ciekawych rzeczy. Wujek i ten drugi szewc są bardzo mili i pozwalają nam się tam pobawić.
Ciotka jednak nie idzie przez park, tylko dookoła, przez rynek i kilka ulic, gdzie są sklepy i kręci się mnóstwo ludzi. Interesuje ją wszystko, co dzieje się w miasteczku, więc raz po raz przystaje, żeby z kimś pogadać. Do szewca udaje jej się czasami dojść na krótko przed zakończeniem pracy przez wujka. On jest bardzo łagodny i nie gniewa się na ciotkę, że tak późno przychodzi. Tak sobie myślę, że trochę się boi swojej żony, bo ona łatwo się denerwuje, wtedy krzyczy i tupie nogami. Nikt nie lubi, jak na niego krzyczą, w dodatku bez powodu, coś wiem na ten temat, dlatego trochę wujka rozumiem. Chociaż on nie jest małą, nieco psotną dziewczynką, tylko dorosłym panem, więc głupio tak się bać. Mój tatuś nazwał go kiedyś dupa-chłop, ale babcia bardzo się na niego rozgniewała, że tak brzydko mówi o członku rodziny i w dodatku przy dzieciach. Droga powrotna zajmuje ciotce Kornelii jeszcze więcej czasu, bo często wstępuje na chwileczkę do różnych znajomych. Gdy Joasia wraca ze szkoły, a wujek z pracy, w domu jest zimno i nie ma obiadu. Dopiero dużo później ciotka zabiera się za gotowanie i jedzą często wtedy, gdy inni ludzie kładą się spać.
Nocami ciotka czyta gazety, słucha radia i dlatego rano długo śpi, ale za to dokładnie wie, co się dzieje nie tylko w naszym miasteczku czy w Polsce, ale nawet u amerykańskich aktorek czy królowej angielskiej. Nie można się więc dziwić, że tyle czasu zajmują jej rozmowy, skoro każdego dnia ma wiele nowych informacji. Czasami przychodzi podzielić się nowościami z moją babcią. Najczęściej jest to w porze przygotowywania obiadu, kiedy babcia jest bardzo zajęta. Śmiesznie wtedy wyglądają, babcia biega truchcikiem po kuchni, bo się spieszy, a ciotka krok w krok za nią, wykrzykując nowinki. A to, że sprzedawczyni u rzeźnika przykleja do spodu wagi pasztetową i oszukuje klientów, a to, że Sophia Loren ma nowego narzeczonego, a księżna Monako jest w ciąży. Na dokładkę poszturchuje babcię w ramię zgiętym palcem wskazującym przy każdej zmianie tematu.
Babcia jest dobrze wychowana i stara się nie okazywać zdenerwowania, choć bardzo ją męczą te manewry z ciotką. Sytuacja staje się ciekawsza, gdy do kuchni wkracza tatuś. On w ogóle niezbyt lubi tę naszą krewną, ale jak widzi ją plotkującą, to staje się podobny do ogromnego balona, który zaraz pęknie z hukiem. Jeżeli ciotka się w porę zorientuje i jest blisko drzwi, czmycha szybciutko na ulicę zanim tatuś zdąży zagrzmieć. Czasami jednak go nie zauważy albo koniecznie chce coś dokończyć i wtedy zaczyna się prawdziwe natarcie. Tatuś gromkim głosem zaprasza ciotkę do opuszczenia domu i stara się skierować ją w stronę drzwi. Ona jednak czuje się urażona, że mężczyzna podnosi na nią głos i gotowa jest walczyć o swój honor na środku naszej kuchni. Żadna ze stron nie ustępuje i babcia musi wtedy użyć swego autorytetu. Wystarczy jedno łupnięcie patelnią w piec kuchenny i cichy, ale wyraźny jęk:
- Moje serce! Zaraz umrę!
Nikt nie chce być przyczyną babcinej śmierci przed obiadem, więc obie armie, obrażone na siebie, zawieszają broń. Ciotka wychodzi z głośnym postanowieniem, że więcej do nas nie przyjdzie, o czym zapomina zaraz za drzwiami. Tatuś najczęściej leci do mamusi nawymyślać jej, że ma taką paskudną rodzinę. Mamusia daje mu się wygadać i spokojnie podejmuje jakiś inny temat, ważny i interesujący dla niego. Doskonale wie, że nie ma się czym denerwować, bo wojny ciotki z tatą to prawie tradycja rodzinna. A my, dzieciaki, ciotki Pokrenckiej nie zamienilibyśmy na żadną inną.

Przymierze z babcią
Zuzanka chodzi już do szkoły i trochę mi smutno z tego powodu. Co prawda, dokucza mi czasami, ale jak jej nie ma, to w domu jest jakoś pusto. Babcia chyba też to zauważyła, zwłaszcza, że Zuzanka, dzięki swej ruchliwości, potrafi być w kilku miejscach jednocześnie. Przynosi babci chlebek od piekarza, pietruszkę z ogródka, biegnie zaprosić przyjaciółkę babci na kawkę…
Ja tak nie potrafię, ale coraz częściej zachodzę do kuchni przed południem. Nie wiem, na co mogę przydać się babci, jednak miło popatrzeć, jak kuchennym piecu buzuje ogień, a do popielnika co chwila spadają iskierki. Świecą przez momencik jak małe gwiazdki i gasną w szarym popiele. Kiedy babcia pomiesza pogrzebaczem w piecu, pojawiają się całe tańczące korowody. Jedne gwiazdeczki są większe, inne maleńkie, jakby iskierkowi rodzice tańczyli ze swymi dziećmi.
- Misiu, wyjdź z tego kąta. Koło popielnika kurzy się i jest brudno – babcia nie podziela mojego zachwytu ślicznym światkiem – chodź, dam ci marchewkę.
Lubię marchewki i zajadam z apetytem, ale muszę o nich wiedzieć więcej. Taka już jestem, że ciągle o coś pytam, dlatego dorośli czasami mają zwyczajnie dość rozmów ze mną i każą iść się pobawić. A jak bawię się po swojemu, to krzyczą na mnie, że mam niemądre pomysły. Dlatego teraz też nie wiem, czy mogę pytać o te marchewki, ale Ten Drugi, co mieszka w moim środku dodaje mi odwagi: - Nie bój się, przecież cię nie zje, jak zadasz ze dwa pytanka!
- Babciu, dlaczego należy jeść marchewki?
- Mają witaminki, które potrzebne są człowiekowi i szczególnie dzieci powinny zjadać ich dużo. Najlepiej surowe.
- A skąd się biorą?
- Rosną w ogródku, na zagonku.
- A skąd się biorą na zagonku?
- Trzeba na wiosnę zasiać nasionka.
- A skąd wziąć nasionka?
- Kupujemy w sklepie.
-A skąd biorą się w sklepie?
Babcia patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. Trochę jakby się mnie bała, a trochę jakby chciała mnie posłać do diabła. Wiem, że to brzydko tak mówić, ale Tomasz tak mówi i mnie też się podoba. No więc, babci chyba niezbyt zależy na moim towarzystwie. Zaczynam powoli cofać się w kierunku korytarza.
Jednak nie zostaję wystawiona za drzwi, co jest ulubionym sposobem pozbywania się mnie przez Zuzankę i jej koleżanki. Babcia siada na kuchennym stołku i bierze mnie na kolana, a ja staram się odważnie patrzeć w jej niebieściutkie oczy.
- To dobrze, Misiu, że interesuje cię dużo rzeczy, nie bój się pytać. Czasami dorośli nie mają czasu rozmawiać z dziećmi albo po prostu nie znają odpowiedzi. My obie mamy mnóstwo czasu, a jeśli nie będę umiała ci czegoś wyjaśnić, to razem poprosimy kogoś o pomoc, zgoda?
Jestem tak zaskoczona, że zapomniałam zamknąć buzi. Babcia jest bardzo mądra. I wcale nie jest groźna. I może trochę mnie lubi.
- A ja myślałam, że tylko babci przeszkadzam, bo ciągle coś wymyślam i psocę i nie wiem, jak się pomaga – wyznaję.
- Jesteś dla mnie bardzo ważna i bardzo cię kocham. Przecież nie mam innej najmłodszej wnuczki, tylko ciebie. A pomagać będziemy sobie nawzajem, dobrze? – babcia głaszcze mnie po głowie.
W jednej chwili wszystko stało się prostsze, jaśniejsze i weselsze. Mój mały świat od tego momentu będzie inny. Jestem ważna dla mojej babci. I ona mnie rozumie. I chce ze mną rozmawiać. I może nawet uda mi się jej wytłumaczyć, dlaczego wyrwałam kogutowi pióra z ogona. Na pewno zna się na indiańskich pióropuszach.
- Babciu moja kochana, tak bardzo się cieszę – mocno przytulam się do niej – będę się starała być chociaż trochę grzeczniejsza.
Nie mogłam, nawet w takim szczęśliwym momencie, obiecać, że będę zawsze całkiem grzeczna, bo mam jeszcze mnóstwo pomysłów i pewnie jeszcze wiele razy zdarzy mi się jakaś niegrzeczność. No i muszę jeszcze odkryć, skąd się biorą te witaminki w marchewce…
Ostatnio zmieniony wt 27 sie 2013, 13:12 przez eksinda, łącznie zmieniany 3 razy.



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2416
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » ndz 07 lip 2013, 14:29

Siadałam do tego tekstu z takim dość silnym przekonaniem, że mi się nie spodoba... Nie wiem, czemu, ale chyba tematyka, ten "miś" w tytule itd. nastawiały mnie negatywnie. A tutaj taka miła niespodzianka!

Twoja opowieść ma pewien urok i dzięki niemu mnie wciągnęła. Kreujesz bardzo wyrazisty świat, wszystko wypada plastycznie, działa na wyobraźnię, ma swój klimat. Zwłaszcza podobały mi się fragmenty dotyczące babci - jej opisu, cech "damy", na które wszyscy tak zwracają uwagę, opis jej pokoju.

Narracja jest dla mnie pewnego rodzaju zagwozdką tutaj. Piszesz z punktu widzenia dziecka - od maleńkości - jednak nie infantylizujesz specjalnie języka. Momentami Miś brzmi jak dziecko, momentami wręcz jak dorosła osoba. Można by tutaj się czepiać jakiś niespójności, ale mnie ten zabieg się spodobał. Te "dziecięce" elementy są dobrym nośnikiem emocji. Dodanie doroślejszego języka, nieco dojrzalszej perspektywy miejscami sprawia, że tekst jest czytelny i nie męczy (przynajmniej mnie łatwo zmęczyć, każąc mi za długo śledzić dzieci). Moim zdaniem znalazłaś tutaj ładny "złoty środek" i chociaż może tu i ówdzie coś zgrzytnęło, to jednak nie natrafiłam na fragmenty czy błędy, które wybijałyby mnie z rytmu czytania.

Reakcje dzieciaków na małą na samym początku opowiadania były świetne. Trochę natomiast opowieść o kłótniach taty z ciotką i jej groteskowym "ganianiu" za babcią jakoś mnie znużyła. To był, moim zdaniem, tutaj najsłabszy fragment, aczkolwiek i to nie zepsuło mi przyjemności z czytania.

Czego się odrobinę obawiam, to czy na dłuższą metę tekst nie stanie się nużący. Opisujesz póki co rzeczy zwykłe we wciągający sposób. Tylko jak to będzie, jak już rozgoszczę się w tym świecie? Na pewno strona emocjonalna będzie tutaj ważna. Ciekawa jestem dalszych efektów Twojej pracy. Bo ten fragment mnie zaciekawił.

Językowo jest gładko, chociaż niektóre fragmenty można by trochę doczyścić. W części "Moja babcia" słów "babcia" (i przymiotników od tego) i "dama " było takie zatrzęsienie, że to już się robiło męczące. Wiem, że to zamierzony efekt, wynikający z narracji, ale sądzę, że tutaj trochę przedobrzyłaś.

eksinda pisze:Nie działa może idealnie, co bardzo denerwuje moją babcię. Nie zdążyłam wcześniej nadmienić, że w domu, oprócz mamusi, taty i naszej czwórki, mieszka babcia. Jest mamą tatusia i nikt nie ma wątpliwości o jej znaczeniu w naszej rodzinie. Babcia urodziła się bardzo dawno temu, jeszcze w XIX wieku, jest bardzo mądra i zna się na dobrym wychowaniu. Ubiera się w ciemne sukienki, a siwe włosy zaplata w duży kok. Najbardziej podobają mi się jej oczy – błękitne jak niebo w słoneczny dzień. Uważam, że jest bardzo piękną babcią, chociaż trochę za rzadko się uśmiecha. Słyszałam, jak jeden kolega tatusia powiedział, że nasza babcia to prawdziwa dama. Chyba dobrze mieć taką damę jako babcię. W domu jej ulubienicą jest Zuzanka, Tomasz – ukochany, jedyny wnuk, o Mariance mówi, że to najgrzeczniejsze dziecko, a mnie raczej mało zauważa. Wydaje mi się, że niezbyt lubi małe dzieci, ale trochę się jej boję, więc nie będę pytała. Może później, jak trochę urosnę. Babcia mieszka w dużym pokoju, gdzie stoją piękne stare meble: dwa ogromne łóżka, toaletka z wielkim lustrem i przepastna szafa, w której czasem się chowam. Wszystko jest rzeźbione i śliczne, a w szufladach babcia przechowuje prawdziwe skarby. Nie mogę tam sama zaglądać, bo nie dam rady ich otworzyć, a zresztą babcia mówi, że bez pytania nie wypada przeglądać cudzych rzeczy. Czasami pozwala pobawić się u siebie starszym dziewczynkom i wtedy ja też mogę pooglądać przepiękne pudełeczka z biżuterią, koronki i dużo innych fajnych rzeczy. W pokoju wisi również stary zegar, który babcia dostała w prezencie od swojego męża.
To tak może dla unaocznienia, o co mi chodzi. Podkreślony fragment akurat bardzo mi się podoba - uważam, że tutaj te powtórzenia się sprawdziły - ale właśnie w związku z tym może gdzieniegdzie dałoby się nieco "rozluźnić" tekst i wyciąć kilka babć. Dodałoby to jeszcze wydźwięku tamtym zdaniom i zwyczajnie uczyniło tekst nieco przyjemniejszym w czytaniu. Przynajmniej moim zdaniem.

Ogólnie wydaje mi się, że ewentualne dalsze korekty w tym tekście to bardziej kwestia przemyślenia przez Ciebie pewnych efektów, ich wyważenia.

Podkreślę jeszcze na koniec, że tekst mi się spodobał. Dobra robota i życzę powodzenia w dalszych pracach.

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
eksinda
Pisarz
Pisarz
Posty: 153
Rejestracja: ndz 26 maja 2013, 22:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Z lasu nad jeziorem
Płeć: Kobieta

Postautor: eksinda » pn 08 lip 2013, 00:17

Adrianno, bardzo dziękuję za opinię. Czekałam na nią z drżącym sercem, przygotowując się psychicznie na ów kubeł zimnej wody. Zamiast tego zostaję pogłaskana po główce i bardzo mi miło.
Skłonność do powtórzeń staje się moją zmorą, ponieważ zdaję sobie sprawę, że należy ich unikać, ale i tak "jakoś" mi wskakują w tekst. Zdaję sobie również sprawę z wielu innych niedociągnięć i postaram się dopracować pewne rzeczy. Mam jednak bardzo małe doświadczenie, bo to moje pierwsze w życiu większe pisanie :oops:...



Awatar użytkownika
Erythrocebus
Umysł pisarza
Posty: 746
Rejestracja: czw 11 paź 2012, 06:24
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Erythrocebus » pn 08 lip 2013, 05:49

Kurka, wisiał ten tekst sobie, a jak się już zabrałem to znów ktoś mi się wtrynia. Ha. :D

Nie czytałem Waszych komentarzy, więc nie wiem, czy Adriannie się podobało (żeby nie było, że się jakoś kierowałem ;) )

Będzie wrażeniowo:

Tekst jest naprawdę niezły. Są emocje - na razie dużo śmiechu, ale w dalszych częściach podejrzewam i łzy. Dziecko jest urocze i całkiem wiarygodne - trzyma się za małą kciuki.
W takiej postaci słowa mogą oddziaływać całkiem skutecznie. Styl masz swobodny, uwolniony z pęt nijakości.

Takie mi na początku błyskotliwe myśli chodziły po głowie. Im dłużej jednak czytałem, tym bardziej mnie coś uwierało, ale nie wiedziałem co.
Nie, język się nie pogorszył. A jednak... Pod koniec już się domyśliłem; czułem, jak mi głowa buzuje od natłoku informacji. Wprowadzasz szybko wiele postaci i każda (to jest akurat duży plus) jest inna. One są na tyle wiarygodne, że nie zdziwiłbym się, gdyby były oparte na prawdziwych osobach.
Ale wracając do tematu: To zarzucenie mnie opowiadanymi faktami trochę mnie zmęczyło. Tekst mi się podobał, ale nie jestem pewny, czy po pięćdziesięciu stronach nie ugotowałby mi się mózg.
Co by mnie zadowoliło? Odrobinkę (ale nie za dużo - żeby nie wypaść z pozycji dziecka) dłuższe zdania, czasem jakiś przymiotnik dodatkowy. Albo trochę przeczyścić ze szczegółów, które nie są aż tak istotne.
Twoje zdania to ładne, pełne znaczeniowo pociski, rozdziały - krótkie, ale intensywne sceny.

Tutaj przykład:
Na krótko przed moim urodzeniem, nasz dom, stojący dokładnie naprzeciw kościoła, został rozbudowany. Nie jest jeszcze całkiem wykończony i wodę na razie nosi się w wiadrach z pompy na rynku, ale mamy centralne ogrzewanie. Nie działa może idealnie, co bardzo denerwuje moją babcię. Nie zdążyłam wcześniej nadmienić, że w domu, oprócz mamusi, taty i naszej czwórki, mieszka babcia. Jest mamą tatusia i nikt nie ma wątpliwości o jej znaczeniu w naszej rodzinie. Babcia urodziła się bardzo dawno temu, jeszcze w XIX wieku, jest bardzo mądra i zna się na dobrym wychowaniu. Ubiera się w ciemne sukienki, a siwe włosy zaplata w duży kok. Najbardziej podobają mi się jej oczy – błękitne jak niebo w słoneczny dzień. Uważam, że jest bardzo piękną babcią, chociaż trochę za rzadko się uśmiecha. Słyszałam, jak jeden kolega tatusia powiedział, że nasza babcia to prawdziwa dama. Chyba dobrze mieć taką damę jako babcię. W domu jej ulubienicą jest Zuzanka,

Zaraz koło tego sadu stoi bardzo duży dom, należący do pana Korka i jego żony. Za domem mają podwórko z budynkami jak na prawdziwym gospodarstwie na wsi. Mieszkają tam krowy, konie, świnki, a kury łażą po całym podwórzu i wchodzą na kuchenne schody. Korkowie mają kuchnię od strony podwórza, a pokoje od ulicy. W ogóle, to śmieszne mieszkać w mieście i mieć takie wiejskie gospodarstwo. Pan Korek zawsze nosi gumowe buty i powłóczy nogami, jakby były bardzo ciężkie, i ledwie odpowiada na nasze pozdrowienia. Jego żona, niewysoka i dość gruba, jest wredną babą.


A ja bym powiedział: Nikt Cię nie goni, Autorko, możesz poopowiadać trochę pełniej. Do znaczeń pododawać zmysłów.

Jeszcze o jednej rzeczy chcę powiedzieć:
Uciekałaś mi nieraz z kreowanej bohaterki. To znaczy, widać czasem zbyt wyraźnie, że to nie myśli wcale tak małe dziecko. Wiadomo, że to się wiarygodnie nie uda nigdy, bo wyszedłby bełkot. Ale im bliżej dziecięcości, tym lepiej. Tutaj - wcale nieźle, tylko w niektórych momentach wytrącało mnie z powrotem do rzeczywistości. Na przykład:

Mama skarciła mnie delikatnie jakimś „Misiu, tak nie można, przeproś babcię”, ale miałam wrażenie, że niezbyt przejęła się wizją córki chuliganki.

Bardzo lubię chodzić do tego szewca, ponieważ pięknie tam pachnie skórą i klejem i jest tyle ciekawych rzeczy.

Żadna ze stron nie ustępuje i babcia musi wtedy użyć swego autorytetu.

Powoli zaczynamy się zgrywać – ja i rzeczywistość, jaką tu zastałam.


Każde z tych zdań przypomina mi trochę, że tekst pisze Autorka, a nie wypływa on z głowy dziecka.

Nieraz pojawia się niekonsekwencja miejsca i czasu (co też powoduje problemy z kreacją postaci). Narrator potrafi przejść z czasu teraźniejszego i dziewczynki do pozaczasowego i wiedzącego o wiele więcej niż to dziecko. O:

Na początku piszesz:
Leżę więc w łóżeczku, a do pokoju wpada Zuzanka. To moja starsza o trzy lata siostra. Ma śliczną buzię, ciemne włoski i patykowate nogi, na których nieustannie podskakuje.

Zaś parę zdań później:
Pływać, oczywiście, nauczył mnie, zanim poszłam do szkoły. No i ten nieszczęsny Miś. Nikt, zarówno z bliższej, jak i dalszej rodziny, nie wyłączając znajomych i przyjaciół nie zwracał się do mnie moim własnym imieniem przez wiele lat.


Ostatnia (ale jakże ważna) obserwacja.
Spodobał mi się szczególnie jeden konkretny sposób uwiarygodnienia bohaterki: Na początku obawia się, że babcia jej nie lubi. Opiera się na własnych wrażeniach, po czym je obiektywizuje. To jest bardzo charakterystyczne dla dziecięcego postrzegania świata - sceptycyzm jest wyuczony.
No i potem okazuje się, że babcia jednak kocha - scena służy odkryciu mitu, który bohaterka sama zasadziła w głowie Czytelnika.
Tak trzymaj.

Pozdrawiam.

[ Dodano: Pon 08 Lip, 2013 ]
Teraz przeczytałem komentarz Adrianny. O podobnych rzeczach mówimy. ;)



Weryfikacja zatwierdzona przez Adriannę
Ostatnio zmieniony pn 08 lip 2013, 12:50 przez Erythrocebus, łącznie zmieniany 1 raz.


www.huble.pl - planszówki w klimacie zen!

Awatar użytkownika
eksinda
Pisarz
Pisarz
Posty: 153
Rejestracja: ndz 26 maja 2013, 22:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Z lasu nad jeziorem
Płeć: Kobieta

Postautor: eksinda » pn 08 lip 2013, 11:29

Erythrocebus, dzięki, że znalazłeś czas bladym świtem na czytanie moich bzdurek. ^_^
Trochę chaosu jest w tekście i na pewno muszę nad nim posiedzieć.
Niekonsekwencja czasu i miejsca szczególnie wyraźna jest w pierwszym rozdziale, bo nie bardzo umiałam sobie poradzić z "wbiciem się w rodzinę" nowego członka. Zero doświadczenia i ogromne emocje przy pisaniu są zapewne przyczynami minusów opowiadania, ale obiecuję, że się poprawię, słowo harcerza ;D. Poza tym, to wszystko święta prawda. Historia Misia jest prawdziwa. Jak mina przepisowe 2 tygodnie, to nieśmiało podsunę Wam kolejny kawałek do kontroli...



Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » wt 09 lip 2013, 23:54

Przeczytałam opowieści o Misi kilka razy i moje odczucia są jak fazy księżyca - od pełni akceptacji do nowiu nudy. Szukam przyczyn tego cyklu i mam na razie takie wnioski:
- gdzieś na poziomie odczucia "fałszuje" mi narracja. Jakbyś nie szukała oryginalności, tylko szła szerokim traktem narratora dziecięcego z klasyki tej literatury. I mam wrażenie, że prześwituje ta gra, to nadgrywanie buzią w ciup dziecinny.
- masz świetny dar obserwacji codzienności i nadawania im rangi zdarzeń wyjątkowych i niesamowitych. Postaci są świetne i świetnie obserwowane.
- główna bohaterka - jej kreacja jest metodologią poznawania świata, jego opisu. Ale wydaje mi się, że czasami uciekasz z nią do frazesów, którymi wypełniasz zasadę kreacji świata. Nie wiem, do kogo mówisz, komu niesiesz opowieść. Wtedy zaczynam się nudzić w lekturze, bo rozpada mi się konstrukcja na hasła wychowawcze z powiastek Jachowicza. To co kapitalne w tej postaci, jej "zdziwienie" poznawcze zastępujesz tezą wychowawczą.

Myślę, że duży tekst w tej konwencji będzie trudny do łyknięcia. Staje się "ścianą" narracyjną. Czasami się odbijałam od tej ściany.
Ja bym ten tekst rozrzedziła, zdynamizowała o historie narracyjne.


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

Awatar użytkownika
eksinda
Pisarz
Pisarz
Posty: 153
Rejestracja: ndz 26 maja 2013, 22:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Z lasu nad jeziorem
Płeć: Kobieta

Postautor: eksinda » śr 10 lip 2013, 11:43

Bardzo dziękuję, chociaż przydałoby się kilka przykładów. Które momenty nudzą szczególnie? Jaki fragment zmienić? Chcę się uczyć od Mistrzyni :wink:



Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » śr 10 lip 2013, 11:48

eksinda pisze:Chcę się uczyć od Mistrzyni :wink:

Nie jestem ta na M. I nie uczę - ino czytam i dzielę się spostrzeżeniami

[ Dodano: Sro 10 Lip, 2013 ]
Tu nie chodzi zresztą o zmianę konkretnego fragmentu.
Na pewno powinnaś się skupić na akapitach - na podziale tekstu na cząstki narracyjne i nadać im miejsce na osi konstrukcyjnej opowiadanego świata.
eksinda pisze:Urodziłam się jako czwarte, dość późne dziecko moich rodziców.
Niania zajmująca się dotychczas moim rodzeństwem w porę zorientowała się w sytuacji i wzięła nogi za pas. Podobno zamierzała wyjść za mąż, ale ja uważam, że po prostu nie miała ochoty na spotkanie ze mną.

Koniec akapitu, czyli cząstki znaczeniowej fabuły. Uwagę odbiorcy przenosisz na nieobecną w momencie narodzin nianię, a wątek przestaje być istotny, jakbyś zapomniała po co wprowadzasz tę postać. Nie wiem, jaką funkcję pełni ta rzekomo wychodząca za mąż niania.
Czyli - albo wypełniasz, pogłębiasz ważną, bo inicjującą poznanie, opowieść o niani, albo eliminujesz w ogóle motyw, skoro nic nie wnosi.
Nawet sama narratorka nie bardzo wiedziała, jak się przerzucić do wątku po " zniknięciu niani" :

eksinda pisze:No, więc jestem na świecie. Występuję na razie w charakterze niespodzianki dla starszego rodzeństwa, które właśnie wróciło z wakacji. Zapomniałam powiedzieć, że urodziłam się w porze dojrzewania śliwek. Tych prawdziwych, jakie rosły w naszym ogrodzie. Przez kilka następnych lat, pytana o datę urodzin, odpowiadałam: „Jak są śliwki”. Termin ścisły i podany obrazowo.
.
Na czerwono podkreśliłam rewelacyjne zdanie w tym monologu narracyjnym. Ono niesie ze sobą przestrzeń i późnych urodzin,i motyw nadchodzącej jesieni, i jakiś mit dzieciństa zanurzonego w Przyrodzie. Potem psujesz zdaniem niejasnym gramatycznie i logicznie - bo do jakich nieprawdziwych śliwek odnosisz się w porównaniu? Następne zdania też wprowadzają niekontrolowany chaos - od zdania gramatycznie niepoprawnego, uzasadnionego językiem dziecka, po dorosłą ironię z dziecinnego rozumienia świata (też zresztą zdanie na siłę).

Wniosek - moim zdaniem brakuje panowania nad dramaturgią narracji i perspektywą narracyjną. Ponieważ w zamyśle jest dwugłos poznawczy (dziecko w czasie zdarzeń i dorosły w komentarzu), chaos ten działa przeciwko odbiorcy, jakby obijał się o wątki, motywy z grubsza narracyjnie usytuowane.


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

Awatar użytkownika
eksinda
Pisarz
Pisarz
Posty: 153
Rejestracja: ndz 26 maja 2013, 22:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Z lasu nad jeziorem
Płeć: Kobieta

Postautor: eksinda » śr 10 lip 2013, 21:53

Jednak jesteś na M, bo od razu zauważasz to, co mnie trzeba pokazać palcem :( . Może jeszcze stuknąć w głowę, żebym pomyślała, co z tym uczynić. Mam już pewien pomysł na poprawienie. Dzięki ;D




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości