Obrazek
    :arrow: Zasady konkursu 18+

  • duży słoik miodu porzeczkowego do wygrania!
  • na opowiadania z wątkiem erotycznym czekamy do 22 sierpnia

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Weryfikator, Poetyfikator, Moderator, Zaufani przyjaciele

Awatar użytkownika
Kalikst
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pt 24 sty 2020, 23:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Kalikst » sob 25 sty 2020, 10:57

– Nie wiem czy zabieranie braciszka–zombie na pogrzeb to dobry pomysł… – rzuciła mama do naszej czwórki, gdy mknęliśmy prawym pasem z prędkością pewnie tylko odrobinę większą niż zdołałby rozwinąć traktor z przyczepą rolniczą. Każdy gapił się w swoją szybę, oprócz braciszka–zombie, który jak zwykle w podróży wbijał wzrok w drogę i prawie nie mrugał oczami.


– Myślę, że czternaście lat to odpowiedni wiek, żeby oswajać go ze śmiercią – powiedział tato, ale nikt się nie zaśmiał.


Za kierownicą siedziała mama, co stanowiło rzadki widok, ale pogrzeb wypadł siódmego lipca, a więc dwie siódemki, co zwykle u taty oznaczało kumulację szczęścia. Rano jednak tłumaczył nam, że w połączeniu ze śmiercią kogoś bliskiego takie ustawienie cyfr miało stanowić właśnie całkowity brak fortuny. Tato zarzekał się więc przy śniadaniu, że nie wsiądzie za kółko, ponieważ w najlepszym wypadku urwie drążek skrzyni biegów zanim wyjedziemy spod domu. W najgorszym zaś wypadku – będziemy jego uczestnikami, a przy tym co spotkało braciszka–zombie oraz przy dwóch siódemkach niosło spore ryzyko, że skończymy po prostu jako rodzina–zombie błąkająca się gdzieś na poboczu autostrady. Tego już nie dałoby się utrzymać w tajemnicy przed sąsiadami, miastem i ogólnie całym światem.


Kątem oka patrzyłem na tatę i widziałem, że byłby skłonny zaryzykować już ten wypadek, byleby tylko wcisnąć gaz do podłogi.


– Nie wiemy jak zareaguje – ciągnęła mama, jakby do siebie. – To jego pierwszy pogrzeb.


– Drugi – bąknął tata, nie odrywając oczu od bocznej szyby.


– Co prawda będzie cały czas w samochodzie, ale… Zaparkujemy przecież przy cmentarzu. W kapliczce będzie zimne ciało twojego wujka.


– A braciszek–zombie w aucie. Zamknięty.


Tato spojrzał na mamę, ale nie doczekał się odpowiedzi, więc dodał:


– Poza tym od kiedy braciszek–zombie żywi się umarłymi, co? Skąd w ogóle taki pomysł?! Nie mówiąc już o tym, że jadł kilka dni temu i nie jest to noc, a więc to nie pora jego aktywności!


Wskazał palcem w górę, chyba na wypadek, gdybyśmy nie zauważyli, że lipcowe słońce niemal wypalało dziurę w naszym kombi.


Choć klimatyzacja pracowała na pełnych obrotach, tato otworzył boczną szybę. W tylną kanapę dmuchnęło ciepłe, za to nie śmierdzące plastikiem powietrze.


– Boje się po prostu – powiedziała mama wrzucając kierunkowskaz – że bliskość całej ceremonii może mieć na niego zły wpływ.


– Nie wiesz czy będzie ciało. Może go skremowali.


– Boże, mam nadzieję. Straszny był z niego skurczybyk.


Mama zamilkła gryząc się pewnie w język. Ojciec spojrzał na nią, jakby w konfesjonale odpuszczał jej właśnie wszystkie grzechy.


– Czym się przejmujesz? – zapytał. – Masz zupełną rację. To był największy skurwiel, jakiego matka ziemia zesłała na nasz padół. Może zaraz po zbrodniarzach wojennych. Jeśli go nie spalili, to uwierz, że ja to zrobię na oczach wszystkich.


– Jeśli rzeczywiście go nie spalili – odezwała się Laura, która do tej pory sprawiała wrażenie, jakby była poza rozmową – to módlcie się, żeby braciszek–zombie nie wywinął jakiegoś numeru. I nie wyszedł na przykład z auta. Bo wujek–zombie byłby przyczynkiem upadku naszej cywilizacji.


Powietrze w aucie zgęstniało, jakbyśmy wjechali w listopadową mgłę, choć był przecież początek lata. Tato zagryzł wargę i w końcu wypalił:


– Cholera, naprawdę go spalę. Licho nie śpi.



Zwykle wiedziałem, kiedy tato żartuje. Tym razem jednak tak wystrzelił w stronę cmentarza, że nie zdziwiłbym się, gdyby w kieszeni spodni, choć nie palił, bawił się zapalniczką. Albo koktajlem mołotowa.


Jedno i drugie byłoby jednak zbędne, bo w niewielkiej kapliczce, na betonowym podwyższeniu okrytym sztywnym obrusem, stała urna z prochami. Wydała mi się nie za piękna, jak jakiś egipski wazon, z marmurowymi żyłkami i złoceniami, które chyba łatwo można by zdrapać paznokciem.


Tuż obok, o zapaloną świecę opierała się ramka ze zdjęciem wujka Zbyszka. Miał nad wyraz łagodne oczy i pod jakim kątem by nie patrzeć, całkiem przyjemną twarz niezbyt nachalnego przedstawiciela handlowego. Próbowałem coś z tej twarzy wyczytać, dostrzec cząstkę historii, które udało mi się podsłuchać, gdy rodzice wieczorem wspominali wuja.


Ojciec musiał to zauważyć, bo syknął mi nad uchem:


– Nie daj się oczarować. I nie gap się za długo, bo jeszcze jakiegoś pecha załapiesz.


W kaplicy było sporo osób. Spodziewałem się pustych ław, ale naprawdę kapliczka była wypełniona po brzegi. Chyba nie rodziną, bo oprócz nas i siedzącego w pierwszym rzędzie ogromnego wujka Konrada z żoną, nie kojarzyłem zupełnie nikogo. Skoro najbliższa rodzina była niemal nieobecna, to czy zjawiłaby się ta dalsza? Ukułem teorię, że ci wszyscy ludzie to znajomi wujka Zbyszka ze szkoły. Nauczyciele. Do czasu zdiagnozowania raka trzustki uczył historii w podpoznańskim liceum. Być może w gronie współpracowników był zabawnym, lubianym Zbyniem. Błyskotliwym, pomocnym Zbyńkiem, który i kawy odstąpi, i zastępstwo w piątek weźmie.


A jedynie w domu potworem.


Lub, i tu druga opcja, ci wszyscy ludzie są jedynie wynajęci. W jakiś sposób obsługa cmentarza wie, ile osób zjawi się na pogrzebie i na wszelki wypadek dysponują grupą profesjonalnych żałobników, co to śpiewać potrafią i łzę uronią. I gdyby nie te opłacone, ubrane na czarno postacie, w kapliczce byłby tylko ksiądz, wujek Konrad z żoną i nasza czwórka, która jeszcze godzinę temu stwierdziła w aucie, że gdyby Hitlera zastąpić wujkiem Zbyszkiem, nasz kontynent wyglądałby zupełnie inaczej.


Tak, raczej ta druga opcja. Wynajęci żałobnicy.


Ostatni raz popatrzyłem w oczy wujka Zbyszka i zrobiło mi się go szkoda.


Chwilę później jakby spod ziemi wyrósł ksiądz, mały i chuderlawy, za to z takim głosem, że gdy rozpruł ciszę pierwszą linijką „Opuścić drodzy muszę was”, wszyscy stanęli na baczność.


Msza nie była długa i niewiele z niej zapamiętałem. Zrobiło mi się przyjemnie, gdy wyszliśmy przed kaplicę, ponieważ w środku panował zaskakujący chłód i zdążyłem przemarznąć, na zewnątrz zaś było cieplutko.


W zasadzie smaliło jak diabli. Dochodziła trzynasta i po dwóch minutach zatęskniłem za temperaturą, jaka utrzymywała się za wielkimi, drewnianymi drzwiami.


Gdy ostatnia osoba wyszła z kapliczki, długaśny samochód z otwartym bagażnikiem ruszył jeszcze wolniej niż moja mama. Człapiący pochód dotarł w sektor cmentarza, w którym nie było ani jednego drzewa, za to wszystkie promienie słoneczne upatrzyły sobie nas i fioletowy namiot pogrzebowy, wokół którego ustawiliśmy się w luźne półkole. Nawet nie wiem kiedy się rozdzieliliśmy i mama z Laurą znalazły się po jednej stronie półkola, a ja z tatą po drugiej.


Do nas dołączył po chwili wujek Konrad. Z bliska wyglądał na jeszcze potężniejszego. Był raczej stary, ważył tyle co pół słonia i miał okrągłą głowę, łysą jak jajo.


Nie widywaliśmy się z nim za często, a w zasadzie bardzo rzadko, ostatnio na weselu mojej kuzynki Magdy. Był to jednak gość, który się nie patyczkował; odpuszczał sobie te wszystkie ceregiele z przytulaniem i kurtuazyjnymi gadkami, żeśmy się nie widzieli kopę lat i tak dalej. Można było nie widzieć się z nim szmat czasu, po czym na przypadkowym spotkaniu w mieście wystarczył uścisk dłoni, żeby przejść do rzeczy i konkretnej rozmowy. Jakby ostatni raz widziało się z nim poprzedniego ranka.


Pomyślałem, że jak będę dorosły, to chciałbym otaczać się właśnie takimi ludźmi.


Wujek Konrad klepnął mnie po przyjacielsku w plecy, ale delikatnie, nobilitująco, po czym wcisnął się między mnie a tatę.


– Cześć – rzucił wujek jakby do siebie. Zobaczyłem jak dłoń taty, wcale nie mała, znika w łapie wujka. – Znasz tego gościa? Co to za dziwoląg?


Tato podniósł wzrok na ludzi po drugiej stronie namiotu pogrzebowego i poczułem, że przeszedł chyba mini zawał serca, bo drgnął, a wręcz wyrwał minimalnie do przodu, jakby z miejsca chciał przeskoczyć wielkim susem dziurę przygotowaną pod urnę, ale w porę się powstrzymał. Został w szeregu.


Między jakimiś kobietami, które przybrały najbardziej marsowe miny, na jakie potrafiły się zdobyć, stał braciszek–zombie. Sprawiał wrażenie nieudolnie wklejonego w fotografię. Kobiety, całe na czarno, o pół głowy wyższe od niego, z zaciśniętymi szczękami, wyglądały jak obstawa ważnej persony. I on, cmentarna persona non grata, umarły czternastolatek, który zamiast czekać teraz pod kurtkami w bagażniku naszego kombi, jakimś cudem stoi dwadzieścia metrów od nas w za dużym płaszczu taty.


Tato skulił się, jakby miała w niego za sekundę trafić piłka tenisowa i szepnął w stronę wujka Konrada:


– Nie wiem, może to kolega z pracy. – Starał się zabrzmieć jak najbardziej obojętnie. Braciszek–zombie, z tymi swoimi zmierzwionymi włosami i w płaszczu, wyglądał rzeczywiście na dużo starszego. Wyglądał jak niewyspany księgowy jakiejś korporacji tuż przed zamknięciem roku.


– Kolega z pracy? – wujek Konrad zmarszczył brwi i wlepił wzrok w smętną twarz braciszka–zombie, z której zaczął spływać makijaż odsłaniając brunatne plamy na czole i policzkach. – A co, Zbyszek tyrał na przodkach w kopalni węgla?


– No to podejdź, zapytaj. – Tata zagrał va banque tym swoim teatralnym, znudzonym tonem.


– A żebyś, kurka, wiedział! – wujek Konrad ruszył z miejsca i jestem pewien, że tato rzuciłby mu się od tyłu na nogi powalając sto dwadzieścia kilo na ziemię, gdyby nie to, że z głośników ryknął ksiądz intonując pieśń otwierającą uroczystość.


Wujek Konrad, jak na swoje gabaryty, dość zgrabnie wpasował się ponownie między mnie a tatę, ale przestępował z nogi na nogę, jak czterolatek, który nie dotrwa za potrzebą do końca pogrzebu.


W końcu, nie wiedzieć czemu nachylił się do mojego ucha, tak jakby tato przestał istnieć, i szepnął:


– Naprawdę dziwny gość. Jakiś taki niedzisiejszy. Będę miał go na oku.


Trzeba przyznać, że ze wszystkich zasępionych i lekko otępiałych żałobników, którzy wianuszkiem otoczyli sproszkowanego nieboszczyka, najsmutniej prezentował się nie kto inny, jak mój ponury braciszek–zombie. Nikt od niego nie miał bardziej ziemistej cery, rozwodnionych oczu i opadających kącików ust.


W lipcowym upale makijaż, który trzymał się przecież martwej skóry, z każdą minutą wyglądał coraz okropniej. Bałem się, że braciszek–zombie zaraz się rozsypie. Albo rozpłynie. No, naprawdę, obraz nędzy i rozpaczy. I jeżeli na cmentarzu znalazł się ktoś, kto płakał po wujku Zbyszku od dwóch dni, choć nie sądzę, żeby ktoś taki w ogóle istniał, to widząc mojego braciszka–zombie musiał być przekonany, że ten musiał ronić łzy już zawczasu, jakby na zapas, gdy trzustka wujka Zbyszka tryskała jeszcze enzymami na prawo i lewo.


Prawda jednak była taka, że zarówno mojego braciszka–zombie, jak i większości zgromadzonych ludzi, śmierć wujka Zbyszka nie dotknęła w żaden sposób. To był obrzydliwy gość, o czym nie omieszkałem powiedzieć mojej mamie, gdy wiadomość o jego zgonie zrzuciła na nas kilka dni wcześniej podczas jedzenia jajecznicy.


Odebrała telefon i po chwili zakryła usta dłonią, nie jestem pewien czy z zaskoczenia, czy żeby stłumić śmiech. My bąknęliśmy coś, na co mama powiedziała bez większego przekonania, że o zmarłych źle się nie mówi, z czym nie mogę się zgodzić. Myślę, że dobrzy ludzie zasługują po śmierci na szacunek i pamięć, a takie wujki Zbyszki potrzebują kogoś, kto nawet na pogrzebie wygarnie, co naprawdę o nich myśli. A najlepiej jeszcze za życia, ale nikt, ze strachu lub zwykłego lenistwa, nie odważył się tego zrobić. To był niczyj problem. Jedynie mojej cioci i dwójki ich dzieci, którzy zdołali się wyswobodzić spod rządów tyrana i wyjechali daleko poza rodzinny dom. Nie było ich na dzisiejszej uroczystości.


Gdyby wujek Zbyszek mieszkał bliżej i miał zdrową trzustkę, byłby pierwszy do zjedzenia przez mojego braciszka–zombie.
Żałobnicy, tworzący niemal zamknięte koło wokół namiotu pogrzebowego, nie przyglądali się sobie nawzajem. Był cień szansy, że świat jeszcze nie dowie się o braciszku–zombie. Ludzie mrużyli oczy przed jaskrawym słońcem lub wpatrywali się w dziurę w ziemi, jakby z nadzieją, że ich wzrok jeszcze ją pogłębi. Większość jednak oglądała czubki swoich butów.


Wyjątkiem był mój tata, który rozpaczliwie szukał kontaktu wzrokowego z mamą. Sapał, chrząkał, brał głębokie wdechy i zamaszyście wyrzucał rękę w górę, żeby się podrapać po plecach, choć jestem pewien, że nic go nie swędziało.


Gdy w końcu ich spojrzenia się skrzyżowały, tata energicznie kiwał głową w bok, co dla mnie było jasnym sygnałem, żeby mama po prostu wychyliła się ciut do przodu i popatrzyła w lewo. Tyle, że ja wiedziałem, że braciszek–zombie wyszedł jakoś z bagażnika i jak gdyby nigdy nic stoi między dwiema gorylicami, kilka metrów od mamy.


Dla niej zaś te znaki były czymś zupełnie enigmatycznym, krzywiła więc usta i mrużyła oczy, a na jej twarzy malował się coraz wyraźniejszy znak zapytania. Z wykrzyknikiem na końcu. W końcu chyba uznała, że ojciec daje jej głową jakieś tajemne sygnały, że ma wskoczyć do wykopanej dziury w ziemi, bo patrzyła to na niego, to na dziurę, w końcu pokręciła głową i popukała się dyskretnie w czoło.


Ojciec zaprzeczył wszystkiemu delikatnym potrząśnięciem rąk, po czym zrezygnowany wyjął telefon i napisał smsa: „Jedenaście osób na lewo od ciebie stoi braciszek–zombie”.


Mama po chwili wyjęła z torebki telefon, odczytała wiadomość, popatrzyła na nas i znów w ekran. I znów na nas. Ojciec rzucał głową w bok jak wcześniej, tyle że jeszcze gwałtowniej. Mama wychyliła się przed szereg i zerknęła w swoje lewo.


Czułem się, jakbym oglądał transmisję z jakiegoś meczu.


Braciszek–zombie stał jak stał; nieruchomo, trochę jak pokraczny strach na wróble. Bardziej więc skupiłem na mamie. Obawiałem się, że krzyknie, zemdleje albo rozpłacze się i podbiegnie do braciszka–zombie, zmuszona przedstawić go żałobnikom i nasz sekret wyjdzie na jaw, a my wylądujemy w więzieniu albo coś. Prawda jednak była taka, że mama zakryła usta i stłumiła śmiech, przypuszczam więc, że kilka dni temu, przy jajecznicy, też zaśmiała się do telefonu.


Tata był jeszcze bardziej zrezygnowany niż przed pisaniem smsa. Zwiesił ręce wzdłuż ciała i dalej głośno sapał. Choć mama przecież już go widziała.


Mama nie potrafiła się opanować. Zerknęła jeszcze kilka razy na braciszka–zombie i chowała usta w dłoniach, aż tato znów zaczął wymachiwać rękami w jej stronę i drgały mu wszystkie mięśnie na zaciśniętej żuchwie i skroniach.


Jakimś cudem wujek Konrad nie zauważył tej pantomimy.


W zasadzie nikt nie zauważył.


Pomyślałem, że może już niedługo przyjdzie czas, że będziemy mogli prowadzić życie jak każda normalna rodzina. Że braciszek–zombie będzie pełnoprawnym prawie że człowiekiem, a nie odmieńcem, którego dla jego i naszego dobra musimy chować w bagażniku kombi za każdym razem, gdy musimy się ruszyć gdzieś z domu.


Czułem, że to nie jest do końca w porządku. Moi rodzice na pewno uważali tak samo.


Braciszek–zombie co prawda nigdy się nie skarżył. Ale wiedziałem, że pozbywając się tej naszej rodzinnej tajemnicy, byłby po prostu szczęśliwszy. To byłoby jak zrzucenie ogromnego ciężaru z naszych ramion i serc.


Teraz, stojąc między kilkudziesięcioma żywymi, braciszek–zombie wyglądał osobliwie, to fakt, ale równie dobrze mógłby po prostu cierpieć na jakąś rzadką chorobę.


Wtedy wujek Konrad, po ostatniej zwrotce „Anielskiego orszaku” znów szeptem rzucił gdzieś przed siebie:


– A, kurka, może on jest po prostu chory…


Żaden z nas mu nie odpowiedział.


I tak dotrwaliśmy do końca uroczystości: mama chichrająca się co chwilę w rękaw, wujek Konrad, nieco spokojniejszy, choć wciąż mający na oku braciszka–zombie i tuż obok tata z zaciśniętymi pięściami i strużką potu spływającą przez sam środek czoła.



Zanim wszyscy zaczęli się rozchodzić, do mnie i taty podszedł wujek Konrad z ciotką. Musiała ważyć niewiele mniej od niego. Uśmiechnęła się do nas, ale nic nie powiedziała. Skinęła tylko głową, ale z taką serdecznością, że chciałem się wtulić w jej piersi i zapomnieć o całym świecie.


– Jedziecie na stypę? – zapytał wujek Konrad. – Jest pięć minut stąd samochodem.


– Nie planowaliśmy – odparł tato i wyprostował się naraz jak struna, która za chwilę pęknie.


Zza pleców wujka wyrosła mama, Laura i braciszek–zombie.


– Dzień dobry. – Mama brzmiała pogodnie. Wręcz beztrosko. – Laurę pamiętasz. A to Kuba.


Wujek Konrad zmarszczył brwi. Byłem pewien, że klepnie zaraz w plecy braciszka–zombie na powitanie, co mogłoby nie skończyć się najlepiej. W okresie głodu lub jedzenia braciszek–zombie jest jak gepard. Sztywny i nieustępliwy. Nie do powalenia. Na co dzień jednak miewał kłopoty z równowagą i łatwo się dezorientował.


Wujek jednak odwrócił się do taty.


– Mówiłeś, że się nie znacie.


– Nie znamy – odparł tato. – To syn siostry Agnieszki. Ze Stanów. Przyleciał dzisiaj do nas na wakacje. Aga odebrała go z lotniska drugim autem, więc jeszcze się nie widzieliśmy. Ba, nie widzieliśmy się jeszcze ani razu! To jego pierwsza wizyta w naszym kraju. Hi! How do you like funeral?


Na moje oko tato za bardzo się tłumaczył, co nie wypadło dość wiarygodnie.


Wujek Konrad wsadził ręce w kieszenie wielkości moich worków na zmienne buty.


– A dałbym sobie, kurka, uciąć rękę, że widziałem was przed cmentarzem, jak wychodzicie z jednego auta.


Na czole błysnęła kolejna strużka. No naprawdę, upał nie z tej ziemi.


– Tu dojechaliśmy jednym. Ale bez siostrzeńca Agi. On dojechał swoim. W Stanach prawko można mieć od szesnastego roku życia.


– I jak to auto zmieściło się do samolotu?


Mama znów schowała nos w rękawie.


– Swoim, w sensie wypożyczonym – powiedział tato. – Będzie u nas dwa tygodnie i chce dużo jeździć, więc wypożyczyliśmy mu auto na ten czas. Więc to prawie jak jego, prawda? Przynajmniej przez te dwa tygodnie.


Wujek Konrad popatrzył na braciszka–zombie i pokręcił głową.


– Czyli dopiero co przyleciał do naszego kraju i już go zaciągnęliście na pogrzeb?! Macie czarne poczucie humoru! Jedźcie za mną. Przynajmniej dobrze zjecie.


Knajpka była swojska, skromna i rzeczywiście zjedliśmy w niej smaczny obiad. Oprócz nas i wujka z ciocią, przy stole siedziały jeszcze cztery osoby. Jak się okazało, byli to nauczyciele ze szkoły wujka Zbyszka. Kim w takim razie byli pozostali żałobnicy? Nie miałem bladego pojęcia.


Braciszek–zombie nic nie jadł, ale też nikt o niego już nie pytał. Historia z siostrzeńcem ze Stanów zbudowała barierę językową, dla starszego pokolenia zawstydzająco trudną do pokonania. Sam braciszek–zombie wypadł zresztą bardzo dobrze. Ściągnął ten absurdalny w lipcowe popołudnie płaszcz, a Laura bardzo sprawnie poprawiła mu makijaż w toalecie. Oprócz tego starał się mrugać częściej niż zwykle, a nawet kilka razy udało mu się uśmiechnąć.


Byłem z niego bardzo dumny.


Spędziliśmy w knajpce prawie dwie godziny.


Nikt nie wypowiedział o wujku Zbyszku nawet pół zdania.



W drodze powrotnej tato zachodził w głowę, jak to się stało, że braciszek–zombie wyszedł z zamkniętego samochodu. Mama stwierdziła kategorycznie, że tato musiał zapomnieć zamknąć auto. Tato zaś odparł, że to niemożliwe. Że zawsze zamyka. Nie pamięta co prawda, żeby robił to tym razem, ale nigdy tego nie pamięta, bo to tak automatyczna czynność, że jej się po prostu nie zapamiętuje. Jak przekręcenie klucza w drzwiach po wyjściu z mieszkania. Ale auto było zamknięte. Na pewno, koniec kropka.


Tarł przy tym brodę i powtarzał w kółko, że braciszek–zombie jakoś musiał się wydostać. Jakoś mu się to udało. Mama tylko kręciła głową, tak samo wolno jak kierownicą i w końcu przestała to komentować. Tato postanowił szukać ratunku gdzie indziej, więc odwrócił się do nas jak rażony prądem, ale nie powiedział nic ponadto, że jakoś braciszek–zombie musiał się wydostać. Nie potrafił sprecyzować, co oznaczało „jakoś”.


Nie zmieniało to faktu, że na pogrzebie i stypie spędziliśmy w komplecie całkiem miły dzień. Wśród żałobników, którzy być może z racji okoliczności nie wykazali się wybitną spostrzegawczością, ale… mimo wszystko. W biały dzień braciszek–zombie wszedł między ludzi i poza wujkiem Konradem nie wzbudził większych podejrzeń.


Do tej pory udawało się to tylko w jeden dzień w roku. W Halloween.


To napawało optymizmem.




Awatar użytkownika
tomek3000xxl
Dusza pisarza
Posty: 563
Rejestracja: czw 05 cze 2014, 09:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: tomek3000xxl » sob 25 sty 2020, 12:18

Czytało się lekko i przyjemnie. Masz wyrobione palce do klawiatury i przez to powstał dobry tekst.
Trochę długi i zabrakło mi akcji, opisanej w krótkich, dosadnych zdaniach. Taki rzut kamery na nietypowe, śmieszne zachowania bohaterów opka.
Jestem na tak, a nawet dwa tak... do trzeciego trochę zabrakło :)



Awatar użytkownika
Kalikst
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pt 24 sty 2020, 23:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Kalikst » sob 25 sty 2020, 12:29

Dziękuję, miło :)
Wartkiej akcji rzeczywiście może nie ma, jednak trochę napięcia i niepewności chyba udało mi się przemycić :P Samo jednak mi się tak "scenkowo" napisało. Mam pomysł na kilka takich rzutów do kamery z braciszkiem-zombie jako głównym bohaterem. Może mniej zabawnych i z większą ilością akcji oraz relacji między członkami rodziny i nie tylko.



Awatar użytkownika
tomek3000xxl
Dusza pisarza
Posty: 563
Rejestracja: czw 05 cze 2014, 09:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: tomek3000xxl » sob 25 sty 2020, 13:11

Takie różne, zobacz :)
Gówniarz wychyla się przez okno i auto prawie urywa mu głowę. Ojca szlag trafia, że nie ma córki, ale zaraz myśli o jej napalonych chłopakach( jeżeli zoobie uprawiają seks :)
Zoombie, nietypowe żarcie i jakieś dziwne alergeny; mleko w ludzkim mięsie, samoopalacz w świetle księżyca powoduje nadmierny porost włosów u matki
śmieszne, nowatorskie komentarze zoombie, co do ludzkich zachowań, zwyczajów i upodobań.
To podkręcało by akcję, atrakcyjność tekstu, no i zmusiło by :) czytelnika do rozkoszowania się tekstem opka.

Added in 3 minutes 41 seconds:
O coś takiego mi chodzi...

viewtopic.php?f=133&t=21755



Awatar użytkownika
Wrotycz
Pisarz osiedlowy
Posty: 323
Rejestracja: wt 03 gru 2019, 16:43
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Wrotycz » sob 25 sty 2020, 15:56

Opko bawiło od pierwszego zdania:) Czarna komedia, gdzie "czarności" prawie brak. Nic mi nie zgrzytnęło, pomysł niebanalny w temacie zombie.
Rozrywkowy a niby funeralny klimacik. Postaci wyraziste, pytania zadane. No jak wylazł? Będzie oczekiwany ciąg dalszy?
W całej niepoważności fabuły jest również mocny akcent obyczajowo-etyczny, pt." Jak niwelować problemy odmienności".
Dobre pisanie, dobre:)
Pozdrawiam.



Awatar użytkownika
Kalikst
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pt 24 sty 2020, 23:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Kalikst » sob 25 sty 2020, 16:14

Wrotycz, dziękuję.
Wrzuciłem opko, między innymi żeby właśnie uzyskać feedback czy dalszy ciąg miałby sens, jest pożądany, czy to dobra ścieżka itp. Dzięki za miłe słowo.
Tak jak wcześniej pisałem, mam pomysł - nie tyle na dalszy ciąg, co na osobne, podobnej długości opowiastki. Może mniej zabawne, czasem bardziej horrorowate (z przymrużeniem oka), może ciut obyczajowe. Rodzina, ich tajemnice, każdy członek rodziny to jakaś historia do opowiedzenia, gdzie braciszek-zombie byłby spoiwem tych historyjek. Problemy zwyczajnych ludzi żyjących z braciszkiem-zombie pod jednym dachem.
Mam rozgrzebanych kilka innych opowiadań o całkiem innej tematyce, ale ciągle cholera chodzi mi po głowie ten braciszek-zombie. Jakoś mnie tak korci, żeby rozwijać ten świat.



Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1730
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Misieq79 » sob 25 sty 2020, 22:37

Dołączam do gratków. Ubawiło, weszło bez zgrzytu.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar
Dupczysław Czepialski herbu orka na ugorze

Awatar użytkownika
Kalikst
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pt 24 sty 2020, 23:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Kalikst » sob 25 sty 2020, 23:23

Dziękuję, cieszę się!



Awatar użytkownika
Wrotycz
Pisarz osiedlowy
Posty: 323
Rejestracja: wt 03 gru 2019, 16:43
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Wrotycz » czw 30 sty 2020, 18:17

Kalikst pisze:Source of the post Mam rozgrzebanych kilka innych opowiadań o całkiem innej tematyce, ale ciągle cholera chodzi mi po głowie ten braciszek-zombie. Jakoś mnie tak korci, żeby rozwijać ten świat.


Popieram z egoistycznych pobudek, bo mocno mi zapadła w pamięć ta odsłona braciszka.
Filmy zombie w sumie mnie śmieszą, więc może dlatego, że inaczej podszedłeś do motywu, opowiadanie ma taką moc?



Awatar użytkownika
Kadah
Pisarz osiedlowy
Posty: 255
Rejestracja: ndz 09 wrz 2012, 18:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Kadah » czw 30 sty 2020, 23:46

Lekko napisane i bardzo przyjemne w odbiorze :)


There is no God and we are his prophets.
The Road by Cormac McCarthy

Awatar użytkownika
Medea33
Pisarz domowy
Posty: 120
Rejestracja: ndz 06 paź 2019, 13:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Kobieta

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Medea33 » pn 03 lut 2020, 17:21

Zgadzam się całkowicie z poprzednimi opiniami. Fajne, dobrze napisane, duży potencjał, czekam na następne.

Wyłowiłam kilka problemków w pisaniu:

Powietrze w aucie zgęstniało, jakbyśmy wjechali w listopadową mgłę, choć był przecież początek lata. Tato zagryzł wargę i w końcu wypalił:
– Cholera, naprawdę go spalę. Licho nie śpi.
Zwykle wiedziałem, kiedy tato żartuje. Tym razem jednak tak wystrzelił w stronę cmentarza, że nie zdziwiłbym się, gdyby w kieszeni spodni, choć nie palił, bawił się zapalniczką.

Za duży przeskok akcji. Jesteśmy w aucie i nagle tato „wystrzelił w stronę cmentarza”. Autem? Przecież za kierownicą siedziała mama. Zabrakło wyjścia z auta

, gdy wiadomość o jego zgonie zrzuciła na nas kilka dni wcześniej podczas jedzenia jajecznicy.

Zrzuciła co?

Że braciszek–zombie będzie pełnoprawnym prawie że człowiekiem, a nie odmieńcem,

Fajnie by wyglądało w cudzysłowie: „prawie że człowiekiem”, albo z myślnikami prawie-że- człowiekiem, ale to już może za dużo.

Na moje oko tato za bardzo się tłumaczył, co nie wypadło dość wiarygodnie.

Na moje też 8)


Dream dancer

„Od momentu, kiedy wziąłem twoją książkę do ręki, do momentu, kiedy ją odłożyłem, tarzałem się ze śmiechu. Zamierzam ją kiedyś przeczytać."
Groucho Marx,
"Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było."

Awatar użytkownika
Kalikst
Szkolny pisarzyna
Posty: 28
Rejestracja: pt 24 sty 2020, 23:36
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Kalikst » sob 27 cze 2020, 09:46

Trochę offtopic, ale chciałbym wam napisać, że mam pomysł nie na serię opowiadań z braciszkiem-zombie, ale na pełnoprawną książkę. Chciałbym zmieścić się w proporcjach 50% obyczaj, 30% kryminał, 20% fantastyka. Mam już plan, zaczynam od środy, będę pisał 38 rozdziałów po 7 stron każdy. Chcę skończyć w swoje urodziny, 26 marca. Równe 9 miesięcy :mrgreen:



Awatar użytkownika
Kadah
Pisarz osiedlowy
Posty: 255
Rejestracja: ndz 09 wrz 2012, 18:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Kadah » sob 27 cze 2020, 10:26

Trzymam kciuki! Jeśli będziesz chciał beta-czytacza, to od razu się zgłaszam :)


There is no God and we are his prophets.
The Road by Cormac McCarthy

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1730
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Mój braciszek-zombie [fantastyka, humor]

Postautor: Misieq79 » sob 27 cze 2020, 18:19

Dej.
Jak skończysz.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar
Dupczysław Czepialski herbu orka na ugorze


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości