[ZAKOŃCZONA] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

1
Temat: Wariacje na temat wybranego autora
Gatunek: dowolny
Limit znaków: 5-12k
Termin: 10.08.2020r., 23:59

Oceniać można przez tydzień od wstawienia, tak więc w tym przypadku ostateczny termin wystawienia oceny to 18 sierpnia 2020.
Po tym czasie temat zostanie zamknięty, a punkty podliczone.

Modyfikacja.
Każdy oceniający ma do dyspozycji trzy punkty, które w dowolny sposób może rozdysponować pomiędzy tekstami.
Adres e-mail: kontakt@weryfikatorium.pl
WeryfikatoriuM na Facebooku

Land of Fairy Tales

Eskalator.exe :batman:

[9 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

2
Tekst I

Zatem mówi pan, że nigdy się naprawdę nie zakochał. To słowo „naprawdę” mnie zastanowiło, bo co ono oznacza? Czy można się zakochać na niby? Złudnie, fałszywie, popaść w iluzję uczucia… Tak pan to rozumie?

Przecież skoro w danym momencie odczuwamy zakochanie, znaczy – skupiamy się na drugiej osobie, chwytamy każdą spędzaną wspólnie sekundę, a wracając ze spotkania nie jesteśmy w stanie myśleć o niczym innym niż o szczęściu, które na nas spłynęło – to czy możemy mówić, że odczuwamy nieprawdziwe dlatego, że po czasie wmówimy sobie coś innego? Mnie się wydaje, że uczucie nie podlega ocenie z perspektywy czasu. Później można sobie powiedzieć wiele mądrych słów: z tą się zachowałem jak postrzeleniec, z tą to jednak nie było to, a z tamtą od początku powinienem wiedzieć, że się nie uda… Ale to tylko słowa. Wypowiadane, by samego siebie przekonać, że uczucie było pozbawione sensu. Żeby zaleczyć ranę, poczuć się lepiej z porażką. Często nam się wydaje, że jeśli coś nie miało sensu, to nie istniało. Tak jakby wszystko, co istnieje, miało sens.

Proszę zauważyć, że istnieją ludzie, którzy żyją z człowiekiem, którego nie kochają. Czują emocjonalną obojętność, a więź budują na czymś innym. Przywiązaniu. Wymianie wzajemnych korzyści. Wygodzie. Strachu przed byciu samym ze sobą. Znam ja takich ludzi, co panicznie boją się pozostania sam na sam ze sobą. Wtedy człowiek zaczyna patrzeć na siebie – skoro nie ma nikogo innego w zasięgu wzroku – i zaczyna myśleć. A myślenie prowadzi do wniosków, w dzisiejszych czasach, z reguły niewesołych. Ucieka się zatem przed myśleniem, przed smutkiem, przed sobą, w innych ludzi. Otacza twarzami, śmiechami, ciałami. Wchodzi się w ten tłum i żyje jego życiem, tak że się w końcu nie pamięta własnej twarzy, nie czuje się swojego ciała, swojego bólu. Potem sprowadza się kogoś do siebie, albo siebie do kogoś, by nie czuć się samotnym. Tylko nie rozumie się przy tym, że jeśli ktoś boi się samego siebie, to zawsze będzie samotny. Niezależnie od tego ilu żon, dzieci, kochanek czy znajomych by nie miał.

Jeśli więc przez chwilę czujemy przyśpieszone tętno na widok drugiego człowieka, serce bije mocniej, a palce drżą – przeżywamy coś prawdziwego i być może mamy w sobie więcej zakochania, nie mówię, że miłości, niż niejedno małżeństwo. Nawet jeśli ten błysk jest krótkotrwały i nie przekłada się na cokolwiek, to zostawia ślad.

Myślę, że niektórzy na takich mikrozakochaniach, ukłuciach uczucia, budują swoje życia. Tylko dzięki nim czują jego prawdziwość. I dzięki nim wiedzą, że są nieszczęśliwi – bo przez krótkie, ledwo uchwytne momenty, poczuli smak szczęścia.

Opowiem panu o tym, co było, gdy wróciłem z Włoch. Miałem zaoszczędzonej trochę gotówki, kark naznaczony śladami po słońcu i bagaż zupełnie nowych rozczarowań, ale więcej znaczących, gdyż zagranicznych, a wszystko co zagraniczne zdawało się lepsze. Postanowiłem odkupić stary zakład mistrza Pawłowskiego i tchnąć w niego nowe życie. Trwało to ponad trzy miesiące i kosztowało więcej, niż żem przewidział, musiałem zapożyczać się dodatkowo u znajomych, krewnych, siostry. Przecież jednak nie rzucę pracy rozgrzebanej, nie zostawię połowy zakładu wykończonego, a połowy w ruinie. Efekt wyszedł przedni – wspaniały szyld, drewniany, ze złotym napisem, a na wystawie przegląd wojsk: zegary z kukułką, wahadłowe, wiszące i stojące, ścienne i do postawienia na szafce, a obok kilka gablot z zegarkami na rękę, z paskami skórzanymi i na bransolecie, nakręcanymi i automatycznymi. Ściągnąłem z Zachodu nawet modele elektroniczne, nowocześniejsze od tych, które można było wówczas dostać w Polsce. Aż się przypominają człowiekowi te zegarki z głębokiego PRLu. Pan pewnie nie pamięta zegarków Montana z melodyjką, prawda? To jeszcze starsze czasy, jak pan by mógł. Albo Błonie? „Sprzedaj krowę, sprzedaj konie, kup zegarek marki Błonie”… W ogóle prehistoria…

W każdym razie, mój zakład miał dwa pomieszczenia – jeden do obsługi klientów i sprzedaży, z powystawianymi zegarami na sprzedaż, zarówno tymi nowymi, jak i antykami, oraz z dużym wyborem zegarków w gablotach, do których miałem cały pęk kluczyków. Gdy nie obsługiwałem klientów i niczego nie naprawiałem, to uczyłem się na pamięć, który kluczyk do której gablotki. Na zapleczu z kolei mieścił się warsztat, gdzie gromadziłem stare, często porozsypywane, rozregulowane zegarki i zegary, odkupowane od pijaczków, znajdowane na targach, wyciągane z wiejskich strychów. Rozkładałem je, czyściłem, wymieniałem mechaniczne serca, składałem obudowy i wprawiałem w ruch. Słysząc pierwsze „tyk, tyk” czy „tik tok”, czułem się jak cudotwórca, chirurg, który zamiast we krwi taplał się w kurzu i kołach zębatych. Powiem panu, satysfakcja z dania zegarowi drugiego życia to coś, czego nie da się opisać słowami. Bo jak to powiedzieć, że czas zaczyna w pewnym sensie płynąć od nowa? Co się z nim działo od ostatniego ruchu wskazówki?

Zastanawiam się, co musiał czuć taki Zbigniew Religa. Ja, nie ryzykując niczyim życiem, potrafiłem wpaść w euforię, ratując zardzewiały mechanizm, a on dawał ludziom nowe serca... I wie pan co, sądzę buńczucznie, że mniej więcej wiem, co czuł. Zachowując oczywiście wszelkie proporcje, bo życie człowieka cenniejsze niż zegara, mimo że często krótsze i mniej przewidywalne.

Pewnego dnia weszła do zakładu klientka, ubrana cała na czarno. Aż znieruchomiałem od jej spojrzenia. Niewielka była, a w jakiś sposób wypełniała sobą całe pomieszczenie, że aż zegarom mogło zrobić się ciasno. Twarz młoda, a mimo tego naznaczona mądrym bólem, takim, który zmienia człowieka nieodwracalnie, nadaje mu piękna i dystansu do świata. Mnie się zawsze, powiem panu, najbardziej podobały kobiety, które, gdy patrzyły na mnie, to widziałem w ich spojrzeniach mieszankę powagi i rozbawienia. Jakby rozczytywały głupie myśli kryjące się w mojej łepetynie i od razu się z nich śmiały. Jakby dostrzegały kogoś więcej, niż po prostu mnie.

– Potrzebuję naprawić zegarek – powiedziała tonem pacjenta zgłaszającego się na zabieg.

– Od tego tu jestem.

– Tylko to nie jest zwykły zegarek.

– Z doświadczenia wiem, że ma czegoś takiego jak zwykły zegarek, droga pani.

Zagryzła wargi, ewidentnie zaciekawiona moją uwagą, i zbliżyła się do lady. Była chyba jednak starsza niż początkowo sądziłem. Miała niemal idealną okrągłą twarz i ciemnorudą grzywkę opadającą ponad lewą rzęsę. Położyła przede mną na oko trzydziestoletni, mechaniczny zegarek radzieckiej produkcji, firmy Slava, z żółtawym cyferblatem, posrebrzany, z datownikiem i wyświechtanym, skórzanym paskiem.

– To zegarek mojego taty, który zmarł niedawno – mówiąc to, patrzyła mi prosto w oczy, jakby chcąc upewnić się, że rozumiem każde słowo.

– Bardzo mi przykro – odparłem zmieszany. Nigdy nie wiedziałem, co odpowiadać na tego rodzaju informacje, zwłaszcza ludziom, o których nie wiedziałem absolutnie nic, poza tym, że trzymają przed sobą zegarek. A wielu mi się zwierzało, jakby myśląc, że skoro znam się na zegarkach, to znam się i na ludziach.

– Chodzi o to, że ten zegarek był dla niego bardzo ważny. Dostał go kiedyś od mężczyzny, któremu uratował życie. Dał mi go na szesnaste urodziny.

– Rozumiem.

– Moje nazwisko Dałkiewicz. Przyjdę za trzy dni, zdąży pan?

– Zobaczę, co się da zrobić. Postaram się.

Gdy wyszła, praktycznie bez słowa pożegnania, patrzyłem tępo to na swoje odbicie w pustej gablocie, to na ten zegarek, trochę toporny, nadgryziony zębem czasu. To samo ktoś złośliwy mógłby zresztą powiedzieć o mojej twarzy, chociaż nie byłem wówczas ani stary, ani młody. Nie wiem co mnie tak tknęło w kobiecie, z którą rozmawiałem przez minutę, może dwie; która pojawiła się i nagle znikła, niczym duch jakiś. Wiem tylko, że nie mogłem przestać o niej myśleć i pierwszy raz w życiu zabrałem ze sobą czyjś zegarek do domu, tak jakbym chciał nosić przy sobie cząstkę klientki.

Następnego dnia od rana zabierałem się do naprawy. Powoli rozłożyłem mechanizm, stary, prosty i zaniedbany. Naprawa szła jednak jak po grudzie – najpierw nie mogłem znaleźć odpowiednich części, potem pomieszały mi się narzędzia, następnie trzaskali drzwiami klient za klientem, tak że przez chwilę pomyślałem, że może powinienem zamknąć warsztat wcześniej i zająć się zegarkiem Slavy. Bałem się radzieckiej zegarczyny, bo nie chciałem zawieść pogrążonej w żałobie panny Dałkiewicz… a może pani, choć obrączki na dłoni nie miała?... Tak, o tym też, proszę sobie wyobrazić, myślałem.

Żeby w końcu wziąć się w garść i poradzić z wyzwaniem, nietrudnym przecież dla fachury, jakim się czułem, musiałem zostać w warsztacie po godzinach i strzelić sobie dwie lufę wódki dla kurażu. Wiem, że to nieprofesjonalne, ale cóż poradzę, że pomogło?...

Trzeciego dnia założyłem najładniejszą koszulę, przywiezioną z Włoch, bawełnianą, na spinki. Aż się pan Radecki, pijaczek którego codziennie spotykałem pod sklepem, zaśmiał, żem się wystroił jak kanar na ostatni dzień jazdy miejskiego trolejbusa.

No i czekałem – zegarek Slava równiutko o godzinę później niż w Greenwich, wyregulowany co do sekundy, umyty i przetarty, że aż lśnił, z przygotowanym futerałem w prezencie od zakładu. Akurat tego dnia mało co kto do mnie zaglądał, więc krążyłem nerwowo, wyczekując skrzypnięcia drzwi, patrząc na przemykające za oknami sylwetki. Gdy przychodził ktoś inny niż panna – przyjmijmy że panna jednak – Dałkiewicz, odczuwałem irytację, odpowiadałem półsłówkami i myliłem się nawet przy wyborze kluczyków.

Minęła czternasta, gdy do zakładu wślizgnął się wyrostek, czternastoletni może. Spojrzałem ze zdziwieniem, z reguły nie obsługiwałem tak młodej klienteli.

– Przysyła mnie sąsiadka, nazwisko Dałkiewicz. Zegarek chciałem odebrać – powiedział dzieciak, unosząc dłoń, w której trzymał kilka banknotów. Po chwili głuchego milczenia westchnąłem ciężko i kiwnąłem głową. Uśmiechnąłem się nawet szeroko, gdy doszło do mnie, jak idiotyczną ułudą wyobrażeń – zbudowaną na nie wiadomo czym – żyłem przez kilkadziesiąt godzin. Śmiać mi się chciało bardzo. Zawsze najwięcej powodów do śmiechu dajemy sobie sami, tylko z reguły nie jest to śmiech wesoły, oj nie.

Następnego dnia, po nieprzespanej nocy, wyszedłem z domu wcześniej niż zawsze i poszedłem trochę dłuższą drogą, obok cmentarza. Przypadek to był czy podświadomość mnie tam skierowała, że zaszedłem pod tablicę przed bramą?... Nie wiem. W każdym razie zobaczyłem, że tego dnia miał się odbyć pogrzeb Sławomira Dałkiewicza, od siódmej trzydzieści. Pomyślałem sobie – cóż to za godzina na pogrzeb? Wiele osób na swój własny pogrzeb o takiej godzinie mogłoby zaspać, ale widać nie pan Dałkiewicz, ojciec klientki z rudą grzywką. Czułem się jak ostatni głupiec, ale nie mogłem inaczej – zrobiłem sobie jeszcze krótki spacer cmentarnymi alejami i o wpół do ósmej skierowałem się do kościoła.

W środku było praktycznie pusto. Żadnych kwiatów, w tylnych ławkach kilka zasuszonych staruszek. Jedynie jedna kobieta, w czarnej sukni, około sześćdziesiątki, w pierwszej ławce, no i trumna. A przed trumną leży otwarty futerał z mojego zakładu. W nim błyszczący, radziecki zegarek.

Msza minęła szybko – kazanie nudne, sztampowe, pozbawione jakichkolwiek informacji z życia zmarłego. Wyszedłem na zewnątrz, przystanąłem za progiem, głupio mi, lecz skoro już trafiłem gdzie trafiłem i spóźniłem się do pracy, to podszedłem do kobiety z pierwszego rzędu, przedstawiłem się i nieporadnie wyjaśniłem sytuację. Zapytałem, czemu córka pana Dałkiewicza nie przyszła, skoro zamawiała ten nieszczęsny zegarek?

– Córka mojego męża nie znosiła. O zmarłych źle się nie mówi, ale to nie był łagodny człowiek, za kołnierz nie wylewał, niechże się Jezusek nad nim zmiłuje…

– Ale ten zegarek… – wymamrotałem. – Przecież dostał go od człowieka, któremu życie uratował podobno.

– A co też pan opowiada? – Wdowa spojrzała na mnie jak na wariata. – W karty kiedyś wygrał, to chyba jedyne, co mu ślepy los kiedykolwiek przyniósł. Ewunia mu go na złość zabrała, gdy się z domu wyprowadzała. Wczoraj do mnie przyszła i powiedziała: mamuś, ja nie potrafiłam, to oddaj mu zegarek. Najwyższy czas.

*******************************************************
Tekst II

Kiedy człowiek nie może znieść już więcej bólu, mdleje.

Wściekłość, nawet bezsilna, znajdzie ujście w napadzie szału.

Gdy strata jest zbyt wielka, umysł maluje między oczyma a rzeczywistością obraz na szkle, przejrzysty, lecz dość barwny, by uwierzyć, że nie ma powodu do żałoby.

A strach?

Nie ma granic. Może godzinami wypalać nerwy, zmieniać oddech w skowyt, skórę w kamień. To medytacja słabeuszy, ekstaza pozbawionych wiary, nirwana przeklętych. Żaden inny stan nie skupia umysłu tak skutecznie. Gdyby myśli miały moc, to właśnie strach byłby najpotężniejszym zaklęciem. Niczego nie pragnie się tak zachłannie, jak tego, by się skończył.

Niektórych to pragnienie popycha ku odwadze. Jeśli uciekali, przestają. Jeśli się pochylali, unoszą głowy. Jeśli milczeli, zaczynają krzyczeć. Wolą stawić czoła potwornościom rozrosłym w wyobraźni niż wić się w pułapce.

Nie wszyscy mają szansę. Czasami to, co ich ściga, nie sunie ich śladem, nie trzyma się wiernie tuż za plecami, by wystarczyło się odwrócić i wreszcie uciąć koszmary.

Jeśli to coś jest nigdzie i wszędzie zarazem...

Jeśli czai się za woalem wrażeń oddzielającym świat od nicości, jeśli tkwi ukryte w meandrach percepcji niczym pająk w fałdach zasłony, wtedy nie ma ucieczki. Koszmar może wsunąć palce między włókna materii. Otworzyć sobie drzwi gdziekolwiek. Czerwone, błyszczące paznokcie zmieszczą się wszędzie, nawet między aksonami, z jakich złożony jest wszechświat. Potrafią rozdzielić wszystko — wczoraj i dziś, skórę i ciało, sadzawkę bezpiecznych wspomnień i ocean teraźniejszości, drzwi i ścianę, mamę i tatę, kołderkę i łóżko, płacz i milczenie.

***

Czekał na Nią trzy dni.

O tym, że to były trzy dni, a nie tygodnie, miesiące czy lata dowiedział się później i poczuł ulgę. Pierwszy raz udało mu się tkwić Pod tak krótko. Chłodny świat odwiedzany, ilekroć się zapomniał i opuścił gardę, nie należał do przyjemnych, a kraina bieli, choć nie była najniższym z kręgów Pod, z pewnością była najmroźniejszym.

Nie potrafił wyjaśnić, skąd wiedział, że właśnie tam Jej nadejście było szczególnie prawdopodobne. Mogła przecież otwierać drzwi, gdzie tylko zechciała — w ścianie, trawniku, suficie, nim samym, jego ramionach, udach, wnętrznościach, w miękkim, chudym, bladym brzuchu przeciętym blizną perlącą się w ciemności jak ozdobny sznur. Jednak to właśnie w krainie zimy, leżąc w białej pościeli, w białej piżamie, wśród białych ścian, z brązowymi pasami wokół nadgarstków i kostek czuł niemal Jej oddech, jakby stała tuż obok po drugiej stronie papierowej zasłony.

Nie przyszła. Nie rozdarła wspomnień, nie wyszarpała spomiędzy skroni nowej tożsamości, choć mogła.

A może nie?

Może tym razem powstrzymała Ją siła zdolna go strzec lub nawet...

...bał się na to liczyć...

...może nawet wyzwolić?

***

Wiedział, co mówić, by dopuszczano go w kolejne światy. Aniołowie szybko przenieśli go z krainy bieli i bezruchu do krainy szarości, gdzie sztuczni ludzie (rozpoznał, że byli podrabiani, bo nie potrafili się bać, złościć ani wściekać) snuli się całymi dziesięcioleciami między łóżkami bez prętów, stolikami bez ostrych kantów, lampami bez szklanych kloszy i ścianami bez luster. Czas odmierzały korowody różnobarwnych guzików. Dwa białe, zielony i pomarańczowy to rano. Trzy białe, zielony i niebieski — wieczór.

Musieli je łykać, a wtedy ich oczy traciły barwy i głębię, aż w końcu same zaczynały przypominać guziki.

Nie bał się. Za pierwszym razem był przerażony, ale teraz już wiedział, że oczy prędzej czy później odrastały. Do czasu było nawet zabawnie obserwować świat przez cztery równo rozmieszczone otworki. Prosty, bezpieczny, jasny obraz pozwalał odpocząć od bogactwa widzianego prawdziwymi oczyma.

***

Kilka tygodni później dostąpił krainy zieleni.

Inna, niż dwie poprzednie w kształcie sześcianów, ta posiadała już rozgałęzienia niczym drzewo. Liczne drobne sześciany stanowiły liście. Wszystkie należały do tej samej krainy i choć nie do wszystkich mógł wchodzić czuł, że stanowiły jedno.

Tyle że tam prócz sztucznych ludzi byli też aniołowie. W krainie bieli i szarości pojawiali się rzadko i tylko po to, by zdecydować o potępieniu lub zbawieniu, a w krainie zieleni można się było na jakiegoś natknąć na każdym kroku. Umiał już jednak uważać na słowa, ruchy. Po tylu inkarnacjach miał twarz przećwiczoną do perfekcji. Mówił, że rozumie swój stan, zdaje sobie sprawę z nieadekwatności reakcji, odróżnia urojenia od rzeczywistości, panuje nad natrętnymi myślami.

Uważał tak pilnie, że już miesiąc później pozwolono mu znaleźć się Nad.

***

Aniołowie wypuszczali go tylko na chwilę co dnia, ale to wystarczyło, by coś sprawdzić.

Szmaragdowy, chłodny, pachnący stworzeniem park otaczał wszystkie światy Pod. Na pewno liczył więcej epok niż Ona. Jeśli tak, to musiał się tam znaleźć choć skrawek przestrzeni, jakiego nie była w stanie naznaczyć.

Znalazł się. Sześć popołudniowych wędrówek poszło na marne, lecz siódmego popołudnia natrafił na czarci krąg wokół pnia broczącego próchnem. Bez wahania wszedł w koło.

I wtedy stał się cud.

Sztuczni ludzie rzeczywiście okazali się Jej wysłannikami. Żaden nie przestąpił rzędu maleńkich, wilgotnych, brązowych stożków ledwie widocznych wśród koniczyny, ale jedna z aniołów, jedyna dała radę, a krąg nie roziskrzył się wściekle, nie odepchnął jej. Była prawdziwa, nie miała w sobie nawet zalążka fałszu. Jej jednej mógł powiedzieć prawdę.

***

— Jak się pan dziś czuje, panie ... — Imię jak zwykle przepłynęło gdzieś obok. Nie potrafił go usłyszeć, to była część klątwy. Mózg przez moment ruszał jakby na wstecznym, by usunąć z pamięci sekundę, w której padło.

— Dobrze. Teraz, od kiedy łykam mniej guzików, zaczynają mi odrastać oczy. Cieszy mnie to — wyjaśnił pospiesznie, widząc jej zawahanie. — Proszę mnie źle nie zrozumieć. Lubię ten czas, gdy widzi się bardzo mało i głowa odpoczywa, bo milknie chaos bodźców, ale nie mógłbym tak żyć zawsze. Wolę widzieć cały świat.

Nie uśmiechnęła się z triumfem. To był kolejny dowód jej prawdziwości. Gdyby była fałszywa, przeniosłaby go do krainy szarości lub bieli uradowana, że udało jej się odkryć kłamstwo. Była jednak żywa i słuchała. Zdawało mu się nawet, że dostrzegł współczucie.

A jednak długo rozważała kolejny krok. Zaniepokojony, obserwował jej różowo-bladą twarz, bo przecież nie powinna się była aż tak zmieszać. Może był zbyt szczery?

W końcu chwyciła nić, której najwyraźniej szukała.

— Dlaczego woli pan widzieć cały świat?

Teraz pojął. Celne pytanie. Niewinne, ale świadomym sytuacji musiało sugerować, że pora odkryć karty. Może jednak miał przed sobą sojusznika cenniejszego, niż z początku sądził.

— Wtedy jestem sobą — zaczął ogólnikami, obserwując bacznie jej twarz — przecież każdy z nas to lustro rzeczywistości, więc chcę mieć w sobie tyle świata, ile się zmieści...

Uniosła brwi z zainteresowaniem, wyraźnie czekając na coś jeszcze. A skoro czekała to musiała wiedzieć, że jest na co. 

— A poza tym... — zniżył głos do szeptu — tylko prawdziwymi oczyma mogę zobaczyć Ją.

— Ją, czyli kogo?

— Tę, którą sprowadziłem na świat.

Słuchała z uwagą, ale po kilku zdaniach stało się oczywiste, że nie znała zarania historii. Wiedziała o Jej istnieniu i szkodach, jakie wyrządza, ale nie wiedziała, że to on był wszystkiemu winien.

Opowiedział więc, jak pewnego dnia w czasie zabawy w ogrodzie nastąpił na kolec i zostawił w trawie plamkę krwi, a plamka spłynęła po liściu aż do korzenia, gdzie padła na usta Uśpionej. Krew obudziła Ją i przez kilka dni Uśpiona karmiła się ciepłem ciała, wysysanym w nocy z jego łóżeczka.

Opowiedział, jak przybrała ludzką postać, jak rodzice przedstawili mu ją jako nową opiekunkę, jak zaczęła odwiedzać dom. Potem z włosów zebranych ze szczotki w łazience zrobiła filcowe figurki mamy i taty, a prawdziwych zamknęła Pod na wieczność.

Opowiedział, jak figurki z początku były miłe. Sztuczna mama piekła ciasta, a sztuczny tata dawał mu modele statków i samolotów, i dzięki temu nawet nie bardzo tęsknił za prawdziwymi rodzicami, ale potem wysychali w miarę, jak z włosów uchodziło życie i pod koniec nie potrafili już niczego poza przygotowywaniem jedzenia i mówieniem „dobranoc”, gdy kładł się spać.

A Ona?

Ona przychodziła coraz częściej. Najpierw tylko po ciepło, a potem po to, by opowiedzieć mu dokładnie, jak znalazła drogę na ten świat. Śpiąc pod ziemią nie umiała jeszcze rozdzielać i gdyby nie jego nieuwaga, gdyby nie zabrudził wtedy trawy, nic by się nie stało.

A potem nauczyła się rozdzielać. Rozdzieliła figurki mamy i taty, jedną z nich owinęła papierami i wyrzuciła daleko, daleko za horyzont, a drugą odcięła od radości. Rozdzieliła go na dwóch chłopców — tego sprzed skaleczenia, silnego, wesołego, zdrowego, i tego po skaleczeniu, słabego, niecierpliwego, brudnego. Wyjaśniła mu, że Jej przyjście było wyłącznie jego winą. Że gdyby nie biegł wtedy do mamy tak szybko, gdyby potrafił uważać, co robi, nie być takim paskudnym brudasem, mama i tata nie byliby Pod, a Ona nie rozeszłaby się po całym świecie, nie zamieszkała poza rzeczywistością, by przenikać stamtąd, jakby wsuwała mackę przez rozsunięte zasłony.

Opowiedział, jak próbował rozmawiać z figurkami mamy i taty, bo sądził, że jeszcze są prawdziwi; jak ich ostrzegał, płakał, błagał, wierząc jeszcze naiwnie, że pod suchymi kłakami są żywi ludzie, że Ona tylko ich uwięziła, omotała.

Opowiedział, jak nieswoimi, chroboczącymi głosami kazali mu przestać się mazać. Opowiedział, jak co rano figurki zmieniały mu pościel, by móc udawać, że nie widać Jej śladów. Miejsc, gdzie siedziała, wysysając z niego ciepło.

Opowiedział, jak w nocy wymykał się z pokoju na poszukiwanie prawdziwych rodziców pewien, że gdy tylko ich znajdzie i opowie im prawdę, oni wrócą, pokonają Ją i koszmar się skończy. Nigdy ich nie odnalazł, wszędzie i zawsze natykał się na laleczki z włosów. Słyszał tylko, że jest beksą i że kłamie, a kłamstwo to brud. W końcu zrozumiał. Prawdziwi rodzice byli słabsi od niego; to oni czekali na ratunek, a nie odwrotnie. Poddał się. Natknąwszy się o jeden raz za wiele na bezmyślne kukiełki, stracił wiarę. Rodzice utknęli Pod, błagając o uwolnienie. To był jego największy grzech.

Opowiedział wszystko spokojnie i rzeczowo, bo po tylu latach miał już świadomość okropieństw, jakich Ona może się dopuścić. O zdarzeniach z domu potrafił mówić spokojnie. Podmienianie ludzi na sztucznych i wysysanie ciepła było niczym w porównaniu ze sztukami pokazanymi później. Z otwieraniem drzwi w meblach, w książkach, jakie czytał, w talerzach, szklankach, w jego nadgarstkach i udach. I w lustrach, gdzie na moment przed Jej nadejściem majaczyło Jej odbicie.

Opowiedział całą prawdę, a ona pokiwała głową ze zrozumieniem. Miała tak ciepłe, łagodne oczy. Niezbadane jak ocean, lśniące i przetykane smużkami barw jak szklana kuleczka; taka, w której zatopiona bywa cała galaktyka.

Współczuła mu. Był tego pewien. Mimo wszystko się nie bała.

Nie bała się.

Kogoś takiego nie poznał od lat.

Zamilkł, zastanawiając się, skąd bierze się jej pewność, spokój tchnący z oczu. Tak, jakby nie tylko obdarzała go zrozumieniem, współczuciem, ale też otaczała płaszczem, ciepłem, zapewniała, że jest bezpieczny. Jakby chciała coś przekazać, nie znajdując słów.

Przypomniał sobie, jak usiadła obok niego w ruinach pnia w czarcim kręgu. Wiatr i jej ruch wzbiły w górę odrobinę próchna. Rozpędzające ciemności drobinki osiadły na nim i nawet teraz, mrużąc oczy, mógł dostrzec zielonkawą, fosforyzującą powłoczkę na skórze.

Czy to dlatego Ona nie przychodziła, choć ośmielił się zdradzić Jej tajemnice? Czy to właśnie światło chroniło go przed Jej wzrokiem, nawykłym do ciemności?

Pomyślał pytanie, a ona skinęła.

Nadzieja spiętrzyła się w nim z siłą, jakiej nie mógł przewidzieć. Zalała go powódź radosnego krzyku. Prawie rzucił się do przodu, resztkami rozsądku zmusił, by pozostać na krześle, ale nie potrafił ukryć iskier w oczach. Zobaczyła to, wyciągnęła ku niemu rękę — nie naprawdę, tak bez ruchu, tylko patrząc, uśmiechając się, roztaczając pewność, światło, dobro.

Pomyślał pytanie, czy pomoże mu Ją odesłać do Jej świata. Przytaknęła. A potem, nim zdążył ją powstrzymać, zrobiła coś strasznego.

Naprawdę położyła dłoń na jego przedramieniu.

Ona natychmiast skorzystała z ludzkich oczu. Ich nie oślepiał blask próchna. W ten sposób Ona go odnalazła. Wiedział od razu. Lodowate szpony wysunęły się z innej rzeczywistości tuż pod jego skórą, wbiły się w kark tak, by nikt nie mógł ich widzieć, ale on czuł. Wiedział. Wiedział, że Ona po niego idzie.

Odszedł do swojego sześcianu twardy ze strachu jak napięta stalowa lina. Zanim wieczorem przyszła pora na kolorowe guziki, Ona otwarła drzwi w jego przedramionach okruchem płytki podłogowej nadłamanej przy progu.

Długa od łokcia po nadgarstek szczelina między światami wpuściła Ją, ale jemu pozwoliła uciec.

*******************************************************
Tekst III

Młody oficer, którego przysłano do Warszawy w celu zmonitorowania postępu prac nad wiadomym projektem, nie wyglądał tak, jak zwykł go sobie w ciągu ostatnich tygodni wyobrażać generał Milewicz. Już od pierwszego uścisku dłoni na dworcu poczuł do młodego coś w rodzaju antypatii.

No, może nie do końca antypatii.

Generał długo nie mógł tego nazwać. Nie miał jednak innego wyboru: kontakt z „górą” utrzymywano jedynie dzięki skomplikowanej siatce dokładnie wybranych ludzi, co do których Milewicz nie miał prawa wybrzydzać.

Zresztą, jeśli chodziło o młodego, który przedstawił się z rosyjska jako Paszka Swincow, generał nie mógłby nawet nazwać swoich zastrzeżeń. Przecież ani rozbiegane spojrzenie, ani uśmiech, którym wysłannik maskował zmęczenie przebytą podróżą, ani drobne, mające się jak pięść do nosa do imienia Paszka, dłonie w czarnych rękawiczkach nie mogły być podstawą do odmowy złożenia raportu. „Góra” zbyt długo już czekała na meldunek Warszawy w wiadomej sprawie i Milewicz odpowiadał własną i swojej żony głową za każdy dodatkowy dzień opóźnienia.

Po wymianie pierwszych uprzejmości wysłannik wyraził nadzieję, że wszystko jest w porządku. Generałowi w trzewiach eksplodowała błyskawica bólu. Na razie jedynie on i podoficer Pietrzak wiedzieli, że nic nie jest w porządku.

Plan powstania przeciw Gildii nadal był w proszku, broni nie było, zaś władze państwowe – uprzedzone najpewniej przez jakąś „wtykę” - od kilku tygodni otaczały troskliwą „opieką” zarówno dom, jak i miejsce pracy Milewicza. O każdej porze dnia i nocy pod willą na Żoliborzu kręciło się kilku typków w kraciastych kaszkietach, bez przerwy paląc szlugi. Od trujących wyziewów lichutkiej machorki Annę Milewiczową nieustannie bolała głowa, co kładło się z kolei coraz ciemniejszym cieniem na samopoczuciu samego generała.

Gra na dwa fronty również nie pozostawała bez znaczenia – Milewicz schudł, zbladł i zmarniał tak dalece, że któregoś dnia jego osobisty adiutant, Pietrzak, dwukrotnie pytał go o hasło, nie chcąc wpuścić do „kontaktowego” mieszkania przy Smolnej. Z tamtego spotkania zresztą i tak nic nie wyszło, łącznik był już wtedy na samiutkim dnie Wisły, zaś dwóch typków w kraciastych kaszkietach właśnie wsiadało do czarnego Citroena BL.

Wysłannik „góry” od razu, bo już w aucie, przystąpił do sondowania postępu prac. Pytania spadały na głowę generała z prędkością błyskawic, powodując coraz to nowe skurcze w żołądku. Przybysz mówił typową „skorogoworką”, popisując się przy tym doskonałą, godną najlepszego aktora, dykcją, co tylko utwierdziło Milewicza w przekonaniu, że Pasza wcale nie nazywa się Pasza, lecz co najmniej Aleksandr Konstantinowicz.

„Może nawet Romanow” ‒ pomyślał generał z przestrachem.

Od czasu ostatniej ‒ niezbyt udanej, żeby nie powiedzieć, że zupełnie nieudanej ‒ akcji Sztabu Przeciwników Gildii Milewicz panicznie bał się reakcji „góry”.

Moskwa swoją panoszącą się tam od stuleci Gildię Magiczeskogo Obuczenija obaliła już dawno, przed Rewolucją październikową, zaś rozruchy w środowisku magów tak płynnie przeszły w krwawe obalanie caratu, że nie zbudziło to żadnych podejrzeń opinii publicznej. Ot, Rosjanie znów coś u siebie zmieniają, wielkie rzeczy…

Obecnie podobne zmiany planowano w Warszawie, przy zachowaniu ścisłej współpracy z Moskwą.

‒ Jaki jest stan przygotowań? ‒ mrużąc oczy, pytał młody oficer. ‒ Ile czasu wam zajmie ostateczne rozprawienie się z Gildią? Jak długo możecie się utrzymać na pozycjach bez posiłków ze strony naszych magów?

Na wszystkie pytania generał odpowiadał powściągliwie. Grał na czas, mając nadzieję, że wkrótce gość zacznie przysypiać na skutek zmęczenia podróżą lub co najmniej straci impet do przesłuchania. Swincow był jednak najwyraźniej godzien swego pseudonimu, gdyż w istocie cierpliwość miał ołowianą. Przez całą ponad dwugodzinną podróż od dworca do zacisznego domku pod Warszawą, gdzie spoczywała cała dokumentacja ostatnich działań Milewicza, gadał jak najęty, co rusz niby od niechcenia rzucając pytaniem, od którego generałowi mrówki biegały wzdłuż kręgosłupa.

‒ Panie generał, cóż z wami? ‒ zagadnął po krótkiej chwili milczenia Pasza-Romanow, taksując generała wnikliwym spojrzeniem. ‒ Nie cieszy was Rewolucja?

‒ Cieszy, cieszy ‒ wymamrotał Milewicz. ‒ Tylko jakby to powiedzieć…

‒ Sądzicie, że polska Gildia nie odpuści? ‒ W lot pojął istotę rzeczy Pasza i zaśmiał się w odpowiedzi na zdumione spojrzeniem generała. ‒ Odpuści, już my ich togo, namówimy. ‒ Drobna dłoń Swincowa wymownie zacisnęła się w pięść, by w sekundę później mocno uderzyć w kolano Milewicza.

Generał pisnął wysokim, zdziwionym głosem, wpatrując się w wystający spomiędzy materiału munduru nóż. Porwana nogawka częściowo odsłaniała wbite w mięsień ostrze zupełnie niewojskowej finki z fikuśną rękojeścią z wizerunkiem gołej, ruskiej baby o obfitych kształtach.

Krew trysnęła spod noża od razu, jednak ból pojawił się o uderzenie serca później.

Pasza-Romanow z uśmiechem wyszarpnął ostrze z rany, po czym sprawnie odciął generałowi kawałek drugiej nogawki, by zwiniętą w rulon tkaniną kilkoma prędkimi ruchami zakneblować Milewiczowi usta.

Nu, szto-s, pan generał. Prosili my po-dobromu, tak wy niczego nam ne dawali.Teraz my już was, panie generale, togo, namówimy do raportu.

Milewicz, krztusząc się plątaniną nitek i śliny, wydał piskliwe „mmmhm!”, patrząc na oddzielającą szofera od pasażerów szybkę taksówki.

‒ Nic wam to nie da, nasz człowiek ‒ zapewnił z uśmiechem Pasza, przechwytując spojrzenie generała.

Szofer tymczasem odwrócił się, zdjął obie dłonie z kierownicy i zaczął majstrować przy trzymających szybkę śrubach. Auto jechało prosto, jak po linijce. W ostatnim przebłysku świadomości generał zobaczył, że szosa połyskuje od srebrzystego proszku.

Drobinki magicznej materii prowadziły taksówkę wprost do celu. A więc ktoś znów uprzedził Gildię o przybyciu łącznika...


*******************************************************

Zachęcamy do typowania autorów, którymi inspirowali się walczący, oraz do przyporządkowania nicków do tekstów i oczywiście nie zapominajcie o komentarzach! :)
Adres e-mail: kontakt@weryfikatorium.pl
WeryfikatoriuM na Facebooku

Land of Fairy Tales

Eskalator.exe :batman:

[18 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

3
Dobra bitwa, dobre teksty.

Tekst pierwszy - sprawnie napisany, liczyłem jednak, że zegarmistrz spotka Ewę. Że będzie jakiś happy end... I dlatego pół punktu mniej. - 2,5

Tekst drugi - mistrzostwo świata. Czytałem z rozdziawioną gębą. 3 punkty.

Tekst trzeci - fajnie fajnie, ale nim się zaczął to skończył... 2 punkty.

[18 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

4
Tekst 1 (mój typ: Wiz) - piękny w swej prostocie. Wszystko na miejscu. 1.5 punktu.
Tekst 2 (mój typ: Margot) - Ciekawy, ale dla mnie zbyt zagmatwany. Musiałem przeczytać dwa razy. 1 punkt
Tekst 3 (mój typ: Mamba) - to co przedpiśca, zanim się zaczął to skończył. Połówka.
Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar
Dupczysław Czepialski herbu orka na ugorze

[18 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

5
źLe dopasowani uczestnicy bitwy...
Margot pozamiatała, nie biorąc nawet szczotki w dłoń :) 3 punkty dla tekstu 2
Dałbym półtora dla tekstu pierwszego, ale ten bełkot na początku o zakochaniu mnie zniechęcił... 1 punkt
Tekst 3 ...что слишком много вредно... 0 punków

[18 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

6
Gratulacje dla autorów, naprawdę fajna bitwa. Przeczytałam z przyjemnością. No ale ocenić trzeba...
Co do oceniania - widzę, że RebelMac i tomek3000xxl lecą jakimś innym systemem niż napisany na górze (chyba max 3 punkty na tekst, zamiast 3 punkty do rozdysponowania na wszystkie, co potem może obciążyć trochę wyniki. Faraon, zadbasz o uspójnienie tego?
Dobra, a teraz do rzeczy.

Tekst pierwszy
Bardzo urokliwe, dobrze się czytało, podobały mi się detale i gra na emocjach. 1,5 punktu

Tekst drugi
Momentami bardzo mocne, momentami, jak dla mnie, trochę zbyt chaotyczne. Mam wrażenie, że chwilami tekst wyrywał się autorce/autorowi spod kontroli. Odrobinę. Ciekawe obrazy, ciekawa wizja. 1 punkt

Tekst trzeci
Poprawny i zgrabny, ale nie zdążył zaangażować. Nie wiem, o co chodzi i przyznam, że mnie to mało obchodzi. Plusik za zgrabny język. 0,5 punktu

Podejrzenia autorstwa:
Tekst I Czarna Emma
Tekst II MargotNoir
Tekst III Wizimir (plus tutaj strzelam, że pisarzem wziętym na warsztat był Adam Przechrzta)
Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"


Blog literacko-górski: "Piszę o górach"...
... i pozagórske publikacje

[18 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

8
Nie wiem, na temat którego autora teksty miały być wariacją, więc nie mogę ocenić zgodności z tematem. Powoduje to zarazem, że trudno mi porównywać teksty, bo każdy napisany jest innym stylem, na inny temat, w innej konwencji. Wszystkie napisane są też dobrze.

Tekst I jest najbardziej poprawny, uładzony, ale sypie się na końcu. Bardzo spokojny i tradycyjny w formie, przypominający przedwojenną prozę.

Tekst II jest wariacki, napisany dynamicznie, bardziej "nowocześnie". Przez pierwszą połowę byłem przekonany, że to właśnie jemu dam maks punktów. Za bardzo jednak się rozmywa i w sumie pod koniec zostawia mnei obojętnym.

Tekst III ... stylistycznie pasuje mi najbardziej, tak sam fantastycznym światem. Jego jedyną wadą jest to, że jest bez puenty i stanowi prolog do czegoś większego. Niemniej czytało mi się najlepiej

Tekst I: 0.5 pkt
Tekst II: 1 pkt
Tekst III: 1.5 pkt
http://radomirdarmila.pl

[18 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

10
Pogram w misie.
Bo misie podobał najbardziej tekst 1, potem 3, a na końcu 2. Jednakże - zrozumiawszy w końcu o co chodzi w tekście nr 2 i że to nawet ciekawe jest, ostatecznie oceniam:

Tekst 1 - (Wizimir) - 1.5 pkt
Tekst 2 - (MargotNoir) - 1 pkt
Tekst 3 - (Czarna Emma) - 0.5 pkt - Emma, jak żeś się wyrobiła! :shock: No, no.
Tzn nie chodzi o to co napisałaś, ale jak i jak fajnie się to czytało. Przepraszam tym bardziej, że nie dałem wyższej oceny, ale pomysł Morgot okazał się ciekawszy dla mnie po prostu.
"Im więcej ćwiczę, tym więcej mam szczęścia"
"Jem kamienie. Mają smak zębów."

[18 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

11
Tekst I - początek jak z Tomasza Manna, potem styl już trochę słabnie. Lubię zegarmistrzów, lubię kurz ich warsztatów. W końcówce zabrakło czasu albo miejsca, coś się nie rozwinęło, coś nie wybrzmiało. Ale podobało mi się i tak.
Tekst II - nie rozpoznaję żadnego autora - tematu wariacji. Ale wariacje bardzo ciekawe. Mam tylko problem z lakonicznością, nie podoba mi się, że tekst jest suchy i oszczędny przez cały czas. Pasowałyby tu kwieciste erupcje chwilami, bo jest zbyt równo, a to mi nie współgra ani z tematem, ani z bohaterem. Ale może ta oszczędność to nawiązanie do stylu autora, którego nie rozpoznałam? Ogólnie jednak też mi się podobało, zwłaszcza akapit o sztucznej mamie, która piekła ciasta i tacie, który przynosił modele samolotów i statków.
Tekst III - wariacje na temat Adama Przechrzty? OK. Realizacja tematu jest, tylko nie widzę tu żadnej wartości dodanej, czegoś więcej niż tylko zabawa dla zabawy.

Tekst I - 2 punkty
Tekst II - 1 punkt
Tekst III - 0 punktów
Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

[18 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

12
Dobra bitwa. Wszystkie teksty ładnie zrobione i widać w nich zamysł.

Tekst I - Z jednej strony spokojnie płynący, by nie powiedzieć meandrujący pomiędzy mieliznami szarej codzienności. Z drugiej wyrazisty i zapadający w pamięć obrazek.
Tekst II - Rwący potok słów i znaczeń, za szybko dla mnie płynie, za bardzo przeładował synapsy. Rozpoznaję wirtuozerię słowa, ale dziś jej nie docenię.
Tekst III - 0.5 punktów - Tu mi Thana z klawiatury wyjęła - napisano Pisarzem, ale Autora zabrakło.

Tekst I - 1.5 punkty
Tekst II - 1 punkt
Tekst III - 0.5 punktów
Strona autorska.

[18 sierpnia] Czarna Emma v MargotNoir v Wizimir

13
Ooo... panie, ale dobra bitwa!

Być może naśladownictwo wybranego autora nie jest wyższym stopniem wtajemniczenia w pisanie, ale udatna replika na pewno wymaga niebagatelnych umiejętności. Jeszcze fajniej, gdy jeszcze jest konsekwentna, przy tym ma delikatnie widoczny wkład własny. A jak dodatkowo może robić za osobne opowiadanie, to w ogóle pełnia szczęścia.
Jakoś niechcący utwory same się ustawiły w kolejności, którą preferuję.
Pierwszy to Wiesław M., autorstwa - podejrzewam - Wizimira. Wszystko gra, forma monologu, ontologia sprowadzona do poziomu zwykłego życia, historia z zatrzymującą puentą. 1,5 pkt bo Mistrz jest nim również dla mnie.
Drugi kręci mi się wkoło Gaimana. Za gorąco na sprawdzanie, ale przysiągłbym, że zestaw rudymentarnych lektur Margot wykazuje pokrewieństwo. Pewny nie jestem, bo tych rejonów literatury nie eksplorowałem przesadnie. W każdym razie korciło mnie, żeby wyciąć nadmiernie rozbudowany wstęp i pewną kwiecistość, ale doczytawszy do końca zrewidowałem opinię. Ten styl był potrzebny, by zbudować historię. Troszkę jednak uwiera, trudno też powiedzieć, na ile jest własnym wkładem, na ile imitacją. 1 pkt.
Trzeci - Emma. Zażyłość na linii Mistrz-adept nie jest tajemnicą, wybór pisarza do wariacji byłby naturalny. Porządne wykonanie (na ile znam pisanie Navajero), ale do samoistnego życia jako zamknięta forma utworowi brakuje. Trochę szkoda. 0,5 pkt.

Moje najszczersze gratulacje. Państwo - tak ogólnie - wykonali kawał dobrej roboty. Niezależnie od punktów.
Zablokowany

Wróć do „Nowa bitwa!”

cron