Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Zwycięska praca Smiglowej pt. "Bory" - 2013

Prace, które zwyciężyły w konkursie

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Lan
Imperator
Imperator
Posty: 2889
Rejestracja: ndz 26 lut 2006, 11:03
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Zwycięska praca Smiglowej pt. "Bory" - 2013

Postautor: Lan » wt 26 lut 2013, 18:11

"Bory"

1. Lucy
- Gdzie jesteś, Lucy?
Lucy usłyszała za plecami głos mamy i odwróciła się. Otaczała ją nieprzenikniona ciemność jaskini. Już dawno straciła z oczu migoczące światło latarki taty, ale wciąż słyszała odgłos kroków rodzeństwa, odbijający się echem od skalnych ścian. Ruszyła niepewnie w stronę, z której mógł dobiegać.
- Lucy… ucy… ucy… cy… - wabiło ją echo.
Zobaczyła w oddali żółtawą poświatę. Zmrużyła oczy, potarła je kciukami i zamrugała. Ciemność rozjaśniła się, a skalne ściany ustąpiły białej od przekwitniętych kaczeńców łące. Lucy poczuła duszny zapach kwiatów skrytych gdzieś w wysokiej trawie.
Uśmiechnęła się szeroko na widok kolorowego motyla, który usiadł na jej dłoni. Jego skrzydełka mieniły się barwami tęczy.
- Łucjo – powiedział do niej zapraszająco i ufnie. – Witaj wśród Łucji.

2. Jaskinia
Gdy tamtego dnia Niedźwiedź, Władca Jaskini, wybrał się na przechadzkę w stronę borów, do królestwa lasów przedostały się dzieci. Chłopiec miał około dwunastu lat, duże niebieskie oczy i rdzawą czuprynę trudnych do okiełznania loków. Jego starsza siostra z powagą obserwowała stalaktyty i stalagmity, dotykając śliskich i zimnych ścian.
- Lucy na pewno tędy nie poszła, Anais – powiedział wreszcie chłopiec. – Tam dalej jest coraz ciemniej.
- Chyba widzę wyjście, Luke – odparła na to Anais i chwyciła go za rękę, kierując się w stronę snopka światła, bijącego z końca tunelu.
Tamtego dnia Anais i Luke przeszli przez granicę światów. W nagłym uderzeniu ciepłego i wilgotnego powietrza poczuli zapach ziemi i deszczu. Ogromne, wysokie drzewa, których ciemnozielone korony zdawały się dotykać linii chmur, miejscami tylko odsłaniały niebo, czerwone od popołudniowych promieni słońca.
- Jak tu pięknie – szepnęła Anais. – I jaki zapach, czujesz?
- Kwiaty... – mruknął Luke, węsząc niczym małe leśne zwierzątko. – Gdzieś niedaleko musi być łąka.
- Masz rację! Pójdziemy tam, a jeśli nie znajdziemy Lucy, wrócimy tą samą drogą do domu. Co ty na to? O, zdaje mi się, że widzę ścieżkę!
Las na granicy światów był ciemny i cichy. Szli długo, nie mogąc oderwać oczu od potężnych pni prastarych drzew. Niektóre całkowicie obrosły mchem, łyse gałęzie innych były długie i chude niczym wyciągnięte ręce żebraków. Jeszcze inne przytulały się do siebie, zastane w ciasnych objęciach od setek lat. U ich stóp kłębiły się kolczaste krzaki, pokracznie powyginane od ciężkich, dojrzałych owoców przypominających wilcze jagody. Ściółka chrupała od pogubionych przez nie patyków i porzuconych liści.
Zapach kwiatów narastał coraz intensywniej i niedługo ich oczom ukazała się żółta łąka, gęsto porośnięta mleczami, z wysoką trawą potarganą przez wiatr. Świerszcze grały swą świszczącą melodię, bzyczały owady. W oddali majaczyła czarna ściana gęstego boru, wysoka aż do nieba.
- Jak tu pięknie… – powtórzyła z zachwytem Anais. – Ale nigdzie nie widzę Lucy. Lucy! – Zawołała. – Lucy!
Poniesiony przez wiatr głos brzmiał piskliwą, nawołującą nutą. Gdy dotarł do boru, z gęstwiny krzaków wyleciały spłoszone ptaki, kracząc złowrogo.
- Ucy… ucy…cy…y - po zbyt długiej chwili odpowiedziało echo.
- Anais, – szepnął zaniepokojony Luke – chodźmy stąd. Lucy na pewno tu nie ma.
- Ucy…ucy…cy…y – głos echa, coraz cichszy, pobrzmiewał jeszcze w oddali.
- Wracamy – zdecydowała po chwili Anais i wtedy oboje dostrzegli białą sukienkę młodszej siostrzyczki, niczym ducha biegającego między drzewami.
- To Lucy! – zawołał z radością Luke i ruszył przez łąkę w stronę boru.
Anais krzyknęła, chcąc zwrócić uwagę siostrzyczki.
- Ucy…ucy…cy…y – zawtórowało jej echo.
Niebo pociemniało, zerwał się wiatr i zanim przebiegli przez polanę, chmury poczerniały i skłębiły się.
Anais i Luke przedarli się przez wysokie sosny stanowiące granicę boru. Otoczyła ich ciemność i przenikliwy chłód, wbijający się w ciało cienkimi, długimi szpilkami.
- Lucy? – Anais dostrzegła nieduży kształt kryjący się za drzewem. Podbiegła i złapała Lucy za ramię.
Ale to nie była Lucy. Kształt urósł, formując się w wysoką postać o dziwnie powykręcanym ciele. Palce Anais chwytały miękką i grudkowatą materię, przypominającą ziemię, lecz parzącą jak ogień. Dziewczynka odskoczyła z piskiem, stwór był jednak bardzo szybki. Chwycił ją w pół w ogromne, zakończone patykowatymi pazurami łapska i uniósł wysoko, między korony sosen, wciąż rosnąc. Jego wielkie, brunatno-zielone cielsko przybrało formę podobną do ogromnego pnia. Gdy ziemia pod jego nogami rozstąpiła się, drzewa zaczęły zapadać się w głębokie wąwozy. Istota wydała z siebie bulgot przypominający wydzierającą się z wnętrza wulkanu lawę.
- Anais! – krzyknął zrozpaczonym głosem Luke, gdy stwór złapał go za ramiona i wyrwał ku górze. Objęła go brudna, cuchnąca błotem masa, która porwała jego ukochaną siostrę.
Bór zamruczał, zadowolony ze zdobyczy.
- Stój, Harveście! – rozległ się nagle śpiewny, spokojny głos. Na dźwięk swego imienia, stwór zatrzymał się i zaczął się kurczyć, wydając pomruk niezadowolenia. Masa, która tworzyła jego ciało, spadała z hukiem na ziemię łamiąc prastare drzewa. Bór zdawał się jęczeć z bólu i złości. Grube gałęzie upadały z chrzęstem, miażdżąc gęste krzaki i małe, nastroszone od igieł choinki.
- Odejdź, Etienne! – zamruczał wreszcie całkiem wyraźnie Harvest. Wciąż był wielki i cuchnący, ale zbyt słaby, by utrzymać w łapach swą zdobycz. Upuścił dzieci, zasypał je szybko gałęziami i powoli wrócił do swojej postaci.
- Gdzie jesteś, Etienne? – warknął, rozglądając się uważnie. Miał czerwone ślepia i długie kły. Kiedy w oddali dostrzegł młodszego brata, wolno ruszył w jego stronę.
Etienne był jednak szybszy i bardziej zwinny. Miał szczupłą sylwetkę i długie pazury, kończące wiciowate ręce. Gdy dopadł Harvesta, ziemia pod jego stopami zdawała się poruszać, tworząc wzgórza i doły. Obklejała stopy Harvesta, próbując go unieruchomić.
Jednak z licznych wyrw w ziemi wychodziły korzenie drzew, pragnące pochwycić i zadusić młodszego brata. Bór szumiał, zaciekle wyciągając ku niemu gałęzie. Harvest już prawie go dopadł, kiedy nagle ostre pazury Etienna boleśnie rozdrapały jego bark, odpychając na skraj utworzonego właśnie urwiska. Szarpali się wyjąc nieludzko, aż wreszcie Etienne zepchnął starszego brata na dno wąskiego jaru. Potem uniósł wysoko ręce i głucho zawył jak dzikie zwierzę. Ziemia posłuchała go natychmiast, zasypując Harvesta ciężką masą błota.
- Wspaniale – mruknął do siebie Etienne, kiedy wściekle szarpiące go gałęzie wreszcie ustąpiły, pozwalając mu odkopać ludzkie dzieci. Były to małe, obklejone torfem żyjątka, chude jak pająki, śmierdzące strachem i, jakby na potwierdzenie, na jego widok wydały okrzyk przerażenia.
- Lucy… – niewyraźnie powiedziała dziewczynka, trzęsąc się jak osika.
- Pospieszcie się – Etienne pomógł im wydostać się spod sterty gałęzi.– Musicie wiedzieć, że Harvest bardzo szybko wykopuje się spod ziemi.
Luke skinął na to głową, zbyt przestraszony, by cokolwiek powiedzieć i ufnie podążył za oddalającą się istotą. Z trudem przedzierał się przez gęste zarośla, ciągnąc za rękę szlochającą Anais. Dopiero kiedy bór zrzedł i Luke nabrał całkowitej pewności, że dawno się zgubili, zobaczył łąkę, na której czekał na niego Etienne.
- Musicie wyjść z boru – powiedział ich przewodnik i cofnął się, robiąc im miejsce na polanie.
Niebo było już ciemne i pełne gwiazd. Bór, od którego dzieliły ich wciąż najwyżej dwa kroki, znów stał się zwartą ścianą, pogrążoną w całkowitej ciemności.
Etienne stał bez ruchu, ale w pełnym napięciu, intensywnie wpatrując się w wysokie drzewa, jakby tylko czekał aż bór wypluje jego pełnego nienawiści brata. W dziwnych, zielonych oczach, zupełnie nieludzkich, czaił się niepokój.
- Chodźmy – powiedział po chwili. – Nastał czas, aby stąd odejść.
- Zaczekaj! – zawołał za nim chłopiec. – Gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce?
Etienne zatrzymał się i popatrzył uważnie na Luka.
- Weszliście do boru, a bór należy do Harvesta – rzekł spokojnie. Uświadomił sobie, że ludzkie dzieci mogą przecież nie wiedzieć, gdzie się znalazły. – Tamten las zamieszkują zwierzęta, których trzeba się strzec – wskazał pazurem na grube, wiekowe drzewa, rosnące po drugiej stronie polany, wzdłuż których szli tego popołudnia.- Tylko łąka jest bezpiecznym pasem ziemi i to nią będziemy szli. – powiedział, wiedząc jak trudno będzie ludzkim dzieciom opuścić lasy.
Luke rozejrzał się z trwogą, lecz w ciemności nocy i tak nie widział, gdzie się znaleźli. Las, o którym mówił Etienne, nawet jeśli był niedaleko, znajdował się zbyt daleko od domu.
- Nie możemy z tobą iść – bąknął niepewnie chłopiec. – Rodzice na nas czekają i będą się bardzo martwić… Musimy wrócić do jaskini! – przypomniał sobie i wskazał drogę, która wydawała mu się właściwa. – Szliśmy chyba tamtędy. Szukamy naszej siostrzyczki, Lucy. - Wyszedłem po was, ponieważ Orma pragnie zobaczyć ludzkie dzieci – przerwał mu Etienne dziwnie obojętnym głosem. – Na jej życzenie zaprowadzę was do Serca Lasu. To niedaleko. Powinniście wiedzieć, że Harvest będzie nam towarzyszyć wzdłuż boru, lecz nie przekroczy jego granicy. Przekaż więc dziewczynce, że nie należy się dłużej bać.
Luke poczuł dreszcz na plecach na wspomnienie tego, czym był Harvest i ani myślał uspokajać szlochającą Anais.
- Nigdzie z tobą nie pójdziemy! – krzyknął, trzęsąc się ze strachu.
Etienne uniósł brew i spojrzał na dzieci. Wyglądały krucho i marnie, były słabe jak szczenięta. Mógłby je zgnieść niewielkim wysiłkiem rąk, przykryć grubą warstwą wiecznie głodnej ziemi.
- Jesteście bardzo daleko od domu, a moim zadaniem jest zaprowadzić was do Serca Lasu. Chodźmy więc – ponaglił ich, kiedy dostrzegł Harvesta, zbliżającego się do granicy borów. Starszy brat wygrzebał się nader szybko, wielce rozzłoszczony. Szybko rósł w siłę, musiał więc niedawno się pożywić.
- Luke – szepnęła dziewczynka – róbmy, co on mówi.
Mądra i grzeczna, spodoba się Ormie.
Kiedy wstali, coś poruszyło się między sosnami. Drzewa wyciągnęły gałęzie, lecz pas łąki był tu szeroki, a trawa wysoka i dająca schronienie. Harvest szedł obok nich, cichy, ale widoczny, czekając na choćby jeden fałszywy ruch.
Po drugiej stronie polany, na granicy lasów, wataha wilków skradała się za krzakami, węsząc i skomląc z podniecenia. Były to kudłate czarne stwory o długich zębach i czerwonych ślepiach, podobne do rozwścieczonego Harvesta. Wielkie i brzydkie przyprawiały Luka o mdłości.
- Jesteś pewien, że to bezpieczna droga? – spytała Etienna Anais, nie mogąc oderwać oczu od wyginających się w ich stronę sosen, chętnych by porwać ich z powrotem w gęsty bór.
- Jedyna – z grymasem uśmiechu odparł Etienne i wyprzedził ich, stając się milczącym przewodnikiem, obrońcą i nadzieją.

3. Łąka
Aloara ziewnęła szeroko i leniwie rozejrzała się dokoła. Ogromną polanę, na której ułożyła się do snu, porastało morze traw. W uszach wciąż miała świst porywistego wiatru, który przygnał ją do królestwa lasów. Szum, który wciąż wzywał, kładąc do ziemi wysokie, giętkie jak trzciny drzewa. Poranny, ciepły wiaterek zapowiadał jednak przyjemny dzień, radośnie ruszyła więc w stronę odległych drzew.
Gdy słońce osiągnęło południe, usiadła na łące by odpocząć. Dostrzegła wówczas poroże jelenia, przyglądającego się jej spomiędzy wysokich traw. Chwilę trwało nim potężny rogacz zdecydował się podejść i zagaić rozmowę.
- Witaj – rzekł, wolno przeżuwając trawę. – Co cię sprowadza do naszej leśnej krainy?
- Witaj – odparła uprzejmie. – Szukam Łucji.
Jeleń zmrużył oczy i przyjrzał się jej uważnie. Niełatwo było go przechytrzyć.
- Szukasz Łucji – powtórzył z przekąsem, lecz nie rzekł nic więcej.
Wiatr znów położył trawy do ziemi, ale jeleń nie zląkł się i ani drgnął. Szum odległego lasu umilkł, czekając na jakąś odpowiedź.
- Jestem Aloara – uśmiechnęła się, a porywisty wiatr targnął jej jasnymi włosami. – Przebudziłam się wczoraj w tej leśnej krainie. Czy możesz mi powiedzieć, gdzie znajdę moją siostrę i moich braci?
- Aloara. Najmłodsza z rodzeństwa – zapamiętał jeleń i uniósł wysoko ciężki od poroża łeb. – Twój najstarszy brat, Harvest, mieszka w Borach. To daleko stąd, lecz jeśli masz odwagę, dotrzesz tam przed zmierzchem. Ormę i Etienna odszukasz nieopodal, w Sercu Lasu.
- A Łucję?
Jeleń zastanowił się.
- Łucja. Tylko Etienne to wie, Aloaro – westchnął, wpatrując się w las złotymi oczami. To były stare oczy Władcy Zwierząt, który widział już zbyt wiele.
Istota zerwała żółty kwiatek i powąchała go.
- Muszę więc najpierw odnaleźć Etienna – odparła i bez pożegnania odeszła w stronę lasów.



4. Lasy
Wliczy Król wyszedł Etiennowi naprzeciw. Uniósł wysoko wielki i czarny łeb, a w jego zamglonych ślepiach czaiła się dzikość.
- Schował się – szepnął Luke. – Harvest się schował.
Stali tam, gdzie łąka gwałtownie się kończyła. Przed nimi znajdował się pas rzadkiego lasu oddzielony od gęstego muru sosen, wijącą się w dal wąziutką ścieżką.
- Etienne – rzekł Wliczy Król, poruszając się niespokojnie. – Zapraszam cię do moich lasów.
W oddali głucho i wściekle zawył zawiedziony Harvest. Gdyby Wilczy Król przegonił Etienna, Harvest miałby większe szanse, by porwać ludzkie dzieci. Głupie, głupie zwierzęta! To przez nie królestwo lasów nie zdoła przetrwać.
Etienne, czując gniew Harvesta, nie wahał się ani chwili, by przyjąć zaproszenie Wilczego Króla. Gdy wkroczył między stare, ponure drzewa, otoczyła go wierna swemu władcy wataha.
- Kim oni są? – z ciekawością spytał jeden z wilków, obwąchując nogawki dżinsów Luka. – Pachną nieznajomo.
- To ludzkie dzieci – wyszczerzył zęby Wilczy Król, mrużąc nieprzeniknione ślepia. – Czego szukają tu ludzkie dzieci, Etienne?
Anais wyrwała się do przodu, prosto pod jego wielkie czarne łapy.
- Szukamy naszej siostrzyczki, Lucy – powiedziała ze łzami w oczach, kuląc się przed wściekłym warczeniem wilków. – Małej dziewczynki w białej sukience.
Wilczy Król schylił ogromny łeb i obwąchał jej włosy.
- Śmierdzi strachem – osądził – lecz czy mówi prawdę, Etienne?
- To prawda, że szukają Lucy – wzruszył ramionami Etienne, jakby los ludzkich dzieci niewiele dla niego znaczył. – Ale znalazłem je w Borach, wydarłem Harvestowi i należą teraz do mnie. Nie uczynisz im krzywdy, Wilczy Królu.
Wilki wyszczerzyły kły w złowieszczym śmiechu, lecz Wilczy Król uciszył je jednym spojrzeniem.
- Nie uczynię – zamruczał z nutą rozczarowania w głosie. – Jednak jaskinia jest w przeciwnym kierunku, Etienne – rzekł, patrząc mu w oczy. – Jeśli mnie rozum nie myli, a rozum mam jeszcze całkiem prawy, prowadzisz ludzkie dzieci do Serca Lasu.
- Pozwól nam przejść – odpowiedział mu Etienne bez prośby w głosie.
Ale Wilczy Król podjął już decyzję.
- Jeśli chcesz wejść z nimi do Serca Lasu, będziesz musiał znaleźć inną drogę – zakończył rozmowę, wycofując się między drzewa. Towarzyszące mui wilki skłębiły się dokoła dzieci, warczeniem i kąsaniem zmuszając ich do opuszczenia lasu.
Etienne odszedł bez walki i gniewu. Będzie musiał iść nadal ścieżką, ale dla umierającej Ormy zrobiłby wszystko. Głupie, głupie zwierzęta.
- Wracamy do domu! – krzyknął do Etienna Luke, gdy wrócili na polanę. – Nigdzie więcej z tobą nie pójdziemy!
- Nie wrócicie do domu, bo nie znacie drogi – mruknął Etienne. – Nie macie dokąd pójść, więc pójdziecie za mną dokądkolwiek bym nie szedł.
Luke syknął i rzucił się na niego, ale Etienne bez trudu odepchnął chłopca na bok. Oplótł jego nogawki grubym węzłem z trawy i szarpnął, przewracając na ziemię, która zaczęła się zapadać, chętna by pogrzebać chłopca żywcem. Luke jęknął z przerażenia, widząc jak jego nogi znikają pod warstwą ziemi.
- Etienne, przestań – poprosiła Anais. – Proszę, zostaw go.
Ziemia zastygła i Luke z obrzydzeniem otrzepał się z niej, jakby parzyła. Las zamarł, czekając na decyzję Etienna.
- Lepiej chodźmy – powiedział po chwili Etienne, szybko zapominając o gniewie. Ludzkie dzieci miały szczęście, że był najrozsądniejszym z rodzeństwa. – Ścieżka jest wąska, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, by zaprowadzić was do Serca Lasu.
- I żeby odnaleźć Lucy – przypomniał mu Luke, wypluwając ziemię.
- Tak – niechętnie skinął głową Etienne.
Poszli.

5. Drzewa
Orma usłyszała kroki Aloary i ukryła się w drzewie. Najmłodsza siostra szła przez las pewnie, szybko i bez wahania.
- Ormo! – wołała. – Etienne!
Była jeszcze bardzo młoda i głupia. Orma bez trudu oplotła ją gałęziami i zawiesiła nad ziemią.
- Czego tu szukasz? – syknęła, patrząc w jasne oczy Aloary. – Skąd się tu wzięłaś?
- Ty jesteś Orma, najstarsza z sióstr! Pierwsza, którą spotkałam! – młodsza siostra przez chwilę szamotała się w uścisku. – Wypuśćże mnie!
- Odpowiedz na pytanie – zażądała Orma, siadając na pieńku. – Albo będę ostatnią.
Aloara przyjrzała się jej i od razu zrozumiała, że Orma umiera. Ziemia pod jej stopami całkowicie wyschła, drzewo spróchniało.
- Szukam Łucji – powiedziała Aloara, czując jak trzymające ją gałęzie stają się suche. –Jestem twoją najmłodszą siostrą.
- Jedyną siostrą – mruknęła Orma.
Gałęzie trzasnęły i Aloara z krzykiem upadła na ziemię.
- Gdzie ją znajdę? – spytała od razu. – Wskaż mi drogę, Ormo!
Starsza siostra stanęła nad Aloarą. Miała włosy siwe jak pajęcze nici i niemal przezroczystą skórę.
- Nikt nie wie, gdzie jest Łucja – powiedziała z przekąsem. – Ale jeśli ją znajdziesz, ocalisz nas od zagłady, którą sprowadza na nas szaleńczy Harvest. Coraz więcej ludzi przybywa do lasu w poszukiwaniu tych, które porwał, by ją odnaleźć.
- Zatem muszę odwiedzić Harvesta!
- Lepiej trzymaj się od Harvesta z daleka – poradziła jej Orma, opierając się o drzewo. – Jest szalony i głupi. I samotny. Ty też jesteś szalona i głupia, Aloaro. Ale możesz poczekać ze mną na Etienna – zdecydowała. – Zapytaj o nią Etienna, gdy przyjdzie – powiedziała, chowając się do drzewa. – Etienne zna wszystkie tajemnice.
Drzewo okryło się czerwienią i złotem.

6. Ścieżka
Sosna nachyliła się w kierunku Anais i zaczepiła ją chudą gałęzią całkowicie pozbawioną igieł. Dziewczynka gwałtownie podskoczyła, z trudem opanowując chęć ucieczki. Nogi miała całkiem sztywne, związane strachem jak grubym, mocno ściągniętym sznurem. Powoli dołączyła do Luka, który czekał na nią, wyraźnie zaniepokojony. Etienne szedł z przodu, pogwizdując cicho dziwną, mrożącą krew w żyłach melodię, niesioną przez wiatr, brzmiącą jak świst trawy.
- Jestem taka zmęczona – szepnęła Anais do brata. Droga zdawała się wić bez końca między gęstymi drzewami lasu i boru, rozdzielając dziki świat wilków i potworną, złowieszczą głuszę. Czasami Harvest był tak blisko, że tylko obecność Etienna nie pozwalała dzieciom na wpadnięcie prosto w jego szpony. Stwór szedł obok albo nieznacznie odbiegał do przodu, a potem zawieszał się na drzewach i próbował straszyć ich, łypiąc czerwonymi ślepiami.
- Spokojnie, to musi być już blisko – uspokoił siostrę Luke, chociaż wcale nie był pewien. Etienne nie odezwał się do nich, od kiedy Wliczy Król nie pozwolił im przekroczyć granicy lasu. Od czasu do czasu między wielkimi dębami Luke dostrzegał czarne futro wilków, pilnujących swego terytorium.
- Potrafisz ruszać ziemię! Mógłbyś bez trudu zakopać wilki i utorować sobie drogę do Serca Lasu! – powiedział do Etienna.
- Mógłbym – zgodził się Etienne z zagadkowym uśmiechem na bladej, nieludzkiej twarzy – ale dlaczego miałbym to robić, skoro znam inną drogę?
- Byłoby szybciej – mruknęła Anais, patrząc na skaczącego z drzewa na drzewo Harvesta.
- Nie za wszelką ceną – oznajmił Etienne. – Gdyby każdy z nas trzymał się tej zasady, świat byłby lepszy – zatrzymał się i spojrzał na Harvesta, który zawisł na wysuniętej gałęzi. Mierzyli się chwilę wzrokiem, po czym Harvest syknął, złamał gałąź i cisnął nią w Etienna.
- Oddaj mi je! –zawył złowieszczo stwór.
- Weź sobie to, co do ciebie należy, Harveście – zachęcił go młodszy brat.
W odpowiedzi Hravest zeskoczył na ziemię, podszedł do granicy boru i zatrzymawszy się tuż przed nosem Etienna spojrzał mu głęboko w oczy.
- Kiedy następnym razem się spotkamy, zapłacisz mi za to, młodszy bracie – ostrzegł.
- Następnym razem, Harveście.
Hravest roześmiał się ponurym, gardłowym śmiechem i cofnął o krok, a od miejsca, w którym przed chwilą stał, bór zagęścił się i zamknął.
- Czy Harvest zrezygnuje z pogoni za nami? – spytała z odrobiną nadziei w głosie Anais.
- Harvest nigdy z niczego nie zrezygnował. Dlatego cierpi i dlatego bór, który go uwięził jest próżny i zły. Dlatego zwierzęta zaczęły nas unikać, a bez nich jesteśmy samotni i słabi. I dlatego też, ludzka dziewczynko, nie złamiemy zasad, którymi rządzi się nasz świat. Będziemy musieli iść tą ścieżyną aż do Serca Lasu.
- Mam wrażenie, że ścieżka nieco się poszerza – nieśmiało zauważył Luke.
Ścieżkę, szeroką na tyle, by dzieci mogły iść obok siebie, spowijały smugi zimnej mgły. Po plecach Luka przeszedł dreszcz niepokoju, gdy spomiędzy jej gęstych białych woali wyłoniły się ogromne drzewa o żółtobrązowych pniach i kolorowych, jesiennych koronach.
- A do kogo należą te drzewa? – spytał więc Etienna, obawiając się spotkania z innymi zwierzętami, które mogły rościć sobie prawa do tej części lasu.
Jednak Etienne zniknął już i ludzkie dzieci zostały same, otoczone kręgiem prastarych drzew, które z ciekawością wyciągnęły ku nim gałęzie.

7. Serce Lasu
- Etienne – szepnęła Orma, niepewnie wychylając się zza pleców młodszego brata. – One wcale nie są podobne do Lucille. Teraz już ci wierzę, że Harvestowi wszystko się pomieszało. Biedny, nieszczęśliwy Harvest.
Starsza siostra inaczej wyobrażała sobie ludzkie dzieci. Nie miały sierści ani kłów, pazurów czy ogonów, ich skóra była biała jak śnieg, a włosy ogniste, lecz zimne. Kuliły się ze strachu, bezbronne i opuszczone. Małe stworzonka, które można bez trudu pochwycić albo zakopać.
- Rozumiesz już, Ormo, że nie możemy dłużej znosić zuchwałości naszego starszego brata? Zbyt często przyzywa ludzi i niebawem sprowadzi na nas zagładę.
Na twarz Aloary wstąpił grymas niedowierzania.
- Ale one nie wyglądają groźnie, Etienne, mój starszy bracie, pierwszy którego spotkałam – powątpiewała, przyglądając się przerażonym dzieciom, tulącym się do siebie u stóp rosłego platanu.
Etienne odetchnął głęboko.
- Ludzie zawsze różnili się od nas tym, że trudno było poznać ich zamiary. Może i wyglądają niewinnie, lecz są niebezpieczni, Aloaro – ostrzegł młodszą siostrę. – Ludzie grzebią w mojej ziemi, wyrywają z korzeniami drzewa Ormy i Hravesta, żywią się mięsem rozumnych zwierząt. Ich obecność jest niebezpieczna, z każdym ich oddechem umierają nasze lasy.
- Co więc z nimi zrobimy, Etienne? Obiecałeś im przecież, że uratujesz ich siostrę. A obietnica to obietnica – przypomniała mu Orma.
- Odbiorę Harvestowi tę Lucy, tak jak im obiecałem.
- A naszą Łucję? – spytała Aloara. – Pójdę z tobą i pomogę ci wydrzeć ją Harvestowi!
- Nie – szepnął Etienne – Harvest nie odnalazł Lucille i nikt z nas jej nie odnajdzie. Zostań tu, proszę, i zaopiekuj się Ormą. To będzie od teraz twoje zadanie.
- Dobrze, Etienne – westchnęła Aloara i dotknęła ramienia starszej siostry.
- Tak – zapłakała Orma.

8. Polana
Jeleń dostrzegł Etienna i schował się w wysokie trawy.
- Witaj, Władco Lasu – przywitał się Etienne, nieco rozbawiony jego zachowaniem.
- Witaj, Etienne. Miałem nadzieję, że odbędziemy tę rozmowę innym razem. Właśnie udawałem się na spoczynek – wyjaśnił Władca Lasu. – Dokąd zmierzasz tak późną porą?
- Do borów.
Jeleń zmrużył oczy i tupnął gniewnie nogą. Poroże wyraźnie mu ciążyło, kiedy z niezadowoleniem obracał głowę w stronę ciemnej, złowieszczej głuszy.
- Czyżbyś jeszcze mocniej chciał rozjuszyć Harvesta?
- Chcę odebrać Harvestowi tę ludzką dziewczynkę – oznajmił Etienne, patrząc Władcy Zwierząt w oczy. – Już czas, by Hravest przestał przyzywać ludzi.
Jeleń zastanowił się.
- Kiedy odejdzie kolejne z was, my także staniemy się słabi. – rzekł po dłuższej chwili.
- Przez działania Harvesta, wszyscy umrzemy dużo prędzej – powiedział spokojnie Etienne.
Władca Zwierząt patrzył za nim długo. Kiedy Istoty odchodzą, przedwieczny świat kurczy się. Prastare lasy tracą potrzebną im do życia pierwotną siłę, którą czerpią z powietrza, wody i ziemi. Ta bowiem jałowieje, wysychają pradawne źródła, a stare zwierzęta zasypiają wiecznym snem.
Ale świat ciągle się zmienia. Przychodzą nowe czasy i to, co dawne przestaje mieć znaczenie. To czas decyduje, co jest dobre i wybiera najlepiej.
- Wszyscy kiedyś umrzemy, Etienne – westchnął do siebie Władca Zwierząt i udał się na spoczynek.



9. Łucje
Granicy najgęstszego z borów pilnował Harvest. Nie zbliżały się do niej wilki ani jelenie, rzadko kiedy na powyginanych gałęziach starych drzew przysiadały ptaki. Czarne liście muskane zimnym wiatrem szumiały melodie dźwięczące strachem. W powietrzu unosił się zgniły zapach ciemności.
W mrocznym sercu głuszy, skryty między skałami spał Harvest, młodszy brat Lucille, starszy brat Ormy, Etienna i Aloary. Jego sny były ciemne i pełne lęków. Samotność i ból nie opuszczały go nigdy. W koszmarach, które śnił, w cierpieniach, o których nie mógł zapomnieć, jedyną osłodą były mu Łucje, tańczące na żółtej polanie. Łucje w białych sukienkach, o jasnych twarzach najstarszej z sióstr, którą utracił, o jej ciemnych włosach przetykanych refleksami złotymi jak słońce. Tysiące Łucji, drobnych i pięknych, podobnych tylko do niej. I tylko podobnych.
Kiedy Harvest śnił, bór był jego towarzyszem. Cierpiał i marzył wraz z nim. Lecz bywały dni, które różniły się od pozostałych. Chrzęst łamanej gałęzi, chlupnięcie błota i ledwie wyłowiony w ciemności ruch. Dźwięk, który psuje brzmienie mrocznej kołysanki. Intruz w lesie.
Gdy Etienne przekroczył granicę boru, Harvest uniósł powiekę i wciągnął w płuca zapach młodszego brata.
Łucje!
Harvest pędem ruszył przed siebie, w królestwo błota, igieł i mroku. Biegł na czterech łapach, z pyska ciekła mu ślina. Drzewa uchylały się z trwogą.
- Stój! – zawył, coraz intensywniej czując obecność Etienna, obecność nieznośną, raniącą, przypominającą o cierpieniach z przeszłości. To Etienne odebrał mu Lucille, to jego wybrała, by odejść.
Etienne zatrzymał się, wytężył słuch. Starszy brat wypadł na niego spomiędzy karłowatych, czarnych krzaków, przewrócił i przygniótł, zawieszając uzbrojoną w pazury łapę nad jego twarzą.
- Czego tu szukasz? – wysyczał Harvest, tocząc pianę z pyska. Jego oddech cuchnął krwią, oczy miał zamglone od gniewu i snu.
Etienne szarpnął się.
- Mówże – ponaglił go Harvest, szczerząc rząd żółtych kłów, ostrych jak szpilki.
- Szukam Lucy – cicho odparł Etienne. W jego zielonych oczach nigdy nie było strachu, szacunku ani kłamstwa.
Las zaszumiał w oddali, gdy Harvest zacisnął łapę w pięść.
- Odejdź, Etienne – rzekł, stając na tylnych łapach, wielki i czarny jak koszmarna kukła. Etienne wstał, wyciągnął długie pazury. Mierzyli się chwilę wzrokiem, po czym Harvest opuścił łeb i z wrzaskiem wyszczerzył kły.
- Nie odejdę bez Lucy – uprzedził go Etienne i skoczył, szybki jak kot. Starli się w pełnym wściekłości uścisku. Trysnęła krew, Etienne wyrwał pazury z rozszarpanego boku brata i krzyknął, czując zagłębiające się w barku kły. Osunął się, a Harvest uniósł go i cisnął przed siebie jak szmacianą lalkę.
- Odejdź, Etienne – powtórzył gniewnie.
Etienne zaniósł się szlochem, w którym przebrzmiewała wściekłość i bezradność. Na dźwięk jego głosu pobliski las zaszumiał opiekuńczo, chcąc ukoić cierpienie. Gałęzie wydłużyły się, próbując sięgnąć po Etienna, lecz ich wysiłek był daremny. Bory należały do Harvesta. To on decydował o życiu i śmierci tych, którzy przekroczyli granicę. Starszy brat zawył złowieszczo i uniósł Etienna do góry.
- To mój bór – zatriumfował, pokazując drzewom swą zdobycz. Bór zdawał się szczerzyć zębiska, stęskniony i krwiożerczy, pragnąc wyssać z Istoty resztkę życiodajnych sił.
Etienne szarpał się, próbował wyswobodzić ze śmiercionośnego uścisku, ale Harvest był teraz silniejszy. Bór dawał mu potęgę i możliwość wyrokowania.
- Odejdź, Etienne – Harvest podniósł go wysoko, ponad korony drzew.
- Nie odejdę bez Lucy.
- Masz swoją Lucy! – krzyknął Harvest, rozluźniając chwyt.
Etienne spadł w krainę ziemi, ciemności i koszmaru, w krainę, której dotąd nie znał. Jego płuca wypełniło błoto, przed oczami zawirował czarny bezkształt upiornego snu. Ból zawisł na granicy świadomości. Korzenie drzew poruszały się w otaczającej go ciemności, drążąc korytarze w ciężkiej od wody ziemi. Czuł na sobie grudowate i lepkie błoto. Chciał krzyknąć, ale głos uwiązł mu gdzieś głęboko w gardle, stłumiony przez strach. Wyciągnął pazury i zaczął kopać. Bezradnie wierzgał nogami, coraz mocniej czując ciężar podziemnego królestwa, którym Harvest przygniótł go, chcąc ukarać i upokorzyć.
Nagle w zimnej i mrocznej głuszy, Etienne poczuł ciepło. Ziemia poruszyła się, coś potężnego chwyciło go w pół i wyciągnęło z mokrego grobu. W nozdrza uderzył go zapach łąki pełnej kwiatów. I wtedy dostrzegł dziewczynki. Były ich setki. Tańczyły dokoła niego, trzymając się za ręce.
Etienne wstał powoli, nie chcąc ich wystraszyć, ale korowód nie zatrzymał się ani na chwilę. Twarze, włosy i postura dziewczynek były do siebie podobne, wszystkie nosiły białe sukienki. Skojarzenie uderzyło go nagle i z niedowierzaniem rozejrzał się dokoła.
Lucille. Dziewczynki przypominały Lucille, jego najstarszą siostrę. Lucille, której Etienne pomógł odjeść. Lucille, która przeszła przez granicę światów. A teraz była tu w tysiącach drobnych postaci, które Harvest porwał i ukrył w nieprzebytej głuszy borów.
- Kim jesteście? – zawołał, lecz dziewczynki nieprzerwanie tańczyły, patrząc daleko przed siebie.
Etienne chwycił jedną z nich za drobne ramiona, potrząsnął jak lalką.
- Jak masz na imię? – zapytał.
Dziewczynka zamrugała, jej niebieskie oczy zaszkliły się.
- Łucja – odparła. Gdy Etienne puścił ją, chwyciła dłonie innych dziewcząt i powróciła do sennego tańca śmierci, w którym uwięził je Harvest.
Łucja. Łucje!
- Łucje – Etienne usłyszał głos Harvesta i obraz znikł, zastąpiony przez ciemność. Ból w ramieniu powrócił, Etienne zaczął odzyskiwać świadomość.
Zamrugał i ujrzał nad sobą starszego brata, na którego twarzy malowało się obce mu dotąd zatroskanie. Etienne rozejrzał się i zrozumiał, że Harvest zaprowadził go do serca głuszy, do kamiennego kręgu, w którym cierpiał i odpoczywał.
- Zabrałem im tysiące Łucji i nie odnalazłem Lucille – zaszlochał Harvest, kryjąc twarz w dłoniach. – Tyle istnień, tyle złudzeń, tyle wysiłków, by przejść przez granicę światów i ukraść te bezduszne stworzenia. Tak wiele cierpienia i tak mało zrozumienia. Zabrałeś mi wszystko, Etienne, gdy pozwoliłeś Lucille odejść.
- Lucille chciała odejść…
- Nieprawda! – Harvest chwycił go za gardło, ale puścił od razu, jakby jakaś lepsza część jego cierpiącej duszy, pożałowała wszystkiego, co uczynił. – Niemożliwe. Niemożliwe. Nie Lucille.
Etienne zrozumiał, że obaj przegrali.
- Czy one… Harveście, czy tam jest Lucy? – upewnił się tylko, czując już tylko zmęczenie i smutek.
- Oddaj mi Lucille, Etienne – poprosił go Harvest. – Oddaj, a wtedy przestanę.
Etienne spojrzał bratu w oczy i dostrzegł w nich jedynie ból. Szaleństwo, które niegdyś w sobie nosił, przeobraziło się w bezkresne cierpienie.
- Lucille chciała odejść. Niczego tak bardzo nie pragnęła, jak opuścić lasy. Zaprowadziłem ją do jaskini i tam przekroczyła granicę światów. Schowała się tam, gdzie nigdy jej nie znajdziesz, Harveście, nieważne ilu ludzi tu sprowadzisz.
- Nie – jęknął Harvest i skulił się jak ranne zwierzę.
- Wypuść Łucje, Harveście.
- Nie! – zawył Harvest i rzucił się na Etienna.
Szamotali się, obaj bezsilni i przegrani. Ciosy chybiały celu, kły i pazury niezdarnie szarpały powietrze. Wreszcie Harvest bezwolnie opadł i zapłakał.
Etienne pozwolił mu na to. Przymknął powieki i z lekkim uśmiechem wsłuchał się w zawodzenie starszego brata. W szlochu Harvesta była już tylko ulga.

10. Droga
- Harvest uwolnił Łucje – powiedział Etienne unikając wzroku Aloary. – Ale nie wiem, czy któraś z nich żyje.
- Jak to nie wiesz? – młodsza siostra wytrzeszczyła oczy, skoczyła ku niemu z niedowierzaniem. – Kłamiesz!
- Etienne? – Orma wiedziała, że Etienne nie kłamie.
- Przykro mi.
- Przykro ci? – żachnęła się Aloara. – Co teraz stanie się z Harvestem? To wszystko przez ciebie, Etienne – zarzuciła mu, krzyżując ręce. – Gdybyś nie pomógł Lucille odejść, ludzie nigdy nie przekroczyliby granicy lasów!
Etienne posłał Aloarze spojrzenie pełne gniewu.
- Lucille chciała odejść – powtórzył głosem pozbawionym emocji. Był wyczerpany, nierówna walka z Harvestem odebrała mu resztki sił. – Każde wydarzenie, które potem miało miejsce, jest następstwem jej decyzji. Wszystkie koszmary Harvesta, wszystkie te małe ludzkie Łucje, wszystkie cierpienia Ormy. To, że ty tu jesteś, Aloaro i to, że oni tu są.
- Mogłeś ją powstrzymać…
- To czas upomniał się o nią i o nas też się upomina. Teraz to rozumiem, Aloaro. Harvest umrze niedługo, a potem Orma i ja.
Orma dotknęła ramienia Etienna. Jej palce drżały z wysiłku i bólu.
- To koniec, Aloaro – szepnęła.
Aloara cofnęła się, jej piersią wstrząsnął szloch. Ukryła twarz w dłoniach i stała chwilę bez ruchu i w ciszy.
- W porządku. Może to koniec naszych lasów, może to faktycznie nasz koniec, ale te dzieci wrócą do domu, Etienne – zdecydowała. – Zaprowadź je do domu.
Etienne zacisnął usta, ale prośba ukryta w dotyku Ormy sprawiła, że opuścił go gniew. Skinął głową na znak zgody.

11. Granica
Anais i Luke spali w powykręcanych korzeniach starego platanu, przykryci pierzyną kolorowych liści. Gdy Etienne przyglądał się ludzkim dzieciom, wciąż miał mieszane uczucia. Mógłby zostawić je na pastwę wilków albo zaprowadzić do jaskini, by rozprawił się z nimi Niedźwiedź, pozyskując sobie przyjaciół wśród starych zwierząt. Mógłby też zakopać je i nakarmić ziemię ich nędznym truchłem, przypodobując się ożywionym, prastarym drzewom. Powstrzymać czas jeszcze przez chwilę.
- Wstańcie już – powiedział jednak, pamiętając o złożonych obietnicach. Młodsza siostra była nieustępliwa i silna, dlatego lepiej będzie, jeśli Etienne wyprowadzi ludzkie dzieci z królestwa lasów tak, jak sobie życzyła. Aloara miała przeżyć i ocalić królestwo, z którego on, Harvest i Orma odejdą niebawem na zawsze.
- A gdzie Lucy? – spytała Anais, przecierając oczy. – Czy odnalazłeś Lucy, Etienne?
- Tak – odparł Etienne.
- Gdzie ona jest? Zaprowadź nas do niej!– nie ustępował Luke, lecz Etienne nie odpowiadał, prowadząc ich dalej w pachnący mchem i wilgocią las. Zatrzymał się dopiero w miejscu, gdzie drzewa wyraźnie rzedły i można było dostrzec szeroki dukt.
- Jesteśmy blisko jaskini, z której przyszliście – powiedział Etienne. – Przeprowadzę was przez granicę światów, żebyście mogli wrócić do waszych rodziców.
- Ale gdzie jest Lucy, Etienne?
- Lucy jest już poza granicą światów, Luke. Wy też musicie ją przekroczyć – odparł Etienne.
Oddzielił dzieci wysokim murem z gałęzi i ziemi. Dobrze wiedział, że Niedźwiedź, Władca Jaskini, nie pozwoli im przejść. Dlatego, kiedy ujrzał jego wielkie, kudłate, czarne cielsko, odpoczywające u podnóża góry, odetchnął głęboko i przygotował się do być może ostatniej swojej bitwy.
Niedźwiedź drzemał, czerwone ślepia miał półprzymknięte, ale całkiem przytomne.
- Witaj, Etienne – rzekł, marszcząc nos. – Czuję zapach ludzkiego mięsa za twymi plecami. Mniemam, że przyniosłeś mi je w darze, bym wreszcie zapomniał o naszych dawnych sprawach? – dobrze pamiętał, jak Etienne przeprowadzał tędy umierającą Lucille. Walczyli wtedy przez kilka dni.
- Niezupełnie, Władco Jaskini. Pragnę przeprowadzić je przez granicę światów. Proszę cię więc o przepuszczenie nas przez bramę.
Władca Jaskini podniósł się, ziewnął szeroko, obnażając długie kły i dokładnie pokazał Etiennowi swoje wielkie, ostre pazury.
- Kpisz sobie, Etienne? – warknął, stając na dwóch łapach. – Te cuchnące stworzonka wdarły się tu same i nie pozwolę ich wypuścić z powrotem. Odejdź więc, Etienne. Niech zginą na skałach mojej góry, u wrót bramy świata, którego nigdy już nie zobaczą.
- Nie odejdę, Władco Jaskini – szepnął ze smutkiem Etienne.
Niedźwiedź zaryczał i rzucił się na niego. Etienne poruszył ziemię, by otoczyć ludzkie dzieci bezpiecznym murem, po czym przesypał ją tak, żeby znalazły się przy wejściu do jaskini. Zanim przygniótł go ciężar zwierzęcia, zdołał jeszcze szczelnie zasypać jej wlot. Chciał mieć pewność, że ludzkie dzieci nie wrócą już w miejsce, gdzie stoczy się bój o jego śmierć.
Władca Jaskini zrozumiał, że Istota podjęła ostateczną decyzję.
- Miałeś wybór i dokonałeś go, Etienne.
- Tak, Władco Jaskini.
Las zaszumiał dla niego po raz ostatni.

12. Bór
- Znalazłem Lucille – szepnął Harvest na widok swojej najmłodszej siostry. Stwór leżał w kamiennym kręgu na polanie pełnej więdnących kwiatów. Płakał czarnymi, krwistymi łzami, wyciągając ręce do nieba.
Aloara pożegnała rano Ormę, która na zawsze usnęła w drzewie. Jej platan okrył się złotem, potem zrzucił liście, a kiedy spróchniał, najmłodsza z sióstr zrozumiała, że Istota odeszła z Serca Lasu. Drzewa zaczęły tracić kolory, ich gałęzie pękały. Królestwo lasów umierało. Gdy Aloara dotarła do boru, wiedziała już, że najstarszy brat także odchodzi. Otaczały go suche karykatury powyginanych sosen. Ziemia była tu spękana i czarna.
- Co mam teraz zrobić, Harveście? – zapłakała, tuląc go do piersi. – Dlaczego mnie zostawiliście?
- Idź za Lucille – westchnął Harvest i uniósł dłoń do nieba. – Łucje… Moje Łucje… Lucille.
Aloara spojrzała w górę. Nad ich głowami tańczyły białe motyle o kruchych, trzepoczących skrzydłach. Tysiące motyli, które frunęły gdzieś w dal, na inne kwieciste łąki pełne pachnących kaczeńców. Tylko jeden z nich był duży i kolorowy.
Lucille.
- Chodź ze mną do Łucji, Aloaro – powiedziała najstarsza siostra, przysiadłszy na jej dłoni. – Chodź.
Na dalekiej, kwiecistej łące tańczyła Lucy, wijąc wianek z mleczy.

13. Zwierzęta
Mokry nos Wilczego Króla obwąchał uważnie zimną dłoń Etienna.
- Wstań, Etienne – polecił mu Wilczy Król, otoczony przez swą wierną watahę. – Już czas stąd odejść. Twój starszy brat skonał dziś rano. Najmłodsza z sióstr przekroczyła granicę światów podążając za Lucille. Wstań, Etienne! – zawył potężnym, głuchym głosem.
- Etienne… Etienne… - powtórzyły wilki, a za nimi echo, które ochoczo podjęło wołanie.
Ziemia pod ciałem Etienna była jednak sucha i spękana.
- A więc to już koniec – mruknął Wilczy Król.
Wiatr wiał potem całymi nocami, szarpiąc gałęzie drzew, zwiastując nadchodzące zmiany. Niedźwiedź zaszył się wtedy w swojej jaskini i długo jej nie opuszczał, niepewny świata, który zastanie po wyjściu. Wilczy Król wył głucho, chcąc odpędzić to, co nieznane. Nawet Jeleń, Władca Zwierząt, nie odchodził od granicy lasów, wyczekując najgorszego. Dni stawały się coraz krótsze, korona lasu rzedła, a nieodłącznym towarzyszem drzew stała się wszechobecna ciemność. Dawny świat przeobraził się w ciemny i złowieszczy, samotny bór.
Aż kiedyś powrócą motyle.

14. Motyl
- Lucy!
Lucy poszukała wzrokiem kolorowego motyla i podeszła do niego. Dokoła niego wirowały małe, białe skrzydełka jego przyjaciół.
- Muszę już iść do domu – powiedziała ze smutkiem. – Mama mnie woła. Chciałam się pożegnać.
- Do widzenia, Lucy – pożegnał ją kolorowy motyl i wzleciał wysoko, pokazując jej kierunek, w którym powinna iść. Gdzieś na granicy drzew i nieba, dołączył do niego drugi motyl, równie wielobarwny jak on.
Lucy pomachała im radośnie i pobiegła przez łąkę w stronę, z której dobiegał głos mamy. Całe popołudnie rodzice i rodzeństwo szukali jej wzdłuż lasu, migając latarką między gęstymi drzewami.
- Mamo, tu jestem! – zawołała Lucy.
Na jej widok rodzeństwo poderwało się radośnie, a tato zaś uniósł ją wysoko i dokładnie obejrzał.
- Och Lucy, jak dobrze, że cię znaleźliśmy – szlochała mama.
- Anais, czy Etienne i królestwo lasów ocaleli? – wyszeptał Luke, patrząc na zasypiającą siostrzyczkę, która z fascynacją opowiadała o białych motylach i jednym, naprawdę dużym, kolorowym jak tęcza, którego nie mogła złapać, a który przywiódł ją prosto w objęcia taty.
- Być może, Luke – odpowiedziała Anais. – Ale pewnie nigdy się tego nie dowiemy.
W oddali, za granicą światów, zaszumiał najczarniejszy z lasów. W jego głosie wciąż brzmiała melodia dawnej potęgi, ale Luke słyszał coś więcej – przygnębiającą tęsknotę i bezgraniczną pustkę po tych, o których upomniał się czas i której nie da się wypełnić. Przejmującą, ogłuszającą wręcz ciszę. I samotność.



Awatar użytkownika
kfk
Umysł pisarza
Posty: 983
Rejestracja: pn 27 cze 2011, 16:45
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: kfk » wt 05 mar 2013, 14:47

Zawsze jest tak, że ktoś musi zacząć... :)
Przeczytałem z przyjemnością ten tekst, ale zastanawiając się nad komentarzem, zdałem sobie sprawę, że mam wobec niego dość mieszane uczucia.
Z jednej strony prześlizgiwanie się po pulpie fantastycznej (np. skojarzenia z Bombadilem, z przejściem przez czarodziejską szafę), wizualizacja sennych koszmarów, symbolika śmierci (dzieciństwa) czyni to opowiadanie bogatym i wielowarstwowym.
Z drugiej ogranicza Autorkę w przekazie emocjonalnym. Uczestniczymy w dobrze zagranym teatrze cieni, kiwamy głową nad przekazem, uśmiechamy się z zadowoleniem rozpoznając toposy i odwołania, ale jakoś wejść w skórę postaci nie możemy. Takie założenie?
Może tylko tylko mi się wydaje?
Gratulacje dla Autorki!




Wróć do „Podium”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość