Duch i ziemia [obyczaj]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2517
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: Adrianna » pt 23 lis 2018, 23:25

Duch i ziemia



– Pamiętasz, Łucja, jak chodziłyśmy tu razem? Jeszcze małe?


Przykulona wiekiem kobieta w jesiennym płaszczu siedziała na skraju płyty nagrobnej. Pomarszczoną dłonią o długich palcach gładziła czarny, polerowany granit.


– Ten twój Janek wspaniale o wszystko zadbał, tylko młody jeszcze. Nie wie, że przy grobie trzeba postawić ławeczkę. Wmurować, żeby nie ukradli.


Zamyśliła się. Dziś ziemia na Cmentarzu Bródnowskim trwała w jakimś napięciu. Sonia znała każde jej drgnienie, każdy oddech. Tu wychowały się jej zmysły. Tu nauczyła się empatii wobec ducha i pamięci o ludziach.


– To fascynujące, Łucjo, że ciebie to miejsce nauczyło czegoś zupełnie odwrotnego – empatii w stosunku do ludzi i pamięci o duchu. I obie zrobiłyśmy z tym coś dobrego.


Zaśmiała się z pewnym trudem, zakaszlała. Jak na wczesny grudzień było ciepło, ale powietrze miało już tę zimową ostrość, która drażniła gardło.



Mężczyzna w czarnym płaszczu wyłonił się zza okazałego, białego grobu. Złożono w nim ośmioletnią dziewczynkę i Sonia zawsze czuła sprzeciw krewnych, którym nasiąkła ziemia wokół niego. Tutaj, w miejscu, gdzie pochowano Łucję, było dużo ciepłego bólu. Takiego, którego cierpiący jeszcze nienawidził, ale który doświadczona życiem staruszka już ceniła. Sonia zmrużyła lekko oczy – z daleka słabo widziała. Najpierw uchwyciła pewne, żołnierskie ruchy, potem długie blond włosy i wreszcie twarz nieco nazbyt delikatną, jak na wiek mężczyzny – miał już przecież dobrze po trzydziestce. Wszystko tak, jak się spodziewała. Zawiesiła spojrzenie na dwóch białych różach, które niósł w dłoni.


Zatrzymał się przy grobie, na którym siedziała Sonia. Spojrzał z niepokojem.


– Przepraszam… Źle się pani poczuła?


– Nie. Przyszłam na grób przyjaciółki.



Jan przywołał przed oczy twarze wszystkich koleżanek pani Łucji, które przez lata zapamiętał, ale tę kobietę widział pierwszy raz.


– Pan jest zapewne Janek? Znaczy… Jan… – podjęła.


– Tak, zgadza się. Może być Janek, jak pani wygodniej. Przepraszam, chyba nigdy nie miałem okazji…


– Sonia Urman. Mieszkałam długo w Danii, więc nie spotkaliśmy się wcześniej. Ale pamiętam pana z pogrzebu.


Spiął się, jakby ktoś go nagle chwycił za gardło.


– Nie było mnie na pogrzebie – wykrztusił, ściągając plecak z ramienia i wyciągając nerwowo znicze.


Wyglądał, jakby chciał się zamiast nich schować w środku.


– Tak, ale pańskie słowa czytał taki młody, uroczy mężczyzna. Takie piękne słowa.



Pewnie najpiękniejsze i najgorsze słowa w życiu Jana. Dotąd pamiętał każde z nich i rozpacz im towarzyszącą. Nie tylko nie był przy pani Łucji, kiedy ją żegnano. Nie był też, gdy nagle stan jej serca się pogorszył. Nie był, gdy umierała sama w szpitalu, do końca modląc się o jego zdrowie.


Leżał w szpitalnej izolatce, pisał i płakał. Wiedział, że dla dalszej rodziny i znajomych pani Łucji, których nigdy nie poznał, będzie anonimowy. Podejrzany. Typ, który pojawia się znikąd i zawłaszcza sobie organizację pogrzebu. Typ, któremu umierająca staruszka zostawiła wszystko… On wiedział, że przede wszystkim serce, oni myśleliby o domu i pieniądzach. I tych myśli się bał. O siebie się nie lękał, wątpił zresztą wtedy, że wyjdzie ze szpitala. Nie chciał, by zdominowały pogrzeb. By przesłoniły panią Łucję. Opowiedział więc o wszystkim. O tym, jak pogrążona w żałobie starsza pani – ledwie rok po stracie syna, synowej i ukochanego wnuka – postanowiła dać schronienie piętnastolatkowi z ulicy.


„Szybko zaczęła podejrzewać, że uciekłem z domu. Lecz w tamtym czasie o tym nie napomknęła. Płaciła mi drobne kwoty za pomoc przy różnych sprawach, przygotowywała czasem obiad i bacznie obserwowała. Aż pewnego dnia spytała, czy nie chcę przenocować. Był grudzień, taki prawdziwy, mroźny. Wiedziała, że może mnie gdzieś zgłosić. Że jeśli nawet nie mam dokąd wracać, to jest policja, są domy dziecka. Ale uszanowała moją niezgodę. I nie potrzebowała do tego nawet jednej rozmowy.


W tej historii najważniejsze jest to, co zrozumiałem dopiero po czasie. Wielu mówiło, że zdobyłem jej serce, bo byłem w zbliżonym wieku do Maćka – jej wnuka, który zginął w wypadku. Też na początku tak myślałem, gdy ze łzami w oczach wspominała rodzinę.


Ale było inaczej. Pani Łucja nie szukała we mnie zastępstwa. Ani też nie próbowała ukoić własnej samotności. Ona postanowiła dać komuś rodzinę. Straciła swoją o wiele za wcześnie i te pokłady ciepła i troski, które wszyscy pewnie pamiętają, tkwiły w niej niewykorzystane. Ona godziła się z samotnością – pięknie ją przeżywała. Lubiła swoje towarzystwo i mając pełną świadomość jego wartości chciała je komuś jeszcze dać. Miałem szczęście być osobą, na którą to trafiło. Której odmieniła życie. Nie tylko dając w najtrudniejszym momencie dach nad głową i troskę, ale właśnie zaufanie i normalność. I przyjaźń. Przez ponad dwadzieścia lat. Do ostatnich jej dni.


Podobnie zresztą przygarniała każdego, kto pojawiał się w pobliżu. Wielu moich przyjaciół wspomina wspólne…”.



Dziś był właśnie piąty grudnia – dokładnie dwadzieścia jeden lat temu zaproponowano mu – tak subtelnie i bez rozjątrzania ran – dom. Pierwszy prawdziwy dom w życiu. Jan wymamrotał do Soni jakieś słowo podziękowania za komplement, ustawił znicze – wszystkie gliniane, otwarte z wyraźnym, radosnym płomieniem. Kobieta uśmiechnęła się w duchu – Łucja takie kochała. Czasem przypominała: „Jak umrę, wolę pusty grób niż w tym całym szkle i sztucznych kwiatach”.



– Będę szedł. Nie potrzebuje pani jakiejś pomocy? – upewnił się Jan, gdy skończył milczące rozmowy ze zmarłą.


Sonia siedziała z zamkniętymi oczami, smakując razem z duchem cmentarza ciepłych wspomnień. Jan przelał na Łucję wszystkie uczucia, które dziecko ma dla swoich rodziców, babć i cioć. Stworzył z nią więź rodzinną, ale w pewien specyficzny sposób dojrzałą i racjonalną. Jej zerwanie bolało straszliwie, pozostawiło ciągle jątrzącą się ranę, której żadne odwiedziny na grobie nie mogły ukoić… Ale leczyły. Ukradkiem, wbrew logice, którą Jan bronił się przed uzdrowieniem.


– Dziękuję, że pan pyta… Nie chcę robić kłopotu, ale jakby można o towarzystwo poprosić… Ściemnia się. Nie boję się, nawet lubię cmentarz nocą, ale w pewnym wieku człowiek słabo widzi po zmroku.


Cmentarne alejki pełne były nierównych murowań wokół grobów, korzeni drążących ziemię i wystających z piasku czy powybrzuszanego asfaltu. Jan bez wahania skinął głową, po czym zmieszał się lekko. Sonia spojrzała na dwie białe róże. Ich nie położył na nagrobku Łucji.


– A… Bo pan pewnie jeszcze dalej idzie?


– Mam tu jeszcze jeden grób. Ale odprowadzę panią do wyjścia i…


– Mogę potowarzyszyć, jeśli nie mam pan nic przeciwko.


– Nie przeciwko. Po prostu to daleko. Pięćdziesiąta aleja.


– Lubię spacery. Tylko nie chcę się narzucać…


– Absolutnie. Jeśli nie jest pani zmęczona, to idziemy.


Uśmiechnął się i podał jej ramię.



Kwatera 50J. Sprzed przeszło trzydziestu lat, kiedy chowano tu Klaudię, Jan zapamiętał wielką pustkę i przeświecający między ogołoconymi z liści drzewami płot cmentarza. I strach. Bo choć miał ledwie pięć lat, wiedział już, że macocha była jego tarczą przed tym potworem kiwającym się na nogach nad jej grobem. Ojciec nawet na pogrzebie musiał sobie ukradkiem golnąć.


Skręcili, ostrożnie schodząc z asfaltu.


– Ja może tu zaczekam. Dam panu przestrzeń – powiedziała cicho Sonia.


Skinął głową i spojrzał w stronę grobu. Zmartwiał. Potwór znowu tam stał. Zarośnięty, ubrany w brudną, pikowaną kurtkę, zgarbiony. Inny niż wtedy, a jednak ten sam. Na marmurowej płycie świeciła się pojedyncza lampka. Jan wziął głęboki oddech. Próbował powstrzymać nienawiść, która zalewała go na widok ojca, ale nie potrafił. Szczęściem była zimną mieszaniną pogardy, żalu i obrzydzenia, nie zaś grożącym wybuchem gniewem.


„Nie muszę nawet patrzeć mu w twarz”.


Przeszedł między pomnikami i zatrzymał się naprzeciwko prostej, ciemnoszarej płyty. Ojciec przesunął się o pół kroku, pociągnął głośno nosem i wcisnął podbródek w kołnierz kurtki. Jan zapalił znicze, oświetlając pojedynczą, białą lilię rzuconą między zwiędłe chryzantemy. Sprzątał stare kwiaty i zmiótł zeschłe liście. Zapadł się w trochę nerwowej, niemej rozmowie z Klaudią, w której obecność topornego cienia przy ramieniu drażniła. Starał się o nim do niej nie mówić. Nie chciał jej dręczyć. Tym razem jednak nie potrafił. Zrezygnowany spojrzał po białych różach, które wciąż czekały obok. Wybrał jedną i położył na nagrobku.


– Róże… No tak – jęknął nagle Mateusz.


Patrzył na grób ze zbolałą miną. Wzdrygnął się, przeszyty nagłym dreszczem i jeszcze mocniej pochylił głowę.


– Pamiętałem, że jej ukochane były białe… Ale właśnie nie pamiętałem, które kwiaty. Lilię kupiłem. Tak przez cmentarz mi się skojarzyło.


Jan przełknął z trudem ślinę. Od ojca nie wionęło alkoholem. Mówił trochę niewyraźnie, ale nie bełkotliwie. Nawet ręce mu się nie trzęsły – znak, że nie tylko był czysty, ale i zdołał przeczekać zespół odstawienny. Tak naprawdę Jan go takim nie znał.


– Miałem pięć lat, kiedy umarła. I pamiętałem – mruknął.


Obrócił się z ciężkim westchnieniem ku wylotowi alejki. Pani Sonia stała tam, patrząc bacznie na niego. Choć tonęła w półmroku, czuł jej wzrok jak dotyk albo raczej wilgotną mgłę. Ona na coś czekała, czy raczej była czekaniem. Miał wrażenie, że wręcz nie swoim własnym, lecz jakimś niewyjaśnionym, ogólnym oczekiwaniem ducha czy rzeczywistości.


– Wiem… – Napłynęło cichutko zza pleców mężczyzny. – Wiem. Żałuję. Pomyślałem, że dziś przyjdę i przeproszę… I nie wyszło. Z tym kwiatem.


– Rychło w czas.


– Dopiero sześćdziesiąt siedem dni nie piję…


Jan dalej stał znieruchomiały. Gwałtowne słowa, które w nim buzowały, spłynęły w zimną ziemię cmentarza. Nie miał siły walczyć. Nawet pierwsza, z pozoru agresywna odpowiedź nie miała być ciosem, a obroną. Odruchową, niepotrzebną obroną chorej duszy, która powinna była dawno już skapitulować wobec silniejszego przeciwnika. Tak, jak go uczyli na terapii. Obrócił się i wyciągnął różę w stronę ojca.


– Trzymaj. Klaudia zasłużyła na twoje przeprosiny.


– Ty też – zaczął nieśmiało Mateusz.


Ale jego syn już szedł w stronę czekającej na niego staruszki. Powoli. Ostatni raz uciekał przed ojcem, gdy miał piętnaście lat i nie zamierzał tego uczynić nigdy więcej. Nawet symbolicznie.



– Ta druga róża na czyj grób miała być? – spytała łagodnie Sonia, gdy już stali na przystanku autobusowym.


– Nie wiem. To kwiat dla mojej matki. Została pochowana na Litwie. Rzadko tam jeżdżę, więc jak jestem na cmentarzu, to róża dla niej zostaje na jakimś mijanym grobie. Zaniedbanym, opuszczonym… No wie pani, jak to czasem wygląda. Na Bródnie mnóstwo takich.


– Wiem… Wiem. To bardzo ładny zwyczaj.


Uśmiechnęła się, czując, że wzruszył ramionami. Prosty znak człowieka, który robi coś dla siebie, nie dla innych.


– I pana pewnie takie gadania starej kobiety nie przekonają, ale ja myślę, że ta róża została dziś tam, gdzie powinna. Na grobie, o którym ktoś zapomniał. Wprawdzie tym razem bardziej niż grób, człowiek cierpiał od tego zapomnienia, ale to na cmentarzu jedno. Tam duch i ziemia czy kamień są jednością. – Uścisnęła mocniej jego ramię. – O, jedzie moja pięćsetka!



Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4605
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: Rubia » ndz 25 lis 2018, 02:33

Ciekawy pomysł na opowiadanie. Wykonanie natomiast wydaje mi się takie trochę szkicowe, jakbyś nie do końca rozwinęła pewne pomysły. Jak tu:
Adrianna pisze:Source of the post Sonia znała każde jej drgnienie, każdy oddech. Tu wychowały się jej zmysły. Tu nauczyła się empatii wobec ducha i pamięci o ludziach.
– To fascynujące, Łucjo, że ciebie to miejsce nauczyło czegoś zupełnie odwrotnego

To nie jest codzienna sytuacja - dwie dziewczynki, koleżanki, które "wychowują się" na cmentarzu. Przydałoby się dorzucić ze dwa, trzy zdania, jak i dlaczego tak się działo. A jeśli chodzi o zmysły - one się nie wychowują, lecz raczej rozwijają. Do tego, traktując sprawę literalnie, jak na cmentarzu rozwija się słuch, smak, węch i dotyk? Czyli znowu wracamy do pytania podstawowego: dlaczego to miejsce było dla obu takie ważne?
Adrianna pisze:Source of the post Jan przywołał przed oczy twarze wszystkich koleżanek pani Łucji, które przez lata zapamiętał, ale tę kobietę widział pierwszy raz.
– Pan jest zapewne Janek? Znaczy… Jan… – podjęła.
– Tak, zgadza się. Może być Janek, jak pani wygodniej. Przepraszam, chyba nigdy nie miałem okazji…
– Sonia Urman. Mieszkałam długo w Danii, więc nie spotkaliśmy się wcześniej.

Sonia o chłopcu wie, ma nawet świadomość, że to on "zadbał o wszystko". O oprawę pogrzebu? O nagrobek? Łucja z pewnością nie raz pisała do przyjaciółki o swoim podopiecznym. A jemu o niej nawet nie wspomniała? Teoretycznie, tak mogłoby się zdarzyć, lecz zastanawiam się, na ile ten motyw zawarcia znajomości dopiero przy grobie Łucji ma znaczenie dla fabuły opowiadania. Otóż: w moim odczuciu, jest to zupełnie nieistotne, gdyż liczy się jedynie fakt, że oboje nie spotkali się na pogrzebie. Dlatego Sonia wspomina list Janka, on sam zaś - okoliczności, w jakich go napisał. I nawet gdyby przy grobie przywitali się jak znajomi (niespecjalnie bliscy, bo mogli się spotkać zaledwie kilka razy w ciągu tych wszystkich lat), Twoje opowiadanie rozwijałoby się w identyczny sposób.
Adrianna pisze:Source of the post Leżał w szpitalnej izolatce, pisał i płakał. Wiedział, że dla dalszej rodziny i znajomych pani Łucji, których nigdy nie poznał, będzie anonimowy. Podejrzany. Typ, który pojawia się znikąd i zawłaszcza sobie organizację pogrzebu. Typ, któremu umierająca staruszka zostawiła wszystko… On wiedział, że przede wszystkim serce, oni myśleliby o domu i pieniądzach.

Nie bardzo to rozumiem. Znałam starsze, bezdzietne małżeństwo, które miało takiego właśnie "przygarniętego" wychowanka (nie adoptowanego syna). Bliżsi i dalsi znajomi tudzież rodzina byli z tym całkowicie oswojeni, gdyż sytuacja trwała przez dziesięciolecia. Po śmierci staruszków trudno byłoby nazwać owego mężczyznę "anonimowym, podejrzanym typem, który wziął się znikąd". Skoro pani Łucja wspierała Janka przez jakieś dwadzieścia lat, fakt ten powinien utrwalić się w świadomości osób z jej otoczenia. Bo chyba chłopaka nie ukrywała? (Kwestie spadkowe to inna sprawa, wiadomo, że te potrafią poróżnić nawet najbliższą rodzinę).

Dalej: list. Przytaczasz tylko jego fragment, na tyle jednak obszerny, że można wnioskować, iż całość była długa i bardzo analityczna. Dla mnie jest to raczej monolog wewnętrzny, dodatkowo przemycający pewne informacje specjalnie na użytek czytelnika (np. znajomi i rodzina pani Łucji musieli przecież wiedziec, w jakich okolicznościach straciła ona syna, synową i wnuka).
Adrianna pisze:Source of the post Szybko zaczęła podejrzewać, że uciekłem z domu. Lecz w tamtym czasie o tym nie napomknęła. Płaciła mi drobne kwoty za pomoc przy różnych sprawach, przygotowywała czasem obiad i bacznie obserwowała. Aż pewnego dnia spytała, czy nie chcę przenocować. Był grudzień, taki prawdziwy, mroźny. Wiedziała, że może mnie gdzieś zgłosić. Że jeśli nawet nie mam dokąd wracać, to jest policja, są domy dziecka. Ale uszanowała moją niezgodę. I nie potrzebowała do tego nawet jednej rozmowy.

To są takie właśnie rozważania, które znakomicie mogłyby pasować do wspomnień Janka, przywołanych spotkaniem z Sonią, lecz jako fragment listu, który ma zostać publicznie odczytany na pogrzebie, wydają mi się bardzo mało prawdopodobne. Taka drobiazgowa analiza - czemu właściwie miałaby służyć? Tu raczej byłoby potrzebne oddzielenie tego, co Janek sobie przypomina, od tego, co mogłoby znaleźć się w liście. Do takiego tekstu - poniekąd oficjalnego - o wiele bardziej pasują jednak pewne formuły standardowe: że pani Łucja była osobą szlachetną, że nie wahała się przyjąć do domu chłopaka pozbawionego własnej rodziny, że wspierała go przez wiele lat, a on jest za to wdzięczny, chociaż wie, że nigdy nie mógł zastąpić jej utraconych bliskich... Takie sformułowania, nawet gdyby autorowi listu wydawały się banalne czy nie oddające istoty rzeczy, są jednak przeznaczone specjalnie "do użytku zewnętrznego".

CDN.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: Made » ndz 25 lis 2018, 09:41

Rubia pisze:Source of the post To są takie właśnie rozważania, które znakomicie mogłyby pasować do wspomnień Janka, przywołanych spotkaniem z Sonią, lecz jako fragment listu, który ma zostać publicznie odczytany na pogrzebie, wydają mi się bardzo mało prawdopodobne.

Zgadzam się z tym w zupełności. Fragment z listem jest chyba jedynym, który mi zazgrzytał w tym tekście - bo faktycznie, na miejscu Janka nawet bym nie chciała, żeby ktoś obcy odczytywał na głos masie innych obcych ludzi takie głęboko skrywane myśli. Nie mówiąc o tym, że wciąż miałabym wrażenie, pisząc o niektórych rzeczach: "tylko co ich to obchodzi?". No właśnie, co tych ludzi, rodzinę przyszywanej cioci, obchodzić by miała osoba Janka? A jego potencjalna obecność na pogrzebie też nie byłaby wg mnie niczym złym. Przecież nic nie zrobił, nikogo nie skrzywdził! Dla okazania szacunku chodzi się na pogrzeby dalekich znajomych albo sąsiadów, z którymi przez lata wymieniało się tylko ukłony i "dzień dobry". Do czego by to doszło, gdyby ludzie nawet na chodzenie na pogrzeby w myślach nakładali sobie bana!

Sam tekst natomiast bardzo mi się podoba. Ma przyjemny klimat, a jako że (wciąż) mamy listopad, ten cmentarz jakoś wpisuje się w kalendarz ;). Kiedy skończyłam czytać, moją pierwszą myślą było: "O, jakie to ładne!". Bo faktycznie, tekst jest ładny - i dobrze napisany, tak że czyta się płynnie i bez zgrzytania zębami, ale przede wszystkim wylewające się z niego emocje są - przynajmniej dla mnie - autentyczne. Dobrze operujesz słownictwem niosącym duży ładunek emocjonalny. Czuć zarówno melancholię, jak i żal Janka do ojca, miłość do przyjaciółki z dzieciństwa, tęsknotę, ale też nadzieję... Negatywne emocje mieszają się z pozytywnymi, jak to w życiu. Całość jest słodko-gorzka, a pod koniec czytelnik zostaje z delikatnym uśmiechem na ustach i kilkoma refleksjami.

Adrianna pisze:Source of the post – Pamiętałem, że jej ukochane były białe… Ale właśnie nie pamiętałem, które kwiaty. Lilię kupiłem. (...)
– Miałem pięć lat, kiedy umarła. I pamiętałem – mruknął.

Adrianna pisze:Source of the post Bo choć miał ledwie pięć lat, wiedział już, że macocha była jego tarczą przed tym potworem kiwającym się na nogach nad jej grobem.

Relacja Janka z ojcem i Klaudią to chyba najciekawszy wątek tekstu. Zazwyczaj kolejnych partnerów rodziców dziecko nie postrzega w dobrym świetle. Macochy nawet w baśniach (zwłaszcza w baśniach) przedstawiane są jako potwory. Kopciuszek miała macochę, która się nad nią jawnie znęcała, faworyzowała bez skrupułów własne córki, a biedną Kopciuszek kochał tylko ojciec, dobry, kochany, ale bezradny i często ślepy na poczynania żony. Nawet samo słowo "macocha" nie brzmi specjalnie przyjemnie - jakoś zgrzyta między zębami. Nie da się go zdrobnić jak "matka" - macocha nie będzie "mamusią", "mateńką". Nawet "ropucha", z którą wyraz "macocha" ma pewne cechy podobne, ma formę "ropuszka"! A tutaj macocha zawsze zostaje macochą.

Fragment o ulubionych kwiatach jest bardzo dobry i chyba najbardziej mi się podobał. Wyrazisty i daje ogląd, jak do Klaudii podchodził partner, a jak - pasierb. Wydaje mi się, że wybór róż na ulubione kwiaty Klaudii był trafny - gdyby kobieta uwielbiała, nie wiem, maciejkę albo inną niestandardową roślinę, okej, byłoby zrozumiałe, że ktoś może tego nie pamiętać. Ale róża? Biała róża? Róże są wszędzie. W każdej kwiaciarni. To takie pospolite kwiaty i żeby nie pamiętać, że kobieta - partnerka! - je darzy szczególną atencją, trzeba naprawdę, NAPRAWDĘ nie zwracać na nią uwagi, ignorować, nie słuchać. Mieć gdzieś.

Czułam też w czasie czytania emocje Janka, kiedy był tym małym, przerażonym chłopcem. Dobrze oddano jego strach, gdy spotkał na grobie ojca. Co z tego, że był już wtedy dorosły, dawno zostawił za sobą poprzednie życie - i tak na widok ojca ściskało go w gardle. Tak samo jak "zły dotyk boli przez całe życie", tak tutaj można powiedzieć, że o byciu beznadziejnym, toksycznym rodzicem dzieci nie zapominają do samej śmierci.

I jeszcze ostatnie, co rzuciło mi się w oczy, to przyjemne opisy. Ten cmentarz "odmalował się" przed oczami dość wyraźnie po przeczytaniu kilku akapitów :).

Bardzo ładna, nieco melancholijna miniaturka.

Pozdrawiam,
Madeleine


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 597
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: MargotNoir » ndz 25 lis 2018, 12:57

Adrianna pisze:Source of the post Tu nauczyła się empatii wobec ducha

Co to jest empatia wobec ducha? Masz na myśli ducha w sensie zjawy, duszy zmarłej osoby czy ducha w sensie charakteru, nastroju, zbioru postaw?
Jeśli to pierwsze, to od razu kieruje to czytelnika na skojarzenia z klimatem Scooby Doo. W innych gatunkach o zjawach mówi się raczej "zjawa", "widmo", "dusza pokutująca". Słowo "duch" kojarzy się mocno z latającym prześcieradłem.
Jeśli to drugie, to w jaki sposób można wykazywać empatię wobec tak rozumianego ducha? Empatia to współodczuwanie. Nie można współodczuwać z abstrakcyjnym pojęciem.

Adrianna pisze:Source of the post – To fascynujące, Łucjo, że ciebie to miejsce nauczyło czegoś zupełnie odwrotnego – empatii w stosunku do ludzi i pamięci o duchu. I obie zrobiłyśmy z tym coś dobrego.

Uwaga na zapis. W tym momencie wytłuszczony fragment przypomina didaskalia.

Adrianna pisze:Source of the post Sonia Urman. Mieszkałam długo w Danii, więc nie spotkaliśmy się wcześniej. Ale pamiętam pana z pogrzebu

Fragment mocno sugeruje, że Sonia jednak go tam widziała. Mogła ująć to inaczej (chyba, że specjalnie stworzyłaś postać, która niejasno się wypowiada).

List rzeczywiście nie przypomina tekstu, który ktoś mógłby napisać na czyiś pogrzeb. Za dużo w nim informacji, które odbiorcom musiały być znane. Niepotrzebnie zastosowałaś ten chwyt. Gdybyś prowadziła narrację filmową, w której narrator nie wie nic o postaciach i opisuje jedynie ich zachowania, musiałabyś rzeczywiście zastosować jakiś trik, by przemycić informacje o ich wzajemnych relacjach i przeszłości. A tu? Nie musisz. Narrator ma nieograniczony dostęp do wspomnień i przeżyć postaci. Po co nagle trik z listem?

Adrianna pisze:Source of the post Dziś był właśnie piąty grudnia – dokładnie dwadzieścia jeden lat temu zaproponowano mu – tak subtelnie i bez rozjątrzania ran – dom. Pierwszy prawdziwy dom w życiu. Jan wymamrotał do Soni jakieś słowo podziękowania za komplement, ustawił znicze – wszystkie gliniane, otwarte z wyraźnym, radosnym płomieniem. Kobieta uśmiechnęła się w duchu – Łucja takie kochała. Czasem przypominała: „Jak umrę, wolę pusty grób niż w tym całym szkle i sztucznych kwiatach”.

To - przez te wszystkie - myślniki - przypomina - telegram stop. Nieprzyjemnie - się to - czyta stop.

Adrianna pisze:Source of the post – Róże… No tak – jęknął nagle Mateusz.

Niby idzie się domyślić, że Mateusz to ojciec, ale jakoś tak nagle to wyskakuje.
Adrianna pisze:Source of the post Mężczyzna w czarnym płaszczu wyłonił się zza okazałego, białego grobu. Złożono w nim ośmioletnią dziewczynkę i Sonia zawsze czuła sprzeciw krewnych, którym nasiąkła ziemia wokół niego. Tutaj, w miejscu, gdzie pochowano Łucję, było dużo ciepłego bólu. Takiego, którego cierpiący jeszcze nienawidził, ale który doświadczona życiem staruszka już ceniła. Sonia zmrużyła lekko oczy – z daleka słabo widziała. Najpierw uchwyciła pewne, żołnierskie ruchy, potem długie blond włosy i wreszcie twarz nieco nazbyt delikatną, jak na wiek mężczyzny – miał już przecież dobrze po trzydziestce. Wszystko tak, jak się spodziewała. Zawiesiła spojrzenie na dwóch białych różach, które niósł w dłoni.


Zatrzymał się przy grobie, na którym siedziała Sonia. Spojrzał z niepokojem.


– Przepraszam… Źle się pani poczuła?


– Nie. Przyszłam na grób przyjaciółki.



Jan przywołał przed oczy twarze wszystkich koleżanek pani Łucji, które przez lata zapamiętał, ale tę kobietę widział pierwszy raz.


– Pan jest zapewne Janek? Znaczy… Jan… – podjęła.


– Tak, zgadza się. Może być Janek, jak pani wygodniej. Przepraszam, chyba nigdy nie miałem okazji…


– Sonia Urman. Mieszkałam długo w Danii, więc nie spotkaliśmy się wcześniej. Ale pamiętam pana z pogrzebu.


Spiął się, jakby ktoś go nagle chwycił za gardło.


– Nie było mnie na pogrzebie – wykrztusił, ściągając plecak z ramienia i wyciągając nerwowo znicze.


Wyglądał, jakby chciał się zamiast nich schować w środku.


– Tak, ale pańskie słowa czytał taki młody, uroczy mężczyzna. Takie piękne słowa.



Pewnie najpiękniejsze i najgorsze słowa w życiu Jana. Dotąd pamiętał każde z nich i rozpacz im towarzyszącą. Nie tylko nie był przy pani Łucji, kiedy ją żegnano. Nie był też, gdy nagle stan jej serca się pogorszył. Nie był, gdy umierała sama w szpitalu, do końca modląc się o jego zdrowie.


Zobacz, co się dzieje z narratorem w tym fragmencie. Najpierw twardo stoi przy Soni. Potem robi kilka nieśmiałych kroczków tam i z powrotem, by ostatecznie przesiąść się na Jana. Taki był zamysł, czy to po prostu niedbałość?

Podobają mi się opisy przeżyć Jana. To, że historia nie kończy się jakimś magicznym wybaczeniem rodem ze świątecznego filmu.

Na minus oprócz formy jest jeszcze dwie rzeczy.

Pierwsza: Ja wiem, że to może za dużo jak na taką formę, ale za bardzo powiało schematem alkoholik=przemocowiec. Trochę w stylu "nie mam pomysłu na złego rodzica, to wcisnę tu typowy obraz 'patologa'.
OK, jest mnóstwo takich ludzi, ale z tekstu wynika, jakby alkoholizm zawsze oznaczał przemoc, a tak nie jest. Wystarczyłoby jedno zdanie, żeby uniknąć spłyconej (i w dodatku fałszywej) kliszy.

Druga: Co tam w ogóle robi Sonia? Po co ona tam jest? To historia Jana, opowiedziana oczyma Jana. Sonia mogłaby być potrzebna, gdyby była komentatorem, narratorem, słuchaczem spowiedzi... ale nie jest. Podobnie jak list, Sonia byłaby potrzebna jako rozmówca, gdybyś prowadziła narrację filmową, gdybyś potrzebowała dialogu, aby Jan przemówił i opowiedział swoją historię, bo inaczej nie dałoby się do niej dostać, ale tak nie jest. Czytelnik wie dokładnie tyle samo, ile wie Jan.
To wszystko, co postać Soni robi spokojnie dałoby się załatwić narratorem, który przecież i tak zdaje bezpośrednią relację z głowy Jana.

Ogólnie obrazek miły, ma dobre fragmenty, język wchodzi łatwo i nie męczy. Zapowiadało się gorzej, ale tekst uratowała niejednoznacznosć zakończenia.



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2517
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: Adrianna » ndz 25 lis 2018, 15:18

Made, MargotNoir, dziękuję za komentarze. Rubia, Tobie również i z ciekawością czekam na ciąg dalszy.
Jak zwykle bardzo ciekawie pokazują mi, jakie punkty widzenia może mieć czytelnik. Różnicę między tym, co ja myślałam, że piszę, a co ludzie czytają :) Może kiedyś uda mi się ten rozdźwięk zasypać nieco.

Wrzuciłam to tutaj, bo ostatnio coraz częściej myślami krążę wokół obyczajów. Może nie takich zupełnie twardo stojących na ziemi, ale jednak obyczajów. Szukam dla nich języka, tematów, tempa prowadzenia fabuły, które nie będzie nudziło. Historię Jan - reszta świata mam rozwiniętą i kompletną w bardziej fantastycznym ujęciu. Wyciągam sobie go czasem, żeby pograć z bardziej obyczajowymi wątkami. Tutaj bardziej wyciągnął mi go listopad i pogrzeb. Z Waszych komentarzy widzę, że wpadłam w pułapkę "zbyt dobrze znam swojego bohatera". Za mało wyjaśniłam i dziękuję za wskazanie tego (bo ciekawa też byłam, czy taki tekst może się bronić samodzielnie).

Jest jednak uwaga, z którą trochę popolemizuję.
MargotNoir pisze:Pierwsza: Ja wiem, że to może za dużo jak na taką formę, ale za bardzo powiało schematem alkoholik=przemocowiec. Trochę w stylu "nie mam pomysłu na złego rodzica, to wcisnę tu typowy obraz 'patologa'.
OK, jest mnóstwo takich ludzi, ale z tekstu wynika, jakby alkoholizm zawsze oznaczał przemoc, a tak nie jest. Wystarczyłoby jedno zdanie, żeby uniknąć spłyconej (i w dodatku fałszywej) kliszy.
Możesz mi wskazać, gdzie z tekstu wynika, że alkoholizm zawsze oznacza przemoc? Strach, potrzebę wyrwania się z takiego życia, traumę i konieczność terapii w przypadku posiadania rodzica-alkoholika wywołuje nie tylko przemoc (tak, w tym wypadku w tle była, ale czy sięgnięcie po schemat, który w rzeczywistości czasem się realizuje musi oznaczać przekonanie, że realizuje się on zawsze?).
Często sięgam po postaci alkoholików (i w ogóle osób uzależnionych), osób DDA czy współuzależnionych, dlatego bardzo zaniepokoiła mnie taka uwaga. Byłabyś w stanie wyjaśnić mi, co wpłynęło na taki odbiór? Jakie byłoby to "jedno zdanie", które pozwoliłoby go uniknąć?

Pozdrawiam,
Ada


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 597
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: MargotNoir » ndz 25 lis 2018, 15:36

Adrianna pisze:Source of the post Bo choć miał ledwie pięć lat, wiedział już, że macocha była jego tarczą przed tym potworem kiwającym się na nogach nad jej grobem. Ojciec nawet na pogrzebie musiał sobie ukradkiem golnąć.

Tarcza mocno sugeruje przemoc fizyczną. Kolejne zdanie poprzez słowo "nawet" sugeruje, że jedno wynika z drugiego.

W moim rozumieniu wygląda to tak:
A ma jakiś nałóg. Jest tak mocno uzależniony, że nawet mimo w jakichś tam okolicznościach temu właśnie nałogowi uległ.
W takim układzie słowo nawet wzmacnia to, co już zostało powiedziane, nie wprowadza nowej informacji.

U Ciebie informacja o golnięciu sobie pojawia się po nawet, ale przed nawet nie ma mowy o alkoholizmie, tylko o przemocy. Stąd proste skojarzenie. Przemoc = alkoholizm.
W zasadzie wystarczyłoby te dwa stwierdzenia rozdzielić w jakikolwiek sposób, nie łączyć ich tym nawet albo dodać wzmiankę, że alkohol wzmacniał skłonność do przemocy czy coś w tym stylu.



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2517
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: Adrianna » ndz 25 lis 2018, 15:42

Dziękuję za wskazanie. Przyznam, że zaskakuje mnie, ale to może wynikać z zasiedzenia się za bardzo w takich tematach :) Na przyszłość spojrzę na takie wątki bardziej krytycznie i uważnie.


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4605
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: Rubia » pn 26 lis 2018, 01:00

Adrianna pisze:Source of the post
– Będę szedł. Nie potrzebuje pani jakiejś pomocy? – upewnił się Jan, gdy skończył milczące rozmowy ze zmarłą.
Sonia siedziała z zamkniętymi oczami, smakując razem z duchem cmentarza ciepłych wspomnień. Jan przelał na Łucję wszystkie uczucia, które dziecko ma dla swoich rodziców, babć i cioć. Stworzył z nią więź rodzinną, ale w pewien specyficzny sposób dojrzałą i racjonalną. Jej zerwanie bolało straszliwie, pozostawiło ciągle jątrzącą się ranę, której żadne odwiedziny na grobie nie mogły ukoić… Ale leczyły. Ukradkiem, wbrew logice, którą Jan bronił się przed uzdrowieniem.
– Dziękuję, że pan pyta… Nie chcę robić kłopotu, ale jakby można o towarzystwo poprosić… Ściemnia się. Nie boję się, nawet lubię cmentarz nocą, ale w pewnym wieku człowiek słabo widzi po zmroku.

Coś mi tu zgrzyta w narracji. Pytanie Jana, zachowanie Soni, rozważania Jana, lecz nie o niej, ale o Łucji - a to wszystko w trzech zdaniach, tuż po sobie. Zmieniłabym kolejność:
Jan przelał na Łucję wszystkie uczucia, które dziecko ma dla swoich rodziców, babć i cioć. Stworzył z nią więź rodzinną, ale w pewien specyficzny sposób dojrzałą i racjonalną. Jej zerwanie bolało straszliwie, pozostawiło ciągle jątrzącą się ranę, której żadne odwiedziny na grobie nie mogły ukoić… Ale leczyły. Ukradkiem, wbrew logice, którą Jan bronił się przed uzdrowieniem.
– Będę szedł. Nie potrzebuje pani jakiejś pomocy? – upewnił się [Jan], gdy skończył milczące rozmowy ze zmarłą.
Sonia siedziała z zamkniętymi oczami, smakując razem z duchem cmentarza ciepłych wspomnień.
– Dziękuję, że pan pyta… Nie chcę robić kłopotu, ale jakby można o towarzystwo poprosić… Ściemnia się. Nie boję się, nawet lubię cmentarz nocą, ale w pewnym wieku człowiek słabo widzi po zmroku.

Adrianna pisze:Source of the post Jan przełknął z trudem ślinę. Od ojca nie wionęło alkoholem. Mówił trochę niewyraźnie, ale nie bełkotliwie. Nawet ręce mu się nie trzęsły – znak, że nie tylko był czysty, ale i zdołał przeczekać zespół odstawienny.

Hm. Jan patrzy tu okiem fachowca na alkoholika, który się poddał terapii. To by znaczyło, wbrew wcześniejszym sugestiom, że Jan widywał jednak ojca dość często, zawsze pijanego. W innej sytuacji raczej by się zastanowił, jak długo ojciec nie pije - rok? Dwa? - i co to za zmiana. Trwała? Przejściowa?

Trochę niezręczności językowych zauważyłam, ale to raczej drobiazgi do wyczyszczenia. Jak tu:
Adrianna pisze:Source of the post Szczęściem była zimną mieszaniną pogardy, żalu i obrzydzenia, nie zaś grożącym wybuchem gniewem.

Na szczęście, była zimną mieszaniną pogardy, żalu i obrzydzenia, nie zaś gniewem, który groził wybuchem.
Albo tu:
Adrianna pisze:Source of the post ustawił znicze – wszystkie gliniane, otwarte z wyraźnym, radosnym płomieniem.

To brzmi tak, jakby przyniósł już te znicze płonące. Zmieniłabym na: zapalił znicze - wszystkie gliniane, otwarte, zapłonęły wyraźnym, radosnym płomieniem.
Aha: ten biały, okazały grób dziewczynki na samym początku - to jednak raczej nagrobek albo grobowiec.

Podoba mi się to opowiadanie. Zastanawiając się nad fabułą, doszłam do wniosku, że - rygorystycznie rzecz ujmując - dla jej przebiegu pani Sonia jest właściwie zbędna. Wszystko, czego dowiadujemy się o Janie, moglibyśmy poznać dzięki jego rozmyślaniom i wspomnieniom, które napłynęły wskutek odwiedzin na cmentarzu i spotkania z ojcem. Ale taka staruszka - rezonerka, trochę trzymająca się na uboczu, nie absorbująca własną historią bystra obserwatorka, jest kimś w rodzaju mądrej wiedźmy, która wprawdzie nie nakierowuje bohatera na właściwą ścieżkę, nie udziela mu rad, lecz widzi więcej, niż tylko same zachowania. Dodaje kolorytu całości, tym bardziej, że "czuje" ten cmentarz, jego reakcje na to, co się dzieje z ludźmi, którzy tam przychodzą. Będę się więc upierać, że na początku przydałoby się choćby krótkie wyjaśnienie, skąd ta zażyłość...


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2517
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: Adrianna » pn 26 lis 2018, 09:25

Rubia, raz jeszcze dzięki. Ucieszyło mnie Twoje podsumowanie komentarza.
A po mojej stronie pozostaje się zastanowić, jak można było pogłębić informacje o Soni bez pisania o niej drugiego opka :)


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
Isabel
Dusza pisarza
Posty: 488
Rejestracja: sob 01 sty 2011, 21:25
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Duch i ziemia [obyczaj]

Postautor: Isabel » czw 27 gru 2018, 22:11

Bardzo mi się :) Atmosfera tekstu melancholijna, w sam raz do opowiadania cmentarnego, do takiej wędrówki z duchami, jaką napisałaś. Podoba mi się zestawienie w tak niedługim w sumie opowiadaniu tylu różnych relacji: dwóch przyjaciółek, przybranego syna - przybranej matki, syna - ojca, macochy - pasierba, syna - matki (bo ona też tak naprawdę w tym tekście jest). Bardzo życiowe jest też nagromadzenie skrajnych uczuć i emocji, postać Jana jest bardzo prawdziwa i bardzo ludzka, w bardzo pełny sposób opisana i przedstawiona, jak na tak krótki tekst. Dość nietypowy (w pozytywnym sensie) wydaje mi się być stosunek Jana do Klaudii, ładne jest to, że traktuje ją w zasadzie jak matkę. I chociaż Klaudia przewija się przez opowiadanie w zasadzie tylko jako wspomnienie, właściwie jej w nim nie ma - to mimo wszystko nawet to parę słów o niej napisane jest tak, że mogłam jakoś sobie wyobrazić tę kobietę i poczuć do niej sympatię :) Bardzo ładny motyw z białą różą dla prawdziwej matki, pozostawianą na przypadkowym grobie, takie to tęskno - nostalgiczne...
To:
Adrianna pisze:Source of the post Obrócił się i wyciągnął różę w stronę ojca.

– Trzymaj. Klaudia zasłużyła na twoje przeprosiny.

– Ty też – zaczął nieśmiało Mateusz.

Ale jego syn już szedł w stronę czekającej na niego staruszki. Powoli. Ostatni raz uciekał przed ojcem, gdy miał piętnaście lat i nie zamierzał tego uczynić nigdy więcej. Nawet symbolicznie.
też śliczne, takie proste, a takie wymowne :)
I tak samo bardzo podoba mi się końcówka tekstu - uwaga Soni o nadjeżdżającej pięćsetce jest w fajny sposób symboliczna, dla mnie to taki powrót ze świata duchów do świata żywych, z cmentarnego zamyślenia i nostalgii - do prozy życia...
Z minusów - nagłe pojawienie się imienia ojca w tym miejscu:
Adrianna pisze:Source of the post – Róże… No tak – jęknął nagle Mateusz

w pierwszej chwili trochę dezorientuje, trochę to wygląda, jakby Mateusz był kolejną osobą, nie ojcem Jana.
Ale ogólnie - fajny tekst, spokojny, przyjemny, trochę podobny w klimacie do Twojego "Tanga" z naszej bitwy :)


Dobra architektura nie ma narodowości.
s


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości