Jasna Strona Mocy
Walcz o tytuł "Siewca Dobra 2018"!
Informacje o konkursie :arrow: KLIK

Szaratarisz (tytuł roboczy)

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Borias
Zarodek pisarza
Posty: 18
Rejestracja: pt 24 mar 2017, 18:52
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: VI Krąg Piekła
Płeć: Mężczyzna

Szaratarisz (tytuł roboczy)

Postautor: Borias » śr 10 maja 2017, 22:07

Witam.
Przedstawiam fragmenty powieści, która teoretycznie jest ukończona. Zajmuje około dziesięciu arkuszy wydawniczych. Na pewno można w niej poprawić mnóstwo rzeczy (tytuł na przykład, bo cokolwiek bym nie wymyślił, to jakoś mi nie pasuje). Życzę miłej lektury i czekam na opinie :D

Prolog

Powoli nadchodził zmierzch. Świat tracił swoje soczyste barwy, robiło się szaro. Zachodzące słońce zaczęło barwić krwawymi refleksami niebo i powierzchnię pobliskiego jeziora. Rybak na płaskodennej łodzi, przez cały dzień harujący przy sieciach i hakach, spojrzał w niebo i pomyślał, że pora kończyć. Na spokojnej toni jeziora widoczna była tylko jego łódź, inni planowali swoje połowy bardziej na południu, na znanych i względnie bezpiecznych łowiskach. Północna część jeziora Lednica uważana była za niebezpieczną. Starzy ludzie z osady Gradec opowiadali przerażające historie o utopcach wciągających nieostrożnych pod wodę, mamiących nieostrożnych mężczyzn rusałkach, czy złośliwych płanetnikach sprowadzających nagłe i groźne zmiany pogody, wywracających łodzie czy plączących sieci. Mamunach wiodących ludzi na manowce i innych niebezpieczeństwach. Rybak podjął jednak ryzyko, ponieważ wiedział, że wielkość połowu wynagrodzi mu z nawiązką przeżyty strach. Na rynku w Gradecu weźmie za połów naprawdę dobrą cenę. Może nawet w bursztynach lub srebrze. Do tej pory prawie połowa łodzi wypełniona była rybami. Wielkie okonie, płocie, dwa szczupaki i prawie czterostopowy sum, oto całkiem niezły wynik jak na jeden dzień pracy. Porównywalna wielkość połowu była nieosiągalna na południowych wodach. Rybak uśmiechnął się pod nosem, czując ciężar wyciąganej sieci. To będzie przedostatni, jeszcze tylko raz i kończymy na dziś. Oczyma wyobraźni widział swoją żonę i trójkę małych dzieci, jak cieszą się z wielkości zdobyczy. Wiedział, że dzięki temu będą mogli pozwolić sobie na kupno wielu dodatkowych rzeczy. Zarzucając po raz kolejny sieć, przeliczał szybko, ile byłby w stanie złowić i zarobić, jeżeli przypłynie tu jeszcze raz. Albo nawet dwa razy, albo może pięć? Jedna z linek z hakami naprężyła się mocno i zatrzeszczała niebezpiecznie. Rybak rzucił się w kierunku mocowania na burcie, chwycił linkę i aż stęknął z wysiłku. To, co znajdowało się na drugim końcu na pewno było o wiele cięższe od złowionego suma. Sznur znów napiął się tak mocno, że łódź zaczęła niebezpiecznie się przechylać. Mężczyzna puścił linkę i sięgnął za pas po parę skórzanych rękawic z jednym palcem. To naprawdę musiała być olbrzymia sztuka. W pewnej chwili łódź drgnęła i i zaczęła płynąć, ciągnięta przez wielką zdobycz na haku. Rybak czuwał i kiedy tylko zmieniał się kierunek, szybko wybierał luz. Zajęty polowaniem, stracił rachubę czasu, a tymczasem szybko zapadał zmierzch. Mgły podniosły się nad wody, żaby rozpoczęły wieczorny koncert. Rybak, ogarnięty gorączką połowu, nie zwracał na to uwagi. Bacznie obserwował niknący w wodzie sznur, w międzyczasie przygotował oszczep, ponieważ wiedział, że takiej zdobyczy nie da rady wciągnąć po prostu na łódź. Linka znów złapała trochę luzu, więc szybko wybrał go i zabezpieczył. Zdobycz zatrzymała się, łódź zwolniła, a rybak chwycił za oszczep. Nagle zrobiło się bardzo cicho, mężczyzna rozejrzał się dookoła. Okazało się, że zdobycz zaciągnęła łódź jeszcze dalej na północ, w pobliże trzęsawisk, które uważano za nawiedzone.


W dawnych czasach, jeszcze za panowania kniazia Chościska, stał tam gród tego okrutnego pana. Za swoje zbrodnie został on surowo ukarany przez okolicznych możnych. Ich zbrojne drużyny zdobyły twierdzę, wyrżnęły wszystkich lojalnych wojowników władcy, natomiast nieliczni, w tym sam kniaź i jego żona, schronili się w kamiennej wieży. Nie było sposobu, aby wziąć ją szturmem, ani podpalić, więc atakujący rozłożyli się pod nią i próbowali zagłodzić obrońców. Legenda mówi, że kniaź ze swoimi ludźmi trzymali się bardzo długo, tak długo, że zniecierpliwieni oblegający wezwali na pomoc czarną magię. Guślarze i szamani obłożyli klątwami wieżę. Straszliwe zaklęcia wypaczyły całą okolicę. Wieść niosła, że po kilku dniach, kiedy ucichły wszystkie odgłosy w wieży i oblegającym udało się wyłamać wrota, zastali w środku przerażający widok. Wszędzie, na każdym z pięter wieży, leżały objedzone do czysta szkielety obrońców. Pomiędzy szkieletami przemykały ogromne, tłuste szczury. Ich czerwone ślepia błyszczały złośliwą inteligencją, ale nawet nie próbowały atakować wchodzących wojów. Wrota wieży zostały zamknięte, a całe miejsce uznane za przeklęte i opuszczone. Teraz nie zostało tam nic oprócz ruin przeklętej wieży nawiedzanej przez upiory obrońców, tak przynajmniej utrzymywali ci, którzy rzekomo tam byli.


Rybaka przeszedł dreszcz strachu, kiedy przypomniał sobie te opowieści. Zdał sobie sprawę z tego, że zysk nie zawsze tłumaczy ryzyko. Linka zatrzeszczała ponownie, przypominając mężczyźnie o zdobyczy. Rybak szybkim ruchem przeciął ją, chwycił za wiosła i ruszył na południe w kierunku Ostrowia Lednickiego i Gradeca. Łódź oddalała się szybko, pchana potężnymi pociągnięciami mocarnych ramion mężczyzny.


Chwilę po tym woda w pobliżu trzęsawiska wzburzyła się gwałtownie i wyłonił się z niej wielki, mroczny kształt. Stwór opięty zielonkawą, kostropatą skórą wyszedł na brzeg i spojrzał w kierunku, w którym odpłynęła łódź. Ryknął donośnie, uciszając na chwilę koncert żab, po czym zabrał się do wyciągania rybackiego haka, który utkwił mu w zębatej paszczy.



***

Gradec, oprócz Gniezna i Santoka, był największym i najważniejszym grodem Polan. To tutaj prowadził główny szlak handlowy wschód - zachód i dzięki temu osada rozwijała się i zyskiwała coraz większe znaczenie. Otoczony ostrokołem gródek był miejscem spotkań całej rzeszy kupców i rzemieślników. Tylko tutaj można było nabyć najlepszą, wykonaną z kruszcu, nie z kamieni i kości, broń i narzędzia. Kupcy i rzemieślnicy z zachodu coraz częściej zagłębiali się we wschodnie puszcze, aby zdobycze swojej cywilizacji wymieniać na jantar i srebro. Miejscowi zaś szybko zauważyli, że broń i narzędzia wykonane z kruszcu zwanego przez zachodnich kupców żelazem, są lepsze i znacznie bardziej trwałe niż te, których używali dotychczas. Prowadzono przede wszystkim handel wymienny, jednak do obrotu wchodziły już powoli srebrne i złote monety, których używali podróżni z zachodu. Nie minęło wiele czasu, a sam Lestek, najwyższy kniaź, przeniósł swoją siedzibę do Gradeca. Osada skorzystała na tym, widać to było już po upływie kilku miesięcy. Ostrokół został wzmocniony o jeszcze dwie dodatkowe sekcje, w regularnych odstępach pojawiły się na nim strażnice obsadzone łucznikami. Wzmocniono i poszerzono mosty i drogi prowadzące do osady, aby nawet największe i najcięższe wozy kupieckie nie miały problemów z dojazdem. Najbliższą okolicę patrolowały dziesiątki doskonale wyszkolonych i uzbrojonych wojów kniazia, które szybko poradziły sobie z kilkoma bandami grasantów, które nękały kupców. Znaczniejszym problemem były regularne najazdy Pomorców, którzy palili i grabili okoliczne wsie i gospodarstwa. Jednak po długiej i krwawej bitwie pod wsią Cieszynki horda Pomorców została pobita przez wojów Lestka, a wódz najeźdźców wzięty do niewoli i stracony. Jego odcięta głowa tkwiła na palu obok największego budynku w osadzie przypominając wszystkim, jaki los czeka każdego wroga kniazia. Od tamtej pory panował względny spokój.


Dzień zaczął się w osadzie jak każdy inny. Pianie kogutów mieszało się z pokrzykiwaniem straży na ostrokole. Kupcy rozpalali niewielkie ogniska przy swoich wozach i przygotowywali poranny posiłek. Coraz więcej ludzi wychodziło z chat, by zająć się codziennymi obowiązkami. Od strony warsztatów rzemieślniczych zaczęły dochodzić huk młotów i posykiwania pił. Rolnicy, rybacy, przekupnie rozłożyli swoje kramy i krzykiem zachęcali do kupna towarów pierwszych przechodniów. - Do mnie ludziska! Do mnie wszyscy! - Darł się jeden z kupców, a akcent zdradzał, że pochodził z zachodu. Prezentował wszystkim zaineresowanym ozdoby z kruszcu - bransolety i zausznice. - Miecze, topory i lemiesze! - Misiury! Karwasze! Nie minęło wiele czasu, a wokół handlarzy zaroiło się od zainteresowanych. Bramy grodu zostały otwarte i do środka zaczęła napływać ludzka rzeka. - Ryby! Najlepsze ryby z Lednicy! Obok straganu rybaka szybko zebrał się spory tłum. Ludzie podziwiali wielkość wystawionych na sprzedaż okazów. Głośno chwalili rybaka. Cały połów został sprzedany w mniej niż godzinę. Kiedy nastał wieczór i bramy zostały zamknięte, a straże zaczęły się nawoływać w zapadającej szybko ciemności, szczęśliwcy, którym udało się kupić wyjątkowe ryby z Lednicy, zasiedli z rodzinami do posiłku.



***

- Panie! Panie!
Krzyk jednego ze sług obudził Lestka z pijackiego snu. Kniaź miał wrażenie, że coś nieczystego zdechło w jego ustach zeszłej nocy. Nawet nie przypuszczał, że miejscowy miód trójniak jest tak mocny. Powinien zresztą wiedzieć, że ciężko mu będzie pokonać w piciu jego setników. W głowie huczało mu, jakby znajdowało się tam przynajmniej sto uli.
- Czego tam znowu... - burknął, patrząc spode łba na sługę.
Przebywanie w tej osadzie było nudne i męczące, jednak było obowiązkiem kniazia, który powinien doglądać jednego z najważniejszych szlaków handlowych. Jaka by jednak nie była prawda, wolałby teraz być w Gnieźnie, brać udział w ucztach i polowaniach.
- Mów szybko, o co chodzi.
- Zbysław czeka, panie. Prosił o posłuchanie. Mówiłem, że pewnie jeszcze śpicie, ale żądał...
- Dobra, dobra... - Lestek miał wrażenie, że to niedawno schwytany i stracony wódz Pomorców mści się z zaświatów i wali wewnątrz w jego czaszkę swoim kamiennym młotem.
- Daj mi soku i piwa, a potem wołaj Zbysława.
Kiedy kniaź zaspokoił pragnienie, umył się i częściowo ubrał, a mściwy wódz Pomorców uderzał swym młotem tylko raz na jakiś czas, do izby wszedł Zbysław. Był to potężny mężczyzna, ubrany w nabijany żelazem kaftan ze skóry tura, z kruszcowym mieczem przy boku. Kniaź wątpił, aby mógł unieść tę broń jedną ręką, ale widział, jak w czasie bitwy z hordą Pomorców Zbysław władał nim bez widocznego wysiłku, a dokoła niego latały w powietrzu odrąbane ręce, nogi i głowy wrogów. Poza tym służył on Lestkowi od początku. Znali się niemalże od małego. Kniaź doskonale pamiętał ich pierwszą wspólną bitwę, kiedy, jeszcze jako wyrostki, wzięli udział w wyprawie przeciw Wieletom. W wirze wściekłej rąbaniny Lestek został powalony na ziemię ciosem kamiennej siekiery, która roztrzaskała mu tarczę i złamała lewe ramię. Byłby wtedy niechybnie zginął, gdyby nie Zbysław. To on właśnie pojawił się obok przyszłego kniazia, podniósł go i osłaniał tarczą i własnym ciałem. Przypłacił to raną przedramienia, gdy zbłąkana strzała przebiła tarczę i ciało oraz ranami barku i głowy. Po tej ostatniej nosił wielką bliznę sięgającą od potylicy aż do kącika lewego oka.
- Panie - skłonił się lekko przybyły - wybacz, ale sprawa, z którą przychodzę...
- Mów szybko, o co chodzi.
- Dziś rano, zaraz po zmianie wart, okazało się, że do pracy przy wschodniej strażnicy, tej od jeziora, przy moście, nie przyszedł żaden cieśla. Jedna z podpór była za słaba i trzeba było to szybko naprawić. Kiedy dziesiętnik mi to zgłosił, rozkazałem odszukać ich i sprawdzić, co się stało. Pchnąłem dwóch konnych do tartaku przy Trzech Dębach i dwóch kolejnych do Jaru Baby... Kiedy wrócili... Kiedy powiedzieli...
Zbysław zacisnął zęby, a kniaź przysiągłby, że dostrzegł w jego oczach strach, co było raczej niemożliwe. - Nie żyją... Wszyscy nie żyją... Drwale przy Trzech Dębach i ich rodziny, wszyscy z osady przy Jarze Baby też...
- Pomorcy?
- Nie, to nie Pomorcy, ani bandyci, ani w ogóle... Ludzie...
- Co?!
- Nie wierzyłem im. Sam pojechałem, żeby zobaczyć... Wszyscy martwi, leżeli tam, gdzie upadli, czarne trupy, wyschnięte, bez kropli krwi. Złe to zrobiło, to pewne. Ale to nie wszystko... W domach, tutaj w Gradecu to samo. Całe rodziny martwe leżą w domach. Myśleliśmy, że to zaraza, ale potem okazało się...
- Skąd pewność, że to nie sprawa Czarnej Kostuchy? - przerwał Lestek. - Bagna tu też dookoła, to i pewnie powietrze morowe.
- Nie, to na pewno nie zaraza. Znaleźliśmy rybaka... Mówił, że łowił na północnej stronie Lednicy.
- A co to ma do rzeczy?
- To tam przecież nasze dziady Chwosta pobiły za to, że lud gnębił. A od tamtej pory miejsce to przeklęte. Rybak wybrał się tam, choć inni boją się i nigdy tam nie łowią. Mówił, że ryby z tamtego miejsca przywiózł i sprzedał. Dużo ludzi je kupiło. On sam kilka najlepszych sztuk do swojej chaty zawiózł i żonie kazał przyrządzić... Cała jego rodzina nie żyje...
- A on sam? Jak mu się udało?
- Nie zdążył ich spróbować...
- Dawaj go tu! - wrzasnął kniaź. - Niech pokaże dokładnie, gdzie łowił te ryby!
- Panie - woj wbił wzrok podłogę - on nie żyje, zabił się zaraz po...
Lestek wytrzeźwiał zupełnie. Problem był poważny, na tyle poważny, że rozwiązanie było tylko jedno.
- Szykuj łódź, Zbysław. Musimy co rychlej na Ostrów Lednicki.




Rozdział pierwszy


Wyspa od niepamiętnych czasów była miejscem kultu. Setki lat temu w tym miejscu składano ofiary bogom. Czasem były to ofiary z ludzi. Perun i Weles żądali ich, a woli bogów nie wolno się sprzeciwiać. Miejsce to tętniło także magią, ciężką i złowrogą, wyczuwalną nawet przez zwykłych ludzi, którzy czasem odwiedzali chram, prosząc bóstwa o przychylność w jakichś sprawach.


Centralne miejsce na wyspie zajmowało olbrzymie wyobrażenie Peruna, zaś po jego prawicy znajdował się mniejszy posąg boga wojny i śmierci Welesa. Perun przedstawiony był na podobieństwo człowieka, jego poważne i tchnące mądrością oblicze witało wszystkich pielgrzymujących wiernych. Odnosiło się wrażenie, że jest to dobrotliwy dziadek, gotów w każdej chwili wspomóc radą. Weles natomiast wyglądał jak bezkształtny, na poły ludzki bałwan, groteskowy i przygarbiony. Na jego szyi wisiał naszyjnik z ludzkich czaszek, a ostrze broni, którą wyobrażenie boga dzierżyło w prawej dłoni było oblepione zaschniętą krwią ofiar. U stóp posągu leżał stos głów wrogów, najświeższe z nich należałby do pokonanych niedawno i wziętych do niewoli Pomorców. Sam kniaź Lestek przywiódł ich tu w dniu zwycięstwa i ofiarował krwawemu bogu. Przed posągami bóstw znajdował się wielki kamień ofiarny, wygładzony przez stulecia używania. Wiele dusz poświęcono na tym ołtarzu dla chwały bogów i w podzięce za ich łaski. W pewnym oddaleniu od ołtarza, ukryte w cieniu olbrzymich dębów, znajdowały się drewniane chaty, które zamieszkiwał Najwyższy Kapłan ze swoimi akolitami. Od samego świtu panowało tam lekkie zamieszanie ponieważ przyszła wiadomość, że sam kniaź Lestek przybędzie dziś do chramu lednickiego, aby prosić o radę i pomoc. Najwyższy Kapłan rozkazał, aby władca został godnie przyjęty.


Było około godziny po południu, kiedy jeden z akolitów dał znać kapłanowi, że trzy łodzie zbliżają się do Ostrowia Lednickiego. Przy brzegu zebrała się grupa kapłanów, która miała przywitać kniazia.


Lestek siedział w łodzi i ponurym wzrokiem obserwował zbliżający się brzeg i grupę oczekujących na niego postaci. Siedzący obok kniazia Zbysław wiercił się niespokojnie i mruczał coś pod nosem.


- O co chodzi? - spytał w końcu zniecierpliwiony Lestek.
- Przecież to Ostrów Lednicki... Każdy słyszał, co tu się dzieje - czary i dziwy... - Olbrzymi woj rozejrzał się niespokojnie, a kniaź wzruszył ramionami. - Nikt nie odważył się nawet splądrować tej wyspy. Pamiętacie, jak kiedyś Niemce najechali na Santok, a ich luźne kupy zabijały i rabowały dookoła? Ale tutaj żaden nie przepłynął. Ludzie schronili się przed nimi na wyspie, a oni co? Stali na brzegu, patrzyli, nikt nie odważył się jednak przepłynąć i atakować. A Chwost? Opowiadają dziadowie, że też kapłanów bał się tknąć. Wymordował całą swoją rodzinę, krewnych i wszystkich, którzy się buntowali i byli przeciwni... A na Ostrów Lednicki ręki nie podniósł. A jak Myszko z innymi w końcu Chwosta pokonali? Bo im czarownicy z chramu lednickiego pomogli. Mówi się, że niebo wtedy pociemniało, grzmiało i błyskało, a trupy poległych wstawały i atakowały żyjących. Z bagien wyłaziły potwory, a woje wpadali w szaleństwo...
- Brednie starych bab - przerwał Lestek, próbując nadać swemu głosowi pewne brzmienie.
Zbysław spojrzał na niego urażony i nic już nie mówił, choć w dalszym ciągu wiercił się niespokojnie. Kniaź obserwował coraz bliższy brzeg, grupę stojących na nim kapłanów i wyobrażenia Peruna i Welesa. Czuł dziwny ścisk w żołądku i starał sobie wmówić, że to ostatnie oznaki porannego kaca. Kiedy dziób łodzi zarył w piaszczysty brzeg, Lestek ze Zbysławem wysiedli z łodzi, a oczekujący ich kapłani pochylili z szacunkiem głowy przed kniaziem
- Najwyższy Kapłan oczekuje cię, panie - cicho odezwał się jeden z nich. - Pozwól za mną.
Zbysław został na brzegu z resztą kapłanów, bowiem z wypowiedzi wynikało, że tylko kniaź będzie miał przywilej rozmowy. Lestek ruszył za przewodnikiem, lecz po chwili ze zdziwieniem zauważył, że nie kierują się do chramu, lecz do wewnętrznej świątyni, w której mieli prawo przebywać tylko poświęceni bogom kapłani. Przewodnik zatrzymał się.
- Najwyższy Kapłan oczekuje cię, panie, w środku - powiedział cicho i wskazał kierunek.
Kniaź podziękował skinieniem głowy, zebrał się w sobie i wkroczył do mrocznego wnętrza. Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do półmroku, dostrzegł klęczącą ze wzniesionymi rękoma postać. Jednak to, co znajdowało się przed klęczącym zaskoczyło go i przeraziło najbardziej. Centralne miejsce w komnacie zajmował olbrzymi szkielet. Wydawać by się mogło, że jego szczęki układają się w szyderczym uśmiechu Złowroga aura bijąca od tej postaci była tak silna, że ciężko było oddychać. Lestek czuł się, jakby w czasie snu stał się ofiarą dusiołka, zmory sennej, która lubowała się w duszeniu śpiących ludzi. Obok klęczącego w świątyni znajdowały się jeszcze dwie postacie, które nie wyglądały na sługi świątynne. Pierwszy towarzysz kapłana ubrany był w koszulkę kolczą sięgającą kolan, na niej zaś nosił skórzany pancerz i żelazne naramienniki, przy boku miał szeroki miecz i wspierał się na kosturze zwieńczonym czaszką o dziwnym kształcie. Drugi również ubrany był w pancerz, ale kruszcowy, zbudowany z segmentów na podobieństwo raczego ogona, żelazne karwasze i naramienniki. W pętlach przy pasie na prawym i lewym biodrze wisiały żelazne topory. Kniaź nigdy wcześniej nie widział takich pancerzy i takiej broni. Obaj mieli ponure, poznaczone bliznami twarze, ostre, przenikliwe spojrzenia i sprawiali wrażenie tęgich rębaczy. Kapłan skończy modlić się, wstał z klęczek, obrócił się w stronę gościa i lekko skłonił głowę.
- Witaj, książę, w świątyni.
Lestek w odpowiedzi również skłonił się z szacunkiem.
- Czcigodny...
Kapłan zauważył zainteresowanie Lestka przerażającą figurą znajdującą się w sanktuarium.
- Nie wiadomo dokładnie, czym on jest. Niektórzy mówią, że sam Weles zostawił swoją cielesną powłokę, która siedzi tu od najdawniejszych czasów, a dookoła powstała świątynia. Inni powiadają, że jeden z kapłanów widział Welesa na własne oczy i potem stworzył ten wizerunek. Jaka jest prawda – nie wiadomo. Wiadomym natomiast jest, że nie jest wykonany z drewna ani z kruszcu, tylko przypomina prawdziwą kość… - Widząc, ze Lestek wpatruje się w posąg z narastającym przerażeniem, kapłan powrócił do celu wizyty. - Wiem, niestety, jaka sprawa sprowadza cię do nas, panie. Widziałem we śnie zrujnowaną wieżę i zło, które tam się obudziło.
- Zechciej więc służyć nam radą – kniaziowi w końcu udało się oderwać przestraszony wzrok od Welesa i miał wrażenie, że dostrzegł wyraźną drwinę w pustych oczodołach bóstwa. Potrząsnął głową ze zniecierpliwieniem.
- Oczywiście, mój panie. Jednak najpierw pozwól... To Angousgone - wskazał na wojownika z toporami - jeden z magów bitewnych, tutaj natomiast - kapłan zawiesił głos - Szaratarisz, akolita Welesa i wróżbita. Nie pochodzą stąd, przybyli z południa dawno temu. Dziś natomiast będą nam służyć radą i pomocą. Przejdźmy może w inne miejsce.
Lestek z ulgą powitał możliwość opuszczenia świątyni i złowrogiego wyobrażenia bóstwa, które, zdawało by się, bacznie obserwowało kniazia pustymi oczodołami. Skierowali się od razu do okazałego budynku, w którym nie raz przebywał Lestek, kiedy pojawiał się na Ostrowiu Lednickim. W środku już uwijali się kapłani, przygotowując wystawne przyjęcie, które Najwyższy Kapłan zawsze nazywał "skromnym poczęstunkiem". Zbysław z resztą ludzi już tam siedzieli. W krótkim czasie na stołach pojawiły się różnego rodzaju potrawy. Na początek podano pieczonego dzika i kilka rodzajów miodów pitnych. Następnie wniesiono sarninę i pieczone bobrze ogony. Kniaź razem ze swoimi towarzyszami siali prawdziwe spustoszenie wśród mis i dzbanów. Lestek poczuł się na tyle dobrze, że znów nieomal zapomniał o umiarze w smakowaniu miejscowego alkoholu. Na szczęście Najwyższy Kapłan szybko zwrócił uwagę na prawdziwy cel spotkania.
- Panie - zaczął z powagą, a dobry nastrój Lestka ulotnił się w jednej chwili. - Wracając do naszej poprzedniej rozmowy, chciałbym powiedzieć, że klątwy nie są moją specjalnością. Jednak dwóch ludzi, których przedstawiłem ci wcześniej, wie na ten temat o wiele więcej. Są wyznawcami Welesa i jemu służą, a oprócz tego są wyśmienitymi wojownikami, nie zlękną się niebezpieczeństw i na pewno poradzą sobie w każdej sytuacji. Szaratarisz już jakiś czas temu wyczuł, że coś niedobrego dzieje się w tamtych rejonach. Jego wróżby to potwierdziły. Ja sam też to spostrzegłem. Chwost nie był człowiekiem za życia, był bestią w ludzkiej skórze, a dodatkowo wszystkie zaklęcia rzucone w tamtym czasie tak wypaczyły to miejsce, że do tej pory nikt tam nie chodzi. Wiem z wiarygodnych źródeł, że żona Chwostka, z Niemców była przecież, oddawała cześć złemu, trucizny i jady warzyła. Niemce nie czczą naszych bogów, Pomorcy są jeszcze gorsi. A wiadomo, że Chwost trzymał z jednymi i z drugimi.
- Co nam wtedy robić? - Kniaź nie miał pojęcia, czemu miał służyć cały ten wywód.
- Zwykły człowiek nic nie poradzi, dlatego chcę, aby zajęli się tym ci, którzy mogą coś poradzić.
- Kapłani?
- Można tak to ująć - Najwyższy Kapłan wskazał wzrokiem maga i wróżbitę.
- Dlaczego? - Zdziwił się kniaź, patrząc na surowe, jakby wyciosane z granitu oblicza siedzących
- Bo to oni wtedy pomogli zabić Chwosta.


***


Lestek wpatrywał się w wodę burzoną dziobem łodzi. Wracali właśnie z Ostrowia Lednickiego. Zbysławowi wyraźnie poprawił się humor, odkąd opuścili wyspę, kniaź natomiast wpadł w ponury nastrój. Cała sprawa stawała się coraz dziwniejsza. Po powrocie do Gradeca czekała go niemiła sprawa poradzenia sobie ze skutkami jedzenia ryb z przeklętego miejsca. Według kniazia wszystkie zwłoki należałoby jak najszybciej spalić, zdawał sobie jednak sprawę z tego, że to niemożliwe. Obrządek wymagał odpowiednich uroczystości, aby dusza zmarłego zaznała po śmierci spokoju i nie powróciła i nie nękała żywych. Najlepiej więc niech Zbysław się tym zajmie, najpierw zmarłymi w Gradecu, potem resztą. Poza tym wszyscy muszą wiedzieć, że obowiązuje zakaz połowu na całej północnej części jeziora i zakaz przebywania w pobliżu ruin siedziby Chwosta. Potem niech problem rozwiążą magowie. Jeżeli trzeba będzie on, kniaź Lestek, zapewni im niezbędne wsparcie. Uspokojony tymi myślami Lestek rozsiadł się wygodniej na łodzi i odprężył się.


Zbysław jak zwykle zresztą okazał się nieoceniony. Wszystkich zmarłych zebrano, tych z Gradeca i tych z osady przy tartaku. Odprawiono odpowiednie uroczystości i tego samego wieczora spotkali się już z czcigodnymi przodkami, do których ulecieli, kiedy ich ziemskie powłoki strawił ogień pogrzebowych stosów.



***

Donec przygładził swoją bujną, rudą czuprynę. Według informacji, które udało mi się zdobyć, łódź powinna być w tym miejscu. Ostrożnie podszedł bliżej brzegu i zaczął bacznie rozglądać się w szuwarach. Było późne popołudnie. Donec przybył do kraju Polan już jakiś miesiąc temu. To była jego pierwsza tak daleka wyprawa. Wyruszył razem z kupcem Gubelem jako pomocnik, transportując w dwóch olbrzymich wozach ozdoby ze srebra i kruszcową broń. Na początku handel szedł bardzo dobrze, aż do tego nieszczęśliwego dnia, kiedy Gubel przyniósł kupione na targu ryby, które zamierzał zjeść tego wieczora. Donec doskonale pamiętał, jak bardzo na początku zdziwił się na widok tak dorodnych ryb, pamiętał też doskonale ich smakowity zapach, który rozszedł się, kiedy Gubel rozbił glinę, w której były pieczone.
- Ty, młody - zwrócił się do niego kupiec. - Idź no na tył wozu. Tam leży moja sakwa, przynieś ją.
Kiedy Donec wykonał polecenie, Gubel wyjął z środka niewielki woreczek z solą. Szczyptą przyprawił ryby i obaj rozsiedli się wygodniej z zamiarem rozpoczęcia kolacji. Ryby były wyjątkowo pyszne, Donec nie pamiętał, aby coś tak bardzo mu smakowało. Po posiłku obaj ułożyli się do snu i wtedy zaczął się koszmar. Donec doskonale pamiętał ten zły, syczący głos, który nie mógł należeć do istoty ludzkiej.
- Rano udasz się nad jezioro - słowa wślizgiwały się do świadomości śpiącego niczym jadowite węże do łoża ofiary. - Znajdziesz łódź i popłyniesz na północ.

Donec nie mógł oprzeć się temu nakazowi. Rano wstał, poświęcił tylko jedno spojrzenie skręconym, poczerniałym jak od ognia zwłokom Gubela i ruszył w stronę jeziora. Chociaż jakaś cząstka jego duszy wrzeszczała w panice i wiedziała, że źle robi, on sam działał jak w transie. Poszukiwania środka transportu zakończyły się sukcesem i po chwili siedział już w łodzi. Przeprawa przez jezioro nie zajęła mu wiele czasu. Mokry od potu wciągnął łódź na brzeg i, posłuszny wewnętrznemu nakazowi, ruszył w głąb trzęsawisk bezbłędnie omijając zdradliwe miejsca. Po godzinie forsownego marszu w zielonkawym, jadowitym półmroku bagien dostrzegł majaczący w oddali stołb. Kiedy do niego dotarł, okazało się, że otoczony jest resztkami gnijącej palisady i ruinami innych budynków. Sama wieża była zapadnięta w bagnie i lekko przechylona. Dziwne, zielonkawe macki mgły muskały zmurszałe mury, atmosfera tego miejsca była ciężka i złowroga. Panowała przeraźliwa cisza z rzadka przerywana jedynie cichym mlaśnięciem bagiennej brei. Donec zbliżał się do wieży, chociaż szczękał zębami ze strachu. Cichy syk, który dobiegł zza jego pleców, kazał mu się odwrócić. Młodzieniec spojrzał prosto w parę zimnych jak u gada oczu. Donec otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.



"This world is a machine. A machine for pigs. Fit only for the slaughtering of pigs."

Awatar użytkownika
MaciejŚlużyński
Wydawca
Wydawca
Posty: 1091
Rejestracja: śr 09 mar 2011, 22:34
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Szaratarisz (tytuł roboczy)

Postautor: MaciejŚlużyński » czw 11 maja 2017, 02:45

Ja powiem tylko tyle - znam już całość i według mnie to jest bardzo solidny punkt wyjścia do bardzo dobrej powieści.


Pozdrawiam
Maciej Ślużyński
Wydawnictwo Sumptibus
Oficyna wydawnicza RW2010

Awatar użytkownika
SirVimes
Pisarz domowy
Posty: 64
Rejestracja: pt 06 sty 2017, 16:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Szaratarisz (tytuł roboczy)

Postautor: SirVimes » czw 11 maja 2017, 08:54

Po pierwsze - fajne.

Po drugie, używasz sporo "było"

Po trzecie - czy rybacy wtedy na pewno mieli łodzie płaskodenne?
Wydaje mi się, że nie bo zbyt mała stateczność przy fali bocznej no i wiosłowanie. To były zwykłe łodzie z drewna.



Awatar użytkownika
Romecki
Pisarz
Pisarz
Posty: 4167
Rejestracja: czw 31 gru 2009, 00:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Szaratarisz (tytuł roboczy)

Postautor: Romecki » czw 11 maja 2017, 10:49

Niezłe, choć bez szału, natomiast dorzucę dwie uwagi:
- zawahałem się przy mierzeniu w stopach
- zastanawiam się, czy już wtedy używano określenia "Niemcy". Jakoś nie jestem pewien...


FB: https://www.facebook.com/romek.pawlak
Miłek z Czarnego Lasu http://tvsfa.com/index.php/milek-z-czarnego-lasu/
"Osobiście uwielbiam jak czytelnicy "uświadamiają" mnie jakie perspektywy przegapiłem, jakich wątków nie wykorzystałem i jak powinienem pisać, żeby dostać literackiego Nobla :P" - by Navajero.

Awatar użytkownika
Borias
Zarodek pisarza
Posty: 18
Rejestracja: pt 24 mar 2017, 18:52
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: VI Krąg Piekła
Płeć: Mężczyzna

Szaratarisz (tytuł roboczy)

Postautor: Borias » pt 12 maja 2017, 19:25

Nie mam pojęcia, jak ich nazwać. Germanie? Też nie bardzo. Zdecydowałem się więc na rozwiązanie ze "Starej baśni" J. I. Kraszewskiego. Co do jednostek miar - łokcie? Piędzi? Wydaje mi się, że na jedno wyjdzie ze stopami :mrgreen: Co do płaskodennych łodzi - się zgodzę, masz rację. Pływanie po jeziorze było by na nich trudne. Będzie poprawka.
Dziękuję za spostrzeżenia.


"This world is a machine. A machine for pigs. Fit only for the slaughtering of pigs."

Awatar użytkownika
Godhand
Junior Admin
Junior Admin
Posty: 3228
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Szaratarisz (tytuł roboczy)

Postautor: Godhand » pt 12 maja 2017, 20:47

Jeśli ci Niemcy to byli żydzi, to Aszkenazyjczycy ;)

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1118
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Szaratarisz (tytuł roboczy)

Postautor: Misieq79 » śr 07 cze 2017, 10:17

Kilka uwag z mojej strony:

Strasznie mnie gryzie odmiana Gradec/Gradeca/Gradecu. Czy nie powinno być Gradca/Gradcu?

Borias pisze:Source of the post Obok straganu rybaka szybko zebrał się spory tłum. Ludzie podziwiali wielkość wystawionych na sprzedaż okazów. Głośno chwalili rybaka.


1) Prędzej widziałbym sprzedaż z łodzi, w przystani. Ale mógł mieć stragan, czemu nie
2) Głośno sarkali, demonstracyjnie zatykali nosy, bo ryby łowił cały poprzedni dzień, a po przeleżeniu dnia i nocy w łodzi po prostu zaczynały cuchnąć. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale powinien albo sprzedać wieczorem / po południu, albo wypłynąć na połów przed świtem.
2a) i jeszcze czekali z jedzeniem do kolejnego wieczora. Taki słowiański surstromming?

Borias pisze:Source of the post Przebywanie w tej osadzie było nudne i męczące, jednak było obowiązkiem kniazia

Nie pasuje mnie słowo "obowiązek" w odniesieniu do despotycznego władcy.

Borias pisze:Source of the post Po tej ostatniej nosił wielką bliznę sięgającą od potylicy aż do kącika lewego oka.

Trudno byłoby zadać taką ranę bez rozwalenia czaszki.

Borias pisze:Source of the post To tam przecież nasze dziady Chwosta pobiły za to

Dziady to termin jednak pejoratywny. Chwaty?

Borias pisze:Source of the post Centralne miejsce na wyspie zajmowało olbrzymie wyobrażenie Peruna, zaś po jego prawicy znajdował się mniejszy posąg boga wojny i śmierci Welesa.

Weles to bóg magii, przysiąg, sztuki, rzemiosła, kupców, a także strażnik zaświatów. Napotkałem tez wzmianki o jego antagonizmie z Perunem, więc nie widzę ich pod jednym dachem.
Tak samo nie widzę stosu czaszek. Opisy historyczne i wykopaliska przemawiają raczej za strategią "jakość nad ilość". Głowa wodza Pomorców na palu - jak najbardziej uzasadniona.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.

Awatar użytkownika
Borias
Zarodek pisarza
Posty: 18
Rejestracja: pt 24 mar 2017, 18:52
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: VI Krąg Piekła
Płeć: Mężczyzna

Szaratarisz (tytuł roboczy)

Postautor: Borias » śr 07 cze 2017, 17:20

Z odmianą Gradeca/Gradca można się zastanowić. nawet o tym nie pomyślałem. Sytuacja z rybami - będzie poprawka. "To tam przecież nasi dziadowie..." - też można zmienić. Przeczytam to jeszcze raz dokładnie i postaram się uwzględnić Twoje uwagi. Dzięki.


"This world is a machine. A machine for pigs. Fit only for the slaughtering of pigs."


Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości