freestyle

1
Nie jest to wprawdzie forma stricte dziennikarska, ale może się komuś przydać. Ot, wpis z dziennika.

Do tej pory każdą palącą myśl dusiłem w zarodku, sądząc, że może ona poczekać, aż pozwolę jej wybrzmieć w powieści. W ten sposób uśmierciłem niezliczone mnóstwo spostrzeżeń i wglądów, które być może pomogłyby mi, gdybym po jakimś czasie przyjrzał się im chłodnym okiem. Nie chcąc obarczać sumienia kolejnymi ofiarami swojej opieszałości, w drodze wyjątku postukam sobie w klawiaturę zupełnie niezobowiązująco, nie powołując do istnienia żadnych fikcyjnych postaci, nie dłubiąc przy dekoracjach ani jakichkolwiek innych elementach całej tej maszynerii, jaką jest świat przedstawiony. Co z tego wyjdzie — zobaczymy.

Pomysł ten chodził za mną od dawna, chyba od zawsze. Jeśli wcielam go w życie dopiero teraz, to dlatego, że jak świat światem, nikt jeszcze nie został wybitnym pisarzem dzięki diarystyce. Pisanie dziennika nie posuwałoby mnie ani o krok na drodze do wymarzonej sławy. Więc po co się tym zajmować?

Edmund de Goncourt tak mówił o sobie i swoim bracie:
Chętnie zrobilibyśmy taki układ z Bogiem, żeby nam zostawił tylko mózg, który tworzy, oczy, które patrzą, i rękę, trzymającą pióro, a resztę naszych zmysłów i całą marność naszego ciała może sobie zabrać.
Czy Goncourtowie pożałowaliby swoich słów, gdyby rzeczywiście udało im się taki układ zawrzeć? Ja na pewno. Choć jeszcze kilka lat temu składałem równie żarliwe deklaracje przed samym sobą, z niezachwianą pewnością, że zawsze pozostanę wierny swojemu wyznaniu wiary. Co się więc zmieniło? Czyżby konfrontacja z realiami życia ostudziła moją rozpaloną głowę?

Nic z tych rzeczy. Wyszedłem z tej konfrontacji przybity, pokawałkowany, nieomal w rozsypce. You know what I mean? Mój aksjologiczny kompas nadal jednak wskazuje uparcie wciąż ten sam kierunek. Od dobrych dwudziestu kilku lat. Nie interesują go fakty: że kieruje mnie na bezdroża, gdzie nikt nie chodzi, a jak już chodzi, to z wyciągniętymi po jałmużnę rękami. Nie mógłbyś, do cholery, przesunąć strzałki nieco w bok? Może udałoby mi się wmówić sobie, że idę okrężną drogą. Musisz być taki bezkompromisowy?

To nie twarda rzeczywistość oduczyła mnie fiksacji na pisaniu. Wręcz przeciwnie: wyręczyły ją uroki życia.

Przez długi czas robiłem wszystko, aby utrudnić realizację mojego wielkiego marzenia o zostaniu pisarzem. Przy pracy skupiałem się na krokach dochodzących z klatki, ujadaniu psa za oknem, szemraniu radia. Zamiast pisać, tłumaczyłem sobie kompulsywnie, dlaczego nie powinienem oglądać filmów: bo odciąga mnie to od jedynego słusznego celu, jakim jest doskonalenie warsztatu, bo telewizja ogłupia, bo tak bardzo wsiąknę w kino, że w ogóle przestanę czytać. Poświęcałem wiele godzin na czytanie materiałów dotyczących szkodliwości telewizji czy — szerzej — mediów audiowizualnych. Każdy kolejny argument mnie uspokajał i pozwalał wierzyć, że postępuję racjonalnie, wyrzekając się przyjemności oglądania na rzecz przyjemności czytania. Tyle że czytanie, jak na złość, przestało mi sprawiać przyjemność, bo wciąż towarzyszyła mu pokusa obejrzenia filmu. A im bardziej z nią walczyłem, tym nudniejsze były książki, które właśnie czytałem.

Nadmierna sztywność w wyborze celów życiowych, powiązana z represjonowaniem zainteresowań, które nie zbliżały mnie do ich osiągnięcia, koniec końców obróciła się przeciwko tym celom. Gdy jeszcze tkwiłem w kleszczach wewnętrznych konfliktów na tym tle, moim największym marzeniem było uwolnić się od zahamowań, od wszystkich tych przeszkadzających myśli, uczuć i kompulsji, które nie pozwalały mi rozwinąć w pełni swojego potencjału. Zadawałem sobie pytanie: dlaczego inni mogą po prostu zajmować się tym, czym się zajmują, zapominając o całym świecie? Dlaczego ja nigdy na niczym nie mogę się skupić? Dlaczego zawsze wynajduję powody, które nie pozwalają mi w spokoju pisać? Dlaczego cały czas muszę walczyć ze sobą?

Nie rozumiałem, że moja nerwica jest drogowskazem, który tym usilniej zaznacza swoją obecność, im uporczywiej zmierzam w kierunku przeciwnym do tego, w jakim powinienem zmierzać. Ta wiedza stała się moim udziałem dopiero po wielu latach. Autentyczna fascynacja literaturą połączyła się u mnie z neurotyczną potrzebą górowania nad innymi, dając w efekcie sztywne dążenie do sukcesu. Kulturowa aprobata tego dążenia nie ułatwiała rozpoznania jego prawdziwej natury.

Tak silne parcie musiało wywołać adekwatną reakcję: regularnie przydarzały mi się okresy totalnego rozprzężenia, kiedy to nic nie robiłem, całe dnie oglądałem tandetne filmy, chłonąłem bez opamiętania porno, grałem w durne gierki, czatowałem. Po kilku dniach intelektualnej posuchy byłem już tak wymęczony, że otwierałem książkę z nieledwie orgazmiczną rozkoszą. Cykl zataczał pełne koło.

Doświadczenia tego rodzaju uczyniły mnie łatwym łupem dla filozofii Wschodu: buddyzmu, taoizmu czy hinduizmu. Pogląd, w myśl którego wszechświat u swoich podstaw jest grą, zabawą; czymś na kształt improwizacji muzycznej — poraził mnie od razu swoją trafnością i prostotą. Każdy to wie i każdy intuicyjnie czuje, że tak jest, ponieważ każdy jest nieodrodnym dzieckiem wszechświata. Jeszcze zanim zainteresowałem się kulturą Wschodu, jakąś częścią siebie wiedziałem, że tylko zabawa ma w życiu sens; i że pochłonięte zabawą dzieci, śmiertelnie poważnie traktujące swój wyimaginowany świat, powinny być wzorem dla dorosłych. Ale dopiero na gruncie buddyzmu zen odnalazłem tę myśl w jej pełnej krasie. Dziecko nie ma żadnych ambicji, nie zależy mu na zaszczytach i z całą pewnością nie zamieniłoby zabawy na jakieś przykre zajęcie, za które w dalekiej przyszłości zostałoby nagrodzone. Nie buduje zamku z klocków po to, a przynajmniej nie przede wszystkim, aby komukolwiek zaimponować. Po prostu świetnie się przy tym bawi. Po ukończeniu 2/3 budowli jest w stanie bez żalu porzucić swoje dzieło, gdy tylko jego uwagę przyciągnie coś innego. Kto wie, może do niej jeszcze wróci? Jak już przyjdzie z podwórka, pachnące wiatrem i ziemią, i spojrzy na to cudo, które zawdzięcza mu swoje istnienie, może znów usiądzie na dywanie i dokończy, co zaczęło. Bez nienaturalnej presji, w swoim własnym rytmie. Nie myśląc o czyjejkolwiek aprobacie. Szczelnie zamknięte w wykonywanej czynności, niedosiężne dla niskich pobudek, nieprzekupne.

Dziś, po wielu bolesnych lekcjach, nauczyłem się traktować pisanie zupełnie bezinteresownie. Piszę, kiedy chcę. Dobrze wyraził to Bukowski: „kto nie musi pisać, niech nie pisze”. A że chce mi się pisać dość często, nie muszę już sobie niczego nakazywać czy zakazywać. Jeśli nie oglądam filmów, to nie ze względu na sztywny zakaz, ale po prostu dlatego, że nie mam takiego nawyku. Nie wykluczam, że kiedyś w drodze wyjątku puszczę sobie coś na smartfonie, tak jak nie wykluczam, że pewnego dnia wyjdę z domu i pójdę gdzieś w siną dal, jeśli tylko skłoni mnie do tego dostatecznie silny impuls. Nie mam jednak w zwyczaju znikać na wiele dni z domu. Większego kopa daje mi układanie dialogów, konstruowanie scen. I podpatrywanie, jak inni to robią.

Pisanie powieści jest o wiele trudniejsze, niż sądzą autorzy hołdujący sztywnej samodyscyplinie. Właśnie dlatego, że ta samodyscyplina powinna być spontaniczna, żywa, powiązana z interesami organizmu. Nie może być gwałtem zadawanym samemu sobie. Jeśli patrzysz smętnie za okno i zazdrościsz tym wszystkim ludziom, którzy korzystają z pięknej pogody, podczas gdy ty z mozołem ślęczysz nad swoim tekstem, zrób przysługę sobie i potencjalnym czytelnikom — wyjdź z domu. Nie kieruj się ambicją zostania pisarzem — w obecnej chwili masz wszystko, czego potrzebujesz, nie musisz się kimkolwiek stawać. Pisarzy jest co niemiara — naprawdę chcesz się dopasować do jakiegoś stereotypu? Zostać jednym z wielu? Czy to rzeczywiście takie nobilitujące, być pisarzem?

Po prostu pisz, kiedy najdzie cię ochota. Z biegiem czasu zrozumiesz, że ta mglista wizja, która wciąż cię prześladuje, jest czymś najważniejszym w świecie, i że wszystko inne w twoim życiu powinno być podporządkowane jej pełnemu wyartykułowaniu. Nie będzie w tym ani grama przymusu. A wielomiesięczna praca stanie się najprzedniejszą zabawą.

freestyle

2
Błęzydian pisze: Czy to rzeczywiście takie nobilitujące, być pisarzem?
Myślę, że jest nobilitujące. Pisarze mają też szczęście, że w Polsce społeczeństwo postrzega ich lepiej niż poetów, filozofów i innych humanistów (chodzi o współcześnie żyjących). Nie mam na to badań, tylko takie odczucie.

Jeśli dobrze zrozumiałem - nie warto się męczyć regularnym pisaniem, jeśli człowiek i tak pisze tylko do szuflady. No racja.

freestyle

3
slacker!, pisarzami nie zostają raczej zdobywcy, królowie życia - pisanie to w dużej mierze czynność zastępcza. Stąd zacytowane przez Ciebie pytanie.

I nie, kompletnie nie załapałeś sedna :) Chyba nikt nie pisze tylko do szuflady.

Chodzi o to, aby pisanie było najwłaściwszą odpowiedzią na to, czego w danej chwili potrzebujesz.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Dziennikarstwo i publicystyka”