Obrazek Weryfikatorium

[W]Znajomy, prawie trup... czyli wprawka absurdalno-tragiczna

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Czarna Emma
Umysł pisarza
Posty: 949
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

[W]Znajomy, prawie trup... czyli wprawka absurdalno-tragiczna

Postautor: Czarna Emma » wt 07 maja 2019, 16:42

Sięgnęłam osobistego dna... mam nadzieję, że tylko absurdu. :oops:

Nieznajomy siedział na kamiennych, prowadzących do grobowca schodkach. Za nim srebrnymi iskrami zawiasów połyskiwała krata, której dawno nikt nie otwierał. Zeschnięte kwiaty na najniższym stopniu już dawno pokrył kurz i tylko cmentarny spokój sprawiał, że jeszcze nie rozsypały się w pył.


Od bramy powiał wiatr i kilka liści ze szmerem przetoczyło się przez puste aleje. W oddali przeraźliwie zapiszczał ptak, zajęczała niedomknięta furtka. Nadchodził świt, choć jeszcze nie było go widać. Tylko pomrugujące na wschodzie gwiazdy wskazywały, że jest niedaleko, zaraz zrzuci czarny całun i zaleje ziemię krwawym światłem wstającego dnia.


Martwa noc rzedła coraz prędzej, choć na razie zobaczyć to mógł tylko ktoś, kto bardzo wytężył wzrok i zachował w pamięci najmniejszy szczegół minionej chwili. Czerń zmieniała się jak w kalejdoskopie ─ pulsowała i mieniła się tysiącem migoczących w pozornym bezruchu odcieni. Mimo to wciąż była litą masą nocy.


Gwiazdy na wschodzie mrugały coraz prędzej i słabły tak jak zmęczone serce powoli zamiera w piersi, choć człowiek nadal oddycha. Księżyc wyjrzał zza gęstych chmur, odsłonił światu blade, trupie odbicie słońca na swojej twarzy i zniknął. Niebo poszarzało. Między grobami zaśpiewał wiatr.


Nieznajomy spojrzał na wschód ─ czerwona poświata świtu zbroczyła szarzejący całun nocy, gwiazdy runęły w śmierć, aby zmartwychwstać pod wieczór. Nowy dzień rodził się powoli, ze świstem i mroźnymi podmuchami wiatru. Noc dobiegła końca. Siedzący na schodkach człowiek przeciągnął się i zapalił papierosa. Krótki błysk zapałki padł na bladą twarz i zapadłe, półprzymknięte oczy.


***


Stróż nocny poruszył się na łóżku. Czapka, którą wracając z obchodu cmentarza, rzucił na posłanie, uwierała go teraz w bok. Mężczyzna otworzył oczy, przetarł je ściśniętą w pięść, brudną dłonią. Zegarek na nocnej szafce wskazywał ósmą, za oknem śpiewały ptaki. Dzień trwał w najlepsze.
Strzałka minutnika przesunęła się o kilka kresek, kiedy stróż zerwał się z posłania, klnąc.


─ Brama! Brama! ─ krzyknął w stronę okna, choć wiedział, że nikt go nie usłyszy i będzie musiał sam otworzyć ciężkie wrota.


Mężczyzna wybiegł na zewnątrz, w locie chwytając wiszący na kołku u wejścia pęk kluczy. Wydał mu się nieco zbyt lekki, ale nie zaprzątał sobie tym głowy. Miał prawo być silniejszym po kilku godzinach pokrzepiającego snu i spokojnej, wolnej od wieczornego wyganiania włóczęgów służbie.


Po drodze do zachodniej bramy zauważył, że rodzinny grobowiec hrabiostwa Konoryszów ma czyste schodki ─ zazwyczaj podczas jesiennych wiatrów to właśnie na nich walało się najwięcej liści, które przy silniejszych podmuchach kręciły się w kółko na najniższym stopniu.


─ Widocznie musiał ten nowy zamieść. Ma chłop sentyment do staroci ─ mruknął do siebie stróż i zagwizdał. Zajęty gwizdaniem, nie zastanawiał się nad tym, dlaczego kupka liści pod potężnym jaworem urosła przez noc, a reszta alejek jest pokryta złocistym dywanem jesieni.


Przed bramą nie stał nikt, chociaż zazwyczaj o tej porze już czekały tłumy skrzeczących dewotek z ohydnie kolorowymi wieńcami papierowych kwiatów, których strzępy trzeba było zbierać aż pod kapliczką.


─ Pomór, czy co? ─ rzucił dozorca w stronę szarych nagrobków i wziął się za otwieranie bramy. Ciężkie skrzydła z jękiem poddały się naporowi silnych ramion, odsłaniając widok na cichą, brukowaną ulicę.


Stróż schował pęk kluczy do kieszeni, puścił oczko do śpiewającej na drzewie ptaszyny i zagwizdał wraz z nią. Jednak mroźne powietrze wdzierało się do nosa przy każdym wdechu, musiał więc zaprzestać artystycznych wybryków. Tym bardziej, że w bocznej alejce dojrzał ciemny kształt. Pospiesznie poprawił spodnie, zapiął rozporek i ruszył na spotkanie czarnej postaci.


─ Niech będzie pochwalony! ─ krzyknął jowialnie, podzwaniając kluczami.


Ksiądz nie odwrócił się ani nie podniósł głowy. Stróż podszedł bliżej i zagaił:


─ Z księdza to ranny ptaszek, ja widzę. Poprzedni proboszcz to do dziesiątej chrapał, a jak się go na sumę wołało, to… ─ Dozorca zamilkł. Coś mu nie pasowało w bezruchu duchownego, który na wzmiankę o lubiącym pospać proboszczu zawsze reagował żywym: „A co wy mi tu gadacie o przeszłości! Porządek ma być!” i gniewnie grzechotał różańcem. Ten jednak nie odwrócił się nawet, aby spojrzeć na mówiącego. Stał plecami do stróża, z lekko pochyloną głową i ani drgnął. W dodatku…


─ E, a od kiedy to ksiądz w spodniach na służbę… znaczy, upraszam łaski, na mszę chodzi? ─ niepewnie zauważył stróż, podchodząc jeszcze bliżej.


Czarna postać nie poruszyła się, więc dozorca postanowił sam zajrzeć jej w twarz. Ostrożnie wyjął pęk kluczy z kieszeni, chwycił za największy z nich i, niosąc go przed sobą niczym broń, obszedł nieznajomego dookoła.


─ O Jezus Maria! ─ zawołał.


Blada twarz o głęboko osadzonych, półprzymkniętych oczach z pewnością nie należała do nowego księdza.


─ Jakżeś pan tu wszedł?! ─ warknął po chwili stróż.


Nieznajomy, nie otwierając oczu, ledwo zauważalnie poruszył wargami. Dozorca nie miał pojęcia, jakim cudem tak dokładnie usłyszał wypowiedziane miłym tenorem słowa:


─ Klucze wiesza się nad łóżkiem, a nie w sieni, Ignasiu.


─ Wolne żarty! Drzwi przecież zamknąłem!


Czarna sylwetka poruszyła się, a na stróża spojrzało dwoje zupełnie różnych oczu ─ jedno z nich było zielone jak trawa na wiosnę, zaś drugie złote jak monstrancja.


─ Zamknąłeś? Na pewno zamknąłeś, Ignasiu? ─ W woskowo żółtej dłoni nieznajomego zabłysnął srebrny klucz.


Dozorca chciał odwrócić się i uciec gdzie pieprz rośnie z tego przeklętego miejsca, ale coś w spojrzeniu na czarno ubranego człowieka zatrzymywało go. Nie mógł przestać wpatrywać się w jego oczy.


─ Zamknąłeś? ─ Nieznajomy zaśmiał się, ledwo rozchylając przy tym sinawe, wąskie wargi. ─ Zamknąłeś?! ─ Chichotał coraz przeraźliwiej, chwiejąc się w rytm podmuchów mroźnego wiatru. Stróż dopiero teraz zauważył, że długi płaszcz tajemniczego gościa dziwnie pulsuje, co jakiś czas zmieniając swoją czerń o kilka tonów.


─ Jezus Maria, Józefie święty! ─ wyrecytował jednym tchem dozorca i zamknął oczy. Śmiech nieznajomego ogarniał go niczym wiatr, wnikał pod ubranie, wywoływał ciarki i mroził krew. Modlitwa nikła wśród tego szumu, słowa nie miały związku ani znaczenia.


─ Zamknąłeś! Wierzę ci, wierzę. ─ Naśmiawszy się do woli, zapewnił przybysz. ─ Nie módl się, szkoda twojego języka.


Stróż usłuchał i otworzył oczy. Zielono-złote spojrzenie nieznajomego patrzyło nań spokojnie, z niewielką dozą zainteresowania.


─ Ignacy, czy wiesz, kim jestem?


─ No masz! ─ Wbrew sobie odparł dozorca. Nagle uspokoił się zupełnie. ─ Nie mam pojęcia. Siłą nieczystą?


─ A fe, Ignasiu! ─ Skrzywił się przybysz. ─ Nie wolno tak obrażać czystych stworzeń. Choćby nawet nie były z twojego kręgu pojmowania. Idąc tym tropem, bogowie są również nieczyści, bo nie możesz ich zrozumieć. A przecież nie jest, sam wiesz… No więc?


─ Odczep się pan z tą zagadką! Nie mam pojęcia!


─ Podpowiem ci. Mamy podobną pracę.


Stróż wybałuszył oczy.


─ Cooo?


─ Mamy podobną pracę, Ignacy. Zarówno ja, jak i ty pilnujemy tu czegoś.


Ignacy prychnął.


─ Jeszcze pan powiedz, żeś pozamiatał wokół Konoryszaków!


─ Nie muszę zamiatać. Ty to robisz. Co prawda niezbyt dokładnie, ale robisz. Zgaduj zgadula.


─ Cieć?


Nieznajomy wyjął z wewnętrznej kieszeni palta czarną chustkę do nosa i, chichocząc, otarł błyszczące w kąciku zielonego oka łzy. Złote pozostawało suche i nieruchome. Dozorca pomyślał nawet, że może być ślepe.


─ Nie, nie… Ale już bliżej prawdy.


Ignacy milczał. Coś mu szeptało, że ta dziwaczna gra, w którą dał się wciągnąć, nie skończy się dobrze.


─ No czemu milczysz?.. Podpowiem: pilnuję, nie sprzątam.


─ Klawisz?


─ Wolę miano strażnika, ale klawisz brzmi całkiem swojsko. ─ Uśmiechnął się przybysz.


Stróż drgnął i poczuł wzbierający w trzewiach gniew. Nie czuł najmniejszego zdziwienia tym, jak nazwał się nieznajomy, ani faktem, że nadal nie wyjaśnił sposobu swego pojawienia się na cmentarzu. Te kwestie nagle wydały się dziwnie miałkie, wręcz oczywiste.[/AKAPIT]

─ Przepraszam za pardą, panie… hm… strażnik, ale co to za konkurencja jest?! Mnie wypłatę zmniejszyli, a tu nowego przyjmują!


─ Ja twojej zapłaty nie konsumuję ─ obruszył się przybysz. ─ Nie płacą mi ani trochę. Odkąd Grecy przestali bić obole, żyję bez złamanego grosza.


─ Obole? A to co za waluta?


─ Niedouczony ty jesteś, Ignacy. Ale pozwól, że dokształcisz się sam, nie mam głowy do tłumaczeń... Powiem ci jedno: poczytaj o antycznej Grecji.


─ Anstycznej? Toś pan… Zaraz, zaraz, frajer pompka! Żywy zabytek z narodowego muzeum pan strugasz?


„Strażnik” przewrócił zielonym okiem ─ złote wciąż patrzyło prosto.


„Szklane, czy co?” ─ pomyślał stróż.


─ Zabytki, mój drogi, nie mówią, sam wiesz. Pójdź kiedy do tego muzeum i znajdź rzeźbę, choć trochę podobną do mnie, a zobaczysz, że choćbyś dzień i noc szukał, nie znajdziesz… Zresztą, to się powoli robi nudne. ─ Właściciel różnokolorowych oczu ziewnął szeroko, przymykając powieki. ─ Na koniec dam ci radę, Ignacy: posprzątaj wreszcie u Konoryszów, bo wstyd im do zniczy podchodzić, muszą u pociotków Potockiego się grzać. .. I do muzeum pójdź na dniach…. No, idę już.


Dozorca drgnął, podrapał się po łysinie.


─ Panie, a jeśli ja tę rzeźbę znajdę, to co?


Przybysz zaśmiał się krótko.


─ To zabierz ją i mi przynieś. Porównamy z oryginałem.


─ A… A na ile procentów mogę od szanownego za operację liczyć?


─ Pocieszny jesteś, Ignacy. Zastanowię się. ─ Gość odwrócił się i postąpił w kierunku kapliczki, ziewając.


─ Zaraz! ─ zawołał stróż. ─ A jak pana godność? „Strażnik” mam wołać, czy jak?


─ Pojawię się tutaj pojutrze o szóstej. Tylko nie zaśpij jak dziś, Ignacy. Czekałem dwie godziny na mrozie, a to ─ trzepnął kościstym placem w czarny płaszcz ─ nie grzeje tak mocno przy wietrze. Zaś zniczy macie tu jak na lekarstwo.


Ignacy chciał o coś jeszcze zapytać, ale tajemniczy gość już zniknął. Stróż nadstawił uszu: po alejkach huczał tylko wiatr, nie słychać było żadnego podobnego do odgłosu kroków stukotu.


─ Cholera jasna, psiakrew! Wisz go, amatora sztuki anstycznej! Ale... może warto się wybrać? Hanka zara na wsi dzieciaka urodzi, a mamony więcej od tego nie będzie. A ten czarny może mieć. Ciekawe, po ile te jobole chodzą… ─ mruczał dozorca, idąc w kierunku swojej chatki.


Jego służba na dziś skończyła się, teraz cmentarza miał pilnować ten nowy, poczciwy rudzielec z piegami na nosie. Już słychać było od strony bramy pojękiwanie źle naoliwionego łańcucha od roweru.


Ignacy niedbale powiesił watowaną kurtkę na wystający ze ściany sionki kołek. Już miał tam z przyzwyczajenia odwiesić klucze, ale w porę przypomniał sobie czarną postać.


─ Nie, lepiej położę przy wyrku ─ mruknął, wchodząc do jedynego w chatce pokoju. Był on niewielki, niski, a ściany zdobiły rozmaite, domowej roboty makaty. Stróż lubił je, bo przypominały mu zmarłą kilka lat temu matkę. Kiedy był mały, uwielbiał podglądać, jak ostrożnie rozdzielała nici i w przedziwny sposób plątała je dopóty, dopóki nie wyszedł z nich bajeczny wzór.


Stróż położył klucze na nocnej szafce, przykrył różańcem. Przed snem przeżegnał się kilka razy i na wszelki wypadek zmówił Zdrowaśkę.


„Licho nie śpi” ─ pomyślał, naciągając pierzynę na uszy.


Za oknem hulał zimny, jesienny wiatr. Liście grzechotały po alejkach, gdzieniegdzie przy grobach sterczały nieruchome, do ziemi przygięte sylwetki pobożnych staruszek. Między skostniałymi od chłodu i starości palcami przesuwały się monotonnie koraliki różańca. Pomięte twarze smagał wiatr.
Stróż spał w najlepsze.


Przy grobowcu hrabiostwa Konoryszów stał ubrany na czarno, młody pan o bardzo bladej twarzy. Dewotki, mijając go, odwracały głowy. Nie znały przybysza i tylko modlitewny bezruch, w jakim tkwił, powstrzymywał je od wypytywania, kto zacz i kiedy przyjechał.


─ Patrz pani, Konoryszeszczak się objawił! ─ szepnęła jedna staruszka do drugiej, gdy przystanęły przy bramie, aby po raz ostatni wyszeptać: wieczne odpoczywanie.


─ Ta, objawił. Blady jakiś jak na panisko.


─ Iii tam, co pani. Jakie panisko? Te morgi to im przeca Ruskie jeszcze za cara pozabierały, a dworek z dymem w dwudziestem poszedł. Pewno w Hameryce był, tam wszystkie blade.


─ W Hameryce? Pani Agatko, bój się Boga!.. Słyszałam, że suchotnik z niego i gdzieś we Francji się leczył. Może przyjechał, bo mu niewiele zostało i chce na ziemi ojców kojfnąć.


─ U nas? Kojfnąć? Tfu! Wypluj pani to słowo!


─ A niby czemu?


─ A bo wiadomo, czego un się na tych kuracjach nabawił?... Słyszałam, że morowe powietrze we Francji jest.


─ Tfu! Bój się pani Boga! Tfu! Morowe? Skąd?


─ A bo przy jednym mieście średniowiecznem majstrują. Syn mnie mówił, on tam tera, proszę ja panią, na architekturze u stryjka jest.


─ Średniowiecznem? Co mi tu pani kit wciska? Dwudziesty wiek mamy, przed ruską zarazą świat obroniliśmy, a Francja we średniowieczu? Uch, brak im, widzę, naszego Marszałka. Ten by ich szybko wyciągnął.


─ Nie wciskam. Już ze trzydzieści lat temu to odkryli i odkopali, tera tylko badają. I syn ma tam na dniach pojechać, jak się ociepli. Oni, proszę ja panią, z tego Paryża wszędzie jeżdżą, jak nasze, nie przymierzając ułany na konikach… Pamiętasz pani, jak się na chłopców w dwudziestym machało? Oj, ładne to było, śliczne!


─ Co mam nie pamiętać? Sześć lat to nie wieczność. Tera to by się człek ze schodów nie stoczył, a już by przejechali. Teraz, pani, mają im motury dawać, Takie na mechanike.


─ Iiii, jednej brygadzie podobno. Wielka mi feta!


─ Feta, nie feta, pani kochana, ale ubrać się ładnie trzeba. A nuż jakiś mrugnie?


─ Mrugnie? Na panią? Chyba żeby powiedzieć, żebyś se pani na smętarnik wracała.


─ Z pani też nie lepsza krasawica!


─ Nie drzyj się pani, bo se, z przeproszeniem, wątpia naderwiesz i z miejsca na ziemię święconą trupem padniesz. A i Konoryszeszczak się obejrzał ─ dodała staruszka ciszej.


Obie dewotki spojrzały ukradkiem w stronę rodzinnego grobu hrabiostwa. Młody pan w czarnym płaszczu stał nieruchomo, z lekko pochyloną głową.


Agata trąciła towarzyszkę krzyżykiem od różańca pod żebro.


─ Idźmy, bo się jeszcze czym zarazim.


Staruszki zgodnie wykonały „w tył zwrot” i podreptały w kierunku rynku. Młody pan znad grobu hrabiostwa zniknął, rozpływając się w powietrzu.



obrazek
Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
Błęzydian
Zarodek pisarza
Posty: 17
Rejestracja: ndz 03 mar 2019, 13:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Znajomy, prawie trup... czyli wprawka absurdalno-tragiczna

Postautor: Błęzydian » śr 08 maja 2019, 21:09

Masz wyczucie językowe, frazie jako takiej nie można odmówić urody literackiej, choć wyłapałem dość sporo niezręcznych sformułowań. Błędem tego tekstu jest przede wszystkim nieciekawy początek - czytelnika trzeba najpierw zaintrygować, nim przejdzie się do nastrojowych opisów. Wstęp musi być mocny, zagadkowy, zawierać w sobie pytanie, na które będzie się chciało poznać odpowiedź.

Opis nadciagającego świtu nie przekonał mnie ze względu na wyrażenia silnie dynamizujące: "jak w kalejdoskopie", "coraz prędzej", które gryzą się z cmentarnym spokojem i chyba nie oddają wiernie stopniowego przechodzenia nocy w dzień. Dalsza część opowiadania też niespecjalnie mnie wciągnęła, enigmatyczna postać w czerni wydała mi się zbyt... literacka, stereotypowa. Dobrnąłem tylko do połowy (im dalej w las, tym więcej uchybień).

Nie przywiązuj tak dużej wagi do szczegółów:
Ignacy niedbale powiesił watowaną kurtkę na wystający ze ściany sionki kołek.

To w ogóle nie brzmi.

Szacun za to zdanie:
Martwa noc rzedła coraz prędzej, choć na razie zobaczyć to mógł tylko ktoś, kto bardzo wytężył wzrok i zachował w pamięci najmniejszy szczegół minionej chwili.

Choć "bardzo" do "wytęzył" raczej nie pasuje.

Ogółem biorąc, dużo jest tu niedociągnięć, ale i obiecujących fragmentów.



Awatar użytkownika
Bartosh16
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2899
Rejestracja: śr 01 wrz 2010, 11:20
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: [To_be_determined]
Płeć: Mężczyzna

Znajomy, prawie trup... czyli wprawka absurdalno-tragiczna

Postautor: Bartosh16 » czw 09 maja 2019, 20:12

Czarna Emma pisze:Tylko pomrugujące na wschodzie gwiazdy


Nie do końca mi brzmi to słowo.

Czarna Emma pisze:zaleje ziemię krwawym światłem wstającego dnia.


Kto widział wschodzące słońce, ten wie, że z krwią niewiele ono ma wspólnego. Jest przeraźliwie jasne, wściekłe, oślepia.
Chyba że to charakterystyczna cecha uniwersum. Ale o tym nie wiem.

Czarna Emma pisze:Gwiazdy na wschodzie mrugały coraz prędzej


Bym zapomniał. Gwiazdy nie mrugają, emitują światło ciągłe. Pulsary "mrugają", ale chyba nie o to chodzi.

Czarna Emma pisze:Księżyc wyjrzał zza gęstych chmur, odsłonił światu blade, trupie odbicie słońca na swojej twarzy i zniknął


Jak to "zniknął"?

Czarna Emma pisze:Krótki błysk zapałki padł na bladą twarz i zapadłe, półprzymknięte oczy.


"Rozbłysk" byłoby odpowiedniejsze IMO.

Czarna Emma pisze:Czapka, którą wracając z obchodu cmentarza, rzucił na posłanie


"Wróciwszy".

Czarna Emma pisze:Mężczyzna wybiegł na zewnątrz, w locie chwytając wiszący na kołku u wejścia pęk kluczy. Wydał mu się nieco zbyt lekki, ale nie zaprzątał sobie tym głowy. Miał prawo być silniejszym po kilku godzinach pokrzepiającego snu i spokojnej, wolnej od wieczornego wyganiania włóczęgów służbie.


Bardzo przegadany fragment. Zdecydowanie za dużo słów.

Czarna Emma pisze:rzed bramą nie stał nikt, chociaż zazwyczaj o tej porze już czekały tłumy skrzeczących dewotek


Bardzo często zaznaczone słowo jest zbędne.

Czarna Emma pisze: nadal nie wyjaśnił sposobu swego pojawienia się na cmentarzu


Kapkę kulawe.

Czarna Emma pisze:Zresztą, to się powoli robi nudne


Zgadzam się ze Strażnikiem. Trochę szybciej do meritum, bo na tym etapie dialog nuży, miast zaciekawiać.

Czarna Emma pisze:teraz cmentarza miał pilnować ten nowy


W większości zaimki wskazujące są zbędne.


Dialog dewotek ominąłem, sprowadza się do zwykłego, wiejskiego marudzenia dwóch starych bab, którego się nasłuchałem w kościele w rodzinnej wsi. Międlenie dla międlenia. Jeśli takim dialogiem chcesz zamknąć akcję, musisz go skrócić przynajmniej o połowę, żeby baby, nie rozumiejąc, o czym mówią, wyjaśniły czytelnikowi o co tak naprawdę chodzi. Wtedy to może Ci się udać. W przeciwnym razie zrobią Ci się z tego "Chłopi". Może znajdziesz fanów takiego pisania, nie będzie mnie wśród nich.

Tajemnicza czarna postać zasadniczo na plus, ale jak dla mnie jest za mało eksponowana i jej wizyta, choć interesująca, w ostateczności nie zaciekawia. W ostateczności okazuje się ubranym na czarno gościem na cmentarzu. Tyle. Tekst, mimo że napisany całkiem dobrze, nie zostawia mnie z zagwozdką: "A co było dalej?" lub też "A czemu tak?". A chyba o to chodzi.


"Racja jest jak dupa - każdy ma swoją" - Józef Piłsudski

Mój blog "Otwórz oczy"

Awatar użytkownika
Czarna Emma
Umysł pisarza
Posty: 949
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

[W]Znajomy, prawie trup... czyli wprawka absurdalno-tragiczna

Postautor: Czarna Emma » sob 11 maja 2019, 20:23

Ojej, a ja nie odpowiedziałam na komentarze... :oops:
Dziękuję Wam bardzo za pokazanie błędów i tego, co nudzi. Muszę nad tym pomyśleć. :)


obrazek

Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 597
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Znajomy, prawie trup... czyli wprawka absurdalno-tragiczna

Postautor: MargotNoir » śr 15 maja 2019, 21:55

Czarna Emma pisze:Source of the postNieznajomy siedział na kamiennych, prowadzących do grobowca schodkach.

Pierwsze słowo i już pytania.
Kim w tej sytuacji jest narrator/czytelnik?
Zaczynasz od opisu pewnej scenki widzianej bierną kamerą, nieistniejącą w świecie, w którym rozgrywa się historia i niewidzialną dla postaci. Narrator/czytelnik nie jest częścią opisywanego świata. W takiej sytuacji każda postać jest nieznana, póki jej nie nazwiesz i nie przedstawisz.
A jednak nazywasz postać "nieznajomym", jakby było w tym coś wyjątkowego. Pojawia się pytanie - dlaczego bycie nieznajomym go wyróżnia? Czy dlatego, że w przeciwieństwie do nieznajomego, ktoś w tej historii mógłby być już na samym początku znajomy?
Czy ja, czytelnik, jestem częścią historii? Krewnym zmarłego pochowanego na cmentarzu? Częścią społeczności? Skąd wiem, że ten facet na schodach to nieznajomy, a nie po prostu facet na schodach?

Czarna Emma pisze:Source of the post
Za nim srebrnymi iskrami zawiasów połyskiwała krata, której dawno nikt nie otwierał. Zeschnięte kwiaty na najniższym stopniu już dawno pokrył kurz i tylko cmentarny spokój sprawiał, że jeszcze nie rozsypały się w pył.
Od bramy powiał wiatr i kilka liści ze szmerem przetoczyło się przez puste aleje.

Widać połyskiwanie zawiasów, kurz na kwiatach.
Zaraz potem piszesz, że jest noc.
Nie. Skoro ja, czytelnik, oglądając cmentarz oczyma Twojego narratora widzę kurz na kwiatach, to musi być jasno.

Czarna Emma pisze:Source of the post
Czerń zmieniała się jak w kalejdoskopie ─ pulsowała i mieniła się tysiącem migoczących w pozornym bezruchu odcieni. Mimo to wciąż była litą masą nocy.

Albo jedno, albo drugie. Lita masa się nie zmienia, jak w kalejdoskopie. Poza tym, jak już zauważono, kalejdoskop jest zdecydowanie zbyt dynamiczny jak na senny poranek na cmentarzu.
Czarna Emma pisze:Source of the post

Gwiazdy na wschodzie mrugały coraz prędzej i słabły tak jak zmęczone serce powoli zamiera w piersi, choć człowiek nadal oddycha.

Nie tak się umiera.

Czarna Emma pisze:Source of the post

Nieznajomy spojrzał na wschód ─ czerwona poświata świtu zbroczyła szarzejący całun nocy, gwiazdy runęły w śmierć, aby zmartwychwstać pod wieczór.

No i tu się trochę zgodzę z przedpiścą, a trochę nie. To, czy słońce po wchodzie od razu jest żółte/białe zależy od tego, gdzie się znajdujemy. Mimo wszystko jednak poranek kojarzy się raczej z chłodnymi kolorami i ewentualnie liźnięciem różu.

Czarna Emma pisze:Source of the post

Nowy dzień rodził się powoli, ze świstem i mroźnymi podmuchami wiatru. Noc dobiegła końca.

Jedno albo drugie. Jak nowy dzień się rodzi, to zazwyczaj oznacza, że noc dobiega końca.

Czarna Emma pisze:Source of the post


Stróż nocny poruszył się na łóżku. Czapka, którą wracając z obchodu cmentarza, rzucił na posłanie, uwierała go teraz w bok.

Co powiesz na "rzucona na posłanie po powrocie z obchodu"?

Czarna Emma pisze:Source of the post
Mężczyzna otworzył oczy, przetarł je ściśniętą w pięść, brudną dłonią. Zegarek na nocnej szafce wskazywał ósmą, za oknem śpiewały ptaki. Dzień trwał w najlepsze.

Kiedy ostatni raz słyszałaś ptaki śpiewające rano jesienią?

Czarna Emma pisze:Source of the post

Strzałka minutnika przesunęła się o kilka kresek, kiedy stróż zerwał się z posłania, klnąc.

Zanim.
W obecnej formie to znaczy, że dokładnie w momencie, gdy stróż się zerwał, strzałka minutnika magicznie przeskoczyła do przodu.

Czarna Emma pisze:Source of the post
─ Brama! Brama! ─ krzyknął w stronę okna, choć wiedział, że nikt go nie usłyszy i będzie musiał sam otworzyć ciężkie wrota.

Zatem po członek krzyczał?

Czarna Emma pisze:Source of the post

Mężczyzna wybiegł na zewnątrz, w locie chwytając wiszący na kołku u wejścia pęk kluczy.

A weźże mu nadaj imię. Narrator teraz siedzi w głowie stróża, głupio pisać o sobie "mężczyzna".

Czarna Emma pisze:Source of the post

Wydał mu się nieco zbyt lekki, ale nie zaprzątał sobie tym głowy.

Pęk wydał, a zatem pęk nie zaprzątał.

Czarna Emma pisze:Source of the post
─ Widocznie musiał ten nowy zamieść. Ma chłop sentyment do staroci ─ mruknął do siebie stróż i zagwizdał. Zajęty gwizdaniem, nie zastanawiał się nad tym, dlaczego kupka liści pod potężnym jaworem urosła przez noc, a reszta alejek jest pokryta złocistym dywanem jesieni.


Mnie to szczerze mówiąc też nie zastanawia. Stróż zna odpowiedź - młody zamiótł wybiórczo ten konkretny grobowiec, bo lubi starocie. Kupka urosła, bo tam zostały zmiecione liście. Jasna sprawa.


Czarna Emma pisze:Source of the post

─ Pomór, czy co? ─ rzucił dozorca w stronę szarych nagrobków i wziął się za otwieranie bramy. Ciężkie skrzydła z jękiem poddały się naporowi silnych ramion, odsłaniając widok na cichą, brukowaną ulicę.

Czyli cmentarz był zamykany bramą garażową / wrotami od hangaru? Dlaczego dopiero po otwarciu bramy pojawił się widok?

Czarna Emma pisze:Source of the post

. Pospiesznie poprawił spodnie, zapiął rozporek i ruszył na spotkanie czarnej postaci.

Był menelem czy sikał przy bramie?

Czarna Emma pisze:Source of the post

Czarna postać nie poruszyła się, więc dozorca postanowił sam zajrzeć jej w twarz. Ostrożnie wyjął pęk kluczy z kieszeni, chwycił za największy z nich i, niosąc go przed sobą niczym broń, obszedł nieznajomego dookoła.

Jeśli chwycił za klucz, to miał go w całości w dłoni - najgorsza opcja, jeśli faktycznie chciał się nim bronić.
Poza tym, jest ogromna różnica między pokazywaniem, że mamy broń celem uniknięcia walki, a prawdziwym przygotowaniem się na ewentualną walkę za pomocą czegoś, co niekoniecznie do obrony się nadaje. Dumnie i otwarcie prezentujemy wielki majcher, pistolet, tonfę, niechby nawet i patelnię. Klucz, który może dawać nikłą przewagę mamy w pogotowiu, ale nie na widoku.

Czarna Emma pisze:Source of the post


Nieznajomy, nie otwierając oczu,

Miał półprzymknięte, czyli otwarte.

Czarna Emma pisze:Source of the post

─ Wolne żarty! Drzwi przecież zamknąłem!


Ignaś jakoś za szybko podejmuje grę. Nie spyta, skąd Nieznajomy wie o kluczach?
Czarna Emma pisze:Source of the post

Dozorca chciał odwrócić się i uciec gdzie pieprz rośnie z tego przeklętego miejsca, ale coś w spojrzeniu na czarno ubranego człowieka zatrzymywało go. Nie mógł przestać wpatrywać się w jego oczy.

Ej, coś słaby powód. Jestem na cmentarzu, objawił mi się Szatan, duch potępiony, upiór czy coś, ale nie ucieknę, bo ma ładne oczy.

Czarna Emma pisze:Source of the post

długi płaszcz tajemniczego gościa dziwnie pulsuje, co jakiś czas zmieniając swoją czerń o kilka tonów.

To jest w całości do przepisania.

Czarna Emma pisze:Source of the post

─ Jezus Maria, Józefie święty! ─ wyrecytował jednym tchem dozorca i zamknął oczy. Śmiech nieznajomego ogarniał go niczym wiatr, wnikał pod ubranie, wywoływał ciarki i mroził krew. Modlitwa nikła wśród tego szumu, słowa nie miały związku ani znaczenia.


Nie wiem, dlaczego, ale ni kuku nie umiem sobie tego wyobrazić, choć doskonale wiem, o co Ci chodzi. Tak, jakby tekst informował o tym, co chciałaś opisać, ale nie był opisem tego zjawiska.
Czarna Emma pisze:Source of the post
Stróż usłuchał i otworzył oczy. Zielono-złote spojrzenie nieznajomego patrzyło nań spokojnie, z niewielką dozą zainteresowania.

Spojrzenie nie patrzy.

Czarna Emma pisze:Source of the post

─ A fe, Ignasiu! ─ Skrzywił się przybysz. ─

Ktokolwiek oprócz bon krnąbrnych dziatek z początku XX wieku tak mówi?

Czarna Emma pisze:Source of the post


─ Wolę miano strażnika, ale klawisz brzmi całkiem swojsko. ─ Uśmiechnął się przybysz.


Stróż drgnął i poczuł wzbierający w trzewiach gniew. Nie czuł najmniejszego zdziwienia tym, jak nazwał się nieznajomy, ani faktem, że nadal nie wyjaśnił sposobu swego pojawienia się na cmentarzu. Te kwestie nagle wydały się dziwnie miałkie, wręcz oczywiste.


No dobrze...

Miał być absurd, ale absurd rządzi się nieco innymi prawami. Tutaj tekst wygląda tak, jakby mimo wszystko aspirował do strzępków jeśli nie realizmu, to chociaż zachowania logiki ciągów przyczynowo-skutkowych. Innymi słowy sugeruje, że jest sens doszukiwać się w nim sensu.
Ale.
Kompletnie nie ogarniam motywacji i procesów myślowych stróża. Najpierw boi się o własną skórę bo gada z duchem, sika w portki, bo zaraz go Złe weźmie do piekła, błaga świętych o ochronę, a minutę później obchodzi go, że upiór wygryzie go z posady.

Czarna Emma pisze:Source of the post

─ Cholera jasna, psiakrew! Wisz go, amatora sztuki anstycznej! Ale... może warto się wybrać? Hanka zara na wsi dzieciaka urodzi, a mamony więcej od tego nie będzie.



Kim jest dla stróża Hanka? Wyrażenie "na wsi" wskazuje, że jakąś losową i zupełnie niezwiązaną z nim kobietą ze wsi. W takim razie dlaczego jej dziecko miałoby wpływać na sytuację finansową stróża?

Czarna Emma pisze:Source of the post
panisko
morgi
Ruskie jeszcze za cara pozabierały,
Hameryce
bój się Boga
kojfnąć
morowe powietrze
kit wciska
nie przymierzając
krasawica!
wątpia



Nic Cię nie kłuje w oczy w tym doborze słów?

Ogólnie:
Było kilka momentów, które przemówiły do wyobraźni, głównie z początku. Opisy, mimo kilku przesad i niezgrabności, na plus. Język jest na pewno mocną stroną tego tekstu. Warto przemyśleć kwestię narratora: co widzi, co wie, co przekazuje czytelnikowi, kim jest w historii, jak się ma do postaci i historii.
Co do samej historii... nie widzę tego absurdu, albo widzę go nie tam, gdzie powinien być, to znaczy nie widzę absurd tworzonego w pełni świadomie, zamierzonego, pewnie poprowadzonego. Są zajścia, które nie mają sensu, a to co innego.



Awatar użytkownika
Czarna Emma
Umysł pisarza
Posty: 949
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

[W]Znajomy, prawie trup... czyli wprawka absurdalno-tragiczna

Postautor: Czarna Emma » śr 15 maja 2019, 22:06

MargotNoir, bardzo, ale to bardzo Ci dziękuję za tak drobiazgowy komentarz. Miło mi, że zajrzałaś.


obrazek

Kliknij obrazek, aby powiększyć

Awatar użytkownika
echO
Pisarz domowy
Posty: 118
Rejestracja: sob 08 cze 2019, 23:27
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]Znajomy, prawie trup... czyli wprawka absurdalno-tragiczna

Postautor: echO » pn 10 cze 2019, 00:37

Kłaniam się nisko. Przeczytałem i teraz śpieszę z feedbackiem.

Rany Julek! Pierwszy raz trafiłem na tekst, który otwiera się tak, jak moja powieść. Tak niecodziennie (no serio pierwszy raz coś takiego widzę) i tak ciężko. To się naprawdę ciężko trawi i choć dałbym sobie ręce uciąć, że wszystko to zależy od wprawy i może jeszcze talentu (zatem wcale nie trzeba rezygnować z obszernego opisu świtania wyszukanymi słowy), to tutaj tej wprawy i talentu chyba ciut brakuje (w moim tekście zresztą też, bez obaw). Musiałem o tym wspomnieć, bo to bardzo uświadamiające doznanie, a poza tym srogo naszukałem się literatury, w której znalazłbym podobną decyzję, i to wdrożoną na samym już starcie.
Moim zdaniem wyszło ci to średnio, a gdybym miał pomóc i powytykać, co może być tego powodem, wytknąłbym tak:
Czy zawiasy kraty koniecznie muszą być srebrne? Spoko, ale czy zatem muszą połyskiwać iskrami? Chodzi mi tylko o nadmiar słów, ja wiem, narrator nie mówi tutaj o iskrach w znaczeniu krzesanego ognia. Kwiaty rozsypujące się w pył to tak drastyczna sugestia, że odruchowo czytelnik przyjmuje ją z dystansem, który tylko zaburza odbiór. Gwiazdy jak najbardziej pomrugują, cokolwiek by kto nie mówił - co ciekawe, każdy to może sprawdzić dziś w nocy - ja bym się jednak przyczepił do tego, że mrugają one akurat na wschodzie, z pewnością z winy wstającego słońca, tak? Akurat tam, na wschodzie, gwiazdy zaczną raczej blaknąć jako pierwsze, nie skupiałbym się na ich mruganiu, zwłaszcza, że to po prostu trzeba zauważyć i ktoś może (choć ciężko mi w to uwierzyć) rzeczywiście przeoczyć fakt, że "mrugają". Nie wiązałbym więc tego z obrazem ich pomrugiwania, to tak nie wygląda (i to też łatwo sprawdzić) gwiazdy mrugają ogółem i to najlepiej widać przy głębokiej nocy, zatem ta sugestia wypada trochę meh, jak to mówią. To jednak mało ważny detal, gorzej rzecz się ma ze świtem, który ma zrzucić czarny całun. Po pierwsze: ja też korzystam z takich kalk, to jest po prostu ładne. Czarny całun jako noc. Okej. No ale umówmy się, to niziutkie zagranie. Tutaj pada ono dwukrotnie bardzo prędko, a w dodatku całun ten zrzuca kto/co? Świt. Skoro tak, to widziałbym tu koniecznie dookreślenie, że zrzuca go ze świata, może nawet zrywa zasłonę nocy, bo w obecnej postaci wygląda na to, że świt ma go na sobie - a świt to bardziej zjawisko, niż obiekt jak np. słońce, które od biedy (od biedy) mogłoby mieć na sobie całun nocy i go zrzucić - aczkolwiek to też mało utrafione, przecież słońce jest po prostu "pod horyzontem". Co gorsza świt zaleje świat światłem wstającego dnia - tymczasem świt jest wstającym dniem. Analogicznie to trochę jakby napisać: "kroki zwiastują, że przybywa Marek, zaraz zrzuci całun ciszy i zaleje scenę postacią chłopca" - i niby Marek to chłopiec, zgadza się, ale dziwna toto konstrukcja, nie? Niby skoro przyjdzie, to (choćby samym oddechem) "zrzuci całun ciszy", ale z czego zrzuci, to już nie napisane, a więc domyślnie jest, że sam z siebie - mimo że nie chodzi o niego, a o miejsce, do którego przybywa - okrytym dotąd całunem ciszy. To samo ze świtem. Świt przyjdzie, zrzuci całun ciemności i zaleje wszystko światłem świtu.
Ja wiem, że to są takie małe pizdryki (poza tym możesz się z tym wszystkim nie zgadzać) ale one składają się na odbiór całego zdania.
Rzeczywiście krwawe światło mi tu nie pasuje. Świt potrafi być krwawy, ale tutaj mamy do czynienia bądź co bądź z antycypacją; w zasadzie nie wiem, czemu aż tak, ale razi mnie, że jest ona tak drastyczna. Zupeeeełnie inaczej by się sprawy miały, gdyby ten świt wreszcie przyszedł. I tu chyba jest pies pogrzebany. To wszystko ma się dopiero wydarzyć i nie mówię, że nie można w tę stronę, ale w obecnej postaci chyba ci to nie wyszło.
Czarna Emma pisze:Source of the postMartwa noc rzedła coraz prędzej, choć na razie zobaczyć to mógł tylko ktoś, kto bardzo wytężył wzrok i zachował w pamięci najmniejszy szczegół minionej chwil

Wiesz, opisujesz przejście jednego odcienia szarości w drugi w wielokrotnie złożonym zdaniu, które kładzie nacisk na to, że jest to okrutnie małe i powolne przejście, posiłkując się przy tym w dodatku wizją kogoś, kto "wytęża wzrok i zachowuje w pamięci..." Po pierwsze: zbudowany dotąd wcale fajny klimat mdleje raptem od nudy. A po drugie: to jest zupełnie zbędne i przedłużające - a jest też ciężkie do przeczytania.
"Czerń zmieniała się jak w kalejdoskopie ─ pulsowała i mieniła się tysiącem migoczących w pozornym bezruchu odcieni."
To jest zupełnie nie na miejscu. Nie wiem, jak to skomentować. Po prostu nie, doradzam, nie. Wytnij. Mówię to z całym szacunkiem. Opisujemy czerń, a tu pulsowanie, kalejdoskop, mienienie się, tysiące migoczących odcieni, nie, za dużo, za ciężko, a nielogicznie i koniec końców bez zrozumienia przez czytelnika. W ogóle to każdy z nas wie, jak wygląda wschód słońca, prawie bezwiednie i automatycznie zatem przeskakujemy do jego ujrzenia, zbytnie skupianie na najdrobniejszych zmianach i szczegółowe opiewanie tego zawsze jest ryzykowne i po prostu trudne. A przypominam, że mówi to ktoś, kto również się na takie coś zdecydował :D Mam tylko nadzieję, że skupiłem się na istotniejszych kwestiach, ale to się (być może) jeszcze tutaj sprawdzi.
Masz powtórzenie "coraz prędzej".
Kurde... sam czynię takie porównania, odbiegające od opisywanej sytuacji... ale dopiero tutaj widzę, jaki opłakany potrafi to mieć efekt. Chodzi mi o migotanie gwiazd i nagle wizja gasnącego serca. Nie wiem, chyba to jest po prostu za długie, chyba przydałoby się to napisać zwięźlej i już by było lepiej. Nie wiem. Dochodzi do tego kolejne zaburzenie logiki - serce zamiera a człowiek oddycha... Może tak autentycznie jest, cholibka, nie wiem, serce mi jeszcze nie stanęło. Mimo to zapytałbym po prostu: po co to? Nie tylko po co wywoływać w czytelniku poważne zwątpienie, czy autor wie o czym pisze (jest lekarzem? miał/widział zejście?) ale co ważniejsze: po co porównywać zatrzymanie serca przy jednoczesnym oddychaniu do gasnących na firmamencie gwiazd, które, zgoda, nie pryskają w rzeczywistości, tylko przestają być widoczne z ziemi gołym okiem, ale to w takim razie nie najlepsze porównanie.

Pewnie ma się teraz wrażenie, że stratowałem cały ten wstęp, ale niezupełnie. To, co nie zacytowałem i nie skrytykowałem, jest wcale dobre, a rozwlokłem się nad tym, co wydaje mi się uchybieniami, ponieważ chcę pomóc :) A poważnie cięęęężko się czyta początek. Dalej już nie będę tak wybebeszał wszystkiego. Tylko ten wstęp jest (dla mnie) niezwykły.

ciemny kształt; czarnej postaci - dopiero tu się zatrzymałem. Po drodze nic mnie jakoś nie poraziło, czyta się okej (przyczepiłbym się pewnie do wirujących liści na ostatnim stopniu - po prostu zbędne, ale dobra - tylko po co? tak się źle czyta). No więc niepotrzebnie mnożysz epitety. W tym wypadku już samo przekreślenie słowa "czarnej" by dało poprawę.

Czy spojrzenie patrzyło nie wydaje ci się tautologią?

Czarna Emma pisze:Source of the post bogowie są również nieczyści, bo nie możesz ich zrozumieć. A przecież nie jest, sam wiesz…

A przecież nie jest? Czy "nie są"?

No, czyli rzeczywiście wprawka. Nie zapytam więc, po co tyle starania na początek, żeby odmalować świt tak, coby niejeden z wycieńczenia zasnął :D Spokojnie, ja serio mam podobną scenę, podobne ciężką. I to w powieści! Nie zapytam też, o czym to w końcu miało być. Wprawka to wprawka. Całkiem sprawnie napisane, miłe dialogi. No tylko ten sens tak pod koniec bardzo umykał, świadomość, że to donikąd zmierza, była przykra. Nie wiem też, czemu strażnik poszedł spać... Przegapiłem coś?




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości