Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

"Wiatr w Warszawie" ukończone

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Mateusz Nowak
Zarodek pisarza
Posty: 12
Rejestracja: pn 05 lut 2018, 12:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Wiatr w Warszawie" ukończone

Postautor: Mateusz Nowak » sob 05 paź 2019, 04:40

Jeśli ktoś miałby ochotę zapoznać się z całością opowiadania, którego fragment wrzuciłem jakiś czas temu, proszę bardzo.

Ściśle tajny detektyw milicji kryminalnej Związku Sowieckiego Republik Radzieckich - Lew
Jarowiecki przebywał w gruzach Warszawy od 4 dni i do tej pory poczynił bardzo nikłe postępy
dla swojej misji. Zamieszkiwał w tym czasie najwyższe z rumowisk tego byłego miasta, to
znaczy jedno ze stosunkowo łaskawiej potraktowanych w okresie ostatnich kilku lat, przez
bomby, granaty, karabiny maszynowe, miotacze ognia i kilofy, pięter budynku "PAST-y". Lew
Jarowiecki był w Warszawie po raz drugi w swoim życiu i zapamiętał swój aktualny dom jak i
lewobrzeżną część wówczas- miasta
zdecydowanie inaczej. Przechadzał się teraz z trudem, wyrytymi rowami tego miasta, które
kiedyś były uliczkami i chodnikami i nie wiedział, czy w sumie dalej jest to Warszawa.
Podczas rozmowy odbytej z Nikitą Kozymem, wysoko postawionym sztabowcem
kontrwywiadu "smiersz", dowiedział się, że istnieją daleko zaawansowane plany centralnego
kierownictwa w zakresie przemianowania Warszawy zgodnie z duchem bieżącego nurtu
wydarzeń. Otóż, jak powiedział mu Nikita Kozym, już za kilka tygodni te osmolone, przeżarte
zapachem śmierci i pocisków zgliszcza miały nazywać się "Nowym światłem", czy jakoś tak.
Na początku lekko go to zszokowało, potem poirytowało, a potem, kiedy tu zawitał i zobaczył
to co zobaczył- rozbawiło.
Ale teraz już prawie o tym nie pamiętał...Miało się to nijak do tego po co tu przyjechał. Jego
zadanie było całkowicie pozapolityczne, zresztą tak jak każde inne, które
wypełniał w przeszłości. Miał mało czasu. Dostarczono go tu zakamuflowaną na pojazd
medyczny ciężarówką modelu ZIS-5W, po to, żeby zapolował.
Żeby zapolował skutecznie, cicho i szybko. Tak jak wcześniej, jak zawsze. Ale Lew Jarowiecki
nigdy nie widział wcześniej czegoś tak bardzo zniszczonego jak Warszawa. Nigdy nie słyszał
też tylu opowiadanych, z tak mocno skondensowanym w oczach strachem historii o żadnym
swoim celu. Strach ten utrzymywał się w oczach nie tylko prostych i tak przecież żyjących w
wiecznym roztrzęsieniu i dramacie, zmaltretowanych ludzi, z którymi rozmawiał zbierając
informację o "wietrze", ale i w oczach doświadczonych w gwałtach i wszelkiej maści
morderstwach- pośrednich czy bezpośrednich, żołnierzy i enkawudzistów.
2 z 12
Wiedział, że "wiatr" też poluje, że tu w tym miejscu, tu, gdzie jeszcze kilka miesięcy temu pod
okupacją mieszkał i milion ludzi, z którego zostało pustynne cmentarzysko, będą polować na
siebie nawzajem.
- Tak, to zawsze jest bardzo proste. - Pomyślał i nie miał pojęcia jak bardzo się myli.
Nikta Kozym, z którym odbył rozmowę przy butelce koniaku, przy małym dostarczonym w
pośpiechu przez mechanika stoliku zapytał Lwa, czy ten przypadkiem nie czuje dyskomfortu,
wiedząc, że polując, sam również bardzo szybko staje się celem.
Dopytywał czy nie przeszkadza mu,że poluje na niego jego przeciwnik a w tym samym czasie
przypatrują mu się uważnie, właśnie tacy jak on - Nikita, nerwowi i niecierpliwi
siepacze z MGB? - Chociaż pytał, Nikita Kozym brzmiał bardziej jakby o czymś starał się
Jarowieckiemu przypomnieć.
- Cóż Nikita, kiedyś owszem, lekko mnie to deprymowało. -Odparł mu wtedy Lew,
przewracając szklankę w palcach i przyglądając jej się intensywnie. - Ale teraz już nie, wiesz,
dlaczego? - Podniósł wzrok i z lekko zaznaczonym uśmiechem spojrzał Kozymowi w małe,
czujne oczy.
- Nie wiem towarzyszu - Odparł mechanicznie Kozym i nie czekając na odpowiedź wciągnął z
zewnętrznej części dłoni grudkę czerwonej tabaki. -Ale chętnie się dowiem. -Dodał na
bezdechu.
- Bo z biegiem czasu zdałem sobie sprawę, że jestem w stanie upolować też ich. Tych
natrętnych głupców, a potem ukryć się przed tymi, których upolować nie zdołam towarzyszu
Kozym. Jest też jeszcze jedno... Wiecie, ja po prostu jestem po waszej stronie! Po co Wy tacy
nerwowi, wojna już skończona!
Potem oboje wybuchnęli z pozoru serdecznym śmiechem, a teraz Lew z obrzydzeniem
wzdrygał się na to wspomnienie. Ale prawda była taka, że MGB bała się tego gościa, którego
zaczęto nazywać "wiatrem". Jarowiecki początkowo nie znał tematu, nie wiedział, że boją się,
widząc jak systematycznie zostawiane są rozczłonkowane części ciał ich przełożonych,
znanych z audycji radiowych i lokalnych wieców, istotnych dygnitarzy. Nie miał pojęcia, że
boją się w zasadzie pseudonimu, że wygląd ich strachu do tej pory poznało tylko kilka osób a
3 z 12
stało się tak ponieważ on sam chciał, żeby te kilka osób przeżyło i mogło o spotkaniu z nim
opowiedzieć.
Cóż… chociaż Lew Jarowiecki miał w gruzach Warszawy oficjalną obstawę z MGB, to trzymała
się ona od niego z daleka, pozorując tylko swoje kontrolujące go działania. Cóż, tak naprawdę
byli dla niego bardzo mili, mając nadzieję, że to on skontroluje i obroni ich.
- Eh... to takie proste -Stwierdził znowu pod nosem. Ale nawet gdyby krzyczał to w
Warszawskiej pustyni nikt by nie usłyszał. - Cóż... to takie kurwa zabawne i głupie -pomyślał
sobie - Oni pilnują mnie, żebym to ja ich dobrze przypilnował... -To takie typowe....
Początkowo, jeszcze parę dni temu jednak zastanawiał się czemu tą sprawę przydzielono
jemu. Kiedy wyrżnięci, posiekani a potem rozrzuceni po polach czy oborach na pożywienie dla
świń i krów albo przybici do drzew, czy dostarczeni pocztą do lokalnych siedzib partii zostają
poważni komuniści, zazwyczaj "niepolityczna" nawet
nie jest o tym informowana. Oczywiście nie byłaby, gdyby coś takiego działo się
wcześniej...Początkowo przyszło mu do głowy, że może to kwestia dużego zaangażowania w
ideologiczne i polityczne oświecanie nowych terenów pochłania MGB do tego stopnia, że nie
są w stanie zająć się tym kimś... albo czymś.
- Ale czy to możliwe, żeby zabrakło im siły przerobowej? Żeby zginęło ich aż tylu... Im? Przecież
oni są jak szarańcza, nie kończą się. Są jak deszcz... jak wszy, są ich miliony... Czy tylu ich
umarło, czy można oszukać aż tak?
A teraz przysiadł na wyrwanym betonowym stropie, na tej jego części, z której nie wystawały
metalowe pręty i nie znał odpowiedzi na swoje ostatnie pytanie. Rozejrzał się, ale budynek, z
którego bryła była wyrwana nie istniał nigdzie w okolicy, w której jedynym co ostało się w
definiowalnej postaci były szczątki śródmiejskiej warszawskiej, powstańczej barykady. Patrząc
na rozerwany na pół wagon tramwajowy odpalił papierosa i znów wrócił myślami do rozmowy
z Kozymem. To wtedy został uświadomiony, że jego teoria o braku rąk do pracy może być
jedynie naiwną głupotą.
- Wiesz i bez pomyłki na pewno widzisz towarzyszu - mówił Kozym przez zatkany tabaką nos -
że to wielkie czasy. Zdobyliśmy nowe ziemie i zdobędziemy ich jeszcze więcej i uczynimy ten
dziwny, fanatyczny naród szczęśliwym. Czy on tego, chce czy nie- stanie się nam bratni. Wiesz
4 z 12
- Tu, wstawiony już Kozym przerwał na chwilę podrapał się po głowie i jakby starając się zebrać
słowa we właściwej kolejności dodał, przygryzając wargi, pełnym przekonania, ale
bełkoczącym, wolnym tonem - ... I wiesz
uczynimy go kurwa szczęśliwym, czy tego chce czy nie.
Po kolejnej przerwie dodał: -Problemem jest, że to bardzo skomplikowana operacja, bo ten
naród jeszcze sam do końca nie rozumie, że bardzo chce być szczęśliwym... A my, żeby mu to
uświadomić potrzebujemy towarzyszu Jarowiecki trochę spokoju, bo my jesteśmy trochę
zmęczeni po tej wojnie... - Kozym powiedział to jakby pojednawczo. -Chyba mamy być prawo
trochę zmęczeni, nie uważacie?
Lew Jarowiecki po raz kolejny utwierdził się wówczas w przekonaniu, że Nikicie, chociaż stara
się zachować swoją rolę bezwzględnego skurwysyna z NKWD i MGB, zależy na jego sympatii.
Po chwili zreflektował się, że Nikicie z pewnością chodzi głównie o jego szacunek.
- Pojedziesz do Warszawy. - Rzucił wreszcie Kozym. -Pojedziesz tam za parę godzin, bo jest
tam ktoś kto opóźnia szczęście narodu Polskiego a Ty przecież masz z Polakami wiele
wspólnego. - Kozym spojrzał na Lwa jak na stygmatyzowanego uczniaka, z którym on łaskawie
w końcu stara się porozmawiać. Tak, grał swoją rolę bardzo wytrwale... - Pojedziesz tam -
Mówił już z nagłym, wyuczonym i sztucznym dla Jarowieckiego poczuciem pełnej dominacji -
I załatwisz ten problem. Załatwisz go, bo on nieco nas opóźnia...Rozumiesz... i nas
niepotrzebnie denerwuje..., słyszałeś pewnie, towarzysze się nieco dezorganizują...
Wtedy Lew już słyszał... Słyszał audycje w radiu i widział zdjęcia na których towarzysze byli
strzępami ubrań, kości i tak dalej. Wtajemniczono go. Było mu ich tak samo szkoda jak
rozstrzeliwanych przez amerykańskich żołnierzy strażników wyzwolonych obozów
koncentracyjnych, ale trzymał się konwenansu. Cóż, musiał. Ale..., to że musiał było bardzo
wygodne.... ułatwiało sprawę...
W każdym razie największe wrażenie wywierało na nim ponure komentowanie tych zdarzeń
w zakańczanych potem równie ponuro audycjach, których zdarzało mu się słuchać jedząc na
śniadanie bułki ze śmietaną i niedosładzanym kompotem wiśniowym. Informacje o śmierci
zmasakrowanych osób, które znał ze zdjęć podawano bowiem urzędowym tonem, między
informacjami o wzroście produkcji rolnej oraz pieśniami narodowymi.
5 z 12
***
Trwałość szkieletów ostałych po warszawskich zabudowaniach wydawała się tożsama
trwałości budowli z kartonu, a ich kształt przypominał powtykane przypadkowo w ziemię
kawałki potłuczonego szkła. Krajobraz ten jednak w dziwny sposób uspokajał Lwa. Był już
przecież w ruinach miasta, był już przecież w Stalingradzie, choć tam akurat nie polował.
Stalingrad zniszczony był dla Jarowieckiego w sposób szpetny i wulgarny... Zdawał się po
prostu wysadzony i rozjechany przez czołgi... Warszawa budziła u niego odmienne uczucia.
Choć potraktowana najbrutalniej jak to tylko możliwe zdawała mu się delikatna... W pewien
sposób czuł, że tu odpoczywa...odpręża się, a dzięki temu myśli zaczynają krążyć w jego głowie
częściej i szybciej. Warszawa ukazywała mu się coraz wyraźniej... coraz wyraźniej patrzył na
nią jak na piękną, brutalnie zgwałconą i pobitą praktycznie na śmierć młodą dziewczynę...
- MGB chce przejąć tu kontrolę... -Chociaż myśli przyśpieszyły, to utrzymywały się na
powierzchni świadomości dłużej.... -Jednoosobowa armia im w tym przeszkadza. Czy w
związku z tym inna jednoosobowa armia, broniąca tej milionowej ma zdecydować o tempie
ideologiczno-społecznego-gospodarczego ekspansjonizmu w tym rozjebanym rejonie świata?
Świadomość takiego stanu rzeczy miała do jego mózgu znacznie utrudniony dostęp. Widział
już w swoim życiu wyraz roli jednostki w bardzo wielu sytuacjach... Widział ludzkie triumfy,
upodlenia, ważność i brak znaczenia, ale nigdy ani nie obserwował ani nie brał udziału w takiej
sytuacji... Odbierał życie już bardzo często, rzadziej je ratował, ale nigdy nie odebrał go komuś
tak istotnemu....
- Przecież on stał się tamą dla ekspansji komunizmu! -Stanął obok przewalonego i złamanego
w pół słupa telegraficznego i zapalił papierosa. Sytuacja, w której się znalazł nagle wydała mu
się gargantuicznym i absurdalnym kontrastem. Był w ostatnim czasie świadkiem
zdewaluowania jednostki... Przywykł do tego. Brak znaczenia pojedynczego życia stała się
czymś naturalnym -Przecież cały ten naród.... i nawet Hitler nie dał rady... Przecież nawet
Stali....
Usłyszał pisk i coś musnęło go nad kostką prawej nogi. Wzdrygnął się i wyrzucając papierosa
odrzucił ręce do tyłu, jakby chciał złapać równowagę. Jego oczy, które powędrowały za
piskiem zobaczyły znikające pod stertą pokruszonych płyt chodnikowych długie różowe
ogony.
6 z 12
- Szczury - Wymamrotał z nienawiścią i pogardą. Poczuł się wyrwany z amoku. Poczuł się na
siebie wściekły... Nie pamiętał, kiedy ostatnio stracił koncentrację. Nie pamiętał, kiedy
ostatnio się przestraszył....
***
Zły na siebie Lew Jarowiecki wracał żwawym krokiem do budynku “PAST-y”. Za plecami
pozostawił rozdzierającą sterty gruzu, wąską, piaszczystą drogę, zachodzące, czerwone słońce
i dwóch niezdarnie starających się pozostać niezauważonymi, młodych enkawudzistów z
rewolwerami Nagant wz. 1895 w trzęsących się ze strachu dłoniach. Ci dwaj podążali za
Jarowieckim od dwóch dni i stanowili przynętę dla “Wiatra”.
Jarowiecki usłyszał z boku głośne chrząknięcie i wymierzył swoją ośmiostrzałową tetetką.
Zobaczył, że celuje w małą, niebieskooką postać przestraszonej dziewczyny, której górny wiek
ocenił natychmiast maksymalnie na 16 lat. Dziewczyna stała w odgarniętym na miarę jej
wątłych ramion rumowisku, pod czymś co kiedyś było balkonem jakiegoś budynku, a teraz
było resztkami betonu nabitego na pomarańczowe druty. Wszystko to wystawało z kawałka
muru, który otaczał dziewczynę wraz z kamieniami po bokach. Na widok broni oczy
dziewczyny zaświeciły dobrze znanym Jarowieckiemu obłąkańczym strachem, a jej ciało
zaczęło bez opamiętania drgać. Nie mogącymi się opanować dłońmi, dziewczyna odsłoniła
przed Jarowieckim pierś i z łzami w oczach, uśmiechnęła się w wyuczony, sztuczny i
zastanawiający sposób. Opuścił broń i ruszył dalej.
Po kilku minutach obrócił się i zobaczył swoich dwóch tropicieli. Jeden z nich dawał
dziewczynie niewielkie zawiniątko i z odłożoną już bronią rozpinał rozporek, a drugi
odwrócony tyłem, z zadaniem stania na czatach, obracał co chwilę głowę starając się coś
podejrzeć i nie wyjść ze swojej roli “pilnującego”.
Lew Jarowiecki w niemniej wyuczony sposób, aniżeli powstał uśmiech młodocianej
prostytutki odepchmął od siebie uczucie samotności i smutku które próbowało go
zaatakować. Wiedział, że nie może pozwolić sobie na dalsze rozkojarzenie i wiedział, że ta
sytuacja może doprowadzić do pewnego przełomu w jego zadaniu.
- Kim jest “Wiatr”? - Myślał. -Na pewno nie jest kimś takim jak ja i ta mała. To znaczy nie działa
dla pieniędzy ani innych korzyści. To z pewnością idealista, człowiek pozbawiający życia innych
7 z 12
ludzi, dlatego bo są według niego źli. Nie dla czegoś, co potem może schować w kieszeń albo
zapakować na bagażnik swojej ciężarówki i odjechać z tego zapomnianego przez Boga
miejsca...
Cóż, Jarowiecki doszedł do wniosku, że wbrew pozorom takich ludzi czasem łatwiej jest
przejrzeć niż kurewkę i jego...
***
Niebo nad warszawskim gruzowiskiem szarzało, kiedy Lew Jarowiecki dotarł do budynku
Pasty. Minął obojętnie stanowisko ciężkiego karabinu maszynowego SG-43 przy którym swoją
wartę pozorowało trzech palących nkwdzistów. Myślał tak o nich i myśleli tak o sobie sami,
bo jeszcze nikt nie przyzwyczaił się do tego, że NKWD zostało zastąpione przez MGB.
Następnych pięciu minął wchodząc przez drzwi, a kolejne dwa stanowiska karabinów SG-43,
wchodząc na schody i potem na piętrze, gdzie mieściła się siedziba Wladimira Kosznikowa.
Wladimir Kosznikow był oczami i uszami Nikity Kozyma w Warszawie i w odróżnieniu od
Jarowieckiego nie chciał zamieszkać na wyższych piętrach budynku PAST-Y. Kosznikow
obawiał się zostać kolejną ofiarą i miał na swój temat opinię bycia na tyle istotnym z racji
bezpośredniej podległości Kozymowi, że wierzył, iż żeby go zabić “wiatr” porzuci swoje
dotychczasowe zwyczaje zabijania i zdecyduje się na zamach przy pomocy karabinu
snajperskiego zamiast bezpośredniej konfrontacji. Kosznikow był przekonany, że na wyższym
piętrze byłby narażony na taki atak zdecydowanie bardziej, a starając się zachować wszelkie
środki bezpieczeństwa praktycznie nie opuszczał swojego pokoju. Jarowiecki zdecydował się
z kolei na wyższe piętro, chcąc mieć szerszy ogląd na Warszawę. Póki co, nie miał okazji z niego
skorzystać.
Jarowiecki nie traktował Kosznikowa poważnie. Wiedział, że ciągle chowając się z butelką
wódki za, a pewnie i często pod swoim biurkiem i karabinami MGB nie wie nic na temat tego
co dzieje się w mieście i pełni jedynie rolę figuranta i politycznego aparatczyka. Nie był dla
Jarowieckiego nikim innym niż marnym urzędniczyną. Dlatego, kiedy przyszło mu zdawać
raport przed Kosznikowem, chciał załatwić to jak najszybciej. Już na surowym, popękanym
korytarzu, przed drzwiami numer dwanaście za którymi urzędował Kosznikow usłyszał krótkie,
zwięzłe i bojaźliwie powtarzanie:
8 z 12
- Tak, tak...tak jest towarzyszu komisarzu, oczywiście towarzyszu komisarzu, to nie do końca
tak towarzyszu komisarzu...
-Rozmawia z Kozymem -pomyślał Jarowiecki i błyskawicznie podjął decyzję. -Załatwię to
najszybciej jak się da.
Ruszył szybko, został przepuszczony przez wartowników przy drzwiach, pociągnął za klamkę,
wszedł do środka i mijając, migające w tle
dwie, przerażone i szkliste kulki w oczodołach Kosznikowa, wyrwał słuchawkę z drżącej dłoni.
- I żebyś mi tam kurwa niczego nie przegapił, bo będziesz sierpem i młotem mierzył kibel w
Kuncewie Ty żałosny tchórzu! -wrzeszczała słuchawka.
Jarowiecki chrząknął.
- Lew? -Kozym był już innym człowiekiem.
Jarowiecki zdążył złapać myśl, która brzmiała tak:
- Ten cholerny Kozym jest jak cholerny kameleon!
- To ja Nikito -Odparł Jarowiecki patrząc ukosem z pogardą na zahukanego gospodarza.
- Dzięki Leninowi! - Krzyknęła słuchawka. - Nie mogę już rozmawiać z tym cholernym
drewnem. Gdyby nie był kuzynem ciotki pasierba Mołotowa, już dawno kazałbym go wysłać
do zdobywania Tokio.
Jarowiecki powstrzymał wybuch śmiechu.
- W takim razie nigdy nie zdobylibyśmy Tokio Towarzyszu - Wrzucił Jarowiecki.
- Towarzyszu Jarowiecki! - Kozym znów się zmienił. - Co to ma znaczyć do cholery?!
Zdobylibyśmy Tokio, jeśli tylko mielibyśmy na to ochotę! Co to za defetyzm?! Zdajecie sobie
sprawę, że ta rozmowa jest słuchana przez Towarzyszów z biura centralnego?!
- Przepraszam towarzyszu... to był tylko taki żart... - Jarowiecki był zaskoczony.
- To jest podważanie wiary w naszą misje! To nie żarty! Żeby mi to było ostatni raz...
- Dobrze Nikito...
9 z 12
- A teraz do rzeczy Lwie... - Kozym zrobił przerwę, a potem Jarowiecki usłyszał trzask
odkładanej szklanki na szklanym stoliku po drugiej stronie słuchawki i głęboki wydech. -
Musicie...
Za plecami Jarowiecki usłyszał trzask, strach i podniecenie. Chwycił, nie odkładając słuchawki
za swojego Naganta 1895 i wycelował stojącą przed nim postać, jednego ze śledzących go
wcześniej gówniarzy. Dopiero po ułamku sekundy do jego mózgu dotarło co widzą oczy: blado
żółto-siną zalaną potem twarz, obłąkane oczy a niżej... a niżej rozciętą wzdłuż, na pół, od dłoni
do połowy przedramienia rękę. Obie jej połowy falowały na boki a z pomiędzy nich wystawały
strzępki żył, mięsa i kości. Jeden ze stojących za okaleczonym wartowników krzyczał, ale Lew
Jarowiecki nic nie słyszał.
- Kurwa mać! Co tam się dzieje, co wy robicie?! Załatwcie to w końcu! Załatwcie to w końcu,
bo ja was załatwię wy cholerni idioci! - Krzyczała słuchawka.
***
Lew Jarowiecki wyszedł z budynku PASTy zabierając ze sobą latarkę, kilka magazynków do
swoich dwóch pistoletów oraz granaty RPG 43. Nad Warszawą rozpoczęła się burza, więc
włożył czarny długi płaszcz, a na głowę założył kaptur. Wyglądał teraz jak jeden z duchów,
przemierzających to zamordowane miasto. Podobnie jak one był zabłąkany. Nie wiedział,
gdzie idzie, nie do końca wiedział kogo szuka.
- Wiatr... - Myślał. - Wiatr pojawił się w Warszawie. Ale po co? Na pewno nie po to, żeby
zlikwidować tego idiotę Kosznikowa. Na pewno nie po to, żeby przeciąć na pół rękę tego
chłopaczka....
Teraz szczury wyszły z kanałów i przemykały po gruzowisku bez skrępowania. Jarowiecki szedł
przed siebie po kostki w błocie, w lewej ręce trzymał latarkę a w prawej gnata. Po pół godzinie
dotarł do wysypiska gruzu i poczuł, że jedyna droga jaką może teraz obrać to droga z
powrotem. Rósł w nim gniew i poczucie bezsensu, ale zawrócił.
Wrócił w okolice PASTy i odbił na południe. Zamyślił się i skupiał głównie na tym, żeby się nie
wywrócić, a kiedy przyznał w końcu przed sobą, że nie wie co zrobić, i że w każdej chwili może
zostać zabity zobaczył słabe, migocące światło. Ruszył biegiem w jego kierunku, ale światło
zniknęło. Poczuł ból w prawej ręce, potem podobny nieco niżej. Odwrócił się w kierunku
10 z 12
skąd ból dobiegał, a kolejny kamień trafił go w głowę. Teraz zobaczył światło stałe i mocne.
Syczał z bólu i wściekłości patrząc na smugi deszczu oświetlone bardzo wyraźne. Ulewa się
wzmogła, niebo co jakiś czas rozerwał jakiś piorun, a Lew Jaraowiecki zobaczył w oddali
sylwetkę. Wisiała, kilkadziesiąt metrów przed nim. I zobaczył, mimo odległości mundur
NKWdzisty i szczupłą sylwetkę swojego drugiego tropiciela sprzed kilku godzin, tego który z
zadowoleniem rozpinał rozporek.
I teraz Jarowiecki przestał być wściekły i zachciało mu się śmiać i wiedział, że ma do wyboru
dać się zwabić i podjąć grę albo zawrócić, ujść z życiem, wrócić do PASTy i znosić obecność
idiotów z MGB na czele z Kosznikowem. Wybrał błyskawicznie. Ruszył biegiem, biegnąć
zygzakiem, schował latarkę w kieszeni płaszcza i chwycił granat. Odbezpieczył go, a kiedy był
już o kilka metrów od wisielca, zobaczył betonowy strop i rzucił się na ziemię, rzucił granat i
wystrzelał cały magazynek w każdym możliwym kierunku. Potem poczekał kilka sekund,
pobiegł kilka metrów w prawo, żeby zmienić kąt i rzucił kolejny granat i wystrzelał kolejny
magazynek. Nie liczył na wiele... Cóż... były to tylko profilaktyczne działania, służące
rozgrzewce, przeprowadzone w imię zasady “Zaskoczenie i nieprzewidywalność może dać
przypadkowo skuteczny efekt”. Czuł się z tym trochę głupio, czuł się jak mucha lecąca wprost
na lep..., ale cóż...
Huk i podmuch ucichł i Warszawa znów była mimo deszczu, cichym pustkowiem. Jarowiecki
się czołgał, ostrzeliwując co chwilę przestrzeń przed sobą i obok siebie, i za sobą. Uderzył
głową z czarny kamień, którego nie sposób było zauważyć. Musiał się podnieść, więc wstał,
strzelał przed siebie i pobiegł. I wtedy zobaczył, że biegnie wzdłuż ułożonej z czarnych kamieni
strzałki, której wierzchołek kończy się na uchylonym, otoczonym przez otyłe, pewne siebie i nieuciekające już, zachłannie
gapiące się szczury, włazie do kanału.
***
Najpierw rzucił granat, a potem schodził po śliskiej drabince i strzelał a na głowę lały mu się
dziesiątki litrów wody, a kiedy zeskoczył wpadł po kolana do wody, co uniemożliwiło mu
zaplanowane czołganie się. Chodził po czymś. Po czymś nieregularnym i śliskim.
- Jesteś kurwa naiwny - Powiedział do siebie nagłos. - Co Ty sobie myślałeś?!
11 z 12
Poczekał chwilę, przyzwyczajając oczy do ciemności. Zrezygnował z latarki, w imię zasady
“Atut mojego przeciwnika, wykorzystam jako swój” i zdecydował, że od teraz będzie szedł w
ciemności i zaufa innym zmysłom. Zrezygnował ze strzelania na oślep. Postanowił, że zaraz
zrezygnuje z chodzenia na oślep po tym strasznym miejscu i spróbuje się zastanowić,
poczekać, ale zanim podjął tą decyzje potknął się o coś co się poruszyło. Wylądował z głową
w śmierdzącej, zimnej wodzie. Coś, coś silnego zaciskającego się na jego karku nie pozwoliło
mu się spod tej wody wydostać. Ręce miał wolne, chwycił za pistolet, udało mu się
wyprostować rękę. Wystrzelił resztkę magazynku, gdzieś daleko za siebie, a potem chwycił za
latarkę. Odruchowo zaświecił w dół i zobaczył martwe, napuchłe szczury i ludzkie szkielety, a
potem latarka przestała działać. Zaczął się topić, a ostatnią myślą przed zemdleniem było to,
że stał się ofiara systemu, w którym przyszło mu żyć. To przez niego był taki głupi i naiwny,
nawet jeśli zawsze wydawało mu się, że udaje mu się być ponad to....
***
- Lew... Lew, obudź się.
Wydawało mu się, że śpi lata, wieki i, że jego imię ktoś powtarza od wielu lat. Obudził się,
związany w ciemności, siedział pod na lekkim spadzie na twardej, murowanej drobnymi
cegłami niezidentyfikowanej powierzchni.
- Lwie, już się obudziłeś? - Usłyszał za plecami. Czuł, że jest tak mocno związany, że nawet nie
próbował się wyrywać.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy już się obudziłem...
- No właśnie Lwie, nie wiesz. Ja też nie wiem, ale bardzo chciałbym, żebyś się w końcu obudził.
Wiesz, niektórzy śpią całe życie. Żyją, bez miłości, bez marzeń, bez świadomości... Myślę, że
można nazwać to snem. Bardzo chciałbym, żebyś się w końcu obudził. Bardzo na to liczę...
- Tak, masz rację.... - Odparł Jarowiecki i powoli zaczął sobie wszystko przypominać. - Też bym
chciał...
- Czy Ty wiesz Lwie co Cię tu doprowadziło? Czy zdajesz sobie sprawę, jak mocno i głęboko
śpiący ludzie Cie otaczają? Czy zdajesz sobie sprawę, że zarówno ten powieszonych chłopiec
jak i ten, któremu przeciąłem rękę dzięki mnie się obudzili?
12 z 12
Lew Jarowiecki wiedział. Rozumiał i wiedział o czym mówi do niego ten naturalny, spokojny,
pewny siebie głos, który ciągnął dalej.
- Ale Ciebie nie trzeba budzić w ten sposób. Ta dzisiejsza pobudka całkowicie Ci wystarczy. Czy
wiesz co tu się działo kilka miesięcy temu? Tu gdzie teraz siedzimy? Wiesz przez ilu śpiochów
zginęło już wspaniałych ludzi...?
- Wiem... wiem..., muszę się napić... muszę napić się wody…
- Napijesz się napijesz, już niedługo... A potem jak się już napijesz, to będziesz ze mną budził
ludzi. W różny sposób, będziemy budzić każdego tak jak na to zasłużył, każdemu według
potrzeb, każdemu według możliwości Lwie... Do zobaczenia.
- Dozobaczenia...
I Lew Jarowiecki poczuł jak jego ręce uwalniają się od sznurów i jak włożona w nie zostaje
butelka wody. A kiedy się odwrócił, widział tylko unoszące się na wodzie martwe szczury i
ludzkie kości.



Awatar użytkownika
wroubelek
Pisarz domowy
Posty: 71
Rejestracja: czw 15 sie 2019, 17:45
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

"Wiatr w Warszawie" ukończone

Postautor: wroubelek » sob 05 paź 2019, 05:57

Mateusz Nowak pisze:Source of the post od 4 dni

czterech

Mateusz Nowak pisze:Source of the post postępy dla swojej misji

w

Mateusz Nowak pisze:Source of the post w okresie ostatnich kilku lat

można po prostu napisać „w czasie okupacji”

Mateusz Nowak pisze:Source of the post kilofy

na pewno? :) nie sprawdzałem, nie wiem, ale brzmi dziwnie

Mateusz Nowak pisze:Source of the post istnieją daleko zaawansowane plany centralnego
kierownictwa w zakresie przemianowania Warszawy zgodnie z duchem bieżącego nurtu
wydarzeń

strasznie nieudolne :D

Mateusz Nowak pisze:Source of the post zakamuflowaną na pojazd
medyczny

nie da się tak napisać

Mateusz Nowak pisze:Source of the post Jego
zadanie było całkowicie pozapolityczne, zresztą tak jak każde inne, które
wypełniał w przeszłości.

Mateusz Nowak pisze:Source of the post Żeby zapolował skutecznie, cicho i szybko. Tak jak wcześniej, jak zawsze.

Powtórzenie razi.

* * *

Pierwsza strona z dwunastu nie powiedziała mi kompletnie nic, nie zaciekawiła niczym. Wiem tylko, że facet jest w powojennej W-wie, jest tajniakiem i ma „zapolować”, ale nie wiadomo co to znaczy, więc to tylko rozdrażnia. A mam jeszcze jedenaście stron…


Mateusz Nowak pisze:Source of the post Dopytywał czy nie przeszkadza mu,że poluje na niego jego przeciwnik a w tym samym czasie
przypatrują mu się uważnie, właśnie tacy jak on - Nikita, nerwowi i niecierpliwi
siepacze z MGB? - Chociaż pytał, Nikita Kozym brzmiał bardziej jakby o czymś starał się
Jarowieckiemu przypomnieć.
- Cóż Nikita, kiedyś owszem, lekko mnie to deprymowało. -Odparł mu wtedy Lew,
przewracając szklankę w palcach i przyglądając jej się intensywnie. - Ale teraz już nie, wiesz,
dlaczego? - Podniósł wzrok i z lekko zaznaczonym uśmiechem spojrzał Kozymowi w małe,
czujne oczy.
- Nie wiem towarzyszu - Odparł mechanicznie Kozym i nie czekając na odpowiedź wciągnął z
zewnętrznej części dłoni grudkę czerwonej tabaki. -Ale chętnie się dowiem. -Dodał na
bezdechu.
- Bo z biegiem czasu zdałem sobie sprawę, że jestem w stanie upolować też ich.

Kolejny fragment, który nic nie wnosi poza banałem.

Mateusz Nowak pisze:Source of the post Problemem jest, że to bardzo skomplikowana operacja, bo ten
naród jeszcze sam do końca nie rozumie, że bardzo chce być szczęśliwym... A my, żeby mu to
uświadomić potrzebujemy towarzyszu Jarowiecki trochę spokoju, bo my jesteśmy trochę
zmęczeni po tej wojnie... - Kozym powiedział to jakby pojednawczo. -Chyba mamy być prawo
trochę zmęczeni, nie uważacie?

pitu pitu

Doceniam, że siedziałeś nad tym do czwartej rano, ale niestety bardzo dużo jeszcze temu tekstowi brakuje, żeby zainteresować. Mógłbyś w dwóch-trzech zdaniach streścić, co się w nim dzieje?



Miras
Kmiotek
Posty: 8
Rejestracja: śr 02 paź 2019, 23:18
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Śląsk
Płeć: Mężczyzna

"Wiatr w Warszawie" ukończone

Postautor: Miras » wt 08 paź 2019, 20:20

Ogólnie klimat dobrze jest zarysowany, tekst a nawet akcja rozciągnięta trochę jak siedemnaście mgnień wiosny, ale pewnie częściowo o to chodziło. Są jednak zdania przekombinowane:
Mateusz Nowak pisze:Source of the post Lew Jarowiecki w niemniej wyuczony sposób, aniżeli powstał uśmiech młodocianej
prostytutki odepchmął od siebie uczucie samotności i smutku które próbowało go
zaatakować.

Tu się zgubiłem.
Mateusz Nowak pisze:Source of the post Odwrócił się w kierunku
skąd ból dobiegał, a kolejny kamień trafił go w głowę. Teraz zobaczył światło stałe i mocne.

Jeśli się odwrócił w stronę, skąd ból dobiegał, to w tym momencie ból już dobiegał z innej strony...
Zastanawiam się też jak wygląda światło niestałe.
Mateusz Nowak pisze:Source of the post Musiał się podnieść, więc wstał,
strzelał przed siebie i pobiegł. I wtedy zobaczył, że biegnie wzdłuż ułożonej z czarnych kamieni
strzałki, której wierzchołek kończy się na uchylonym, otoczonym przez otyłe, pewne siebie i nieuciekające już, zachłannie
gapiące się szczury, włazie do kanału.


Może "pobiegł przed siebie, strzelając".
Jak się chyba okazało ułożenie strzałki było niepotrzebne bo i tak biegł w tamtą stronę.

Mateusz Nowak pisze:Source of the post Coś, coś silnego zaciskającego się na jego karku nie pozwoliło
mu się spod tej wody wydostać. Ręce miał wolne, chwycił za pistolet, udało mu się
wyprostować rękę. Wystrzelił resztkę magazynku, gdzieś daleko za siebie, a potem chwycił za
latarkę. Odruchowo zaświecił w dół i zobaczył martwe, napuchłe szczury i ludzkie szkielety, a
potem latarka przestała działać.


Mimo prób wyobrażenia sobie tej sceny, tak jakby była w filmie, nie jestem w stanie ustalić sekwncji ruchów i orientacji w przestrzeni. Brodził po kolana w wodzie, potem się przewrócił, potem świecił latarką w dół, miał zupełnie wolne ręce, ale jakoś udało mu się (jakimś pewnie nadludzkim wysiłkiem) jedną wyprostować, itd.

Niestety sporo zdań do poprawy.



Awatar użytkownika
Mateusz Nowak
Zarodek pisarza
Posty: 12
Rejestracja: pn 05 lut 2018, 12:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

"Wiatr w Warszawie" ukończone

Postautor: Mateusz Nowak » śr 09 paź 2019, 23:36

wroubelek, bardzo dziękuję za przeczytanie i analizę tekstu pod kątem stylistycznym, za wyciągnięcie konkretnych niedociągnięć. Rozumiem, że tekst pewnie w wielu miejscach może wydawać się banalny, nie wiem czy to coś zmieni, ale pewnie powinienem dodać, że jest on skrojony na stworzenie słuchowiska. Rozumiem też, że pewnie jest w wielu miejscach niedoskonały i nie wiem w jakiej literaturze gustujesz, ale wydaje mi się, że opinia, że w którejś ze stron nic się nie dzieje jest jeśli nie niesprawiedliwa, to na pewno nie trafiona. W założeniu jest to opowiadanie w którym pojawia się postać o której nikt nic nie wie, więc przy każdej okazji narracja popada w dygresje i sygnalizowanie myśli i konturu psychologicznego pierwszoplanowej postaci. Nie negując wcale faktu, że może Ci się najzwyczajniej w świecie nie podobać to co napisałem i, że z pewnością opowiadaniu wiele brakuje, zachowując przy tym złośliwą konwencję którą sam przyjąłeś, czuję się mimo wszystko odesłać Cię do któregoś z filmów o Rambo albo do instrukcji składania meblościanki lub obsługi pralki, jeśli oczekujesz, że każda część tekstu będzie "coś wnosiła".



Awatar użytkownika
wroubelek
Pisarz domowy
Posty: 71
Rejestracja: czw 15 sie 2019, 17:45
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

"Wiatr w Warszawie" ukończone

Postautor: wroubelek » czw 10 paź 2019, 00:25

Heh, no dobrze, ale porównujesz się z „Rambo” czy instrukcją obsługi pralki? Czy też masz zamiar stworzyć coś… z innej półki? :D Chyba obaj się zgodzimy, że akurat ten argument jest wyjątkowo nieudany.

Cieszę się, że napisałeś taką obszerną odpowiedź, ale…
wroubelek pisze:Source of the post Mógłbyś w dwóch-trzech zdaniach streścić, co się w nim dzieje?

— ta propozycja pozostaje nadal aktualna :) Bo wg mnie we fragmencie, który przeczytałem, nie dzieje się nic, poza tym, że ludzie chodzą, rozawiają, spotykają się, a ktoś ma kogoś zabić. Chodzi o to, że to ociera się banał. No, krótko mówiąc, jest przewidywalne, każdy to może wymyślić :D

Bo to też jest osobna kwestia, co chcemy danym tekstem przekazać i czy w ogóle mamy coś do przekazania. Jeśli jedyną ideą jest „napiszę książkę szpiegowską, reszta się później sama wymyśli” — to szanse na stworzenie czegoś chwytającego za gardło (wg słów Katarzyny Bondy https://youtu.be/iNWyZYy1lsw?t=6) są marne.

Added in 13 minutes 23 seconds:
Ach, jeszcze jedno: filmy o Rambo nie są zaliczane do sztuki wysokiej nie dlatego, że każda scena wnosi coś nowego (zresztą wg mnie nie wnosi, bo to jest cały czas ta sama rozwałka przeciwnika), tylko dlatego, że są ubogie w treść i używają mało wysublimowanych środków. Na przykład pierwszy film jest o tym, że Rambo jako weteran wojenny nie może się nigdzie zatrudnić i jest to wina — właściwie nie wiadomo, państwa czy innych cywili, no ogólnie wszystkich. I ten wątek nie jest nijak głębiej rozwinięty tylko potem jeszcze powtarza się w niezmienionej postaci na końcu. Resztę filmu wypełnia „rozwałka”. Więc ubogość treści i prostackie środki.

Ale filmy o Rambo jako wytwór pop-kultury nastawiony na mało wyrafinowanego i niewiele oczekującego widza są bardzo dobre. To zadanie spełniają bardzo dobrze.

W nich przynajmniej jest jakaś treść, jakieś przesłanie. A jaka treść i jakie przesłanie jest we wklejonym fragmencie?

PS. Nie jestem złośliwy, z wielką chęcią przeczytałbym coś interesującego od ciebie.




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości