Obrazek
    :arrow: Zasady konkursu 18+

  • duży słoik miodu porzeczkowego do wygrania!
  • na opowiadania z wątkiem erotycznym czekamy do 22 sierpnia

[W] Small World

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów. Opowiadania z przeszłości.

Moderatorzy: Weryfikator, Poetyfikator, Moderator, Zaufani przyjaciele

Awatar użytkownika
Tomek Bordo
Pisarz domowy
Posty: 95
Rejestracja: ndz 03 lis 2019, 12:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdańsk
Płeć: Mężczyzna

[W] Small World

Postautor: Tomek Bordo » czw 12 mar 2020, 14:04

WULGARYZMY
Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: «Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?» Lecz Jezus, słysząc, co mówiono, rzekł do przełożonego synagogi: «Nie bój się, wierz tylko!» I nie pozwolił nikomu iść ze sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Widząc zamieszanie, płaczących i głośno zawodzących, wszedł i rzekł do nich: «Czemu podnosicie wrzawę i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi». I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął ze sobą tylko ojca i matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: «Talitha kum», to znaczy: «Dziewczynko, mówię ci, wstań!» Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym się nie dowiedział, i polecił, aby jej dano jeść.

Mk, 5, 35-43



Antoni Lorenc nie miał łatwego życia, mimo to zdecydował się pozostać dobrym człowiekiem w opozycji do świata i społeczeństwa, które go znienawidziło. Nie dostał się na wymarzone studia dziennikarskie, a brak jakichkolwiek znajomości w tym nie pomógł. Postanowił wstąpić do armii. W 1994 zostaje żołnierzem 6 Brygady Powietrznodesantowej, walczy z talibami i Saddamem Husajnem na Bliskim Wschodzie, zostaje nagrodzony Gwiazdą Iraku. W 2003 odszedł ze służby w stopniu starszego sierżanta. Powodem był koniec starć w Zatoce Perskiej, a także spotkanie pięknej warszawianki, Weroniki, z którą wkrótce ożenił się i dziewięć miesięcy później wydał na świat śliczną córeczkę, Wiktorię. Niestety, poród był bardzo ciężki, Weronika nie przeżyła utraty ogromnej ilości krwi. Antoni był załamany, wiedział, że Wiktoria, która właśnie ujrzała światło dnia, jest jedynym, co mu pozostało.


16 lat później

Lorenc odwoził właśnie córkę do szkoły. Dzień był dość ładny, marcowy. Czuć było wiosnę. Idąc minęli, jak zwykle idąc tą drogą, supermarket.


- Tato - Wiktoria popatrzyła się na Lorenca błagalnym wzrokiem. - Mogę iść kupić sobie chipsy?
- Niech no się zastanowię... nie bardzo.
- Dlaczego?
- Wiesz, słoneczko, co to jest hierarchia wartości?
- No...
- Twoje chipsy są w tej hierarchii niezwykle, ale to niezwykle nisko - uśmiechnął się Lorenc. - Leć do tej szkoły. Dziś na obiad tacos, twoje ulubione.

Wiktoria roześmiała się z radości i mocno przytuliła ojca. Lorenc, głaszcząc ją po puszystych, brązowych włosach, spoglądał na oświetlające ich słońce. Kochał swoją córeczkę i takie momenty jak ten przypominały mu o tym najbardziej. Miał nadzieję, że odtąd tak już będzie wyglądać całe jego dalsze życie.


Minęło kilka godzin.Gotowane przez Antoniego tacos już się przypalały. Lorenc spojrzął na zegar wiszący na śnieżnobiałej ścianie. Pięć po piątej. Wiktoria powinna być w domu pół godziny temu. Tym bardziej to było dziwne, że na drodze ze szkoły korki niemal nigdy się nie zdarzały. Pięć po szóstej. Później pięć po siódmej. Lorenc zaczął się poważnie niepokoić. Wiktoria nie mogła pójść do koleżanki, w szkole była osobą nielubianą i wyśmiewaną, podobnie jak Antoni w jej wieku. Więc dlaczego przez tyle godzin nie wracała? Lorenc zadzwonił do jej wychowawcy, ale żadnych konkretnych informacji nie uzyskał poza tym, że Wiktoria na pewno opuściła budynek szkoły po ostatniej lekcji. Nie myśląc za dużo udał się do samochodu i pojechał pod szkołę. Była już dziewiętnasta, słońce znikało powoli za horyzontem. Antoni był mocno zaniepokojony i zdenerwowany. Obawiał się czegoś naprawdę złego

Starł pot z twarzy chusteczką i wyszedł ze swojego forda pod szkołą. Zauważył kilku chłopaków palących papierosy, śmiejących się i pokazujących sobie coś na telefonach.


- Dzień dobry, chłopcy - powiedział. - Znacie może Wiktorię Lorenc z pierwszej klasy?
- Lorenc? No jasne, a kto jej nie zna? - wyszczerzył żeby jeden z nich.
- Co masz na myśli?
- Pół szkoły ma z niej bekę! Ona jest jakaś popierdolona, zamiast imprezki woli jakieś posrane książki czytać! Nawet nie ma snapa! Jest nieźle jebnię...


Lorenc przygniótł chłopaka do ściany, trzymając kurczowo za kołnierz. Uważał przy tym, aby czasem za szybko go nie udusić.


- Przez takich skurwysynów jak wy moja córka prawie codziennie płacze po nocach. A dzisiaj nie wróciła po szkole do domu. Jeśli coś wiesz, gadaj!
- Pomocy! - drugi z chłopaków próbował uciec, o mało się przy tym nie przewracając. - Ktoś nas napadł!

Nikt jednak nie mógł tego usłyszeć, gdyż w okolicach szkoły nikogo poza nimi w tym czasie nie było. Lorenc puścił na chwilę pierwszego chłopaka, po czym podbiegł do uciekającego i z całej siły uderzył go w głowę, rozbijając łuk brwiowy.

- Prawie dwadzieścia lat służyłem w wojsku. Uwierz mi, potrafię wyciągnąć z człowieka informacje.

Lorenc nastąpił chłopakowi na nogę, a ten głośno zawył z bólu. Zapewne nie śniło mu się nawet, że zwykłe spotkanie z kumplem mogłoby się tak skończyć.

- Pojechała... - wydusił.

- Z kim? Mów, jeśli nie chcesz, żebym zrobił ci z palców kotlety mielone!

- Z jakimś psem...

Lorenc uwolnił rękę chłopakowi, a ten natychmiast uciekł. Ale Antoni nie zwrócił na to uwagi. Udał się do samochodu i poszukał w telefonie numeru do starego przyjaciela. Wiedział już, co się stało z jego córką. Wiedział, że jego trwające szesnaście lat w miarę spokojne życie właśnie się skończyło. Musiał znów stoczyć walkę. Być może ostatnią w swoim życiu.


3 godziny wcześniej



- Pani Wiktoria Lorenc?
- Tak...
- Starszy posterunkowy Jakub Zych. Proszę za mną.


Wiktoria dokładnie przypatrzyła się umięśnionemu, łysemu policjantowi po czterdziestce. Nieufnie wsiadła za nim do samochodu. Zadawała sobie pytanie: co się stało? Czego chce od niej policja? Wtem Zych z przedniego siedzenia odwrócił się, chwycił Wiktorie za włosy i przytknął jej do twarzy chusteczkę ze środkiem usypiającym. Po pozbawieniu dziewczyny przytomności wyjął telefon.



- JJ? Mam ją.

- Doskonale. Dobrze się spisałeś, Pawlicki. Niedługo zadzwonię do ciebie z dalszymi instrukcjami - odezwał się łamanym polskim głos w słuchawce.



Tymczasem w Republice Południowej Afryki JJ, a właściwie Juan Jose Ramirez, zwany też Juanito, przyglądał się niewolniczej pracy dzieci przy skręcaniu jointów z marihuaną. Uśmiechnął się na myśl, że niedługo przybędzie kolejna ofiara, którą będzie można wykorzystać. Do narządów, do pracy, pornografii dziecięcej czy do prostytucji - to wszystko ustali razem z Merchantsem i Miller. Szef na pewno będzie dumny.

Ramirez powspominał również własne dzieciństwo, które zdecydowanie do łatwych nie należało. Urodził się na biednych przedmieściach Tijuany. Okolice te niewiele się różniły od brazylijskich faweli - kwitły tam prostytucja, handel narkotykami i bronią, wojny gangów. Kradzieże i rozboje stanowiły tam chleb powszedni. Nic dziwnego, że Juan stał się tym, kim został. W wieku dwunastu lat zabił własną babcię siekierą i uciekł z domu. Wychowała go ulica, a wkrótce powoli wspinał się po szczeblach przestępczej kariery. Już dziesięć lat później był poszukiwanym listem gończym przez Interpol gangsterem z siecią kontaktów, od sycylijską Cosa Nostrę, po kartel z Medellín. A teraz, jako jeden z najważniejszych członków rosyjskiego gangu handlarzy dziećmi, kieruje jego strukturami w Johannesburgu. Uwielbiał to, co robi, choć kto wie. Może gdyby pozostał przy handlu bronią czy narkotykami, zarabiałby jeszcze więcej.



Dzisiejszej nocy Juanowi śniło się wspomnienie sprzed czterech lat. Był wówczas w kanadyjskiej prowincji Ontario, na transakcji narkotykowej. Po spotkaniu z kontrahentami wracał na lotnisko autobusem. Wpatrując się w widok za oknem nie zauważył nawet, jak obok niego usiadła atrakcyjna blondynka. Spoglądała na niego swoimi lazurowymi oczami. Ramirez nie wiedział za bardzo, jak ma się zachować.

- Jak się nazywasz? - spytała.
- Miguel - skłamał, pamiętając o liście gończym.
- Ashley. Ale mówią na mnie Ash. Miło mi cię poznać. Jesteś z Meksyku? Hiszpanii?
- Z Peru.
- Aha...

Przez kilka minut nie odzywali się do siebie. Nagle Ash objęła go ramieniem i zbliżyła się do niego.



- Przestań! Cholera jasna! - Juan odepchnął ją, szarpiąc za włosy. - Mam cię kurwa zabić, żebyś zrozumiała?



Wtedy Juan zdał sobie sprawę z tego, co właśnie powiedział i go zatkało. Ash patrzyła mu się przez chwilę prosto w oczy, po czym przesiadła się. Ramirezowi serce zaczęło walić jak szalone i biegiem opuścił autobus na najbliższym przystanku.



Gdy tylko sen się skończył, Ramirez obudził się zlany potem.



Tymczasem prawie dziewięć tysięcy kilometrów dalej Lorenc właśnie otworzył drzwi do mieszkania aspirantowi sztabowemu Tomaszowi Puchalskiemu, swojemu przyjacielowi z dawnych lat. Puchalski sprawiał pozory człowieka, któremu nie powinno się ufać, jednak Antoni miał okazję się przekonać już kilkakrotnie, że to nieprawda. Liczył, że i tak będzie tym razem i aspirant mu pomoże.



- Kurwa, raz deszcz, raz upał. Przez tych Chinoli obsrańców i ich fabryki niedługo nam całkowicie klimat o sto osiemdziesiąt stopni wywali - Puchalski zawiesił mundur na wieszaku i usiadł, wycierając pot z twarzy. - A ja jeszcze w dodatku dopiero co wróciłem z akcji. No, co tam chciałeś?

- Wszystko ci zaraz wyjaśnię. Napijesz się?
- Nieee, nie skończyłem jeszcze formalnie rzecz biorąc służby. Wal tu i teraz.
- Nie wiem, za bardzo od czego zacząć, ale... eh... posłuchaj... Wiktoria prawdopodobnie padła ofiarą handlarzy ludźmi.
- Chryste... a ja ją na kolanach trzymałem jak miała trzy latka... ale skąd ta pewność?
- Porwał ją ktoś przebrany za policjanta. Nie mam żadnych wątpliwości.
- Kiedy to się stało?

- Kilka godzin temu. Nie wróciła po lekcjach do domu, więc się zaniepokoiłem i pojechałem do szkoły. I wtedy... - Lorenc schował twarz w dłoniach, powstrzymując łzy.

- Słuchaj... no, ja niestety niewiele mogę zrobić. Raz, że mamy już w chuj roboty, a do tego trzeba by jeszcze pewnie ludzi z cebosiu ściągnąć. Monitoring zdobylibyśmy raz dwa, ale co z tego? Auto na lewych blachach zapewne, odjechało nie wiadomo w którym kierunku... Antek, nie wiadomo, czy oni nie przekroczyli granicy...

- To co kurwa mam robić?!
- Uspokój się, stary... kontaktowali się w sprawie okupu?
- Nie.
- Więc musisz czekać. Innego wyjścia nie ma.
- A jeśli się nie skontaktują?


Puchalski wstał i poklepał przyjaciela po ramieniu.


- Muszę załatwić jeszcze jedną sprawę, jeśli można. Pilną.


Lorenc był wściekły. Puchalski dotąd nie zawiódł go ani razu. A teraz jedyne, na co go stać, to kilka słów otuchy i pójście do kibla. Policja ma tą sprawę w dupie, ale Lorenc zrobi wszystko, by odzyskać swój najcenniejszy skarb. Swoje dziecko, które kochał. Nawet bardziej niż życie.



Lorenc podszedł do munduru Puchalskiego i ukradkiem wyjął z niego telefon oraz legitymację. Zdążył je schować w szafce akurat wtedy, gdy aspirant wychodził z toalety i żegnając się z Antonim, wrócił do radiowozu. Z walącym sercem Lorenc wziął telefon Puchalskiego do rąk i przejrzał listę kontaktów. Było ich całkiem sporo, ale zainteresował go jeden. Ten, który mógł być dla niego kluczowy. Podpisany jako: DAREK BOJKE INTERPOL. Lorenc zadzwonił.



- Halo?
- Halo? Tu Tomek.
- Tomek? Z pięć lat żeśmy się nie widzieli. Co słychać?

Lorenc odetchnął z ulgą. Bojke nie rozpoznał po głosie, że to ktoś podszywa się pod Puchalskiego.

- Potrzebuję informacji. Porwano dzisiaj córkę mojego przyjaciela. Sukinsyn przebrał się za policjanta i zwabił ją do samochodu.
- Zgłosili się po okup?
- Nie, ale minęło dopiero kilka godzin. Choć przeczucie mi mówi, że nie zrobili tego dla okupu. W końcu dla kasy porywa się dzieci prezesów firm, a nie byłych żołnierzy.

- Porwanie na policjanta to sposób stary jak świat, ale polskie fagasy porywają dzieci zazwyczaj dla okupu właśnie. Nie wykluczam, że to grupa z zagranicy. Być może twoje podejrzenia są słuszne. Dwa tygodnie temu uprowadzili chłopaka z Krakowa, również bez wzięcia okupu. Najpewniej zrobili to goście z RPA. Porywają nie dla szmalu, a na organy i do prostytucji. Początkowo myśleliśmy, że może to jakiś Ku Klux Klan, sataniści, szamani plemienni czy inne pojeby z afrykańskiego zadupia. Ale to najprawdopodobniej międzynarodowy gang handlarzy żywym towarem. A to w Johannesburgu to zaledwie jedna z ich sekcji.

- Zajmę się nimi.
- Ale...
- Żadnego ale, Darek. Daj mi namiary na tamtejszą policję. Uratuję tę dziewczynę i wszystkie inne ich ofiary. Przysięgam.



Wiktoria już po przylocie do Afryki czuła, jak opuszczają ją wszystkie siły. Upał był niemiłosierny, najwyższe temperatury w gorące lata w Polsce nie mogły się równać z Johannesburgiem. Poprosiła wysokiego Meksykanina o butelkę wody, na próżno. Nie wiedząc za bardzo, co się z nią dzieje, została zamknięta pod parterem jakiegoś starego budynku, powoli obracającego się w ruinę. Zorientowała się, że nie jest sama. Nie miała jednak siły o tym myśleć. Była odwodniona i wykończona, fizycznie oraz psychicznie. Ostatnie kilkanaście godzin było największym piekłem w jej życiu. A najgorsze, że nie wiedziała, co porywacze planują z nią zrobić.


- Aua... moja głowa...
- Jesteś z Polski? - spytała mała postać, siedząca obok i patrząca jej w oczy.
- Tak... a ty...
- Paweł. Jestem z Krakowa. A ty?
- Wiktoria. Z Warszawy. Ile masz lat?
- Dziewięć.


Wtem usłyszeli kroki i znów ujrzeli przed sobą Ramireza. Na jego twarzy malował się sadystyczny uśmiech, od którego Wiktorię przeszły ciarki.


- No, Pablo, chodź - powiedział, po czym zaprowadził chłopca na górne piętro. Czekał tam już Michael Merchants w kombinezonie równie białym, co kafelki, którymi było wyłożone pomieszczenie. JJ przykuł Pawła do fotelu stomatologicznego.


- No, to będzie szybki zabieg. Merchants, podaj piłę.


Paweł zaczął płakać i wołać matkę. Ramirez nie zważał na to. Rozległ się świst piły i Meksykanin rozpruł Pawłowi brzuch, wytryskując litr krwi na niego i Merchantsa. Ramirez wyjął serce i schował do worka w celu konserwacji.


- No, to tyle roboty na dzisiaj, Mike.


Merchants spojrzał na potworny widok zakrwawionych zwłok dziecka. Z oka wypłynęła mu łza.



- Tato, a dlaczego Apollo ukarał Midasa? A nie Marsjasza?
- Marsjasza też ukarał, ale szanowny pan autor tego nie napisał.
- Jak?
- Apollo obdarł go ze skóry.
- Rety...to... to okropne...
- Taka właśnie jest mitologia. Ale tutaj autor postanowił ją ugrzecznić. No żeby była bardziej przyjazna dzieciom. Chociaż według mnie to głupota.



Ze snu, będącego wspomnieniem z czytania córce mitów greckich, wyrwały Lorenca komunikaty o lądowaniu. Spojrzał przez okienko samolotu. Byli już nad Johannesburgiem. Szklane biurowce w oddali, blokowiska dla biedoty, most Mandeli i największy port lotniczy w Afryce. Tak właśnie prezentowało się miasto, w którym gdzieś przetrzymywano Wiktorię. Lorenc był przygotowany na piekielny żar, gdy tylko opuści samolot. Ekstremalna temperatura i susza przypomniała mu misje na Bliskim Wschodzie. Antoni udał się na komendę policji wskazaną przez Bojkego. Okazał się nią być leżący na obrzeżach miasta ceglany budynek w opłakanym stanie. Wszedł do środka i poprosił oficera dyżurnego o spotkanie z komendantem. Jak się okazało, komendantem był podstarzały, otyły, mało sympatycznie wyglądający Murzyn w okularach bez oprawek. Wtórował mu nietuzinkowy zastępca.



- Aspirant sztabowy Tomasz Puchalski. Jestem policjantem z Polski - Lorenc pokazał skradzioną legitymację. - We współpracy z Interpolem udało mi się ustalić siedzibę gangu handlarzy dziećmi.
- Jakieś pięć dni temu dni temu ją namierzyliśmy - odparł komendant. - Mieści się dwa kilometry od Midrand.
- Namierzyliście ją i nic z tym nie zrobiliście?
- Człowieku, kurwa, tu jest Afryka! - powiedział zastępca, opierając się o ścianę. - Takie w tym roku nam minister dofinansowanie dojebał, że ledwo na gumy nam starcza! Co ty sobie myślisz, że mając kilka starych, zacinających się coltów będziemy się strzelać z trzy razy lepiej uzbrojonymi bandytami? Ryzykować życiem za głodową pensję?
- Więc ja się tym zajmę. Powiedzcie mi tylko, kto tam dowodzi.
- Tam w zarządzie latają cztery osoby. Michael Sean Merchants, Amerykanin, niewiele o nim wiemy. Juan Jose Ramirez i Helga Miller. Meksykanin i Niemka, oboje z bogatą kartoteką. Waylon Greene vel Omar Reza ibn Muhammad. Miejscowy, muzułmański ekstremista powiązany z bojówkami Al - Szabab.
- W porządku. Teraz wiem, kogo wziąć na celownik.
- Taa...powodzenia.


Następnie Lorenc, bez większych problemów, nabył na czarnym rynku MP7 i berettę. Uśmiechnął się, mając świadomość, że jest uzbrojony lepiej niż niejeden południowoafrykański policjant. Zakupił sobie także w centrum miasta czarny garnitur. Wyglądął w nim, razem z bronią w ręku, jak Franz Maurer z Psów. Otrzymał od komendanta dokładny adres budynku, w którym mieściła się kwatera handlarzy dziećmi. Lorenc nie układał żadnego rozbudowanego planu, nic nie opracował, nie analizował. Jedynie poczekał do zmroku.


Wartownik padł na ziemię się po ciosie w głowę kolbą beretty. Lorenc wtargnął do środka. Jeden z gangsterów zginął od strzału w tył głowy z MP7. Drugi, od dwóch strzałów w brzuch. Trzeci w klatkę piersiową. Czwarty dostał w rękę i spadł z tarasu. Piąty w głowę. Wtem Lorenc poczuł przeszywający ból i MP7 wypadło mu z rąk. Leżał na podłodze, a krew wyciekała z niego powoli. Ujrzał wycelowaną w jego czoło lufę kałasznikowa.

- Zabiję cię i zostanę zbawiony! Allach powita mnie w swoim niebiańskim pałacu jak szacha!
- Nie ten zostanie zbawiony, kto zamorduje drugiego człowieka, a ten, kto go obroni - wychrypiał Lorenc.
- I kto to mówi! - krzyknął Omar. - Przed chwilą odstrzeliłeś kilku naszych!
- Odebraliście mi wszystko, co mam. Mój sens życia. Moją córeczkę.
Lorenc wysunął spod garnituru berettę i ostatnimi siłami oddał strzał w brzuch Omara. Chwilę później poczuł, że traci przytomność z utraty krwi.


- Hej! Wstawaj!


Lorenc otworzył jedno oko. Był zamknięty w dziurze, zablokowanej drewnianymi kratami. Nietrudno się domyślić, że handlarze znaleźli go i uwięzili tutaj po wczorajszej strzelaninie. Nad dziurą stał człowiek, którego twarz Antoni pamiętał ze zdjęć na komisariacie.



- Ty jesteś...
- Jestem z CIA. Infiltrowałem ten gang od kilku miesięcy. Chodź, wynośmy się stąd.
- Jesteś Michael Sean Merchants...
- Nie. Naprawdę nazywam się Francis Maguire. Czekaj, wyciągnę tę kraty.
- No, no. Cóż za piękna spowiedź - odezwał się damski głos za Merchantsem. Lorenc ujrzał kobietę o zachodnioeuropejskich rysach, w krótkich blond włosach, trzymającą pistolet przy głowie Francisa.
- Miller... jak zwykle tam, gdzie nie powinna kurwa być...
- Może to zaleta.
Helga oddała strzał.



Tymczasem Wiktoria została zamknięta przez Ramireza w kawalerce kilka kilometrów od kwatery gangu. Nie mieściło się w niej praktycznie nic poza łóżkiem. Po kilku godzinach przyszedł uśmiechnięty JJ wraz z jakimś nieznanym jej mężczyzną.

- Proszę bardzo, John. Oto Koteczek.
- Właściwie to już kocica. Uwielbiam takie - John oblizał się.
- Tylko uważaj, może stawiać opór.
- W moim słowniku słowo opór nie istnieje! Hahaha!
Ramirez wyszedł, zamykając drzwi na klucz. John rozpiął rozporek i ściągnął z siebie spodnie.
- A teraz na łóżko i daj mi się rozkosz. Jak będziesz grzeczna, może dam ci cukierka, Koteczku.
Wiktoria zaczęła płakać i chciała uciec. Roznegliżowany John ją gonił. Po złapaniu jej, szarpiąc za włosy, położył ją na łóżku i zaczął rozbierać.
- Nie!!! Błagam!!! Nie!!!
- Zamknij się kurwa! - John bił Wiktorię po głowie pięściami, by ją uspokoić.


Lorenc nie pamiętał praktycznie nic z ostatnich kilkunastu godzin po śmierci Francisa. Poza ogłuszającym szumem silników samolotu. Handlarze chcieli przetransportować go gdzieś daleko. Gdzie? Nie miał pojęcia.



Obudził się w miejscu, którego by się nie spodziewał. Zamiast, jak przez cały ostatni czas, widzieć afrykańskie smętne ruiny, ujrzał dębowy pokój z portretem Piotra Wielkiego na ścianie. Za nim stała biblioteczka wypełniona książkami oraz wielkim popiersiem Arystotelesa. W tle gdzieś z głośników leciała muzyka - Marsz Radeckiego. Po chwili do pokoju przyszedł posiwiały, wysoki mężczyzna w czarnym garniturze. Podszedł do Lorenca i otworzył butelkę whiskey.



- Lubię Straussa. A pan? Bach, Verdi czy Wagner mają jak dla mnie zbyt mocne brzmienia. Wiem pan, gdzie się znajdujemy? - spytał łamanym angielskim.
- Na księżycu Saturna?
- Hehe. Dowcipy się pana trzymają, mimo tego, co pan przeszedł, jak widzę - mężczyzna podszedł do okna i odsłonił żaluzję. Przez okno Lorenc zobaczył Pałac Michajłowski. - Sankt Petersburg. Jedno z najpiękniejszych miast świata. Tu się urodziłem i tu umrę. A, zapomniałbym się przedstawić. Eduard Fiodorowicz Borodin.

Lorenc nie podał mu ręki.

- Z jakiego barbarzyńskiego kraju ty pochodzisz, że najprostszych gestów grzecznościowych nie znasz, biedny człowieku?

Brak odpowiedzi.

- No?
- Z Polski... - mruknął Antoni.
- Tak myślałem, poznałem po akcencie. Wy, Polacy, nienawidzicie Rosjan. Szczególnie po tym incydencie z prezydentem. Po tym, co odpierdalał w Gruzji był już u nas tak naprawdę persona non grata. A że spadł gdzieś pod Smoleńskiem, wina spadła na nas.
- Jak możesz spokojnie spać ze świadomością, ile dzieci przez ciebie cierpi?
- A jak Amerykanie mogą żyć ze świadomością, że nie tak dawno zamordowali irańskiego generała? Jak mogą żyć, ze świadomością, ile ludzi przez nich cierpiało w Guantanamo? Jak mogą żyć ze świadomością, że ich dyktatorzy, Pinochet, Batista czy Pahlawi, mieli ręce brudne od krwi? I w końcu jak mogą żyć ze świadomością, że swoimi działaniami w Wietnamie omal nie wywołali Trzeciej Wojny Światowej?

Lorenc nic nie odpowiedział. Po około minucie Borodin postanowił przerwać ciszę.

- My praktykujemy sutenerstwo i organy. Okupów nie. Co zabierzemy, tego nie oddajemy. Poza tym okupy i tak mało kto płaci, chyba, że ludzie tak bogaci jak ja. Pół miliona dolarów, milion, bo mniej się nie opłaca. Kto by tyle dał za rozwrzeszczanego bachora?

Lorenc chwycił butelkę whiskey i uderzył nią Borodina w głowę. Następnie złapał go za włosy i uderzył dwukrotnie głową o stół.

- To za Wiktorię, skurwysynu!

Wtem do pokoju wbiegł ochroniarz Borodina, uzbrojony w strzelbę.Rosjanin zaczął się śmiać.

- Masz przesrane!

Wystrzelił. Lorenc uniknął kuli, która trafiła w okno, rozbijając szybę. Gdy ochroniarz przeładowywał broń, Antoni wyskoczył przez okno. Wpadł do rzeki Mojki. Wyszedł na brzeg i uciekł tak daleko, na ile pozwalały mu siły.

Borodin nakazał Ramirezowi i Miller przetransportowanie wszystkich dzieci z RPA do jego posiadłości w północnej Anglii. Po długim, wyczerpującym locie z Johannesburga do brytyjskiego hrabstwa Yorkshire, Ramirez zdecydował się na dalszą podróż pociągiem. Wiktora była w ciemnym wagonie, odizolowana od innych dzieci. Myślała tylko o jednym: ile jeszcze będzie trwał ten koszmar? I co ją czeka w Anglii? Ogromny stres dodatkowo wspomagał uczucie osamotnienia.

Wtem Wiktoria poczuła, że pociąg zatrzymuje się.

Lorenc rzucił w kierunku pociągu koktajl Mołotowa, z taką samą celnością, jak lata temu. Kilka wagonów zajęło się ogniem. Antoni ujrzał Helgę Miller, wychylającą się z lokomotywy i celującą z niego w uzi. W ułamku sekundy Lorenc wycelował z PP - Bizona i zabił ją strzałem w głowę. Następnie pobiegł do pociągu i unikając kolejnych strzałów od ludzi Borodina, wsiadł do jednego z wagonów. Ujrzał kilkanaście dziewczynek skulonych w rogu.

- Nie wychylajcie się, a będziecie bezpieczne - powiedział po angielsku. Wtedy poczuł z tyłu głowy lufę rewolweru i znajomy głos.
- Nie spodziewałem się, że znajdziesz nas tak szybko.
Borodin.

- Jak widzisz, miałeś o mnie zbyt niskie mniemanie - Lorenc uderzył Rosjanina łokciem w żebra z całej siły, wytrącając mu z rąk pozłacanego Naganta. Antoni chwycił rewolwer i strzelił Borodinowi w brzuch. Rosjanin położył się na ziemi. Z ust ciekła mu krew.

- Podejdź tu na chwilę... - wychrypiał. Lorenc nieufnie przykucnął przy umierającym Rosjaninie. - Wywodzę się z nizin społecznych. Ojciec pił, matka była dziwką. Nieraz naćpani klienci znęcali się nad nią. Mieszkaliśmy w szarym, smutnym blokowisku zbudowanym jeszcze za Stalina. Marzyłem o wielkich pieniądzach... o sławie...
- Wielka sława to żart.
- Pamiętałeś, że lubię Straussa - Borodin uśmiechnął się, po czym zamknął oczy.



Do wagonu wszedł Ramirez wraz z trzema gorylami. Nim zdążyli wyjąć pistolety, Lorenc wykończył ich jedną serią. Poza Ramirezem, którego celowo postrzelił w nogę. Meksykanin rozpaczliwie próbował wyjąć broń, jednak Lorenc wziął ją i odrzucił.

- Powinienem cię zabić. Ale wolę, żebyś żył w świadomości swoich zbrodni. To będzie dla ciebie większa kara - powiedział, po czym zostawił rannego JJa, by szukać Wiktorii. Znalazł ją w jednym z następnych wagonów.

- Córeczko...

Wiktoria spojrzała na niego załzawionymi oczami.
- Tata? T...tato!
- Już nic ci nie grozi, słońce.

Wiktoria rzuciła się Antoniemu na szyję.



Po rozbiciu gangu handlarzy żywym towarem Borodina Lorenc osobiście upilnował, aby wszystkie dzieci trafiły do rodziców. Następnie wraz z Wiktorią udał się na lotnisko Stansted, by jak najszybciej wrócić do Polski. Na lotnisku ujrzał ludzi w białych kombinezonach ochronnych. No tak, przez to wszystko całkowicie zapomniał o pandemii. Godzinę później byli już w przestworzach. Lorenc położył swoją dłoń na ręce Wiktorii za zacisnął. Spojrzała na niego, ale widział, że jest smutna.

Tymczasem na Piccadilly Circus w Londynie odbywało się spotkanie z kandydatem na burmistrza, Geronimo Peckiem. W tłumie ludzi słuchających o Brexicie i obietnicach wyborczych, znajdował się też Juan Ramirez. Powoli sięgnął do kieszeni bluzy i wyjął butelkę z benzyną...

Nawet po powrocie do Polski Wiktoria była w ciężkiej depresji, bardzo mało się odzywała, prawie w ogóle nie jadła. Antoni zdecydował się nie posyłać jej jeszcze do szkoły. Poszukał najlepszego psychologa w okolicy i umówił wizytę. Miał ogromną nadzieję, że to coś zmieni.

Gdy Wiktoria udała się do gabinetu, czekający na korytarzu Lorenc wyjął telefon, by sprawdzić wiadomości. Natrafił na artykuł o nagłówku: Londyński zamachowiec - samobójca powstrzymany. Postanowił sprawdzić, o co chodzi.

Treść brzmiała tak: Dzisiaj o godzinie 9:26 w londyńskim Soho odbyło się spotkanie z kandydatem na burmistrza miasta, Geronimo Peckiem. Krzyki kilku obecnych osób zwróciły uwagę na mężczyznę, który dokonał samopodpalenia. Obecni na miejscu policjanci oddali kilka strzałów w prawdopodobnego zamachowca. Jak ustalił Scotland Yard, był to dwudziestosiedmioletni obywatel Meksyku, Juan Jose Ramirez, od lat poszukiwany przez Interpol listem gończym. Jak wykazała sekcja zwłok, mężczyzna zmarł jeszcze przed postrzeleniem.



Po powrocie do mieszkania Lorenc zauważył na drzwiach przyklejoną kartkę z napisem: Przyjdę jutro po moją własność. TP

Gdy nazajutrz Puchalski wszedł do domu Lorenca, od razu zażądał zwrotu telefonu i legitymacji.

- Ukradłeś mi szmatę i telefon, by się pode mnie podszywać - powiedział aspirant. - Za to możesz pójść za kraty na naprawdę długo. Chyba, że zawrzemy układ. Ja nic nie powiem przełożonym, a ty pozwolisz mi przelecieć Wiktorię.
Lorenc był zdruzgotany. Już wszystko rozumiał.
- Więc to ty... ty doprowadziłeś Borodina do mojej córki...

Puchalski uśmiechnął się.

- Mało tego. To pewnie od ciebie tamten porywacz miał policyjny mundur.
- Bingo.
- Tomek... dlaczego?
- Zawsze marzyłem, by zanurzyć fiuta w twojej uroczej córeczce. Borodin obiecał oddać mi ją po roku na własność, jak już skończy się dupczenie w RPA. Oj, chyba powiedziałem za dużo. Sam rozumiesz, że nie mogę cię w takiej sytuacji zostawić żywego. Zmów zdrowaśkę.

Puchalski wyjął z kabury glocka, jednak Lorenc przytrzymał jego rękę i strzał został oddany w sufit. Następnie chwycił za nóż leżący na blacie i wbił go policjantowi w oko. Puchalski wrzasnął z bólu.

- Masz swoją penetrację. Choć nie o taką zapewne ci chodziło - powiedział Antoni, wbijając ostrze noża głęboko w mózg Puchalskiego.


Tydzień później, gdy Lorenc już ochłonął po sytuacji z Puchalskim, postanowił zabrać Wiktorię do parku rozrywki. O ile wizyta u psychologa dała marne efekty, miał nadzieję, że atrakcje przywrócą jego córce choć częściowo radość z życia. Idąc do parku, minęli supermarket.

- Wiesz... - powiedział Antoni - Może i chipsy są nisko w hierarchii wartości, ale nie znaczy to, że nie mogę ci ich kupić.

Ale Wiktoria nic nie odpowiedziała.

Po wizycie w Wiosce Wikingów i Jungle Adventure, Lorenc postanowił zabrać córkę na rollercoaster. Gdy założyli zabezpieczenia, Wiktoria spojrzała na niego. Była uśmiechnięta. Lekko, ale uśmiechnięta.



KONIEC


Przeciwności losu uczą mądrości, powodzenie ją odbiera.
- Seneka Młodszy

Awatar użytkownika
Czarna Emma
Pisarz pokoleń
Posty: 1144
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

Small World

Postautor: Czarna Emma » czw 12 mar 2020, 14:50

Tomek Bordo pisze:Source of the post Powodem był koniec starć w Zatoce Perskiej, a także spotkanie pięknej warszawianki, Weroniki, z którą wkrótce ożenił się i dziewięć miesięcy później wydał na świat śliczną córeczkę, Wiktorię.

Raczej żona wydała.
Tomek Bordo pisze:Source of the post Idąc minęli, jak zwykle idąc tą drogą, supermarket.
powtórzenie "idąc"
Tomek Bordo pisze:Source of the post - A teraz na łóżko i daj mi się rozkosz.

Hę?
Tomek Bordo pisze:Source of the post Rosjanin zaczął się śmiać.

Z rozbitą whiskaczem głową i po dwukrotnym zderzeniu ze stołem? Wątpię, aby w ogóle był przytomny.
A propos fabuły... ;) Nie porywa. Brakuje mi tu napięcia, emocji, czegoś, co pozwoli mi wczuć się w sytuację. Masz sporo dialogów, opisów, ale wydają się ona martwe. Są przedstawieniem faktów, bez tła emocjonalnego, jakby ktoś oglądał reportaż. Suchy, taki, którego autor nie usiłuje wywołać u widza współczucia czy jakiejkolwiek emocji, nawet zaciekawienia.
Moim zdaniem brakuje Ci "pogłębienia obrazu", nadania mu tej gry światła i cienia, które czyni przedstawioną na nim historię żywszą od zwykłego rozmieszczenia elementów na płótnie. Mówiąc inaczej - brakuje mi tu czegoś, co zrobiłoby z tego początku szkicu fabułę. Bo na razie to nawet nie szkic, a jedynie początek planowania.
No i nie musisz pisać dużymi literami KONIEC, bo widać, że tekst się skończył. ;)


obrazek
Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
Tomek Bordo
Pisarz domowy
Posty: 95
Rejestracja: ndz 03 lis 2019, 12:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdańsk
Płeć: Mężczyzna

Small World

Postautor: Tomek Bordo » czw 12 mar 2020, 16:03

No miał zakrwawioną twarz, ale nie stracił przytomności.

Twierdzisz, że opisy wydają się martwe. A starałem się właśnie robić jak najlepsze opisy, również odczuć i emocji, podobnie jak w moim poprzednim tekście.

A co powiesz o fabule? Bo tytuł i tematyka są inspirowane nadchodzącym filmem Patryka Vegi, ale historię wymyśliłem sam w całości.


Przeciwności losu uczą mądrości, powodzenie ją odbiera.
- Seneka Młodszy

Awatar użytkownika
ithulu
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 5572
Rejestracja: pt 23 sie 2013, 11:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Płock
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Small World

Postautor: ithulu » czw 12 mar 2020, 16:16

Tomek Bordo pisze:Source of the post A co powiesz o fabule?


Przecież Ci powiedziała:
Czarna Emma pisze:Source of the post A propos fabuły... Nie porywa. Brakuje mi tu napięcia, emocji, czegoś, co pozwoli mi wczuć się w sytuację.


gosia

„Szczęście nie polega na tym, że możesz robić, co chcesz, ale na tym, że chcesz tego, co robisz.” (Lew Tołstoj).

Obrazek

Awatar użytkownika
Czarna Emma
Pisarz pokoleń
Posty: 1144
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

Small World

Postautor: Czarna Emma » czw 12 mar 2020, 16:23

Sądzę, że o fabule powiedziałam wystarczająco. Nie porywa, nie zaciekawia... Czy potrzebujesz analizy krok po kroku? :)
Nie znam twórczości pana Vegi, więc nie mogę ocenić, na ile inspiracja wpłynęła na Twój tekst. Wydaje mi się jednak, że przejąłeś "szarpane", wręcz "zwiastunowe" przedstawianie historii. Nie wiem, czy to dobra droga.
ithi, tradycji musiało stać się zadość. ;)


obrazek

Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
Tomek Bordo
Pisarz domowy
Posty: 95
Rejestracja: ndz 03 lis 2019, 12:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdańsk
Płeć: Mężczyzna

Small World

Postautor: Tomek Bordo » sob 14 mar 2020, 11:59

Tradycji musiało stać się zadość? W sensie?


Przeciwności losu uczą mądrości, powodzenie ją odbiera.
- Seneka Młodszy

Awatar użytkownika
Czarna Emma
Pisarz pokoleń
Posty: 1144
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

Small World

Postautor: Czarna Emma » sob 14 mar 2020, 12:46

Tak często pytasz o fabułę, że czasami wydaje się, iż nie czytasz tego, co o niej piszą komentujący.
Niezbyt udany żart z mojej strony, przyznaję. Pardon.


obrazek

Kliknij obrazek, aby powiększyć

Miras
Pisarz domowy
Posty: 146
Rejestracja: śr 02 paź 2019, 23:18
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Śląsk
Płeć: Mężczyzna

Small World

Postautor: Miras » sob 14 mar 2020, 14:05

Tomek Bordo pisze:Source of the post Wystrzelił. Lorenc uniknął kuli, która trafiła w okno, rozbijając szybę. Gdy ochroniarz przeładowywał broń, Antoni wyskoczył przez okno. Wpadł do rzeki Mojki. Wyszedł na brzeg i uciekł tak daleko, na ile pozwalały mu siły.

Borodin nakazał Ramirezowi i Miller przetransportowanie wszystkich dzieci z RPA do jego posiadłości w północnej Anglii. Po długim, wyczerpującym locie z Johannesburga do brytyjskiego hrabstwa Yorkshire


Tomek, jak w każdym Twoim opowiadaniu jest sporo wydarzeń, które w realnym świecie nie mają prawa się wydarzyć. Praktycznie w co drugim, trzecim zdaniu jest jakiś "kwiatek". Lorenz wyskoczył przez okno (BTW wiesz ile trwa przeładowanie broni? Ktoś jeszcze używa broni, która się sama nie przeładowuje, poza myśliwymi strzelającymi śrutem?) i wpadł prosto do rzeki po czym uciekał aż zabrakło mu sił (ile - tydzień? miesiąc?). Leciałeś kiedyś samolotem międzynarodowym z kontrolą paszportową itd? Myślisz, że taki transport porwanych dzieci jest możliwy?

Tomek Bordo pisze:Source of the post Wiktoria roześmiała się z radości i mocno przytuliła ojca. Lorenc, głaszcząc ją po puszystych, brązowych włosach, spoglądał na oświetlające ich słońce. Kochał swoją córeczkę i takie momenty jak ten przypominały mu o tym najbardziej. Miał nadzieję, że odtąd tak już będzie wyglądać całe jego dalsze życie.

Wiktoria ucieszyła się, że jednak nie może iść po chipsy. A Lorenc miał nadzieję, że Wiktoria się zatrzyma w rozwoju, będzie wiecznie chodzić do szkoły a on ją będzie wiecznie przytulał.

No zastanów się, prawie każde zdanie w tym opowiadaniu można tak "rozjechać".

Na plus - uciekłeś od polityki, nareszcie...
Wydaje mi się, że powinieneś jednak próbować pisać scenariusze filmowe. Tam nie ma przemyśleń, tłumaczeń, tylko opisy kolejnych scen i dialogi. Naprawdę mam wrażenie, że to by Ci zdecydowanie bardziej pasowało. Tylko każdą opisaną scenę, każde zdanie musisz osobno samokrytycznie ocenić, czy ma sens logiczny. Najlepiej napisać, odłożyć na dwa-trzy miesiące (w tym czasie wrócić do poprzedniego odłożonego opowiadania) i chłodno ocenić, i poprawiać, poprawiać. No i zapis scenariusza jest inny.
Na przykład taki:
https://piotrweresniak.files.wordpress. ... esniak.pdf

Zatwierdzam jako weryfikację. M79



Awatar użytkownika
Tomek Bordo
Pisarz domowy
Posty: 95
Rejestracja: ndz 03 lis 2019, 12:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdańsk
Płeć: Mężczyzna

Small World

Postautor: Tomek Bordo » wt 17 mar 2020, 14:08

Miras pisze:Source of the post
Tomek Bordo pisze:Source of the post Wystrzelił. Lorenc uniknął kuli, która trafiła w okno, rozbijając szybę. Gdy ochroniarz przeładowywał broń, Antoni wyskoczył przez okno. Wpadł do rzeki Mojki. Wyszedł na brzeg i uciekł tak daleko, na ile pozwalały mu siły.

Borodin nakazał Ramirezowi i Miller przetransportowanie wszystkich dzieci z RPA do jego posiadłości w północnej Anglii. Po długim, wyczerpującym locie z Johannesburga do brytyjskiego hrabstwa Yorkshire


Tomek, jak w każdym Twoim opowiadaniu jest sporo wydarzeń, które w realnym świecie nie mają prawa się wydarzyć. Praktycznie w co drugim, trzecim zdaniu jest jakiś "kwiatek". Lorenz wyskoczył przez okno (BTW wiesz ile trwa przeładowanie broni? Ktoś jeszcze używa broni, która się sama nie przeładowuje, poza myśliwymi strzelającymi śrutem?) i wpadł prosto do rzeki po czym uciekał aż zabrakło mu sił (ile - tydzień? miesiąc?). Leciałeś kiedyś samolotem międzynarodowym z kontrolą paszportową itd? Myślisz, że taki transport porwanych dzieci jest możliwy?

Tomek Bordo pisze:Source of the post Wiktoria roześmiała się z radości i mocno przytuliła ojca. Lorenc, głaszcząc ją po puszystych, brązowych włosach, spoglądał na oświetlające ich słońce. Kochał swoją córeczkę i takie momenty jak ten przypominały mu o tym najbardziej. Miał nadzieję, że odtąd tak już będzie wyglądać całe jego dalsze życie.

Wiktoria ucieszyła się, że jednak nie może iść po chipsy. A Lorenc miał nadzieję, że Wiktoria się zatrzyma w rozwoju, będzie wiecznie chodzić do szkoły a on ją będzie wiecznie przytulał.

No zastanów się, prawie każde zdanie w tym opowiadaniu można tak "rozjechać".

Na plus - uciekłeś od polityki, nareszcie...
Wydaje mi się, że powinieneś jednak próbować pisać scenariusze filmowe. Tam nie ma przemyśleń, tłumaczeń, tylko opisy kolejnych scen i dialogi. Naprawdę mam wrażenie, że to by Ci zdecydowanie bardziej pasowało. Tylko każdą opisaną scenę, każde zdanie musisz osobno samokrytycznie ocenić, czy ma sens logiczny. Najlepiej napisać, odłożyć na dwa-trzy miesiące (w tym czasie wrócić do poprzedniego odłożonego opowiadania) i chłodno ocenić, i poprawiać, poprawiać. No i zapis scenariusza jest inny.
Na przykład taki:
https://piotrweresniak.files.wordpress. ... esniak.pdf







viewtopic.php?f=16&t=22426
I jak?


Przeciwności losu uczą mądrości, powodzenie ją odbiera.
- Seneka Młodszy

Miras
Pisarz domowy
Posty: 146
Rejestracja: śr 02 paź 2019, 23:18
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Śląsk
Płeć: Mężczyzna

Small World

Postautor: Miras » wt 17 mar 2020, 19:17

Według mnie w scenariuszu brzmisz zdecydowanie lepiej, teraz kwestia napisania kilkudziesięciu, aby nabrać wprawy (i posłuchania rad fachowców/dobrych ludzi, niekoniecznie mnie, przeczytania poradników, przykładów itd. - kilka lat pracy). Odnośnie scenariusza, który wstawiłeś, pewne zdania opisujące są jeszcze jakbyś pisał opowiadanie. Niektóre sceny są dosłownie kilkusekundowe, ja akurat nie jestem fanem takich krótkich, szybkich cięć. No i wulgaryzmy nie są na tym forum mile widziane, choć sporadycznie się zdarzają. Nie wiem, czy istnieje jakieś inne forum, gdzie są głównie scenariusze, i gdzie mógłbyś się rozwijać, może ktoś z użytkowników wie i podpowie...



Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 4029
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Small World

Postautor: Godhand » czw 19 mar 2020, 22:58



"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.


Wróć do „Zweryfikowane i zarchiwizowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość