Jasna Strona Mocy
Walcz o tytuł "Siewca Dobra 2018"!
Informacje o konkursie :arrow: KLIK

[WW] Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Tu wrzuć dopracowane fragmenty opowiadań, które chcesz poddać ocenie Weryfikatorów.
Potem tekst przechodzi do działu "Zweryfikowane"

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Seener
Pisarz domowy
Posty: 148
Rejestracja: śr 10 lut 2010, 21:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[WW] Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Postautor: Seener » pn 08 paź 2018, 21:46

Nie jestem tak do końca przekonany, ale skoro już się zdecydowałem napisać, to muszę ponieść konsekwencje.
Może dodatkowe pary oczu coś podpowiedzą.

Przynęta.



- Jesteś mi potrzebny, Ben. Znajdziesz chwilkę?


McAlister nie tracił czasu na powitania, co samo w sobie nie było takie nadzwyczajne. Kunsztowne formy grzecznościowe i odpowiednio dobrany krawat pozostawiał na oficjalne spotkania z większymi od siebie.


- Siedzę nad papierami. O której Ci pasuje?


- Natychmiast.


Sygnał w słuchawce oświadczył, że rozmowa jest zakończona. Jednoczesny brak powitania i pożegnania miał już swoją wagę.


Benjamin Alderton nie lubił przerywać pracy. Złożył niechętnie teczkę i wrzucił ją do pierwszej szuflady. Przekręcił kluczyk i sprawdziwszy czy na pewno się zamknęła, włożył go do kieszeni.


- Na trzecim piętrze chyba przecieka jakaś rura, Doris. Bądź tak uprzejma i wytłumacz mnie, gdyby ktoś z Watykanu chciał umówić się na spotkanie – wyjaśnił swojej asystentce, zamykając drzwi do gabinetu.


Doris potwierdziła tylko skinieniem głowy. Była niespełna czterdziestoletnią matką dwóch konserwatywnie wychowywanych nastolatków i oddaną żoną. Miała skłonność do nadużywania pudru do twarzy, a swoje poczucie humoru zakopała prawdopodobnie wieki temu na jakimś pustkowiu, nie pozostawiając żadnych śladów. Alderton chętnie wykorzystywał ten fakt aby wprawiać ją w konsternację.


Tym razem nie trzeba było wyjątkowej bystrości, żeby zrozumieć, że Benowi chodzi o Ashleya Pope’a, świeżo upieczonego szefa komórki odpowiedzialnej za ochronę informacji, który swój awans podkreślał zwiększonym poczuciem odpowiedzialności i wtykaniem nosa w niemal każdą godzinę życia członków zespołu. Pierwsze piętro było jednak niżej od trzeciego. Kiedy więc przychodziły stamtąd jakieś polecenia, uprzejmie i oficjalnie je akceptował, chociaż jego zgoda nie była ani wymagana, ani potrzebna.


Wspinając się po schodach, Alderton zastanawiał się, co tym razem kryje się pod słowem „natychmiast”. McAlister był zastępcą dyrektora. Nie miewał problemów z zastruganiem ołówka ani znalezieniem nowej paczki papierowych ręczników.


W sekretariacie przywitał się z Ann, wiekową i dobroduszną sekretarką McAlistera.


- Szef zaprosił mnie na herbatkę i partię szachów.


- Może lepiej wykręć się niestrawnością – doradziła. – Przez pół dnia drzemał na swojej rzymskiej sofie, a potem dostał jakiś telefon z zewnątrz i teraz obdzwania wszystkich świętych i archaniołów. Pachnie mi to jakimś spiskiem.


Gilbert McAlister właśnie odkładał słuchawkę, kiedy Ben wszedł do jego gabinetu.


- O, jesteś. Świetnie. – Wstał i podszedł z wyciągnięta na powitanie ręką. – Siadaj.


Jego gabinet urządzono w ciężkim, oficjalnym stylu. Ciemne, przytłaczające meble z litego drewna i brązowa skóra. Z portretu na ścianie, za fotelem, dostojnie spoglądała królowa. Na ścianie naprzeciwko okna wisiała olbrzymia mapa świata. Sam McAlister, ze swoimi szpakowatymi włosami i przesadnie drogim, szytym na miarę garniturem, wyglądał jak kolejny rekwizyt mający dowodzić potęgi imperium, za każdym razem kiedy przystawał na chwilę, żeby się nad czymś zastanowić. Wyglądało na to, że dobrze czuł się w tej roli, odkąd na korytarzach zaczęto szeptać, że przed jego nazwiskiem mogą pojawić się trzy litery. Szlachectwo zobowiązuje.


Na okoliczność wizyty Bena porzucił swoje ogromne biurko, zza którego lubił onieśmielać gości i usiedli przy mniejszym stoliku pod oknem.


- Jesteś mi potrzebny, Ben. – Na blacie położył szarą teczkę, tak że strona tytułowa znalazła się na spodzie. – Być może mamy szczęście. Ale ponieważ nie polegamy tylko na szczęściu, musimy się upewnić.


Gilbert McAlister, mimo że dopiero niedawno minął pięćdziesiątkę, miał już dość siwych włosów i stażu pracy, żeby wygłaszać takie małe, podniosłe przemówienia. Przynajmniej tak uważał.


- Zdaje się, że miałeś okazję obejrzeć sobie trochę Helsinki jakiś czas temu. Kiedy to było? Trzy, cztery lata temu?


- Cztery. – Ben mógł polegać na swojej pamięci. Zwłaszcza, że pobyt w Finlandii przyniósł mu kolejne zawodowe rozczarowania.


- Nie wszystko poszło gładko? – McAlister zrobił teatralnie zatroskaną minę.


- Mieliśmy przyjaciela w rosyjskiej ambasadzie. Dostarczał nam cennych informacji. Kiedy kończyła mu się tura pojawiła się koncepcja ewakuacji. Ale nie wyszło.


- No właśnie. Co tam się wydarzyło?


McAlister wstał i otworzył gustownie zdobiony barek. Nalał do dwóch szklanek odrobinę szkockiej i dolał wody. Ben chętnie przyjął poczęstunek.


- Dogrywaliśmy szczegóły. Chodziło o to, żeby utrzymać go jak najdłużej na pozycji, bo źródło było dobre. Ale nie za długo, bo pod koniec tury zwiększa się obserwacja, na wypadek gdyby ktoś nie miał ochoty wracać do domu.


- I wtedy zdarzył się wypadek? – Zamilkli na chwilę, robiąc przerwę na łyk szkockiej. Ben zaczął podejrzewać, że McAlister prowadzi go za rękę w jakieś konkretne miejsce, w którym czeka niespodzianka.


- Facet złamał nogę. Po dwóch tygodniach w gipsie wrócił do kraju. Przez ten czas siedział w ambasadzie i nie mieliśmy z nim żadnego kontaktu. Tydzień po nim wyjechała żona i sprawa się zakończyła.


- Ewakuowali go?


Ben wzruszył ramionami.


- Gdyby to była ewakuacja, mogli zabrać go od razu. Słuchaliśmy niektórych linii. Jego żona często rozmawiała z koleżanką w Rosji. Mówiła, że są jakieś komplikacje i leki przeciwbólowe nie działają. Ambasada załatwiła konsultacje w Leningradzie. Facet wyjechał i już nie wrócił. Po tygodniu wyjechała żona. I tu historia się skończyła.


Gilbert postukał palcami w tekturową teczkę na stoliku i westchnął głęboko.


- Nie udało się go potem namierzyć? – zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.


- Osoba o tym samym imieniu i nazwisku była w tym okresie przez kilka dni w szpitalu w Leningradzie. Ale to wszystko co udało się ustalić. Nie udało się odzyskać kontaktu.


Palce McAlistera znów postukały w szarą teczkę i obaj zgodnie dopili resztę szkockiej.


- Co właściwie się stało, Ben? Jak to oceniasz?


Ben stawiał sobie te pytania więcej razy, niż był w stanie zliczyć. I niestety każda hipoteza miała słabe strony. Niezależnie od tego czy zdobywa się informacje, czy się je chroni, najważniejsze jest zadawanie pytań i szukanie na nie odpowiedzi. Czasem nie znajduje się ich nigdy, czasem trzeba poczekać.


- Informacje były ogólnie dobrej jakości. Ocenialiśmy go jako wiarygodne źródło. Po paru miesiącach mieliśmy wątpliwości w paru przypadkach, ale dało się to uzasadnić. Potem wrócił do początkowej formy. Jeśli go podstawili, mógł dokończyć turę i wrócić normalnie do kraju. Jeśli go odkryli, ewakuacja do kraju powinna być od razu. Jeśli go odwrócili powinny go zdemaskować informacje dostarczane przed zniknięciem.


- A co poszło w raporcie? – McAlister przysunął szarą teczkę do siebie.


- Uznano, że źródło było wiarygodne. Być może był to zbieg okoliczności. Być może po powrocie do kraju wolał zakończyć współpracę. Tu niestety wciąż zalega mgła.


McAlister wstał i podszedł do okna. Jego marynarka była okropnie pomięta na plecach. Zapatrzył się w jakiś nieokreślony punkt na zewnątrz. Można było odnieść wrażenie, że zastanawia się nad ponownym napełnieniem szklanki, ale ostatecznie odstawił ją. Twarz zmieniała mu się przez całą rozmowę. Oczy zwęziły się, na czole przybyło zmarszczek, głowę pochylił lekko do przodu. Z posągu znaczącego strefę wpływów imperium zamienił się w gracza, jakim podobno był za starych dobrych czasów.


- Co ugraliśmy dzięki niemu?


Ben rozsiadł się wygodniej w fotelu.


- Potwierdziliśmy parę wycieków. Uzupełnił życiorysy paru swoich przyjaciół. Kuzyni zdemaskowali w Szwajcarii jakiegoś majora.


- Czyli ogólnie dość pozytywny bilans?


- Można tak powiedzieć.


McAlister wrócił do stolika. Usiadł i wziął swoją tajną szarą teczkę, która cały czas leżała tytułem do dołu. Położył ją na kolanach i ułożył na niej pokornie obie dłonie, jakby przygotowywał się do wyznania grzechów.


- Znasz Toby’ego O’Briena?


Ben znał go lepiej niż czasem miał ochotę. Poznali się jakieś dwa lata wcześniej na oficjalnym przyjęciu. Toby był dziennikarzem i moczymordą. Ta druga cecha odciskała raz na jakiś czas swoje piętno na Benie i choć potem, za każdym razem, nie miał ochoty odbierać od niego telefonów, zawsze się łamał po kilku dniach. Obaj nie byli na szczycie list najważniejszych gości, więc widywali się tylko na najbardziej oficjalnych okazjach, gdy zapraszano wszystkich, od ambasadora począwszy, a na kierowcach skończywszy. Drugą kategorią były te, na których musiało się pojawić tyle osób, żeby główni goście mieli wrażenie, że ktoś się nimi interesuje.


Toby miał niewyjaśniony dar wprawiania ludzi w dobry nastrój i opowiadania starych lub nieśmiesznych kawałów w taki sposób, że prawdopodobnie nawet Doris musiałaby złamać swoją nienaruszalną przysięgę powagi. Ostatecznie jakoś udawało mu się zazwyczaj przyłapać Bena w chwili słabości i wyciągnąć go na kolejkę lekkiego austriackiego piwa, które w połowie szklanki oceniali jako lurę obrażającą dokonania wyspiarskich browarników. Koniec zawsze był nad ranem, w jednym z pubów, które Toby wyszukiwał z lepszą skutecznością, niż amerykańskie satelity silosy rakietowe, a w których można było dostać przynajmniej dwie butelki piętnastoletniej szkockiej whisky.


- Jest dziennikarzem. Spotkaliśmy się parę razy. Kiedyś był stałym korespondentem, ale teraz jest chyb wolnym strzelcem. – Wersja dla McAlistera była nieco bardziej zwięzła i oszczędna.


- Zdaje się, że wystawiamy mu czasem czeki. – Znów postukał palcami w okładkę szarej teczki. – Nasz drogi Toby miał dziś ciekawe spotkanie. Czy wiesz kto to jest Igor Sorokin?


Ben nie wiedział, ale sądząc po dwóch pochodniach, które właśnie zapłonęły w oczach McAlistera, to była właśnie ta niespodzianka, która czekała na końcu spaceru. Gilbert rozłożył teczkę i przesunął ją po lakierowanym brązowym blacie. W prawym górnym rogu pierwszej strony znajdowało się trochę niewyraźne, czarnobiałe zdjęcie mężczyzny. Miał krótkie, zaczesane na bok włosy i szczupłą, zdziwioną twarz. Obok zdjęcia, w części z danymi osobowymi znajdowało się nazwisko. Igor Sorokin. McAlister zapatrzył się w siną dal i zaczął recytować.


- Jakieś osiemnaście miesięcy temu w Wiedniu doszło do hucznego spotkania delegacji rosyjskiej z naszymi sojusznikami. Nie było cię wtedy jeszcze z nami. Na środku ognisko rozpalił ONZ. Po przepełnionym wzajemny zrozumieniem tańcu przyjaźni wszyscy zgodzili się, że należy rozpocząć współpracę w obszarze rolnictwa. – Gilbert na chwilę skoncentrował swój wzrok na Benie, który czytał zawartość teczki. – Otwieranie rynków, luzowanie embarga na technologie, takie tam bzdury, rozumiesz. Ludzie z pełnym brzuchem wolą się zdrzemnąć niż łapać za kije i wszczynać awantury. Przynajmniej tak uważa paru dżentelmenów, którzy preferują smokingi zamiast poczciwego garnituru. Po paru tygodniach pertraktacji i podpisaniu wstępnych deklaracji wszyscy rozjechali się do domów. Od ponad roku spotykają się tu teraz zespoły robocze.


Ben podniósł głowę znad teczki.


- II zarząd. Jest w obstawie?


McAlister pokiwał w nieokreślony sposób głową.


- Prawdopodobnie. Jak widzisz, za dużo tego nie ma. Siedzi tutaj dwadzieścia miesięcy. Niedługo kończy mu się tura. Nasi austriaccy przyjaciele przyglądali mu się na początku, ale nie sposób upilnować wszystkich. Nie znikał w podejrzanych okolicznościach, na niczym podejrzanym go nie przyłapali. Parę razy zasiedział się w nocnym klubie, gdzie był uprzejmy upić się i ewentualnie wszcząć jakąś awanturę. Poza tym zawsze trzymał się ze swoimi. Po paru miesiącach odpuścili stałą obserwację i zajęli się kolejnymi.


Alderton odłożył teczkę. Ich spojrzenia spotkały się i milczeli przez chwilę sycąc się nadchodzącym przełomem.


- Dlaczego nagle po dwudziestu miesiącach Igor Sorokin stał się taki interesujący? – zapytał w końcu Ben, uchylając drzwi do skarbca.


McAlister wziął głęboki wdech, jakby przygotowywał się do wygłoszenia monologu któregoś z szekspirowskich bohaterów.


- Nasz dzielny Toby uciął sobie dziś rano małą pogawędkę z jednym z rosyjskich delegatów w restauracji jakiegoś hotelu koło Stadtparku. Standardowy wywiad, do zapchania kawałka miejsca na trzeciej albo czwartej stronie. Wszystko oficjalnie i za zgodą. Po wszystkim panowie się rozstali życząc sobie nawzajem powodzenia, a Toby udał się do toalety. Przy umywalce zaczepił go mężczyzna mówiący ze wschodnim akcentem. Przedstawił się jako Igor Sorokin. – McAlister zrobił pauzę, oczekując aż publiczność umilknie, a reflektory skupią na nim swoje światło. – Powiedział, że musi spotkać się z przedstawicielem brytyjskiego wywiadu.


Zrobił kolejną pauzę i pochylił się nad stolikiem, opierając się o niego łokciami. Ben przyjął tę wiadomość ze spokojem. Nie był to pierwszy, ani prawdopodobnie ostatni taki przypadek. Z pewnością samo pojawienie się oferenta, o ile nie był pierwszym sekretarzem, nie byłoby powodem spotkania na trzecim piętrze, w gabinecie zastępcy dyrektora.


McAlister uznał, że pauza jest już wystarczająca.


- Oczywiście chętnie wysłuchalibyśmy pana Sorokina tak czy inaczej. Ale najwyraźniej trochę mu się spieszy, bo postanowił nas zachęcić. Podał Toby’emu dwa nazwiska. Pierwsze to Jasper Streel. Obiło ci się o uszy?


Ben pokiwał tylko przecząco głową, nie chcąc przerywać tej arii. W głowie szukał jakichkolwiek skojarzeń, ale tablica pozostała pusta.


- Nam też nieszczególnie. To jakaś sprawa kuzynów. Czekamy na szczegóły. Grzebią wykałaczką w zębach, ale nie chcą, żeby ktoś zaglądał im w usta. Mamy dostać listę pytań. Ale drugie nazwisko może być ciekawsze. – Znów starannie odmierzona chwila ciszy i głębokie spojrzenie. – Wiktor Morozow.


Faktycznie, ciekawsze. Salwa armatnia huknęła w głowie przewracając jedną z szaf ze wspomnieniami. Ben pokiwał tylko głową.


- Zguba z Helsinek.


- Teczkę oczywiście mamy, ale mamy też ciebie Ben. A czas nas trochę goni. Jak dobrze pamiętasz tamtą sprawę?


- Na kiedy wyznaczył spotkanie? – Lista pytań zaczęła się powoli budować w głowie Bena. Człowiek, który sam zgłaszał się, aby zaoferować informację, wymagał odpowiedniego podejścia. Czy jest podstawiony, czy rzeczywiście chce zdradzić? Czy posiada realne informacje, czy tylko chce wykorzystać sytuację? Czy jest tym za kogo się podaje i czy jest w stanie się jakoś uwiarygodnić? Jeśli jest na to czas, można przygotować rozmowę. Ale nie zawsze jest. Na początku właściwie nigdy go nie ma. McAlister spojrzał na zegarek.


- Będzie za godzinę w księgarni w okolicach Landstrasse. Komitet powitalny przygotowuje już grunt Toby’emu. Powiedział, że będzie miał około półtorej godziny. Złote rączki właśnie instalują mieszkanie. Jesteś mi potrzebny, Ben. – Znów zrobił pauzę, ale tym razem, żeby nabrać powietrza. – Znasz sprawę z Helsinek. Mamy mało czasu, a ty jesteś jedynym kandydatem na wodzireja na tym balu. Dasz radę?


Pytanie na końcu miało przynajmniej sprawić wrażenie, że jest możliwość wyboru.



Jako pisarz odpowiadam jedynie za pisanie.
Za czytanie winę ponosi czytelnik.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Postautor: MargotNoir » wt 09 paź 2018, 21:15

Seener pisze:Source of the post O której Ci pasuje

Nie zapisujemy tego typu zwrotów wielką literą w dialogach.
Seener pisze:Source of the post Sygnał w słuchawce oświadczył,

oświadczyć
Wielki słownik ortograficzny
o•świad•czyć -czę, -czą; -cz•cie
o•świad•czenie; -czeń
Słownik języka polskiego
oświadczyć — oświadczać «uroczyście lub oficjalnie oznajmić coś komuś»
oświadczyć się — oświadczać się «zaproponować komuś małżeństwo»
oświadczenie «oficjalna wypowiedź przedstawiająca czyjeś przekonania lub stanowisko; też: pismo zawierające taką wypowiedź»

Sygnał mógł świadczyć o czymś. Oświadczyć coś może chyba jednak tylko człowiek.
Seener pisze:Source of the post Jednoczesny brak powitania i pożegnania miał już swoją wagę.

Bez "jednoczesny"
Seener pisze:Source of the post Pierwsze piętro było jednak niżej od trzeciego. Kiedy więc przychodziły stamtąd jakieś polecenia, uprzejmie i oficjalnie je akceptował, chociaż jego zgoda nie była ani wymagana, ani potrzebna.

W tym zdaniu "stamtąd" dotyczy pierwszego piętra. Rozwala to całe zagranie z porównywaniem odległości gabinetu od ulicy do miejsca pracujących w nim osób w hierarchii.

Seener pisze:Source of the post Ben pokiwał tylko przecząco głową

Nie można przecząco pokiwać głową.

Seener pisze:Source of the post Czy posiada realne informacje

Zestawienie do przemyślenia. W moim rozumieniu informacje zawsze są w pewnym sensie nierealne. Nie są elementem świata, a jego opisu. Mogą być rzetelne i prawdziwe lub fałszywe, ale realne? Nie upieram się na 100%, zwracam tylko uwagę, że warto to przemyśleć.

Ogólne wrażenia?

Mnie osobiście tekst nie zainteresował, widzę jednak potencjał. To technicznie dobrze napisany, prosty, powiedziałabym "rzemieślniczy" tekst. Widać rękę kogoś, kto za parę lat przy odrobinie szczęścia i sporej pracowitości może się znaleźć w gronie seryjnych pisarzy książek sensacyjnych po 29,99 w twardej oprawie i 19,99 w miękkiej. Widać, że myślisz o tym, co tworzysz. Znasz gatunek i grupę docelową, dość sprawnie przeskakujesz między opisem sytuacji a wplatanymi w tekst informacjami o przeszłości/nastawieniu/cechach postaci. Nieodparcie kojarzy mi się to z Hammettem, którego przedstawiono tutaj jako wzór do naśladowania, więc chyba jest dobrze.



Awatar użytkownika
Czarna Emma
Dusza pisarza
Posty: 586
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Postautor: Czarna Emma » śr 10 paź 2018, 07:52

Niby przyjemnie się czytało - poza kilkoma błędami, których nie będę wypisywać po raz drugi, bo to zrobiła już Margot - tekst "nie zacina się".
Mimo to brakuje mi iskry, która by mnie przykuła na dłużej. Po lekturze mało co pamiętam z fabuły, choć wiem, że była niezła. Widać potencjał, ale trochę szlifu by się chyba przydało, głównie pod kątem zapisu dialogów. Co do całości- podobało mi się. :)
Powodzenia!


obrazek
Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2600
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Postautor: Bartosh16 » śr 10 paź 2018, 19:14

Seener pisze:Source of the post samo w sobie nie było takie nadzwyczajne


Zbędne.

Seener pisze:Source of the post swoje poczucie humoru zakopała prawdopodobnie wieki temu na jakimśpustkowiu, nie pozostawiając żadnychśladów


Zbędne słowa.

Seener pisze:Source of the post wtykaniem nosa w niemal każdą godzinę życia członków zespołu. Pierwsze piętro było jednak niżej od trzeciego.


Nie widzę związku przyczynowo-skutkowego.

Seener pisze:Source of the post McAlister był zastępcą dyrektora. Nie miewał problemów z zastruganiem ołówka ani znalezieniem nowej paczki papierowych ręczników.


Nie widzę związku.

Seener pisze:Source of the post W sekretariacie przywitał się z Ann, wiekową i dobroduszną sekretarką McAlistera.


W tym fragmencie przydałoby się jeszcze kilka nieistotnych dla fabuły postaci.

Seener pisze:Source of the post - Szef zaprosił mnie na herbatkę i partię szachów.

Seener pisze:Source of the post Alderton zastanawiał się, co tym razem kryje się pod słowem „natychmiast”


Jeśli herbatka i szachy to "żarcik", wypadałoby to zaznaczyć.

Seener pisze:Z portretu na ścianie, za fotelem, dostojnie spoglądała królowa. Na ścianie naprzeciwko okna wisiała olbrzymia mapa świata


Powtórzenie. W ogóle opis pomieszczenia niewiele mi o nim mówi. Ot, mam sobie wyobrazić pokój z fotelem, meblami, portretem królowej, mapą i oknem. Mało.

Seener pisze:kolejny rekwizyt mający dowodzić potęgi imperium


Czasownik w aspekcie niedokonanym raczej niczego nie dowiedzie. Oznacza czynność, która trwa, ale się nie zakończyła. Rekwizyt powinien stanowić o potędze, być jej dowodem, emanacją, jest kilka możliwości opisania tego we właściwy sposób.

Seener pisze:Na okoliczność wizyty Bena porzucił (1)swoje ogromne biurko, zza którego lubił onieśmielać gości i usiedli przy mniejszym stoliku pod oknem.


1. Już myślałem, że cudze. Więcej zbędnych słów nie wytykam. Potraktuj to jak pracę domową.
2. Zaburzona tożsamość podmiotu (porzucił, lubił, usiedli).

Seener pisze:Dostarczał nam cennych informacji. Kiedy kończyła mu się tura pojawiła się koncepcja ewakuacji.


Nie dość, że jest rym wewnątrz zdania, to jeszcze nic z niego nie rozumiem.

Seener pisze:Tydzień po nim wyjechała żona


Czyja żona?

Seener pisze:Mówiła, że są jakieśkomplikacje


Czy każdy rzeczownik w Twoich tekstach jest "jakiś"?

Seener pisze:Tydzień po nim wyjechała żona i sprawa się zakończyła

Seener pisze:Po tygodniu wyjechała żona. I tu historia się skończyła


Chyba możesz postarać się bardziej.

Seener pisze:I niestety każda hipoteza miała słabe strony.


"Teoria" byłaby lepszym słowem.

Seener pisze:Jeśli go odkryli, ewakuacja do kraju powinna być od razu.


Ewakuacja do kraju? Chyba w trumnie.

Seener pisze:Tu niestety wciąż zalega mgła


Jak mam rozumieć zalegającą mgłę?

Seener pisze:Zapatrzył się w jakiś nieokreślony punkt na zewnątrz. Można było odnieść wrażenie, że zastanawia się nad ponownym napełnieniem szklanki, ale ostatecznie odstawił ją. Twarz zmieniała mu się przez całą rozmowę. Oczy zwęziły się, na czole przybyło zmarszczek, głowę pochylił lekko do przodu. Z posągu znaczącego strefę wpływów imperium zamienił się w gracza, jakim podobno był za starych dobrych czasów.


Cóż...

Seener pisze:Potwierdziliśmy parę wycieków. Uzupełnił życiorysy paru swoich przyjaciół


Powtórzenie.

Seener pisze:Ben znał go lepiej niż czasem miał ochotę.


Albo zostaw to zdanie i wywal resztę opisu, albo wywal opis i zostaw zdanie.
Zdania mówiące wszystko nie są opisem.

Seener pisze:udawało mu się zazwyczaj przyłapać Bena w chwili słabości i wyciągnąć go na kolejkę lekkiego austriackiego piwa, które w połowie szklanki oceniali jako lurę obrażającą dokonania wyspiarskich browarników


1. Jeśli austriackie piwo to lura, a wyspiarskie piwa są genialne, to czemu nie piją wyspiarskich? Obecnie w każdym cywilizowanym kraju można dostać piwo jakie dusza zapragnie. Sam się dziś zastanawiałem nad Guinessem, ale ostatecznie porter wygrał.
2. Gdzie się pije piwo ze szklanek?

Seener pisze:ale teraz jest chyb wolnym strzelcem.


Zostawić literówkę w tekście do sprawdzenia, to jak iść na randkę i się nie umyć.

Seener pisze:to była właśnie ta niespodzianka, która czekała na końcu spaceru


A czy oni przypadkiem nie usiedli jakiś czas wcześniej?

Seener pisze:- (1)Jakieś osiemnaście miesięcy temu w Wiedniu doszło do hucznego spotkania delegacji rosyjskiej z naszymi sojusznikami. Nie było cię wtedy jeszcze z nami. (2)Na środku ognisko (3)rozpalił ONZ. Po przepełnionym wzajemny(4) zrozumieniem tańcu przyjaźni wszyscy zgodzili się, że należy rozpocząć współpracę w obszarze rolnictwa(5).


1. Oczywiście.
2. Że co? ONZ rozpala ognisko?
3. Rozpaliła. ONZ to Organizacja Narodów Zjednoczonych.
4. Literówka.
5. Czy ja dobrze rozumiem? Rosyjska delegacja, nasi sojusznicy i niejaki ONZ spotykają się na ognisku, które ten ostatni rozpala. Następnie tańczą taniec przyjaźni ze wzajemnym zrozumieniem, by zasiąść i rozmawiać o współpracy w rolnictwie. Czy rosyjska delegacja przyniosła na spotkanie nalewkę z Magadanu? Gdzie protokół dyplomatyczny? Skąd takie spotkanie, w takim gronie?
Pomijam, że Rosja jest jednym z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, i wątpię w konieczność wysyłania delegacji.

Wybacz, Autorze, ale chyba nie mam ochoty dalej czytać. Wydaje się, że masz jakąś historię do opowiedzenia, ale nie umiesz tego zrobić w interesujący sposób, niezależnie od tego, czy czytam to z chmurki obok Najwyższego, czy z bloku, w którym mieszkam.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
Anna Kowalczewska
Szkolny pisarzyna
Posty: 33
Rejestracja: czw 06 wrz 2018, 11:04
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gorzów Wielkopolski
Płeć: Kobieta

[W]Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Postautor: Anna Kowalczewska » czw 11 paź 2018, 09:12

A ja odnoszę wrażenie, że zbytnio skupiasz się na opisach i ciekawych wstawkach. Czyta się je fajnie, ale do pewnego momentu. Kiedy tekst jest nimi przeładowany, zaczyna się robić nudno, przy okazji gubiąc wątek, o co tak naprawdę chodzi w powieści. Nie wiem czy informacja o prywatnym życiu Doris była niezbędna. Było to wtrącenie, które w żaden sposób nie wpłynęło na przebieg zdarzeń, ani na zachowanie głównego bohatera.
Seener pisze:Source of the post Przez pół dnia drzemał na swojej rzymskiej sofie, a potem dostał jakiś telefon z zewnątrz i teraz obdzwania wszystkich świętych i archaniołów.

O, to mi się podobało :D
Seener pisze:Source of the post Ben pokiwał tylko głową.


- Zguba z Helsinek.

Słowo "tylko" sugeruje, że "tylko" pokiwał głową. A jednak przemówił ;)

Nie wytykam więcej konkretnych błędów, bo te zostały wytknięte powyżej. Warsztatowo i stylistycznie dobrze, po prostu brak, hm... Chyba brak tej płynności, która sprawia, że czyta się po prostu lekko.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4128
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[W]Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Postautor: Rubia » czw 11 paź 2018, 12:44

Parę uwag związanych z konstrukcją tego fragmentu.
Nie wiem, czy to początek powieści (na to by wskazywało zawiązanie akcji), czy poprzedza go np. prolog, w którym głowny bohater już został przedstawiony. Zakładam jednak, że początek.
Seener pisze:Source of the post - Jesteś mi potrzebny, Ben. Znajdziesz chwilkę?
McAlister nie tracił czasu na powitania, co samo w sobie nie było takie nadzwyczajne. Kunsztowne formy grzecznościowe i odpowiednio dobrany krawat pozostawiał na oficjalne spotkania z większymi od siebie.
- Siedzę nad papierami. O której Ci pasuje?
- Natychmiast.

Taki dialog wraz z didaskaliami sugeruje, że narracja będzie prowadzona z punktu widzenia McAlistera, lub że będzie on głównym bohaterem. Tymczasem okazuje się po paru zdaniach, że rola ta przypadła Benowi. Potrzebne byłoby tu uzupełnienie typu: Ben wiedział, że McAlister nie traci czasu... albo podobne. Podkreślona część zdania jest zupełnie zbędna, to wata słowna.
Seener pisze:Source of the post - Na trzecim piętrze chyba przecieka jakaś rura, Doris. Bądź tak uprzejma i wytłumacz mnie, gdyby ktoś z Watykanu chciał umówić się na spotkanie – wyjaśnił swojej asystentce, zamykając drzwi do gabinetu.
Doris potwierdziła tylko skinieniem głowy. Była niespełna czterdziestoletnią matką dwóch konserwatywnie wychowywanych nastolatków i oddaną żoną. Miała skłonność do nadużywania pudru do twarzy, a swoje poczucie humoru zakopała prawdopodobnie wieki temu na jakimś pustkowiu, nie pozostawiając żadnych śladów. Alderton chętnie wykorzystywał ten fakt aby wprawiać ją w konsternację.

Doris w całym fragmencie, który wrzuciłeś, nie odgrywa kompletnie żadnej roli. Nie wiemy nic o głównym bohaterze, o tym, kto go wezwał, o instytucji, w której pracują, mamy natomiast pokaźną garść informacji o asystentce bez znaczenia. Po co? Jeśli Doris dostanie swoje pięć minut, wtedy będziesz mógł to wszystko o niej napisać.
Związek między przeciekającą rurą na trzecim piętrze i "kimś z Watykanu" też jest taki sobie. Niedobrze, kiedy trzeba wyjaśniać, że jakieś zdanie jest żartem albo złośliwością.
Seener pisze:Source of the post Tym razem nie trzeba było wyjątkowej bystrości, żeby zrozumieć, że Benowi chodzi o Ashleya Pope’a, świeżo upieczonego szefa komórki odpowiedzialnej za ochronę informacji, który swój awans podkreślał zwiększonym poczuciem odpowiedzialności i wtykaniem nosa w niemal każdą godzinę życia członków zespołu. Pierwsze piętro było jednak niżej od trzeciego. Kiedy więc przychodziły stamtąd jakieś polecenia, uprzejmie i oficjalnie je akceptował, chociaż jego zgoda nie była ani wymagana, ani potrzebna.

Kolejna zbędna osoba i niepotrzebny fragment. Na pierwszej stronie wprowadziłeś cztery postacie, w tym dwie, które ani się nie odezwą, ani nawet nie przewiną w rozmowie dwóch pozostałych. I właśnie im poświęciłeś najwięcej uwagi. Sekretarki bez poczucia humoru i wścibscy szefowie zbędnych komórek są dobrem powszechnym w każdej instytucji, więc podawanie takich informacji czytelnikowi już na samym wstępie nie ma większego uzasadnienia.
Podkreślone: a gdyby polecenia przychodziły z czwartego piętra - wtedy by ich nie akceptował? Rozumiem, że sugerujesz jakąś hierarchię związaną z piętrami, lecz jest to mocno niejasne.

Dalej jest lepiej, chociaż masz skłonność do z lekka przesadnych porównań i metafor. Rozumiem, że McAlister może mieć naturę niewyżytego aktora, który nawet przed jednym podwładnym w gabinecie zachowuje się jak na scenie. Ale umiar czasem jednak by się przydał, nie wszyscy bohaterowie muszą być traktowani z emfazą.
Seener pisze:Source of the post Ale drugie nazwisko może być ciekawsze. – Znów starannie odmierzona chwila ciszy i głębokie spojrzenie. – Wiktor Morozow.
Faktycznie, ciekawsze. Salwa armatnia huknęła w głowie przewracając jedną z szaf ze wspomnieniami. Ben pokiwał tylko głową.
- Zguba z Helsinek.

Salwa armatnia, która przewróciła szafę, to obraz dość komiczny, lecz mam wątpliwości, czy jest to komizm zamierzony. Taka przesada nie pasuje do sytuacji, Morozow był w tych Helsinkach postacią mało znaczącą, niczym szczegołnym się nie zapisał, więc dlaczego raptem salwa, do tego armatnia? A potem - tylko pokiwanie głową, które jest jednak reakcją mało emocjonalną.

Aha: skoro facet nosi drogie garnitury, szyte na miarę, jego marynarka nie może być OKROPNIE wymięta na plecach. Dobra wełna jest sprężysta, jeśli się mnie, to w minimalnym stopniu.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Seener
Pisarz domowy
Posty: 148
Rejestracja: śr 10 lut 2010, 21:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[WW] Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Postautor: Seener » czw 11 paź 2018, 15:13

Dziękuję za uagi i komentarze.
Spodziewałem się raczej, że ten tekst sobie spokojnie przepdanie.
Nawet ostrzegałem w tytule o ryzyku, ale chyba nie pomogło :).

Chyba niestety znów wpadłem w pułapke upychania zbyt wielu rzeczy w 'początku', gdy w założeniu miałaby to być jakaś dłuższa historia. O ile doczeka się kiedyś końca będę musiał zrobic roszady.

MargotNoir: Jak na razie z trudem idzie mi szukanie chętnych do czytania moich wytworów za darmo. Gdyby ktoś chciał jeszcze za to płacić, musiałbym to uznac za sukces. Nie oszukujmy się, Gombrowiczem nie jestem. I już chyba nie będę :roll: Chciałem się zmierzyć z formatem, który czasem sobie czytam dla relaksu. To nie jest rodzaj literatury, która wzbgaca wewnętrznie. Z drugiej strony ludzie chyba lubią zagadki, skoro tak popularne są kryminały czy książki Browna.

Rubia pisze:Source of the post Salwa armatnia, która przewróciła szafę, to obraz dość komiczny, lecz mam wątpliwości, czy jest to komizm zamierzony. Taka przesada nie pasuje do sytuacji, Morozow był w tych Helsinkach postacią mało znaczącą, niczym szczegołnym się nie zapisał, więc dlaczego raptem salwa, do tego armatnia?


Przede wszystkim Morozow, a właściwie jego sprawa, nie musiała być, a z całą pewnością nie jest w tej sytuacji mało znacząca. Zakończyła się w sposób trochę nietypowy i powstał problem z jej oceną. W ramach znanych wówczas faktów uznano, że był wiarygodny, a zatem operacja była sukcesem. Nagle pojawia się człowiek z drugiej strony i podaje jego nazwisko, sądząc że powinno ono wzbudzić zainteresowanie Anglików. Okazuje się, że przeciwnik jednak coś wie o tej sprawie, a to generuje mnóstwo pytań. Praktycznie każda informacja uzyskana z tego źródła właśnie została zakwestionowana. Sukces może okazac się porażką. Już sam fakt, że przeciwnik o nim wie jest salwą armatnią. W rzeczywistości też by był, nie tylko w zmyślonej historii.
Ben nie reaguje na zewnątrz zbyt ekspresujnie. Jako doświadczony pracownik wywiadu umie kontrolować (przynajmniej do jakiegoś stopnia) ekspresję. Gdyby nie umiał, nie zdążyłby być doświadczonym pracownikiem. Odreagowuje wszytsko wewnętrznie swoim subiektywnym patrzeniem na świat.
Teraz pozostaje już tylko zasygnalizować to wszystko czytelnikowi...

Bartosh16 pisze:Source of the post Wybacz, Autorze, ale chyba nie mam ochoty dalej czytać. Wydaje się, że masz jakąś historię do opowiedzenia, ale nie umiesz tego zrobić w interesujący sposób, niezależnie od tego, czy czytam to z chmurki obok Najwyższego, czy z bloku, w którym mieszkam.


I tak daleko zaszedłeś. :D
Może zakończmy to w tym miejscu? Nic z tego związku nie będzie. Niech każdy szuka szczęścia na własną rękę. Może skorzystamy na tym obaj...
Ja pozostanę przy swojej opinii, że jestes odrobinę egocentrycznym, ale w sumie nieszkodliwym maniakiem.
Ty... cokolwiek tam o mnie myślisz.
Będziemy się pozdrawiac z daleka z chłodną oficjalną uprzejmością i jakoś zmieścimy się obaj na tym forum.

No ale koniec łamania regulaminu. Wróćmy do tekstu.

Bartosh16 pisze:Source of the post Jeśli herbatka i szachy to "żarcik", wypadałoby to zaznaczyć.

Często widzę takie sugestie, żeby dawać do zrozumienia czytelnikowi, gdzie są żarciki. Ja się z tym osobiście nie zgadzam. Nie tylko przy pisaniu ale również w życiu. Osoba z poczuciem humoru widzi żart, nawet jeśli jest nieśmieszny. Osoba bez takiego poczucia... nie wiem co widzi :)

Bartosh16 pisze:Source of the post Potraktuj to jak pracę domową.

A jednak masz poczucie humoru ;)

Bartosh16 pisze:Source of the post Gdzie się pije piwo ze szklanek?


Gdzie chce, aczkolwiek robienie tego w parku może poskutkować mandatem :)

Bartosh16 pisze:Source of the post Ewakuacja do kraju? Chyba w trumnie.


Reakcja może się odrobinę różnić w zależności od dekady XX wieku i obszaru działań GRU lub KGB. Ale Morozow nie uciekł z ambasady. Nadal był pod kontrolą. Jeśli więc jego zdrada była prawdziwa, a nie pozorowana, to egzekucja na terenie obcego państwa (niezależnie od statusu terytorium ambasady) jest jedną z ostatnich opcji. Wariant najbardziej prawdopodobny to 1) wykorzystanie go do dezinformacji (nie musi być tego świadom), 2) ewakuowanie do kraju (najprawdopodobniej w stanie ograqniczonej świadomości), 3) przesłuchanie w celu określenia strat, 4) utylizacja. Gdyby dał radę uciec to wtedy inna sprawa. Egzekucja na terytorium wroga 1) może ograniczyć wyciek informacji, 2) może odstraszyć następnych potencjalnych zdrajców. W razie zdemaskowanie takiej operacji mogę się jednak pojawic konsekwencje, które trzeba przynajmniej wziąć pod uwagę i zaplanować wariant "co jeśli". Ale nawet i w takich sytuacjach nie zawsze dochodzi do egzekucji.
W "widowiskowych" filmach wygląda to nieco inaczej, ale tam rzadko dba się o takie detale jak realizm.

Bartosh16 pisze:Source of the post Czasownik w aspekcie niedokonanym raczej niczego nie dowiedzie. Oznacza czynność, która trwa, ale się nie zakończyła. Rekwizyt powinien stanowić o potędze, być jej dowodem, emanacją, jest kilka możliwości opisania tego we właściwy sposób.

Bardzo celnie odczytane. McAlister nie jest żadnym pomnikiem i nieczego nie dowodzi. Ale chciałby. To niestety często występujące zjawisko. W naszym kraju w ostatnich latach też stawia się wiele pomników, które niczego nie dowodzą, chociaż ich "stawiacze" bardzo by tego chcieli.

Bartosh16 pisze:Source of the post 5. Czy ja dobrze rozumiem? Rosyjska delegacja, nasi sojusznicy i niejaki ONZ spotykają się na ognisku, które ten ostatni rozpala. Następnie tańczą taniec przyjaźni ze wzajemnym zrozumieniem, by zasiąść i rozmawiać o współpracy w rolnictwie. Czy rosyjska delegacja przyniosła na spotkanie nalewkę z Magadanu? Gdzie protokół dyplomatyczny? Skąd takie spotkanie, w takim gronie?
Pomijam, że Rosja jest jednym z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, i wątpię w konieczność wysyłania delegacji.


...
:shock:
...
Muszę się przyznac, że nie wiem co powiedzieć.
...
Czytam to raz. I nie wierzę. Czytam więc drugi raz, ale wtedy nie wierzę jeszcze bardziej. Czytam więc trzeci i czwarty. Po piątym jestem już tak niewierzący, że sam mam ochote nałożyć na siebie ekskomunikę.
Gdybyśmy byli starymi kumplami pozwoliłbym sobie na nieco uszczypliwy żart, że jesteśmy jak yin and yang. Ja nie powinienm sprawdzać dyktand, Ty powinieneś przynajmnie dać sobie dodatkową chwilę do namysłu, zanim zdecydujesz się opuścić taki obszar ;).
Ale biorę poprawkę, że może górę na chwilę wzięły emocje.
Żargon, przenośnia, metafora. Coś w tych okolicach.
Kiedy kryzys między zwaśnionymi stronami pęcznieje ponad miarę, ewentualnie dochodzi do zmęczenia materiału, jedna ze stron pęka i w jednym z wariantów szuka możliwości porozumienia. Robi się to wtedy tak, żeby samemu nie stracic twarzy i pozwolić ją zachować przeciwnikowi. Wymyśla się jakiś pretekst do pierwszego niewinnego i oficjalnego spotkania, które otworzy drzwi do dalszych rozmów.
1. Dyplomacja pingpongowa między USA i ChRLD.
2. Ostatnia olimpiada w Korei wykorzystana do oficjalnego spotkania przywódców dwóch państw.
3. Coupe de grace w postaci odrzucenia w senacie prezydenckiego projektu referendum, które o niczym nie decydowało i mogło być ciosem wizerunkowym, na podstawie problemu z wolnymi terminami.
Jak już opadnie dym i opinia publiczna się nasyci sieda się do rozmów bez świadków i załatwa prawdziwe interesy.
W czasach zimnej wojny ciężko sobie wyobrazić na przykład wspólne manewry wojskowe NATO i ZSRR. Ale konferencja dotycząca problemów rolnictwa w ramach struktur ONZ, w których obie strony się znajdują, może być taką furtką do tego, żeby usiąść trochę bliżej i wybadac wzajemne nastroje. Coś takiego miało niejednokrotnie miejsce, łącznie z ciągnącymi się potem długotrwałymi negocjacjami. Chociaż akurat nie w Wiedniu.

Jeszcze w kwstii pierwszego i trzeciego piętra. Miał to byc w założeniu oddanie relacji służbowej. Im wyżej tym ważniej. McAlister jest zastępcą dyrektora, zajmuje się sprawami poważniejszymi niż "zastruganie ołówka". Jęsli więc wzywa kogoś do siebie, to jest to coś poważnego. Albo dla McAlistera, albo dla wezwanego.
Pope to tylko figurant, który ma uzasadniać oficjalnie fikcyjne stanowiska, na których umieszcza się pracowników wywiadu. Trochę ciężko mu się z tym pogodzić.

No cóż, chciałem dobrze, wyszło jak zwykle.
Ale przynajmniej tym razem nie poległem chyba na ortografii.
Dzięki.

Added in 3 minutes 52 seconds:
PS.
Oczywiście dziękuję za uwagi.
Nie mam pojęcia co to 'uagi'.


Jako pisarz odpowiadam jedynie za pisanie.
Za czytanie winę ponosi czytelnik.

Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2600
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

[WW] Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Postautor: Bartosh16 » czw 11 paź 2018, 19:08

Seener pisze:Source of the post Ja nie powinienm sprawdzać dyktand, Ty powinieneś przynajmnie dać sobie dodatkową chwilę do namysłu, zanim zdecydujesz się opuścić taki obszar .
Ale biorę poprawkę, że może górę na chwilę wzięły emocje.
Żargon, przenośnia, metafora. Coś w tych okolicach.


Emocje? Pewna mądra osoba na tym Forum powiedziała mi niegdyś, że słowa stawiane obok siebie mają określone znaczenie i razem składają się na komunikat. Autor tworzy ów komunikat i dąży do jego przekazania, jego obowiązkiem jest, by komunikat był czytelny. Jeśli nie rozumiem komunikatu, nie widzę go, nie odnajduję, to nie jest moja wina. Nie głupoty, niedoczytania czy emocji, jakkolwiek autor chce tłumaczyć niezrozumienie. Nieczytelny komunikat zawsze jest winą autora.
Jeśli namalujesz obraz kobiety, gdzie widoczna jest jedynie jej twarz, a reszta to galimatias, nie miej pretensji do widza, że nie widzi nagości.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[WW] Przynęta (pół rozdziału, test zderzeniowy wysokiego ryzyka).

Postautor: MargotNoir » sob 13 paź 2018, 11:47

Seener pisze:Source of the post To nie jest rodzaj literatury, która wzbgaca wewnętrznie.

Pisząc swój komentarz miałam to na uwadze. Czytajac, cały czas miałam wrażenie, że "gdzieś to już widziałam", a skoro tak, to znaczy, że podobne teksty się wydaje.
Faktycznie jest trochę kwestii technicznych do opanowania, ale poza tym? Całkiem normalny początek książki sensacyjnej. Nie widzę w nim nic złego poza tym, że to po prostu nie mój typ.

Seener pisze:Source of the post Żargon, przenośnia, metafora. Coś w tych okolicach.

Seener pisze:Source of the post Jeszcze w kwstii pierwszego i trzeciego piętra. Miał to byc w założeniu oddanie relacji służbowej.

Bartosh16 pisze:Source of the post Nieczytelny komunikat zawsze jest winą autora.


Oczywiście zgadzam się, ze stwierdzeniem, że nieczytelny komunikat jest winą autora, ale należy się tutaj zastanowić, co to znaczy, że komunikat jest nieczytelny.

Jeśli chodzi o ewidentne błędy językowe, które sprawiają, że przekaz po prostu - w swojej najbardziej oczywistej i dosłownej warstwie - znaczy coś innego, niż autor zamierzał przekazać, to ewidentnie wina leży po stronie autora.
Tak samo sprawa ma się z niepodaniem informacji, które są konieczne do zrozumienia przekazu i da się to w miarę obiektywnie stwierdzić (np. brak atrybucji dialogowej, co sprawa, że nie wiemy, która postać się wypowiada).

Są jednak takie momenty, w których stwierdzenie nieczytelności czy niepoprawności przekazu już nie jest takie trywialne.

Każdy tekst ma jakąś grupę docelową. Nie ma tekstów uniwersalnych, bo gdyby tak było, książeczka dla dwulatków nie różniłaby się formą od publikacji w czasopismach naukowych poświęconych fizyce cząstek. W tekstach literackich to rozróżnienie nie jest tak wyraźne, ale też jest. Zawsze, nawet nieświadomie, zakładamy pewien poziom kompetencji odbiorcy, chociażby na tym poziomie, że oczekujemy od niego dostatecznie dobrej znajomości języka (czyli także frazeologizmów czy przysłów). Oczekujemy, że odczyta pewne nawiązania do kultury, że będzie posiadał pewną wiedzę. Autor książeczki dla podstawówkowiczów opisze wygląd rycerza inaczej, niż autor "kostiumowych" przygodówek, adresowanych do wyspecjalizowanych odbiorców.

Gdyby było inaczej, większość tekstów byłaby potwornie miałka i nudna. Jeśli autor pisze z założeniem, że odbiorca nie wie nic o bożym świecie i jest skrajnie mało spostrzegawczy, to siłą rzeczy tekst jest prosty jak konstrukcja cepa, a po każdym akapicie czytelnik ma ochotę wstawić mem z Nicholasem Cagem mówiącym "You don't say?". Kapitan Oczywisty nie dla wszystkich jest mile widzianym gościem.

Humor, żart, metafora, przenośnia... to chyba te pola, na których najtrudniej dobrać poziom tekstu do zakładanych kompetencji odbiorcy, najtrudniej zgadnąć, jak należy sformułować komunikat, by był jasny dla takiego czytelnika, jakiego sobie wyobrażamy. Stąd naprawę wiele nieporozumień. Trudno jest trafić tak, by można było z czystym sumieniem stwierdzić "OK, zostawiamy to tak, jak jest. Jest dość jasno, ale nie za jasno. Wyraźnie, ale nie łopatologicznie".

Co więc można traktować jako probierz zrozumiałości komunikatu? Nie przychodzi mi do głowy nic, poza testem najprostszym: sprawdzeniem, czy komunikat da się zrozumieć.
Ja zrozumiałam. Zarówno ognisko i tańce, jak i związek między piętrami w budynku a hierarchią w organizacji. Zrozumiałam, a to znaczy, że się dało.
Autorowi pozostaje zadać sobie pytanie, czy to mu wystarczy.

Added in 4 minutes 36 seconds:
EDIT:
Znowu skróty myślowe mnie pokonały. Oczywiście mam na myśli sytuację, w której komunikat został zrozumiany przez osobę, która z autorem/tekstem nie ma wspólnego nic poza tym, że mówią tym samym językiem, odebrali podobne wykształcenie i mieli podobne możliwości zdobycia wiedzy ogólnej. Jeśli autor w tekście upycha nawiązania do anegdot znanych tylko jego najbliższym, to oczywiście fakt, że jego wujek zrozumiał, o co chodziło, o niczym nie świadczy.




Wróć do „Opowiadania i fragmenty powieści”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości