Jasna Strona Mocy
Walcz o tytuł "Siewca Dobra 2018"!
Informacje o konkursie :arrow: KLIK

Sprzątacz z Los Alamos

Opowiadania ocenione przez Weryfikatorów

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
gebilis
Umysł pisarza
Posty: 970
Rejestracja: sob 28 sie 2010, 15:07
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: gebilis » ndz 27 maja 2018, 22:25

Ostatni post z poprzedniej strony:

Jeszcze jedno zdanie i na tym kończę - bo skoro autor nie potrafi obronić swojego utworu, ja za niego nie będę kruszyć kopii. Misieq79 jeżeli uważasz, że do fabuły opis laboratorium w Los Alamos nic nie wnosi, to o czym tu dyskutować? Punkt zapalny - wyciszony w tym opowiadaniu jako początek - jest tu niepotrzebny? To niby co jest zalążkiem fabuły? Autobus?
Wystarczy prześledzić historię bomby A by puzle stanęły na właściwych miejscach, trzeba je tylko logicznie powiązać. Ale to nie moje zadanie.


Jak wydam, to rzecz będzie dobra . H. Sienkiewicz

Awatar użytkownika
Przemek
Pisarz osiedlowy
Posty: 212
Rejestracja: czw 16 lis 2017, 03:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Przemek » ndz 27 maja 2018, 23:38

Piszesz prozę znacznie lepiej niż wiersze. Zdarzają Ci się drobne powtórzenia, i niepotrzebne mieszanie czasów i młodzieżowy patos(ten niektórym zostaje na całe życie). Ustal jeden czas, mnie też kiedyś kusiło, by je mieszać, ale nie ma potrzeby. Czas teraźniejszy jest przereklamowany. Poza tym warsztat masz niezły.

Od siebie powiem, że nie jest to mnie osobiście interesująca tematyka - czyli narkotyki, młodzieżowe płytkie relacje i równie płytkie zawody miłosne, desperackie samobójstwa itd.

Przypomniałam sobie, że jestem uczulony na samobójców - nie lubię ich, szczególnie tych, którzy uśmiercają się fikcyjnie, a nie koniecznie na serio.


„Nie pozwól światu, by mógł mieć coś do ukrycia.
Pamiętaj, że każdy błąd prowadzi do prawdy, a prawda zawsze jest źrenicą życia.”

Awatar użytkownika
Czarna Emma
Dusza pisarza
Posty: 582
Rejestracja: ndz 13 sie 2017, 16:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Gdzieś w Przedwojniu
Płeć: Kobieta

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Czarna Emma » pn 28 maja 2018, 12:56

Przeczytałam. Uwag mnożyć nie będę, gdyż zrobili to uważniejsi ode mnie.
Historia ma potencjał, natomiast kilka dziur logicznych w niej figuruje. Warto na to zwrócić uwagę: coś dookreślić, wyjaśnić. Wystarczy kilka akapitów, a już będzie jaśniej.
Ogólnie jednak: podba mi się zamysł. :)


obrazek
Kliknij obrazek, aby powiększyć

Online
Awatar użytkownika
Juliahof
Debiutant
Debiutant
Posty: 390
Rejestracja: sob 13 sty 2018, 22:44
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Poznań
Płeć: Kobieta

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Juliahof » pn 28 maja 2018, 17:42

Rubia pisze:Source of the post Przekręcając klucz w zamku zastanawiałem się nad dzisiejszą sytuacją. Gdzie oni, do licha są? Gdzie podział się tłusty Robert? Steve? John? Charles?

Podobnie jak Gebilis, uważam te szczegóły za dobre, malujące tło, wskazujące konkretnie daną chwilę; przypomina to sposób patrzenia kamery filmowej, zabieg coraz bardziej powszechny w literaturze współczesnej, generowany przez kino.
Także wzmianka o paskudnym mydle leżącym na umywalce jest wg mnie dobra: bohater wchodzi do pustej łazienki, chce się umyć, podchodzi do umywalki i pierwsze co widzi, to leżące na niej brudne mydło - a więc znowu konkretny detal tej rzeczywistości.



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4117
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Rubia » pn 28 maja 2018, 18:25

Wskutek tego skupienia na dobrych szczegółach "malujących tło" autor zgubił czterech bohaterów, a piątego, czyli narratora obdarzył demencją - bo ten ostatni idzie do pracy, w której wcale nie jest potrzebny i cieć odsyła go do busa, żeby sobie pojechał do domu. Tak intensywnie się mył, że zapomniał, że tego dnia nie pracuje? A mydło nie jest "paskudne", o jego właściwościach nic nie wiemy - ono jest tylko "niewiadomego pochodzenia". Nie wiadomo, kto je tam położył? Albo gdzie zostało wyprodukowane? To jest ten klimat miejsca? W natłoku nieistotnych szczegółów - bo to naprawdę nie jest istotne, czy bohater przekręcił klucz w zamku, czy może zatrzasnął drzwi - gubią się sprawy znacznie ważniejsze. Lepiej byłoby, gdyby autor wyjaśnił, dlaczego jego bohater spał w pakamerze na terenie laboratorium, gdzie jest zatrudniony, skoro tuż po przebudzeniu ma stamtąd wyjechać i dlaczego szwenda się bez celu po korytarzu instytutu, w którym nic nie ma do roboty. Ja stawiam jednak na logikę zdarzeń, zwłaszcza że rozgrywają się one na poziomie najprostszym: porannego wstawania, mycia się, pójścia do pracy (albo nie). Może przy mniejszej dbałości o detale autorowi udałoby się zapanować nad tą sekwencją zdarzeń bynajmniej nie dramatycznych.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Przemek
Pisarz osiedlowy
Posty: 212
Rejestracja: czw 16 lis 2017, 03:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Przemek » pn 28 maja 2018, 20:50

Juliahof pisze:Source of the post Także wzmianka o paskudnym mydle leżącym na umywalce jest wg mnie dobra: bohater wchodzi do pustej łazienki, chce się umyć, podchodzi do umywalki i pierwsze co widzi, to leżące na niej brudne mydło

Moja męska intuicja(wolałbym, żeby się myliła) podpowiada mi, że autor opowiadania jest kobietą. Zamiast lamentować, mydło pod wodą trzeba spłukać.

A tak poważnie mogą pracownicy zostawać na noc, szczególnie jeśli to sprzątacze, którzy zaczynają pracę wieczorem. Jeśli to lata czterdzieste, to gdy już kończą pracę, mogą nie kursować autobusy późnym wieczorem i wtedy nikt nie będzie ryzykując samotnie lazł do domu.
Jeśli chodzi o te dłuższe fragmenty ich długość nie jest wadą.
Źle to samobójstwo jest sfinalizowane - tzn. nie wierzy się, ze bohater miał motywację, nic za bardzo na to nie wskazywało. Prędzej ma się wrażenie, że autor nie ma pojęcia co czuje, jak myśli samobójca , a ponieważ nie wie różnych rzeczy wtyka tam sztuczne emocje, ale ma się też wrażenie, że autor lubi się żywić, karmić wyciskaniem łez.


„Nie pozwól światu, by mógł mieć coś do ukrycia.
Pamiętaj, że każdy błąd prowadzi do prawdy, a prawda zawsze jest źrenicą życia.”

Awatar użytkownika
Begied21
Pisarz osiedlowy
Posty: 236
Rejestracja: pn 19 lut 2018, 22:56
OSTRZEŻENIA: 1
Płeć: Mężczyzna

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Begied21 » pn 28 maja 2018, 22:31

Misieq79, dzięki. Wracając do tematu - początek nie daje wrażenia osamotnienia? Potem Steve pojawia się(tylko jako wspomnienie) podczas napadu na aptekę. Chciałem też oddać to, że bohater miał też innych kolegów oprócz Henry'ego. A Arlene Feynmana miała budować klimat pod Edith. Na pewno na początku jest dużo błędów i dziwnych rzeczy, to ogarnę.
Przemek, intuicja się myli.
Może ja nie wiem jak działa samobójstwo, ale ty nie pomyślałeś jak mogą zadziałać narkotyki (klasyczny, polski motyw z "Pamiętnika narkomanki" B.Rosiek - Filip idzie na złoty strzał, gdy dowiaduje się o śmierci Igi). Wyraźnie jest napisane, że bohater przyjął ostatnią dawkę, a napad na aptekę trochę trwał, zatem działanie heroiny słabnie i bohater zaczyna dostrzegać konsekwencje swoich działań, a przed sobą ma torbę pełną morfiny...(heroina jest mocniejsza, ale darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda).
Zgodzę się że ten pierwszy opis był nieco patetyczny, ale dalej nie było aż tak źle. I zgodzę się też, że użyłem za szybkiego przejścia od napadu do zamiaru samobójstwa, ale to tylko 3/kilka zdania/zdań, chociażby ta kwestia o końcu działania heroiny. Jednak Paul Seedgrow miał powody, żeby że sobą skończyć.


Jak to mawia święta Ziuta - olej risercz, daj uczucia...

Awatar użytkownika
Przemek
Pisarz osiedlowy
Posty: 212
Rejestracja: czw 16 lis 2017, 03:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Przemek » pn 28 maja 2018, 23:11

Begied21 pisze:Source of the post Pomimo grubego ućpania przed wypadem rabunkowym zmieniłem się na moment w galaretowaty kłębek przerażenia.


Piszesz, że ućpał się grubo przed napadem, więc powinien być happy. - Tak początkowo pomyślałem.

Ale z drugiej strony on już jest narkomanem i jak najbardziej może mieć bardzo duże wahania nastrojów, przechodzenie od euforii do depresji, patetyczny ogląd świata i grube lęki itd. Faktycznie na narkotykach znam się bardzo słabo, a wręcz wcale, no i zbyt pochopnie się wypowiedziałem.
No więc po przemyśleniu sprawy zgadzam się z Tobą.


„Nie pozwól światu, by mógł mieć coś do ukrycia.
Pamiętaj, że każdy błąd prowadzi do prawdy, a prawda zawsze jest źrenicą życia.”

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1118
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Misieq79 » pn 28 maja 2018, 23:18

Begied21 pisze:Source of the post Wracając do tematu - początek nie daje wrażenia osamotnienia?

Dla mnie nie. To kumple z pracy, a nie współwięźniowie z którymi odsiedziało się pięć albo więcej. Zresztą albo mi umknęło, albo później Paul nie wspomina żeby któregokolwiek mu brakowało. Później wraca w domowe pielesze, gdzie bardziej na nim odbija się zgon wujka.
Zresztą przejście do ćpania też jest, że tak powiem, zerojedynkowe. Nie ma wzmianki czy, a jeśli tak to co i skąd brał zamiatając w Los Alamos. A jak wraca na dzielnię to bierze się do rzeczy z wprawą której nie ogarniesz w dwa wieczory.
Begied21 pisze:Source of the post A Arlene Feynmana miała budować klimat pod Edith.

Nie skojarzyłem tego, pewnie dlatego że dla mnie Edith świetnie broni się sama.


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.

Awatar użytkownika
Przemek
Pisarz osiedlowy
Posty: 212
Rejestracja: czw 16 lis 2017, 03:22
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

[W W] Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Przemek » wt 29 maja 2018, 10:02

Ogarnąłem wszystko logicznie i inaczej mi się to przedstawia, jak ogarnę logicznie to mi się pojawia masa uczuć i odczuć (ja po prostu tak już mam , tak trochę na odwrót niż u większości populacji xd). Będziesz chyba miał wrażenie, ze komentarz pisze inna osoba Oczywiście nie przepadam za taką tematyką, ale postanowiłem spróbować wczuć się w ten świat przedstawiony utworze.
Jeszcze raz sobie przeczytałem, bo wcześniej odwaliłem tekst po łebkach, to się przyznaję. Twój warsztat jest bardzo dobry, super wręcz jak na licealistę.
Powiedziałem, że płytkie relacje bohaterów, a jakie relacje mają być między narkomanami, no tak... No i w sumie zdałem sobie sprawę, że no takie moje pisanie że płytkie relacje są między twoimi bohaterami to chyba no nie jest przyjemne, nikt by nie chciał tego usłyszeć że jego utwór jest płytki, twój na pewno taki nie jest. No i jak już pisałem no trudno, żeby były inne relacje między uzależnionymi ludźmi bez perspektyw. Naprawdę żal tych ludzi i tego gówniarza, tej dziewczyny jeszcze bardziej mi żal niż głównego bohatera. Fragment że on tam zauważył, że ona ma wybitego zęba - super zabieg, nic nie mówisz wprost, ale wszystko mówisz o niej, czy też z tą jej pergaminową cerą, chudością.
Wstęp jest bardzo dobry, pokazałeś że bohater jest na samym dole drabiny społecznej, że nie ma już rodziców, obwinia się za śmierć matki, ani żadnych perspektyw na przyszłość, kolegów też nie ma skoro cieszy go nawet to że ktoś obcy tam wygadał mu się o gabarytach swojej żony i że raz "użyto go" do przyniesienia kawy, a nie sprzątania podłogi. Wtedy lekkomyślne marnowanie sobie życia ćpaniem zyskuje że tak powiem sens, bo wtedy staje się upiększaniem sobie życia.

I to tyle, ja już pójdę, bo chyba za dużo mnie tutaj, prawie że co drugi post jest mój i sam też muszę pisać swoje dzieuo.


„Nie pozwól światu, by mógł mieć coś do ukrycia.
Pamiętaj, że każdy błąd prowadzi do prawdy, a prawda zawsze jest źrenicą życia.”

Awatar użytkownika
Made
Szkolny pisarzyna
Posty: 42
Rejestracja: pn 06 sie 2018, 08:03
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Made » sob 11 sie 2018, 19:36

Nie chcę powtarzać po przedmówcach, którzy doskonale tekst przeanalizowali, wskazali błędy i niedociągnięcia, niejasne sceny itd. Nawiąże do tego, co mnie najbardziej w tym tekście urzekło.

Po pierwsze: adnotacje na końcu. Być może nie jest to element, co do którego autor marzy, by komentujący mu się nad tym rozwodzili (to trochę tak, jakby analizować dogłębnie przypisy w książce albo słownikowy aneks), ale naprawdę mi się podoba potwierdzenie tego, co w sumie widać w tekście: ogrom włożonej pracy. W poszukiwanie informacji, w ich przetwarzanie, segregowanie, ten cały trud, żeby stworzyć coś opartego na faktach, coś prawdziwego. Dzięki temu tekst naprawdę wydaje się wiarygodny. Szacunek.

Po drugie: styl. Sposób pisania jest specyficzny, bo używasz mało dialogów, za to bardzo szczegółowo i barwnie opisujesz. To opisy „pchają” akcję do przodu, chociaż w tym przypadku owo pchanie jest… hm, baaardzo delikatne ;). Akcja rozwija się powoli, właściwie jest to raczej relacja niż coś dynamicznego. Niezależenie od tego, co jest opisywane – czy praca bohatera, czy historia miłosna, czy wreszcie clou, czyli wątek z narkotykami – czytelnik ma poczucie, że jest to dopieszczone, poprzedzone przygotowaniem. Szalenie mi się podoba to podejście. Żaden fragment nie jest „odwalony”, potraktowany po macoszemu, jak w wielu opowiadaniach.

Po trzecie: zwracanie uwagi na detale. Mam przyjaciółkę, która napisała powieść o narkomanach – przygotowując się do tworzenia, pochłaniała niezliczone publikacje, artykuły, książki na ten temat, miała obsesję na punkcie researchu, ale dzięki temu jej historię czytało się jak reportaż, nie zaś jak fikcję literacką. U ciebie jest podobnie – szczegółowość daje wrażenie autentyzmu. Większość autorów, jeśli pisze na temat, o którym nie wie wystarczająco dużo, by poruszać się w nim swobodnie, „asekuruje się”, pływa po powierzchni bez wchodzenia głębiej. Ot, na zasadzie: „bohater to ćpun, a co, jak i dlaczego, czytelnik sobie dopowie”. Przyznam, że ja też bym tak pisała, bo nie znam się ani na narkotykach, ani na ich produkcji, ani na zażywaniu, skutkach, uzależnieniach, konsekwencjach prawnych, leczeniu (co w sumie chyba dobrze o mnie świadczy ;)) itd. Chyba wcale bym się nie porwała z motyką na słońce i nie podjęła się napisania takiego tekstu. Ty „wypływasz na głębinę”, pokazujesz krok po kroku, co bohater robi i myśli, dzięki czemu jako laik też się czegoś nauczyłam. Uwielbiam takie teksty, z których dowiaduję się czegoś wartościowego, a każda wiedza jest wartościowa. (Dopisek: podobny opis haju znalazł się również w tej powieści przyjaciółki, o której wspominałam… Przypadeg? Nie sondze!)

Po czwarte: miłość bohaterów. Miłość dziwaczna, „brudna”, trochę niezrozumiała, trochę patologiczna, niby głęboka, a powierzchowna, z fundamentami nie wiadomo z czego, a może bez fundamentów w ogóle? Ale na pewno ta relacja jest prawdziwa. Namiętna, dzika, jak to między parą ćpunów :), ale prawdziwa.

Po piąte: naturalizm. Podoba mi się, że narratorowi i jego ukochanej (i wszystkim innym postaciom wspomnianym w opowiadaniu) daleko do ideału. Nie są wymuskani, jak to zazwyczaj bywa w przypadku autorów, którzy chcą te słodzie „ludziki” wybielić, odświeżyć, usprawiedliwić… Tutaj jest wręcz przeciwnie, są brudni, trochę brzydcy, trochę paskudni… I to jest fajne. Wiadomo, że tematyka to częściowo wymusza, jednak mógłbyś to napisać zupełnie inaczej, ale nie zrobiłeś tego i za to szacunek.

gebilis pisze:Source of the post Hm, przysięgam - nie chcę podważać wypowiedzi Rubii, ale to co ona uznała za zbędne słowa mi jak najbardziej przypadły te sformułowania do gustu, to one właśnie prowokują mnie do dalszego czytania - one właśnie nadają sens wypowiedziom, obraz przez nie przedstawiony dla mnie jest pełny, kolorowy, wyraźny. Bez tych drobnych dopowiedzeń tekst byłby relacją opisanego świata a nie tym światem.

Mam zagwozdkę, bo zgadzam się ze zdaniem gebilisa, ale również po części z opinią Rubii, bo styl może rzeczywiście miejscami jest nazbyt kwiecisty… Chyba oboje mają rację, lecz bardziej kieruję się w stronę zacytowanej wypowiedzi, bo też mam tendencję do słowotoku i z dwojga złego sądzę, że lepiej w tę stronę – opisać zbyt dokładnie, przegadać niż nie dopowiedzieć tak dalece, że tekst, zamiast treści, niesie wyłącznie konieczność interpretacji (tak jak w opowiadaniu z tego forum „Dzwoneczek” http://weryfikatorium.pl/forum/viewtopic.php?f=6&t=20368 autorstwa 14091001 – może dzięki podaniu tytułu w innym temacie zachęci jeszcze kogoś do przeczytania i skomentowania :).)

Czarna Emma pisze:Source of the post Historia ma potencjał, natomiast kilka dziur logicznych w niej figuruje.

Jakże się cieszę, że są osoby specjalizujące się w wyszukiwaniu takich dziur! Nie ma nic gorszego niż brak logiki, a autor, co ciekawe, niemal nigdy jej nie dostrzega. I dobrze, bo gdyby autor widział wszystkie swoje błędy, to po co by mu byli komentatorzy? ;)

Według mnie jest to porządny kawał tekstu, który przeczytałam z przyjemnością, a sposób opowiadania wciągnął mnie, zaintrygował i nie dał się oderwać.

Pozdrawiam.
Madeleine


Made, czyli: Madeleine, Magdalena Lipniak albo po prostu Madzia.

Chwałą jednych jest, że piszą dobrze, a innych, że się do tego nie zabierają.
Jean de La Bruyère

Awatar użytkownika
Begied21
Pisarz osiedlowy
Posty: 236
Rejestracja: pn 19 lut 2018, 22:56
OSTRZEŻENIA: 1
Płeć: Mężczyzna

Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Begied21 » wt 21 sie 2018, 17:52

Made, wielkie dzięki za dogłębną opinię na temat tekstu :) Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale w sumie nie sądziłem, że ktoś jeszcze będzie chciał ten mój tekst zobaczyć, jak siedzi już w Zweryfikowanych. Być może się tak przyłożyłem, bo to był pierwszy tekst tutaj wrzucony (a w przypisach zrobiłem jawnego byka, gdyż liczbę kiloton dałem z pamięci i Misieq79 to ostro wyjaśnił). Ale faktycznie, było naprawdę dużo roboty - na poczatku to sobie wymyśliłem, że on ukradnie z apteki heroinę, bo coś mi się kojarzyło, że kiedyś była (miała mniej uzalezniać, ale wiadomo, jak sprawa się potoczyła). Ale te czasy były naprawdę odległe - końcówka XIX wieku, i to w postaci syropu na kaszel firmy od aspirynki :P
No i trzeba było zmienić kolor tego płynu w strzykawkach, bo dałem morfinę potem, styl notatki policyjnej nie był na początku idealny - musiałem wyciąć niepasujące sformułowania. Ale poczatek i koniec miałem od razu :) Najtrudniej było ze środkiem w sumie, dlatego tyle trójgwiazdek tam dałem. Na przykłąd mocno zmysliłem pole makowe na polu naftowym, dbając tylko o niezbędne realia. Chciałem tam wrzucić łąkę i las, ale to przecież Santa Fe. Znalazłem zdjęcie z lat '20, ale to przecież, kurde, lata '20...a na nim były właśnie szyby naftowe. Stwierdziłęm więc, że ropa się skończyła i dam opuszczone pole naftowe. Ale tzw. riserczu było dużo. Chyba jednak się opłaciło - dla porównania, możesz zobaczyć moje drugie opowiadania, ale nie polecam :wink:
Wielkie dzięki za długą i wyczerpującą opinię. Fajnie, że się podobało :)


Jak to mawia święta Ziuta - olej risercz, daj uczucia...

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: MargotNoir » wt 21 sie 2018, 18:11

Begied21, nie poddawaj się jeszcze, bo ja już parę dni temu zagięłam parol na ten tekst, bo jest dla mnie wielką zagadką i tylko dlatego, że inne sprawy wciąż mi wiszą jeszcze nie wrzuciłam kolejnej epistoły na temat Twojego pisania. Na razie mogę powiedzieć, że faktycznie widać tę pracę, zarówno w kwestii researchu jak i języka :)



Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: MargotNoir » sob 25 sie 2018, 21:03

Begied21 pisze:Source of the post Sprzątacz z Los Alamos


Tradycyjnie najpierw czepialstwo, potem ogólne wrażenia.

Podniosłem się z przepoconego materaca, niepewnie stawiając stopy na szczeblach drabinki prowadzącej na dół.

Nie da się. Podniósł się, a potem stawiał stopy.
Mieszkałem przecież w klitce wynoszącej - mniej więcej - kilkanaście metrów kwadratowych,

Powierzchnia klitki wynosi.
kilka gaci

Kilka par gaci.
Wiedziałem, że wynalazki tego typu należały do stałego repertuaru Steve’a, który umiejscowił się tuż przy drzwiach wejściowych i ostro czesał jeża pod kołdrą.

Fajny smaczek z plakatem. Bardzo barwnie rysuje męskie towarzystwo.
Złapałem za maszynkę do golenia z wymiennymi ostrzami. Całe szczęście, że dostałem ją z przydziału - dokładnie takie same ustrojstwa znajdowały się na wyposażeniu naszej armii. Wyglądały siermiężnie - toporna plastikowa rączka przypominała karabinową lufę, jednak spisywały się doskonale.

Kolejny fajny smaczek.
Z mozołem czekam, aż kran przestanie wypluwać rdzawą breję,

Jeśli robimy coś z mozołem, to znaczy, że to żmudna, męcząca praca. Czekanie może być nudne, ale żmudne już chyba nie.

pozwalając mi na ogolenie się z użyciem czystej wody. Wciąż patrzę na tę samą twarz - jedynie pozbawioną kłaczków brunatnej szczeciny.

Kępek? Kłaczek można uturlać z dłuższych włosów.
Zakasałem rękawy uniformu sprzątacza, kierując swoje kroki w stronę stróżówki przy punkcie 2B – wejścia dla pracowników mniej lotnych umysłowo. Droga do bramy mierzyła kilkaset metrów, z racji iż tutejsza okolica nie obfitowała w lasy – nawet z takiej odległości dostrzegałem zarysy zakamuflowanych budynków uniwersytetu. Obecnie ich rdzawoczerwone dachy pokrywała siatka maskująca, stanowiącą zabezpieczenie przed ewentualnym nalotem bombowym. Tam zmierzałem, pilnie oczekując aż wręczą mi w dłoń miotłę i szufelkę, ku chwale wielkiej Ameryki.

Świetny fragment.
Charles, kurwa! Co ja będę cały dzień bez ciebie robił? Co z naszym planem zatytułowanym “nie-dopuścić-do-zmęczenia-za-wszelką-cenę”? A jeśli wszyscy znajdują się już na swoich miejscach, grzecznie zamiatając korytarze, a tylko mnie zdarzyło się zaspać? Brr. Wzdrygnąłem się na myśl o możliwych konsekwencjach takiej sytuacji. Szybciej więc! Przyspieszając kroku, docieram do stróżówki. Przede mną widnieje ogromy szlaban. Wnętrze budki, w której zwykł stać ochroniarz ziało pustką. Co teraz? Mała furtka tuż obok szlabanu wyglądała bezsprzecznie na otwartą. Wyobraźnia podsuwała do głowy najróżniejsze scenariusze, choćby i ucieczkę Japończyków z obozu jenieckiego położonego kilka kilometrów za Santa Fe - zmasowany desant skośnookich żołnierzy na Los Alamos nie był więc aż tak nieprawdopodobny. Nieposkromiona ciekawość pchała mnie do wyjaśnienia tej zagadki. Do przebycia miałem jedynie odcinek betonowej drogi o piaszczystym poboczu, prowadzący mnie do wielkiej, drewnianej bramy wojskowego budynku.

Bardzo zgrabnie upchnięte informacje zarówno o ogólnej sytuacji, jak i wyglądzie bazy. Są, a jednocześnie nie ma się wrażenia, że zostały podane na siłę, nie przerywają i nie zaburzają narracji.
posadzka z przetartego granitu - odmiennie niż zwykle - zdawała się lśnić.

Lśnienie to wrażenie odbierane bardzo bezpośrednio. Chyba nie może się wydawać, że coś lśni. Albo to widzimy, albo nie.
Może właśnie dlatego odczuwałem dzisiaj delikatne ukłucie bólu – wczoraj byłem jeszcze kimś ważnym, czułem się przez moment częścią rozentuzjazmowanego tłumu. Ba! Byłem na swój sposób prawdziwym amerykańskim patriotą!

Czy to klucz do zagadki, którą jak dotąd rozwiązała tylko jedna osoba – związku części pierwszej z dalszym ciągiem tekstu?
Umiał urzeczywistnić swój geniusz na każdy możliwy sposób. W jego dłoni ołówek mknął jak zaczarowany, sunął po bezdrożach kreowanego świata. Na kolejnej kartce szkicował żeńską twarz widzianą z profilu. Z mojej perspektywy, wyglądała ona niczym rozszalały żywioł, huragan uczuć o ciemnych włosach. Z jaką siłą profesor Richard musiał kochać swoją Arlene!

Ten fragment trochę nie pasuje do wrażliwości głównego bohatera, ale rozumiem, dlaczego nie mogłeś się oprzeć pokusie umieszczenia go tutaj. Jest naprawdę niezły. Przy takiej tematyce rzadko udaje się opis poważny i nieprzekraczający granicy kabaretu, a jednocześnie opowiadający o takich uczuciach i takiej pracy.
Z pewnością wrócą oni do domu z rozmaitymi wspomnieniami i sowitą wypłatą - zapewne przywita ich na progu żona o bujnych kształtach,

Może „niejednego przywita na progu żona”? Chyba nie wszyscy pasażerowie mają tę samą żonę.
Bus przyspiesza, obijam się o szybę - to znów o bakelit siedzenia,

No kurczę, masz talent do bezbolesnego wplatania informacji o realiach w tekst.

kurczowo zaciskając swój niewielki bagaż w dłoniach.

Ściskając bagaż. Zaciskając dłonie na bagażu.
Upadek Trzeciej Rzeszy może i pozostawał kwestią tygodni, ale wciąż w militarnej grze brali udział inni alianci Hitlera, tacy jak Japonia.

Aż poczytałam Wikipedię. Rzeczywiście teraz już używanie słów „alianci” i „sojusznicy” zamiennie nie jest błędem, ale może jednak dasz się namówić na „sojuszników” dla spokoju duszy ludzi uważających, że alianci to tylko „ci dobrzy” z II WŚ.
Zrobiłem głęboki wdech, wciągnąwszy powietrze nosem.

Tu akurat wciągając.

Tak pachniało moje przedwyjazdowe życie - przede mną roztaczała się ciężka woń radości przemieszanej z rozpaczą. Nareszcie w domu. Pozostało jedynie otworzyć ciężkie wejściowe drzwi i wdrapać się na ostatnie piętro.
Nim zdążyłem wejść po schodach na pierwszy stopień, zobaczyłem panią Green w różowym szlafroku. Miała włosy rude jak ogon wiewiórki, a temperament jak reszta tego zwierza. Nie przepuściła chyba żadnej okazji, by zdradzić swojego męża.

Kurczę, no, umiesz pisać. Serio.
Ten człowiek miał przepastną wyobraźnię.

Znów słowo, którego użycie w zasadzie nie jest błędem. Chciałam tylko zasygnalizować, że IMHO można byłoby poszukać innego. „Przepastne” kojarzy mi się nieodparcie z czymś, z czego trudno wydobyć właściwą rzecz.

Gdy tylko chciałem rzucić swoje graty na krzesło bez oparcia stojące obok łózka, usłyszałem pukanie do drzwi. Puk, puuuuk, puk. Puk-puk-puk. W mgnieniu oka rozpoznałem szyfr. Trzy długie dźwięki, w środku jeden najdłuższy i zaraz po nim seria krótkich.

Nie. Można wystukać jakiś rytm, ale wtedy zmienia się długość przerw między stuknięciami, nie samych stuknięć. Każde stuknięcie trwa tyle samo. Nie da się inaczej. Spróbuj, jak nie wierzysz.
Tylko jedna osoba na świecie była zdolna do takiej kombinacji – a był nią Stary Henry. Otworzyłem mu.

Chodzi o to, że tylko jedna osoba na świecie cierpiała na na tyle rozszalałą paranoję, by być zdolnym do aż takiego kombinowania?
Bo jeśli chodzi o to, że tylko jedna osoba na świecie znała kombinację stuknięć, to znaczy, że tylko jedna osoba znała kombinację, a nie, że tylko jedna była do niej zdolna.
Jego oczy przypominały resztkę z ciemnego portera zostającego na dnie kufla.

Przypominały kolorem resztkę ciemnego portera. Pod innymi względami chyba się odeń różniły.
Maki. Moje cudeńka, moje cacuszka. Pamiętasz jak je sadziliśmy dwa miesiące temu? Ja kołowałem towar, a ty ziemię. Te cioty z antynarkotykowej nigdy się nie kapną, że coś tu sadzimy! – jego entuzjazm nieco mnie przytłaczał.
(...)
- Patrz na tego. Śliczny kwiatuszek, torebeczka, torebunia!

Rzeczywiście czuć chorobliwy entuzjazm starego ćpuna.

No chodź do mnie… - po czym Henry wyciąga przerdzewiały scyzoryk(to cud, że ten idiota nie ma tężca) i nacina jedną z makowych główek. Czekamy w skupieniu, aż wypłynie białawe mleczko, które ten natychmiast zlizuje, pochylony w pozycji niemal leżącej. Obracam się, nie chcąc uczestniczyć w intymnych chwilach Henry’ego (miałem nieodparte wrażenie, że on traktuje to jak robienie minety).


Brutalne, niesmaczne, ale dobre. Obrzydzenie porównaniem wzmacnia obrzydzenie opisanym zachowaniem Henry'ego.

Gorzki mak, słodko klepie –

Nie znam wielu ćpunów, alkoholicy słyną z takich powiedzonek, więc ćpuny pewnie też. Plus za oddanie kolorytu.


Uzyskane mleczko z naciętej torebki Papaver Somniferum W sytuacji gdy błogostan miał się ku końcowi, należało możliwie szybko i bez skrupułów przywalić kolejną dawkę.
(…)
Jak to mawiał Stary Henry - czym się strułeś, tym się lecz.

Zdaję sobie sprawę, że ten fragment był bardzo trudny do napisania. Trzeba było połączyć techniczny, prawie encyklopedyczny opis różnych technik ćpania z indywidualnymi rysami postaci, by nie stracić klimatu. Za nic nie radziłabym wywalenia tych szczegółowych opisów, to połowa „fajności” tekstu (i w tym momencie wycofuję się z twierdzenia, że w „Dychotomii) niepotrzebnie opisałeś, jak działa bridgewire – teraz zaczynam to rozumieć jako literacki odpowiednik zbliżeń i sekwencji pokazujących szczegóły pracy techników z procedurali w stylu CSI - bardzo ciekawy zabieg.
Mimo wszystko można było ten fragment jeszcze doindywidualizować. Dodać odrobinkę emocji. To, jak Paul z niecierpliwością czeka, aż narkotyk rozejdzie się po krwiobiegu.
Czytałam kiedyś opowieść o morfinie (na Quora, jak coś, to mogę poszukać). Pytany wspominał, że w miejscu wkłucia czuć mrowienie i pieczenie, które pełznie naczyniami krwionośnymi w stronę głowy. W momencie, gdy do niej dojdzie, dostaje się właśnie to upragnione „woooooow”. Facet (żaden ćpun, zwykły pacjent po operacji) mówił, że potrafił gapić się na własną rękę, wsłuchując w pieczenie naczyń krwionośnych i czekając, aż dotrze do mózgu.

***
O kurwa. Teraz chyba przegiąłem. Zamiast dołożyć o jeden okruszek więcej, podwoiłem dawkę. A. Potem. Dorzuciłem. Jeszcze. To się nie mogło dobrze skończyć. Leje się ze mnie zimny pot. Zaraz. Chyba. Umrę. Dotychczasowy, spowolniony już rytm mojego serca stanie jak źle nakręcony zegar. Mam mroczki przed oczami. Decyduję się działać natychmiast i wybiegam z pokoju, obijając się o ściany, kurczowo łapię za mosiężną klamkę drzwi. Jestem. Na. Korytarzu. Pukam do drzwi obok, tych w kolorze hebanu. Walę w nie pięściami. Dyszę jak spocony szczur. Jest mi zimno i chce mi się rzygać. Prawie jak za pierwszym razem – no właśnie, prawie robi tutaj wielką różnicę. Krok od śmierci to chyba całkiem duża odległość. Robi. Się. Coraz. Ciemniej. Gdy straciłem już wszelką nadzieję i kładłem się na ziemię lotem nurkującym - drzwi się otwierają, a tajemnicza postać łapie mnie za ramię.


W tej scenie Paul wydaje się nieco zbyt świadomy, myśli chyba trochę za składnie... chociaż z pewnością udało Ci się oddać różnicę między myśleniem zdrowym, a „hajowym”.

Świat rozpadał się powoli - pochłaniając mnie gęstym mrokiem, skupiającym się na bokach mojego pola widzeniaZresztą, nawet nie chciałem - od tamtej pory dane mi było nazywać się człowiekiem szczęśliwym.

Kolejny dobry fragment. Duży plus za wzmiankę o tym, że Edith była zaniedbana i śmierdziała, ale naćpanemu Paulowi to nie przeszkadzało.

od czasu do czasu wodząc po niej swoimi opuszkami palców

Bez „swoimi”.

trupiobladość skóry przykrytą sztucznym uśmieszkiem.

Dałabym „trupia bladość”. Dziwnie się manipuluje słowem „trupioblady”.
Nie to jednak było w niej najpiękniejsze. Ciągnąłem do niej jak ćma do płomienia świecy. Ta kobieta miała w sobie tę drażniącą zmysły nieprzyzwoitość, zgrabnie ukrytą pod fasadą dziecinnej niewinności.

Dressing like your sister
Living like a tart
They don't know what you're doing
Babe, it must be art
You're a headache, in a suitcase
You're a star
Oh no, don't be shy
You don't have to go blind
Hold me, thrill me, kiss me, kill me
You don't know how you got here
You just know you want out
Believing in yourself
Almost as much as you doubt
You're a big smash
You wear it like a rash
Star
:)


Sprzedawca biletów w końcu zebrał się na odwagę, patrząc na nas niepewnym wzrokiem. Nic dziwnego – wystarczył przecież rzut oka na mnie i moją kobietę.
(...)
Sklepienie nieba przykrywały gęste, ołowiane chmury – wyglądające jak morza płynnej rtęci z opowieści mego wuja. Nie wiem, dlaczego akurat wtedy o tym pomyślałem.

Tak, brutalizm i naturalizm to zdecydowanie mocne strony tego tekstu.

Kochałem ją naprawdę, całym swoim ćpuńskim serduszkiem.

To trochę odstaje od klimatu całości. Wiem, że pewnie miało, ale i tak...
Lunęło jak z cebra. Z nieba posypały się ciężkie, dżdżyste krople deszczu.

Dżdżysty to inaczej deszczowy. Deszczowe krople deszczu?
- Dzięki, że przyprowadziłeś z powrotem moją kurewkę – włosy mimowolnie stanęły mi dęba, słysząc głos Starego Henry’ego.

No nie, jego włosy raczej nie słyszały Henry'ego.
Odlatuję poza ograniczenia świata –
Konsumuję siebie. Prawie jak pradawny wąż pożerający własny ogon. Ale ja kiedyś się skończę.
(...)
Jestem zdania, że na świecie nie ma nic piękniejszego niż heroina. Nawet, gdy chodzi tylko o jej palenie. Brown sugar nabyłem za resztę swoich oszczędności. Był drogi – wojna nie sprzyjała ćpaniu.

Wywaliłabym „konsumuje”, ale poza tym dobre.

Oczywiście, dookoła jest pełno takich jak ja - dogasających, ledwo koordynujących swoje bezwładne ruchy, tępo szamoczących się we własnej niemocy. Zalegają na ulicach, patrząc mętnym wzrokiem na grymasy przechodniów – a jednak, tacy właśnie wciąż dźwigają na ramionach amerykański sen,

Kolejny klucz?
Należało jeszcze tylko obtłuc wystające odłamki szkła, znajdujące się po lewej stronie framugi frontowej szyby.

I kolejny bardzo przyjemny smaczek.
To przedpotopowe kurewstwo miało jednak niezły zasięg rażenia.

Wystarczy sam zasięg.
Swoje życie widziałem jako olbrzymią nić, na którą nanizane były korale ze wspomnieniami. Odległe i stygnące – całkowicie stąd niedosiężne. Pierwszy koralik z uśmiechem mamy i wujka. Sznurek przesuwa się w dłoni. Jeszcze jej nie kaleczy. Drugi z nich to chichot Steve’a z Alamos. Mokre od potu palce wciąż wędrują po sznurku. Kolejny, czarny jak węgiel koralik to przyćpany grymas Henry’ego. Sznur wrzyna się w skórę. Czerwony i błyszczący koraliczek to Edith, w całej swojej okazałości. Teraz już boli. A dalej szereg coraz mniejszych, wyglądających jak zasuszone owoce dzikiej róży. Heroina. Major John. Więc to tak.


Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to bardzo osobisty opis (choć na pewno nie do końca, bo u Paula całe rozważania kończą się śmiercią). Jest mocny, robi wrażenie.

W ogóle czytając miałam wrażenie, że oglądam film – tak żywe były opisy. Nie była to przyjemna lektura, a przykre wrażenia pojawiały się – tak sądzę – dokładnie tam, gdzie miały.
Jeśli chodzi o znaczenie... wiele osób już wspomniało, że nie rozumie związku między Los Alamos i projektem Manhattan a losami Paula. Dlatego podchodziłam do pisania komentarza jak pies do jeża. Obiecałam sobie, że zrozumiem ten tekst, bo jestem pewna, że sama historia ćpuna zdradzonego przez dziewczynę nie jest treścią tego tekstu. Że nie o to Ci chodziło.

Gdyby tak było, rzeczywiście wystarczyłby tekst od momentu przyjazdu do rodzinnego miasteczka, a przecież mamy Feynmanna, wypowiedź w radiu, przypisy. O coś tu chodzi.

Z początku sądziłam, że za tekst trzeba się zabrać reserchearsko. Może Paul był wzorowany na jakiejś postaci znanej choćby z anegdoty, na kimś, czyjś los faktycznie zależał od historycznych wydarzeń? Poguglałam trochę. Nie dotarłam do dna Internetu, googlałam umiarkowanie i nie znalazłam nic. Pomyślałam, że nie pisałbyś tekstu wymagającego posiadania jakiejś ezoterycznej wiedzy.

Postanowiłam zatem poszukać w samym tekście. I rzeczywiście są okruszki chleba. Wiadomość, że Paul chciał być inżynierem. To, jak zwracał uwagę, że „mniej lotni umysłowo” wchodzą inną bramą. To, jak zrozumiał sztuję Feynmana i jego umysł mimo że był na przeciwległym końcu drabiny społecznej. Szczęście (odczuwane nawet, jeśli sam podchodził do niego cynicznie i z rezerwą), kiedy mógł poczuć, że jest równy innym we wspólnym dziele. Jego refleksje na temat ludzi przygniecionych ciężarem udawania. Tym, że młodzież nie udźwignie Amerykańskiego Snu. Sam miał szansę stać się jednym z dzieci urzeczywistniających sny o domu z białym płotem i cadillacu na podjeździe, ale za dużo zwaliło mu się na głowę. Niespodziewane zwolnienie – nie dlatego, że zrobił coś nie tak. Dlatego, że przestał być potrzebny. Niespodziewana śmierć wujka.

A z drugiej strony mamy bombę atomową. Wspaniałe osiągnięcie nauki i techniki z jednej strony, z drugiej narzędzie do eksterminacji ludzi. Broń masowego rażenia ma to do siebie, że odbiera ludziom nawet prawo do indywidualnej śmierci. Bomba wybucha i zabija, niezależnie, czy spadnie na obóz Inuitów, czy wielomilionowe miasto. Ludzie są jej obojętni.

I ja to trochę tak rozumiem: amerykańska ekonomia połączona z propagandą jako bomba atomowa. Z technicznego, logistycznego, psychologicznego, naukowego – ogólnie rzecz biorąc „wykonawczego” punktu widzenia coś absolutnie genialnego. Skuteczne, ale też pociągające swoistym pięknem. Z drugiej strony to narzędzie do niszczenia ludzi w sposób, który odbiera im nawet prawo do osobistej tragedii, który przetacza się po ludziach całkowicie obojętnie.

Czy taki był Twój cel?

Ogólnie chciałam podkreślić jeszcze raz: widać tu i pracę, i talent. Jest dużo researchu, którego owoce udaje Ci się chyłkiem przemycić czytelnikowi bez wpadania w encyklopedyczny ton. Jest kilka bardzo mocnych, dobrze napisanych scen. Jest trochę poetyckiej prozy - choć to brzmi dziwnie, bo opisujesz doznania ćpuna i tym fragmentom daleko do poetycznej delikatności, a jednak są bardzo niecodzienne. Do mnie to trafia. Ogólnie, mimo kiksów bardzo na plus.



Awatar użytkownika
Begied21
Pisarz osiedlowy
Posty: 236
Rejestracja: pn 19 lut 2018, 22:56
OSTRZEŻENIA: 1
Płeć: Mężczyzna

Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: Begied21 » wt 25 wrz 2018, 01:18

MargotNoir, odpisałem kilka dni po Twojej weryfikacji, ale wtedy była jakaś aktualizacja forum i usuwali posty, więc cierpliwie czekałem aż przywrócą, ale no cóż :)
W tamtym poście zaznaczyłem jeszcze inne "klucze" - m.in fragment o tym jak Paul używa podręcznika od matematyki stosowanej do niecnych celów... i coś jeszcze też było, ale główne założenie opowiadania było ni mniej, ni więcej takie, by doprowadzić czytelnika do różnorakich przemyśleń - widzę, że się udało (szczerze przyznam, że na to z bombą atomową wcale nie wpadłem - dla mnie była tylko symbolem zniczczenia typu "energia atomowa może być dobra, ale też zła"). Jak widzisz po szczegółowości tego opisu, wcale nie rozważałem tej kwestii, a pojechałem schematem bomba atomowa = zło (co chyba nie za dobrze świadczy o mnie :) )
Chociaż może nie do końca, gdyż jeszcze zostaje podobieństwo Paula Seedgrowa (co do nazw: apteka pierwotnie była przy Poppy Street, ale beta-czytelnicy słusznie kazali zmienić) do Roberta Oppenheimera - zarówno jeden, jak i drugi mieli w ręku "coś dużego" (oczywiście, obiektywna skala była bardzo różna, ale właśnie to podobieństwo). Owy Paul nie odznaczał się krystaliczną dobrocią - przecież sam z Henrym grodził to pole makówek. Mógł tamtego dnia udać, że go nie ma, a potem znikać mu z oczu... Oppenheimer to raczej za wiele nie mógł, ale z wywiadu z nim, można się dowiedzieć, że nosił na sumieniu spory cieżar - mimo, że przecież, gdyby doszło do wojny atomowej, nie byłaby to jego wina... (krótkie refleksje na ten temat są oczywiście w autobiografii Feynmana - fragment, jak sam Richard gapi się na wybuch "Trinity" zza autobusowej szyby bez okularów...)
No i rzecz jasna - waga tych słów, brzmienie całej frazy, która w tym kontekście zyskuje ogólne znaczenie:
Jasność tysiąca słońc, rozbłysłych na niebie, oddaje moc Jego potęgi. Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów.


MargotNoir pisze:Source of the post Postanowiłam zatem poszukać w samym tekście. I rzeczywiście są okruszki chleba. Wiadomość, że Paul chciał być inżynierem. To, jak zwracał uwagę, że „mniej lotni umysłowo” wchodzą inną bramą. To, jak zrozumiał sztuję Feynmana i jego umysł mimo że był na przeciwległym końcu drabiny społecznej. Szczęście (odczuwane nawet, jeśli sam podchodził do niego cynicznie i z rezerwą), kiedy mógł poczuć, że jest równy innym we wspólnym dziele. Jego refleksje na temat ludzi przygniecionych ciężarem udawania. Tym, że młodzież nie udźwignie Amerykańskiego Snu. Sam miał szansę stać się jednym z dzieci urzeczywistniających sny o domu z białym płotem i cadillacu na podjeździe, ale za dużo zwaliło mu się na głowę. Niespodziewane zwolnienie – nie dlatego, że zrobił coś nie tak. Dlatego, że przestał być potrzebny. Niespodziewana śmierć wujka.

Dokładnie o to chodziło :) No, może nie aż tak dokładnie... ;>
Oprócz tego, tam była jeszcze ogólna refeksja o używaniu narkotyków - tragedia takiego heroinisty polegała na tym, że nie mógł już żyć normalnie i musiał samemu sobie podwyższać tą poprzeczkę - ale to wiadomo. I w sumie refleksja o amerykańskim społeczeństwie też ejst całiem, całiem, mimo że oczywiscie niczego nie planowałem - ale istnieje takie pojęcie jak "kryzys opiatowy" i właśnie dotyczy USA, gdzie lekarze nagminnie wypisują z tego co wiem, to osykodon, tóry jest no, dość mocny - wielu dzisiejszych heroinistów jeszcze 2,3 lata temu mogło być zupełnie zadowolonymi z życia ludźmi, a nałóg wziął ich w swoje szpony zupełnie przypadkowo - ot, jakaś kontuzja, złamanie nogi, czy coś w ten deseń. Gdzieś czytałem, że te przypadki to chyba prawie połowa użytkowników "brown sugar", zatem, daje to do myślenia...

Moim zdaniem cała opowieść oprócz akcji powinna mieć też "głębszą" warstwę i mówi o jakiś ważnych rzeczach przez wielkie W, ale domyślam się, że dosyć ciężko jest to osiagnąć :) Niektórzy lubią wplatać jakieś ukryte postaci historyczne - mnie to nie przekonuje (choć pewnie to dlatego, że za mało wiem) - wolę osiągnąć ten efekt przez samą historię, tak by czytelnik nie musiał się uciekać do żadnych źródeł :)
Dobrze, że się podobało (mam nadzieję, że widziałaś tamten post, bo w sumie w tym napisałem to samo, co w poprzednim - a nie chcę, żeby było, że odpisuję po miesiącu) :)


Jak to mawia święta Ziuta - olej risercz, daj uczucia...

Awatar użytkownika
MargotNoir
Pisarz osiedlowy
Posty: 245
Rejestracja: sob 23 cze 2018, 19:47
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Sprzątacz z Los Alamos

Postautor: MargotNoir » wt 09 paź 2018, 20:42

Begied21 pisze:Source of the post odpisałem kilka dni po Twojej weryfikacji, ale wtedy była jakaś aktualizacja forum i usuwali posty, więc cierpliwie czekałem aż przywrócą, ale no cóż


Begied21 pisze:Source of the post Dobrze, że się podobało (mam nadzieję, że widziałaś tamten post, bo w sumie w tym napisałem to samo, co w poprzednim - a nie chcę, żeby było, że odpisuję po miesiącu)


Tak tak, widziałam tamten post i muszę przyznać, że trochę się na nim zacięłam. Chciałam "doprzemyśleć" sprawę jeszcze do końca, bo kwestia podręcznika mnie trochę zafrapowała i zastanawiałam się, czy chodzi jedynie o upadek i wyrzeczenie się dawnych marzeń/ideałów, czy może jeszcze o coś (jak na przykład odniesienie do Alicji w Krainie Czarów... ale to już chyba przekombinowanie).
Przepraszam za opóźnienie. Też liczyłam na to, że tamte posty powrócą, a potem wpadłam w motywacyjne bagno.

Begied21 pisze:Source of the post założenie opowiadania było ni mniej, ni więcej takie, by doprowadzić czytelnika do różnorakich przemyśleń - widzę, że się udało

Begied21 pisze:Source of the post Moim zdaniem cała opowieść oprócz akcji powinna mieć też "głębszą" warstwę i mówi o jakiś ważnych rzeczach przez wielkie W, ale domyślam się, że dosyć ciężko jest to osiagnąć


To już chyba zależy od czytelnika. Tekst może mówić o Ważnych Rzeczach, a czy ktoś to zrozumie, to już inna sprawa. Dlatego mimo ogromnego hejtu na program nauczania ja osobiście cieszę się, że wydobywania takich rzeczy z tekstu uczy się w szkołach (a przynajmniej za moich czasów tego uczono). Rozumiem jednak, że tworzenie akurat tego typu tekstów to zajęcie dość ryzykowne, bo mam wrażenie (oczywiście mogę po prostu być nieświadoma istnienia jakiegoś subgatunku literatury), że zazwyczaj od tego typu tekstów nie oczekuje się głębi, a skoro się jej nie oczekuje, to się jej i nie szuka. Wszelka broń, seks, narkotyki i inne "sensacyjne" wątki zdają się automatycznie zamykać czytelnika w dosłownej warstwie rozumienia i pewnie stąd tyle pytań, co ma Oppenheimer do Seedgrowa. Okazuje się, że ma wiele, a ja i tak wpadłam tylko na połowę z tego, na co można było wpaść :)

Begied21 pisze:Source of the post istnieje takie pojęcie jak "kryzys opiatowy" i właśnie dotyczy USA, gdzie lekarze nagminnie wypisują z tego co wiem, to osykodon, tóry jest no, dość mocny - wielu dzisiejszych heroinistów jeszcze 2,3 lata temu mogło być zupełnie zadowolonymi z życia ludźmi, a nałóg wziął ich w swoje szpony zupełnie przypadkowo - ot, jakaś kontuzja, złamanie nogi, czy coś w ten deseń. Gdzieś czytałem, że te przypadki to chyba prawie połowa użytkowników "brown sugar", zatem, daje to do myślenia...


Aż chce się pociągnąć sprawę dalej i wykorzystać tę wiedzę do stworzenia jakiegoś cyklu podejmującego temat zmiany sposobu prowadzenia wojen. Za naszego życia dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy. Mieliśmy dwie wojny totalne, które skończyły się całkowitym szokiem, z którego świat jeszcze się nie otrząsnął. IIWś przesunęła ciężar trochę w stronę nauki i technologii, a Zimna Wojna była dojrzałym owocem tego podejścia, które wtedy się narodziło. Teraz idziemy coraz dalej w stronę angażowania technologii i ekonomii w konflikty, czego chyba najzabawniejszym i chyba najpozytywniejszym przejawem jest prowadzenie wojen na blokowanie sobie nawzajem dostępu do kont bankowych. A skoro już mówimy o technologii i ekonomii jako narzędziach sprawowania władzy, to kryzys opiatowy pięknie się wpisuje w ten wątek. I chociaż sama jestem daleka od doszukiwania się spisków Reptilian i Big Pharmy wszędzie, gdzie się da, to ten motyw można by znów potraktować jako parabolę... a może rozwój współczesnej farmakologii jest taką trochę energią atomową XXI wieku? Owoc pracy naukowców, kierowanych w zasadzie neutralnymi moralnie intencjami może ratować życie, ale może być destrukcyjny w niepowołanych rękach, w połączeniu z machiną reklamy i promowania wyobrażenia, zgodnie z którym "norma" to już za mało i należy za wszelką cenę dążyć do poprawiania siebie.

Ech, mózg pracuje, chyba zabrnęłam za daleko, ale sam widzisz, ile można wyciągnąć z tej historii. Naprawdę gratuluję.




Wróć do „Zweryfikowane”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości