Obrazek Weryfikatorium

Teoria snów - powieść, fragment

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Quincunx
Pisarz domowy
Posty: 96
Rejestracja: pt 18 paź 2019, 11:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Quincunx » czw 12 gru 2019, 10:46

Byłem kiedyś wiosłem
ale wbitym w brzeg
po to, aby oznaczyć grób

DEREK MAHON



Fale Marconiego
SZKOCJA 1956
SZPITAL MIEJSKI GLASGOW




Czasami, kiedy nie mogę długo zasnąć, zadaję sobie w myślach jedno z moich trudnych pytań i poszukuję na nie odpowiedzi.
Tak robię.
Zdarza się również, że wyciągam z szuflady stary klucz telegraficzny i siedzę przed nim aż do świtu, zagubiony w tej dziwnej czasoprzestrzeni, bezradny i śmieszny.
Albo płaczę.
Chowam twarz w przepoconą poduszkę i wylewam z siebie litry słonej jak Atlantyk, wody.
Kiedyś było inaczej.
Kiedyś sądziłem, że przenosząc w eter coś, czego tak naprawdę nie da się dostrzec ani nazwać, staję się lepszy.
Poważnie, tak myślałem. Każda kreska i kropka przybliżała mnie do ideału.
Teraz nabrałem do tego odpowiedniego dystansu.
Siedzę przed tym zaśniedziałym kluczem i boję się poruszyć dłonią.

Jeżeli twoja inteligencja przewyższa ambicję, zabijesz się. Jeżeli jest odwrotnie, oni zechcą zabić ciebie. Zastanów się lepiej, ile razy Krzysiek Kolumb żałował, że wyruszył w swoją podróż. Albo ile razy inni żałowali, że on powrócił. Wiara w to, że ziemia jest płaska, leczy nas ze wszelkich natręctw. Płaskim jest łatwiej. A zwłaszcza prostokątom. Ci mają najlepiej. Każdy kąt prosty i po problemie. Co tu kombinować?

Szpitalny psycholog twierdzi, że w ten sposób usiłuję zapomnieć wszystko to, co ma jakiś bezpośredni związek z przeszłością.
Nazywa moje zamyślenia próbą odreagowania, ucieczką; poszukiwaniem spokoju i samego siebie.
Ale ten poważny, naładowany encyklopedyczną wiedzą mężczyzna jest w błędzie.
Kilkanaście lat wkładali mu do głowy różne teoretyczne bzdury, aż w końcu stanął twarzą w twarz z takim gościem jak ja i zrozumiał, że te wszystkie mądre książki kłamią; że siedzący naprzeciwko niego starzec ze zmęczonymi oczami, który ma problemy ze snem, nie odpowiada żadnemu empirycznemu schematowi.
I wtedy zapragnął wziąć w garść swoją elegancką brązową torbę i dać stąd drapaka.
Spytacie, skąd to wiem?
Widzę to w jego zmęczonych oczach. Gdyby nie solidne kraty w oknach, stalowe rygle w drzwiach i w miarę przyzwoita pensja, już dawno by go tu nie było.
Ufny, że świat wciąż kręci się we właściwą stronę, wróciłby do swojego spokojnego rodzinnego gniazdka i przy szklance dobrze schłodzonego ponczu wyznałby swojej kobiecie, że przyprowadzają do niego coraz więcej świrów, którym się wydaje, że potrafią zbić z pantałyku takiego starego wyjadacza jak on.
Może nawet w przypływie szczerości zdobyłby się na jakiś mało wyszukany żart o stojącym już jedną nogą na tamtym świecie komiwojażerze, któremu się wydaje, że zna dokładnie definicję słowa miłość i który pragnie nauczyć podobnej miłości resztę wszechświata.
Kto wie? Gość wygląda na kogoś, komu różne rzeczy mogą przyjść do głowy.
A rzecz wbrew pozorom jest banalna i oczywista - po prostu stukanie tym cholernym kluczem mnie znudziło.
Znudziło podobnie jak wiele innych rzeczy. Definitywnie i ostatecznie. I bez żadnego psychologicznego podtekstu.
Znudziło, bo sam zrobiłem się nudny.
Dlatego właśnie wciąż zadaję sobie te swoje trudne pytania i łudzę się, że nikomu nie przeszkadzam.
I chyba właśnie, dlatego wciąż to widzę...

Przechył pokładu staje się coraz większy.
Rufa unosi się majestatycznie nad wodę i wreszcie spod powierzchni oceanu powoli wynurzają się gigantyczne, złowieszczo nieruchome teraz śruby napędowe.
W świetle setek gwiazd rozrzuconych na bezchmurnym, granatowym niebie wyglądają one jak monstrualne skrzydła tonącego w czarnej wodzie motyla.
Atlantyk bez skrupułów pochłania swoją ofiarę.
W chwili, gdy morze przelewa się przez mostek, nadbudówka wydaje nieprzyjemny trzask. Dziobowe łącze kompensacyjne nie wytrzymuje obciążenia. Dwa tylne naciągi, utrzymujące w pionie pierwszy z kominów, zawisają bezwładnie, a cały ciężar wielkiego komina kumuluje się na ośmiu pozostałych.
– Ten okręt tonie!!!...
Mężczyzna ma wyraźne problemy z mówieniem.
Rozbite, nabrzmiewające szybko krwią wargi upodobniają jego twarz do budzącej współczucie, a jednocześnie pełnej groteski, maski.
Pokrywająca policzki i czoło gruba warstwa węglowego pyłu podpowiada, że jest to najprawdopodobniej jeden z palaczy, który cudem wydostał się z czeluści najniższych pokładów liniowca.
Wygląd nieszczęśnika wymownie świadczy o męczarni, przez którą musiał przejść, by dotrzeć aż tutaj.
Ma problemy z mówieniem i z utrzymaniem równowagi.
Pomimo wyczerpania uparcie kieruje się w stronę najbliższej z szalup, przy której jeden z członków załogi bezskutecznie usiłuje zamocować fały na żurawikach.
Na tonącym okręcie każdy na swój sposób próbuje szukać ratunku.
Właśnie wtedy, poprzedzony trzaskiem pękających naciągów i zgrzytem giętej stali, sypiąc kłębami iskier, przedni komin przechyla się przez prawą burtę i wali w zimną wodę oceanu.
Wielka fala wzbudzona upadającym kominem przelewa się przez pokład, porywając wszystko ze sobą.
– Kazali mi to zrobić! Słyszysz? To nie Titan!
Trafiasz ramieniem w coś twardego i chwytając się tego czegoś, słyszysz nagłą ciszę, którą mąci jedynie szum opływającej tonący okręt wody i czyjś przeraźliwy krzyk.
Dopiero w chwili, gdy braknie ci tchu, rozumiesz, że to ty krzyczysz...

Tak. Kiedyś krzyczałem.
Teraz otacza mnie pustka. Kompletna, bez żadnego początku ani końca. Jest to szczególnie głupie, gdy leży się w łóżku jakiejś podrzędnej kliniki na obrzeżach wielkiego miasta i jeszcze głupsze, gdy się na coś czeka.
Na co czekasz, Haroldzie? Bo czekasz, mam rację?...
Tuż za niewielkim parkiem i solidnym kamiennym murem błyszczy fosforyzując nieprzyjemną bielą uliczna lampa przed jakimś trzeciorzędnym sklepem zoologicznym.
Gdy wyjątkowo uważnie wytężę słuch, mogę przysiąc, że słyszę gardłowe odgłosy małpy lub czegoś blisko spokrewnionego z małpą.
Teraz jednak niczego nie jestem pewien.
Fale Marconiego potrafią zniekształcić każdy obraz i dźwięk.
Pozornie otacza mnie wyciszone miasto. Gdy tkwisz w centrum wyciszonego miasta, wydaje ci się, że oprócz ciebie jednego nie ma tu nikogo więcej.
I wtedy przychodzi strach.
O ludzi.
W moim przypadku nie jest to normalny strach.
Mam p r z e c z u c i e.

Po obiedzie ruda pielęgniarka zrobiła mi kolejny zastrzyk.
Właśnie zaczynam odczuwać jego działanie.
Powieki stały się ciężkie. Bardzo ciężkie. Ale to nic. I tak wiem, że nie zasnę.
Po tym, co się stało, nie mogę już spać.
Być może już nigdy nie będę umieć. Zapukałem do zbyt wielu drzwi i dostrzegłem zbyt wiele dziwnych spojrzeń, by dać się teraz nabrać na takie duperele. Jeżeli coś uwiera cię przez całe życie, to nawet na starość uwierać nie przestanie.
Koniec, kropka.
Aby to zrozumieć, zapiszcie na kartce rząd cyfr: 3909-04, a potem stańcie naprzeciwko lustra i odczytajcie swój zapis.
Jeżeli zrobicie dokładnie to, o co proszę, może zrozumiecie, o czym próbuję Wam powiedzieć.
To wcale nie jest takie trudne.
Wystarczy jedynie troszeczkę zniekształcić „czwórkę” i będziecie mieli to tak jak na dłoni!... Sześć cyfr zamieni się w sześć liter, które z kolei ułożą się w wyraźny napis.
Widzicie?...
Kiedy pierwszy raz pokazano mi tę sztuczkę w jakiejś obskurnej irlandzkiej knajpie na nabrzeżu, też się żachnąłem, a nawet zaniosłem się nerwowym śmiechem.
Właśnie taki jest nasz świat.
Zejdziesz z drogi schematu i już dotykasz absurdu.
To, co do tej pory uznawane jest za pewnik, staje się wątpliwe.
Jakże łatwo jest tym dotknąć siebie i innych. Zwłaszcza po paru kuflach piwa.
Niestety zrozumiałem to zbyt późno. I nikt, ani nic, już tego nie odkręci.
Stało się. Kurtyna opadła.
Smutni ludzie w białych kitlach powiedzieli, że z punktu widzenia medycyny jestem zupełnie nieszkodliwy.
Nieszkodliwy nie znaczy jednak normalny. Nikt by nie był w stanie pozostać normalnym po tym, czego byłem świadkiem, co widziałem i co czułem.
I jak się bałem.
Właśnie tak! I w takiej kolejności!
Ten mądry psycholog twierdzi, że samotność jest jedynie pewnym sposobem kreowania rzeczywistości. Że nie boli, nie wciąga w wir beznadziei i w ogóle jest do przeskoczenia lub oszukania.
To, co zmusza ludzi do wyznaczenia ścieżek cierpienia, jest niczym innym, jak tylko myśleniem o samotności.
Inaczej mówiąc, to, że myślę o sobie jak o samotnym starcu, któremu całe życie przeciekło między palcami, oznacza, że sam sobie rozmyślnie zadaję cierpienie.
Czy jest w tym jakaś logika?
A jeżeli tak, to jaka?
I gdzie?...
Nie urośnie z tego nic dobrego. Przekonasz się, Haroldzie. Pamiętaj, że ostrzegałem!
Powiedzieli też, że wcześniej czy później odkryją prawdę, dokopią się do szczegółów i przypiszą temu określony schemat.
Tak jakby ludzki strach dał się zamknąć w lekarski rejestr!...
Dobre sobie!
– Nie istnieje coś takiego jak prawda – mówię temu lukrowanemu dupkowi, który zamiast natychmiast zapisać to zdanie w swoim cudownym notesie, gapi się bezmyślnie w zadeszczony fragment przestrzeni za oknem. ¬– Prawda utonęła. Dawno temu i na zawsze. Prawdy nie ma.
Bardzo dużo trudu wkładam w logiczną budowę tego zdania.
Odkąd zamknęły się za mną drzwi tego białego, cuchnącego lekami pokoju wszystko przychodzi mi z trudem.
Nawet tak prosta czynność, jak pierdnięcie. Po prostu mam wrażenie, że znikam.
Dlatego właśnie opowiadam dalej.
Muszę to opowiedzieć.
Po prostu muszę, zanim nieświadomi niczego ludzie przeczytają o tym we wszystkich gazetach, a jacyś pseudo eksperci przypiszą temu własny punkt widzenia i odbiorą mi resztkę mojej prywatności.
Wspominałem Wam już. Mam i miałem p r z e c z u c i e.

Fale Marconiego są wszędzie.


PROLOG
POCZĄTEK STYCZNIA 1912
LODOWIEC GRENLANDZKI



Na skraju pola lodowego polarna niedźwiedzica ostrożnie wynurzyła się z otchłani Morza Labradorskiego i wciąż zachowując czujność, wdrapała się na postrzępioną zmarzlinę przybrzeżnej kry.
Z trzewi zmęczonego stworzenia dobył się groźny pomruk, mieszający się natychmiast z wyciem północnego wichru wiejącego od strony grenlandzkiego lodowca.
Choć dwunastocentymetrowa warstwa tłuszczu chroniła niedźwiedzicę przed blisko trzydziestostopniowym mrozem, zwierzę odruchowo szukało naturalnej osłony za usypaną przez polarny wicher śnieżną zaspą.
Pod powierzchnią oceanu gęsta szczecina futra utworzyła wodoszczelną warstwę, która nie dopuściła do niebezpiecznego oziębienia organizmu.
Ważąca ponad ćwierć tony samica białego niedźwiedzia przed dotarciem na krę przepłynęła odległość ponad ośmiu kilometrów.
Uważny obserwator mógłby dostrzec jeszcze na krótkich, ale niezwykle mocnych i ostrych pazurach niedźwiedzicy fragmenty skóry i krwistego mięsa młodej nerpy, której szczątki pozostały przy schlapanym krwią lodowym otworze.
Nie to jednak było bezpośrednią przyczyną wyczerpania i rozdrażnienia zwierzęcia.
Długa, głęboka rana ciągnąca się od nasady grzbietu aż na lewy bok, zadana ostrą osęką polującego Inuita, wciąż krwawiła obwicie i wszystko wskazywało na to, że krwawić nie przestanie.
Zanim, wśród ogłuszającego huku i trzasku kruszonego lodu, trzy kilometry dalej, lodowa góra oderwie się od macierzystego lodowca, niedźwiedzica dotrze już do legowiska, gdzie dwa niedźwiadki przywitają ją radosnym popiskiwaniem.
Kilkadziesiąt godzin później samica polarnego niedźwiedzia skona.
Będzie to śmierć cicha i prawie niezauważalna.
Wieczna zmarzlina wpisze ją w scenerię srogiego krajobrazu.
W tym samym mniej więcej czasie „góra z lodu” zanurzy się już głęboko w zimnych wodach Morza Labradorskiego i rozpocznie dryf w stronę północnego Atlantyku.
Nie będzie to stanowiło żadnego ewenementu.
Pole lodowe na Grenlandii wytwarza ponad dwadzieścia milionów ton lodu dziennie, a od majestatycznych lodowców rok w rok odrywa się około czternastu tysięcy gór lodowych.
Na lodowym pustkowiu jeszcze długo będzie słychać skargi osieroconego potomstwa polarnej niedźwiedzicy. W zimnym, arktycznym powietrzu głos wołający o pomoc słychać na przestrzeni kilku kilometrów.
Towarzysząca tragedii polarnych niedźwiadków „góra z lodu” popłynie majestatycznie w stronę swojego przeznaczenia. Do miejsca, gdzie za kilka długich miesięcy ciepłe, atlantyckie prądy stopią jej monstrualne krawędzie i zmieszają z bezmiarem wód.
Nim to jednak nastąpi, dokładnie za trzy i pół miesiąca, dwadzieścia minut przed północą 14 kwietnia 1912 roku, marynarz pełniący wachtę na bocianim gnieździe należącego do White Star Line pasażerskiego liniowca, trzykrotnie uderzy w masywny brązowy dzwon zawieszony tuż nad jego głową, a w chwilę później łamiącym się z przerażenia głosem zamelduje na mostek:
– Góra lodowa na wprost!


15 KWIECIEŃ 1912
OCEAN ATLANTYCKI
LINIOWIEC „PRINZE ADELBERT”



Teoria snu zakłada, że przeciętny, zdrowy człowiek potrzebuje od dziesięciu do dwudziestu minut na całkowite obudzenie się. Ta sama teoria mówi jednocześnie o zaledwie siedmiu minutach potrzebnych przeciętnemu, zdrowemu człowiekowi na zaśnięcie.
W przypadku siedemdziesięciotrzyletniej Mary Gallager ten czasowy paradoks procesów zasypiania i budzenia się był jedynie zlepkiem zgrabnie zestawionych słów i pojęć. Mary posiadła umiejętność zasypiania w ułamku sekundy. Nie miała na to żadnego wpływu. Sen przychodził, kiedy chciał. Potrafiła urwać jakąś myśl w połowie i już tkwiła w jego przepastnych objęciach. Pragnienie snu Mary Gallager nie dawało się wpisać w żaden schemat. Nawet jeżeli schemat ten stwarzała „teoria snów”.
Podobnie rzecz się miała z budzeniem. Zwykle wystarczało jedno głębsze zaczerpnięcie powietrza – od kiedy Gallager ukończyła czterdziestkę, chrapała donośniej od niejednego mężczyzny – i była już na tyle daleko od snu, by bez problemów włączyć się w najbardziej nawet zawiły dialog. Jej zmarły przed ośmioma laty mąż Brian twierdził, że Mary przysypia jak ścigany przez sforę zając pod miedzą. Czasami – w chwilach, gdy jego pogłębiająca się podagra pozwalała mu na odrobinę życzliwości – dodawał, że Mary nie potrafi korzystać z największego darowanego przez Boga dobrodziejstwa. Oczywiście na myśli miał długi i przepełniony kolorowymi obrazami sen. Brian Gallager, w przeciwieństwie do swojej żony Mary, cierpiał na chroniczną bezsenność.
Tego kwietniowego poranka Mary nie wiedziała, że się obudziła, dopóki nie otworzyła oczu. Delikatne przechyły pokładu liniowca powodowały, że poziom wody w kryształowej karafce, którą poprzedniego wieczora ustawiła na szafce przy łóżku, falował lekko. Praca maszyn „Prinze Adelbert” dodawała do tego falowania ledwo dostrzegalne drżenie.
Przez dwie, trzy długie minuty Mary patrzyła bezmyślnie na karafkę, po czym rozgarnęła pościel i usiadła na koi. Bolała ją głowa. Czuła ból rozpoczynający się tuż u nasady powiek i rozciągający się aż na skronie.
Co mnie obudziło?
Wiedziała, że musi być jakaś konkretna przyczyna, ale w żaden sposób nie potrafiła jej sprecyzować.
Siedziała, więc z nogami bezwładnie przewieszonymi przez krawędź koi. Potem wstała i krok za krokiem poczłapała w kierunku umywalki. Ból nasilił się, gdy zmieniła pozycję. Ogarniał już całą górną połowę twarzy, ześlizgując się aż na pomarszczone policzki.
Potrwa to jeszcze parę minut i zwariujesz albo, co gorsza, oślepniesz. Powinnaś pamiętać, że masz już swoje lata i długie wieczorne pogawędki wcześniej czy później wyjdą ci bokiem.
Masz za swoje, Mary!
Stanęła przed lustrem i z obawą spojrzała we własne odbicie. Patrzyła na nią dziwnie szara i zmęczona twarz kobiety, w której oczach kryło się cierpienie.
Masz za swoje, Mary!
Powtórzyła w myślach naganę i zaraz żachnęła się, że krytykuje coś, nad czym nie potrafi w żaden sposób zapanować. Miała to we krwi. Mówić dużo i pozornie o niczym. Starzy ludzie potrzebują tego bardziej, niż świeżego powietrza i słońca, które ogrzeje im schorowane kości.
Poprzedniego wieczora Mary spędziła bite sześć godzin na rozmowie, z Patsy McDermott, pięćdziesięcioletnią żoną bankiera z Filadelfii, która w przeciągu tych sześciu godzin usiłowała wtajemniczyć ją w zawiłości procedur spadkowych, których – naturalnie w opinii szacownej matrony – stała się przypadkową ofiarą. Rzecz dotyczyła fortuny po jej zmarłym tragicznie bracie. Fortunę szacowano na – bagatela! – trzy miliony funtów i z tego, co mówiła Patsy, powinna ona w jak najszybszym czasie, zasilić prywatne konto McDermott’ów. Przedłużający się proces tak bardzo wpłynął na psychikę kobiety, że istniała uzasadniona obawa, że zakończy się to długotrwałą kuracją w którymś ze szwajcarskich kurortów. To ostatnie Patsy McDermott zdawała się mieć już zaplanowane w najdrobniejszym detalu.
Atmosfera głównego salonu liniowca, a zwłaszcza mieszanina tytoniowego dymu i oparów alkoholu, którym bez żenady raczyli się pasażerowie pierwszej klasy, spowodowały, że Mary już wtedy czuła niewidoczne macki zbliżającego się bólu. Do swojej kabiny wróciła tuż przed północą, ze szczątkowymi objawami lekkiego kaca.
Nie to jednak było przyczyną, że się obudziła. Z całą pewnością powód musiał być inny.
Co się stało, Mary?
Zaczęła być dociekliwa. Myśl o przyczynie, która kazała jej wstać z koi, nie dawała Mary spokoju.
Co cię obudziło, moja droga?
Stojąc wciąż przed lustrem, zwilżyła twarz wodą i ostrożnymi ruchami palców rozmasowała skronie. Ból wcale nie miał zamiaru odejść. Niewiarygodne, ale chyba nawet się nasilił.
– Spacer! – zadecydowała Mary Gallager. – Kilkadziesiąt minut na świeżym powietrzu powinno załatwić sprawę...
Był to wypróbowany sposób, który jak do tej pory zawsze skutkował.
Ostrożnie, unikając niepotrzebnych ruchów, Mary zdjęła nocną koszulę i wciąż zachowując respekt dla tego, co działo się w jej głowie, ubrała się. Na błękitną suknię narzuciła długie futro, owinęła szyję szalem i zabezpieczona przed ewentualnym chłodem poranka i wiatrem, wyszła z kabiny.
„Prinze Adelbert” spał jeszcze snem sprawiedliwego. Nocne rozmowy i uciechy rozgoniły pasażerów do łóżek. Jedynie wyczuwalne drżenie pracujących maszyn podpowiadało, że nie wszystkim dane jest zakosztować tej rozkoszy. Gdzieś tam, nisko pod pokładami trwała wytężona praca palaczy, którzy zasypywali wnętrza palenisk setkami kilogramów węgla i miału. Zapewne część załogi liniowca czuwała na swoich stanowiskach, mając pieczę nad bezpieczną żeglugą statku.
Przy wejściu na główną klatkę schodową Mary natknęła się na jednego ze sprzątaczy. Wysoki, chudy mężczyzna odruchowo zrobił jej miejsce, przylegając plecami do ściany i przesuwając stopą wiadro z wodą na bok. Pozdrowiła go delikatnym uśmiechem i poszła wyżej, w kierunku wyjścia na pokład spacerowy.
Już na schodach zobaczyła szefa kucharzy, który udawał się do kuchni, by osobiście nadzorować wypiek pieczywa na śniadanie.
I w tym przypadku pozwoliła swoim ustom na lekki grymas.
Szybciej, Mary! Na Boga, dlaczego tak to przeciągasz?
Poranek był chłodny. Lekka bryza przynosiła atlantycką wilgoć. Wbrew temu, czego można było oczekiwać, pokład spacerowy wcale nie świecił pustkami. Niewielka grupka gapiów, gestykulując żywo, patrzyła z uwagą na otaczający liniowiec ocean.
Dopiero gdy owijająca się w międzyczasie szczelniej szalem Mary Gallager, dołączyła do nich, zrozumiała, co było powodem tego niewielkiego zamieszania. Gigantyczna góra lodowa dryfowała majestatycznie w odległości około pół mili morskiej od przecinającego uparcie Atlantyk „Prinze Adalbert’a”. Największa bryła lodu, jaką kiedykolwiek dane było Mary zaobserwować.
– Niesamowite!
Stojący tuż obok niej pierwszy steward z niedowierzaniem kręcił głową. Przed kilkoma zaledwie minutami zrobił jedno z najważniejszych zdjęć w swoim życiu. Utrwalił widoczną wyraźnie na bryle lodu czerwoną smugę farby – znak, że w niedalekiej przeszłości jakiś okręt doznał kolizji z górą.
Czerwona smuga farby na dryfującej lodowej górze była topniejącą wolno krwią okrętu, który w założeniach jego konstruktorów nigdy nie powinien zatonąć.
Tego samego dnia amerykański dziennik New York Times napisze, że okrętem tym był S.S. „Titanic”.


Wiem, że oni nigdy tego nie zrozumieją, ale pod moją maską sarkazmu wspomnienia żyją.

Awatar użytkownika
Seener
Pisarz domowy
Posty: 196
Rejestracja: śr 10 lut 2010, 21:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Seener » czw 12 gru 2019, 13:17

Masz warsztat - okiem amatora - przynajmniej dużo lepszy niż większość nas "tubylców".
Masz wiedzę, masz różne pomysły.
Szkoda czasu, na puszczanie tu skrawków. Czekamy na Historię.
Zobaczymy jaki z tych łatek uszyjesz "fioletowy" płaszcz.
Powodzenia.
PS. Zakodowałem cyferki, choć zamiast lustra użyłem wyobraźni i googla ;).


Jako pisarz odpowiadam jedynie za pisanie.
Za czytanie winę ponosi czytelnik.

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1527
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Gorgiasz » pt 13 gru 2019, 16:51

Jeżeli twoja inteligencja przewyższa ambicję, zabijesz się. Jeżeli jest odwrotnie, oni zechcą zabić ciebie.

Nie zgodzę się. Jeśli inteligencja przewyższa ambicję, to nie podejmiesz tak nonsensownego kroku – inteligencja nie powinna pozwolić. W drugim przypadku, oni (nieważne kim są, praktycznie dotyczy to prawie wszystkich) boją się inteligencji, a ambicję – raz, że można wykorzystać do własnych celów, a dwa – należałoby wytłuc prawie wszystkich.
Oczywiście uogólniam.

Wiara w to, że ziemia jest płaska, leczy nas ze wszelkich natręctw. Płaskim jest łatwiej. A zwłaszcza prostokątom. Ci mają najlepiej. Każdy kąt prosty i po problemie. Co tu kombinować?

Ciekawa myśl. I prostokąty są świetne (choć kanciaste).

W świetle setek gwiazd rozrzuconych na bezchmurnym, granatowym niebie wyglądają one jak monstrualne skrzydła tonącego w czarnej wodzie motyla.

Usunąłbym „one”.

Dwa tylne naciągi, utrzymujące w pionie pierwszy z kominów, zawisają bezwładnie, a cały ciężar wielkiego komina kumuluje się na ośmiu pozostałych.

Wprawdzie nie słyszałem o liniowcu z ośmioma kominami (trochę za dużo; na przykład Titanic miał cztery, w tym jeden to atrapa), ale rozumiem, licentia poetica...

Być może już nigdy nie będę umieć.

Napisałbym „umiał” (względnie mógł).

Zejdziesz z drogi schematu i już dotykasz absurdu.

Niekoniecznie. Sądzę, że zależy to od nastawienia czy możliwości podmiotu. Zresztą, często schemat jest największym absurdem.

Na skraju pola lodowego polarna niedźwiedzica ostrożnie wynurzyła się z otchłani Morza Labradorskiego i wciąż zachowując czujność, wdrapała się na postrzępioną zmarzlinę przybrzeżnej kry.
Z trzewi zmęczonego stworzenia dobył się groźny pomruk, mieszający się natychmiast z wyciem północnego wichru wiejącego od strony grenlandzkiego lodowca.

Jak dla mnie - za dużo „się”. Z pierwszego i/lub drugiego można zrezygnować.

W przypadku siedemdziesięciotrzyletniej Mary Gallager ten czasowy paradoks procesów zasypiania i budzenia się był jedynie zlepkiem zgrabnie zestawionych słów i pojęć.

Mam wrażenie, że powinno być Gallagher.

Niestandardowy, dobrze napisany tekst, czyta się lekko i z zainteresowaniem. I jest nad czym pomyśleć. Paralele, wizje, przeczucia, różne koleiny czasu...



Awatar użytkownika
Quincunx
Pisarz domowy
Posty: 96
Rejestracja: pt 18 paź 2019, 11:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Quincunx » pt 13 gru 2019, 17:35

Dziękuję Gorgiasz.
Moja Przepisywaczka każe dodać kolejne - kuję. Co czynię niniejszym.

Gorgiasz pisze:Source of the post Wprawdzie nie słyszałem o liniowcu z ośmioma kominami (trochę za dużo; na przykład Titanic miał cztery, w tym jeden to atrapa), ale rozumiem, licentia poetica...


Przeczytaj raz jeszcze. Chodzi o naciągi, a nie kominy. Licentia poetica nie ma z tym nic wspólnego.

Dobrze.
Zdrowych Świątek i znikam za horyzonty.
Pora na Telesfora.


Wiem, że oni nigdy tego nie zrozumieją, ale pod moją maską sarkazmu wspomnienia żyją.

Online
Awatar użytkownika
AndrzejQ
Pisarz osiedlowy
Posty: 220
Rejestracja: pt 14 cze 2019, 12:32
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kielce
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: AndrzejQ » sob 14 gru 2019, 00:46

Prinz lub Prince. Nigdy Prinze!


Pamiętaj: kiedy ludzie mówią ci, że coś jest źle lub nie działa na nich, prawie zawsze mają rację.Natomiast kiedy mówią ci, co dokładnie nie działa, i radzą, jak to naprawić, prawie zawsze się mylą.
Neil R. Gaiman

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1086
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Łasic » ndz 15 gru 2019, 15:52

Styl bardzo mi się spodobał. To jest zgrabne i naprawdę ładnie napisane. Koledzy wyłapali kilka drobiazgów, ale mi się tak przyjemnie czytało, że nawet nie zwróciłam uwagi. Wciąga. Powiedziałabym - hipnotyzuje. Dzięki za miłą lekturę i życzę wytrwałości przy pisaniu. Moim zdaniem warto. No cóż... Zostaje mi jeszcze tylko życzyć posłusznej klawiatury. (A, zapomniałabym, cudowny tytuł!) :)


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 543
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: MargotNoir » ndz 15 gru 2019, 20:18

Dobre otwarcie. Sprawnie i szybko określa nastrój, problematykę, przykuwa uwagę, pokazuje, z jakim kalibrem tekstu mamy do czynienia.
Tylko to:
Chowam twarz w przepoconą poduszkę i wylewam z siebie litry słonej jak Atlantyk, wody.

Zamierzony komizm, by zburzyć zasadę decorum?
Krzysiek Kolumb żałował, że wyruszył w swoją podróż. Albo ile razy inni żałowali, że on powrócił. Wiara w to, że ziemia jest płaska, leczy nas ze wszelkich natręctw. Płaskim jest łatwiej.

Co ma wiara w płaskość Ziemi do Kolumba? To postać--narrator ma luki w wykształceniu, czy autor? Chciałabym Ci zaufać,ale na razie nie pokazałeś nic, co miałoby wskazywać powody, dla jakich bohater-narrator może wykazywać się niewiedzą.
A zwłaszcza prostokątom. Ci mają najlepiej. Każdy kąt prosty i po problemie. Co tu kombinować?

Ciekawe skojarzenie.
Kilkanaście lat wkładali mu do głowy różne teoretyczne bzdury, aż w końcu stanął twarzą w twarz z takim gościem jak ja i zrozumiał, że te wszystkie mądre książki kłamią; że siedzący naprzeciwko niego starzec ze zmęczonymi oczami, który ma problemy ze snem, nie odpowiada żadnemu empirycznemu schematowi.

O, tu już dużo lepiej. "Żodyn lekarz nie wie, co mi jest, bo żem taki wyjątkowy" to ciekawe zagranie, bardzo fajnie ustawia nam odbiór postaci. Od razu widać, że to zadufany w sobie mało sympatyczny typ i w dodatku mniej wykształcony, niż mu się wydaje (“empiryczny schemat”). Teraz bardzo fajnym smaczkiem okazuje się nazywanie Kolumba Krzyśkiem (szczeniackie spoufalanie się ze znanymi osobami poprzez zdrabnianie ich imion) wszystko zgadza się z płaską Ziemią. Zamieniłabym te pasaże miejscami, by czytając o Krzyśku czytelnik już wiedział, że niewiedzą i buractwo pochodzą od bohatera-narratora.
A rzecz wbrew pozorom jest banalna i oczywista - po prostu stukanie tym cholernym kluczem mnie znudziło.
Znudziło podobnie jak wiele innych rzeczy. Definitywnie i ostatecznie. I bez żadnego psychologicznego podtekstu.
Znudziło, bo sam zrobiłem się nudny.

Też intrygujący i zaskakujący fragment.
Następujący potem opis tonięcia Titanica jest bardzo plastyczny i sugestywny, choć przycięłabym nieco przymiotniki.
Wystarczy jedynie troszeczkę zniekształcić „czwórkę” i będziecie mieli to tak jak na dłoni!... Sześć cyfr zamieni się w sześć liter, które z kolei ułożą się w wyraźny napis.
Widzicie?...

No już, już, spokojnie :) ale Ci się dziad rozgadał. Bardzo fajny bełkot starego szaleńca i całkiem udatnie oddane długofalowe efekty PTSD (osamotnienie, poczucie odrealnienia, bierności, “przeciekania życia przez palce”).


Nieszkodliwy nie znaczy jednak normalny. Nikt by nie był w stanie pozostać normalnym po tym, czego byłem świadkiem, co widziałem i co czułem.

Tu robię mentalna zakładkę. Ważna zapowiedź - będę czekać na jej realizację.

Ogólnie dobrze radzisz sobie z narratorem pierwszoosobowym, oddając charkter postaci. W narracji trzecioosobowej... Jest troszkę gorzej.
Spójrz:
Na skraju pola lodowego polarna niedźwiedzica ostrożnie wynurzyła się z otchłani Morza Labradorskiego i wciąż zachowując czujność, wdrapała się na postrzępioną zmarzlinę przybrzeżnej kry.

Nie ma ani jednego rzeczownika (no dobra, jest jeden) bez przymiotnika ani czasownika bez przysłówka.
Proponuję:
Albo ostrożnie, albo zachowując czujność - to to samo.
Wdrapała się na krę. Po co "zmarzlina kry" i po co postrzępiona? Ma to jakieś znaczenie? Gdyby nie wszystkie inne przymiotniki ta postrzępioność mogłaby zostać jako niegroźny zamulacz, ale przy takim natłoku...
Z trzewi zmęczonego stworzenia dobył się groźny pomruk, mieszający się natychmiast z wyciem północnego wichru wiejącego od strony grenlandzkiego lodowca.

Znowu za dużo. Pomruk zazwyczaj jest groźny, zmieszał się - no raczej, że natychmiast. Ktoś widział kiedyś dźwięk, który sobie wisiał w powietrzu i czekał na swoją kolej, żeby zabrzmieć?
Choć dwunastocentymetrowa warstwa tłuszczu chroniła niedźwiedzicę przed blisko trzydziestostopniowym mrozem, zwierzę odruchowo szukało naturalnej osłony za usypaną przez polarny wicher śnieżną zaspą.

Warstwa i mrozem. Widzę, że się chcesz popisać wiedzą z zakresu ciekawostek, ale tutaj to obciąża tekst no i rodzi pytanie: na całym ciele miała dokładnie 12 cm?
Zwierzę szukało po prostu osłony - sztucznej zaspy raczej tam nie mogło być.
Pod powierzchnią oceanu gęsta szczecina futra utworzyła wodoszczelną warstwę, która nie dopuściła do niebezpiecznego oziębienia organizmu.

Gęste futro, a najlepiej po prostu futro. Nie ma czegoś takiego, jak szczecina futra. To tak, jakbyś napisał "paznokieć pazura".
Nie dopuściła do oziębienia.
Ważąca ponad ćwierć tony samica białego niedźwiedzia przed dotarciem na krę przepłynęła odległość ponad ośmiu kilometrów.

Lubisz liczby, co?
No i już od początku tej sceny wiemy, że to była samica niedźwiedzia polarnego.
Uważny obserwator mógłby dostrzec jeszcze na krótkich, ale niezwykle mocnych i ostrych pazurach niedźwiedzicy fragmenty skóry i krwistego mięsa młodej nerpy, której szczątki pozostały przy schlapanym krwią lodowym otworze. Nie to jednak było bezpośrednią przyczyną wyczerpania i rozdrażnienia zwierzęcia.


Dlaczego to, że ktoś mógłby dostrzec mięso na pazurach w ogóle miałoby być przyczyną wyczerpania?
Długa, głęboka rana ciągnąca się od nasady grzbietu aż na lewy bok, zadana ostrą osęką polującego Inuita, wciąż krwawiła obwicie i wszystko wskazywało na to, że krwawić nie przestanie.

Jeśli "ciągnąca się aż" to wiadomo, że długa. I co to u licha jest nasada grzbietu?
Zadaną osęką Inuita. Wiadomo, że ostrą i wiadomo, że polujacego.
Jeszcze raz, żeby było jasne: w żadnym z tych przymiotników pojedynczo nie ma nic złego, ale we fragmencie, w którym do prawie każdego rzeczownika przyklejasz rzeczownik już tak. Rozwadniają tekst, irytują i sprawiają wrażenie przerostu formy nad treścia. Warto się pozbyć tak z 2/3.
Wieczna zmarzlina wpisze ją w scenerię srogiego krajobrazu.

Zastanawiam się, czy na pewno chodziło Ci o wieczną zmarzlinę. Odniosłam wrażenie, że cała scena odbywa się wśród śniegu, lodu, kry, a o ziemi nawet mowy nie ma.
Na lodowym pustkowiu jeszcze długo będzie słychać skargi osieroconego potomstwa polarnej niedźwiedzicy. W zimnym, arktycznym powietrzu głos wołający o pomoc słychać na przestrzeni kilku kilometrów.

Głos nie woła o pomoc.
Arktyczne powietrze zazwyczaj jest zimne.
I wiemy, że niedźwiadki zostały osierocone.
No to dalej:
Ciekawie napisany fragment o Mary, natomiast nie rozumiem, czemu tak się roztkliwiasz nad tym, że jej obyczaje nie odpowiadają normie. Nie ma w tym niczego szczególnego.
Delikatne przechyły pokładu liniowca powodowały, że poziom wody w kryształowej karafce, którą poprzedniego wieczora ustawiła na szafce przy łóżku, falował lekko.

Może jednak powierzchnia falowała?
.
Co się stało, Mary?

Ten zabieg (zwracanie się do postaci) też mi się podoba. Ogólnie dobry foreshadowing w tej scenie.
Ostrożnie, unikając niepotrzebnych ruchów, Mary zdjęła nocną koszulę i wciąż zachowując respekt dla tego, co działo się w jej głowie, ubrała się.

Na pewno respekt? To chyba kalka z angielskiego.

I w tym przypadku pozwoliła swoim ustom na lekki grymas.

No przecież że nie cudzym.
*
Trzeci fragment zdecydowanie najlepszy. Pewnie dlatego, że nie przekombinowany. Prostota formy pozwala treści wyjść na pierwszy plan, a odwrócenie uwagi od głównego tematu, wyciszenie i stonowanie emocji pozwala zakończeniu wybrzmieć.

Wracam jednak do mojej mentalnej zakładki i nadal czekam. Rozumiem, że o wyjątkowości przeżyć telegrafisty stanowi właśnie element przeczucia przeniesiony na życie po zatonięciu Titanica, ale trudno mi ocenić, co tak naprawdę chcesz powiedzieć. Bohater uważa, że prawdy nie ma (bo zignorowano znaki i przepowiednie?), nadal się boi, że tragedia się powtórzy, bo ludzie nadal są bezmyślni... ale co do tego ma radio?
No i jeszcze teoria snów.
Rozumiem, że to fragment i będę z ciekawością czekać na dalsze części, bo zasiałeś sporo wątpliwości, rozpocząłeś mnóstwo wątków i ciekawi mnie, jak je rozwiniesz.

Co do pasażu z niedźwiedzicą... Nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę, ale myślę, że skorzystałbyś na napisaniu paru drabbli. Sama uważałam je za niewiele ponad przerośnięte dowcipy, ale jednak coś w nich jest. Uczą eliminowania niepotrzebnych wyrazów; upewniana się, że każdy spełnia jakąś rolę. Nawet, jeśli akcja nie ma gnać do przodu, warto spróbować zlokalizować zbędne słowa. To nie kwestia stosunku ilości akapitów na element fabuły, tylko stosunku treści do objętości. Opis długi, bogaty w szczegóły, powoli rozwijany przed oczyma czytelnika a opis rozwodniony to nie to samo.



Awatar użytkownika
Quincunx
Pisarz domowy
Posty: 96
Rejestracja: pt 18 paź 2019, 11:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Quincunx » czw 26 gru 2019, 18:37

AndrzejQ pisze:Source of the post Prinz lub Prince. Nigdy Prinze!


Prinz. Jasność. Szybkie paluszki Duszyczki poszalały. Poprawimy w mig migów.
Dziękus.
Łasic pisze:Source of the post Zostaje mi jeszcze tylko życzyć posłusznej klawiatury.


Tutaj jeszcze nie dziękowali my Pani.
Co też niniejszym wyczyniam, dodając szybko liczbę mnogą.
Bardzo! Miłe słowa.

Łasic pisze:Source of the post No przecież że nie cudzym.


U Ciebie natomiast jest wielość słów i sugestii.
Może do tematu powrócę w chwili stosowniejszej.
Pisałem już - dialogi Czytelnika z autorem stanowią ukryty sens sensów.

Również dziękuję za uwagę i poświęcony czas.

Added in 7 minutes 5 seconds:
MargotNoir pisze:Source of the post No przecież że nie cudzym.


Wybacz Łasic, tutaj coś technika przekłamała.
To naturalnie nie był Twój cytat.
Sorkus.


Wiem, że oni nigdy tego nie zrozumieją, ale pod moją maską sarkazmu wspomnienia żyją.

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1086
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Łasic » pt 27 gru 2019, 00:42

Nic nie szkodzi, luz :) A tekst zapowiada się naprawdę w moim klimacie i... tylko więcej, i więcej. I więcej :)


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Quincunx
Pisarz domowy
Posty: 96
Rejestracja: pt 18 paź 2019, 11:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Quincunx » sob 28 gru 2019, 20:14

Łasic pisze:Source of the post i... tylko więcej, i więcej. I więcej


Jest niby wszystko, aż do ostatniej kropki.
Wciąż jednak nie mam owego przepisanego z gadań i ciągle chce mi się wygadywać nowe zdania do tej historyjki.
Jest to tzw. niecierpliwość natręctw. Lub jakoś podobnie.
Za to Twój optymizm bardzo mi się podoba.

Szukaj słonek Łasic. Miłego.


Wiem, że oni nigdy tego nie zrozumieją, ale pod moją maską sarkazmu wspomnienia żyją.

Awatar użytkownika
Czarna Emma
Umysł pisarza
Posty: 919
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Czarna Emma » sob 28 gru 2019, 20:49

Podoba mi się klimat i język, jakim malujesz swoje obrazy.
Z tego może wyjść dobra rzecz. :)


obrazek
Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
Quincunx
Pisarz domowy
Posty: 96
Rejestracja: pt 18 paź 2019, 11:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Quincunx » sob 28 gru 2019, 21:02

Dziękuję Czarna.
Oszukałaś mnie, co prawda, z pudełkiem i biletem do wolności, ale...
Niechaj i Tobie słoneczka w oczka świecą i grzeją myśli pstre i kolorowe.


Wiem, że oni nigdy tego nie zrozumieją, ale pod moją maską sarkazmu wspomnienia żyją.

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1086
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Łasic » sob 28 gru 2019, 23:51

Tak mnie ta szczecina jakoś zakłoptała. Miałam okazję podpytać. Nie, nie wujka Googla, tylko mysliwych. Szorstkie, króktkie, ostre włoski, mocno przerzedzone. Jak u dzików. Nie da się z tego zrobić futra (to znaczy da się, ale by wyglądało obleśnie). Jednak jak to zmoknie, tworzy warstę ochronną, okrytą łojem. Nikt nie wiedział jak to z niedźwiedziami, bo u nas po prostu niedżwiedzi nie ma :) Myślę,że jednak "gęste futro" by bardziej pasowało.


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.

Awatar użytkownika
Quincunx
Pisarz domowy
Posty: 96
Rejestracja: pt 18 paź 2019, 11:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Quincunx » pn 13 sty 2020, 21:54

Łasic pisze:Source of the post Myślę,że jednak "gęste futro" by bardziej pasowało.


Pełna zgoda Łasic.
Łasic pisze:Source of the post Nikt nie wiedział jak to z niedźwiedziami, bo u nas po prostu niedżwiedzi nie ma

Tutaj Panowie chyba zrobili Ci psikusa intelektualnego?

Przepraszam, za opóźnienie w odpowiedzi, ale życie pędzi na złamanie karku.
Pozdrawiam za to jak należy - z uśmiechem.


Wiem, że oni nigdy tego nie zrozumieją, ale pod moją maską sarkazmu wspomnienia żyją.

Awatar użytkownika
Łasic
Pisarz
Pisarz
Posty: 1086
Rejestracja: wt 24 kwie 2007, 19:54
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Koszalin
Płeć: Kobieta

Teoria snów - powieść, fragment

Postautor: Łasic » wt 14 sty 2020, 06:19

[
Łasic pisze:Source of the post Nikt nie wiedział jak to z niedźwiedziami, bo u nas po prostu niedżwiedzi nie ma.
Tutaj Panowie chyba zrobili Ci psikusa intelektualnego?

Nie, nie zrobili. U mnie, nad morzem, niedźwiedzi nie ma. Serio, serio. :) W Zachodniopmorskim jest co najwyżej miejscowość o nazwie Niedżwiedź :P A tu proszę - bez psikusów żadnych - https://carpathianbear.pl/niedzwiedzie- ... -w-polsce/ :) No, chyba, że w w najbliższym ogrodzie zoologicznym - wtedy szansa jest :)


- Masz piękne oczy - powiedziała kobieta. - Zrobię sobie z nich kolczyki.


Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości