Badania [psychologiczne ekoSF]

1
Witam serdecznie.
Bardzo bym chciała znać Wasze opinie na temat mojego debiutu. Myślę, że doszłam do punktu w którym sama nie jestem obiektywna i bardzo przydadzą mi się wszelkie wskazówki.

Kilka uwag:
• Tekst może być nie zrozumiały dla osób poniżej ± 16 lat (takich, które nie skończyły liceum) lub nie bardzo radziły sobie/ nie pamiętają materiału z biologi. Starałam się jednak wszystko w miarę logicznie wyjaśnić.
Tekst zawiera minimalną dawkę okrucieństwa. Osobom wrażliwym na punkcie eksperymentów nad zwierzętami i znęcania się nad ludźmi nie polecam. Zaznaczam jednak, że NIE ma drastycznych scen.
• Główny bohater, Standmeir, lubi powtarzać słowa. Wińcie jego ;)
• Osoby nie zainteresowane biologią mogą się odrobinę nudzić.
• Tak, immunologia jest moją pasją ;)

Badania


- Źle! Absolutnie źle! - głośne skrzeczenie z ostatniego piętra słychać było w całym budynku - Młoda damo, jeśli natychmiast nie pojawisz się na górze, pokroję twoje ciało na kawałki! Maluteńkie kawałeczki! - pieklił się starzec - I zaleje kwasem solnym każdą, najmniejszą komóreczkę!

Zasypana zużytymi chusteczkami Dona, ostatni raz wydmuchała nos i psiknęła do każdej dziurki w nosie dawkę z przeciwhistaminowego aerozolu. Czerwony od ciągłego tarcia nos nareszcie wydawał się wolny.

Zmiatając ręką wszystkie brudy do kosza, błyskawicznie zerwała się na nogi, przypadkiem przewracając drewniane krzesło. Nie przejęła się tym jednak. Profesor, choć był człowiekiem miłym i wyrozumiałym, bardzo nie lubił czekać. Jeszcze przed wejściem do laboratorium słychać było stukot drewnianych chodaków regularnie powiększających ubytki w kamiennych schodach.

Profesor Standmeir od zawsze zastanawiał się, dlaczego zatrudnił właśnie tę dziewczynę. Pierwszoroczna studentka biologi, której wiedza pozostawiała wiele do życzenia, nie nadawała się na asystentkę. Tylko osobowość dziewczyny skłaniała go do wypisywania kolejnych czeków. Trudno było gdziekolwiek znaleźć tak elastyczną, zaangażowaną w pracę i posłuszną dziewczynę, która potrafiła biernie obserwować i bez słowa skargi wykonywać polecenia. Większość doświadczonych badaczy żądałaby udziału w podejmowaniu decyzji, a studenci - wykładów i dzielenia się tajemnicami. Niewielu rozumie, że mężczyzna w pewnym wieku musi mieć swobodę, szczególnie gdy, nie bez wyrzeczeń, na nią zapracował.
Jednak czasami gdy wpadała z impetem na drzwi, otwierając je ciężarem ciała i uśmiechając się przepraszająco, powątpiewał we własną inteligencję.

"Muszę się jeszcze raz zastanowić nad kwestią asystenta"

Donatella nawet jak na dziewczynę była wyjątkowo drobniutka. Ciemne oczka, farbowane na mleczną czekoladę włosy i małe śmieszne stópki sprawiały, że bliżej jej było do dziecka niż kobiety. Uwielbiała wzorzyste, nowomodne ubrania z kolorowych gazet, które wyróżniały się na tle sterylnego, białego wystroju laboratorium. Zawsze spod fartucha wystawała kwiecista spódnica do kolan, a włosy, zamiast zapuszczone do odpowiedniej długości i spięte gumką, miała zakleszczone pomiędzy zębatkami kolorowych, błyszczących spinek. Zdecydowanie nie przejmowała się konwencjami.

Przybywając na polecenie profesora do maleńkiego miasteczka, wzbudziła wśród tutejszych niemałą sensację. Na wstępie została oskarżona o nieskromność i ekstrawagancję, a ksiądz z ambony niezbyt subtelnie wygłosił kazanie na temat odpowiedniego ubioru wśród parafian tydzień po przybyciu dziewczyny. W poczekalni u doktora Rossenberga nadano jej miano 'Miastowej Dziewczyny'. Podobno pomysłodawczynią przezwiska była ruda staruszka ze spożywczego, u której Dona regularnie robiła zakupy.

Jednak dla profesora była źródłem inspiracji i żywym dowodem na różnice wewnątrz gatunkowe. Sam nie wiedział, dlaczego biolodzy tak upierają się przy braku podziału Homo sapiens sapiens. Przecież koty pozwalają dzielić nawet ze względu na futro. Nikt nie jest w stanie wmówić mu, że fakt, że Donatella ma podobny genotyp, czyni ich równymi intelektualnie czy chociażby fizycznie. Udowadniała mu to każdego dnia, jak - na przykład - w tej chwili.

Asystentka już miała stanąć oko w oko z przełożonym, gdy nagle potknęła się o wystającą kratkę ściekową. Runęła do przodu w wyciągniętymi przed siebie rękoma i zaskoczoną miną, jakby kratka nie była tam od zawsze.
Z hukiem uderzyła o ziemie. Zatrzęsły się wszystkie próbki, cicho brzmiąc w powietrzu niczym dzwoneczkowa orkiestra.
Profesora od pierwszej sekundy wiedział, że nic jej nie będzie. Wszystkie odruchy zadziałały prawidłowo i odpowiednie części ciała złagodziły upadek. W chwili obecnej bardziej podziwiał nadzwyczajną pracę mózgu, niż przejmował się obitymi kolanami asystentki.
Usilnie starał się nie skupiać na wydarzeniu. Gdzieś w głowie pojawił mu się obraz, dziewczyny z bardzo cennymi próbkami w dłoni, potykającej się o własną stopę...

"Zbyt przerażające, aby o tym myśleć" uznał.

Oszczędzając sobie widoku podnoszącej się dziewczyny, uniósł podbródek i siląc się na spokój, zamknął oczy. Gdyby Najwyższy dawno go nie opuścił, a taki los spotykał wszystkich mniej lub bardziej szalonych naukowców, pewnie poprosiłby o odrobinę cierpliwości.

Gdy dziewczyna wstała, a wzorzysta kolorowa sukienka, tak bardzo wyróżniająca się na tle szarego kamienia, została starannie otrzepana, profesor zaczął cichym, poirytowanym tonem:

- Możesz mi powiedzieć, dlaczego ta tkanka jest ciepła? - zaczął reprymendę - Wyobraź sobie, że wchodzę dzisiaj rano do laboratorium, jak to mam w zwyczaju każdego ranka. Patrzę i patrzę. Nawet ładnie, bo podłoga czysta, a wszystkie próbki przygotowane i włożone do segregatorów. Aż chciało mi się powiedzieć: "Ale mam przykładną asystentkę". Absolutnie tak chciało mi się powiedzieć. - zapewniał gorąco - Patrzę dalej. Wszystko w najlepszym porządku. Flaszeczki pozakręcane i poustawiane alfabetycznie, ciała gryzoni w chłodni opisane w najdrobniejszych szczegółach. Krew pobrana, wszystkie badania na drugim poziomie zrobione. Aż sobie pomyślałem: "Ciężko pracowała". Absolutnie tak sobie pomyślałem. I wyobraź sobie, młoda damo, że podchodzę do blatu, patrzę, a tam tkanka. Świeżutka, dopiero co pobrana tkanka. Oznakowana! Jak się cieszę. Absolutnie się cieszyłem. - zniżył głos - Dopóki nie dotknąłem kawałka. Ciepła! Była ciepła! Ile razy mam tłumaczyć, że tkanki muszą być zimne!? Gdyby twój mózg miał temperaturę pokojową, co byś zrobiła? Nic! Ponieważ byś nie żyła, młoda damo! - w jednej chwili się uspokoił, przechodząc do pouczającego tonu - Chore tkanki są kluczowym elementem każdego projektu, a także cudem natury, nie powinno się ich zostawiać na noc ot tak.

- Przepraszam - powiedziała cieniutkim głosem.

- Już dobrze. Jeszcze dziś pobierzemy nową. - westchnął zrezygnowany - zmienia nam to jednak plany. Przygotuj niedużego gryzonia. Dorosłego, nie więcej niż dwadzieścia gramów.

- Się robi, szefie. - uśmiechnęła się zadowolona i w mgnieniu oka była już w drugim pokoju, odsłaniając wielką zasłonę, za która mieściło się maleńkie zoo.

Każdy gatunek, a było ich całkiem dużo, miał własną klatkę. Największą miały węże, oddzielone od siebie siatkami, przebywały w suchym piasku lub pośród egotycznego buszu zieleni. Niewielkie gady, owinięte wokół starych konarów lub wygrzewające się na ciepłych od lamp kamieniach, nie wydawały się być przejęte nowym źródłem światła. Wprost przeciwnie, ich silne prężne ciała pozostawały w słodkim bezruchu aż do wieczora, gdy spotykała ich niezasłużona kolacja. Bardziej przejęte były gryzonie. Starannie obwąchiwały szklane szyby i włażące sobie nawzajem na głowy, aby uzyskać lepszy widok.
Czasem Dona zastanawiała się, co tak naprawdę wiedzą. Czy czują niebezpieczeństwo, czy martwią się o zaginione rodzeństwo? Gdzieś w środku, pośród wielu wątpliwości, była jednak pewna, że choć starannie dezynfekowane pomieszczenie było praktycznie bezzapachowe, z daleka czują śmierć pobratymców.

Z czułością głaskając szybkę, jeszcze na chwilę odwracając wzrok w stronę owadów.
Profesor zawsze z wielkim podziwem wypowiadał się o ich nadzwyczajnej prostocie budowy, która pozwoliła im wykształcić mechanizmy, na które żaden ssak nie mógłby sobie pozwolić. W laboratorium było multum owadów, może nawet setkę razy więcej niż innych zwierząt. Większość z nich była wielka i obrzydliwa, o pustych oczach nie zdradzających obecności nawet krzty rozumu. Poruszały się mechanicznie, jak maszyny machając czułkami w tył i w przód, a ich odnóża zabierały je w zupełnie bezcelowe podróże po niewielkiej klatce.
Dziewczyna zdawała sobie sprawę z niedorzeczności własnych myśli. Wszak istniało prawdopodobieństwo, że małe, słodkie myszki które tak chętnie dawały się pieścić w zamian na kolorowe ziarenka, czuły niewiele więcej od wstrętnych insektów. Co więcej nawet rybki, niejednokrotnie bardziej paskudne i obrzydliwe, na widok Dony w porze posiłku z entuzjazmem podpływały do szyby.

- Co będziemy dzisiaj robić, profesorze?

Przechylając terrarium wyjęła małą, białą myszkę o czerwonych oczach, która spokojnie siedziała na rękach, nieświadoma przyszłości.
- Kontynuujemy autoimmunologię.

- Ostatni projekt nie wypalił? - podeszła do metalowej klatki, gdzie buszowała kolejna biała mysz odznaczona na karku czerwonym paskiem. - Żyje - twierdziła z przekonaniem. - Nie wydaje się chora...

- Udało się, moja droga. Przypatrz się uważniej.
- Jest spokojna - zauważyła - zbyt spokojna.

- W istocie. Zwężone drogi oddechowe. Jeszcze kilka godzin temu bardzo ciężko oddychała.
- Przecież to była minimalna dawka - oburzyła się.
- Właśnie. Wczoraj przygotowałem nową formułę. Połóż gryzonia na stole i przytrzymaj mocno.

Zwierzę zaczęło się wyrywać. Jednak wprawa zgranego duetu sprawiła, że nie minęła chwila, a w kark zwierzęcia wbiła się cieniutka igła i błyskawicznie wstrzyknęła czerwoną substancję.

Cały projekt zaczął się od żmudnych badań nad autoagresją, w których prawdę mówiąc uczestniczył tylko profesor, pozostawiając biednej asystentce brudną robotę w piwnicy. Każdego dnia wyciągała z lodówki setki maleńkich buteleczek przywiezionych z miasta. Choć opisane dokładnie, z całą gamą kodów i odznaczeń, Dona niezbyt dokładnie potrafiła określić ich zawartości. Czasem, przeszukując książki, żałowała, że nie miała możliwości poznać łaciny oraz dokończyć, chociaż w połowie, studiów, aby móc odrobinę uczestniczyć w badaniach i być pomocną dłonią, a nie tylko pomagierem. Na szczęście profesor miał zadbać o aspekt finansowy już w tym roku, a potem przyjąć absolwentkę na staż.

- Zaznacz gryzonia i opisz klatkę. Tu masz wzór - podał strzępek papieru, po czym odwrócił się w stronę drugiego stołu - Sprawdzałaś jak się mają się osobniki sprzed dwóch miesięcy?

- Jeszcze nie. Rentgen?
- Tak. Wyeliminujmy chore jak najszybciej.

Jeszcze jako licealistka Dona była pewna, że chorobami immunologicznymi nie da się zarazić. Przez wiele tygodni starała się dowiedzieć, czym jest czerwony płyn, który powoduje autoagresję komórek. Zalewany pytaniami profesor bez cienia współczucia dla młodego, ciekawego świata umysłu stwierdził, że nie ma czasu na wykłady dla amatorów i odwracał się w stronę mikroskopu. Minęło wiele stron grubych tomów i zbywanych pomrukami pytań, nim postawiła na swoim. Radość tylko podbudowywał fakt, że na samym początku usłyszała, że choroby układu odpornościowego nie są zakaźne. Punkt dla amatorów.

Nie przeszkadzało to jednak tak zmodyfikować - żeby nie powiedzieć skazić - warunki życia na kilka pokoleń, tak aby nie radzące sobie z otoczeniem organizmy zaczęły wariować. Praktykowali to do dzisiejszego dnia, aby dostarczać nowe osobniki do hodowli. Sam sposób był dziecinnie prosty. Do starannie odizolowanych klatek wpuszczali powietrze z tlenkami najróżniejszych metali oraz karmili je starannie spreparowaną przez siebie żywnością, którą - według polecenia profesora - mogła dotykać tylko w rękawiczkach i masce na twarzy. Każdego miesiąca urocze gryzonie wypychano, niczym nadziewaną kaczkę, połową tablicy Mendelejewa. Zdarzało się, że najsłabsze osobniki umierały, jednak pokrywało się to z wcześniejszymi założeniami. Projekt w piwnicy, choć niezwykle owocny, nie zajmował dużo czasu. Ogromną, wciąż powiększającą się liczbę gryzoni, badano co rok, aby każda z myszek miała szansę uczestniczyć w eksperymencie.

Dona uważała, że te badania to triumf nauki, chwila w której człowiek przewyższa naturę wielokrotnie. Gdy jednak podzieliła się swoim zdaniem z profesorem, ten głośno się zaśmiał. Ponieważ nie było to zachowanie codzienne, wręcz ocierało się o święto, starannie ubłagała o zdradzenie kilku tajemnic
.
- Człowiek jest niczym - powiedział wtedy, a zdanie zapadło w pamięć.

Pokazał worki pełne mysich ciał, które poza zasięgiem delikatnego wzroku dziewczyny, czekały w kolejce do pieca. Opowiedział o kolejnych procesach, nie kwapiąc się wyrzucić trudnych nazw z wypowiedzi i zawstydzić dziewczynę wiedzą.

Jednak jedno Dona zrozumiała idealnie. On czekał.

Czekał pokornie, niczym uniżony sługa biologi za którego się uważał, na odpowiedź natury na głośne wołanie. Prowadził badania na najlżejszych chorobach układu odpornościowego takich jak nadwrażliwość i niedokrwistość, bez kłopotu podtrzymując zwierzęta przy życiu. Badał i czekał.

Szybko zaczęły pojawiać się drobne mutacje. Przeprowadzano staranną, bardzo elastyczną selekcję, usuwając osobniki z defektami i chore na nowotwory. Regularnie także mieszano zwierzęta pomiędzy klatkami, aby nie dopuścić do osłabienia genetycznego.
Ponieważ mysz laboratoryjna, jak każda inna, jest w stanie co trzy tygodnie wydać niemałą gromadkę, kolejne pokolenia mijały. Z braku miejsca, zaczęto eliminować starsze, zdrowie gryzonie.
Gdy jednak wykryto anomalia, chory organizm transportowano na górę do laboratorium i pozwala rozmnażać z innymi, zdeformowanymi immunologicznie ssakami. Jeśli w między czasie, urodziło się zdrowe potomstwo, a niestety takie sytuacje również miały miejsca, wprowadzano autoagresywne białka rodziców. Przyjmowały się w czterdziestu procentach. O wszystkim opowiadał bezwiednie jakby właśnie nie przekraczał granic ludzkich możliwości. Jednak nawet jemu, człowiekowi o postawie stoickiej, zadrżał głos, gdy doszedł do przełomu - powstaniu limfocytów A.

Uznając, że zmiany zachodzą zbyt wolno, część obiektów doświadczalnych poddał niebezpieczniejszym czynnikom mutagennym. Śmiertelność, a przede wszystkim stosy mysich zwłok, wydawały się zapowiadać druzgocącą klęskę. Według Dony.

Jednak pewnego ranka, zanim niebo pozbyło się ognistych barw, profesor zawołał ją do siebie. Wydawał się kompletnie inny, oczy wprost wychodziły mu z orbit, a ręce drżały. Jakby przed chwilą świat stanął do góry nogami.

- To są limfocyty A, moja droga - przedstawił dumnie biały płyn w strzykawce - Podejdź do mikroskopu - polecił niecierpliwie.

Zwykłe limfocyty wyglądały jak przeźroczyste landrynki nadziewane kawiorem w ertrocytowym, czerwonym sosie.

Gdy podniosła się znad okularu, spojrzała profesorowi w oczy. Lśniły jak diamenty.
- Zobacz co się stanie, gdy dodamy limfocyty autoreaktywne. - powiedział podekscytowany.

Profesor spokojnie nabrał do strzykawki trochę białego płynu i ostrożnie wstrzyknął kilka kropelek na środek blaszki, tuż przed samym obiektywem.

Dona szybko przyłożyła oko i z zafascynowaniem obserwowała jak niebezpieczne, autoagresywne komórki są wprost pożerane przez większe i silniejsze limfocyty A.

- Właśnie jesteśmy na drodze do uleczenia wszystkich chorób autoimmunologicznych - szeptał w przestrzeń - Alergie, astmy, Hashimoto, reumatoidalne zapalenie stawów, stwardnienie rozsiane, nieswoiste zapalenie jelit, cukrzyca, toczeń, pęcherzyca, miastenia!

Dona nie zwracała uwagi na wykrzykiwane choroby. O większości z nich ledwie co słyszała.

Jednak atmosfera udzieliła się także jej. Głośno dudniące serce waliło jak szalone.
- Czy to działa? - zapytała podekscytowana.

- Na razie zbadałem tylko lżejsze schorzenia: astmę oskrzelową oraz niedokrwistość. Ale tak, moja droga! Absolutnie działa! Absolutnie!

Profesor mógł powtarzać, że człowiek jest niczym, zwykłymi marionetkami natury. Dona niezbyt w to jednak wierzyła. W chwili zwycięstwa nad przyrodą, gdy człowiek przewyższa Boga, była pewna, że ludzie zostali stworzeni do wyższych celów. To nie technologia przewyższyła naturę, to człowiek nauczył się nią sterować. Uczynił z niej matkę-niewolnicę, płaszczącą się przed własnymi dziećmi.

Ten dzień zapoczątkował tygodnie niezwykle intensywnych badań. Nawet profesor zrezygnował z prowadzenia angielskiego trybu życia, noce spędzając nad mikroskopem.
Ponieważ przez wiele tygodni węzły chłonne tylko kilku osobników zaczęły wytwarzać nowe limfocyty, profesor zdecydował, że będą je przekazywać innym osobnikom.
Profesorowi bardzo zależało na przebiegu badań in vivo.

Zaczęła się druga, pełna kolejnych stosów mysich zwłok, droga. Większość osobników umierała na wskutek zupełnie obcych i silniejszych komórek, które przeszczepione do obcych organizmów, nie potrafiły rozpoznać szkodliwych białych krwinek.
Jednak pośród tych, które przeżywały, tylko jeden na dziewięćdziesiąt osiem osobników pozostawał chory. Odrobinę jak rosyjska ruletka z wielkim magazynkiem na prawie setkę naboi albo zdanie logiczne. Istnieją dwie możliwość: prawda lub fałsz, życie lub śmierć.
Zdając sobie sprawę, że na badania bardzo znacznie spływa stopień pokrewieństwa, Dona musiała przeprowadzić staranną selekcję. Do dziesięciu pokoleń wyniki były fenomenalne.

Zdaniem Dony jedyne co im zostało, to robić więcej badań, ogłosić spektakularne wyniki i czekać na nagrodę Nobla. Głupio jej było nawet przed samą sobą, ale pod łóżkiem trzymała cały plik rysunków sukienki, w której - u boku profesora - będzie na gali rozdania. Przygotowała także konspekt przemowy i podziękowania dla starszej siostry Mel, po której odziedziczyła zainteresowanie medycyną.

Jeszcze tego wieczora, kiedy skończyła rysować wymarzone buty wieczorowe - wygodne i eleganckie - usłyszała wołanie profesora.
Minęła chwila nim znalazła go w pokoju do dezynfekcji. W rzeczywistości była to mała, bardzo szczelna komórka wyłożona od góry do dołu kafelkami ze szklanymi drzwiami. Na zewnątrz był panel sterowania, pozwalający na wpuszczanie do środka wszelkich gazów, a nawet czyszczenie światłem czy dźwiękiem. Często używali go do zatruwania roślin, czy nawet kąpania większej ilości zwierząt pod wodnymi natryskami.

- Natlenialiśmy kiedyś rośliny? - zapytał spokojnie.
- Nie, profesorze - odparła zdziwiona.
"Natlenianie roślin?"
- Zrobisz to dzisiaj. Włożysz do pokoju kilka roślin i wpuścisz im mieszankę powietrzną osiemdziesięciu procent tlenu...

Przez chwilę nie wiedziała co się działo. Poczuła drobne ukucie w ramię, po czym została brutalnie wepchnięta do pokoju dezynfekującego.

Upadła na twardą posadzkę.

- Profesorze! - krzyknęła zdezorientowana, słysząc dźwięk zatrzaskujących się drzwi.
Spojrzała w górę, na smukła sylwetkę pracodawcy. Trzymał w ręku prawie pustką strzykawkę z białym płynem.

"Limfocyty A..."

- Profesorze... - powtórzyła słabym głosem, niezdolna sformułować logicznej wypowiedzi.

W drobnej główce pojawił się wielki chaos i mieszanina nie łączących się ze sobą myśli. Nie czuła bólu kolan, ani łokcia po bolesnym upadku, ślepo wpatrywała się w postać za szkłem, przypatrującą się z ciekawością.

Po chwili podniosła się do pozycji siedzącej i niedbale odgarnęła włosy z twarzy.
- Dlaczego...? Przecież to niebezpieczne... Nie wiadomo czy się przyjmą... - zaczęła panikować.

- Z pewnością rozumiesz potrzebę dalszych badań. Gryzonie są bardzo podobną homologicznie do człowieka istotą, więc nie powinnaś się zamartwiać. Ponieważ jako alergiczka również posiadasz autoagresywny system odpornościowy, jesteś idealnym obiektem badań - wyjaśnił zimno.

- Co pan mówi?! - krzyczała z niedowierzaniem, choć do mężczyzny dochodziły stłumione dźwięki. - Nie jestem jakimś zatruwanym zwierzątkiem, to zwykły katar sienny!

- Wprost przeciwnie, moja droga - profesor zachował stoicki spokój - Twoja rodzina, wybacz dociekliwość, mieszka od pokoleń w wielkim mieście. Sprawdzałem wszystko. Twoja matka to dowód na szkodliwość palenia tytoniu, nie tylko z wyglądu. Musisz mi wybaczyć szczerość, ale po paczce dziennie, we krwi pływają ciężkie metale, a płuca ma niczym stary filtr.

- Jest pan szalony? Mogę umrzeć! Proszę mnie natychmiast wypuścić i zabrać do szpitala! - twarz nie kryła przerażenia - Jestem człowiekiem, nie zwierzątkiem laboratoryjnym! - gwałtownie wstała i uderzyła pięściami w szklaną szybę - Wypuść mnie stąd natychmiast!

Wytrzeszczone ze strachu oczy, zaczęły błyszczeć od napływających z bezsilności łez.

- Niech pan się opamięta, nie jest pan mordercą - usiłowała przemówić mu do rozsądku.
Ale ten nie słuchał.

- Jak pan może, jestem człowiekiem? - oparła się całym ciałem o drzwi.
Na myśl o rychłej śmierci, uginały się pod nią nogi. Powoli osuwała się po szklanej szybie.

- Człowiek jest niczym, moja droga.

###

Jak się podobało, co jest do poprawy, czy wszystko jest logiczne?
Zanim zacznę pisać następne, chciałabym nie popełniać staruch błędów.

Pozdrawiam

2
A więc drżyj, nadeszłam. ;)
Tekst jest prosty, przejrzysty, nie epatuje skomplikowanym słownictwem, a przekaz jest czytelny. Do plusów zaliczyłabym zdecydowanie język, który nie męczy czytelnika, pomimo tematyk, która mnie zaintrygowała. (choć o co tu tak naprawdę chodzi, to już kwestia Twojej intencji i mojej interpretacji)
Do minusów... właśnie... co zaliczyć do minusów? Inaczej chyba profesora i Jego asystentki opisać nie mogłaś, w tym wypadku trudno jest wyjść poza schemat. Wydaje mi się, że taki właśnie był Twój cel-w każdym razie sądzę tak po tym, jak potraktowano postać Dony. (drobna budowa, pewna niezdarność)
W sumie tekst podobał mi się. Tym bardziej, że potraktowanie asystentki jak zwierzę laboratoryjne byłoby niezłym pretekstem do rozważań nad naszym miejscem... no i nad systemami etycznymi. :)
Ale to już może moje skrzywienie i czysta nadinterpretacja?
Tak czy owak- naprawdę chciałabym dowiedzieć się, jak ta historia się skończy.
I mieczem traktować bełkot nawiedzonych metafizyków...

3
Jako drżący debiutant chce mi się powiedzieć: o kurcze. ;)
Rzeczywiście, trochę mało twórczo, skorzystałam z kanonu, jeśli chodzi o postacie. Mistrz i uczennica. I rzeczywiście, mam obsesje na punkcie wyższego przekazu.
Tak się cieszę, że zostałam dobrze zrozumiana, że zastanawiam się jaka jest tego przyczyna: mojego opisu, prywatnej interpretacji czy określenia gatunku w temacie [psychologiczne ekoSF]?

Bardzo dziękuje za pomoc

4
Sama powiem: O kurcze, trafiłam! :)
A tak serio- to, że zostałaś zrozumiana przez istotkę, która z pracą w laboratorium nie ma nic wspólnego (choć biologią nie gardziła) zawdzięczasz tylko i wyłącznie własnemu talentowi. Gdybyś to samo przekazała w formie referatu, zanudziłabyś wszystkich na śmierć.
A tak czekam niecierpliwie na dalszy ciąg tej opowieści.
I mieczem traktować bełkot nawiedzonych metafizyków...

5
Zasypana zużytymi chusteczkami Dona, ostatni raz wydmuchała nos i psiknęła do każdej dziurki w nosie dawkę z przeciwhistaminowego aerozolu. Czerwony od ciągłego tarcia nos nareszcie wydawał się wolny.
Powtórzenia. Nie musisz pisać, że były to dziurki w nosie, skoro wydmuchała nos.
Zmiatając ręką wszystkie brudy do kosza, błyskawicznie zerwała się na nogi
Zrywanie się jest z definicji błyskawiczne.
Poza tym pokracznie: zmiata brudy i zrywa się jednocześnie. Może na odwrót: zerwała się, jednocześnie zmiatając brudy - zastanów się, która z tych czynności ma większe znaczenie.
przypadkiem przewracając drewniane krzesło.
W moim odczuciu zbędna informacja.
Zamiast "przypadkiem" napisz "niechcący" – unikniesz aliteracji. Choć z kontekstu wynika, że nie przewróciła tego krzesła specjalnie, więc można sobie to dopowiedzenie darować.
Jeszcze przed wejściem do laboratorium słychać było stukot drewnianych chodaków regularnie powiększających ubytki w kamiennych schodach.

Chodaki to chodaki, wiadomo, że drewniane. Do tego powtórzenie – dwa zdania wyżej masz drewniane krzesło.
Tutaj też bez sensu: mamy chodaki i kamienne schody – chodaki stukają. Piszesz, że jeszcze przed wejściem do laboratorium, jakby to było dziwne. No bo dlaczego miałyby stukać dopiero w laboratorium?
"Zbyt przerażające, aby o tym myśleć" uznał.
...aby o tym myśleć - uznał.
Albo cudzysłów, albo kursywa. Nie jedno i drugie.
Profesor Standmeir od zawsze zastanawiał się, dlaczego zatrudnił właśnie tę dziewczynę. Pierwszoroczna studentka biologi, której wiedza pozostawiała wiele do życzenia, nie nadawała się na asystentkę. Tylko osobowość dziewczyny skłaniała go do wypisywania kolejnych czeków. Trudno było gdziekolwiek znaleźć tak elastyczną, zaangażowaną w pracę i posłuszną dziewczynę, która potrafiła biernie obserwować i bez słowa skargi wykonywać polecenia.
Piszesz, że zawsze się zastanawiał, a za moment wyłuszczasz powody, dla których ją zatrudnił.
Raczej zatrudnił ją, pomimo braku wiedzy, ponieważ była taka a taka... No bo przecież chodzi o to, że zna powody, tylko czasem zastanawia się, gdzie miał rozum kiedy podejmował tę decyzję.
Nikt nie jest w stanie wmówić mu, że fakt, że Donatella ma podobny genotyp
że... że...
Czy czują niebezpieczeństwo, czy martwią się o zaginione rodzeństwo?
Rym.
Z czułością głaskając szybkę, jeszcze na chwilę odwracając wzrok w stronę owadów.
Czyli co? - jako osobne zdanie, nie ma to sensu.
Jednak wprawa zgranego duetu sprawiła, że nie minęła chwila, a w kark zwierzęcia wbiła się cieniutka igła i błyskawicznie wstrzyknęła czerwoną substancję.

Nie igła wstrzyknęła, tylko przez igłę wstrzyknięto.
Choć opisane dokładnie, z całą gamą kodów i odznaczeń, Dona niezbyt dokładnie potrafiła określić ich zawartości.
Zawartość.
Czasem, przeszukując książki, żałowała, że nie miała możliwości poznać łaciny oraz dokończyć, chociaż w połowie, studiów
Dokończyć w połowie?
Pokazał worki pełne mysich ciał, które poza zasięgiem delikatnego wzroku dziewczyny, czekały w kolejce do pieca.
Delikatnego wzroku?!
Opowiedział o kolejnych procesach, nie kwapiąc się wyrzucić trudnych nazw z wypowiedzi i zawstydzić dziewczynę wiedzą.
Z tego zdania wynika, że nie kwapił się także zawstydzić dziewczyny wiedzą.
...zawstydzając dziewczynę wiedzą.
Jednak jedno Dona zrozumiała idealnie. On czekał.
Idealnie: On czekał.
Czekał pokornie, niczym uniżony sługa biologi za którego się uważał
Nie "niczym" – uważa się za sługę, więc do czego to porównanie? Raczej, jak na uniżonego sługę przystało.
na odpowiedź natury na głośne wołanie.
na... na... na...
Z braku miejsca, zaczęto eliminować starsze, zdrowie gryzonie.
Wiadomo.
Gdy jednak wykryto anomalia, chory organizm transportowano na górę do laboratorium i pozwala rozmnażać z innymi
Wiadomo.
Jeśli w między czasie, urodziło się zdrowe potomstwo, a niestety takie sytuacje również miały miejsca
Miały miejsce.
Jednak nawet jemu, człowiekowi o postawie stoickiej, zadrżał głos, gdy doszedł do przełomu - powstaniu limfocytów A.
Brzydko. Może: nastąpił przełom.
Profesor mógł powtarzać, że człowiek jest niczym, zwykłymi marionetkami natury.
Ludzie są marionetkami, a człowiek jest marionetką.
W drobnej główce pojawił się wielki chaos i mieszanina nie łączących się ze sobą myśli.
Nie jedno i drugie – obie rzeczy to to samo.
Nie czuła bólu kolan, ani łokcia po bolesnym upadku
Powtórzenie w tym zdaniu, to najmniejszy problem. Głównym problemem jest brak logiki: skoro nie czuła bólu, to upadek nie był bolesny.
ślepo wpatrywała się w postać za szkłem, przypatrującą się z ciekawością.
Czyli co? Coś tu się zgubiło.
Po chwili podniosła się do pozycji siedzącej i niedbale odgarnęła włosy z twarzy.
Nie mogła usiąść? Po prostu? Nie przesadzam, ale co tekst, to ktoś się podnosi do pozycji siedzącej...


Co na plus:
Największą zaletą tekstu jest jego nieprzegadywanie. Ładnie operujesz słowem.
Druga sprawa to bohaterowie, a przynajmniej profesor – jest wiarygodny w swym okrucieństwie – przekonałaś mnie. Z dziewczyną trochę inaczej – wpierw opisujesz ją, jako osobę niezdarną, gdzieś się owa niezdarność po drodze zgubiła. Dajesz bohaterkę dobrze poznać, ale pierwsze wrażenie powinno być zachowane - dziewczyna tak nagle nabrałaby gracji?

Co na minus:
Masz problem z logiką w zdaniach. Niektóre fragmenty są zagmatwane, ja wiem, co chcesz powiedzieć, ale tylko dzięki domysłom.
Niektóre zdania są strasznie pogmatwane. Czasem lepiej użyć trzech krótszych zdań, niż jednego superskomplikowanego, zwłaszcza, że łatwo popełniasz w takich błędy.
Nie najlepiej też Ci wychodzi operowanie liczbą mnogą i pojedynczą - masz z tym problem.
Interpunkcja także do poprawy.


Nie jest źle. Trochę wysiłku i będzie dobrze.
Pozdrawiam.
Ostatnio zmieniony pn 17 maja 2010, 06:35 przez mamika6, łącznie zmieniany 1 raz.

6
Bardzo dziękuję za ocenę. Z perspektywy czasu widać kilka błędów. Mam problem z logiką i powtórzeniami, muszę to oczywiście poprawić.
Nie mogła usiąść? Po prostu?
Może mogła. Ale podniesienie się to proces w górę, takie znaczenie trochę symboliczne. Potem poprawia włosy. Następuje moment w którym bohater próbuje zwalczyć przeciwności.
Chodaki - rodzaj prostego obuwia ze skóry lub kory lipowej, noszone od niepamiętnych lat.
Tak wyczytałam na wiki, tak napisałam. I nie musisz mnie przestrzegać, wiem, że na Wikipedię trzeba uważać. Po prostu ostatnio w gazetach jest powrót chodaków więc uznałam, że bohaterka powinna mieć coś modnego. I przyznam - nigdy nie miałam na sobie chodaków.
Powtórzenie w tym zdaniu, to najmniejszy problem. Głównym problemem jest brak logiki: skoro nie czuła bólu, to upadek nie był bolesny.
Chciałam napisać, że upadek był bolesny, ale tego nie czuła, bo była tak przejęta. Nie wyszło. :)
No bo dlaczego miałyby stukać dopiero w laboratorium?
W tym sensie: nie było dźwiękoszczelnych drzwi.

Sporo roboty jeszcze przede mną, ale uważam, że to bardzo pouczające. To aż dziwne, że tyle razy czytałam ten tekst i nie zauważyłam takich błędów.
Druga sprawa to bohaterowie, a przynajmniej profesor – jest wiarygodny w swym okrucieństwie – przekonałaś mnie. Z dziewczyną trochę inaczej – wpierw opisujesz ją, jako osobę niezdarną, gdzieś się owa niezdarność po drodze zgubiła. Dajesz bohaterkę dobrze poznać, ale pierwsze wrażenie powinno być zachowane - dziewczyna tak nagle nabrałaby gracji?
Wiesz, co jest zabawne? Oddając tekst miałam wprost przeciwne wrażenie. Standmeir to miły człowiek, pasjonat, tak łatwo wybacza pomyłki Donie. Az się zastanawiałam, czy nie jest zbyt okrutny.
Co do asystentki - taki miałam cel. Wszyscy łączą niezdarność z głupotą. Ona po prostu ma kłopoty z koordynacją ruchową, ale jest inteligentną(lubi biologię, chce porowadzić badania i się uczyć), młodą (strój, usposobienie, zachowane, słownictwo), wrażliwą (tu kwestia zwierząt w klatkach) osobą. W kwestii Dony źle zostałam zrozumiana. Chciałabym wiedzieć tylko dlaczego. Powtórzenia, błędy itp. da się poprawić, ale źle opisanego bohatera nie.
Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam.

7
Co do asystentki - taki miałam cel. Wszyscy łączą niezdarność z głupotą. Ona po prostu ma kłopoty z koordynacją ruchową, ale jest inteligentną(lubi biologię, chce porowadzić badania i się uczyć), młodą (strój, usposobienie, zachowane, słownictwo), wrażliwą (tu kwestia zwierząt w klatkach) osobą. W kwestii Dony źle zostałam zrozumiana. Chciałabym wiedzieć tylko dlaczego.
W kwestii Dony zostałaś zrozumiana dobrze. Inteligenta, wrażliwa - tak, to jest widoczne. Chodzi tylko o tę drugą sprawę: niezdarność. Jest ona widoczna (bardzo wyraźnie!) tylko na początku tekstu, potem już nie - jakby bohaterka nagle nabrała gracji. Niezdarność powinna być obecna przez cały czas, tak jak inteligencja. Jeżeli popuścisz jej na tej niezdarności to szala przeważy się na drugą stronę. W efekcie będzie bohaterka, której raz się zdarzyło przewrócić, ale nie ogólnie niezdarna.
No bo dlaczego miałyby stukać dopiero w laboratorium?
W tym sensie: nie było dźwiękoszczelnych drzwi.
Od początku narrator jest przy bohaterce. Jesteśmy Doną, idziemy korytarzem i stukamy. Słyszelibyśmy ten stukot nawet gdyby drzwi przed nami były dźwiękoszczelne - przecież to my stukamy.
Zmiatając ręką wszystkie brudy do kosza, błyskawicznie zerwała się na nogi, przypadkiem przewracając drewniane krzesło. Nie przejęła się tym jednak. Profesor, choć był człowiekiem miłym i wyrozumiałym, bardzo nie lubił czekać. Jeszcze przed wejściem do laboratorium słychać było stukot drewnianych chodaków regularnie powiększających ubytki w kamiennych schodach.
To w ogóle powinien być nowy akapit, podpięty pod profesora - stoimy w laboratorium i słyszymy stukot butów Dony, dlatego że drzwi nie są dźwiękoszczelne (może warto wspomnieć, czytelnik to nie telepata).

8
Mamika6 wyłapała bardzo dużo błędów. Ja głównie zwrócę uwagę na problemy, zagadnienia, niż na konkretne przykłady.

Primo: powtórzenia. To zdanie z nosem jest po prostu posągowym przykładem, ale nie jedynym. Wpadki dość częste.
Dalej przecinki. Powiem tak - rażących błędów w tym zakresie było tylko parę (jakiś brak przed "za którą" czy "na którą"), ale ogólnie masz tendencję do dość dziwnego cięcia zdań. To nie są błędy sensu stricte, ale utrudniają odbiór. To wynika chyba z dość pokręconych zdań. Masz ładny, zwięzły język, ale momentami przekombinowujesz. Stąd potrafią wyskakiwać takie kwiatki:
Do starannie odizolowanych klatek wpuszczali powietrze z tlenkami najróżniejszych metali oraz karmili je starannie spreparowaną przez siebie żywnością
Karmili powietrze? No to fajnie :D [o i od razu powtórzenie "starannie"]

I do tego zapis dialogów. Chodzi mi o to, kiedy piszemy wielką, kiedy małą literą, co i jak. W Internecie jest sporo porad tego dotyczących - powinnaś je sobie przyswoić.

Pojawiło się też kilka nielogiczności, z których jedna szczególnie zapadła mi w pamięć. Piszesz, że profesor wybrał sobie Donę, bo była oddana, nie wymagała "wykładów i dzielenia się tajemnicami" itp. A przy Donie piszesz, że zasypywała go pytaniami. Chyba że coś źle zrozumiałam.

A teraz do rzeczy.
Warsztat warsztatem - piszesz przyjaźnie dla czytelnika, więc wszelkie błędy da się wyeliminować (ciężką) pracą - a i tak liczy się fabuła.
Powiem tak: gdyby czymś takim raczyli mnie na biologii, to nie byłby to mój znienawidzony przedmiot w gimnazjum i liceum.
Ciekawy, wciągający tekst, mimo że pewnie z naukowego punktu widzenia go nie zrozumiałam. Lubię schemat mistrz i uczeń - po prostu. Może nic w tym odkrywczego, ale ma swój urok.
Profesor jako mistrz jest super - podoba mi się to, jak go opisałaś. Jest wyrazisty, ma charakter. Mnie zaskoczyło to, co zrobił, ale nie było to takie rozwiązanie deus ex machina, żebym nie była w stanie go zaakceptować.
Co do Dony też szło ci nieźle. Podobała mi się jej niezdarność, zaangażowanie. Czasem w niektórych naukach, chyba podobnie się czuję, więc może to dlatego ;) . Tylko końcówka. Przez cały tekst Dona reaguje naturalnie, ciekawie, przed moimi oczami rysuje się pewien konkretny obraz, aż do momentu, kiedy profesorek robi z niej "królika doświadczalnego". Nie, reakcje nie są złe z psychologicznego punktu widzenia.
Zazgrzytała mi ich filmowość: tłumiąca dźwięki laboratoryjna szyba, dziewczyna rzucająca się do niej, błagająca "o litość" i w końcu osuwająca się (przesuwając rozczapierzoną dłonią po szkle :P ) na ziemię. Wobec ogólnej pewnej niekonwencjonalności tekstu (chodzi mi o nagromadzenie fachowego słownictwa, przy jednoczesnym niezanudzeniu) ostatnia scena mi nie pasowała.

Ocena końcowa jak najbardziej na plus.
Musisz co nieco dopracować (a kto nie? :P ), ale jesteś na dobrej drodze. Umiesz wykreować żywe, nie papierowe, postaci - a to jest dla mnie bardzo ważne.

Pozdrawiam,
Ada
Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"


Strona autorska
Powieść "Odejścia"
Powieść "Taniec gór żywych"

9
Tekst ogólnie dobry, choć nie ustrzegłaś się kilku drobnych błędów, które jednak nie rzutują aż tak bardzo na pozytywny ogólny odbiór całości. Widać talent ;-)

Primo:
Czy czują niebezpieczeństwo, czy martwią się o zaginione rodzeństwo?
Tutaj rym bardzo kłuje w oczy. Ogólnie nie lubię rymów w książkach, czego wyrazem jest to, że nigdy nie potrafiłem znieść Pana Tadeusza czy dzieł Byrona.

Secundo: Trochę za dużo powtórzeń, ale to mnie jakoś szczególnie nie razi.

Tercio:
Po chwili podniosła się do pozycji siedzącej
Trochę razi takie niepotrzebne rozbudowanie kwestii.

Ale ogólnie: dobra piąteczka i powodzenia w przyszłości ;-)

10
Dziękuję bardzo za ocenę. Jest to dość stary tekst (kwiecień), od tego czasu dużo ćwiczyłam, ale wzięłam sobie wszystkie uwagi do serca. Zdecydowanie uproszczę język i będę się pilnować z powtórzeniami.
Pojawiło się też kilka nielogiczności, z których jedna szczególnie zapadła mi w pamięć. Piszesz, że profesor wybrał sobie Donę, bo była oddana, nie wymagała "wykładów i dzielenia się tajemnicami" itp. A przy Donie piszesz, że zasypywała go pytaniami. Chyba że coś źle zrozumiałam.
Dobrze zrozumiałaś. Ona pytała, a on nie czuł obowiązku odpowiadania. Nie miała aż takiej siły przebicia oraz uporu.
aż do momentu, kiedy profesorek robi z niej "królika doświadczalnego". Nie, reakcje nie są złe z psychologicznego punktu widzenia.
Lubię kontrast. To pewnie dlatego. Poza tym ciężko opisać inaczej sytuację w której ktoś chce cię zabić.
Zazgrzytała mi ich filmowość: tłumiąca dźwięki laboratoryjna szyba, dziewczyna rzucająca się do niej, błagająca "o litość" i w końcu osuwająca się (przesuwając rozczapierzoną dłonią po szkle :P ) na ziemię. Wobec ogólnej pewnej niekonwencjonalności tekstu (chodzi mi o nagromadzenie fachowego słownictwa, przy jednoczesnym niezanudzeniu) ostatnia scena mi nie pasowała.
Dobrze, że to usłyszałam. Właśnie dlatego Weryfikatorium ma taką moc. Dla mnie nie ma tu ani jednego słowa 'fachowego', cały tekst wydaje mi się lekki i przyjazny. Chciałam właśnie uniknąć numerowania (to jest dopiero czad w immunologii) i opisów reakcji. Zatraciła mi się granica pomiędzy moją wiedza, a przeciętnego czytelnika. W moim odbiorze jest to połączenie emocji i powszechnej wiedzy. Kontrast.
Poza tym cieszę się, że całość była przyjemna w odbiorze.

Zgadzam się jednak z ta inspiracją z kinematografii. Musze się przyznać, że nie wiedziałabym jak to inaczej opisać. Jako dziecko telewizji mam takie wyobrażenie, co chyba się już nie zmieni.

Bardzo dziękuję Adrianie i Krytykowi.

Te oceny bardzo przydadzą mi się przy jednym z nowszych opowiadań w którym znów wróciłam do hard sc-fi. Inspirowane pewnym filmem sc-fi w którym przeszczepiają chłopakowi oczy wilka i staje się wilkołakiem. Filmu nie polecam ;), ale sam pomysł kseno-transplantacji jest super. Oczywiście pominę tę część z wilkołakiem i podaniami. Prawie to rozgryzłam.

Tak na marginesie, co myślicie o hard sc-fi? Fajnie, niefajnie, potrzebne czy nie potrzebne? "Po co mi to skoro i tak nie wiem o co chodzi."
ODPOWIEDZ

Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”