Obrazek Weryfikatorium

WIELKI FINAŁ! :text-link:
Czas głosowania minie: wt 31 mar 2020, 11:22

[27.03.2020] Adrianna vs Czarna Emma vs tomek300xxl

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3957
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

[27.03.2020] Adrianna vs Czarna Emma vs tomek300xxl

Postautor: Godhand » pt 20 mar 2020, 22:07

Temat: Nieznośna lekkość bytu
Gatunek: dowolny
Objętość: 18 tysięcy znaków ze spacjami max
Termin: do 20.03.2020

Oceniać można przez tydzień od wstawienia, tak więc w tym przypadku ostateczny termin wystawienia oceny to 27.03.2020.
Po tym czasie temat zostanie zamknięty, a punkty podliczone.

Modyfikacja.
Stosujemy zmodyfikowany system ocen.
Każdy oceniający ma do dyspozycji trzy punkty, które w dowolny sposób może rozdysponować pomiędzy tekstami.

Autorzy będą bardzo zobowiązani, jeśli oprócz punktacji zamieścicie także kilka zdań własnej opinii o tekstach.
Nie jest to wymóg formalny - jedynie prośba walczących.



Tekst 1

Zakłady na mecz piłkarski zostały zawieszone.
Marek nie wiedział, czy odpowiedzialny jest za to program komputerowy strony bukmacherskiej, czy może jakiś nadgorliwy pracownik Bet 365, dla którego praca była wszystkim i ze strachu blokował wszystkie obstawianie, gdy tylko piłka znalazła się na polu karnym.
Żył samotnie i niewiele działo się w jego świecie, a wygrywane czasem niewielkie sumy pieniędzy, dawały namiastkę prawdziwego życia i pozwalały na chwilę zapomnieć o szarzyźnie codzienności. Grał, bo nic innego nie sprawiało mu przyjemności. Wracał zmęczony po pracy do domu i nie miał już siły na zrobienie czegokolwiek. Rozmowa z którymś z lokatorów po trzech minutach robiła się banalna i nudna. Uciekał więc do swojego pokoju i oddawał się tylko biernym rozrywkom. Za stary i za leniwy zamarł w jednym miejscu od kilku już lat i nic nie zapowiadało, żeby mogło to się kiedyś zmienić.
- Kurwa mać! - zaklął, kiedy znów odwieszono możliwość obstawiania, a wynik meczu pozostał bez zmian. West Ham wygrywał z Manchesterem City jeden do zera i dla Marka ten mecz nie mógł się po prostu tak zakończyć. Potrzebował jeszcze jednej bramki, żeby wygrać zakład. Przegrywane pieniądze nie miały znaczenia, ale złe wytypowanie ilości bramek w tak oczywistym meczu, doprowadzało go do białej gorączki.
Klął pod nosem, życząc wszystkim najgorszych rzeczy. Było coś o bolesnej śmierci pracownika strony, o nieudolnych i ssących fiuty piłkarzach City, którzy zarabiali dziesiątki tysięcy funtów tygodniowo i nie potrafili zmienić wyniku meczu. Zebrało się też sędziemu, bo przecież Manchester musiał desperacko atakować, a w takich momentach o rzut karny nie jest przecież trudno. Palił papierosa, a kiedy kończył, odpalał następnego. Nerwowo stukał palcami w blat biurka, zniechęconym wzrokiem patrząc na kubek z wodą i wsypanymi tam elektrolitami.
Po minucie stał się cud i sędzia faktycznie podyktował rzut karny. Był pewny, że piłkarz swojej szansy nie wykorzysta. Stało się inaczej i po kilku minutach na koncie gracza widniało prawie dwadzieścia funtów.
Przez kolejne godziny dalej obstawiał futbol, trochę nerwów stracił przy młodzieżowym, rosyjskim hokeju, aż około trzeciej po południu wygrał już ponad dwieście funtów.
Zaczynał odczuwać podniecający strach, kiedy grał za wyższe stawki. Zwykle obstawiał wszystkie pieniądze na jeden zakład. Jeżeli trafiał, to balans konta szybko rósł, ale jeśli nie, to tracił wszystko. Apatia mijała, żołądek przestawał boleć i pojawiała się chęć, żeby coś zrobić. Pobudzony i wyraźnie zmotywowany do działania wrzucił brudne rzeczy do pralki i odgrzał sobie pierogi z mięsem kupione w polskim sklepie. Odpoczął kilka minut i dalej grał, zastanawiając się, ile jeszcze wygra, zanim wszystko przegra. Tak oczekiwane emocje powodowały, że nie myślał racjonalnie i pomimo wygranych prawie nigdy pieniędzy nie wypłacał, uważając, że suma jest zbyt mała i trzeba grać dalej.
Los dalej mu sprzyjał, drużyny, które wybierał, wygrywały lub w meczach podała wystarczająca ilość goli. Czuł się jak zawodowy gracz, a prawie osiemset funtów na koncie przekonywało go, że w końcu nauczył się sztuki obstawiania i od teraz będzie już tylko wygrywał. Miał ochotę z radości wypić kilka piw i świętować, ale dobrze wiedział, że nie może. Nawet mała ilość alkoholu robiła mu w głowie taki bałagan, że po niej nie mógł przestać chlać przez wiele dni.
Wtedy zrobił rzecz zupełnie niespodziewaną. Chwilę posiedział w ciszy, paląc papierosa. Patrzył władczym wzrokiem przez okno i najzwyczajniej w świecie wypłacił pieniądze z konta bukmachera na własne.
Po pięciu minutach był już tylko trochę zadowolony, a wygrana, przestała go wynosić na wyżyny szczęścia. Grał od lat, zwykle przegrywał, a rzadkie wygrane były, jak sam mówił, tylko wynikiem rachunku prawdopodobieństwa. Rzeczą niemożliwą jest przecież cały czas przegrywać.
Następnego dnia poszedł do pubu w lepszym niż zwykle humorze. Zaczął od wesołych pogaduszek z kolegami, ale już po pół godziny wszystko wróciło do normy. Praca w kuchni była ciężka, a stres związany z natłokiem zamówień w ciągu pory obiadowej, zniechęcał go do wszystkiego. Drażnił szef kuchni, wkurzały młode kelnerki. Młode i atrakcyjne, miały własne życie towarzyskie, więc na dużo starszego Marka nie zwracały uwagi. Monotonność zajęcia coraz bardziej odbierała mu ochotę do wszystkiego. Nie mógł doczekać się powrotu do domu i kolejnych zakładów. Na koniec pracy sprowokował kłótnie ze swoim szefem, po cichu licząc, że ten wywali go z roboty. Nic się takiego jednak nie stało i wrócił do swojego pokoju zmęczony bardziej niż zwykle.
Pierwsze co zrobił, to sprawdził zakłady zawarte rano. Ku swojemu zaskoczeniu balans na koncie pokazał czterysta siedemdziesiąt trzy funty. Jedna z dziesięciu mało prawdopodobnych do wygrania kombinacji siedmiu meczów okazała się dobrze wytypowana. Decyzja nie zajęła mu więcej niż kilka sekund; do pracy jutro już nie pójdzie. Grał jeszcze tego wieczora, ale bez sukcesu. Kładł się spać, myśląc, czy dobrze robi, porzucając pracę.
Następnego dnia rano obudził się w doskonałym humorze. Nie bolała go głowa i czuł, że chce mu się żyć. Ubrał się, wypił kawę i paląc papierosa, znów zaczął grać. Po godzinie dziesiątej zaczął się cyrk z nieodebranymi telefonami z pracy. Pierwsze dwie nagrane wiadomości na skrzynce głosowej były w tonie przyjacielskim; "Czy jesteś w drodze do pracy?" "Czy wiesz, że dzisiaj pracujesz?" Odsłuchiwał wszystkie z ironicznym uśmiechem, będąc już całkowicie pewnym, że dobrze zrobił, porzucając prace w pubie. Nikt się tam nim tak naprawdę nie przejmował i był tylko potrzebny do tyrania jak dziki wół za psie pieniądze. Ostatnia wiadomość od szefa kuchni nie była już tak przyjacielska. Facet nawrzucał mu najgorszych obelg, jakie tylko potrafił wymyślić, a Marek uśmiechał się, pozdrawiając go środkowym palcem i życząc kąpieli w gotującym się oleju.
Tego ranka granie szło mu nieszczególnie. Przegrał pięćdziesiąt funtów, więc na razie dał sobie spokój.
Pogoda dopisała i kwietniowe słońce mocno przygrzewało. Wybrał się więc do centrum i chodził po sklepach, próbując wypatrzyć coś ciekawego do kupienia. Nic takiego nie znalazł i zmęczony długim i bezowocnym spacerem, usiadł na ławce przed bankiem. Zapalił papierosa.
Myślał o swojej żonie, z którą spędził zaledwie trzy lata. Początkowe, silne uczucie i wzajemna fascynacja nie przetrwały próby czasu. On zbyt często lubił wypić, a ona nie rozumiała sensu związku monogamicznego. Upijał się zbyt często, a ona musiała udowadniać sobie, że wciąż jest atrakcyjna. Rozwiedli się bez zgrzytów i wzajemnych oskarżeń, ciesząc się, że posiadanie dzieci nie związało ich mocniej.
Patrzył na mężczyznę w kuchennej bluzie, stojącego przez niewielkim sklepem z tureckimi kebabami. Kiedyś naprawdę lubił gotować, ale Londyn ze swoim statusem miasta, w którym ludzie są wiecznie głodni, skutecznie zabił tę miłość. Liczył się tylko biznes, szybka obsługa i premie dla menadżerów. On był tylko małym trybikiem, którego zdanie i opinia nikogo nie interesowały. Zrozumiał to po kilku latach i też przestał się przejmować. Co rusz zmieniał pracę, wykorzystując fakt, że doświadczeni kucharze byli w cenie.
Pracował z różnymi ludźmi. Z pijaczkami jak on, lecz także z ojcami rodzin, których ojczyzna wygnała za chlebem do obcego kraju. Tym czasem zazdrościł. Tego, że mieli do czego wracać i po co żyć. Sam uważał swoje życie za nic nie warte i kładąc się spać, często myślał, że lepiej by było już się więcej nie obudzić.
Wrócił do domu i w kuchni spotkał Krystka gotującego sobie obiad. Chłopak wyglądał na normalnego, ale jego mania oszczędzania doprowadzała Marka do szewskiej pasji. Ten facet codziennie jadł marchew smażoną z cebulą. Nie było jasne czy zawsze, ale kiedy tylko się spotkali, to zapach smażonej cebuli rozchodził się w całym pomieszczeniu. Poudawali chwilę, że interesuje ich wzajemnie życie prywatne i mężczyzna poszedł do pokoju, zauważając na odchodnym, że dziura w skarpecie na pięcie chłopaka osiągnęła już gigantyczny rozmiar.
Przez kolejne dni grał ze zmiennym szczęściem, ale dzienny bilans hazardu każdego wieczora był na plusie. Nabierał coraz większej pewności siebie i życie bezrobotnego, ale zarabiającego na chleb naprawdę zaczęło mu się podobać.
Następnego ranka poszedł zapisać się na siłownię. Wykupił karnet i na pierwszym treningu spędził prawie trzydzieści minut. Biegał na bieżni, zrobił kilka serii na mięśnie klatki i pleców oraz rozruszał hantlami bolące stawy barków. Zauważył i odczuł na własnym ciele, że takie życie wyraźnie mu odpowiada. Zdecydowanie poprawił mu się humor i patrzył na wszystko i każdego przyjacielskim okiem. Ludzie na ulicy i w sklepach mniej go drażnili, a współlokatorzy domu, w którym wynajmował pokój byli mniej uciążliwy, choć przecież zachowywali się i robili to samo, co każdego dnia.
Kolejny wygrany zakład wzniósł go na sam szczyt samouwielbienia i miłości do wszystkiego, co się wokół działo. W porywie radości zadzwonił do Danusi, którą nazywał " Product of Poland". Dziewczyna miała dwadzieścia jeden lat i była półhinduską z Leeds. Druga jej połowa była polska i choć swojego ojca nigdy nie poznała, to do Marka była nastawiona bardzo pozytywnie. Byli kilka razy na piwie, a mężczyzna po wypiciu kilku kufli i paru kieliszków wódki zawsze próbował mocniej zacieśnić ich relacje. Nigdy mu się to nie udało, ale przyjaźń pozostała.
Spotkali się w ulubionym pubie i długo nie mogli nacieszyć się swoim widokiem. Marek dostał burę za porzucenie pracy i dziewczyna szczerze martwiła się o jego przyszłość.
Następnego dnia obudził go kac gigant. Myślał, że umiera albo stanie się to wkrótce. Był alkoholikiem, ale bardzo dziwnego typu; potrafił nie pić nawet rok, ale kiedy już zaczął, nie było szansy, żeby przestał. Tak zdarzyło się i tym razem. Kiedy tylko poczuł się trochę lepiej, poszedł do sklepu po piwo. Kilka puszek Lecha poprawiło mu samopoczucie, więc dokupił jeszcze butelkę wódki.
Przez kilka kolejnych dni zaskok alkoholowy trwał w najlepsze. Szedł do Sainsburego, kupował butelkę Glensa i wypijał ją w mniej niż pół godziny. Upił się w trupa i zasypiał. Budził się i znów to samo. Takie lekkie życie bez obowiązków, wyraźnie mu nie służyło. Nie miał pomysłu, co robić z wolnym czasem. Po tygodniu nie miał już siły nawet iść do sklepu, więc nic nie jadł, i tylko alkoholowe kalorie przytrzymywały go przy życiu. Po kolejnych dwóch dniach miał już tego dość i zadzwonił po karetkę, która zabrała go na izbę przyjęć szpitala.
Nie był tam pierwszy raz z tego powodu. Zdarzyło mu się to wcześniej już kilka razy, więc przebieg ratowania zapitego organizmu znał na pamięć. Pierwsze kilka godzin leżał na izbie przyjęć, gdzie badali mu serce. To był podstawowy warunek, żeby chciano zabrać go do szpitala. Trzeba było narzekać na bóle w klatce piersiowej.
Początkowo był zbyt pijany, by coś do niego docierało, więc leżał na plecach w pozycji półsiedzącej i obserwował na półprzytomny ludzi pracujących wokół. Chwilami zasypiał, lecz co rusz ktoś budził go, angażując w procedury szpitalne.
W głowie mu trochę przejaśniało i zaczął się zastanawiać, jak teraz wygląda stan jego konta bankowego. Pamiętał, że sporo grał po pijaku, a wolno uchodzący z organizmu alkohol powodował coraz większy stres. Coraz bardziej trzeźwy, zaczynał się już naprawdę martwić o pieniądze. Samym pobytem w szpitalu wcale się nie przejmował, ale myślał, co zrobi później. Znalezienie nowej pracy, a potem czekanie na pierwszą wypłatę. Na to wszystko potrzeba było kilku tygodni, a przecież musiał płacić za pokój, kupować jedzenie, a papierosy w Anglii też tanie nie były.
Trzy dni trwało, zanim wypuścili go do domu. Wciąż słaby z silnymi bólami żołądka i torbą foliową z lekarstwami, ledwo doczłapał się do stacji metra. Widok bosego mężczyzny nie wzruszył pracownika, pilnującego wejść na perony. Marek musiał poczekać, aż tamten na chwilę odejdzie i rozpędzony wbił się w łopatki bramki. Wysiadł trzy stacje dalej, przyklejając się do pleców mocno wystraszonej staruszki.
Pokój znalazł w tak opłakanym stanie, że nawet jego ten widok wystraszył. Wymiociny na całym łóżku i zasikany materac, to był tylko początek. Ślady papierosów gaszonych w pościeli przyśpieszyły mu pracę serca. To był tylko początek końca lekkiego bytu, który trwał zaledwie jeden tydzień.
Wieczorem zjawił się właściciel domu i bez żadnych wstępów i kurtuazji kazał Markowi wynosić się z pokoju, najpóźniej do jutra rana. Nie zapytał nawet o zaległy czynsz i nie wspomniał nic o dwutygodniowym depozycie zapłaconym na początku wynajmu rok wcześniej. Marek słusznie się domyślił, że zostanie wykorzystany na kilka nowych rzeczy do pokoju.
Zdenerwowany, z trzęsącymi się ze strachu dłońmi szedł do bankomatu sprawdzić swój stan konta. Wbił pin, poczekał moment i zamknął oczy jak skazaniec słyszący wyrok skazujący w sądzie. Czterdzieści siedem funtów. Tyle zostało mu na rozpoczęcie nowego życia w kraju, gdzie nie miał żadnych przyjaciół, a bezdomnych było więcej niż kibiców na stadionie Barcelony w Hiszpanii.

***

Obudziło go zimne, wiosenne słońce wpadające do pokoju przez szeroko otwarte okno. Podniósł się z łóżka i drżąc z chłodu, zatrzasnął je z impetem. Wciąż był jeszcze pijany, ale uśmiechnął się dziękczynnie, kiedy zauważył na stole butelkę z niedopitą wódką. Wypił wszystko jednym łykiem i zaczął się pakować. Wrzucił swoje rzeczy do ogromnej plastikowej torby i zszedł na parter domu. Cały się trząsł z nerwów i braku miejsca, do którego mógłby pójść.
Wszedł do kuchni i natknął się na Krystka jedzącego śniadanie. Chłopak wesoło pogwizdywał, smażąc swoją ulubioną potrawę z marchwi i cebuli. Spojrzał na pijanego Marka.
- Ja też kiedyś lubiłem zaszaleć - odezwał się przyjaznym głosem. - Dilowałem i imprezowałem bez przerwy. Ale widzisz... życie to taka kurwa, że już myślisz, że jest dobrze, a ono szybko ci jednak udowadnia, że tak wcale nie jest. Trzeba pracować i trzeba być zawsze przygotowanym na zły moment. Nie ma lekkiego życia, są tylko złudne chwile, że jest lepiej.
Marek pokiwał głową, że się z nim zgadza i wyszedł z domu, wrzucając klucze do środka przez otwór na listy. Pogrzebał w kieszeni spodni i wyciągnął jednego funta. Kupił w sklepie puszkę piwa i poczłapał w stronę lokalnego parku. Usiadł na ławce, obserwując ludzi spacerujących uliczkami. Nie miał żadnego pomysłu, co dalej zrobić. O ile pracę było łatwo znaleźć, to nigdy nie słyszał, żeby ktoś chciał wynająć pokój bez zapłaty tygodnia z góry i depozytu.
Nie chciał już żyć. Cały ten Londyn ze swoimi urokami tak strasznie już mu obrzydł, że nie miał nawet ochoty myśleć nad rozwiązaniem sytuacji, w której się znalazł. Pił piwo i patrzył na przejeżdżający w oddali pociąg nadziemnej kolejki. To mogło być rozwiązanie. Skończyć raz a dobrze z tym wszystkim i po sprawie. Jednak się bał, bo przecież ból musiałby być ogromny, zanim tysiące kilogramów żelaza rozszarpałoby jego ciało na krwawe strzępy.
Patrzył na pustą puszkę po piwie i ocierał wierzchem dłoni płynące mu po policzku łzy. Ten kawałek aluminium symbolizował jego całe, zmarnowane życie. Alkohol towarzyszył mu od dnia urodzin. Bicie pasem przez pijanego ojca w domu, kiedy był dzieckiem. Pijackie amoki, gdy nawet nie miał szesnastu lat. Wódka powodowała brak zrozumienia żony i mocniejszego jej pokochania , kiedy to jeszcze było możliwe.
Zadzwonił telefon. Mrużąc oczy, odczytał imię osoby na wyświetlaczu. Danusia, angielska dziewczyna. Zawsze wesoła, pełna pomysłów na życie i w pełni gotowa na wkroczenie odważnym krokiem w swoje dorosłe życie. Pomimo młodego wieku była już od tygodnia asystentem menadżera restauracji i wynajmowała duży, piękny pokój w centrum Londynu.
Marek schował telefon do kieszeni. Otarł łzy, splunął ze złością i energicznym krokiem ruszył w stronę stacji kolejowej. Odgonił myśl o samobójstwie, licząc na łaskawość i dobre serce młodej dziewczyny. Wiedział, że zrobił źle, że jest słaby, ale słowa Angielki powtarzane często i do znudzenia, kiedy się spotykali przy piwie, grzmiały mu w głowie. Każdy ma prawo popełnić błąd, a naszym obowiązkiem jest sobie pomagać.
Wyjął telefon i zadzwonił do swojej jedynej przyjaciółki w tym obcym mieście. Wiedział, że mu pomoże, ale nie miał pojęcia jak ma sam sobie pomóc. Kolejny raz jego życie spadło do poziomu absurdu i nie stało się to przez złośliwość losu czy osoby postronne. Zawsze sam sobie to robił lecz nie umiał tego powstrzymać. Taki już był i nawet nie próbował z tym walczyć. Potrafił wytypować dokładny wynik meczu, a przez tyle lat nie nauczył się, że żyć po prostu warto, bo nic lepszego nas nigdy nie spotka.

Tekst 2

Nieznośna lekkość

Spojrzała na zegarek. Północ. A więc jeszcze kwadrans, a będzie po wszystkim. Myśl ta dodała jej otuchy, lecz wkrótce poczuła, że zaciśnięta na rękojeści dłoń drży. Znała to drganie od małego, od czasu pierwszego turnieju karate.


Miała wtedy osiem lat i biały pas ledwo trzymał się na jej nierozwiniętych, płaskich biodrach. Walczyła z starszym od niej chłopcem. Nie miała pojęcia, dlaczego sensei wyznaczył akurat ją do tak nierównej walki, ale walczyła bez sprzeciwu. Ciosy spadały raz za razem, nie dawała rady ich blokować. Przegrała i prócz goryczy porażki pozostało jej po tej walce jedno wspomnienie.


Twarz senseja. Zastygła w skupieniu, z oczyma pełnymi skrywanej satysfakcji. Bruzda na czole pogłębiała się w tych chwilach, gdy dziewczynce udawało się odeprzeć cios. Znienawidziła go za tę bruzdę, zapamiętała każdą zmarszczkę na nieruchomej twarzy i poprzysięgła zemstę.
Zaczęła chodzić na treningi jujutsu, aby nauczyć się panowania nad sobą. Czuła jednak, że to za mało. Musiała wyćwiczyć w sobie żądzę krwi.


Zaczęła szukać. Wszyscy uczyli spokoju, ogłady, prostego bycia, miłości bliźniego, medytacji… Na próżno przesiadywała godzinami, badając palcami każdą nierówność ziarenek rudakszy, do mdłości powtarzając mantrę; na próżno chodziła do kościoła, by patrzeć na zalane krwią oblicze chrześcijańskiego Boga, bez powodzenia słuchała śpiewnych modlitw rabinów i wdychała odurzającą woń cerkiewnych kadzideł. Żądzą krwi nie wzrastała, duszę zalewał spokój.


Niezliczone ofiary, spowiedzi, pielgrzymki do świętych miejsc, posty… Czuła chaos, nic więcej.


‒ Chcę umieć zabijać ‒ mówiła. Patrzyli na nią z przerażeniem, cofali się. Nie rozumieli. Nie miała czasu im nic tłumaczyć, musiała działać, póki mogła i miała czas.


Zawiedziona, szperała po forach. W internecie sprawę trzeba było odpowiednio nakreślić, pokazać z innej, bardziej niewinnej strony. Długo zastanawiała się, w jakie słowa ubrać swój cel, aż wreszcie znalazła.


Wymyśliła siebie na nowo, włożyła na siebie przebranie wiejskiej dziewczyny; sieroty, która z konieczności musi zabijać prosięta, lecz nie umie sobie poradzić z widokiem krwi. Radzono jej różne rzeczy: od małżeństwa z rzeźnikiem po rachunek sumienia.


Wreszcie trafiła na forum, poświęconym rytualnemu ubojowi. Prowadzili je muzułmanie. Nawiązała kontakt z administratorem strony, podając się za jedynego mężczyznę w rodzinie, który nie może sobie pozwolić ani na nieprzestrzeganie halalu, ani na opłacenie kogoś, kto by go zastąpił.
Z początku grzecznie odpowiadał na pytania dotyczące trzymania noża, mycia rąk i odpowiednich modlitw, lecz gdy spytała o sposób na obrzydzenie na widok krwi, zamilkł. Po kilku dniach nie mogła się zalogować, wciąż widząc komunikat o zbanowaniu konta. Możliwe, że ktoś doniósł. Nie wiedziała, co ją zdemaskowało.
Szukała dalej. Kolejne forum ‒ poświęcone zagadnieniom szechity ‒ nakarmiła historyjką o synu szocheta, którego rodzina zmusza go przejęcia zawodu ojca. Wszystko szło dobrze aż do pytania o krew. Musiała zniknąć.


Zaczęła szperać po ciemnej stronie internetu. Forum satanistów, na które dostała się z pomocą jednej z koleżanek, radziło jej na początek zabić kilka żab, aby później ze spokojnym sercem przystąpić do zarżnięcia ofiary. Wyśmiała ich i nie pojawiła się już więcej. Koleżanka obraziła się, wykreśliła z listy znajomych na fejsie. Przestały ze sobą rozmawiać.


Powoli traciła nadzieję. Biblia, sznur z rudakszy, różaniec i subha, Talmud ‒ wszystko porosło kurzem. Drażniły ją te rzeczy, symbole ludzkiej nieudolności wobec żądzy zemsty. Pragnęła śmierci, lecz znajdowała życie. Nie rozumieli jej, zmuszając do miłości bliźniego.
Wreszcie zaczęła myśleć, że robi zbyt wiele naraz. Musiała wybrać jedną opcję. Znowu dała się porwać wirowi poszukiwań.


Na stronę Muzeum Narodowego trafiła przypadkiem. Wpisała do wyszukiwarki hasło „rytuały w starożytności” i niechcący kliknęła w obrazek mosiężnego lwa. Akwamanila z Hildesheim.
Zaintrygowana, zaczęła czytać o funkcji dziwacznego naczynia. Przejrzała jeszcze kilka zdjęć i trafiła na wizerunek białego byka z szeroko otwartym pyskiem. Kliknęła.


Przekierowało na stronę MN. Naczynie pochodziło z Iranu, datowane na trzynasty lub czternasty wiek. Wykonane z ceramiki kwarcowej, raczej solidne, skoro przetrwało tyle lat.


Olśniło ją. Muzea! Przeryła zbiory cyfrowego MMW. Znalazła.


Tanto. Niewielki sztylet, akurat do schowania w kieszeni, przy czym japoński. Pochewka z czarnej skóry, rękojeść owinięta jedwabną wstążką. Idealne narzędzie zemsty. Na ostrzu ‒ inskrypcja. Los Cesarstwa to wojna.


Powtórzyła te słowa. Wydały jej się słodkie, szczególnie „wojna” miała smak, którego szukała. Smak krwi. Tej samej nocy przypomniała sobie wszystko, czego nauczyła się na temat medytacji. Nad ranem była gotowa.
Udała się do dyrektora Muzeum. Podając się za studentkę orientalistyki, wcisnęła mu kit o pracy magisterskiej na temat broni japońskiej z okresu późnego Edo. Prosiła o wypożyczenie jednego egzemplarza tanto. Nie zgodził się.


Wpadła w gniew. Wybiegła z budynku, płacząc. Było jej zimno.


Jadąc do domu, zaciskała palce na pasku torby. W mieszkaniu stłukła kilka szklanek, uspokoiła się.


Jednak jedno było pewne ‒ namierzą ją. Namierzą, znajdą, aresztują za usiłowanie zabójstwa. A szło tak lekko. Jeden podpis, jedno pozwolenie i zabiłaby go. Wyobrażała sobie srebrny błysk ostrza w mroku, widziała zalewane krwią słowa. Wszystko przepadło! Zrobiła jeden błąd. Potem zrozumiała kolejne ‒ ślady w historii wyszukiwania, zapytania na forach… Bała się.


I wtedy, w strachu, trafiła na antykwariat. Wstąpiła, by spytać o broń. Odpowiedziano, że sprzedają, ale musi się umówić z właścicielem. Numeru telefonu nie dostała.


Gdy przyszła po raz drugi, kazano jej czekać przed sklepem o północy. Podano jakieś hasło, które od razu uleciało jej z głowy.


Przyszła trochę spóźniona. Twarzy mężczyzny nie widziała, głos był ochrypły, jakby znajomy. Pytała o tanto z okresu późnego Edo. Zażądał zaliczki. Zamiast gotówki dała mu złote kolczyki po matce. Miała przyjść następnego dnia.


Stawiła się kilka minut wcześniej. Właściciela nie było. Był za to nóż. Poznała pochewkę od razu, serce zabiło mocniej. Tanto! To samo, z Muzeum. Los Cesarstwa to śmierć.


Teraz czekała na ulicy, pod domem senseja. Za kwadrans będzie po wszystkim, słowa napiją się krwi.


W dłoni czuła nieznośną miękkość jedwabiu. Tanto było leciutkie, a jednak ciążyło, wprawiając mięśnie w bolesne drganie. Drganie zemsty.



Tekst 3

Zbyt znośna lekkość bytu



Zauważył ją, gdy tylko postawiła stopę na schodkach prowadzących do pubu i przez chwilę obserwował dyskretnie, wciśnięty w kąt tuż przy nich. Hana zatrzymała się na ostatnim stopniu i zaczęła wypatrywać znajomych. Jak na rozmiary Wombat Cafe, ludzi było sporo – jakaś niszowa kapela metalowa urządzała sobie premierę płyty, więc wokoło roiło się od ramonesek, ćwieków, upstrzonych naszywkami jeansowych kamizelek i oczywiście koszulek z logo zespołu. Pavel już miał zawołać dziewczynę, gdy spostrzegł, że ta zawiesiła wzrok na stojących w gablotach figurkach superbohaterów. Podparta pod boki, na lekko rozstawionych nogach, w swoim czarnym, skórzanym płaszczu, ubarwionych sprayami glanach i z zielonymi, krótkimi włosami wyglądała jak jeden z nich.


„I trochę jest, jak jeden z nich” – pomyślał mężczyzna i myśl ta mu zaciążyła. Przeniósł szybko spojrzenie na rozłożony na sąsiednim stoliku wachlarz płyt i pociągnął kilka łyków piwa. Przecież nie musiał jej w tym zamieszaniu zauważyć. Mógł jeszcze ukraść tych kilka chwil, nim…


– A tam siedzi, w kącie – zabrzmiał basowy głos wydziaranego barmana.


Mężczyzna rozpoznawał każdego, kto więcej niż raz odwiedził lokal strzeżony przez groźnie wyszczerzonego, kreskówkowego wombata. A zarówno Hana jak i Pavel, należeli tu do stałych gości.



Symetrię trzech wysokich szklanek z piwem, rozstawionych po obwodzie stolika, łamał niski kieliszeczek ciemnego rumu. Zasłuchana w zdawkowe rozmowy przyjaciół, Hana mechanicznie ustawiała z naczyń co chwila inne kombinacje. To równy rządek, to trójkąt równoboczny z pięćdziesiątką rumu w środku ciężkości, to znów kwadrat, którego jeden wierzchołek zdawał się kulawy. Pavel obserwował te dziecinne zabawy z pewną fascynacją. Niefrasobliwość i pogoda bijąca z każdego ruchu dziwnie dopełniały wizerunek przestylizowanej, trzydziestoletniej metalówy. Jakby opadający z przekłutego ucha łańcuszek agrafek potrzebował towarzystwa naiwnego uśmiechu, a blade ręce poznaczone tatuażami były stworzone właśnie do układania wzorów z alkoholowych klocków. Pavel zapatrzył się na wzór pokrywający przedramiona Hany. Imitował nieregularne pęknięcia na kamieniu, co w połączeniu z alabastrową skórą tworzyło surrealistyczne wrażenie.


„Jak marmur. A taka lekka” – pomyślał bezwiednie.


Nawet teraz, pochylona nad stołem tak bardzo, że ostry podbródek prawie dotykał blatu, Hana zdawała się zawieszona w powietrzu. Trochę przedwczesne, kurze łapki w kącikach zmrużonych czujnie oczu, były maleńkimi skrzydłami, niezauważalnym trzepotem dźwigającymi ją w górę.


Ale Pavel czuł, że była też jak kamienna lawina. Przytłaczała swoją obecnością i roztrzaskiwała w pył wszystko na swojej drodze. Właśnie tym uśmiechem jakby muśnięcie obłoku… Tą lekkością. Spojrzał mimowolnie ku Annie i znalazł w jej smutnych oczach potwierdzenie.



– Czyli jutro na Moście Karola? – głos Hany wyrwał go z zamyślenia.


Anna i Petr potwierdzili głośno, pokiwał więc szybko głową. Nie był pewien, co ustalono, ale nie miał ochoty dopytywać.


– Skoczę zapalić, ktoś idzie ze mną?


Petr bez słów wydobył z kurtki e-papierosa. Dziewczyny zostały same.



Jesienny wiatr hulał praskimi ulicami bez opamiętania. Pavel walczył chwilę z gasnącą zapalniczką, wreszcie zaciągnął się gryzącym dymem. Lubił papierosy, które nie dawały zapomnieć, że są trucizną. Wszelkie mentolowe i perfumowane erzace go irytowały. Odsunął się nieco, by nie czuć truskawkowej woni otaczającej Petra.


– Coś widzę, że między wami nie bardzo – zagadnął kumpel.


– Nie wiem. Jest spoko, ale ostatnio nie miałem dla niej czasu. Wiesz, nowa robota.


– Taaa… Wymówki, nie?


Pavel pokręcił głową.


– Nawet nie. Hana też ma swoje zajęcia. Uczy się na gitarze i takie tam. Po prostu…


– Nie miałem na myśli, że to ona robi wymówki. Raczej, że ty ich szukasz.


Spojrzeli po sobie z krzywymi uśmiechami. Oczywiście – Hana nigdy nie miała pretensji ani do ludzi, ani do losu. Brała to, co dostała i dopasowywała do swojej rzeczywistości tak, że to, co miało stworzyć w niej lukę, nagle jakąś wypełniało.


– Nie wiem, co jest, stary. To nie tak, że nie umiem z nią wytrzymać…To tak, że nie mogę ze sobą przy niej wytrzymać! Ta jej lekkość bytu jest nie do zniesienia.


Petr przeczesał palcami ciemne, długie włosy. Wydmuchnął kolejną truskawkową chmurę.


– Nie wiem, czy rozumiesz, o co mi chodzi – kontynuował Pavel, zapatrzony w smużkę dymu uchodzącą z papierosa. – Zdaje mi się, że tak, choć sam… Boże, no nie wiem. Jakie to było proste, kiedy miała te wszystkie problemy.


Zdrętwiał, porażony własnymi słowami. „Co jest?! Przecież nie życzę jej źle!” – warknął na siebie w myślach. Szczęściem z Petrem znali się od dzieciaka i chwytali swoje nastroje w lot. Dlatego kumpel nie pytał, nie ciągnął tematu. Pozwolił mu się otrząsnąć z zakłopotania. To nie sam fakt, że było jej dobrze, tak drażnił. Zwłaszcza, że było jej… po prostu normalnie. To to, jak było jej dobrze… Jak bezpretensjonalnie i spokojnie. Nie była tą uśmiechającą się pomimo wszystko dziewczyną, która pędzi do tragicznego finału. Nie była też tą kobietą przeżywającą powierzchownie życie, by na łożu śmierci żałować, że ledwo je musnęła. Hana doświadczała wszystkiego, co i oni… Podobnie, a jednak inaczej. Nierealna wręcz w tej wewnętrznej harmonii. Pavel skiepował papierosa. Ruchem głowy dał znak, by wracali i obrócił się ku wejściu.


– Wiesz co… Martwię się o Annę – zabrzmiało nagle za jego plecami.



Turyści zerkali na nią, gdy szła w tłumie, Mostem Karola. Naturalny urok Anny, którego nie mogła zakryć nawet mocna, metalowa stylizacja, przyciągał spojrzenia. Ten i ów wspomniał potem, że pogłaskała psa, który zaplątał się jej pod nogi, a potem psa, który zaplątał się pod nogi świętemu Janowi Nepomucenowi. Który z nich tak naprawdę przyniósł jej szczęście? Świadkowie powiedzieliby, że żaden. Anna, że oba. Kochała psy i ich obecność, dotyk miękkiego futra i wilgotnego nosa dodały jej lekkości, gdy przeskakiwała przez barierkę. Ktoś krzyknął, ktoś chciał ucapić ją za płaszcz… Ale już nie zdążył.


Przyjaciele też nie zdążyli, choć Petr – przeczuwając coś – przyszedł na miejsce spotkania pół godziny wcześniej niż się umawiali. Potem dołączył do niego Pavel i we dwóch obserwowali beznadziejną akcję ratunkową, szybko przechrzczoną w mediach na poszukiwawczą. Hana się spóźniła. Ku ich uldze, stanęła na uboczu. Pozwoliła swobodnie płynąć łzom – były jak cegiełki, z których powoli, w chaosie uczuć, budowała pomnik dla przyjaciółki.



– Hana nie przyjdzie? Bardzo przeżywa pewnie? – Barman postawił na stoliku trzy kieliszki wódki i przysiadł się do mężczyzn.


– Nie chce się nam pokazywać. To jej wina, że Anna… – zaczął Petr i urwał, zawstydzony rzuconym oskarżeniem.


Zamoczył wargi w wódce i znieruchomiał, skulony, z czarnymi włosami muskającymi blat i pustym wyrazem oczu. Pavel dyskretnie odetchnął z ulgą. Niewiele brakowało, by on pierwszy to powiedział. A przecież przyszli do Wombat Cafe wprost z pogrzebu, by opić pamięć przyjaciółki, nie rozliczać kogokolwiek.


– Niemożliwe… – zamruczał basowo barman. – Słyszałem, jak rozmawiały tu dzień wcześniej. Wszystko zdało się być dobrze.


Pavel nachylił się gwałtownie nad stołem i przybliżywszy usta do jego ucha zaczął szeptać gorączkowo:


– Bo było dobrze. Za dobrze. Z Haną jest tak dobrze, że potem człowiek… No, rozbija się. Jakbyś wzleciał wysoko na jakiejś pieprzonej karuzeli i spadł, roztrzaskał się. I potem patrzysz, a Hana się unosi! – mówił coraz szybciej, coraz gwałtowniej. – Niby leży z tobą w tym samym błocie, tak samo potłuczona i przeszargana, ale jakoś inaczej. Jej lekko, jej dobrze, ona to sobie układa! I najgorzej to tak patrzeć na nią i na siebie. To jej szczęście, to jej tępe szczęście wgniata cię głębiej i głębiej. Choć nic jej nie możesz zarzucić! Nic! Żeby jeszcze się z tymi obnosiła, żeby kpiła, pouczała… Ale ona akceptuje wszystko. I to, że ty się taplasz w bagnie inaczej i że masz o to do niej żal i… Kurwa! Ja ją chyba przez to kiedyś zabiję.


Barman cofnął się gwałtownie, pozostawiając mężczyznę pod surowymi spojrzeniami komiksowych superbohaterów. Gwałtowna spowiedź, pierwsza naprawdę intymna spowiedź, na którą zdobył się Pavel, urwała się nagle. Wytatuowana, potężna dłoń popchnęła w jego kierunku kieliszek. Znieruchomiały Petr wychylił swój duszkiem. Ręce mu drżały.


– Nie zrobisz tego, prawda? – spytał szeptem, gdy stali już we dwóch pod barem. – Ja Hanę bardzo lubię. Nie wyrabiam z nią, ale lubię. Anna też ją lubiła…


– Ja ją kocham – wybąkał Pavel. – Zapomnij. Nie wiem, czemu to powiedziałem.


– Nie. Obaj wiemy, dlaczego.



Gdy odchodzili, strzegący wejścia wombat o lekko demonicznej aparycji, poruszył czujnie nosem i bacznie rozejrzał się po ulicy. Kiedy ostatni spacerowicze zniknęli za rogiem, niezdarnie zdrapał się z szyldu na chodnik. Przeciągnął tłuste ciałko i ruszył drobnym truchtem w stronę Starego Miasta.



Rozwrzeszczane bezdomniaki kotłowały się pod nogami Hany. Jak co wieczór, kobieta wyniosła do ogrodu karmę i rozrzucała ją, bacznie wypatrując w stadzie nowych lub chorych kotów. Nagle grafitowo umaszczony, masywny kształt wpadł w sam środek największego skupiska rozmiauczanej menażerii. Miast wypaść zeń równie szybko, pognany przez podwórkowych rozrabiaków, wzbudził popłoch. Koty rozbiegły się, posykując i jeżąc sierść. Tylko wielki, czarny samiec, który rządził piwnicą, położył uszy po sobie i zaczął podkradać się do przeciwnika. Ten zaś, obwąchawszy karmę, ruszył w stronę Hany, kołysząc grubym zadem. Daleko mu było do kociej gracji.


– Ty tutaj? To chyba nie na kurczaka, co? Piwo? – spytała.


Krótkie, gęste wąsy zadrgały znacząco.


– Dobra, chodź, mam coś na chacie.



Siedziała na krześle, głaszcząc mechanicznie matowe futro. Wombat rozsiadł się wygodnie na jej kolanach, nos zanurzył w miseczce z piwem i chłeptał zaciekle. Pociągnęła łyk z na wpół opróżnionej butelki i spojrzała przez brązowe szkło w stronę okna. Uśmiechnęła się do niewyraźnego, ściemniałego świata. Teraz już umiała.


– Myślisz, że kiedyś przywykną?


Wombat oderwał się od picia, powoli, starannie oblizał mokre wąsy. Pokręcił łbem. Zawsze był szczery i Hana to w nim lubiła.


– Tak myślałam – podjęła powoli, drapiąc go w kark. – Trochę ich rozumiem. Gdybym od początku taka była, to jeszcze. Ale ta zmiana… To musi ich przytłaczać. Trudno wybaczyć komuś, że stał się szczęśliwy, podczas gdy ty stałeś w miejscu.


Wombat prychnął z dezaprobatą, rozchlapując piwo. Stał w miejscu, odkąd otwarto pub jego imienia i nie miał nikomu tego za złe. Wniosek: nie było powodów mieć komuś za złe swojego stania w miejscu.


– Uważaj! – Hana odepchnęła stary, książkowy kalendarz, otwarty gdzieś na ostatnich dniach grudnia. – Zamoczysz i… – Urwała.


Spojrzenie powędrowało od zabazgranych kartek ku drgającej lekko klamce drzwi. Szczęknął zamek i smuga światła z korytarza rozlała się po przedpokoju. Pavel powoli wszedł do środka. Światło latarki tańczyło w jego drżącej dłoni, gdy starał się jak najciszej zamknąć drzwi.


Hana rzuciła okiem w stronę sypialni, ku wystającym spod kołdry zielonym włosom i luźno wyciągniętej dłoni, nad którą zaczynała się mozaika tatuaży kryjących stare blizny. Wombat dokończył piwo jednym siorbnięciem i zaczął gramolić się jej z kolan. Przytrzymała go.


– Nie, nie, poczekaj. Zaraz się obudzę, ale…


Patrzyła ciekawie na mężczyznę, z przestrachem chowającego klucze, które dała mu, gdy zaczęli planować wspólną przyszłość.



Choć unikał tego mieszkania już dobry rok, poznawał wszystko. To całe jej nachalne „bycie” emanowało z każdego kąta, z każdej rzeczy. Ze zrzuconych na krzesło ubrań, na wierzchu których leżała ukochana flanelka w kratę. Z piętrzących się w kącie przedpokoju worków z karmą dla kotów. Z leżących na ziemi winyli, które spadały z regału z książkami, ilekroć Hana sięgała po ulubione tytuły.


Miał iść prosto do sypialni. Obudzić ją…


Obudzić?


„No tak! Przecież… Przecież przyszedłem pogadać. Wyjaśnić” – powtarzał gorączkowo w głowie.


To dlaczego nie zapalam światła?


Potknął się o coś miękkiego i omal nie wpadł na biurko. Snop światła prześlizgnął się po blacie i wyłowił z ciemności otwarty kalendarz. Zdało się, że i on leżał tak samo jak przed rokiem. Przykuł uwagę mężczyzny zamaszystym pismem nietrzymającym się linii, kilkoma nagryzmolonymi rysunkami i jakimś kleksem.


„Przecież nie ten sam…” – pomyślał Pavel, ale nie mógł oderwać wzroku.


Pióro z pękniętą skuwką.


„Przecież nie to samo…”.


Plama z piwa na blacie.


„Przecież…”.


Przesunął z niedowierzeniem palcem po drewnie. Nie, nie było zakurzone.



Siedząc wygodnie na krześle, Hana patrzyła, jak Pavel ociera pot z czoła. Kiedy zawiesił rozgorączkowane spojrzenie na kalendarzu, odstawiła piwo, wstała płynnie i ruszyła w stronę sypialni. Musnęła delikatnie wystającą spod kołdry dłoń.



Pavel włączył stojącą na biurku lampkę. Smartfon wymykał mu się ze spotniałej dłoni, schował go więc do kieszeni, oparł pięści na blacie i wpił wzrok w kartkę. Dwudziesty trzeci grudnia, rok dwa tysiące piętnasty.


„Leży tu cztery lata?” – Po raz trzeci wykonał proste odejmowanie, z tym samym rezultatem. – „Właściwie, czemu nie? Zawsze była dziwna! Leży, to leży, co ja się przejmuję?”.


Chciał odejść, ale nie potrafił. Spojrzenie bezwiednie szukało sensu wśród nieznaczących bazgrołów i losowych cytatów z piosenek. Uchwyciło wreszcie jedno zdanie: „Dziś odrzucam na zawsze ciężary”.



– Po co przyszedłeś?


Jej głos wyrwał mu na chwilę powietrze z płuc. Stała tuż przy biurku, w za dużym T-shircie robiącym za piżamę i patrzyła na niego z tą całą swoją otwartością. Gotowa równie spokojnie przyjąć słowa: „przytulić cię” jak i „zerwać z tobą”.


A zabić cię? Co byś powiedziała?


„Ale nie! Przecież nie po to”.


– Nie wiem – wybełkotał. – Czemu to tu leży? Stare…


Spróbował usiąść na krześle, którego nie było. Upadł. Pomogła mu wstać, po czym przysiadła na skraju biurka. Przesunęła palcami po kartce.


– Powiedzmy, że dla pamięci. To jeszcze raz, czemu tu jesteś?


– A to zdanie? – Zignorował jej pytanie. – O co w nim chodzi?


– Jesteś tu przez Annę, prawda? Przez złość na mnie?


– Tak! Tak! Proszę, odpowiedz. Cholery przez ten zeszyt dostanę.


Sięgnął do kalendarza, chciał go zamknąć, ale Hana złapała go za nadgarstek.


– Już, mówię. – Uśmiechnęła się wyrozumiale. – To się po prostu wszystko łączy. To, jak trudno wam mnie teraz znieść i ta data.


– I Anna…?


– Tak naprawdę to nie, ale nie uwierzycie. Ani ty, ani Petr. Na koniec Anna przestała mnie nienawidzić


– Ona się po prostu cały czas do ciebie porównywała! To ją dobijało. Nie mogła sobie wybaczyć, że nie potrafi wyjść z kłopotów tak jak ty. Wznieść się w takim stylu.


– Nie, Pavel. To wy czujecie. Ona przestała. W takich momentach czuje się inaczej. Naprawdę, rozmawiałyśmy wtedy o tym w Wombacie…


– Powiedziała ci, co zamierza?


– Wiele razy powiedziała to nam wszystkim. Ktoś, kto chce skoczyć z mostu tak naprawdę wykrzykuje to miesiącami. Przecież wiesz… Nie pamiętasz, jak to było ze mną?


Pamiętał. Wstydził się wracać do tych wspomnień, bo razem z nimi wracało i poczucie, że właśnie taką – pogrążoną w depresji i lękach – ją wolał.


– W dwa czternastym, w Wigilię… wtedy, kiedy do was ostatecznie nie przyjechałam, coś zdecydowałam. Pamiętam jak dziś, że stałam pod zamkniętym Wombatem z torbą prezentów, ryczałam i przysięgałam sobie, że nigdy więcej. Że tak dalej nie ma sensu… Postanowiłam sobie wtedy jedno. Nie pozwolę, by kolejne moje święta były na przemian rzyganiem ze strachu, atakami histerii i rozpaczliwym gaszeniem pożarów na rodzinnych spotkaniach. Jedno z dwojga. Albo zrzucę z siebie to wszystko, albo w dzień przed Wigilią po prostu to skończę. Wszystko poukładałam. Wybrałam tory i porę… I przygotowałam listy i esemesy, które wyślę rodzinie. Żeby ta moja durna głowa wiedziała, że to już nieodwołalne. I odetchnęłam. Wiesz, ta cezura, takie twarde postawienie granicy samo z siebie zdjęło mi coś z barków. To był początek tej zmiany, której tak nienawidzicie…


Pavel zamarł, wpatrzony w bladą twarz kobiety. Te eteryczne niemal rysy, ten uśmiech jakby odbicie w szybie.


– A… A jaki był jej koniec? – wydusił z siebie.


Zaśmiała się, rozłożyła ręce.


– Ta lekkość bytu.



Wyszedł od niej, gdy już się rozjaśniało. Chwiejnym krokiem dotarł na Most Karola. Zatrzymał się przy nepomuku, pogłaskał wyrzeźbionego na cokole psa i wpatrzył się w rzekę.


– Hana wybrała sobie datę i tory, Anna datę i pomnik… – rzucił w powietrze. – A ja co sobie wybiorę?


Coś uszczypnęło go w kostkę. Obrócił się gwałtownie, ale złapał tylko kątem oka jakiś szary kształt.


„Szczur?” – Podwinął nerwowo nogawkę, ale żadnej rany nie było. Myśli też gdzieś umknęły, ruszył więc ich tropem na Malą Stranę. Zaprowadziły go pod drzwi ulubionego pubu – zamkniętego już o tej porze. Pod szyld – znajomy, ale… wybrakowany?


Poczuł kolejne uszczypnięcie w nogę. Zdyszany, rysunkowy wombat patrzył na niego wyczekująco, oczami o wąskich, czerwonych źrenicach. Pavel zatoczył się, przycisnął skroń do ściany.


– No pięknie… Hana, a teraz takie coś! – Roześmiał się żałośnie. – Czyli to ty mnie ugryzłeś, skurczybyku? Sorry, stary, nic już mnie dzisiaj nie zadziwi. Nic… – Zawahał się, wyszczerzył do zwierzaka. – Nie obudziłbyś właściciela? Cholernie potrzebuję się napić.


Wombat prychnął i począł drapać się po ścianie. Gruby zadek nie ułatwiał mu zadania, więc mężczyzna podsadził go nieco.


– Swoją drogą, jakbyś chciał wiedzieć, to zdecydowałem! – Krzyknął, gdy wombat umościł się już na swoim miejscu. – Też dokładnie rok. No prawie. Na rocznicę pogrzebu Anny… Albo, kuźwa, pokocham tę lekkość bytu Hany, albo… albo… albo zaadoptuję psa. – Ścichł trochę. – Na cześć Anny. Niech chociaż zwierzę ma coś z tej mojej zawiści.


Wombat zdawał się patrzeć na niego sceptycznie. Ale uchylił drzwi pustego pubu.



"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Misieq79
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1610
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

Adrianna vs Czarna Emma vs tomek300xxl

Postautor: Misieq79 » sob 21 mar 2020, 08:17

Tekst 1 - Tomek - monotonny raport policyjny. Natomiast plusik za niezłe przedstawienie depresji i alkoholizmu. Ale to trochę za mało.
Tekst 2 - Mamba - oj, nie tym razem. Też raport policyjny, I sam główny wątek przypomina mi "bo to ciebie tatuś woził na saneczkach". Nie wciągnęło.
Tekst 3 - Ad - Trochę to chaotyczne, musiałem kilka razy wracać żeby mieć pewność kto jest kto. No i patrząc na sypki językowe węszę surówkę. Wombat oczywiście daje radę.
Mój werdykt: 0.5-0-1.5


Ostatecznie zupełnie niedaleko odnalazłem fotel oraz sens rozłożenia się w nim wygodnie Autor nieznany. Może się ujawni.
Same fakty to kupa cegieł, autor jest po to, żeby coś z nich zbudować. Dom, katedrę czy burdel, nieważne. Byle budować, a nie odnotowywać istnienie kupy. Cegieł. - by Iwar
Dupczysław Czepialski herbu orka na ugorze

Awatar użytkownika
Isabel
Dusza pisarza
Posty: 483
Rejestracja: sob 01 sty 2011, 21:25
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Adrianna vs Czarna Emma vs tomek300xxl

Postautor: Isabel » ndz 22 mar 2020, 20:55

Na początku zbiorczy zarzut wobec całej bijącej się trójki autorów: lekkości bytu to ja nie widzę w żadnym z tych opowiadań, ale niech tam ;)

Tekst 1: Oj, nie :( Za mało opowiadaniowy jest ten tekst, taka monotonna wyliczanka czynności, suchy raport, jak zauważył Misieq. Językowo też niestety nie powala, znudziłam się i zmęczyłam przy czytaniu, niestety...

Tekst 2: Tu już lepiej. Ładnie - nawet bardzo ładnie! - stylistycznie, od strony oddania emocji też w porządku. Podoba mi się sposób, w jakim opisana jest obsesja, żeby nie powiedzieć obłęd, bohaterki.

Tekst 3: Wombat rządzi :) Jak zawsze - cudownie plastyczne, cudownie melancholijne, jedyne w swoim rodzaju. I tej lekkości bytu też znalazłam najwięcej w porównaniu z resztą tekstów. Zresztą, co ja mam więcej mówić, przecież ty wiesz, że ja twoje pisanie wielbię i czczę...

Podsumowując:
Tekst 1: 0
Tekst 2: 1
Tekst 3: 2


Dobra architektura nie ma narodowości.
s

Awatar użytkownika
ithi
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 5312
Rejestracja: pt 23 sie 2013, 11:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Płock
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Adrianna vs Czarna Emma vs tomek300xxl

Postautor: ithi » ndz 22 mar 2020, 21:40

I - niestety się wynudziłam. albo cierpiałam na równi z głównym bohaterem. jest zarys emocji, ale bardzo mnie nie porwało. :(
II - niestety wynudziłam się jeszcze bardziej. niby jest pomysł, ale jakiś taki... :(
II - chaos i niedopowiedzenia, na dłuższą metę męczące. :(

zazwyczaj staram się znaleźć coś dobrego, ale te teksty mnie zmęczyły jeszcze bardziej niż teksty z drugiej części konkursu obrazkowego.
przepraszam.

I- 0,5
II - 0,5
III - 2.


gosia

„Szczęście nie polega na tym, że możesz robić, co chcesz, ale na tym, że chcesz tego, co robisz.” (Lew Tołstoj).

Obrazek

Awatar użytkownika
Medea33
Pisarz domowy
Posty: 64
Rejestracja: ndz 06 paź 2019, 13:33
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wielkopolska
Płeć: Kobieta

[27.03.2020] Adrianna vs Czarna Emma vs tomek300xxl

Postautor: Medea33 » śr 25 mar 2020, 12:18

Tekst 1 – Zadany temat ledwie muśnięty. Gdyby tak go bardziej wyeksponować? Ale z drugiej strony, dla bohatera jego „życie” też przepływa jakby obok - albo ma nędzną pracę albo obsesję hazardu i picia, i nic poza tym. Również plus za opis depresji i alkoholizmu.
Tekst 2 – Coś w nim jest, coś dźwięczy, ale jakby nie w punkt. Gdyby bardziej nad tym popracować to mógłby wyjść niezły psycho-thriller. Ja tu widzę mała rozkapryszoną dziewczynkę przeszukującą Wikipedię (takie było założenie?), filozoficzne wręcz poszukiwania (właśnie – czego?) a chciałabym zobaczyć obsesyjną psychopatkę z zimną krwią i z ironicznym uśmiechem na ustach planującą kolejne kroki morderstwa. Zabrakło mroku.
Tekst 3 – rzeczywiście, z tych trzech najlepszy i najbliżej tematu ale też czuję surowiznę i za duży chaos, pogubiłam się. Jednak coś w nim jest choć ciężko było to wyłowić.

Podsumowując:
Tekst 1: 0,5
Tekst 2: 0,5
Tekst 3: 1


Dream dancer

„Od momentu, kiedy wziąłem twoją książkę do ręki, do momentu, kiedy ją odłożyłem, tarzałem się ze śmiechu. Zamierzam ją kiedyś przeczytać." Groucho Marx,
"Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było."

Online
Awatar użytkownika
Chii
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 650
Rejestracja: wt 17 lis 2009, 21:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

[27.03.2020] Adrianna vs Czarna Emma vs tomek300xxl

Postautor: Chii » śr 25 mar 2020, 23:22

T1: tomek
0

Napisane ok. Końcówka słaba. "Potrafił wytypować dokładny wynik meczu, a przez tyle lat nie nauczył się, że żyć po prostu warto, bo nic lepszego nas nigdy nie spotka." Potworny banał. Wzruszam ramionami.

T2: Emma
0

Ok. "Senseia", a nie "senseja". Szczególnie, że napisałaś raz "sensei". Zła odmiana.
Napisane bez szału. Końcówka bardzo dziwna: "słowa napiją się krwi" (co to ma być?), a na koniec cegła "bolesne drganie. Drganie zemsty." Couldn't care less. Wywracam oczami.

T3: Ada
1

Najlepiej napisane, spore zdania. Rysunkowy wombat zawsze na propsie. Spoko końcówka (ostatnie dwa zdania). Zerkam jeszcze raz na tekst.


Dzwoń po posiłki!

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3957
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

[27.03.2020] Adrianna vs Czarna Emma vs tomek300xxl

Postautor: Godhand » sob 28 mar 2020, 16:30

Punktacja końcowa:

Tekst I - Tomek300xxl: 1,5
Tekst II - Czarna Emma: 2
Tekst III - Adrianna: 7,5

Wygrywa Adrianna! Wielkie gratulacje!


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.


Wróć do „Nowa bitwa!”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość