!Głosujemy! Najlepsza Miniatura Listopada !Głosujemy!

Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Zwycięska praca Gott-Foo "Poza zasięgiem" // 2008

Prace, które zwyciężyły w konkursie

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2889
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Zwycięska praca Gott-Foo "Poza zasięgiem" // 2008

Postautor: Lan » pn 25 lut 2008, 19:44

Poza zasięgiem





Epizod I



Płomienie buchały przez potłuczone okna, liżąc ściany ponad nimi i pozostawiając czarne smugi sadzy. Tłum gapiów, który zebrał się przed płonącą kamienicą, wcale nie odetchnął z ulgą na widok nadjeżdżających wozów gaśniczych. Z niewiadomych przyczyn ludzie, którzy mimo zmęczenia postanowili o pierwszej w nocy opuścić swe łóżka i popatrzeć na niecodzienny widok, poczuli jeszcze większe podniecenie.

Przybył ratunek, ale śmierć nadal wisiała w powietrzu.

Dla tych, co stali na zewnątrz w tę późno listopadową noc, ciepło płomieni wcale nie kojarzyło się z niebezpieczeństwem. Dla nich było to tylko nieco większe, budzące ekscytację ognisko. Widzieli ogień, widzieli migoczącą, pomarańczową łunę unoszącą się nad kamienicą, czuli zapach dymu i słyszeli trzaskające pod naporem pożogi elementy konstrukcji budynku, ale nie czuli strachu. Jako zwykli widzowie byli równie bezpieczni jak wtedy, gdy oglądali filmy akcji w telewizji. Schowani za szklanym ekranem z bezpiecznej odległości raczyli się ryzykiem i bliskością śmierci, abstrakcją niebezpieczeństwa.

Jeszcze zanim wozy stanęły, strażacy już zaczęli kolejno zeskakiwać na ziemię. Nie czekając na czyjekolwiek polecenia, chwytali węże, łączyli je ze sobą i podpinali do pomp. Inni w tym samym czasie torowali sobie drogę do centrum żywiołu, rozbijając drzwi czerwonymi jak krew siekierami. Każdy zespół działał jak dobrze naoliwiona maszyna. Wszystko mieli doskonale wyćwiczone i opanowane. Na każdą niespodziankę byli przygotowani. Poruszali się sprawnie, nie wykonując żadnych zbędnych czynności.

W chwili, gdy w remizie rozbrzmiały pierwsze nuty alarmu, każdy członek załogi, jakby automatycznie, przełączył się na wyższe obroty. Umysł skupiał się tylko na akcji, odrzucając na bok wszystko inne, natomiast mięśnie były gotowe dać z siebie wszystko, a nawet więcej, jeśli zajdzie taka potrzeba.

W drodze na miejsce każdy ze strażaków okiełznał drzemiącą w nim adrenalinę, która napędzała organizm do podejmowania każdego ryzyka i przekraczania swoich możliwości. Każdy z nich dobrze wiedział, że spokój i chłodny rozsądek, to kluczowe warunki przetrwania, ważniejsze nawet niż sprawność fizyczna czy odwaga.

Kiedy akcja jest w toku, żaden z niech nie zastanawia się, co powinien zrobić. Mało kto nawet myśli o tym, co robi. Kiedy chodzi o ludzkie życie, dobrze wyszkolony strażak po prostu działa. I tylko naiwna śmierć może próbować go powstrzymać.

Mimo usilnych starań, ogień nadal się rozprzestrzeniał. Konstrukcja kamienicy była stara i nie spełniała aktualnych standardów bezpieczeństwa. Niestety zawsze znajdą się idioci gotowi mieszkać w takiej ruderze. Aż w końcu przychodzi noc, kiedy jeden psikus przestarzałej instalacji elektrycznej uświadamia im, że popełnili błąd.

Na miejsce przyjechała trzecia ekipa strażaków, by wesprzeć kolegów. Głównodowodzący akcją podjął decyzję o zaprzestaniu prób ratowania budynku. Rozkazał jak najszybciej wyprowadzić cywilów, którzy jeszcze byli w środku i zapobiec rozprzestrzenieniu się pożaru.

Piotr Skórzyński znalazł się w grupie mężczyzn, którzy mieli za zadanie wyciągnąć ludzi z kamienicy. Nie był najmłodszy, ale sprawnością przewyższał niejednego ze swoich kolegów, a tam, między płomieniami, czasem liczy się tylko to, jak silny i szybki możesz być.

Weszli całą ósemką, ale niemal natychmiast podzielili się na dwuosobowe grupki. Każda z par przeszukiwał inne mieszkanie. Zasada była prosta, jak najszybciej sprawdzić każdy kąt i nie oddalać się od partnera. Jeśli coś pójdzie nie tak, będziesz jedynym, na którego będzie mógł liczyć albo, co gorsza, on stanie się twoją ostatnią deską ratunku. Zostawiając partnera, odbierasz wam obu połowę szans na przeżycie.

Piotrek razem z Arkiem, swoim starym kumplem z technikum, biegli jako druga para. Przypadł im zaszczyt przeszukania mieszkania numer sześć. Stanęli przed drzwiami. Mimo kombinezonów, gorąco szybko stało się nie do zniesienia. Choć mieli butle z tlenem i maski, oddychanie przychodziło z trudem, jakby ogień pożarł nawet to powietrze, które mieli ze sobą.

Na klatce schodowej nie było płomieni, tylko gęsty, ciężki dym ograniczający widoczność do granic możliwości. Ale obaj dobrze wiedzieli, że za ścianą czai się ich wróg, bestia. Bezlitosna, bez serca, rodem z piekielnych czeluści. Ta, co przybyła tylko po to, żeby zabijać i siać panikę.

Wyważyli drzwi. Ogień nie buchnął na korytarz, ale i tak strach przed taką ewentualnością podkręcił ich pulsy i zwiększył dawki adrenaliny.

Weszli do środka. Piotrek przodem. Ich oczom ukazał się widok, którego każdy śmiertelnik wolałby uniknąć. Istne apogeum zniszczenia. ściany i sufit pokryte były tysiącami języków ognia. Bił od nich oślepiający blask i potwornie wysoka temperatura. Z dywaniku przy drzwiach wejściowych sączyły się smużki dymu. Bestia jeszcze go nie dosięgła, ale jego chwile były już policzone.

Piotrek, ubezpieczany przez Arka, wchodził do kolejnych pokoi, za każdym razem z radością oznajmiając przez radio koledze, że nikogo tam nie ma. Ktoś jednak musiał być w mieszkaniu. I ta myśl przyspieszała pracę jego serca. Coraz bardziej i bardziej.

Kiedy sprawdzał ostatni z trzech pokoi, coś zaczęło się z nim dziać. Zawsze w czasie akcji działał na sto dziesięć procent swoich możliwości, ale teraz miał wrażenie, że może sam w ułamku sekundy przetrząsnąć całą kamienicę. Poczuł jakby osiągnął wyższy stopień ewolucji. Robił wszystko szybciej niż zdążył o tym nawet pomyśleć. Czuł się niezwyciężony. Czuł, że może sam wziąć się za bary z bestią i zgnieść ją jak robaka. Energia w nim szalała. Było jej więcej niż kiedykolwiek.

Wszedł do kuchni. Przez gęsty dym dojrzał na podłodze ciało. Zobaczył swoje ręce sięgające na dół, tak jakby był jedynie widzem, a nie bohaterem. Zarzucił sobie nieprzytomnego na barki i popędził w kierunku klatki schodowej. Arek ledwie zdążył mu się usunąć z drogi i natychmiast ruszył w pogoń za partnerem.

Piotrek pędził jak szalony. Ciężkie strażackie buty stukały o schody z szybkością karabinu maszynowego. Arek ledwie dotrzymywał mu kroku, a przecież, w przeciwieństwie do kolegi, nie dźwigał dodatkowego ciężaru.

- Piotr, na miłość boską! – To jedyne, co zdołał z siebie wykrztusić, gdy wybiegali na zewnątrz.

Sanitariusze natychmiast zajęli się nieprzytomnym, położyli go na noszach i zabrali do ambulansu.

Piotrek stał jeszcze chwilę nieruchomo i patrzył przed siebie. Jego rola w ratowaniu tego życia dobiegła końca. Reszta była w rękach lekarzy. Serce wciąż łomotało w piersi, jakby starało się wyrwać z niej i pognać Bóg wie gdzie. Oddychał szybko. Mięśnie miał napięte, gotowe na wszystko. W końcu zaczął się uspakajać, ale jednocześnie pociemniało mu przed oczami.

- Piotrek! – To ostatnie, co usłyszał zanim stracił przytomność.





Epizod II



Poczuł, że nastaje ten moment, kiedy sen zlewa się z jawą i na krótką chwilę oba światy tworzą jedną, spójną i szaloną całość. Do jego uszu dotarł odgłos elektronicznego pikania.

Kolejno każdy ze zmysłów przedzierał się do rzeczywistości. Drugi w kolejności był węch. Rozpoznał zapach lizolu i innych środków czystości. Nie tak intensywny, jaki mógłby spotkać tam jeszcze kilka lat temu, ale wciąż wyraźny i nieprzyjemny.

W końcu obudził się też jego wzrok. Mężczyzna uniósł ostrożnie powieki i natychmiast je przymknął. Jasne światło oślepiło go niczym lampka biurowa przesłuchiwanego. Ponowił próbę i tym razem, choć nie bez problemów, udało mu się otworzyć oczy. Zajęło chwilę zanim wzrok przystosował się do zwiększonej ilości odbieranego światła.

Ujrzał białe ściany sali szpitalnej. Natychmiast pojął, że owo pikanie było odgłosem wydawanym przez kardiomonitor.

Dezorientacja, tak najprościej można by opisać to, co w tamtej chwili czuł. Pozbieranie i uporządkowanie myśli było ponad jego siły. Czuł się bardziej wyczerpany niż kiedykolwiek.

Spróbował usiąść, ale wszelkie jego starania spełzły na niczym. Ledwie dał radę podnieść głowę, która po chwili z powrotem ciężko opadła na poduszkę.

Dopiero wtedy go zauważył. Na krześle obok łóżka spał Arek. Miał na sobie dżinsy i koszulę w kratkę. Głowa opadała mu na klatkę piersiową, a na szyi utworzyły się fałdki, tak że wyglądał jakby był mocno pijany.

Do umysłu zaczęły docierać strzępki ostatnich zarejestrowanych wspomnień. Nędzne urywki filmu, które ledwie można by określić mianem slajdów, na dodatek wyblakłych i zabrudzonych, nie były w stanie wyjaśnić mu, co robił w szpitalu.

Był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć, co zaszło.

- Hej! Stary – Jego słowa zabrzmiały tak słabo, że aż sam ledwie je słyszał. – Hej!

- Niech go pan nie budzi – Do jego uszu dobiegł lekki, kobiecy głos. – To czuwanie przy panu strasznie go wykończyło.

Odwrócił się i dopiero teraz zauważył, że do sali weszła pielęgniarka i zaczęła przeglądać jakieś papiery. Przyjrzał się uważniej i poprawił, to była pani doktor.

- Co ja tutaj robię? – nie czekając, spytał o to, co najbardziej go interesowało.

- Spokojnie. Najpierw ja zadam panu kilka pytań. – Uśmiechnęła się niezwykle promiennie, co pomogło mu się uspokoić. – Proszę powiedzieć, jak się pan nazywa, gdzie mieszka i gdzie pracuje.

- Piotr Skórzyński, mieszkam w Ostrołęce na Sikorskiego piętnaście przez osiem i jestem strażakiem – wyrzucił z siebie szybko, jak regułkę wyuczoną na pamięć w szkole, domyślając się, że lekarka sprawdza jego zdolność kojarzenia faktów.

- świetnie. Gdyby to był teleturniej, miałby pan już kilka groszy w kieszeni. – Znowu się uśmiechnęła.

Piotrek zaczął się zastanawiać, czy aby nadal nie śnił. Pani doktor była zbyt ładna jak na stereotyp lekarki, zbyt miła i stanowczo zbyt młoda. Dlatego właśnie na początku uznał ja za pielęgniarkę. Na pierwszy rzut oka mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Niewiele jak na lekarza. I właśnie to w tym wszystkim nie pasowało.

- Ile ty… przepraszam, ile pani ma lat? – zapytał tonem zdradzającym ogromne zaciekawienie, zdziwienie i szczyptę oburzenia. Dopiero, kiedy słowa wypłynęły z jego ust i mógł sam ich posłuchać, zorientował się, że nie tak powinny były zabrzmieć.

- Trzydzieści sześć – odpowiedziała, zaśmiawszy się przedtem. – I w przeciwieństwie do niektórych kobiet, nie wstydzę się swojego wieku.

- Wygląda pani na co najmniej dziesięć lat mniej. – Jego słowa znów przybrały płaszcz zdziwienia.

- A pan nie wygląda, jakby dopiero się ocknął – zażartowała i jak dla potwierdzenia tego, że to miał być żart, zaśmiała się delikatnie. – Proszę leżeć spokojnie. Niedługo wrócę.

Zamknęła teczkę, w której coś zanotowała i wyszła, zostawiając go sam na sam ze śpiącym przyjacielem.

Wróciła po niecałym kwadransie i jej nadejście obudziło Arka.

- Dzień dobry śpiąca Królewno – powiedział Piotrek, w taki sposób, w jaki najczęściej wita się dawno niewidzianego kumpla, kiedy nie można powstrzymać radości z nieoczekiwanego spotkania. Czuł się już lepiej, był bardziej rześki, tak jakby sen dopiero teraz całkowicie opuścił jego ciało.

- Dobry, dobry – rzucił, przeciągając się. Na jego twarzy malował się grymas obrazujący, jak bardzo nie cieszy się z przebudzenia. – Kurwa, moje plecy.

- Grzeczniej! Tu są damy – zażartował Skórzyński, na co pani doktor uśmiechnęła się i pokręciła głową, niczym matka na rozrabiających synów.

- święci Pańscy! Dzikusie, ty żyjesz! – W jednej chwili zerwał się z krzesła i doskoczył do łóżka.

- Spokojnie – pani doktor stłumiła euforię Arka – pan Piotr musi jeszcze odpoczywać. Może minąć trochę czasu zanim wróci do formy i będzie mógł świętować.

- Odpoczywać?! – z udawanym wzburzeniem rzucił Arek – Przecież spał prawie dwa dni?!

- Dwa dni?! – wtrącił się Piotrek, ale został zignorowany przez oboje rozmówców.

- Nie dwa, panie Arkadiuszu – natychmiast poprawiła go lekarka – tylko niecałe trzydzieści jeden godzin…

- Trzydzieści jeden godzin?! – jego pytanie znowu zostało niezauważone.

- Też mi różnica – powiedział z udawanym dąsem stojący przy łóżku strażak.

- Czy ktoś, do ciężkiej cholery, mógłby mi wyjaśnić, co tu się dzieje i co ja tutaj robię?! – Piotrek wrzasną z takim gniewem w głosie, że zarówno kobieta jak i mężczyzna zamilkli i zwiesili głowy, zupełnie jak małe dzieci lękające się swej gromowładnej matki.

Przez tą krótką chwilę, przez te ułamki ułamków sekund, oboje stojący wymienili porozumiewawcze spojrzenia, jakby starając się ustalić, które z nich ma zabrać głos. Tymczasem kardiomonitor przyspieszył swoją pieśń, a na jego ekranie, pokazującym aktualny puls, liczbę siedemdziesiąt jeden zastąpiła liczba dziewięćdziesiąt osiem, która niemal natychmiast zaczęła maleć, aż do osiągnięcia poprzedniego stanu.

- Naprawdę niczego nie pamiętasz? – zaczął Arek, a jago przyjaciel, na potwierdzenie takiego stanu rzeczy, zrobił minę rodem z amerykańskiego serialu komediowego. – Byliśmy na akcji. Płonąca kamienica, pamiętasz? – Piotrek kiwnął głową przytakując. Ten slajd w jego pamięci był jednym z najwyraźniejszych. – Wyniosłeś cywila i straciłeś przytomność.

Znów przytaknął, a na jego twarzy odmalował się wyraz świadczący o tym, że wspomnienia z owej nieszczęsnej nocy powoli zaczynają się ujawniać.

- Prawdę mówiąc – wtrąciła się lekarka – wersja rozpowszechniana przez pana kolegę jest dość niesamowita.

- To nic takiego. Taką mamy pracę – powiedział Piotrek z udawaną skromnością w głosie. – Uratowałem temu dzieciakowi życie i tyle. To nasz obowiązek. Robiłem to już dziesiątki razy.

Pani doktor i Arkadiusz ponownie spojrzeli na siebie po części pytająco, po części z niedowierzaniem, a w pewnym stopniu naradzając się samym tylko wzrokiem. Skórzyński dostrzegł tę bezdźwięczną wymianę zdań i zrozumiał, że nie zupełnie jest tak, jak mówi. Czuł też, że lada chwila dowie się jak było naprawdę. Oczekiwanie na wyjaśnienia zdawało mu się być wieczną katorgą dla nienasyconej ciekawości.

- Dzikusie – Arek ponownie użył tego przydomku. Czyżby to miał być jego nowy pseudonim? – wyniosłeś z mieszkania na drugim piętrze dorosłego mężczyznę z niemałą nadwagą.

Wszyscy milczeli przez kilka sekund. Piotrek, w ten sam sposób, jak poprzednio jego rozmówcy bezdźwięcznie się konsultowali, pytał swojego przyjaciela, ile ważył ów cywil. Przekaz dotarł do odbiorcy.

- Ten gość ważył prawie sto dwadzieścia kilo. – Chory otworzył szerzej oczy i rozchylił usta na znak ogarniającego go zdziwienia. – A ty zarzuciłeś go sobie na bary i zbiegłeś na dół tak szybko, że nie mogłem cię dogonić.

Nastała cisza. Tylko kardiomonitor wciąż wyśpiewywał swoją monotonną i nierówną pieśń.

- Nic mu nie jest? – Pytanie, skierowane do pani doktor, zaskoczyło ją na tyle, że zajęło chwilę zanim odpowiedziała.

- Przyjechał do nas nieprzytomny.– W końcu udało jej się zebrać myśli. – Miał objawy lekkiego zatrucia czadem, ale już jest dobrze i za dwa, może trzy dni wypiszemy go do domu.

Piotrek pokiwał głową, mówiąc tym samym „to dobrze”. Poprzedni temat, przynajmniej na chwilę, wydawał się być zamknięty.

- Przepraszam – ciszę przerwał Arek – muszę się odlać. – Wyszedł.

- Ależ on jest prostolinijny – powiedział Piotrek i oboje się zaśmiali.

- Korzystając z okazji, że jesteśmy sami, chcę panu zadać kilka pytań. Czy czuje się pan na siłach, żeby na nie odpowiedzieć? – Na powrót przybrała poważny ton.

- Jasne. Proszę się nie krępować.

Zamyśliła się na chwilę, jakby zastanawiając się, jakich słów powinna użyć, po czym rozpoczęła swój wywiad.

- Czy jest pan teraz w stanie potwierdzić wersję pańskiego kolegi? – Powaga, z jaką mówiła, nie zdradzała niczego, ale za to budziła obawy co do tematu rozmowy.

- Tak. Może mnie pani uznać za wariata, ale jestem całkowicie pewien, że tak właśnie było.

Znów zadumała się na chwilę, po czym zadała kolejne pytanie:

- Czy uważa pan, że byłby w stanie unieść taki ciężar?

- Być może, ale na pewno nie mógłbym biec, tak jak zrobiłem to przedwczoraj. – Popatrzył na lekarkę, oczekując jakichkolwiek wyjaśnień. – Ma pani jakąś teorię na ten temat?

- Podejrzewam, że na skutek silnego stresu podniósł się, i to znacznie, poziom adrenaliny w pańskiej krwi. Podczas takich, nazwijmy to, uderzeń adrenaliny ludzie są w stanie robić niecodzienne dla nich rzeczy. Zdarza się, że w czasie niebezpieczeństwa dokonujemy niemal cudów, podnosimy ciężary, których normalnie nie dalibyśmy rady podnieść albo biegamy szybciej niż kiedykolwiek. To pozostałości po naszej zwierzęcej naturze. Resztki instynktu samozachowawczego.

- Wszystko pięknie. Jest tylko jedno, małe „ale”. Jestem strażakiem od niemal jedenastu lat. Dlaczego nagle miałbym zacząć się bać tego, z czym stykam się na co dzień? – Piotrek splótł palce i zetknął ze sobą czubki kciuków. Pani doktor nie zauważyła, że poczuł się jej stwierdzeniem lekko urażony.

- Właśnie to mnie najbardziej martwi. – Wygładziła fałdkę na fartuchu. - Musimy przeprowadzić kilka badań i sprawdzić, czy w pańskim organizmie nie następują jakieś niepokojące zmiany. – Dała pacjentowi chwilę na przemyślenia, po czym dodała - Jeśli zdarzyłoby się tak, że poziom adrenaliny osiągnąłby zbyt wysoki poziom, pańskie serce mogłoby nie wytrzymać. – Zamilkła, tak jak zwykle tuż po przekazaniu rodzinie pacjenta złej wiadomości.

- No dobrze – powiedział w końcu. – Głupotą byłoby się opierać.

Arek wrócił z toalety, a pani doktor oznajmiła, że musi wracać do swoich obowiązków, przeprosiła i wyszła. Między kolegami rozpoczęła się długa rozmowa pełna żartów i śmiechów. W końcu jednak nastała pora, żeby Arkadiusz zakończył swoje niezwykle długie odwiedziny i wrócił do rodziny.

- Fajniutka ta pani doktor – zażartował wychodząc.

- Uważaj, bo usłyszy cię twoja żona i skarze na celibat aż do odwołania – riposta wywołała u obu uśmiechy na twarzach.

Jakieś pół godziny później przyszła lekarka z pielęgniarzem. Oznajmiła, że teraz zabierze go na badania. Była serdeczna i uśmiechnięta, tak jak wtedy, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy.

- Czy taka istota może być sama? – pomyślał.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy pielęgniarz odłączył Piotrka od kardiomonitora i pomagał mu usiąść na wózku.

Pobrano mu krew i, co zawsze wydawało się być dla niego krępujące i po części upokarzające, poproszono o oddanie próbek moczu i kału do analizy. Posłusznie napełnił podane mu pojemniczki, a kiedy wręczał je laborantce, która miała się przyjrzeć ich zawartości, poczuł ciepło na twarzy i wstępujący nań rumieniec. Ta jednak, bez wzruszenia i najmniejszych przejawów obrzydzenia, wzięła od niego oba pojemniczki i zabrała się do roboty.

Piotrek spróbował rozluźnić atmosferę, a w zasadzie swoje napięcie, żartując, że jeśli to konieczne, to może jeszcze oddać nasienie do badania. Laborantka okazała się jednak nie wykazywać jakiegokolwiek poczucia humoru i zbyła pacjenta chłodnym jak lód spojrzeniem, co wprawiło go w jeszcze większe zakłopotanie.

Po tym zaprowadzono go do sali, w której wykonano USG jamy brzusznej. Następnie zabrano go na tomografię mózgu. A później do jeszcze kilku innych sal, gdzie przeprowadzono badania, których określanych skrótami nazw Skórzyński nie był w stanie zapamiętać.

Na koniec tego całego zamieszania przyszła do niego znajoma pani doktor, wciąż o dziesięć lat młodsza niż w rzeczywistości, i przejrzawszy pokaźny plik dokumentów zawierających wszystkie wyniki ekspertyz, powiedziała:

- Badania nie wykazały zmian w nadnerczach ani w przysadce mózgowej, ani nigdzie indziej. – Załamała ręce. – Krótko mówiąc, nie wiemy, dlaczego się to panu przytrafiło.

- Może to jednorazowy, odosobniony przypadek? – Piotrek wysunął najbardziej logiczne przypuszczenie.

- Możliwe, ale kiedy chodzi o zdrowie, a nawet życie pacjenta, musimy mieć pewność. Chyba pan to rozumie?

- Tak, oczywiście. – Starał się nie zdradzać zmęczenia, jakie ogarnęło go na skutek jeżdżenia z sali do sali, ale okazało się to być trudem daremnym. – Więc co teraz?

- Jeśli nie dojdzie do jakichś komplikacji, a nie zanosi się na żadne, to jutro rano wypiszę pana do domu.

- Super. – Piotrek ucieszył się na myśl o tym, że ominą go długie godzin spędzone sam na sam z białymi ścianami, przerywane jedynie wizytami pielęgniarek i lekarzy.

- Ale nie powinien pan wracać do pracy. Radzę zostać w domu i nie wychodzić, jeśli to nie będzie konieczne. – Skórzyński zmarszczył brwi, słysząc te słowa. – Możliwe, że nie był to odosobniony przypadek. Proszę o tym pamiętać. Jeśli się powtórzy albo, co gorsza, kolejny skok adrenaliny będzie silniejszy, może być nieprzyjemny w skutkach – wyjaśniła.

Patrzyli sobie przez chwile w oczy, nie mogąc oderwać wzroku i czując jakiś dziwny magnetyzm, po czym dodała, starając się ukryć zmieszanie:

- Nie chcę cię… to znaczy pana straszyć. Po prostu ostrzegam przed taką ewentualnością. – Zatrzymała się na chwile, żeby złapać oddech. – Wypiszę panu zwolnienie z pracy…

- Nie ma potrzeby – przerwał jej. – Mam trochę zaległego urlopu. Pora go wykorzystać. – Uśmiechnął się do niej serdecznie i szczerze.

- W porządku. Postaram się pana odwiedzać jak najczęściej w domu i tam badać, żeby nie musiał się pan narażać na jakieś niespodzianki po drodze do szpitala. Dobrze?

- Jasne. Jeśli pani uważa, że tak będzie lepiej – odparł obojętnie.

- W takim razie proszę odpoczywać. Ja wracam do swoich obowiązków.

I wyszła. Tuż za drzwiami jednak zaczęła pluć sobie w brodę i dociekać, skąd wziął się ten kretyński pomysł wizyt domowych. Takie postępowanie było kompletnym wariactwem i całkowicie nie było w jej stylu.

- Uspokój się, moja droga – nakazała sobie w myślach, ale zaraz potem zaczęła się zastanawiać. – Czy możliwe, że aż tak ci się on podoba? Nie, nie. Uspokój się. Musisz to jak najprędzej odkręcić. Tak. Tak będzie najlepiej.





Epizod III



Szpital opuścił po godzinie czwartej po południu. Zważywszy na porę roku, nie było nic dziwnego w tym, że na dworze panował już mrok, który uliczne latarnie starały się, z różnym skutkiem, zwalczyć.

Arek nieco wcześniej dostarczył mu ciuchy i kurtkę, gdyż do szpitala przewieziono go w jego stroju bojowym.

Tak bardzo łaknął wydostać się na zewnątrz i uwolnić od klatki ścian, że zrezygnował ze skorzystania z taksówki i postanowił przejść się piechotą. Poza tym nie mieszkał aż tak daleko, żeby było konieczne wydawać ciężko zarobione pieniądze na skrócenie sobie drogi. Nigdzie mu się przecież nie śpieszyło. Miał teraz przymusowy urlop i nie zamierzał pędzić jak w normalne dni robocze.

Listopadowy wieczór nie wyróżniał się niczym szczególnym pośród swych rówieśników. Niebo było zasłonięte ciężkimi, stalowymi chmurami, które wspólnie ze światłami latarni odbierały wszelkie szanse na dojrzenie jakiejkolwiek gwiazdy czy nawet księcia nocy, Księżyca.

Szedł spokojnie, rozkoszując się każdym stawianym krokiem i każdym widokiem, jaki napotkał na swojej drodze. To była cudowna odmiana po ekstremalnie długich godzinach spędzonych w zamknięciu.

Rzadko kiedy miał okazję zastanowić się nad swoim życiem. Teraz miał nie tylko wolną chwilę, ale i mnóstwo powodów, by przemyśleć to i owo. To chyba typowa reakcja ludzka. Zawsze po jakichś traumatycznych przeżyciach następuje moment zadumy nad losem i przeznaczeniem.

Rozważania Piotrka zaczynały się i kończyły na przeszłości, na drodze, którą pokonał, żeby dotrzeć do tego dnia. Zadał sobie pytanie, dlaczego właściwie zdecydował się na zawód strażaka? Dawno już nie sięgał pamięcią tak daleko, ale pamiętał jak dziś chwilę, kiedy za namową Arka podjął spontaniczną decyzję. Pchany po części niechęcią do służby wojskowej, a po części pragnieniem zrobienia czegoś ze swoim życiem, udał się na studia do Szkoły Głównej Służby Pożarniczej w Warszawie. Tak zaczęła się jego wielka przygoda z ogniem, niebezpieczeństwem i byciem bohaterem dla mnóstwa cywilów, którym los przyniósł katastrofę.

Przypomnienie sobie każdej akcji nie było już takie proste. Przez te jedenaście lat setki razy stawał w szranki z płomieniami. Doskonale jednak pamiętał, niemal każdą sytuację, kiedy to o włos unikał śmierci. Spadająca nadpalona krokiew czy niespodziewane eksplozje substancji, których nie powinno być w płonącym mieszkaniu, to tylko niektóre przypadki, w których jeden skok, bardziej odruchowy niż świadomy, cudem ratował mu życie.

Osiedle, na którym mieszkał, typowe ostrołęckie blokowisko, znajdowało się zaledwie piętnaście minut piechotą od, jak nazywali go Ostrołęczanie, starego szpitala. Droga stawała się jeszcze krótsza, jeśli ktoś zdecydował się przejść między blokami, zamiast trzymać wyznaczonych ścieżek.

Tak właśnie postąpił Piotrek. W pewnym momencie odbił w prawo i zagłębił się w dżunglę szarych, betonowych kolosów. Między cztero- i pięciopiętrowymi budynkami ciemności zdawały się mieć znacznie większą władzę niż na otwartej przestrzeni. Jednak tam, gdzie panuje mrok, czai się też niebezpieczeństwo, a spacerowanie skrytymi całunem nocy drogami oznacza kłopoty.

Kiedy mijał murowany zadaszony śmietnik, pojawił się przed nim zakapturzony chłopak. Wyskoczył zza rogu śmietnika tak nagle, że serce strażaka na chwilę zamarło, by po chwili wznowić pracę ze zdwojoną siłą.

Piotrek nie był w stanie określić jego wieku, ciemności maskowały twarz równie skutecznie jak zrobiłaby to kominiarka.

- Spokojnie, przyjacielu – odezwał się nieznajomy. – Bądź grzeczny, to nic ci nie zrobimy.

Skórzyński usłyszał za plecami szelest nieuprzątniętych liści, które od ponad miesiąca zalegały na trawniku i czekały aż ktoś się o nie zatroszczy. Błyskawicznie się odwrócił i zobaczył drugiego napastnika, który również miał naciągnięty na głowę kaptur. W ręku trzymał niewielki nóż, który wydawał się być śmiesznie mały, ale równie groźny, co jego więksi bracia.

Piotrek odwrócił się do pierwszego z napotkanych i zobaczył, że i ten ma w dłoni nóż, inny niż jego kolega, ale to akurat nie miało wtedy najmniejszego znaczenia. Poczuł jak strach zaczyna mu się udzielać, a potem ów lęk przeobraził się w gniew, połączony z oburzeniem, że ktoś ośmielił się zakłócać jego spacer. Pomyślał o tym, jak bardzo nie na miejscu było złościć się za przerywanie mu drogi do domu, kiedy w grę wchodziło jego zdrowie, a może nawet życie.

Te zmiany i myśli zdawały się trwać co najmniej kilka minut. Ale w rzeczywistości nie minęła nawet sekunda, po której wszystko wydarzyło się tak szybko i tak gwałtownie, że Piotrkowi nie udało się nawet odnaleźć chwili na trzeźwe i chłodne ocenienie sytuacji.

- Dawaj portfel, telefon i co tam jeszcze cennego masz przy sobie – powiedział spokojnie i pewnie pierwszy z napastników. – Dokumenty i kartę do telefonu możemy ci oddać, jeśli grzecznie poprosisz.

W tym samym momencie drugi podszedł bliżej i przyłożył swój nóż do pleców Skórzyńskiego. Ten poczuł przez grubą kurtkę na wysokości nerek dotyk stali. Zapewne była zimna, schłodzona listopadową nocą.

Gniew i wola przetrwania wzięły górę i mózg utracił resztki kontroli nad ciałem.

Pierwszy cios dosięgną śmiałka stojącego za nim. Pędząca z prędkością błyskawicy pięść trafiła go centralnie w twarz. Z nosa strzeliła krew, która pomalowała usta niedawnego napastnika na czerwono. Kolejne plamy pojawiły się na ubraniu uderzonego i, choć żaden z nich w ciemności nie mógł tego zobaczyć, kilka kropel zrosiło liście pod ich stopami. Ofiara, która dotąd była drapieżnikiem, zdołała tylko zasłonić twarz dłońmi, po czym upadła na ziemię i zastygła w bezruchu.

Ten, którego Piotrek zobaczył pierwszego, ze zdziwienia otworzył szeroko oczy i natychmiast przystąpił do bezcelowego działania. Najszybciej jak potrafił wymierzył cios nożem, celując w klatkę piersiową. Ku jego zdziwieniu atak nie tylko nie powiódł się, ale został również zablokowany.

Ogarnięty furią strażak złapał lewą ręką za nadgarstek bandyty, pociągnął go do góry i w tym samym czasie prawa pięść uderzyła od dołu w unieruchomione przedramię.

W ciemnym zaułku rozległ się chrzęst łamanej kości łokciowej i promieniowej, któremu zawtórował wrzask chłopaka.

Piotrek, pchany bardziej instynktem niż zdrowym rozsądkiem, wziął nogi za pas i po kilku minutach dotarł do swojego bloku i wdrapał się na trzecie piętro, gdzie znajdował się jego mieszkanie. Drżące dłonie ledwo dały radę umieścić klucz w dziurce.

Dopiero, kiedy wpadł do środka i zamknął za sobą drzwi, serce zaczęło zwalniać swój szaleńczy pęd, a mięśnie rozluźniać. Kiedy się uspokoił na tyle, by móc jako tako myśleć, zaczął się zastanawiać, co zaszło. Spróbował poskładać wszystko w jedną logiczną całość, z marnym skutkiem.

Jedno pozostawało dla niego jednak oczywiste i nie śmiał tego kwestionować. To, że był wciąż cały zawdzięczał ewidentnie temu, co pomogło mu uratować cywila z nadwagą w czasie niedawnego pożaru kamienicy.

Myśli zaczęły krążyć wokół tego tematu i wzbudziły w nim więcej radości i dumy niż bardziej uzasadnionego niepokoju.





Epizod IV



Granatowe mondeo zaparkowało tyłem do chodnika biegnącego tuż przy wejściach na klatki schodowe bloku. Kobieta siedząca za kierownicą zaklęła bezdźwięcznie, szarpiąc się ze skrzynią biegów. Cholerny wsteczny znowu nie chciał wyskoczyć. Przy każdej takiej przygodzie obiecywała sobie, że zabierze swoje autko do motoryzacyjnego lekarza. I zawsze zaledwie po kilkunastu minutach planowana wizyta odchodziła w zapomnienie.

W końcu bieg poddał się i dźwignia znalazła się w pozycji neutralnej. Kobieta położyła obie dłonie na kierownicy i po raz setny tego dnia upomniała samą siebie, po co właściwie tam przyjechała.

Wpadnie na chwilę, rzuci kilka mądrych zdań i wyjaśni, że nie będzie w stanie nawiedzać swojego pacjenta w domu. Potem wyjdzie i wszyscy będą zadowoleni. Czyżby?

- Ale się wpakowałam – pomyślała po raz kolejny.

Złapała elegancki skórzany neseser i wysiadła. Nadusiła jeden z przycisków na breloku przypiętym do kluczy i centralny zamek zablokował wszystkie czworo drzwi, czemu towarzyszył charakterystyczny odgłos. Następnie nacisnęła drugi, który uruchomił alarm.

Ruszyła przed siebie. Weszła na klatkę schodową. Drzwi były uchylone, a pacjent się jej spodziewał, więc nie było potrzeby obwieszczania swojego przybycia przez domofon.

- Tak. Myśl o nim jak o pacjencie – nakazała sobie w myślach.

Wspinając się po schodach, była pewna siebie i gotowa wypełnić powierzoną sobie misję. Ale gdy tylko stanęła przed drzwiami jego mieszkania i zapukała, odwaga i siła gdzieś uleciały. Poczuła się równie bezradna jak mała dziewczynka.

Kiedy otworzył, pomyślała, że pomyliła mieszkania. Wyglądał zupełnie inaczej niż poprzedniego dnia. Dopiero po chwili dotarło do niej, że choć stoi, zamiast leżeć, i ma na sobie dżinsy oraz czerwoną bluzę bez kołnierza, zamiast szpitalnej pidżamki, to wciąż jest to ten sam mężczyzna. Na dodatek o wiele bardziej przystojny niż wcześniej.

- Pacjent! – poprawiła się w myślach.

Stali chwile, po czym Skórzyński się uśmiechnął. To było gorsze niż cios poniżej pasa. Jeszcze nie przystąpiła do dzieła, a wróg już odpalił pierwsze pociski.

- Dobry wieczór – zaczął wesoło.

- Dobry wieczór – odparła trochę bardziej nieśmiało niż zamierzała.

- Proszę wejść i się rozgościć. – Przepuścił ją przodem. – Napije się pani czegoś? Kawy, herbaty?

- Nie, dziękuję. Długo tu nie zabawię. – W końcu profesjonalne podejście, pomyślała, brawo.

Przeszli do salonu. Rozejrzała się. Mieszkanko było schludne i bardzo zadbane jak na własność zapracowanego samca. Od razu przyszło jej do głowy pewne pytanie:

- Mieszka pan sam? – Zbyt późno zorientowała się, że mówi to na głos.

- Tak. Niestety żadna pani Skórzyńska, jak dotąd, mi nie towarzyszyła. – Znów szeroko się uśmiechnął, czym rozbił jej ostatnią linię obrony.

Poczuła wpływający na twarz gorący rumieniec jak dziewczynka przyłapana na jakimś występku. Wtedy Piotr wskazał jej miejsce na kanapie i wszystko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wróciło do normy. Znów była opanowana i wyluzowana.

Usiedli. Chwila ciszy, która nastała potem, nie była efektem nieśmiałości czy zakłopotania. Jedno z nich zbierało myśli, a drugie czekało na wieści dotyczące jego dolegliwości.

- Dokonaliśmy bardziej skrupulatnej analizy pańskich próbek – świetnie, pomyślała, mądre słowa – i obawiam się, że i tym razem niczego nie udało nam się ustalić. – Zrobiła pauzę na oddech i zaczęła tłumaczyć dalej. – Werdykt jest więc taki, albo był to pojedynczy przypadek, albo doszło w pańskim organizmie do zmian, których my nie dostrzegamy, a które jednak mają ogromny wpływ na pracę niektórych organów i gruczołów, między innymi nadnerczy.

- W takim razie, co mam robić? – zapytał Piotr.

- Proszę posiedzieć kilka dni w domu. Jeśli wszystko będzie w porządku, może pan wrócić do pracy. Jeśli jednak zauważy pan jakieś niepokojące objawy, proszę natychmiast zgłosić się do szpitala.

- Siedzieć w domu? Zwariuję tu – zażartował. – Chyba nie ma aż takiego znaczenia gdzie będę.

- Sęk w tym, panie Skórzyński, że jest. Wykonuje pan bardzo stresujący zawód. Nadmierny stres może wywołać kolejny skok adrenaliny, a to, jak już panu tłumaczyłam w szpitalu, może się okazać dla pana niebezpieczne. – Przytaknął na znak, że rozumie i się zgadza. – Jest jeszcze coś. Wzrost poziomu adrenaliny w organizmie wywoływany jest przez strach i gniew. Jak już mówiłam, to pozostałości naszego zwierzęcego systemu obronnego. Ale to działa też w drugą stronę. Jeśli na skutek innych czynników, na przykład nadaktywności nadnerczy, dojdzie do skoku adrenaliny, to może on wywołać gniew i nieartykułowaną agresję. – Znów zrobiła pauzę na krótki oddech. – Jak pan widzi, nie chodzi tylko o pańskie zdrowie.

Dopiero teraz zauważyła zmieniony wyraz twarzy swojego pacjenta. Jego oczy patrzyły w jeden nieistniejący punkt. Typowy objaw ogromnego zdziwienia, pomyślała.

- Tamtego wieczora – zaczął, nie w pełni świadom, że już mówi – kiedy wyszedłem ze szpitala, miałem małą przygodę.

Opowiedział wszystko na tyle dokładnie, na ile pozwalała mu pamięć. W czasie tego monologu ani razu nie spojrzał na swoją rozmówczynię. Bez przerwy wodził wzrokiem po barwnym dywanie, nie szukając jakiegoś konkretnego punktu zaczepienia dla oczu, a jednocześnie dziwiąc się mnogością oglądanych barw. Tak jakby pierwszy raz go widział.

Wcześniej nie zamierzał nikomu o tym mówić. W końcu w grę wchodziło pobicie dwóch uzbrojonych w noże mężczyzn. Kto by mu uwierzył? Ale sytuacja zmieniła się diametralnie. Teraz rozumiał, że nie jest w stanie nad sobą panować. Myśl o tym nie tyle go przerażała, co sprawiała, że czuł się obcy samemu sobie.

- Przyznaję, że tamtego dnia mieliśmy pacjenta ze złamaną ręką. Nie zajmowałam się nim, ale jestem pewna, że widziałam go na korytarzu. Ale nie kojarzę nikogo z obrażeniami twarzy. – Pani doktor chciała jeszcze coś dodać, ale Piotr jej przeszkodził.

- Dobry Boże, zabiłem go. – Jego głos drżał.

Wcześniej tak na to nie patrzył, ale teraz był niemal pewien, że tamten chłopak się nie ruszał, co w jego mniemaniu mogło oznaczać tylko jedno. Ogarnął go strach, że zrobił coś czego, się po sobie nie spodziewał.

- Proszę się uspokoić. Mogłam go przeoczyć. Mógł przyjść, kiedy mnie już nie było w szpitalu. A może bał się pytań dotyczących tego, co mu się stało, a nie było z nim aż tak źle, więc postanowił, że wizyta w szpitalu nie jest konieczna. - Trzy gotowe odpowiedzi zostały wystrzelone, niczym pociski z karabinu. Wszystkie trafiły w cel. Każda z nich była dobrym wytłumaczeniem i świetnym sposobem, by zapomnieć o sprawie.

- Może ma pani rację. – Uznał, że oficjalne zgodzenie się z jej teoriami to dobrym pretekstem, by zakończyć rozmowę, która zdążyła go już potwornie zmęczyć. – Więc, co teraz? Jestem niebezpieczny, może powinno się mnie zamknąć w jakimś pokoiku bez klamek? – zażartował.

- Jak najbardziej – odpowiedziała równie wesoło, choć w głębi duszy zgadzała się z nim. Jako lekarz powinna oddać go do jakiegoś ośrodka, gdzie otrzymałby właściwa opiekę. Ale jako kobieta nie potrafiła. – Na razie wystarczy, że będzie pan siedział jak najwięcej w domu i unikał ludzi. Dziś nie wzięłam żadnych przyrządów, żeby pobrać próbki, ale jutro na pewno będę je miała, więc zaczniemy regularne badania. Może w końcu znajdziemy coś ciekawego.

Wstała na znak, że zamierza już wyjść. W głowie huczało jej od milionów oskarżeń, że na siłę szukała pretekstu, by widywać z tym strażakiem i w końcu go znalazła.

Odprowadził ją do wyjścia, gdzie pożegnali się chłodno i nieśmiało. Chwile jeszcze słuchał stukotu jej obcasów na schodach, po czym zamknął drzwi. Zamyśliwszy się, pogładził dwudniowy zarost. Więc tak teraz ma żyć? Poza zasięgiem ludzkości? W bezpiecznej odległości tak, by nikt nikomu nie zagrażał? Do umysłu powrócił ten sam niepokój, który nawiedził go przed kilkoma minutami.

- Zabiłem go – powiedział na głos. Był tego niemal pewien.





Epizod V



Minął tydzień. Siedem dni, w czasie których oboje miotani licznymi sprzecznościami widywali się przez kilkanaście minut dziennie i udawali, że chodzi im o coś zupełnie innego niż w rzeczywistości. Oszukiwali siebie nawzajem, ukrywając prawdę o nich samych.

Pani doktor wlokła się najdłuższymi z możliwych ścieżek prowadzących do celu. Pragnęła dotrzeć na koniec tej wędrówki a jednocześnie bała się jak ognia tego, co tam na nią czekało. Oddalała więc ten moment w nieskończoność.

Piotr Skórzyński również walczył z podobnymi uczuciami. Tylko, że on nie przyznawał się przed sobą do strachu tak otwarcie. Wmawiał sobie, że czeka na właściwy moment, choć w głębi serca nie wierzył w to kłamstwo.

Ale nie chodziło tylko o uczucia buzujące między nimi.

Piotr ukrywał jeszcze coś. Nie wspomniał swojej opiekunce o żadnym z ataków gniewu, których doznał będąc sam na sam, poza zasięgiem.

Było ich sporo. Stanowczo zbyt wiele jak na tak krótki czas. Przez ten tydzień z mieszkania zniknęło mnóstwo przedmiotów. Potłuczone doniczki, talerze, połamany pilot do telewizora, słowem wszystko, co choć raz naraziło się swojemu właścicielowi.

Piotr próbował usprawiedliwić się przed sobą, zwalając winę na długie godziny spędzone w samotności. Na to, że nie jest przyzwyczajony do tak głębokiego lenistwa i staje się przez to nerwowy. Prawda była jednak zupełnie inna i on dobrze o tym wiedział. Jego wybuchy nie miały żadnych logicznych podstaw. Nie musiał mieć żadnego konkretnego powodu, żeby wściec się na Bogu ducha winny przedmiot i wyładować na nim swój gniew. To po prostu się działo, a on tego nie kontrolował.

Kolejne wyniki badań, jak i poprzednio, niczego nie wykazywały i lekarka była pewna, że wszystko wróciło do normy i że pacjent jest już zdrowy.

Coraz trudniej było jej przekonywać samą siebie, że codzienne wizyty w mieszkaniu Skórzyńskiego są konieczne. Coraz bardziej zbliżała się do chwili, kiedy będzie musiała zrobić krok, którego się lęka, albo zapomnieć o wszystkim.

Właśnie wtedy, siódmego wieczora z rzędu, spotkała ją niespodzianka, która miała na zawsze odmienić jej życie. żadne z nich nie miało pojęcia, gdzie ich to zaprowadzi, ale do pewnego momentu oczekiwania obojga były zgodne.

To był piątek. Zjawiła się na Sikorskiego piętnaście przez osiem nieco później niż zazwyczaj. Jak zwykle zapukała, ale tym razem nie doczekała się swojego pacjenta w drzwiach. Zapukała ponownie, znów bez odpowiedzi.

Natychmiast zaczęła zastanawiać się, czy ten, do którego przyszła, nie leży teraz na podłodze gdzieś w swoim mieszkaniu, czekając na pomoc. Następne, co przyszło jej do głowy to to, czy owa pomoc nie przybyła zbyt późno.

Nacisnęła klamkę i drzwi ustąpiły. Weszła do środka. Mieszkanie było skąpane w półmroku. Oczy szybko przyzwyczaiły się do nowych warunków i zaczęły pracować niemal tak dobrze, jak przy zapalonym świetle.

Panowała cisza, ciężka, ale zarazem dziwnie przyjemna i kojąca. Powoli, najciszej jak potrafiła przeszła do salonu. Dlaczego tak się skradała? Im była bliżej pokoju, do którego zmierzała, tym półmrok stawał się coraz mniej intensywny. Dopiero, kiedy dotarła na miejsce, zrozumiała, że ciemności przegrywały tam swą walkę z blaskiem świec.

Salon był skąpany w ciepłym świetle maleńkich języczków ognia. Ujarzmiona bestia, której klatką były knoty, pokornie rozjaśniała pokój.

Na środku stał stół. Ten sam, przy którym rozmawiali tydzień temu. Teraz jednak przykrywał go śnieżnobiały obrus, na którym ułożono sztućce, serwetki, wiklinowy półmisek na pieczywo, na środku stało otwarte już czerwone wino i para kieliszków, a na jednym z dwóch talerzy leżała niewielka, cięta róża.

Widok ten poruszył ją dogłębnie. Nie miała pojęcia jak ma zareagować. Powinna płakać ze szczęścia? Udawać zaskoczoną? A może uciec? W rzeczywistości była tak rozbita tą niespodzianką, że miała ochotę zrobić wszystko naraz. Najprawdopodobniej zaczęłaby od natychmiastowej ewakuacji, gdyby za swoimi plecami nie usłyszała znajomego barytonu.

- Witam ponownie. – Głos gospodarza zabrzmiał niezbyt stosownie do sytuacji, był zbyt wesoły i koleżeński, ale właśnie dzięki temu udało jej się wrócić na Ziemię.

- Dobry wieczór. Zechce mi to pan wyjaśnić? – spytała chłodnym i bardzo oficjalnym tonem, ale zaraz potem na jej twarzy pojawił się uśmiech, którego nie była w stanie powstrzymać, przez co jej słowa zabrzmiały trochę jak tani flirt.

- Chciałem podziękować za opiekę – mówił szczerze, ale oboje wiedzieli, że to tylko pretekst. Ta róża była aż nazbyt wyraźnym dowodem.

Dalej wszystko potoczyło się, można by rzec, tradycyjnie. Z początku oboje trzymali dystans, który coraz bardziej przeszkadzał i męczył.

- Mam małe pytanie – powiedział, podając własnoręcznie przyrządzoną lasagne. – Jak pani właściwie ma na imię? – Te słowa sprawiły, że jej twarz zapłonęła silnym rumieńcem. Widywali się już tyle czasu, a ona nawet się mu nie przedstawiła. Co za wpadka.

- Paulina. Paulina Nowak. – Zastanowiło ją, czy odpowiedź nie zabrzmiała przypadkiem jak kwestia z filmu o Jamesie Bondzie.

- Miło mi poznać – odparł wesoło, co przerwało narastający w jej głowie tok głupich myśli. – Czy możemy przejść na ty?

Kiwnęła głową, zgadzając się, i uśmiechnęła, na co on również odpowiedział szczerym uśmiechem. Popatrzyli na siebie przez chwilę spojrzeniami, które niewiele mówiły, ale bardzo dużo widziały.

Pierwsze lody pękły i kra pomknęła w dół strumienia popędzana kolejnymi kieliszkami wina. Atmosfera z każdą minutą stawała się coraz przyjemniejsza. Alkohol czule łaskotał zmysły, czym wywoływał delikatne zawroty głowy.

Rozmawiali o wszystkim i o niczym. żaden z poruszanych tematów nie zepsuł ich humoru, choć wcale nie starali się uważać na swoje pytania. Było między nimi niezwykle mało skrępowania. Spotkali się kilka dni temu, a wciąż nic o sobie nie wiedzieli. Mimo to rozmawiali jak starzy znajomi znający się całe życie.

Może był to efekt działania wina. A może…

Oboje czuli, że dobrze im razem. Paulina już dawno nie była tak zrelaksowana, a Piotr równie spokojny.

Kiedy przesiedli się na kanapę w kieliszkach znajdowała się już resztka alkoholu. Odruchowo usiedli blisko siebie, tak że ich twarze znajdowały się w odległości zaledwie kilkunastu cali.

Dyskutowali i żartowali. W pewnym momencie oboje wybuchli śmiechem, który Paulinę doprowadził do łez. Oparła głowę na ramieniu Piotra, o mało nie rozlewając ostatniego łyku wina.

Poczuła ciepło jego skóry, cudowny zapach wody po goleniu i przestała się śmiać. Jej serce załomotało w piersi po części z dzikiej radości, po części palone ogniem, który tylko On mógł ugasić, tylko Jego pocałunek.

Spojrzała mu w oczy najwymowniej jak tylko potrafiła. Jej wzrok nie sugerował, tylko krzyczał i błagał o namiętność. W końcu ich usta zwarły się w z początku delikatnym i czułym, a potem gorącym jak pożar pocałunku.

- Udało ci się, cwaniaku – pomyślała. – Dopiąłeś swego. Uwiodłeś mnie. To dobrze.





Epizod VI



Wstała ciut świt, kiedy on jeszcze spał w najlepsze. Ze wszystkich sił starała się zachowywać jak najciszej i udało jej się opuścić mieszkanie nie budząc gospodarza. Tak było lepiej.

Wsiadła do samochodu i odjechała, zabierając ze sobą skórzany neseser i miliony wątpliwości, a zostawiając niedawnego kochanka i stygnącą po niej pościel.

Piotr, radosny jak skowronek, ocknął się ponad godzinę później. Z przykrością stwierdził, że leży sam i mina natychmiast mu zrzedła. Od razu stracił ochotę na wszystko. Nie wiedział tylko, że w umyśle jego ostatniej „ofiary” pojawiło się mnóstwo „ale” co do czegoś, co jeszcze zeszłej nocy byli gotowi nazwać związkiem.

Dzień minął mu niezbyt ambitnie. śniadanie, telewizja, porządki, drzemka, obiad i tak dalej. Udało mu się uniknąć uniesień gniewu, co tylko nieznacznie poprawiło jego samopoczucie, które kulało z powodu nagłego zniknięcia Pauliny.

- Pewnie musiała iść na dyżur – tłumaczył sobie.

Miał rację. Panna Nowak rzeczywiście była w pracy, ale nie to było powodem jej pośpiesznej ewakuacji. Chciała uniknąć konfrontacji, przynajmniej na razie, bo ta była nieunikniona.

Nadchodziła chwila kolejnej wizyty, dla niego zbyt wolno i ospale, dla niej za szybko i zbyt bezwzględnie.

Piotrek miał ochotę przestawić fotel przed drzwi wejściowe i gapić się w nie jak w telewizor. Czekał ze zniecierpliwieniem aż jego ukochana wejdzie jak do własnego mieszkania i natychmiast się z nim czule przywita. Pragnął znów ją objąć i pocałować.

Nigdy nie sądził, że może w tym wieku zakochać się jak nastolatek, bez pamięci i na zabój. Już dawno nie przepełniała go taka radość. Szukał określenia, które mogłoby opisać to uczucie szczęścia i do głowy przychodziło mu tylko jedno słowo, jaskrawe. Tak, silne i widoczne z daleka.

Jakim cudem mógł dać się tak pochłonąć?

Usłyszał pukanie do drzwi wejściowych. Nie tego się spodziewał i natychmiast przyszło mu do głowy, że coś jest nie tak. Z trudem odpędził niespokojne myśli.

Otworzył. Na zewnątrz stała ona. Tak samo ubrana jak poprzedniego dnia, w tej samej fryzurze, ale coś zgasło w jej oczach i już nie była taka piękna. Serce zamarło w jego piersi.

- Musimy porozmawiać – powiedziała bez przywitania.

Aż nazbyt dobrze wiedział, co te słowa oznaczają, żeby wmawiać sobie, że może się myli. Potężny cierń został wbity w jego duszę i tylko ona mogła go wyciągnąć. Sęk w tym, że wcale nie zamierzała i on o tym doskonale wiedział.

Weszli do środka, ale pozostali przy drzwiach.

- Wczoraj tego chciałam, a może to przez to wino… – Spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszło to niezdarnie i nieszczerze. – Dziś rano… sama nie wiem. Chyba nie jestem na to gotowa. To się stało tak szybko, za szybko. – Nieświadomie pragnęła, by on ją objął i powiedział, że wszystko będzie dobrze, że nie musi się bać. Chciała, żeby ją pocieszył i pomógł się przemóc.

On też tego chciał. Pragnął być dla niej podporą. Chciał ją wspierać, tak żeby mogła być pewna, że jest jej przyjacielem.

Zamiast tego rozpętała się w nim burza. Aniołek z diabełkiem, które zwykle zasiadają na ramionach swojego podopiecznego, teraz toczyły zażartą walkę w jego umyśle, który coraz mniej kontrolował ciało. Podczas gdy Piotr wahał się między dobrocią i troskliwością a złością, adrenalina zdążyła już wkroczyć w każdy mięsień i opanować każdą komórkę. Władza nad ciałem należała teraz do niej, a prawowity gospodarz mógł być tylko niemym obserwatorem.

Nie od razu rzucił się na nią. Najpierw pozwolił płomieniom trochę poharcować zanim dolał do nich benzyny. Show rozpoczęło się w chwili, gdy Paulina zaczęła płakać. P
Ostatnio zmieniony śr 25 lut 2009, 10:00 przez Lan, łącznie zmieniany 1 raz.


"Rada dla pisarzy: w pewnej chwili trzeba przestać pisać. Nawet przed zaczęciem".

"Dwie siły potężnieją w świecie intelektu: precyzja i bełkot. Zadanie: nie należy dopuścić do narodzin hybrydy - precyzyjnego bełkotu".

- Nieśmiertelny S.J. Lec

Awatar użytkownika
Gott-Foo
Umysł pisarza
Posty: 735
Rejestracja: sob 11 lis 2006, 02:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdańsk
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gott-Foo » pn 25 lut 2008, 21:35

O_O



Okej! Jestem w szoku... jak rok temu XD



Szczerze mówiąc byłem pewien, że nie wygram. Sądziłem, że moja praca jest dużo gorsza niż rok temu.

No cóż. Widać szanowne jury nie podziela mojego zdania... i dobrze XD



Gratuluję pozostałym uczestnikom. Poziom był bardzo wysoki.



Dziękuję serdecznie.



A to zwycięstwo ponownie dedykuję mojej Księżniczce :) :*


"Małymi kroczkami cała naprzód!!" - mój tata.



„Niech płynie, kto może pływać, kto zaś ciężki – niech tonie.” - Friedrich Schiller „Zbójcy”.



"Zapal świeczkę zamiast przeklinać ciemność." - Konfucjusz (chyba XD)


Wróć do „Podium”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości