Obrazek Weryfikatorium

[W]27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[W]27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Postautor: Made » czw 15 lis 2018, 19:35

Wersja w Google Docs:
https://drive.google.com/open?id=1k2vtW ... JPQVGN-pF8

Wersja do ściągnięcia w PDF:
https://drive.google.com/open?id=1_DLRL ... JoOj7fA1KV

Metryczka
Obj.: ok. 40 str. (TNR12, interlinia 1.0); ok. 24 tys. słów, 130 tys. zn.

W skrócie
Każdy od czasu do czasu zastanawia, dlaczego jego życie toczy się tak a nie inaczej. Czasem zrzuca to na karb przypadku, innym razem twierdzi, że to on są wyłącznym kowalem własnego losu. Jaka byłaby reakcja takiej osoby na wieść, że istnieją specjalnie powołane hafciarki, które na wzór mitycznych Mojr przędą nieprzerwanie nitki każdego ludzkiego żywota?

Fragment
Zwą nas hafciarkami. (...)
Nikt nie wie, skąd się tak naprawdę wzięłyśmy. Podobno każda narodziła się dzięki Bożemu tchnieniu. Zostałyśmy posłane na ziemię, by pleść, czy też raczej – wyszywać ludzkie losy na kawałkach materiału.
Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek spotkać gdzieś w okolicy kobietę, która siedzi na ławce, przy sklepie albo na przystanku autobusowym i haftuje spokojnie (...)? Prawdopodobnie przeszedłeś koło niej obojętnie (…). Nigdy (...) się do niej nie dosiadłeś.
Jest wielce prawdopodobne, że spotkałeś hafciarkę.


27 minut


Magdalena Lipniak-Młyńczak





Każda moja podróż wygląda tak samo.


Siadam na pierwszym podwójnym siedzeniu znajdującym się naprzeciw środkowych drzwi. Autobus jest przestronny, długi, przegubowy – dlatego koło moich miejsc znajduje się wygospodarowany skrawek przestrzeni przeznaczony dla wózków dziecięcych, podróżnych z wielkimi walizkami i inwalidów. W mniejszych pojazdach niemożliwością byłoby wyciąć chociaż kawałeczek miejsca – tym bardziej doceniam więc, że jeżdżę akurat tym.


Powiedziałam: „moje miejsca”, chociaż tak naprawdę one wcale nie są moje; nikt nie ma prawa przypisywać sobie konkretnych siedzeń w autobusie. Po prostu jakoś tak się utarło, że ja tam siedzę i już. Wybieram miejsce przy oknie (kiedy zaczyna się lato i wszystkim doskwierają upały, taka lokalizacja, tuż poniżej lufcika, daje cudowne orzeźwienie w postaci gwałtownych podmuchów wiatru, kiedy autobus rozpędza się na prostej drodze), to po mojej prawej stronie pozostawiając puste.


Nigdy jednak nie pozostaje takie na długo. Nie muszę rozglądać się, by wiedzieć, że niebawem zostanie przez kogoś zajęte. Nie interesuje mnie otoczenie – od początku podróży całą moją uwagę zajmuje skrawek materiału naciągnięty staranie na hafciarski tamborek.


Wyciągam igłę, odpowiedni kolor nitki i haftuję.


Ktoś, kto przyglądałby mi się z boku, mógłby uznać, że tracę kontakt z rzeczywistością. Że haftowanie pochłania mnie do tego stopnia, iż przez ten czas, kiedy maluję na materiale kwiaty i zawijasy, kiedy spod moich palców wychodzą fantastyczne obrazy, a ja, z wysuniętym koniuszkiem języka, od czasu do czasu odrywam rękę od igły i poprawiam zsuwające mi się na nos okulary, jestem bezbronna jak dziecko i można mnie okraść albo uderzyć. Nic bardziej mylnego – przede wszystkim, nie jest tak, że owo zajęcie przenosi mnie w zupełnie odrębny świat. Po drugie, nie ma opcji, by ktoś mnie okradł albo uderzył. Ludzie nie zwracają na mnie uwagi.


Zaraz, powiedziałam: ludzie? Źle się wyraziłam. Miałam na myśli większość ludzi.


Dla lwiej części pasażerów nie istnieję. Kłębią się koło mojego siedzenia jak stado owiec, gapią w ekrany komórek, niektórzy czytają książki... a siedzenie obok mnie pozostaje puste.


Nie, nie dlatego, że śmierdzę albo odstręczam bliźnich wyglądem. Po prostu to miejsce, ten pusty kwadracik wyściełany marnej jakości wykładziną, przeznaczony jest zawsze dla konkretnej osoby. Tylko ona pośród morza zajętych siedzeń dostrzega to jedno wolne. Tylko ona przebija się przez tłum i opada na nie z rozkoszą, mogąc rozprostować nogi.


Dlaczego tak się dzieje? Z dość osobliwego powodu... ale po kolei. Nie uprzedzajmy faktów.


W tym miejscu należałoby zadać pytanie: dlaczego nigdy nie dosiadam się do kogoś? Dlaczego wybieram zawsze podwójne siedzenie, dlaczego kulę się pod oknem, pozostawiając po prawej stronie przestrzeń dla kogoś?


Odpowiedź jest prosta. Ja się do nikogo nie dosiadam. To ludzie dosiadają się do mnie.


Ten zaś, który się dosiądzie, zawsze, ale to zawsze, ma do opowiedzenia historię.


Nigdy nie jest tak, że osoba obok, kiedy już dostrzeże siedzenie i dotrze do niego, rozpychając się łokciami (zupełnie niepotrzebnie, bo nikt inny tego miejsca nie zajmie, ono jest przeznaczone dla niej i tylko dla niej – ale pasażer przecież o tym nie wie), milczy przez całą drogę.


Każdy po pewnym czasie zaczyna mówić. O sobie. O swoim życiu. Pewnie zachęca ich kojący widok igły naprzemienne zatapiającej się w miękki materiał i wychylającej ostry łebek z drugiej strony. Wystarczy przez chwilę przyglądać się hafciarce przy pracy, by wpaść w trans i nie móc oderwać oczu od tego spektaklu, w których barwne, swawolne nitki ujarzmione zostają surową igłą.


Lubię ich słuchać; nie odzywam się, kiedy snują opowieść – po prostu pozwalam im mówić. Jestem wyjątkowo dobrą słuchaczką.


Muszę być. Zesłano mnie na ziemię po to, bym wysłuchiwała ludzkich historii.



*



Dostrzega miejsce, ale nie siada od razu. Przez chwilę stoi nade mną, wyraźnie niezdecydowany; kątem oka widzę, jak nerwowo przygryza wargi. Rzuca spojrzenia na prawo i lewo, mruga niebieskimi jak czerwcowe niebo oczami – i waha się.


Spokojnie wbijam igłę – raz za razem, dziurka obok dziurki. Wiem, że prędzej czy później miejsce obok mnie zostanie zajęte.


Mężczyzna podejmuje decyzję dokładnie w szóstej minucie jazdy. Nie patrzę na zegarek – nie muszę. Znam tę trasę jak własną kieszeń, wiem, ile minut musi upłynąć, by autobus znalazł się w konkretnym punkcie. Nawet kiedy pojazd stoi dłużej na światłach albo natrafia na wyjątkowo perfidny korek, zgaduję bezbłędnie, która godzina. Wystarczy mi przeczucie.


Współpasażer siada na brzeżku siedzenia, wciąż niepewny, czy aby nie powinien się podnieść i jednak stać; ktoś z boku mógłby pomyśleć, że pan po prostu zastanawia się, czy nie oddać miejsca komuś innemu; wykapany dżentelmen, bo chociaż sam jest już w podeszłym wieku, wciąż myśli o innych. „Dawna szkoła” – mógłby pokiwać z uznaniem obiektywny obserwator. Ja jednak wiem, że staruszek wcale nie dlatego wierci się i wierzga nogami. To kłębiąca się w historia nim usiłuje znaleźć ujście, a on jest jeszcze zbyt nieśmiały, by ją uwolnić.


Wiem jednak, że nastąpi to prędzej czy później.


Wreszcie mężczyzna opiera się wygodniej o oparcie i wzdycha przeciągle; przymyka oczy, ale widzę, że obserwuje mnie spod powiek – moje pomarszczone ręce wygładzające materiał oraz tworzący się na skrawku tkaniny wzór. Wyraźnie się uspokaja. Uśmiecham się do siebie. Tak właśnie działa magia.


Równie dobrze mogę zaczął odliczanie. Pierwsze słowo padnie za trzy... dwa...


– Bardzo to ładne, chociaż nie mam pojęcia, co przedstawia – odzywa się starszy pan (chociaż może nie powinnam go tak nazywać, skoro jest prawdopodobnie młodszy ode mnie) i uśmiecha się do mnie półgębkiem. Nie odpowiadam. W skupieniu kontynuuję pracę. On również kontynuuje. – Moja żona też umiała tworzyć takie cudeńka. Mieliśmy tego masę w domu. Serwetki, obrusy... Haftowała też poduszki, wie pani? Taką specjalną, cienką wełną... Nawet mówiła, jak się ta nitka nazywa, ale nigdy nie zapamiętałem. – Mogłabym mu wyjaśnić, że do haftowania używa się zwykle kordonka albo wielobarwnej muliny, jednak ani jedno, ani drugie nie ma nic wspólnego z wełną, bo oba to tworzywa sztuczne, jednak milczę uparcie, wpatrując się łagodnie w powierzchnię haftu. Pan odchyla głowę i zerka w górę. – Teraz już mi nie powie. Nie żyje od dwudziestu lat. – Milczy przez chwilę, a spod moich palców wychodzi kolejny zakrętas formujący się w piękny, choć ponury kwiat. – Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że żona odejdzie przede mną. To ja przez całe życie harowałem jak wół, a ona siedziała w domu i zajmowała się dziećmi... – Kręci głową z niedowierzaniem. – To ja miałem prawo odejść pierwszy. Zrobiła mi psikusa, ta moja Marianka.


Pan przygryza wargi, co zauważam pomiędzy jednym wbiciem igły a kolejnym. Wciąż czekam na sedno historii – jego ujawnienie jest tym, po co przyszedł do mnie mężczyzna, choć on sam nie zdaje sobie z tego sprawy.


Pan drapie się po łysinie.


– Sam zostałem z dziatkami – mówi, a skóra pod jego paznokciami robi się czerwona. – Dobrze, że matka odeszła już po tym, jak same założyły rodziny. Niedobrze, kiedy rodzic odchodzi w momencie, gdy dzieci jeszcze nie na swoim, zagubione jak nowonarodzone kocięta. – Przymyka oczy i drapie się dalej, mocno, niemal do krwi; zdaje się nie czuć bólu. – Widzi pani, może to się wydać pani dziwne... ale mimo że mam trzy dorosłe córki, trzech zięciów jak dęby i sześcioro wnucząt, czuję się, jakbym sam jeden został na świecie.


„Bingo” – myślę. Teraz już pójdzie z górki. Wiem, w czym tkwi problem – pora jeszcze na wyjaśnienie.


Przewlekam igłę przez materiał, starając się opanować drżenie rąk. Tak, drżę; drżę z podniecenia – te historie naprawdę mnie fascynują. Sądzę, że gdyby nie moja wrodzona ciekawość, moja otwartość na drugiego człowieka, nigdy nie zostałabym wyznaczona do tego zadania. Słuchanie bliźnich wymaga pewnej dyscypliny – nie możesz ulec pokusie przerwania, wtrącenia słowa, potwierdzenia albo rzucenia krytycznej uwagi; nie możesz mówić o sobie, bo to nie ty powinieneś być w centrum uwagi. To osoba mówiąca się otwiera, a ty masz słuchać; to jej spowiedź, nie twoja. Ja to rozumiem i w sumie nawet nie czuję nigdy chęci, by przerywać – wiem jednak, że część z nas ma z tym problemy.


Moje wargi nigdy nie są spierzchnięte z powodu nerwowego przygryzania – by tylko nie puścić pary z ust, by tylko nie skomentować... Ja po prostu słucham.


Moje życie jest nieważne, kiedy ktoś przychodzi do mnie, by się wyspowiadać.


Staruszek potrzebuje jeszcze chwili, by kontynuować opowieść. Pozwalam mu na przerwę; w takich chwilach nie wolno nikogo poganiać. Każdy uzewnętrznia się w swoim tempie.


Nie podnoszę wzroku, ale widzę kątem oka, że pan patrzy na mnie z bólem. W jego niebieskich jak letnie niebo tęczówkach tańczy rozczarowanie, a w źrenicach odbija się samotność.


– Wszystkie się ode mnie odwróciły.


Na początku zastanawiałam się, jak to jest, że ludzie są w stanie opowiadać o swoich najgłębiej skrywanych lękach, sekretach i grzechach – w tak publicznym miejscu jak autobus. Potem doszłam do wniosku, że to siedzenie obok mnie wcale nie jest „publiczne” – nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Zajmując je, człowiek zostaje odcięty od reszty świata. Nikt mu nie przeszkadza, nikt nie podsłuchuje. Czas rozmowy ze mną jest poświęcony tylko i wyłącznie jemu i inni przez te kilkadziesiąt minut ślepną i głuchną na wypowiadane słowa. A sam mówiący? Chyba podświadomie wie, że może powiedzieć wszystko i nie martwić o stojących wokół pasażerów. Czy w ogóle ich wówczas dostrzega? Czy zauważa ich obecność? Szczerze wątpię.


Na tym polega magia pierwszego podwójnego siedzenia w moim autobusie.


Oczy starszego dżentelmena tchną bólem. Chciałabym móc na niego spojrzeć i dodać mu otuchy, unieść dłoń i poklepać po plecach – wiem jednak, że mi nie wolno. Dłonie są mi potrzebne, tworzą wzór na tkaninie naciągniętej na tamborek; igła porusza się z coraz większą intensywnością, a nitka tworzy kolejne obrazy – chaotyczne linie, ciemne okręgi, pejzaże ponure i smutne, zupełnie jak oczy starszego pana.


W tym swoim pragnieniu jestem również nieco egoistyczna – chciałabym go zwyczajnie pogonić, bo aż skręca mnie z ciekawości. Powściągam jednak emocje. Wiem, że moja cierpliwość zostanie nagrodzona.


Mężczyzna przełyka ślinę. Otwiera usta i dokładnie w jedenastej minucie podróży rozpoczyna opowieść, a ja wreszcie dostaję to, na co czekałam.



*



Telefon milczy.


Mężczyzna wie, że urządzenie nie zadzwoni, a ekran nie zaświeci się, pokazując znajomy numer telefonu, a jednak wpatruje się w niego z oczekiwaniem, jakby samym spojrzeniem mógł zmusić sprzęt do aktywności.


Nic się nie dzieje. Życzenia starego człowieka nie zostają wysłuchane.


Przed mężczyzną stoi talerzyk z napoleonką; pomiędzy dwoma warstwami biszkoptu znajduje się żółtawy, tłusty krem. Ciastko prezentuje się smakowicie i pachnie intensywnie wanilią, a jednak mężczyzna kompletnie nie ma na nie ochoty. Wpatruje się obojętnie w pojedynczą świeczkę wetkniętą w wierzch ciastka – po błękitnej kolumnie spływają maleńkie kropelki wosku.


Mężczyzna świętuje kolejne samotne urodziny.


Powinien zdążyć się już do tego przyzwyczaić. Każdy następny jubileusz wygląda podobnie – spędza popołudnie przed spodeczkiem z ciastkiem, które sam kupuje w pobliskiej cukierni, po swojej prawej stronie mając telefon, jak zawsze czarny i milczący.


Bardzo rzadko ktoś do niego dzwoni. Ludzie są zdumieni, że jego telefon potrafi wytrzymać do dwóch tygodni na jednym ładowaniu. To znaczy – byliby zdziwieni, gdyby ktokolwiek kiedykolwiek o to zapytał.


Od czasu do czasu dzwonią dzieci. Rozmowy są krótkie. „Co u ciebie słychać?”, „Nie potrzebujesz czegoś?”, „Jesteś zdrowy?”. Same pytania, na które odpowiada się wymijająco: „Wszystko w porządku”, „Dobrze”, „Nic się nie dzieje”.


Mężczyzna nie słyszy nigdy: „Może przyjechać, tato?”.


Córki nie chcą go odwiedzać.


Starszy pan przełyka ślinę. Czuje, jak w jego gardle rośnie wielka, obrzydliwa gula.


Ponownie patrzy na ekran telefonu. Prawie podskakuje, kiedy urządzenie zaczyna jeździć po stole, a przenikliwy dźwięk dzwonka rozbrzmiewa głośno w ciszy pokoju.


Chwyta telefon i niemal atakuje zieloną słuchawkę.


– Halo?


– Wszystkiego najlepszego, dziadziusiu! – słyszy po drugiej stronie i serce mu rośnie; wszędzie rozpoznałby ten głos: to jego wnuczka, Izunia, najstarsza pociecha środkowej córki; mężczyzna uśmiecha się do siebie – przynajmniej ona pamięta, przynajmniej ona się interesuje. – Jesteś znowu o rok starszy, ale wiesz co? W ogóle mi to nie przeszkadza!


Głos wnuczki jest radosny i starszy pan również mimowolnie się uśmiecha. Zmarszczki na jego twarzy pogłębiają się, kiedy ze wzruszeniem mruży oczy.


– Dziękuję, dziecko – mówi, poprawiając sobie słuchawkę przy uchu; chyba nigdy nie przyzwyczai się, że te komórki są takie małe i tak łatwo wymykają się z ogromnych, nieforemnych męskich rąk. Kiedyś telefony były inne, pewnie leżały w dłoni i za nic miały sobie odrętwiałe, sękate palce i kciuki grube jak sardelki. Mężczyzna tęskni za tymi czasami; nie tylko z powodu innych telefonów i braku tych wszystkich kompletnie, jego zdaniem, niepotrzebnych technologicznych udogodnień, w których on osobiście gubił się bardziej niż przeciętne dziecko z miasta na polu kukurydzy, ale przede wszystkim dlatego, że kiedyś, dawno temu, mógł jeszcze liczyć na zainteresowanie córek.


Boże, Boże, kiedy to było?


Mężczyzna z ponurą miną wpatruje się w ogień pożerający powolutku urodzinową świeczkę.


Zna odpowiedź na to pytanie. To było jeszcze przed śmiercią żony.


– Dziadziusiu?


Mężczyzna odchrząkuje, powracając do rzeczywistości. Niemal zapomniał, że cały czas jest na linii – dopiero zaniepokojenie w głosie wnuczki przywołuje go do porządku. Przyciska mocniej słuchawkę do ucha i nie daje po sobie znać, że znowu wracają do niego bolesne wspomnienia.


– Jestem, kochanie, jestem – mówi uspokajająco. – Po prostu bardzo się cieszę, że dzwonisz.


Po drugiej stronie linii rozbrzmiewa śmiech.


– Dzisiaj są twoje urodziny! Jak mogłabym nie zadzwonić, dziadku?


Szkoda, dziecko, że tylko ty jedna tak uważasz – myśli mężczyzna ponuro. Głośno pyta, starając się nadać swojemu głosowi spokojny i wesoły ton:


– Jest tam gdzieś w pobliżu Zuzia? Dasz mi ją do telefonu?


– O, mama… – W głosie dziewczyny słychać wahanie; mężczyzna marszczy brwi. Wie, że coś jest nie tak. – Wiesz, dziadku, nie ma mnie w domu, dzwonię od koleżanki… Mama na pewno się do ciebie odezwie. Może trochę później. Pewne wyleciało jej z głowy…


Tak jak co roku – myśli ponuro starszy pan.


Wnuczka chrząka i kontynuuje radośnie:


– Ale, ale! My tu gadu-gadu, a ja mam dla ciebie niespodziankę! Uwaga, uwaga, zaczynamy recital! Tytuł: „Dla dziadka”. Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam…


Mężczyzna przymyka oczy i przez kolejne minuty wsłuchuje się w melodyjny, choć miejscami mocno fałszujący głos wnuczki. Gula w gardle rośnie – tym razem nie z rozpaczy, lecz ze wzruszenia. Starszy pan ukradkiem ociera spływającą mu po policzku łzę – na Izunię zawsze mógł liczyć. Ona jako jedyna w rodzinie interesowała się nim – regularnie dzwoniła, dopytywała o zdrowie, opowiadała o swoim życiu i planach, wpadała z wizytą, gdy tylko mogła, mimo że oznaczało to dla niej prawie dwugodzinne telepanie się pociągiem w jedną stronę… Mężczyzna wzdycha. Tak, ta jedna Izunia mu się udała. Uśmiecha się z rozczuleniem, wyobrażając sobie młodą, jaśniejącą twarz dziewczyny, która po drugiej stronie słuchawki śpiewa dla niego piosenkę na urodziny – widzi w myślach jej złociste piegi i rudawe włosy spływające na ramiona lśniącymi kaskadami. Starszy pan uważa, że Izunia ma niebanalną urodę i zawsze przekonuje ją, by nie poddawała się tym wszystkim wyniszczającym zabiegom u kosmetyczki i fryzjera mającym na celu zatrzeć jej indywidualność i przeobrazić ją w kolejny blond klon wałęsający się po ulicach miasta – na szczęście ma u wnuczki wystarczające poważanie, by jego perory odnosiły skutek.


Być może Iza podoba mu się tak bardzo ze względu na podobieństwo do zmarłej żony. „Maria miała identyczne włosy i piegi jak złote kropki” – myśli mężczyzna, rozpierając się wygodniej na kanapie; kojący głos wnuczki uspokaja go i nieco usypia.


Mężczyzna zastanawia się, jak to możliwe, że jego małżonka zeszła z tego świata wcześniej niż on.


Do czasu jej śmierci nie brał w ogóle takiej ewentualności pod uwagę; nie przyszło mu nigdy do głowy, że będzie musiał sobie radzić bez niej. Przecież to bez sensu! Mężowie nie powinni przeżywać swoich żon – myśli starszy pan i ze złości tak mocno zaciska dłoń, w której trzyma telefon, że aż bieleją mu palce. To on harował ciężko i to on powinien zasłużyć na przywilej wcześniejszego przeniesienia się na łono Abrahama. Co też tej Marii strzeliło do głowy?! Nic nie robiła, nigdy nie splamiła się pracą, tylko ciągle dom i dzieci, dom i dzieci… A tu nagle, pewnego dnia, proszę – zawał i już, była kobieta, nie ma kobiety. I że też akurat zawał… To również domena mężczyzn, do diabła! Co ta Maria… co ta Maria…


Córuchny, dorosłe już wtedy, porozjeżdżały się po kraju we wszystkich kierunkach, ułożyły sobie życie, a o nim, starym ojcu – po prostu zapomniały.


On jednak o nich nie zapomniał.


Najstarsza, Beata. Obecnie – lat czterdzieści dwa, wygląda na nieco ponad trzydzieści. Piękna, zgrabna, bizneswoman. Tak to się nazywa? – myśli z roztargnieniem mężczyzna, sięgając wolną ręką po herbatę. Nie ma pojęcia, czym tak naprawdę zajmuje się jego pierworodna. Nigdy mu tego dokładnie nie wytłumaczyła. Kiedy on pracował na kopalni, miał konkretny zakres obowiązków – przychodził rano albo wieczorem, w zależności od zmiany i wiedział, że będzie robił to, to i to, każdego dnia to samo, powtarzalne czynności i bezpieczna rutyna. Beata pracowała w jakiejś „korporacji”, gdzie zajmowała się nie wiadomo czym. Coś tam przebąkiwała o „pijarze” (cokolwiek to jest, bo raczej nie chodziło jej o zakon), „markietingu” albo jakichś „kontaktach biznesowych”… Mężczyzna nie dopytuje, a sama Beata również nie ma cierpliwości, by mu to tłumaczyć. Mówi tylko: „I tak nie zrozumiesz”. Zawsze traktowała ojca z góry. Razem z Marią pokładali w niej wielkie nadzieje, od najmłodszych lat pilna, skora do nauki, zachęcali ją do wysiłku, ciułali pieniądze na najlepsze kursy i studia… Wyfrunęła z domu, gdy tylko nadarzyła się okazja. Najpierw nauka, dyplom z wyróżnieniem, potem praca w tej całej korpo-coś-tam… Na nieśmiałe pytania rodziców, kiedy wreszcie doczekają się z jej strony wnuków, Beata wybuchała złością. „Chcielibyście mnie widzieć owiniętą w pieluchy i utytłaną niemowlęcą kupą? Dobre sobie! Najpierw kariera, potem rodzina”. To „najpierw kariera” ciągnęło się przez lata, aż wreszcie stało się jasne, że Beata na zawsze zostanie samotną, niezależną kobietą, bizneswoman, bezdzietną kierowniczką do spraw czegoś tak nieokreślonego jak ten cały pijar.


Środkowa córka, Zuzanna, urodzona ledwie dwa lata po Beacie, obecnie wygląda jak jej własna ciotka; urodzenie i odchowanie pięciorga dzieci odcisnęło na jej ciele niezatarte piętno, przysporzyło zmarszczek, oprószyło włosy srebrem i zniekształciło sylwetkę. Jej plecy zaokrągliły się od noszenia tobołów ze sklepu, rysy zaostrzyły pod wpływem niepokoju, kiedy kolejne dzieci chorowały albo wyjeżdżały na szkolne wycieczki za granicę, skórę na dłoniach zniszczyły litry środków myjących. Zuzanna pierwsze dziecko, Izunię, urodziła wcześnie, ledwo skończywszy dwudziestkę – z tego względu nigdy nie udało jej się zdobyć dyplomu. Po Izie pojawiały się kolejne pociechy – Dawid, Jakub, Żanetka… Najmłodszy, Mikołaj, ma cztery lata. Zuzanna bardzo rzadko odwiedzała ojca po śmierci mamy. Właściwie staremu udawało się zobaczyć jej rodzinę w komplecie jedynie raz w roku – na Wszystkich Świętych, kiedy przyjeżdżała na grób matki, świadoma faktu, że ani pogrążona we własnym świecie raportów i spotkań z kontrahentami Beata, ani najmłodsza Jolanta nie wpadną na pomysł, by przybyć nieco wcześniej do rodzinnego miasteczka i doprowadzić niszczejący pomnik do względnej używalności. „Sam mógłbyś się tym zająć” – warczała na ojca, gdy po kilku godzinach na cmentarzu wracała, zgięta wpół pod ciężarem wiaderek ze szczotkami, gąbkami i płynami do szorowania. – „To była twoja żona”. Mężczyzna w takich chwilach wzruszał ramionami; Zuzanna, tak skupiona na doczesności i na wyglądzie nagrobka, nie pomyślała nawet, że jego, ojca, te sprawy wcale nie obchodzą; tak samo, jak nie obchodziły one jej matki, kiedy ta jeszcze żyła. Dla Marii najważniejsza była pamięć, zasuszona róża położona na grobie, krótka modlitwa odmówiona na zimnej, czarnej ławeczce i łagodny płomień znicza tlący się w czerwonym szkle – nie zaś to, by kamień lśnił czystością, sztuczne wiązanki nie kontrastowały kolorystycznie z pojedynczą, wetkniętą do wazonu chryzantemą, a zdjęcie błyszczało w słońcu.


Najmłodsza, Jolanta, obecnie polonistka w szkole podstawowej, zawsze była oczkiem w głowie rodziców; kiedy się urodziła, pozostałe dziewczyny były już duże – mężczyzna do tej pory śmieje się na myśl o ich minach, kiedy poinformowali je, że matka spodziewa się trzeciego dziecka; Beata bez ogródek zapytała, czy to wpadka, a oni jedynie uśmiechnęli się z zażenowaniem. „W waszym wieku to wręcz patologia” – oznajmiła wyniośle pierworodna, marszcząc brwi. Zabolało, ale była w wieku, w którym człowiek często gada głupoty i ojciec był w stanie jej wybaczyć. Zresztą, gdy Jola już przyszła na świat, siostry oszalały na jej punkcie. Traktowały ją jak maskotkę, a kiedy im się znudziła, najzwyczajniej w świecie wróciły do swojego życia; trzymały się razem, a Jola, najmłodsza, chowana była pod kloszem, pod opiekuńczymi skrzydłami matki, która drżała o nią, bo urodziła się jako malutka kuleczka z trudnościami w oddychaniu i niską wagą, o wiele wcześniej, niż powinna. Lekarz nie powiedział głośno, że winny tej sytuacji jest wiek matki – wiek, w którym rozsądna kobieta nie rodzi już dzieci – ale Maria przeczuwała to i brała odpowiedzialność na siebie; dzięki temu poczuciu winy, którego matka nie wyzbyła się przez całe życie, Jola była wychuchana, wymuskana i wychowywana niemal jak jedynaczka, ze wszystkimi luksusami i udogodnieniami. Trzymano ją z daleka od pracy, pozwalano na więcej niż pozostałym dziewczynom i tarzano w cukrze pudrze miłości i troski. Koniec końców Jolanta wyrosła na dziewczynę skupioną na sobie do tego stopnia, że świat poza jej polem widzenia dla niej nie istniał, kiedy zaś sama urodziła dziecko, które, jak się okazało, było słabowite, dotknięte licznymi alergiami i wszelkimi możliwymi dysfunkcjami, starszemu panu niemal nie było dane oglądać najmłodszego wnuka, który „nie może tak daleko podróżować, bo mu to zaszkodzi”.


Wszystkie wnuczęta ze strony Zuzanny pozostawały obojętne na potrzeby dziadka. Starszy pan wielokrotnie próbował nawiązać z nimi kontakt – opowiadał Dawidowi o dawnych, wojennych czasach, pokazywał Kubie, jakie za jego czasów były zabawki, a Żanetkę zabawiał sztuczkami, których uczył się w barach i dzięki którym udawało mu się dostać darmową kolejkę. Niestety, Dawid był bardziej zainteresowany smartfonem, Kuba krzywił się na widok drewnianych klocków i ołowianych żołnierzyków, z których obłaziła farba, a Żanetka raz rozpłakała się, przestraszywszy się triku z ogniem i Zuzanna kategorycznie zabroniła ojcu takich zabaw. Najmłodszy, Mikołaj, bał się dziadka; za każdym razem na jego widok wpadał w histerię, wyrywał się do ramion ojca, a buzię umorusaną smarkami tulił do jego ramienia. Staruszek nie miał pojęcia, czym sobie na takie traktowanie zasłużył; czasami spoglądał na siebie w lustrze, doszukując się we własnym odbiciu potwora, ale nigdy go nie znajdował. Nie uważał, by prezentował się specjalnie przerażająco – może gdyby częściej się golił? Albo nosił koszule z długim rękawem, które ukrywałyby grube, zielone żyły na jego umięśnionych przedramionach? Ale przecież na rękach Zuzanny zieleniły się identyczne linie, paskudne żylaki wypukłe od dźwigania i pracy, a Mikołaj łapał te ręce z ochotą. Co było z nim nie tak, że wzgardzały nim własne wnuczęta?


Tylko jedna Iza była inna. W jednej Izabelce miał pociechę. Ona tylko, ruda Iza, w uśmiechu której czaiła się wiosenna radość, a w oczach lazur czerwcowego nieba, pamiętała o nim i o nim myślała.


Mężczyzna pociąga nosem.


Dziewczyna po drugiej stronie słuchawki milknie raptownie.


– Dziadziusiu, czy wszystko w porządku? – pyta zatroskana.


Starszy pan prędko doprowadza się do porządku. Zmusza się do spokoju i prostuje plecy, przywołując na twarz uśmiech.


– W porządku, dziecko – mówi, zadowolony, że jego głos niemal nie drży. – Pięknie śpiewałaś, Izuniu…


Zna swoją wnuczkę na tyle dobrze, że niemal widzi, jak dziewczyna krzywi się z obrzydzeniem; starszy pan chichocze pod nosem – wie, że Iza nie cierpi tego zdrobnienia, a mimo to nazywa ją tak z uporem maniaka. Sprawia mu przyjemność fakt, że Iza i tak mu to wybaczy, jedynie dlatego że jest jej ukochanym dziadkiem, a ona jego wnuczką i ma obowiązek szanować jego dziwactwa.


Mimo to słyszy w słuchawce:


– Dziadku, błagam… Tyle razy cię prosiłam, byś tak do mnie nie mówił…


Dziadek uśmiecha się.


– No dobrze, dobrze, kochanie. Już nie będę. – Obie strony wiedzą, że kłamie i żadnej to nie przeszkadza. – Lepiej powiedz, czy u ciebie wszystko w porządku? Pięknie zaśpiewałaś, ale jakoś tak słabo… Co ty, skarbie, śniadania nie jadłaś?


Dziewczyna śmieje się cichutko.


– Och, nie, dziadziusiu! – mówi ubawiona. – Po prostu Mikołajek śpi i mama oznajmiła, że wszyscy mamy być… – Milknie nagle, uświadamiając sobie, że właśnie wyszło na jaw jej poprzednie kłamstwo. Wcale nie jest u koleżanki, tylko w domu, a matka zwyczajnie nie chce rozmawiać z ojcem i dlatego Iza nie dała jej do słuchawki; starszy pan zdawał sobie z tego sprawę, ale fakt boli niezależnie od tego, czy się o nim wie czy nie. Dziewczyna szybko zmienia temat: – Dziadku, mam dla ciebie jeszcze jedną informację – mówi i w jej głosie rozbrzmiewa taka radość, że starszy pan rozchmurza się, licząc na dobre wiadomości.


– Będę pradziadkiem? – pyta z nadzieją.


Słuchawka zapowietrza się z oburzeniem.


– No wiesz, dziadku! – mówi poruszona Iza. – Czego ty mi życzysz! Najpierw chciałabym skończyć studia!


Mężczyzna kiwa głową ze zrozumieniem, chociaż tak naprawdę nie miałby nic przeciwko, gdyby wnuczka poświęciła naukową karierę dla rodziny; wiedział przecież, jak to całe szkolnictwo wyższe skończyło się w przypadku Beaty. Nie chciał dla Izy tego samego losu. Wolał, by była szczęśliwa… A jeszcze lepiej – by znalazła sobie chłopca, spłodziła z nim dzieci i razem z bliskimi osiedliła się niedaleko niego.


Tak, to byłoby najlepsze rozwiązanie. Starszy pan nie śmie jednak czegoś podobnego proponować. Wie, że to tylko mrzonki oszalałego z samotności mężczyzny. Wie, że nie ma prawa oczekiwać tego od wnuczki, którą tak bardzo kocha i która – jak się okazuje – jako jedyna kocha jego.


– Chodzi o coś innego – mówi dziewczyna. – Dostałam się na studia! Będę się uczyć za granicą na prestiżowej uczelni! – Kolejne słowa wyrzuca z siebie z prędkością karabinu maszynowego, a w jej głosie brzmi taka euforia, jakby miała zaraz zacząć skakać pod sufit ze szczęścia. – Czy to nie cudownie, dziadku? Przeprowadzam się do Londynu!


Mężczyzna, który do tej pory przysłuchiwał się z dumą, nagle poczuł, że uginają się pod nim nogi; gdyby nie siedział, z całą pewnością padłby jak kłoda na ziemię.


Iza wyprowadza się do Anglii. Nie będzie jej przez kolejne kilka lat.


Dziadek straci jedyną osobę, której na nim zależało.


– Dziadku?


– Gratuluję – wykrztusza z trudnością mężczyzna, przełykając ślinę. – Bardzo dziękuję za telefon, kochanie. I za pamięć. Niech ci się szczęści.


Dziewczyna jest zaskoczona nagłym zakończeniem rozmowy.


– Dziękuję, dziadku… – mówi niepewnie, nie rozumiejąc reakcji mężczyzny; w jej głosie słychać zakłopotanie, ale mężczyzna nie zamierza się tłumaczyć. – To… do zobaczenia. Odwiedzę cię jeszcze przed wyjazdem.


Mężczyzna kiwa głową, mając świadomość, że Iza i tak tego nie zobaczy, po czym naciska czerwony przycisk i rzuca telefon na stół.


Dopiero w tej chwili pozwala sobie na płacz.


Grube jak grochy łzy płyną po twarzy pooranej zmarszczkami, tocząc się po wyżłobionych czasem i pracą bruzdach. Iza go zostawia – taka myśl kołacze mu się w głowie. Wie, że to absurdalne, bo dziewczyna po prostu wyjeżdża na studia. Powinien być z niej dumny, powinien jej z całego serca pogratulować, a kiedy przyjedzie, wyściskać porządnie i zapewnić, że będzie jej słał smakołyki i kasety z polskimi przebojami (czy w tej Anglii w ogóle mają magnetofony, czy już wyłączne te cholerne błyszczące kółka?), żeby broń Boże nie zapomniała ojczystego języka.


Powinien, ale nie potrafi.


Jedyna osoba, na kontakcie z którą mu zależy, opuszcza go; już teraz jest w jego życiu na tyle rzadko, że jej wizyty są jak promień słońca w pochmurny dzień albo tchnienie wiosny po wyjątkowo srogiej zimie… Czekać na Izę jeszcze dłużej? Ograniczać rozmowy, bo z zagranicą to drogo? A jeśli wnuczka – mężczyzna drży na samą myśl – zapomni w tych Londynach o staruchu, który czeka w Polsce na wiadomość od niej? Co, jeśli, pochłonięta nauką i atmosferą wielkiego miasta, odwróci się od niego, zupełnie jak reszta rodzeństwa, jak jej matka i dwie ciotki?


Mężczyzna płacze, pozwalając, by targał nim gwałtowny szloch i wcale się tego nie wstydzi. I tak nikt nie zobaczy. Przecież nikt go nie odwiedza.


Jest najbardziej samotnym człowiekiem na świecie.


Świeczka na torcie straciła ponad połowę wysokości; u jej podstawy zebrała się niewielka kałuża zastygniętego wosku. Mężczyzna ślini palce i gasi między nimi płomień. Wie, że nie ma sensu go zdmuchiwać. Nie ma już marzeń, o których spełnienie mógłby prosić, nabierając powietrza do płuc.


Ostatnie jego życzenie o częstszym kontakcie z ukochaną Izą właśnie obróciło się w niwecz.


Starszy pan siedzi jeszcze przez chwilę, gapiąc się apatycznie w zgaszony telewizor; następnie podnosi się ociężale i chwyta talerzyk z nietkniętym ciastkiem. Chowa go do lodówki, nie troszcząc się nawet o wyciągnięcie z wierzchu niebieskiej, nadtopionej świeczki.


Przez kolejne dni wzrok mężczyzny będzie prześlizgiwał się po napoleonce przy każdym otwarciu lodówki, ale jego palce nie sięgną po talerzyk; wreszcie po tygodniu biszkopt zeschnie się i pokruszy, a krem wchłonie zapach surowej cebuli i rolmopsów i całość stanie się obrzydliwa i stara i ostatecznie wyląduje w koszu razem ze świeczką.


Tak jak każdego roku.



*



Ręce mi się trzęsą, kiedy kolejny raz przewlekam igłę przez materiał; boję się, że za chwilę zacznę się mylić, jednak moje dłonie wiedzą, co robić i nie potrzebują udziału świadomości, by tworzyć rysunek na kawałku płótna. Moje szczęście, bo ledwo widzę na oczy przez zasłonę łez.


Opowieść staruszka jest tak przejmująca, że ściska mi się serce. Zerkam ukradkiem na jego twarz, wykrzywioną bólem i pooraną bruzdami, na jego posiwiałe włosy i zwiotczałą, skuloną sylwetkę, a potem na tamborek, na którym pręży się dumnie robótka; obraz, który wychodzi spod moich palców, jest bury jak nić, której używam. Szara plątanina, z pozoru niepodobna do niczego, symbolizuje otchłań smutku, bezdenną jak pustka czająca się w oczach mojego współpasażera.


Ciemne zawijasy to samotność, a depresyjne kleksy i hipnotyzujące okręgi – rozpacz i bezradność.


Jedyne, czego pragnę, to teraz, w tym momencie, natychmiast sięgnąć po maleńkie krawieckie nożyczki, które zawsze ze sobą noszę i przeciąć nitki, wyrwać supły i pozbyć się na zawsze okropnego obrazka; małe srebrne cacuszko ciąży mi w kieszeni, jakby pragnąc się z niej wyrwać i oczyścić materiał z tego, co brzydkie i smutne. Wiem jednak, że nie mogę tego zrobić.


Podróż się jeszcze nie skończyła. Minęło dopiero dziewiętnaście minut. Zdaję sobie sprawę, że kolejne osiem może wszystko zmienić.


Pan nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Oni nigdy nie kończą opowieści przed ostatnim przystankiem.


Staruszek otwiera oczy i wzdycha rozdzierająco. Rozchyla usta i wiem, że miałam rację. Zawsze mam rację.


Nożyczki muszą poczekać.



*



Nie zdarzyło mu się, by pomyślał sam o sobie, że jest złym ojcem. Czy za złego rodzica może uważać się mężczyzna, który wypruwa sobie żyły, by jego rodzinie dobrze i bogato się żyło? By niczego jej nie brakowało? Czy to źle, że pracuje się od rana do nocy, żeby córki miały się w co ubrać i co zjeść, a żona nie narzekała, że znowu jej na poczcie zabrakło na opłacenie rachunków?


Każdy mężczyzna ma do wykonania w życiu kilka misji. Zwykło się mawiać, że powinien posadzić drzewo, wybudować dom i spłodzić syna. On syna nie miał, ale z jego lędźwi przyszły na świat trzy córki. Domu nie wybudował, ale za jego ciężko zarobione na budowach, a potem w kopalni pieniądze udało im się wykupić na własność niewielkie, dwupokojowe mieszkanie z wielkiej płyty. Drzewa nie posadził, ale tym akurat przejmował się najmniej, drzewo to roślina tak samo jak kwiatki doniczkowe, więc równie dobrze pod ten punkt można by podciągnąć rzędy azalii i pelargonii ustawione na wszystkich parapetach i szafach w mieszkaniu. Opiekowała się nimi Maria, jak i całym domostwem – od tego w końcu są kobiety, czyż nie?


Facet powinien wracać do domu zmęczony po pracy, a jego kobieta podać mu ciepły posiłek, wysłuchać, co ma do powiedzenia, a potem dać spokój na resztę dnia, żądając tego samego od dzieci. Tak jest normalnie, tak jest naturalnie. Czy komukolwiek to przeszkadza? Czy te całe „partnerskie związki” naprawdę są takie dobre? Mężczyzna prycha z dezaprobatą. Partnerskie związki! Dobre sobie! Ten, kto to wymyślił, chyba nigdy nie pracował!


Mężczyzna pracuje więc, dla o rodzinę, żyje z nią, ale obok niej i ponieważ tak jest normalnie i tak żyje większość ludzi na świecie, przyjmuje to do wiadomości i jest mu całkiem przyjemnie; nie orientuje się, że przez całe lata córki spoglądają na niego spod oka i z nadzieją, że wreszcie okaże im nieco zainteresowania.


Nie dociera do niego, że jego komunikacja z dziećmi opiera się na dwóch słowach: „zawsze” oraz „nigdy”.


„Bo ty nigdy nie masz dla mnie czasu.”


„Bo ty zawsze się czepiasz.”


„Nigdy nie doceniasz mamy.”


„Zawsze jesteś zmęczony.”


„Nigdy nie chcesz się z nami pobawić.”


„Zawsze narzekasz.”


„Nigdy nas nie słuchasz.”


Zawsze, nigdy, zawsze, nigdy – jak w kalejdoskopie. Po mężczyźnie jednak te dziewczęce narzekania spływają jak po kaczce – czy nie jest tak, że kobiety, niezależnie od wieku, muszą sobie pojojczeć? Trzeba zacisnąć zęby i iść dalej. Właściwie on już nawet nie zaciska zębów – jest mu naprawdę wszystko jedno. Jedyne, czego pragnie, to świętego spokoju, gorącej strawy i dostępu do pilota, kiedy jest już w domu.


Kocha żonę i kocha córki, ale kocha je zdecydowanie bardziej, kiedy milczą.


To nie tak, że mężczyzna nie bierze udziału w wychowaniu dzieci. Co to, to nie! Jest surowym i wymagającym rodzicem. Wie, że bez dyscypliny nikt nigdy nie zdoła zaszczepić w dziecku pozytywnych wartości. Jego córki są, na szczęście, poukładane i nie potrzeba im tłuc do głowy większości tych rzeczy, które innym huncwotom należy wbijać do mózgów za pomocą młota (albo pasa). Nawet one jednak miewają głupie pomysły, które trzeba temperować, a matka – jak to matka – serce ma zbyt miękkie i dłonie zbyt ciepłe, by się sprzeciwić.


Mężczyzna pamięta doskonale kilka sytuacji, kiedy on musiał wkroczyć, bo Maria nie poradziłaby sobie sama.


Kiedy Beata po raz pierwszy przyprowadziła do domu chłopaka, tylko dzięki niemu nie doszło do katastrofy; młodzieniec okazał się podłym ścierwem, bezwartościowym śmieciem, najgorszym koszmarem szanującego się ojca – bo czyż może coś innego reprezentować sobą osoba z kolczykami w uszach i w nosie i wielkim tatuażem na ramieniu przedstawiającym trupią czaszkę, którą to trupią czaszkę – zamiast zakryć wstydliwie, nie wystawiając na widok publiczny dowodu własnej głupoty – jeszcze z dumą eksponuje? Mężczyzna nie przysłuchiwał się temu, co chłopak ma do powiedzenia; nie obchodziły go jego osiągnięcia na uczelni, jego wielkie, ambitne plany… Zdaje się, że miał zamiar wkręcić się w branżę artystyczną, miał nawet jakąś swoją kapelę i był wodzirejem na weselach… Wodzirej na weselach! – prychnął mężczyzna ze zgrozą, gdy tylko to usłyszał. – Jeszcze czego!


Wygonił adoratora Beaty, dając mu do zrozumienia, że nie ma u nich czego szukać, a samą córkę zbeształ tak namiętnie, że ta lizała emocjonalne rany przez kolejne dwa miesiące, roniąc łzy w poduszkę, gapiąc się tępo w ścianę i nie dopuszczając do siebie nikogo. Opuściła się w nauce (wówczas chodziła jeszcze do technikum – kolejny powód, by nie wiązać się z człowiekiem, który był od niej o kilka dobrych lat starszy), nic nie jedząc, schudła pięć kilo, straciła kilka garści włosów, za to zyskała worki pod oczami – a matka, która zostawiała pod drzwiami jej pokoju tace z jedzeniem, które potem odnosiła do kuchni nietknięte, zaczęła suszyć mężowi głowę, że być może nie należało tak ostro reagować na ukochanego Beaty i dać mu szansę.


Mężczyzna prychnął wtedy i rzucił jej srogie spojrzenie znad gazety. Co baba może wiedzieć na ten temat? Maria nigdy nie była nastoletnim chłopcem i nie wie, że takiemu w głowie tylko jedno. On jako ojciec nie dopuści do tego, by jego nazwisko okryło się hańbą, ponieważ jedna z jego córek straciła zmysły dla jakiegoś obiboka-kryminalisty (taki wymalowany koleś musi być kryminalistą), który wziął się nie wiadomo skąd i po co.


Młodsze córki patrzyły na ojca wielkimi, okrągłymi oczami, słuchały łkania Beaty dobiegającego zza zamkniętych drzwi pokoju i wyciągały wnioski. One były znacznie ostrożniejsze przy doborze ewentualnych chłopaków.


Sama Beata już nigdy więcej nie przyprowadziła do domu żadnego przyjaciela.


Kiedy Zuzanna wyprowadziła się już od rodziców i urodziła czwarte dziecko, wpadła na pomysł, żeby wrócić do pracy; odczekała, aż Żanetka stanie na własnych nogach, po czym jak szalona zaczęła rozsyłać CV i dzwonić po pracodawcach, wyłuszczając im swoją sytuację i wymieniając na jednym wydechu wszystkie kursy, w jakich kiedykolwiek brała udział. Rodziców na bieżąco informowała o swoich postępach – ojciec jedynie pukał się w głowę, bo przecież to bez sensu, żeby córka wracała do pracy po tylu latach nic nie robienia, płaszczenia tyłka w domu, na fotelu, rozwiązując krzyżówki i od czasu do czasu przygrzewając w kuchence mikrofalowej zupki dla dzieci. Zresztą, co Zuza umiała? Niewiele. Przez narodzeniem dzieci nie zdążyła przepracować choćby miesiąca, bo prędko dała się zbrzuchacić i tyle było z wolności; miała jakieś umiejętności, ale to wszystko było mało. A jej tak zwane ambicje? Potrzeba udowodnienia, że jest warta więcej niż zwykła kura domowa? Że nadaje się nie tylko do zmieniania pieluch i podcierania nosów? Ojciec jedynie ze wzgardą unosił brwi. Co też tej dziewczynie przychodzi do głowy!


Pewnego dnia Zuza zadzwoniła z ogromną prośbą – błagała przez telefon, by mogła przywieźć dzieci na parę dni do dziadków, bo zaproponowano jej świetną posadę, genialną, pracę ma niemal jak w banku, rozmowa kwalifikacyjna już się odbyła elektronicznie i teraz pracodawca zaprosił ją, jako jedną z dwóch kandydatek na czterdzieści osiem (duma w głosie córki brzmiała tak wyraźnie, że mężczyzna miał wrażenie, iż zaraz wypełznie przez kabel i przybierze postać wieńca laurowego) na dni próbne. Nie ma jednak co zrobić z dziećmi, mąż jest w delegacji, a siedziba firmy znajduje się kilkaset kilometrów od jej domu, proszę, proszę, zaopiekujcie się z mamą dzieciakami, pomóżcie – mówiła Zuza.


Starszy pan pamięta swoją irytację, kiedy wysłuchiwał tych utyskiwań. Być może gdyby Zuzanna zadzwoniła w innym czasie, a nie dokładnie wtedy, kiedy Marię rozłożyła paskudna jelitówka, gdyby jemu nie zwalił się na głowę cały dom, łącznie z gotowaniem, sprzątaniem i robieniem zakupów, gdyby nie musiał sam sobie wieczorem przygrzewać kupnych pierogów, które na dodatek rozgotowywały się w wodzie na ohydną papkę, bo nie potrafił zrozumieć tych dziwnych instrukcji na opakowaniach – gdyby nie był tak wściekły, że wbrew jego woli idealny plan dnia uległ zmianie, być może wówczas córka nie usłyszałaby warknięcia: „Twoje bachory, opiekuj się nimi”.


Zuzanna nie pojechała na dni próbne, nie mając nikogo, kto wziąłby na siebie kilkudniową opiekę nad dziećmi. Posadę zgarnęła druga kandydatka.


Córka już nigdy potem nie napomknęła, że chce wracać do pracy i nigdy już nie zwróciła się do rodziców o pomoc. Potem zresztą kolejny raz zaszła w ciążę, a zanim odchowała Mikołaja, była już w tak zaawansowanym wieku, że żaden pracodawca by jej nie zechciał i sprawa rozeszła się po kościach.


Najbardziej zwariowane pomysły miewała Jola. O, ta to była postrzelona! Młoda kózka, głupia i szalona, nauczyciele nagminnie przyłapywali ją na paleniu papierosów („Mieliśmy na biologię napisać esej na temat szkodliwości palenia – przecież musiałam najpierw potwierdzić, że palenie naprawdę szkodzi!”), podpijała ojcu wódkę z barku („Chciałam sprawdzić, jak to smakuje, żeby potem, jak ktoś mnie poczęstuje, móc z czystym sumieniem powiedzieć, że nie piję, bo wódka jest obrzydliwa – gdybym się nie napiła, to byłoby kłamstwo!”), a nienawykła do obowiązków potrafiła całe dnie spędzać w lumpeksach, rozgarniając stosy ubrań i wyszukując co fikuśniejsze powłóczyste spódnice. Rodzice pozwalali jej na te wariactwa, bo była najmłodsza i wychuchana, jednak od czasu do czasu trzeba ją było utemperować, by nie wlazła im na głowę i już na niej nie pozostała.


Raz jeden Jolanta, która nigdy niczego nie brała na poważnie, przyszła do ojca z taką miną, jakby miała mu właśnie obwieścić epokowe odkrycie.


– Tato – powiedziała wtedy (co już na wstępie zdziwiło mężczyznę, bo jego córki bardzo rzadko mówiły do niego „tato”). – Tato. Mam ci coś do powiedzenia. – Nabrała powietrza w płuca i wyjęła z kieszeni plik pogniecionych ulotek. Wygładziła je na kolanie i położyła przed ojcem, a potem złożyła dłonie na podołku i przygryzając wargi, czekała jak na szpilkach na jego reakcję.


Mężczyzna zerknął z obojętną miną na kartki. „Kurs fotografii – roczne studium w Warszawie. Zapisy ruszają od… Koszt…”.


Spojrzał na córkę, nic nie rozumiejąc.


– Zawsze o tym marzyłam – szepnęła Jolanta i chociaż jego córka „od zawsze marzyła” o wielu, wielu rzeczach, tym razem coś w jej głosie sugerowało, że nie jest to kolejna głupia, kilkudniowa mrzonka, ale coś poważniejszego.


Mężczyzna ponownie skierował wzrok na ulotki. Rozłożył je na stole, rozgarniając sękatą dłonią. Różnorodność ofert i bogactwo folderów omamiły go – nie miał pojęcia, gdzie kierować spojrzenie; jedyną informacją, jaką przyswoił, był koszt – w każdym przypadku niebagatelny.


Spojrzał na córkę.


– Czego ode mnie oczekujesz?


Ostrość w jego głosie zbiła Jolę z tropu; dziewczyna skuliła się i zaczęła kręcić młynki kciukami. Zawsze tak robiła, kiedy była zdenerwowana, jednak mężczyzna nie miał o tym pojęcia, bo bywał w domu rzadko, a kiedy nawet był, nie zwracał uwagi na dzieci na tyle, by dostrzegać w ich zachowaniu pewne niuanse. Nic dziwnego, że uznał ten gest za oznakę lekceważenia.


– Chciałabym, żebyś mi doradził – szepnęła Jolanta, wbijając wzrok w czubki butów. – Pomógł wybrać najlepszy kurs.


Mężczyzna uniósł z rozbawieniem brwi.


– A w jaki sposób zamierzasz te swoje magiczne kursy opłacić?


Jola spodziewała się takiego pytania; przymknęła powieki i wciągnęła powietrze w płuca, przygotowując się na to, co nastąpi po jej odpowiedzi.


– Myślałam, że mi pożyczycie…


Mimo upływu lat ojciec doskonale pamięta swoją reakcję. Trudno jest wyrzucić z pamięci atak śmiechu tak gwałtowny i potężny, że szarpnął jego ciałem i w efekcie mężczyzna wylądował w konwulsjach na podłodze. Nie sposób zapomnieć przerażenia na twarzy córki i zawodu formującego się w jej oczach w małe, lśniące łzy.


Jola już nigdy nie zwróciła się do niego o radę i nigdy nie wspominała o fotografii. Skończyła pedagogikę i podłapała posadę w szkole, a potem urodziła dziecko i oszalała na jego punkcie. A tak zwana pasja umarła śmiercią naturalną – o czym mężczyzna był święcie przekonany – jak wszystkie poprzednie.


Tak więc stosunki między ojcem i córkami od zarania dziejów regulują słowa „zawsze” i „nigdy” i mężczyzna nie ma tego nikomu za złe.


Zawsze tak było i nigdy się tym nie przejmował.


I bynajmniej nie uważa siebie za złego ojca.



*



Mija dwudziesta siódma minuta podróży. Autobus dojeżdża do ostatniego przystanku, a drzwi otwierają się na oścież. Starszy pan zrywa się ze swojego miejsca i żwawym krokiem rusza ku wyjściu, nawet się nie żegnając; nie ogląda się, by samym spojrzeniem podziękować mi za wysłuchanie. Ludzie tego nie robią – natychmiast po swojej spowiedzi zapominają, że takowa miała miejsce, a ja staję się dla nich jedynie cieniem, nic nie znaczącą marą, po której wzrok się prześlizguje beznamiętnie, nie dostrzegając jej ani nie żywiąc wobec niej żadnych emocji.


Dla moich rozmówców podróż się kończy. Dla mnie – dopiero zaczyna.


Czeka mnie najtrudniejsza część. Decyzja.


Przygryzam wargi i wpatruję się pustym wzrokiem w tamborek. Podczas ostatnich minut opowieści zdążyłam dokończyć rysunek – haft przedstawia ponury las, a bure gałęzie drzew sprawiają wrażenie, jakby miały wyłupić oczy nieostrożnym spacerowiczom; obraz, choć na swój sposób ładny i kunsztowny, tchnie smutkiem i chłodem. Wiem, że tak miało być, bo takie właśnie jest życie mojego staruszka – samotne i trudne, bo jakież może być, kiedy za jedynego towarzysza ma się schnącą w lodówce napoleonkę?


Z drugiej strony, czy może być inne, skoro przez całe lata nie dawało się z siebie nic, by własne dzieci chciały na starość tę pustkę zapełnić?


Przymykam oczy. Ściągam serwetkę z tamborka i z westchnieniem chowam materiał do kieszeni – tej samej, w której znajdują się maleńkie, krawieckie nożyczki. Już nie rezonują, nie wyrywają się na zewnątrz, nie klekoczą niecierpliwie srebrnymi piórami, pragnąc zetrzeć rysunek haftu; mężczyzna nie zasłużył na to, by pozbyć się z jego życia bezdennej otchłani.


Wysiadam z autobusu i kieruję się w stronę ławki na pętli; patrzę, jak mój pojazd odjeżdża i skręca w oddali w stronę zajezdni. Wiem, że kolejny kurs będzie miał miejsce za godzinę – wówczas znowu do niego wsiądę, znowu zajmę dokładnie to samo miejsce i poczekam na kolejną osobę gotową opowiedzieć mi o tym, co boli ją najbardziej.



*



Zwą nas hafciarkami.


Niezbyt to wyszukane, wiem.


Nikt nie wie, skąd się tak naprawdę wzięłyśmy. Podobno każda narodziła się dzięki Bożemu tchnieniu. Zostałyśmy posłane na ziemię, by pleść, czy też raczej – wyszywać ludzkie losy na kawałkach materiału.


Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek spotkać gdzieś w okolicy kobietę, która siedzi na ławce, przy sklepie albo na przystanku autobusowym i haftuje spokojnie, ścieg za ściegiem, skupiona na swojej pracy, z koniuszkiem języka wysuniętym na dolną wargę i pozornie nie zwraca uwagi na otoczenie? Prawdopodobnie przeszedłeś koło niej obojętnie, wzruszając ramionami albo nawet nie widząc jej, pochłonięty codziennymi obowiązkami; może przyszło ci do głowy, że zazdrościsz jej, że też chciałbyś mieć tyle czasu, ale potem w twojej kieszeni zawibrowała komórka i to był koniec przemyśleń. Być może przebiegłeś obok takiej osoby, goniąc po parku swoje dziecko albo krnąbrnego psa, który zerwał się ze smyczy i pokłusował za ptakiem. Nigdy jednak się do niej nie dosiadłeś.


Jest wielce prawdopodobne, że spotkałeś hafciarkę.


Jest nas bardzo wiele. Właściwie sama nie jestem w stanie stwierdzić, ile. Naszymi „ludźmi” obstawione są place, parki, osiedla... wszelkie miejsca człowieczej egzystencji. Dlaczego umieściłam „ludźmi” w cudzysłowie? Możemy przybierać różne formy – to nie od nas zależy, jaki kształt będzie miało nasze ciało tu, na ziemi. Ponieważ jednak nasza praca polega na haftowaniu, oczywistym wydaje się, że musimy posiadać ciała takie jak zwykli ziemianie – a ponieważ utarło się, że w tego typu robótkach lubują się przede wszystkim starsze panie (przynajmniej w obecnym wieku – istnieję wystarczająco długo, by wiedzieć, jak to się zmieniało na przełomie stuleci), taką właśnie formę nadaje nam zwykle łagodny podmuch Bożego oddechu. Nie znaczy to, rzecz jasna, że nie można spotkać hafciarki nastolatki albo hafciarki mężczyzny. Takie również istnieją, jednak ze względu na to, że ściągają na siebie znacznie większe zainteresowanie, nie ma ich zbyt wiele.


My nie jesteśmy po to, by znajdować się w centrum uwagi.


Jeśli chodzi o samo plecenie – tak naprawdę nie mamy oczu. To znaczy, mamy, posiadamy też zdolność widzenia – jednak w przypadku naszej pracy nie posługujemy się wzrokiem. Polegamy wyłącznie na palcach – to one wykonują za nas całą robotę. To nie my nimi kierujemy, ale siła wyższa, a raczej – człowiek, którego losy pleciemy. To on snuje swoją opowieść, to on przeżywa życie, a my jedynie spisujemy jego losy na skrawku płótna.


Do samego końca nie wiemy, co wyjdzie spod naszych palców. Na początku widzimy często jedynie chaos, nic nieznaczącą plątaninę nachodzących na siebie linii i zawijasów. Ostateczny kształt obrazowi nadaje opowieść, którą wyłuszcza człowiek dosiadający się do nas.


Człowiek gotowy na to, by podzielić się swoją opowieścią.


W jednej chwili zajmujemy się jednym haftem na raz. Dopiero kiedy go skończymy, możemy brać się za kolejny. Praca wydaje się nudna i monotonna, jednak wierz mi – wcale taka nie jest. Różnorodność ludzkich losów daje takie pole do popisu, że zaspokaja ciekawość najbardziej żądnych wiedzy hafciarek.


A my jesteśmy żądne wiedzy.


Hafciarką nigdy nie zostanie osoba (byt? tchnienie? duch? nie wiem nawet, jak to określić), która za bardzo skupiona jest na sobie; nigdy nie byłaby w stanie należycie wypełniać swoich obowiązków, chłonąć cudzych opowieści. I przede wszystkim – nigdy nie dałaby rady powstrzymać się przed wtrąceniem w monolog swojego komentarza.


Hafciarkom absolutnie nie wolno tego robić.


W chwili powołania każda z nas składa śluby milczenia. Nie możemy przeszkadzać naszym rozmówcom; ich opowieść musi być w stu procentach ich dziełem. Musi pochodzić prosto z ich wnętrza. Jakakolwiek opinia z zewnątrz może wybić ich z rytmu i przekłamać historię, a to z kolei doprowadzić by mogło do tragedii.


Milczenie jest tym, co odróżnia hafciarki od innych bytów stworzonych do pomagania i towarzyszenia ludziom.


Nie jesteśmy Aniołami Stróżami, których pomoc jest dyskretna, ale którzy, kiedy trzeba – mogą ujawniać się i nieco bardziej dosadnie dotrzeć do swojego podopiecznego; zresztą, naszym zadaniem bynajmniej nie jest nikogo chronić. My jesteśmy jedynie kronikarzami. Uwierz, czasami jest to niezwykle frustrujące – słyszeć historię wyjątkowo smutną, poruszającą i nie móc z nią nic zrobić, nie móc jej zmienić, odwrócić...


A właściwie móc – ale jest to obwarowane kilkoma warunkami, o których opowiem ci później.


Wracając do samych hafciarek – istnieje wiele sekcji. Oddziałów, szeregów... Nazywaj to sobie, jak chcesz. Każda z nas posiada własną osobowość (duchy i niematerialne byty też mają swoje uczucia i charaktery – pamiętaj o tym!) i dlatego – jeżeli tylko posiada odpowiednie kompetencje do zostania hafciarką – musi najpierw zostać przydzielona w odpowiednie miejsce. Niektóre z nas powołane są do tego, by słuchać opowieści radosnych, tych, które kończą się szczęśliwie – one spisują na swoich kawałkach materiałów historie będące motywacją dla ludzi i dla innych hafciarek. Takie serwety i maleńkie obrusiki są następie zabierane przez strażników snu i przemieniane w nocne marzenia, które w następnej kolejności śnią się ludziom, dając im ukojenie i nadzieję na lepsze jutro. Wiele hafciarek z innych, smutniejszych sekcji zazdrości hafciarkom z tego sektora – nazywanego przez nas „pozytywnym” – bo jest to praca lekka, przyjemna i tak naprawdę mało absorbująca. Jeśli ma się odrobinę ambicji, jest się przydzielanym do trudniejszych sekcji – taka hafciarka staje się powiernikiem osób, którym coś w życiu nie wyszło, które aktualnie są na dnie rozpaczy, a jej, to znaczy hafciarki zadaniem jest wysłuchać i przez sam ten fakt pocieszyć i odciążyć ich sumienie. Do jeszcze innych przychodzą zbrodniarze albo śmiertelnie chorzy... Takie hafciarki mają chyba najtrudniej i ich rozmowy są najbardziej stresujące. Często podlegają temu, co wy, ziemianie, nazywacie wypaleniem zawodowym – tracą zapał i po pewnym czasie zwracają się do Stwórcy z prośbą o przeniesienie do łatwiejszego sektora.


W większości jednak w tej ostatniej sekcji znajdują się stare wyjadaczki, weteranki plecenia. One są odporne jak stal i nijak nie da się ich złamać.


Mnie jeszcze wiele do nich brakuje... ale mówiąc szczerze, nawet gdybym miała możliwość awansu, chyba bym nie skorzystała. Banalne, ckliwe opowiastki mielone potem na senny pył mnie nie interesują, są zbyt proste dla mojego analitycznego umysłu, ale zdaję sobie sprawę, że w drugą stronę również nie należy przesadzać.


Dobrze mi tu, gdzie jestem.


Słyszę pisk opon, więc otwieram oczy i z niechęcią osłaniam ręką twarz, którą wcześniej kierowałam w stronę słońca. Tak, miałam rację – właśnie podjechał mój autobus. Podnoszę się ociężale (nie wiem, jak prawdziwi ziemianie są w stanie wytrzymywać te wszystkie ograniczenia narzucone im przez kruche, słabe ciała), zbieram toboły, głaszczę dłonią tamborek, spoglądając na niego z czułością i wdrapuję się po stromych schodkach, dysząc na każdym stopniu. Zajmuję moje stałe miejsce, sadowię się na krześle na tyle wygodnie, na ile pozwala na to twarde obicie, po czym wyciągam z torby kolejną napoczętą serwetkę i naciągam ją starannie na obręcz, nim autobus rusza.


Na materiale jeszcze niemal nic nie ma – jedynie kilka pojedynczych linii nie przypominających niczego. Wiem jednak, że w ciągu kolejnych dwudziestu siedmiu minut się to zmieni.


Kierowca zamyka drzwi, które piszczą przenikliwie i rusza z miejsca, a pojazd wypuszcza ze zdezelowanej rury wydechowej kłęby spalin.


Wpatruję się spokojnie w okno. Igła tkwi w materiale, a moje nieruchome, powykręcane artretyzmem palce (kolejna rzecz nie do wytrzymania, którą wy, ziemianie, musicie tolerować – nie wiem, czy bardziej was z tego powodu podziwiam czy wam współczuję) ściskają krawędzie hafciarskiego tamborka, czekając na początek pracy.


Są niecierpliwe, ale już niedługo i igła, i nitka pójdą w ruch.


Wiem to. W końcu jestem hafciarką.



*



W przeciwieństwie do starszego mężczyzny, on się nie waha. Od razu namierza wzrokiem wolne miejsce i osuwa się z werwą tuż obok mnie.


– Co się gapisz? – warczy w moim kierunku, pokazując zęby jak pies; nie reaguję – tak, i tacy „klienci” się nam trafiają. Ludzie są różni, musimy się z tym pogodzić. Wzruszyłabym ramionami, ale wolę go nie prowokować. Po prostu chwytam igłę i przewlekam ją przez materiał – raz za razem, nie widząc obrazu, który się spod niej wyłania. Mam jeszcze czas, żeby odkryć tajemnicę nowej serwetki – wystarczy niecałe pół godziny, a ja potrafię być cierpliwa.


Na mojego współpasażera zerkam kątem oka, ostrożnie, niemal się nie poruszając. Dostrzegam kilka szczegółów – wygoloną głowę, na której ostały się jednak resztki rudawego meszku, zatwardziałą twarz zastygniętą w wyrazie agresywnego uniesienia oraz dłonie, których kostki rozorane są drobnymi skaleczeniami i sińcami. Nie ma wątpliwości, że młody człowiek nie stroni od rozwiązań siłowych – dowodzą tego również liczne blizny na jego (przystojnym poniekąd, gdyby nie ta mina wściekłego bulteriera) młodym obliczu.


Chłopak na przemian rozwiera i zaciska pięść; nie zwracam na to szczególnej uwagi; czekam, aż zawsze mówić. Domyślam się, że nastąpi to prędzej niż w przypadku poprzedniego penitenta.


Intuicja, jak zwykle, mnie nie myli.


– Że niby jak ryj obity, to od razu chuligan? – burczy, chociaż nic nie powiedziałam i absolutnie nie dałam mu żadnego znaku, że cokolwiek na jego temat sądzę. – Wiem, co myślą sobie takie stare prukwy jak ty... Widzę ich wzrok, taki potępiający... – Odchyla się na siedzeniu i przymyka oczy; nie przyjrzałam mu się dokładnie (trochę ze strachu, by go nie prowokować – przy spokojniejszych pasażerach mogę pozwolić sobie na nieco większą swobodę), więc nie jestem pewna, jakiego koloru są jego tęczówki, ale sądząc po kolorze włosów i przebijających się spod blizn i zgrubień piegów mogę się założyć, że zielone lub niebieskie – w każdy razie jasne.


Jasne i niewinne.


Czy aby na pewno?


Chłopak unosi powieki, a ja zbieram się na odwagę i nieco bardziej przekręcam głowę w jego kierunku – miałam rację, oczy ma zielone jak wiosenna trawa. Kolor nadziei i odradzającego się życia. Co takiego się wydarzyło, że ten młodzieniec, tak czysty, tak nieskazitelny, dosiadł się akurat do mnie?


Drżę na myśl, co od niego usłyszę, ale jednocześnie jestem ciekawa – moje palce bez udziału świadomości raz po raz przewlekają igłę; haftuję tak szybko, że jest to prawie fizycznie niemożliwe, nie z moim kruchym, ludzkim ciałem i tym całym artretyzmem, ale w końcu jestem hafciarką i napędza mnie coś więcej niż żałosna, życiowa energia. Mam szczęście, że jestem bytem kierowanym przez Bożą wolę.


Mam wrażenie, że chłopak za moment znowu zawarczy albo chociaż rzuci mi potępiające spojrzenie, ale nie – on wzdycha głęboko i wiem już, że kryzys został opanowany. Jednak coś w nim z tego spokojnego, bezbronnego chłopca pozostało. Uśmiecham się do siebie półgębkiem – ha! A więc natury nie da się oszukać!


– A może to wszystko nie moja wina, co? – szepcze chłopak głosem wypranym z emocji. – Zmarnowane życie i te wszystkie rozboje... Dobra, jestem kryminalistą – warczy, rzucając mi prowokujące spojrzenie. Bada mnie wyraźnie: powiem coś, nie powiem? Skomentuję, jak wszyscy? Nie wie, że choćbym chciała, nie mogę tego zrobić ze względu na śluby. Poza tym – i tak nie chcę. Jedyne, czego pragnę, to go wysłuchać. Jestem hafciarką wystarczająco długo, by wiedzieć, że oceny można dokonać dopiero po wysłuchaniu do końca historii. – Jestem kryminalistą – powtarza chłopak i przez chwilę w jego twarzy nie ma agresji, a jedynie ból – jestem złym człowiekiem. Ale wszyscy inni też nimi są.



*



– Żryj gruz, pedale!


– Zdychaj, ruda kito!


– Kanalia!


– Palant!


– Obszczymur!


– Uciekaj do mamusi, chujku.


Młodzieniec ledwo jest w stanie rozróżnić słowa; wyrazy zamazują się za każdym razem, kiedy jego głowa znajduje się pod powierzchnią wody.


Starsi koledzy trzymają go mocno – jeden wykręca ramiona do tyłu, nie pozwalając się ruszyć, a drugi, wyższy, chudy jak szczapa, raz po raz zanurza jego twarz w klozecie.


Chłopak nie myśli ani czuje; nie skupia się nawet na epitetach, które padają z ust dręczycieli. Nasłuchał się w życiu tak wielu bluzgów, że właściwie znał ich repertuar na pamięć.


Zdecydowana większość związana była z jego kolorem włosów – ogniście rude kosmyki i nakrapianą piegami cerę odziedziczył po matce i babce, której grube, czerwone jak polne maki warkocze robiły furorę wśród wsiowych lowelasów. Czasy, niestety, nieco się zmieniły i chłopak miał to nieszczęście, że przyszedł na świat w momencie, kiedy rudość nie była już uważana za zaletę. Zresztą, inaczej się na to patrzy, kiedy ruda jest dziewczyna. Ruda dziewczyna zawsze wygląda uroczo – kiedy jest jeszcze mała, sikająca w majtki i patrząca na świat wielkimi, okrągłymi oczami, biegająca po podwórku z rozwianą grzywką i wpadająca do domu z wrzaskiem, że znalazła w pobliskim zagajniku grzyba (który, swoją drogą, okazał się muchomorem sromotnikowym) – wówczas taka dziewczynka nazywana jest pieszczotliwie „marcheweczką” albo „karotką”; gdy dziewczę dojrzewa powoli, a jej kształty z płaskich i kanciastych stają się obłe, krągłe i apetyczne, taka istota wywołuje podziw, a rzucane za nią słowa „wiewióreczka” albo „lisiczka” podszyte są pożądaniem.


Nawet gdy dziewczyna całkiem dorasta i z młódki staje się kobietą, najpierw zwyczajnie dorosłą, potem w kwiecie wieku, a na koniec sędziwą, najgorszym, co może usłyszeć na ulicy, jest rzucone półgębkiem przez jakiegoś gówniarza „głupia ruda krowa”.


Rudy chłopak od zarania dziejów miał, mówiąc oględnie, przejebane.


Młodzieniec zdaje sobie sprawę, że nie jest to wina ani matki, ani babci, a mimo to lubi od czasu do czasu złorzeczyć im w myślach. „Jak mogłyście mi to zrobić?” – wyrzuca z siebie po cichu. – „Czy naprawdę nienawidzicie mnie do tego stopnia, że musiałyście mnie tak skrzywdzić? Przekazać mi te pierdolone, wadliwe, rude geny?”.


To, co myślał chłopak, kiedy wieczorem wracał do domu i tuż przed zaśnięciem gapił się bezmyślnie w sufit, pragnąc najbardziej na świecie, by kolejny dzień nie nadszedł i to, co myśli w tej dokładnie chwili, kiedy z trudnością łapie oddechy między kolejnymi zanurzeniami w śmierdzącej moczem wodzie, jest niesprawiedliwe i krzywdzące i młodzian zdaje sobie z tego sprawę. Matka i babka nigdy nie chciały go skrzywdzić. Nigdy nie powiedziały mu złego słowa, nigdy nie został przez nie skarcony ani uderzony.


To ostatnie to była domena ojca.


Chłopak w sumie był przyzwyczajony do pomiatania sobą; miał to w domu, odkąd na tyle odrósł od ziemi, by móc ustać na własnych nogach. Ojciec zawsze miał ciężką rękę – nie, nie chciał krzywdzić swoich dzieci; chciał je wychowywać. Przynajmniej tak twierdził.


Młodzieńcowi nigdy nie udało się ustalić, jaki związek ma „wychowywanie” i „lanie pasem po gołym tyłku, aż dzieciak zapuchł cały od uderzeń i płaczu i potem przez kolejne dni nie mógł spać i szczał do łóżka ze strachu”. Kiedy był jeszcze mały, przyjmował to jako coś oczywistego, coś, z czym trzeba się pogodzić, ot, tak jest i już, nie marudź, wcinaj marchewkę – kiedy jednak podrósł i zaczął rozumieć otaczający go świat, kiedy jego kontakty towarzyskie rozszerzyły się na grono szkolne, kiedy spotykał różnych ludzi również będących rodzicami i kiedy okazywało się, że oni swoich dzieci wcale nie maltretują – uznał, że w jego rodzinie jednak nie jest normalnie. Wielokrotnie pytał o to matkę, ale ona była za bardzo przerażona, by stanąć w jego obronie. Nie pomagały krzyki ani nalegania, by kobieta coś z tym zrobiła, bo chłopak nie zamierza być dłużej dla starego workiem treningowym. Tak samo zaszczuta była babka, którą na starość przygarnęli; starsza pani miała demencję, pogłębiającego się Parkinsona i zaniki pamięci, a do tego choroby wpływały na jej świadomość w taki sposób, że z najpotulniejszej istoty na świecie zamieniała się w złośliwą bestię i od jakiegoś czasu z zaskakującą regularnością w każdy czwartek smarowała ściany swojego pokoju własnymi odchodami, dowodząc, że tworzy awangardową sztukę.


– Co, dobrze ci tam, w tej muszli, nie, kutasiku? – pyta kpiącym głosem ten wysoki i chudy, a drugi, co trzyma go pod ramiona, rechocze jak idiota. – U siebie w domu masz to samo, nie? Podobnie aromaty, nie? Te, Karol, ty słyszałeś, że u rudego chujka ponoć nie srają w kiblu, tylko walą kloce pod siebie?


Ten zwany Karolem pieje z uciechy, a powietrze ucieka przez szczelinę w jego szczerbatej szczęce i osiłek brzmi tak, jakby trochę gwizdał, a trochę nucił.


Młodzieniec, któremu zaczyna zbierać się na wymioty od ciągłej konieczności wstrzymywania oddechu, czuje, że przepełnia go nienawiść tak wielka, że zaraz eksploduje.


Nienawidzi wszystkich i wszystkiego.


Swoich prześladowców, dla których jest tylko chujkiem i rudym debilem.


Babci, której zachowanie jest na tyle obrzydliwe, że rodzi plotki i te plotki roznoszą się po mieście w tempie błyskawicy, i wszyscy z niego drwią w szkole, jakby wcześniej nie mieli dość powodów.


Nienawidzi ojca, który go pierze i matki, która trzęsie przed tym tyranem portkami i zamiast przyjebać mu wałkiem, patrzy na niego oczami okrągłymi ze strachu, a jej pobielałe wargi szepczą jedynie: „Tak, misiu, tak, kochanie… Syneczku, nie denerwuj ojca. Ojciec jest zmęczony po pracy”.


Mimo dramatycznej sytuacji chłopak nie może się powstrzymać przed wymownym prychnięciem. Przypłaca to zakrztuszeniem się lodowatą, cuchnącą wodą. Zaczyna kaszleć i parskać, a jego spazmatyczne próby złapania oddechu wywołują u dręczycieli salwy śmiechu.


Zmęczony po pracy! Dobre sobie! Co to za praca, jakaś pieprzona chałtura, z której stary przynosi marne grosze, a matka musi nocami zasuwać, marnując wzrok nad stosami ubrań. Na co dzień opiekuje się matką, ale też jest zatrudniona na pół etatu w pralni – z niektórymi klientami jednak ma prywatną umowę i za ułamek ceny naprawia dla nich ciuchy, pierze u siebie w domu i prasuje. Wszystko to robi w nocy, bo wcześniej nie ma czasu – a kiedy już przychodzi owa szczęśliwa pora, że domownicy, łącznie z mężem, idą spać, zapala sobie maleńką lampkę (dużego górnego światła nie może, bo ojciec zasypia tylko w ciemności, jak niemowlę) i wytrzeszcza ślepia, usiłując trafić igłą w tkaninę, a nie w palec (ma maszynę, ale nie włącza jej, bo terkotanie nie pozwoliłoby ojcu się wyspać, a niewyspany ojciec to ojciec wściekły, a przynajmniej bardziej wściekły niż zazwyczaj).


Dzięki tym zabiegom wystarcza im do pierwszego. Ojciec nie zarabia marnie, tylko trochę przepija. Dochody matki ratują rodzinny budżet i starcza i na leki dla babci, które i tak nic nie dają i starucha cały czas z uporem maniaka robi pod siebie, i na książki dla syna, i na ubrania, na jedzenie i wszelkie inne potrzebne do życia artykuły.


Chłopak nie chodzi obdarty ani zabiedzony, a mimo to ludzie na jego widok szepczą między sobą „patologia”.


Już dawno się do tego przyzwyczaił i już go to nie boli jak dawniej. Co nie znaczy, że się z tym pogodził.


Młodzieniec poprzysiągł sobie – a było to w dniu, kiedy kolejny raz dostał pasem od podpitego ojca, bo przez przypadek zderzył się z nim w kuchni i wytrącił mu z ręki szklankę wody – że może być patologią, ale jeśli już ma nią być, to nie taką, której ludzie współczują i nad którą się litują, lecz taką, której ludzie się boją.


To samo chłopak myśli teraz, podtapiany ustawicznie przez starszych kolegów.


Jeszcze przyjdzie czas, że to wy będziecie drżeć przede mną – zaciska zęby, żeby nie powiedzieć tego na głos; wie, że to nie jest odpowiednia pora. Musi poczekać. Musi swoje odcierpieć.


Są ludzie, którzy po prostu rodzą się po to, by inni się nad nimi znęcali. Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje ani dlaczego Bóg na to pozwala. Chłopak wie jedynie, że sobie na coś takiego nie zasłużył.


Oprawcy nudzą się w końcu znęcaniem się nad nim i puszczają go. Wychodzą z kabiny, a na odchodne plują mu na włosy gęstą śliną; chłopak leży skulony na zimnych, brudnych kafelkach i usiłuje dojść do siebie.


To nie jego wina, że wygląda jak wygląda. Nie jest również zbyt zdolny, ale to także nie jego wina. Nie ma nic wspólnego z tym, że wychowuje się w takiej a nie innej rodzinie – nie on wybierał sobie rodziców.


Jak to jest, że jeden sunie przez życie jak po lodzie, a inny musi przedzierać się przez kolczaste chaszcze?


Ślina spływa z rudej głowy, mieszając się ze ściekającą mu po policzkach wodą z klozetu. Chłopak dyszy ciężko, ciesząc się, że na dzisiaj koniec mąk. Jednocześnie zaciska mocno powieki, bo wie, że jutro zdarzy się dokładnie to samo i że – jak zwykle – nikt nie stanie w jego obronie.


Broda mu drży, a oczy, wbrew woli, wilgotnieją.


Nie będę płakał! – łaja się w myślach, ale nic to nie daje i dwie wielkie jak grochy łzy ściekają po umorusanej twarzy. Chłopak skrzywi się, chcąc nadać sobie nieco powagi, ale ten grymas upodabnia jedynie jego lico do buzi dziecka – małego, bezbronnego, krzywdzonego dziecka.


Młodzieniec nie chce być dłużej ofiarą. Czy to tak trudno zrozumieć?


Zgarnia dłonią pieniącą się ślinę z czubka głowy i krzywi się z obrzydzeniem. Ociera rękę o spodnie. Podnosi się ociężale. Otrzepuje T-shirt.


Zmiana pozycji wywołuje nagłe mdłości. Chłopak ponownie opada na kolana i wymiotuje gwałtownie wodą, której sekundę wcześniej się nałykał.


Kiedy w żołądku nie pozostało już nic i mimo dalszych skurczów młodzieniec czuje w przełyku jedynie kwaśny posmak żółci, spluwa w głąb muszli i podnosi się powoli.


Wychodzi z kabiny z postanowieniem, że to był ostatni raz.


Nigdy więcej nie będzie ofiarą.



*



Błagam w myślach, by to był koniec jego opowieści.


„Nie mów już nic więcej” – modlę się po cichutku, zaciskając mocno powieki. Moje place samoczynnie haftują na materiale kolejne wzory. Nie chcę na nie patrzeć. Nie muszę, by wiedzieć, że rysunek, który klaruje się na serwecie, przepełniony jest wściekłością i krzywdą; czarne ściegi łączą się, tworząc pętle – złowrogie i ponure, sprawiają wrażenie, jakby miały zacisnąć się komuś na szyi. Te kolory idealnie pasują do mojego rozmówcy. Zresztą – zawsze pasują. Nie wiem, jak to się dzieje, że wzór zawsze na końcu ma odpowiednie barwy, mimo że nie pamiętam nawet, bym w czasie pracy kiedykolwiek zmieniła nitkę na inną. Kolejna nierozwiązywalna zagadka mojego fachu.


Wracam do najnowszego dzieła. Całość wygląda tak, jakby wyszywaniem zajmowała się osoba niedoświadczona – wszystko jest kanciaste, bezkształtne, nieforemne. Brzydkie, ohydne. Nie wierzę, że takie coś wychodzi spod moich palców. Nie wierzę, że coś takiego muszę haftować.


Moje palce poruszają się tak szybko, jak to możliwe; są niecierpliwe, niemal drżące. Boję się, że jeśli jeszcze trochę przyspieszę, przestanę trafiać w materiał. Rysunek emanuje agresją i ta agresja przechodzi również na mnie; nie czuję tego w sercu, ale moje ręce skażone są uczuciami chłopaka – emocjami, których ten młody mężczyzna nie jest w stanie zwalczyć.


Pracuję szybko również z innego powodu; wiem, że jeśli dokończyłabym rysunek w tej chwili, chłopak nie miałby już nic do powiedzenia. Nie mógłby kontynuować swojej opowieści, nie byłoby dalszego ciągu. Nie byłoby części, która skreślałaby jego szansę na wyciągnięcie przeze mnie nożyczek i przecięcie tych wszystkich obrzydliwych, przepełnionych dramatem skrzywdzonego dziecka ściegów.


Obraz ciągle jest jednak niegotowy – brakuje mi dosłownie kilku chwil. Te kilka chwil to również czas, którego brakuje do upłynięcia równo dwudziestu siedmiu minut od chwili rozpoczęcia podróży.


Chłopak patrzy przez moment bez zainteresowania na moje poczynania, nieświadomy, że pośpiech wywołany jest troską o niego. Jeszcze nie dokończył spowiedzi – wie to i on, i ja.


Tak bardzo chciałabym, żeby dwadzieścia siedem minut już minęło. Tak bardzo pragnęłabym dać mojemu współpasażerowi lepsze dzieciństwo.


Gdyby miał inny start, wyszedłby na ludzi. Nie zostałby chuliganem, nie miałby zatargów z prawem. Nigdy nie doszłoby do sytuacji, które skreśliłyby go jako kandydata do odmiany losu.


Chłopak rozsiada się wygodniej na siedzeniu i gapi przed siebie. Przez chwilę milczy i ta chwila wystarczy, by napełnić moje serce nadzieją – może jednak ma zamiar milczeć przez resztę drogi? Może, inaczej niż wszyscy, nie wykorzysta do cna swojego czasu, a kiedy autobus zatrzyma się na ostatnim przystanku, wstanie i wysiądzie, nie racząc mnie pojedynczym spojrzeniem? Może wcale nie wyzna, jak bardzo dręczenie i bicie, chora babcia, okrutni koledzy i zastraszona matka wpłynęli na jego życiowe decyzje?


Proszę, proszę, nie odzywaj się.


Chłopak nabiera powietrza i ponownie otwiera usta dokładnie w dwudziestej drugiej minucie podróży.


– Nie chciałem, żeby tak wyszło – szepcze, a ja zagryzam wargi i nie pozwalam płynąć łzom.


Jeżeli zastanawiasz się, czy hafciarki, powołane przecież na to stanowisko przez oddech Stwórcy, również miewają chwile, kiedy szczerze nienawidzą swojej pracy, odpowiadam – owszem. Mowa o momentach, kiedy wiem, że nie mogę nic zrobić, by ulżyć mojemu rozmówcy, wiem, że jego los jest przesądzony, bo czyny, które popełnił, odcisnęły na nim zbyt wielkie piętno, by móc je wymazać.


Jeden z takim momentów właśnie nadszedł.


Moim obowiązkiem jest wysłuchać go do końca, mimo że wcale tego nie chcę. Pragnę jedynie dokończyć ten okropny, przepełniony bólem haft i zapomnieć na zawsze o młodzieńcu, który dla ludzi jest zatwardziałym kryminalistą, ale w środku na zawsze pozostanie poranionym chłopczykiem z patologicznego środowiska.


Moje ułomne człowiecze palce zwalniają, nadwerężone pracą. Niezależnie od tego, co bym robiła, i tak nie uda mi się dokończyć rysunku, nim chłopiec ponownie się odezwie – równie dobrze mogę to zrobić w swoim tempie. Zaciskam zęby i pracuję dalej, operując igłą nieco wolniej; mimo wszystko wciąż nie patrzę na pojawiające na tkaninie ściegi – czerń i poszarpane kontury są nie do zniesienia. Strach i ostrość bijąca z serwetki są tak namacalne, że niewinny tamborek zdaje się narzędziem tortur.


– Ja go chciałem tylko nastraszyć – mówi chłopak tak cicho, że jego głos niknie w warkocie silnika.


Mimo to słyszę go doskonale.


Wzdycham i odwracam twarz do okna, by nie zauważył moich łez; nie mam już siły dłużej ich powstrzymywać.


Wiem, że to, co za chwilę usłyszę, nie przyniesie mi ukojenia.


Są historie, które nie mają dobrego zakończenia.



*



– Te, szczurek, co jest? Pieprzony obszczymur! Co ty odpierdzielasz, chujku? – Kusy zwraca się do swojego rudego towarzysza, mimo że nie on jest adresatem powyższych słów. Są one skierowane do małego romskiego chłopca, najwyżej dziesięcioletniego, który leży bez przytomności między dwoma młodzieńcami, jednym niskim, ubranym w szeroką bluzę z kapturem i drugim, klęczącym przy jego boku, z ryżymi włosami ostrzyżonymi na zapałkę. Kusy mruga intensywnie i strzela oczami, a jego głos podszyty jest strachem. – Te, słuchaj, co ten obszczymur odpierdala?


Chłopiec nie rusza się; leży spokojnie, z ramionami rozrzuconymi na boki. Jego twarz jest wygładzona, a na wąskich wargach błąka się uśmiech; gdyby nie krew, która zebrała się wokół jego głowy i utworzyła makabryczną kałużę, można by uznać, że chłopiec śpi.


Nikt jednak nie zasypia na środku chodnika.


Kusy potrząsa ramieniem chłopca. Jego głowa podskakuje na krawężniku, przekręca się bezwładnie to w jedną, to w drugą stronę – przez półprzymknięte powieki prześwitują czekoladowe tęczówki.


W oddali słychać wycie syren. Najwyraźniej ktoś wezwał policję.


– O, cholera... – Kusy puszcza soczystą wiązankę. W panice zrywa się na nogi. – Stary, nie wiem jak ty, ale ja spieprzam... nie pójdę przez małego brudnego kutasika do pierdla. Nie ma, kurna, opcji – spluwa ze wstrętem na nogi nieprzytomnego dziecka. Podnosi głowę, ociera usta i rozgląda się w panice, jakby spodziewał się, że za moment rzucą się na nieco funkcjonariusze. Wykręca się na pięcie i szuka wzrokiem najkrótszej drogi pomiędzy blokami, gdzie przestanie być widoczny z ulicy. – Tobie radzę to samo.


Naciąga na czoło kaptur i przemyka się przez ulicę w pośpiechu, wtykając dłonie do kieszeni. Wycie syren narasta, jednak młody oprawca wie, że zdąży uciec; nie biegnie, żeby nie zwracać na siebie jeszcze większej uwagi.


Nie ma takiej potrzeby. Przypadkowi przechodnie, którzy byli świadkami napaści na romskiego chłopca, są zbyt przerażeni, by go zatrzymać. Zresztą, gapiów nie ma wielu – trzymają się w bezpiecznej odległości, dwóch mężczyzn w średnim wieku i młoda matka, która, co prawda, protestuje słabo: „Ucieka, bandzior ucieka, gońcie go”, ale nikt się nie porusza.


Rudy kat klęczy nad bezwładnym ciałem i przez jego głowę gnają przerażające myśli.


To zabawne. Znajdując się w tak dramatycznej sytuacji nie jest w stanie podnieść się i uciec; tkwi przy swojej ofierze, gapi się w małą, dziecięcą, ciemną buzię i przeczesuje palcami włosy, jakby miało mu to pomóc.


Syreny są coraz bliżej.


Zdrowy rozsądek nakazuje brać nogi za pas i, podobnie jak Kusy, ukryć się, gnać przed siebie, ma jeszcze mnóstwo czasu przed przyjazdem policji; on jednak, paradoksalnie, nie chce się ukrywać. Przychodzi mu do głowy, że to nie mały Rom jest tutaj szczurem, ale Kusy, jego kamrat i przyjaciel, Kusy, który trzymał chłopczyka, kiedy on osobiście okładał go stalowym prętem, celując w brzuch, klatkę piersiową i szyję. Kusy wybuchał gwałtownym rechotem za każdym razem, kiedy chłopczyk wydawał z siebie okrzyk bólu; gdy Rom zsikał się ze strachu i bólu, rzucił go z odrazą na chodnik, jednak nie przestał się śmiać.


„Szczury kryją się w ciemnych zaułkach” – myśli chłopak zupełnie bez sensu. – „Kusy też się chowa jak zbrodniarz. To Kusy jest szczurem, a nie ten malec.”


Młodzieniec wyciąga rękę i przejeżdża dłonią po policzku ofiary; w obecności Kusego nie odważyłby się na taki gest. „Chujek na bank ma wszy” – mruczał Kusy, obciągając rękawy bluzy, żeby móc złapać ofiarę pod ramiona i przytrzymać ją mocno, drżącą i przerażoną, gdy jego towarzysz sięgał po stalową laskę. – „Pierdolone cygańskie pomioty. Trzeba uważać, żeby się nie pobrudzić”.


Kolejne epitety popłynęły wartkim strumieniem. Chujek. Kutas. Syfiarz. Brudas. Obszczymur.


To ostatnie słowo wiruje w głowie rudzielca, kręcąc się na wszystkie strony. Pojedyncze litery błyszczą i mienią się, skaczą, odwracają się, by po chwili wrócić na swoje miejsce.


Obszczymur. Właśnie to określenie chłopak słyszał przez całe dzieciństwo.


Kolejne obrazy spływają na niego niczym wodospad.


„I co, obszczymurze? To prawda, że twoja babcia sra po ścianach? Lubisz zapach z kibla, bo kojarzy ci się z domem? Chcesz popływać?”


W oddali widać migające światła policyjnego koguta. Światło czerwone co chwilę ustępuje miejsca niebieskiemu. W zapadającym ulicznym mroku wygląda to jak cudowny, świetlny spektakl.


Chłopak nie podnosi się z kolan. Nie zauważa, że radiowóz jest tuż-tuż. Napawa się dotykiem skóry berbecia, zupełnie bezbronnego małego Roma, którego jedynym przewinieniem był odmienny kolor skóry.


Z jednej z pobliskich kamienic jak strzała wypada potężna, romska kobieta. Jej fartuch w bławatki powiewa jak żagiel, kiedy biegnie w kierunku leżącego na ulicy chłopca, wrzeszcząc wniebogłosy.


Rudy młodzieniec nie ma pojęcia, co znaczą te okrzyki; domyśla się, że powtarzają się w nich słowa „syn” albo „wnuk”. Jest zbyt ciemno, by dostrzec, w jakim wieku jest kobieta; jej tusza oraz ciemna skóra dodają jej lat. Równie dobrze może to być matka, jak i babka chłopca.


Kat z powrotem kieruje wzrok na Cygana w przemoczonych spodniach. Napawa się dotykiem jego policzka, który wcale nie jest brudny i nie skaczą po nim wszy – wręcz przeciwnie, jest przyjemny, gładki i miękki, i tak niewinny, że lico chłopczyka przypominałoby twarzyczki aniołków z dziecięcej części cmentarza – gdyby tylko zgadzał się kolor.


Aniołki nie miewają czarniawej skóry.


Krzyki kobiety zbliżają się, tak samo jak wycie syren; radiowóz jest tak blisko, że młodzieńcowi niebieskie i czerwone błyski mienią się w oczach. Czuje, że go oślepiają i przymyka powieki, ale wówczas nie widzi twarzy dziecka, dlatego zmusza się, by mieć szeroko otwarte oczy i patrzy na to małe, pokiereszowane ciałko.


Krew cieknąca z głowy tworzy cienką strużkę i dosięga jego kolana, barwiąc mu spodnie na szkarłatno.


Chłopak wie, że jeżeli teraz, natychmiast się nie ruszy, będzie miał kłopoty; dopadnie go nie tylko wymiar sprawiedliwości, z którym i tak miał już na pieńku, ale przede wszystkim – bezdenna rozpacz matki lub babki, której pociechę skrzywdzono.


Rozpacz podszyta furią.


Kobieta jest szybsza; chłopak nie broni się, kiedy spada na niego grad ciosów. Nie wie, czym bije go matrona, ale domyśla się, że ma do czynienia z wałkiem – narzędzie jest grube i ciepłe, i pachnie chlebem. Rudzielec napawa się zapachem mąki, dopóki kobieta nie rozbija mu nosa i nie czuje już nic; mija kilkanaście sekund i ogarnięta szałem Romka zostaje odciągnięta przez przybyłych na miejsce policjantów.


Chłopak nie zwraca na to uwagi. Ani na to, ani na kobietę, która wyje jak ranione zwierzę, na gapiów, którzy wydają z siebie potępiające wizgi, nawet na plamę kwi na spodniach, która pod wpływem chłodnego wieczornego powiewu robi się zimna i mrozi mu kolano.


Rudzielec patrzy w twarz ofiary i nie widzi już dziesięcioletniego Roma, tylko siebie.


Czy to naprawdę taki grzech, że raz, jeden jedyny raz to on chciał być dręczycielem, a nie dręczonym?


Nie chciał nikogo skrzywdzić. Nie chciał nikogo...


To straszne słowo nie chce przejść mu przez gardło.


Funkcjonariusze ujmują go dokładnie w chwili, gdy przychodzi mu na myśl, by sprawdzić, czy chłopiec żyje; wyciąga ku niemu dłoń, chce podsunąć ją pod nos leżącego, ale policjanci unieruchamiają go. Wyrywa się, wrzeszczy, ale nic nie jest w stanie zrobić. Zostaje skuty i siłą zaciągnięty do suki. W środku radiowozu rzuca się jak piskorz, ryczy jak potępieniec, nieświadomy, że z jego gardła wychodzą słowa układające się w zdanie: „Sprawdźcie, czy żyje. Sprawdźcie, czy żyje!” .


Mundurowi nie zwracają na niego uwagi. Zostawiają go w nieświadomości. Wsiadają do radiowozu i kierowca zapuszcza silnik. Romska kobieta stoi na środku chodnika nad ciałem chłopca. Szlocha w ramionach młodej matki, która odważyła się wyjść z cienia i podejść do ofiary. Jeden z mężczyzn wzywa pogotowie.


– Napad, tak. Brutalne pobicie. Chłopiec, dziesięć-jedenaście lat. Uraz głowy. Dużo krwi. Nieprzytomny. Podaję adres...


Czy to naprawdę taki grzech, że raz jeden chłopak chciał być dręczycielem, a nie dręczonym?


Radiowóz rusza z piskiem opon, a rudy młodzieniec ma się nigdy nie dowiedzieć, czy właśnie zabił człowieka.



*



Chłopak zrywa się z siedzenia i gna ku wyjściu, jakby obawiając się, że jeszcze sekunda zwłoki i kierowca autobusu uwięzi go we wnętrzu pojazdu na zawsze. Nie pamięta już, co mi mówił. Tak to już bywa z penitentami – kiedy wyrzucą z siebie wszystko, co mają do powiedzenia, odrywają się od swojej historii, idą dalej w życie, jakby spotkanie ze mną nigdy nie miało miejsca.


Ich grzechy pozostają w autobusie. W moim umyśle, w moim ciele. Mrożą mi członki i wprawiają w drżenie tamborek, który wciąż tkwi mi na kolanach.


Chłopak odsiedział swoje i został wypuszczony. Do tej pory nie wie, co ostatecznie stało się z małym, romskim chłopcem. Ja również tego nie wiem i ta wiedza nie jest mi potrzebna. Nawet gdyby Rom przeżył, nic nie zdołałoby zmyć winy jego kata.


Nawet fakt, że przez tyle lat to inni byli katem dla niego.


Przygryzam wargi, starając się nie rozpłakać; mimo to pojedyncza łza spada na materiał, na którym można dostrzec skończony haft. Pionowe, czarne kreski przecinające tło przypominają kraty. Za tymi kratami czai się wściekłość, przerażenie i twarz bezbronnego, rudego chłopca, którego skrzywdzono i który potem zaczął krzywdzić innych.


Wiedząc, nie mogę nic dla niego zrobić, płaczę nad jego duszą; los chłopaka jest przesądzony. Czeka go wieczność wśród piekielnego ognia.


Ściągam serwetkę z tamborka, nie mogąc na nią patrzeć; zwijam ją jak szmatę i odrzucam ze wstrętem. Wiem, że i tak będę musiała ją złożyć starannie i schować razem z innymi, ale przez tę krótką chwilę pozwalam sobie na obrzucenie tkaniny potępiającym wzrokiem. Staram się zawrzeć w tym spojrzeniu tyle gniewu, by zapłonął, jednak łzy skutecznie odbierają mu moc.


Nie wszystkim jestem w stanie pomóc.


Chwytam serwetkę w dwa palce, jakbym bała się, że mnie ubrudzi; i bez tego czuję się brudna. Brudne są moje emocje i moje myśli. Wciąż mam w głowie obraz nieszczęśnika, który – nienawidząc katów – sam stał się jednym z nich.



*



Każda hafciarka ma ściśle określony czas rozmowy. Czas ten jest z góry ustalony i nie jest możliwe, by któraś z nas go przekroczyła. Penitenci, którzy do nas przychodzą, podświadomie się go trzymają; ich opowieści nigdy nie przekraczają okresu, który dla nich wyznaczono.


Żadna z nas nie wie, jakimi kategoriami kieruje się wola Najwyższego i dlaczego tak a nie inaczej rozdziela minuty; zabawne jest to, że ten okres spowiedzi w przypadku dwóch hafciarek może być diametralnie różny. Niektóre z nas – te z sektora „pozytywnego” – mają do dyspozycji zdecydowanie krótsze odcinki niż największe weteranki wysłuchiwania ludzkich nieszczęść, a nawet – niż my, średniacy. Ja właśnie zasilam szeregi takich „przeciętniaków” – ze swoimi dwudziestoma siedmioma minutami plasuję się w połowie stawki. „Szczęśliwe” hafciarki częstokroć ubolewają nad tym, że mogą słuchać zwierzeń jedynie przez pięć albo jedenaście minut, podczas gdy my mamy możliwość robić to przez pół godziny, a nawet – o rety! – godzinę albo półtorej. Te hafciarki, zwykle jeszcze młode trzpiotki, nie zdają sobie sprawy, że opowieść radosna zwykle zajmuje mniej czasu niż ta smutna; no i zapewne nie zgrzytałyby zębami i nie rzucałyby głupich, podszytych zazdrością komentarzy pod adresem „długodystansowców”, gdyby zamieniły się z nimi choć na jeden dzień.


Słuchanie bolesnej historii przez pięć minut jest równie wyczerpujące, co słuchanie historii szczęśliwej przez pięć godzin.


Nikt nigdy nam nie tłumaczy, dlaczego dostałyśmy określoną liczbę minut; jesteśmy ciekawe, a jakże – kto by nie był? Pozostaje to jednak tajemnicą, której nie jesteśmy w stanie zgłębić. Zresztą, nie to jest najważniejsze – czyż nie jest tak, że Stwórca zawsze wie, co robi?


Nawet jeśli wydaje się, że tym razem musiał się pomylić; są historie, o których ktoś z boku mógłby pomyśleć, że są absolutnie nie do opowiedzenia w wyznaczonym czasie. To niemożliwe, by całe życie, wszystkie doświadczenia streścić w kilkudziesięciu minutach! – krzyknie, kręcąc głową z oburzeniem. Z drugiej strony, można pomyśleć równocześnie, że pewni ludzie nie zasługują na pięćdziesiąt minut, skoro ich losy dałoby się spisać na kwitku z pralni.


My też czasem tak myślimy. Nie ufamy, niedowierzamy. Szybko okazuje się, że Stwórca zawsze ma plan.


Ja, jako średniak, często spotykam się z historiami, o których sądzę, że są nie do wyłuszczenia w dwadzieścia siedem minut. Patrzę wówczas z niepokojem na tamborek, rzucam przeciągłe spojrzenia w kierunku kabiny kierowcy i martwię się, że pasażer nie zdąży powiedzieć wszystkiego, co ma do powiedzenia, a haft jest tak skomplikowany, że moje palce nigdy nie zdołają przewlec ostatni raz igły i zawiązać supełka przed dotarciem pojazdu na pętlę; oczywiście nie powinnam się tym martwić, bo kiedy ja sądzę, że jest jeszcze tyle do opowiedzenia, podczas gdy zostało ledwie kilka minut, pasażer nagle milknie albo dociera do końca tak prędko, że sama jestem zaskoczona.


Przy tak długim stażu pracy powinnam wiedzieć, że woli Stwórcy należy zawierzać bez oporów, ale jestem jedynie mało znaczącym bytem, więc nie dziwota, że i tak, wbrew zdrowemu rozsądkowi, miewam wątpliwości, czy mój rozmówca zmieści się w określonym czasie.


Takie wrażenie odnoszę, kiedy obok mnie siada młoda dziewczyna w kusej sukience. Zajmuje miejsce tak prędko, że niemal jej nie zauważam i dopiero po upłynięciu dobrej minuty dociera do mnie, że siedzenie nie jest puste; jak zawsze zerkam z ciekawością na tego, kogo będę słuchać i wydaje mi się, że obok siedzi żywy płomień.


Dziewczyna jest cała czerwienią.


Jej sukienka do połowy ud lśni cekinami, a krwiste szpilki podrygują na stopach przy każdym ruchu; pasażerka zakłada nogę na nogę i wydyma wargi umalowane ognistą szminką. Włosy spływają kasztanowymi pasmami na gładkie, opalone ramiona – dziewczyna od czasu do czasu gładzi kosmyki dłońmi, których paznokcie błyszczą wiśniowym lakierem. Po chwili zdejmuje okulary przeciwsłoneczne – w czerwonej, a jakże – oprawce – i chowa je do torebki.


Łatwo zgadnąć, w jakim kolorze.


Abstrahując od wszechogarniającej czerwieni, muszę przyznać, że młoda kobieta olśniewa urodą; po raz pierwszy w życiu żałuję, że moja forma nie przypomina jej, a stanowi odbicie zwykłej, ziemskiej staruszki. Czuję zażenowanie własną brzydotą.


Oczywiście dziewczyny nie obchodzi mój wygląd. Ona jest tu po to, by opowiedzieć mi historię – pewnie nawet nie zwraca uwagi na moją fizjonomię. Nie mogę być tego pewna, bo żaden ze współpasażerów nie pisnął nigdy słowa na ten temat, jednak nie różnię się przecież od innych staruszek – po prostu kontrast między sflaczałym starczym ciałem a młodą, jędrną boginią jest tak ogromny, że nawet mnie, niematerialny byt, wpędza w kompleksy.


Potrząsam głową, usiłując odegnać głupie myśli. Policzki ciągle mnie palą, ale staram się zachować fason.


Do diabła, mam zadanie do wykonania.


Dziewczyna jednak się nie spieszy; podziwia paznokcie, gładzi kasztanowe włosy, które przy zakrętach rozsypują się na ramionach i ukazują dolne, miedziane warstwy; mija minuta za minutą, a pasażerka milczy. Zaczynam się denerwować; na moich kolanach spoczywa tamborek z nietkniętą serwetką. Nie mogę zacząć pracy, dopóki towarzyszka podróży nie wypowie pierwszego słowa. Na razie wiem jedynie, że jej historia – jak można się domyślić – będzie tak samo czerwona jak ona sama, bo właśnie taką barwę ma nitka przewleczona przez igielne uszko.


Dziewczyna odwraca się do mnie dopiero w piętnastej minucie podróży. Jestem tak zdenerwowana, że nie zdążę upleść jej losów, że ledwo powstrzymuję westchnienie ulgi; zdążyłam spocić się jak mysz i jakieś trzydzieści razy pomyśleć, że chyba zaszła pomyłka, bo oto usiadła obok mnie zwykła podróżująca osoba, a nie ktoś, kto potrzebuje spowiedzi.


Kiedy ja się nauczę, że trzeba wierzyć?


– Nie ma pani pomysłu na haft? – pyta i jest to moment, kiedy po raz pierwszy przewlekam igłę z poczuciem, że wreszcie się doczekałam. – Może jakieś kwiaty? Róże? Róże w takim kolorze będą całkiem ładne.


Nie róże – myślę, nie odpowiadając na zaczepki – raczej płomienie.


Delikatne kwiaty nie pasują do mojej towarzyszki. Nie wiem, co za dwanaście minut wyłoni się na serwetce, ale z pewnością będzie to ostre, gwałtowne i kłujące.


Jak ogień. Jak ona.


Dziewczyna wciąga głęboko powietrze.


– Ja nigdy się w coś takiego nie bawiłam – mruczy, nawijając sobie kosmyk na palec. – Chociaż, trzeba przyznać, niektóre takie wyszywane fatałaszki są naprawdę świetne. Ostatnio widziałam w butiku taką kieckę z różami na dekolcie. Fantastyczną. – Milknie na moment, ale prawie natychmiast kontynuuje. Jej głos jest radosny i szczebiotliwy. – Ja to, wie pani, nie muszę się babrać z nitkami i igłą. Jeszcze bym się pokłuła albo złamała paznokieć. Nie, to nie dla mnie. Zresztą, jakbym chciała, to bym miała takich serwetek na tony. Kupiłby mi jeden z drugim... Wystarczy zamrugać, włosami zarzucić, biodrem zakręcić i od razu lecą jak pszczoły do miodu – śmieje się perliście, a ja unoszę brwi. A więc to stąd ten żar: mam do czynienia z wampem.


Zerkam na nią z ciekawością. Cóż takiego zaszło w jej życiu, że usiadła obok hafciarki? Nie wygląda na to, że potrzebuje pomocy. Raczej sprawia wrażenie, że lubi swoje życie.


Głaszcze się po włosach w taki sposób, jakby jej fryzura była łbem ulubionego czworonoga.


– Nie zdaje sobie pani sprawy, jakie to cudowne uczucie: mieć wszystko...


Ha! Miałam rację. Jednak posiadam jeszcze intuicję. Po poprzedniej wpadce z wątpliwościami co do ewentualnego błędu Stwórcy ten fakt poprawia mi nastrój.


– Oni wszyscy są tacy sami – mówi dziewczyna, a na jej wargach błąka się uśmiech. – Wystarczy ich odpowiednio podejść, a dadzą ci wszystko, czego pragniesz. Obsypią cię złotem i rzucą pod nogi drogocenne kamienie... A potem, jak się znudzą, wystarczy dać im prztyczka w nos i adios! Żegnaj, śmieciu, z pustym portfelem nie jesteś tak pociągający!


Wzdragam się. Nie podobają mi się jej słowa i naganny stosunek do mężczyzn. Zaczynam odczuwać wobec niej antypatię.


Tłumię w sobie to uczucie. Nie mogę oceniać, nim nie dojdzie do końca.


Nie ja jestem od wydawania wyroków. Ja mam jej wysłuchać. Niezależnie od tego, jak bardzo nie zgadzam się z jej wyborami.


Zaciskam zęby i mocniej chwytam igłę, czekając na dalszy ciąg.


Dziewczyna przygląda się przez chwilę błyszczącemu narzędziu, ale go nie widzi; zatapia się w swoich myślach. Skupiona na własnym wnętrzu jest ślepa na otaczający świat, a ja wiem, że jest to objawem spływającej powoli opowieści.


– Oni wszyscy są tacy sami. Mam mieć wyrzuty sumienia? Może i ich wykorzystuję... ale jeszcze się nie zdarzyło, by sobie na to nie zasłużyli. Oni wszyscy mają coś za uszami. – Przymyka oczy, a ja słucham, wbrew sobie, z coraz większym zainteresowaniem. Dziewczyna oddycha płytko i powtarza ostatnie słowo jak mantrę. – Wszyscy, wszyscy, wszyscy...



*



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Ciąg dalszy dostępny:
Google Docs (od str. 33) →
https://drive.google.com/open?id=1k2vtWCnDhnBCaXv51Zy_sPM4lm31ZshGTJPQVGN-pF8
PDF (od str. 33) → https://drive.google.com/open?id=1_DLRLrF6IEqvj2BmjGKteNJoOj7fA1KV

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 597
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Postautor: MargotNoir » czw 15 lis 2018, 19:43

Made pisze:Source of the post innym razem twierdzi, że to on są

Ja wiem, że własnych błędów się nie widzi, ale kurczę no...

Nie wiem, może jestem dziwna, nawet się napaliłam na czytanie dłuższej formy i ocenę tekstu jako całości (budowania akcji, postaci), a nie tylko kwestii językowych, ale takie coś na dzień dobry mocno osłabia zapał.

Pewnie się za to wezmę za jakiś czas, ale dziś "on są" mnie pokonało.



Awatar użytkownika
Wolha.Redna
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1294
Rejestracja: sob 29 sie 2015, 20:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Postautor: Wolha.Redna » czw 15 lis 2018, 20:03

Mam mieszane uczucia wobec tego tekstu.
Może zacznę od pozytywów. Pomysł z hafciarką i wysłuchiwaniem - imo świetny, bardzo mi bliski. Moja praca polega m.in. na wysłuchiwaniu ludzi, więc od razu się zainteresowałam i mogłam utożsamić. No i ten autobus na początku. Dobre, klimatyczne wejście. Sam haft - bardzo ciekawe, na początek myślałam, że będzie jakieś powiązanie z Mojrami (te nici!), ale poszło w inną stronę, co też mi się podoba.
Teraz minusy.
Opowiadacze to nie ludzie, tylko stereotypy. Ok, każdy człowiek wpasowuje się jakąś kliszę, ale tutaj widzę zbyt małą różnorodność. Usiłujesz nadać charakter postaciom poprzez język, ale mocno zgrzyta mi, że górnik z jednej strony nie jest w stanie pojąć, co to korporacja (btw, ten fragment mi się nie podobał - chyba miało to być ukazanie prostego człowieka, a wyszło imo klasistowsko), ale z drugiej strony pyta się córki: "Czego ode mnie oczekujesz?" zamiast "czego chcesz?". I parę innych rzeczy.
Największy, moim zdaniem, minus - zbytnia dosłowność. Taka opowieść o nieszczęściu, dziejąca się na pograniczu światów, powinna mieć w sobie element niedopowiedzenia, tajemniczości, może trochę pobłażania albo i zadumy nad poplątanymi ludzkimi losami. Słowem - trochę dystansu i rzeczy powiedzianych nie wprost. Tutaj tego nie widzę.
Ale, mimo wszystko, tekst mnie wciągnął. Może nie poruszył, ale zainteresował.


"ty tak zawsze masz - wylejesz zawartośc mózgu i musisz poczekac az ci sie zbierze, jak rezerwuar nad kiblem" by ravva

"Jedna struna mi się zerwała.
- To co? Masz przecież jeszcze pięć.
- Tak. Ale nie umiem grać na pięciu.
- Na sześciu też nie umiałeś. Więc teraz twoja ignorancja się zmniejszyła." Pratchett

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1583
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Postautor: Misieq79 » czw 15 lis 2018, 21:41

Tak na szybko.
TL;DR. Językiem władasz bardzo sprawnie, ale historia... przyznaję, zaciekawiła mnie pani szydełkowa (PS haftuję w autobusie brzmie dwuznacznie, proponuję słowo dziergam), fantasy w nagłówku sugeruje kogoś na kształt Mojry. A potem nadciąga życiowa spowiedź z gatunku "Trudne sprawy". Przyznam szczerze, doczytałem tak do 1/4, potem scroll scroll scroll a potem już nie czytałem. To po prostu nie wciąga, nie zachęca by dobrnąć do końca.
Nawet jeśli pod koniec jest / byłaby wgniatająca w fotel puenta - nie idzie do niej dotrzeć.
Pozdrawiam.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar
Dupczysław Czepialski herbu orka na ugorze

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4560
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Postautor: Rubia » pt 16 lis 2018, 01:25

Też miałam skojarzenie z Mojrami. Wprawdzie niby wiadomo, że hafciarka to nie prządka, ale, z drugiej strony, wrzeciono albo kołowrotek to sprzęt nieporęczny i w autobusie wyglądałby o wiele dziwniej, niż tamborek :) Mam wrażenie, że kiedy autor wprowadza na scenę postacie nie będące ludźmi, lecz silnie z nimi związane i w pewien sposób ogarniające ich losy, to wyobraźnia czytelnika automatycznie kieruje się w stronę mitologii albo religii. Czyli Mojry albo aniołowie stają się punktem odniesienia i tylko od autora zależy, czy wykreowane przez niego istoty skutecznie pokonają te stereotypowe skojarzenia.
W moim odczuciu, efekt jest połowiczny. To, co hafciarka - narratorka mówi o sobie samej i współtowarzyszkach zaciekawiło mnie na tyle, że zaczęłam się zastanawiać nad sensem działań tych milczących spowiedniczek - bo przecież sama rejestracja ludzkich losów pod postacią haftu nie wyczerpuje ich możliwości. To jest duży plus Twojego opowiadania. Niestety, nie da się tego powiedzieć o historiach życia trojga pasażerów - penitentów. Odtrącony przez rodzinę staruszek, który, jak się okazuje, przez całe życie solidnie na to pracował; chłopak z nizin społecznych, który z prześladowanego zapragnął (skutecznie) stać się prześladowcą; wykorzystująca mężczyzn piękna dziewczyna, sama zapewne wcześniej przez nich wykorzystywana - to postacie i historie tyleż banalne, co schematyczne. Owszem, ta akurat hafciarka nie jest od wysłuchiwania historii szczęśliwych i pogodnych, ale sądzę, że można by posadzić obok niej osoby o znacznie bardziej interesujących, chociaż też bynajmniej nie radosnych życiorysach. Do tego pewne kwestie tłumaczysz z nadmierną starannością, wręcz łopatologicznie, jak np. związek pomiędzy przerażonym, krzywdzonym chłopcem, a dorosłym przestępcą.
Piszesz sprawnie i płynnie, lecz narracja grzeszy jednak rozwlekłością. Może jest to zresztą spotęgowane przewidywalnością opowiadanych historii, w kórych nic nie zaskakuje. Stają się przez to nużące, w odróznieniu od fragmentów mówiących o samych hafciarkach. Przydałyby się tym biografiom i zdecydowane cięcia, i w ogóle przyspieszenie tempa narracji.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 597
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Postautor: MargotNoir » pt 16 lis 2018, 22:31

Na początek kwestie formalne:


Wyciągam igłę, odpowiedni kolor nitki i haftuję.

Nitkę odpowiedniego koloru. Kolor to nie obiekt, nie można go wyciągnąć.

Po drugie, nie ma opcji, by ktoś mnie okradł

Młodzieżowy slang słabo pasuje do reszty tekstu. A do przedwiecznej staruszki już najmniej.

W tym miejscu należałoby zadać pytanie: dlaczego nigdy nie dosiadam się do kogoś?

Odpowiedź jest prosta. Ja się do nikogo nie dosiadam.

Niby jestem w stanie się domyślić, o co Ci chodziło, ale ten fragment jest raczej dość komiczny.
Wystarczy przez chwilę przyglądać się hafciarce przy pracy, by wpaść w trans i nie móc oderwać oczu od tego spektaklu, w których barwne, swawolne nitki ujarzmione zostają surową igłą.

Ładne.
Wystarczy przez chwilę przyglądać się hafciarce przy pracy, by wpaść w trans i nie móc oderwać oczu od tego spektaklu, w których barwne, swawolne nitki ujarzmione zostają surową igłą.

Lubię ich słuchać;

Słuchać nitek?
Jest jeszcze zbyt nieśmiały.

Nieśmiałość to stała cecha charakteru. Można nad nią popracować, ale nie ustąpi w czasie jednego przejazdu autobusem. Facet może być jeszcze onieśmielony (jeszcze, czyli za jakiś czas już przestanie być) albo być nieśmiały i jeszcze nie móc się zdobyć na jakiś ruch/krok.
Wykapany dżentelmen

Wykapany = bardzo podobny do konkretnej osoby. “Dżentelmen” to nie konkretna osoba.

Mężczyzna podejmuje decyzję dokładnie w szóstej minucie jazdy. Nie patrzę na zegarek – nie muszę. Znam tę trasę jak własną kieszeń, wiem, ile minut musi upłynąć, by autobus znalazł się w konkretnym punkcie. Nawet kiedy pojazd stoi dłużej na światłach albo natrafia na wyjątkowo perfidny korek, zgaduję bezbłędnie, która godzina. Wystarczy mi przeczucie.

To średnio sensowny fragment. Skąd w końcu babuszka wie, która godzina? Najpierw twierdzisz, że poznaje to po miejscu na trasie, w którym się znajduje, ale chwilę później (bardzo słusznie zresztą) zauważasz, że to nie byłoby możliwe i nikt nie może wiedzieć “ile minut musi upłynąć, by autobus znalazł się w konkretnym punkcie.” Pokonanie tej samej trasy trwa krócej lub dłużej w zależności od sytuacji na drodze. Babuszka ma więc przeczucie. Po kiego w takim razie zwraca uwagę na trasę?
Moja żona też umiała tworzyć takie cudeńka. Mieliśmy tego masę w domu. Serwetki, obrusy... Haftowała też poduszki, wie pani? Taką specjalną, cienką wełną... Nawet mówiła, jak się ta nitka nazywa, ale nigdy nie zapamiętałem. – Mogłabym mu wyjaśnić, że do haftowania używa się zwykle kordonka albo wielobarwnej muliny, jednak ani jedno, ani drugie nie ma nic wspólnego z wełną, bo oba to tworzywa sztuczne,

Ta wełna to wełna gobelinowa i jej zastosowanie w hafcie nikogo nie dziwi, a określenia “mulina” i “kordonek” nie nazywają tworzywa, a skręt/splot. Muliny i kordonki mogą być syntetyczne, ale często bywają bawełniane lub jedwabne. Wiem, że babuszka jest z kosmosu/nieba, ale skoro zna się na ludzkim, ziemskim hafcie, to powinna wiedzieć takie rzeczy.

– Sam zostałem z dziatkami – mówi, a skóra pod jego paznokciami robi się czerwona. – Dobrze, że matka odeszła już po tym, jak same założyły rodziny. Niedobrze, kiedy rodzic odchodzi w momencie, gdy dzieci jeszcze nie na swoim, zagubione jak nowonarodzone kocięta. – Przymyka oczy i drapie się dalej, mocno, niemal do krwi; zdaje się nie czuć bólu. –

No i to już nie jest bzdurka, nad którą można przejść do porządku dziennego, tylko poważny błąd. Dziadek ma być górnikiem, prostym robotnikiem, co to nie rozumie pojęcia “PR”, a wypowiada się językiem zmanierowanego literata i to z tych, co noszą szaliki i sztruksowe marynarki.

Moje wargi nigdy nie są spierzchnięte z powodu nerwowego przygryzania – by tylko nie puścić pary z ust,

Specjalnie sprawdzałam. OK, używa się zwrotu “nie puścić pary z ust” w znaczeniu “nie odezwać się”, jednak znacznie częściej spotykamy się z innym znaczeniem: dochować tajemnicy.
Na początku zastanawiałam się, jak to jest, że ludzie są w stanie opowiadać o swoich najgłębiej skrywanych lękach, sekretach i grzechach – w tak publicznym miejscu jak autobus.

Napisałaś, że babuszka jest jakąś pozaziemską istotą, zesłaną na ziemię, by słuchać ludzi. Czarodziejką, aniołem, mityczną postacią... nieważne. Ma magiczne moce. Została zesłana, czyli ma jakieś szefostwo, które wyjaśniło jej zasady funkcjonowania w jej fachu. Nie jest naturszczykiem, uczącym się obsługi swojego magicznego talentu na własnych błędach.
Słuchanie ludzi to jej praca. Babeczka wykonuje ją rutynowo. Doskonale wie, na czym polega jej magia. Czytelnik wie już, że ta magia polega między innymi na tym, że siedzenie obok babuszki jest niedostrzegalne dla pasażerów poza tym, kto ma je danego dnia zająć, a zatem jest objęte jakimś polem siłowym/zaklęciem nierzucalności się w oczy/zasłoną-niewidką czy czymś w tym stylu.
I nagle sama babuszka zaczyna się dziwić, że tak jest? To tak, jakby elektryk zachodził w głowę, co to za cud sprawia, że żarówka świeci.
Potem doszłam do wniosku, że to siedzenie obok mnie wcale nie jest „publiczne” – nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Zajmując je, człowiek zostaje odcięty od reszty świata. (...)Na tym polega magia pierwszego podwójnego siedzenia w moim autobusie.


To jest raczej dość oczywiste na tym etapie. Cały fragment od zdziwienia babuszki do tego wyjaśnienia jest kompletnie niepotrzebny.

igła porusza się z coraz większą intensywnością,

Co to jest intensywność ruchu igły?
Jesteś znowu o rok starszy, ale wiesz co? W ogóle mi to nie przeszkadza!

Mało to miłe z jej strony.

Beata pracowała w jakiejś „korporacji”, gdzie zajmowała się nie wiadomo czym. Coś tam przebąkiwała o „pijarze” (cokolwiek to jest, bo raczej nie chodziło jej o zakon), „markietingu”

Po pierwsze, jak już wspomniałam to nie może być ta sama osoba, która mówi “dziatki” i “jak nowonarodzone kocięta”. Po drugie, narracja tutaj należy do dziadka. Dziadek szydzi sam z siebie i z własnej głupoty? Bo ten fragment jest mocno nacechowany szyderą i to dość podłą.
.
Dobre sobie! Najpierw kariera, potem rodzina”. To „najpierw kariera” ciągnęło się przez lata, aż wreszcie stało się jasne, że Beata na zawsze zostanie samotną, niezależną kobietą, bizneswoman, bezdzietną kierowniczką do spraw czegoś tak nieokreślonego jak ten cały pijar.

Oklepane koszmarnie.
„Sam mógłbyś się tym zająć” – warczała na ojca, gdy po kilku godzinach na cmentarzu wracała, zgięta wpół pod ciężarem wiaderek ze szczotkami, gąbkami i płynami do szorowania. – „To była twoja żona”. Mężczyzna w takich chwilach wzruszał ramionami; Zuzanna, tak skupiona na doczesności i na wyglądzie nagrobka, nie pomyślała nawet, że jego, ojca, te sprawy wcale nie obchodzą; tak samo, jak nie obchodziły one jej matki, kiedy ta jeszcze żyła. Dla Marii najważniejsza była pamięć, zasuszona róża położona na grobie, krótka modlitwa odmówiona na zimnej, czarnej ławeczce i łagodny płomień znicza tlący się w czerwonym szkle – nie zaś to, by kamień lśnił czystością, sztuczne wiązanki nie kontrastowały kolorystycznie z pojedynczą, wetkniętą do wazonu chryzantemą, a zdjęcie błyszczało w słońcu.

Kolejny fragment, w którym tekst wydaje się być podszyty dość niefajnym podejściem. Wcześniejszych nie cytowałam, ale chodzi mi o “gapią się w telefony” versus “czytają książki” i gdzieś tam jeszcze było coś o przedkładaniu smartfona nad żołnierzyki. Nie wiem, czy to Twoja osobista ocena pewnych zachowań, wciśnięta w tekst, czy też próbujesz w ten sposób jeszcze bardziej ujednoznacznić i uprościć ten i tak prosty obraz, osnuty na przewidywalnych i ogranych schematach. Utykając w tekście takie szpileczki pogardy pod adresem smartfonizmu nie tylko upraszczasz, ale i wypaczasz. Niby z jakiej racji korzystanie z Internetu ma zasługiwać na wartościujący negatywnie czasownik “gapić się”? Z jakiej racji dbanie o grób w wykonaniu Zuzanny-Marty ma być przejawem duchowej jałowości, skontrastowanej tutaj z postawą dziadka-Marii; dziadka, który ma du*szy uczucia żywych, żeruje na pracy córki i pozwoliłby grobowi żony zarosnąć brudem, a jednocześnie Twoimi ustami mówi “hur dur, jestem lepszy od własnej córki, bo nie lubię plastikowych wiązanek, a ona gupia lubi i jeszcze myje groby jak jakaś miernota, hue hue hue”.

Och, nie, dziadziusiu! – mówi ubawiona. – Po prostu Mikołajek śpi i mama oznajmiła, że wszyscy mamy być… – Milknie nagle, uświadamiając sobie, że właśnie wyszło na jaw jej poprzednie kłamstwo. Wcale nie jest u koleżanki, tylko w domu, a matka zwyczajnie nie chce rozmawiać z ojcem i dlatego Iza nie dała jej do słuchawki;

Wyjaśnienie kompletnie niepotrzebne. Przecież to oczywiste.
Jola, najmłodsza, chowana była pod kloszem, pod opiekuńczymi skrzydłami matki, która drżała o nią, bo urodziła się jako malutka kuleczka z trudnościami w oddychaniu i niską wagą, o wiele wcześniej, niż powinna. (...) pozwalano na więcej niż pozostałym dziewczynom i tarzano w cukrze pudrze miłości i troski. Koniec końców Jolanta wyrosła na dziewczynę skupioną na sobie do tego stopnia, że świat poza jej polem widzenia dla niej nie istniał, ”.

I znów cliche, cliche, cliche.

Przyznaję bez bicia, że na więcej nie mam już sił. Przeskanowałam jeszcze dalszą część, ale na tym etapie czepianie się detali już chyba nie ma sensu.

Ta próbka wystarczy, by wypunktować kilka spostrzeżeń.

- Język.
Nie jest źle, choć zdarzają się kiksy. Mam wrażenie, że opowiadanie napisałaś pod wpływem emocji, może troszkę oczarowana własną umiejętnością tworzenia zgrabnych opisów i chwytania obrazów (ciastko i świeczka, opis czynności haftowania). Przyznaję, są tutaj naprawdę dobre momenty. Są udane sformułowania. Całość jednak sprawia wrażenie napisanej “na raz”, potem może przepuszczonej przez “autor-korektę” celem wyłapania literówek czy ewidentnych błędów językowych, ale zabrakło chyba głębszej refleksji nad tym, co tak naprawdę znajduje się w tekście. Wiem, że trudno dostrzec własne błędy, ale mam wrażenie, że mogłabyś wyłapać wykapanego dżentelmena czy syntetyczną mulinę, gdybyś naprawdę się uważnie przeczytała to, co napisałaś.

- Treść:
Tutaj też widzę głównie niedbałość i brak krytycznego podejścia do swojego tekstu. Sporo jest niepotrzebnych uwag autorstwa Kapitana Oczywistego. Jest kilka fragmentów, które nie mają sensu (liczenie czasu trasą, zdziwienie babuszki). Ja wiem, że czyszczenie tak obszernego tekstu z tego typu niedoróbek to nie jest kwestia jednego posiedzenia, że trzeba dać tekstowi poleżeć, żeby zauważyć w nim problemy, zdania, które wzajemnie sobie przeczą albo wprowadzają zamęt. Może warto wrócić do niego za jakiś czas i zobaczyć, czy w dalszej części też rzuci Ci się w oczy coś, co wymaga naprostowania, ujednolicenia?

- Odbiór:
Muszę przyznać, że natknąwszy się na komentarz mówiący, że tekst jest rozwlekły zabrałam się za lekturę raczej ochoczo. Lubię powolne teksty. Lubię, gdy autor snuje swoją historię sennie, gdy zamiast prowadzić tylko akcję pokazuje czytelnikowi estetykę świata, w którym historia się rozgrywa. Lubię wręcz fragmenty, w których nie dzieje się absolutnie nic, a cała przyjemność czytania polega na zanurzeniu się w zmysłowym opisie jakiegoś niechby i nawet statycznego obrazu. Z początku miałam nadzieję właśnie na coś takiego, a pierwsze kilka akapitów pobudziło mój apetyt.

Później jednak to się rozlazło, a ja mam dziwne wrażenie, że tekst jest jednocześnie za krótki i za długi.

Za krótki, bo historia dziadka została naprędce sklecona z kilku stereotypów, z którymi zresztą obeszłaś się bezrefleksyjnie. Miałam wrażenie, że czytam streszczenie, a nie opowieść. Przeleciałaś przez historię po łebkach, tam nie ma nawet czym się zainteresować, bo sygnalizujesz tylko jakiś problem odwołując się do przepracowanych na dziesiątą stronę modeli. “Po prawej głupi chłopak gapi się w smartfon. Po lewej kobitka robi karierę i nie chce dzieci. Wycieczka widziała? Widziała. To jedziemy dalej”.

Jednocześnie jednak tekst jest za długi, bo taki pozbawiony światłocieni obraz jest nudny, tekst się dłuży. Poupychane w nim miłe dla oka opisy pomagają, motywują, ale nie wystarczyły, by przeciągnąć mnie przez cały tekst.

Ciężko mi wymyślić, co mogłabyś robić, by następnym razem było lepiej. Nie wydaje mi się, żebyś potrzebowała wprawek w postaci miniatur. Narysować obraz już umiesz. Udało Ci się tutaj parę razy.

Trudno jest ćwiczyć budowanie większej formy, bo w tym celu pewnie trzeba byłoby stworzyć niezliczoną ilość dłuższych tekstów, a to ogromna praca. Może jednak mogłabyś spróbować spróbować pobawić się w wymyślanie samych szkieletów, bez mozolnego oblepiania ich ornamentami w postaci konkretnych, mających już się znaleźć w “ostatecznym tekście” zdań. Spróbuj stworzyć jakieś spójne postaci, opisać je po swojemu, potocznie, byle jak, byle by było. Tak samo z historią: można wyjść od cliche, ale fajnie, jeśli pojawi się tam jakieś “ale”, jakiś odcień szarości, coś, co odbierze odbiorowi jednoznaczność.

Tutaj próbowałaś, ale wyszło czarno-białe. Dziadek smutny, bo dzieci złe i opuściły, a potem się okazuje, że dziadek zły i w sumie ma za swoje. Zrozumiałabym taki zabieg, gdyby Twoją grupę docelową stanowili uczniowie ostatnich klas podstawówki, ale z kolei bogactwo opisów każe sądzić, że celujesz jednak w starszą młodzież lub dorosłych. Dla kogoś takiego złożoność historii już nie polega pokazaniu awersu i rewersu. Trzeba fasetek, gęstszych splotów emocji, cięższych pytań, trudniejszych do prześledzenia wzorów.

Na pocieszenie dodam tylko, że to moje wybrzydzanie nie jest - przynajmniej w moim odczuciu - wspomaganiem w nauce raczkowania. Raczej widzę tutaj kogoś, kto umie chodzić i zabiera się za trucht. Jeszcze Ci nie wychodzi, ale masz podstawy, to nie jest etap poprawiania błędów logicznych i językowych w wypracowaniu “żeby ten tekst stał się znośny”, tylko raczej głośne myślenie na temat “co mogłoby sprawić, żeby ten tekst stał się niezły”.



Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 597
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Postautor: MargotNoir » sob 17 lis 2018, 10:36

No dobra, jeszcze jeden detal:
MargotNoir pisze:Source of the post że świat poza jej polem widzenia dla niej nie istniał, ”.

Jak rozumiem "pole widzenia" to przenośnia i oznacza to, co obejmujemy swoją świadomością, zainteresowaniami, pamięcią itd. W takim przypadku oczywiście każdy działa tak, jakby świat poza jego polem widzenia nie istniał, bo niejako z definicji nie przejmujemy się czymś, czym się nie przejmujemy.
To pole widzenia może być węższe lub szersze, obejmować samego patrzącego lub innych; jego bliskich, zwierzęta w potrzebie, uchodźców, cokolwiek, ale każdy z nas ma w polu widzenia to, co ma w polu widzenia. Jola nie jest żadnym wyjątkiem, a takie ujęcie sprawy nie ma nic wspólnego z jej egocentryzmem, który chyba chciałaś zasugerować.

Kolejny dowód na to, że przydałoby Ci się więcej pracy w skupieniu, zastanawiania nad tym, co tak naprawdę znaczy to, co napisałaś, precyzji wyrażania się.

Wróciłam, bo zastanawiałam się jeszcze, jak mogłabyś sprawić, by historia dziadka nie była tak infantylna. Jedyne, co mi przyszło do głowy to opisać ją tak, by czytelnik zobaczył tylko skargę dziadka i sam z między wierszy musiał wyczytać powód, dla którego górnik został opuszczony przez dzieci. Możesz delikatnie zasugerować jego nieprzyjemne podejście, opisać z jego punktu widzenia momenty, w których w zasadzie zachował się w porządku, ale mogło to zostać inaczej odebrane przez nastolatki. Samej historii może nie trzeba byłoby komplikować (chociaż z pewnością to by nie zaszkodziło), ale koniecznie trzeba odłopatologizować sposób, w jaki została przedstawiona. Trochę zamotać, rzucić odrobinę cienia, pomieszać barwy, a nie postawić obok siebie dwa wielkie kloce, z których jeden jest biały, a drugi czarny. Córki z pewnością należałoby rozebrać z kartonowych kostiumów i uczynić z nich zwykłe kobiety, zostawić je w tle zamiast usiłować upakować na siłę w kilkanaście akapitów wszystkie stereotypy, jakie tylko znasz.



Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[W]27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Postautor: Made » pn 19 lis 2018, 12:17

Bardzo dziękuję za komentarze i cieszę się, że tekst wzbudził jakiekolwiek zainteresowanie :). Wszystkie uwagi są bardzo cenne. Miło mi bardzo, że czytelnicy wyrazili się pochlebnie o koncepcji hafciarek i że postać narratorki wydała się intrygująca - taka miała być i świetnie, że osiągnęłam cel.

Wszyscy zwrócili uwagę na sztampowość i uwidocznione stereotypy. Faktycznie, tekst opiera się na nich, choć do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że jest to aż tak irytujący problem (bo że są widoczne, wiem, gdyż pisałam tekst z takim zamierzeniem).

Wolha.Redna pisze:Source of the post Usiłujesz nadać charakter postaciom poprzez język, ale mocno zgrzyta (...)

Dziękuję za zwrócenie uwagi. Naprawdę nie zauważyłam tego wcześniej, a jeśli się zastanowić na spokojnie, to jest w tym sporo racji.

Wolha.Redna pisze:Source of the post Największy, moim zdaniem, minus - zbytnia dosłowność.

Rubia pisze:Source of the post Do tego pewne kwestie tłumaczysz z nadmierną starannością, wręcz łopatologicznie

Wiele osób o tym wspomniało, więc mogę jedynie obiecać w przyszłości mniej dosłowności.

Rubia pisze:Source of the post Stają się przez to nużące, w odróznieniu od fragmentów mówiących o samych hafciarkach.

O, dziękuję. Być może w przyszłości poddam tę bohaterkę "recyklingowi" i wykorzystam ją ponownie, skoro czytelnikom się spodobała :). W innym tekście, bardziej przemyślanym pod względem innych postaci.

MargotNoir, szczególne podziękowania dla Ciebie za szczegółową analizę i poświęcenie tekstowi sporo czasu. Uwagi są bardzo pomocne, szczególnie wytknięcie tych błędów, które nie są tak oczywiste jak ortografy. Niektóre Twoje uwagi jednak mnie zdziwiły.


„Dobre sobie! Najpierw kariera, potem rodzina”. To „najpierw kariera” ciągnęło się przez lata, aż wreszcie stało się jasne, że Beata na zawsze zostanie samotną, niezależną kobietą, bizneswoman, bezdzietną kierowniczką do spraw czegoś tak nieokreślonego jak ten cały pijar.

MargotNoir pisze:Source of the postOklepane koszmarnie.

Zdaję sobie sprawę, że tekst aż kipi od stereotypów. To prawda i na przyszłość postaram się je ograniczyć - ale właśnie ograniczyć. Nie wydaje mi się, by ich całkowita eliminacja była konieczna i w ogóle możliwa. Zresztą, stereotypy, klisze z czegoś się przecież biorą - skoro powstały, to znaczy, że w życiu dane sytuacje zdarzały się i to wystarczająco często, by klisza powstała. Zresztą, powyższa też nie jest wyssana z palca, bo każdy chyba zna taką "Beatę". Ja również. Dlaczego miałabym ją na siłę przerabiać, skoro naprawdę tyle kobiet tak działa: najpierw kariera, potem ew. dzieci, a kończy się jak na załączonym obrazku? Bez żadnych podtekstów, bez niedomówień, bez głębokich przemyśleń, po prostu... tak. Nie chcę dzieci, robię karierę, odczepcie się.
Czy posługiwanie się stereotypami to faktycznie aż taki błąd? (Dobrze, zgadzam się, że ich nadmiar, jak u mnie, jest niewłaściwy, ale ogólnie mówię o ich samej obecności.)

MargotNoir pisze:Source of the post Kolejny fragment, w którym tekst wydaje się być podszyty dość niefajnym podejściem. Wcześniejszych nie cytowałam, ale chodzi mi o “gapią się w telefony” versus “czytają książki” (...) Nie wiem, czy to Twoja osobista ocena pewnych zachowań, wciśnięta w tekst (...) Utykając w tekście takie szpileczki pogardy pod adresem smartfonizmu nie tylko upraszczasz, ale i wypaczasz. Niby z jakiej racji korzystanie z Internetu ma zasługiwać na wartościujący negatywnie czasownik “gapić się”? Z jakiej racji dbanie o grób w wykonaniu Zuzanny-Marty ma być przejawem duchowej jałowości, skontrastowanej tutaj z postawą dziadka-Marii; dziadka, który ma du*szy uczucia żywych, żeruje na pracy córki i pozwoliłby grobowi żony zarosnąć brudem, a jednocześnie Twoimi ustami mówi “hur dur, jestem lepszy od własnej córki, bo nie lubię plastikowych wiązanek, a ona gupia lubi i jeszcze myje groby jak jakaś miernota, hue hue hue”.

Oczywiście, że to nie jest moja ocena. To jest ocena bohatera. Owszem, te fragmenty z opowieściami penitentów mają 3-osobowego narratora, ale wciąż są snute z punktu widzenia danej postaci. Nie sądziłam, że napisałam to tak źle, żeby wprowadzać czytelnika w błąd :D. To ojciec, ten górnik, stawia siebie ponad córkę, dla której "liczy się tylko plastikowe kolorowe badziewie na grobie mamy". On uważa, że młodzi ludzie "gapią się" w ekrany i mają za nic mądrość starszych, których (oczywiście!) zawsze powinni słuchać (w tym jego; jego na pierwszym miejscu).

MargotNoir pisze:Source of the post Jedyne, co mi przyszło do głowy to opisać ją tak, by czytelnik zobaczył tylko skargę dziadka i sam z między wierszy musiał wyczytać powód, dla którego górnik został opuszczony przez dzieci. Możesz delikatnie zasugerować jego nieprzyjemne podejście, opisać z jego punktu widzenia momenty, w których w zasadzie zachował się w porządku, ale mogło to zostać inaczej odebrane przez nastolatki.

To jest akurat dobry pomysł. Wprowadzenie w życie przyszłe teksty zabezpieczyłoby przez zbytnio, zarzuconą wyżej infantylnością i łopatologicznością.

MargotNoir pisze:Source of the post Na pocieszenie dodam tylko, że to moje wybrzydzanie nie jest - przynajmniej w moim odczuciu - wspomaganiem w nauce raczkowania. Raczej widzę tutaj kogoś, kto umie chodzić i zabiera się za trucht. Jeszcze Ci nie wychodzi, ale masz podstawy, to nie jest etap poprawiania błędów logicznych i językowych w wypracowaniu “żeby ten tekst stał się znośny”, tylko raczej głośne myślenie na temat “co mogłoby sprawić, żeby ten tekst stał się niezły”.

Jeden z milszych komentarzy, jakie otrzymałam. Dziękuję!

Pozdrawiam wszystkich komentujących,
Madeleine


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
MargotNoir
Dusza pisarza
Posty: 597
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

[W]27 minut [obyczajowe][fantastyka][całość]

Postautor: MargotNoir » śr 21 lis 2018, 17:34

Made pisze:Source of the post Oczywiście, że to nie jest moja ocena. To jest ocena bohatera.


Wątpliwości pewnie wzięły się stąd, że w całym fragmencie gubi się perspektywa. Nie wiadomo, czy opisujesz dziadka obiektywnie, z zewnątrz (na to wskazuje język nieróżniący się od języka narracji fragmentów opowieści hafciarki), czy też wchodzisz w jego umysł i opisujesz świat widziany jego oczyma.

Wyraźne zaznaczenie opcji numer dwa byłoby o tyle słuszne, że mogłabyś uniknąć zabiegu, który czyni opowieść tak klocowatą: pokazania dwóch różnych opowieści o dziadku. Takie przedstawienie sprawy to chyba najpoważniejszy błąd w tym tekście.

Dobrze byłoby zdecydowanie pokazać, że historia dziadka jest przedstawiana z jego punktu widzenia. Narracja nie musi być pierwszoosobowa, ale wystarczy mocniejsze zaznaczenie jego przemyśleń, a przede wszystkim jego emocjonalności. Póki co o jego życiu ewidentnie nie opowiada on, to czuć po stylu, po tym, na co zwracana jest uwaga, jakie elementy świata są uwidocznione. Gdyby czytelnik był pewien, że czyta historię widzianą oczyma dziadka, miałabyś rozwiązane dwa problemy.

Raz - czytelnik wie, że te niefajne fragmenty pochodzą od dziadka, a nie Ciebie jako autorki.
Dwa - nie musisz pokazywać dwóch historii jak w bajeczce dla przedszkolaczków, tylko opowiadasz raz, a czytelnik sam domyśla się, że dziadek, choć pozornie skrzywdzony, jest niefajną osobą i zasłużył na swój los.

Made pisze:Source of the post Zresztą, stereotypy, klisze z czegoś się przecież biorą - skoro powstały, to znaczy, że w życiu dane sytuacje zdarzały się i to wystarczająco często, by klisza powstała. Zresztą, powyższa też nie jest wyssana z palca, bo każdy chyba zna taką "Beatę". Ja również. Dlaczego miałabym ją na siłę przerabiać, skoro naprawdę tyle kobiet tak działa: najpierw kariera, potem ew. dzieci, a kończy się jak na załączonym obrazku?


Może i tak, ale rodzi to aż trzy problemy.

Po pierwsze to, że coś jest prawdą jeszcze nie znaczy, że powtarzanie tego w kółko nie jest nudne. Naprawdę ten motyw był wykorzystywany tyle razy, że aż strach.
Po drugie, to miała być opowieść o dziadku. Po co dorabiać mu takie tło? Niech ma normalne, zwyczajne dzieci. Historia wtedy będzie bardziej ludzka, prawdziwa, poczuwalna. Teraz, zamiast zastanawiać się nad sensem jego historii czytelnik zżyma się na zupełnie niepotrzebne i nie wnoszące niczego do historii wybory córek.
Po trzecie, czyni to historię mało wiarygodną. Jakie jest prawdopodobieństwo, że ci sami rodzice wychowają dwie tak skrajnie różne kobiety?
OK, możesz się bronić argumentując, że to się zdarza. Może i tak, ale w tym momencie to nie jest coś, czym czytelnik powinien zaprzątać sobie głowę. Pokazując dwie córki stanowiące swoje przeciwieństwa odchodzisz od obrazu realnej, zwykłej rodziny, w której zdarzyło się coś interesującego (opuszczenie ojca przez dzieci), co jest treścią i esencją tej historii. Wprowadzasz motyw, który nie ma w opowieści żadnej funkcji, a jest tak przerysowany i wyeksponowany, że wygląda, jakby miał ją mieć. Takie dwie córki wyglądają dziwnie, a jeśli coś jest dziwne, to znaczy, że ma coś oznaczać.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości