Obrazek




NOWABITWA:Wariacje na temat wybranego autora :text-link:

Rubia & Leszek Pipka w "Rozmówkach o mandragorze"

na opowiadanie z wątkiem erotycznym
TYLKO DLA PEŁNOLETNICH! :nono:

Moderatorzy: Weryfikator, Poetyfikator, Moderator, Zaufani przyjaciele

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 906
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 1
Płeć: Mężczyzna

Rubia & Leszek Pipka w "Rozmówkach o mandragorze"

Postautor: Leszek Pipka » pn 20 lip 2020, 13:57

Temat „porzeczkowego” konkursu oparty został o motyw mandragory. Rada Starszych uznała słusznie, że wprowadzenie dotyczące tejże przyda się zarówno jury, jak i uczestnikom konkursu. Jasne, można pogrzebać w Internecie, zdobycze technologii się przydają. Ale znacznie przyjemniej posłuchać, co ma na temat mandragory do powiedzenia osoba o wiedzy większej niż Wikipedia, przy tym doświadczona w niebanalnym przedstawianiu nawet skomplikowanych zagadnień.


Stąd pomysł rozmowy z Szefową.



Rubio, zacznijmy od podstaw. Co to mianowicie jest ta mandragora? Wiadomo, że roślinka. Ale dość szczególna,z dość nietypowymi właściwościami. No i skąd ta bardzo dźwięczna, fantazyjnie brzmiąca nazwa?


Botanik powiedziałby, że mandragora jest byliną rosnącą na obszarze śródziemnomorskim, zaliczaną do rodziny psiankowatych. Rodzina jest dobrze znana i ceniona w świecie: ziemniaki, pomidory, papryka, bakłażan. Tytoń szlachetny. Ale, jak to bywa w przypadku licznych rodzin, należą do niej również krewniacy cieszący się nie najlepszą sławą. Chociażby lulek czarny, powszechnie zwany szalejem. Oraz właśnie mandragora.


Pozornie - taka sobie. Niespecjalnie urodziwa. Niska, a nawet przysadzista. Kępa dość szerokich, zaostrzonych na końcach liści, wyrastających niemal wprost z ziemi. Wiosną wśród liści pojawiają się silnie i słodko pachnące kwiaty na krótkich łodygach, wzniesione dzwonki fioletowe z żółtawym dnem kielicha. Ładne. W młodości więc mandragora potrafi przywabiać; potem trwa sobie spokojnie, właściwie niedostrzegana, skromna ciotka wśród ładniejszych krewniaczek. Kto nie wie, z kim ma do czynienia, nie zwróci na nią uwagi.


Ale mandragora ma w sobie moc.


Jej łacińska nazwa - mandragora officinarum, czyli mandragora lekarska - wskazuje wyraźnie na zastosowanie lecznicze. I rzeczywiście, Pliniusz Starszy, który wiedział wszystko o wszystkim, pisał w Historii naturalnej, że sok z mandragory stosuje się przeciw ukąszeniom węża. Wino z dodatkiem tego soku było środkiem nasennym i znieczulającym, podawano je pacjentom przed operacjami chirurgicznymi i w innych sytuacjach, kiedy trzeba było uśmierzyć silny ból. Stosowano też wywar z suszonych liści i korzeni mandragory. Receptury z wykorzystaniem mandragory znali Egipcjanie, Grecy, Rzymianie, potem Arabowie. Oczywiście, roślina o działaniu odurzającym i znieczulającym nie jest lekarstwem łagodnym. Pliniusz przestrzegał, że sok wypity w nadmiarze przynosi śmierć. Podobno wina z odpowiednio dużą dawką soku używano, żeby pozbyć się wrogów albo na długo wyeliminować z walki całe oddziały. Wiadomo, że lekarstwo od trucizny często różni się tylko dawką, więc trudno oskarżać tu mandragorę, która do dzisiaj jest używana w ziołolecznictwie. Co prawda, dość rzadko, gdyż trudno ustalić jej bezpieczną dawkę.


Te właściwości, chociaż bardzo cenne, słabo jednak uzasadniają fakt, że mandragorę kupowano niegdyś na wagę złota, ofiarowywano jej pokarmy, kąpano i bogato przystrajano.


Jeszcze na sekundę do botaniki. Psiankowate. Wiele z nich się uprawia, mandragorę współcześnie chyba też, to znaczy można ją sobie posadzić w ogródku z rozsady, a nawet zasiać z nasion. Tymczasem historyczne przekazy nie mówią, zdaje się, o celowej uprawie, a o zbieraniu w stanie dzikim. Dlaczego?


Można ją uprawiać, oczywiście, chociaż rozrasta się powoli i nie jest specjalnie wydajna. W starożytności pewnie rosła w ogrodach – Lucius Columella, rzymski autor traktatów agrotechnicznych, uwzględnia ją w swoim wykazie roślin uprawnych, czyli potwierdza, że to było możliwe. Później zapewne też, chociaż raczej nie należy się jej spodziewać w klasztornych herbariach, ze względu na zbyt silne związki mandragory z siłami ciemności. To musiały być najzupełniej prywatne ogródki lekarzy, wiedźm albo czarowników. (Nawiasem mówiąc, Joannę d'Arc oskarżono między innymi o to, ze nosiła przy sobie mandragorę. Lepiej było nie zdradzać się z jej posiadaniem, a co dopiero z uprawą).


A tak ogólnie, w poradach o pozyskiwaniu ziół (nie myślę tu oczywiście o współczesnym ziołolecznictwie) nie ma wskazówek typu: „wyjdź sobie do ogródka, wykop z grządki...”. Rośliny mocy pozyskuje się z natury dzikiej, jak najmniej poddanej woli człowieka. W konsekwencji zbieranie ich wiąże się z różnymi rytuałami, bo sile natury należy przeciwstawić własną.


To teraz podwójny ostrzał, bo odpowiedzi – tak zakładam – jakoś się ze sobą będą wiązały. Pierwsze pytanie dotyczy związku z kwestiami ostatecznymi i najważniejszymi w życiu człowieka. Mianowicie jak mandragora łączy się ze śmiercią i seksem?
Drugie zaś zahacza o magiczność mandragory. Z czego się ta magiczność brała, kto ją stworzył?


Związek ze śmiercią występuje już na poziomie podstawowym (chociaż nie jest to jedyna możliwość): ze snu wywołanego wypiciem naparu z mandragory można się nie obudzić. Sen bratem śmierci jest... Hypnos i Tanatos to przecież bliźniacy.


A związek z seksem? Tu trzeba sięgnąć do korzenia. Mandragory, oczywiście. Korzeń ten jest duży, mocny, rozrośnięty. Niby nic dziwnego, wiele roślin ma taki; nawet pospolita pietruszka potrafi czasem zadziwić swoją wielkością. Ale: korzeń mandragory przypomina postać ludzką. Przynajmniej tak powszechnie uważano. W rozmaitych zielnikach, i to wcale nie średniowiecznych, lecz znacznie późniejszych, ilustracje ukazują mandragorę jako figurkę (a czasem dwie figurki, gdyż i płeć mandragory dawało się rozpoznać) z wiechciem liści na głowie. Perska nazwa rośliny, mardum gia, oznacza ziele człowiecze, a Lucius Columella nazywał mandragorę plante semihominus, czyli roślina na wpół ludzka. Według Pliniusza mandragora biała jest męska, a czarna – żeńska.


Prawdę mówiąc, podobieństwo korzenia mandragory do człowieka nie narzuca się ze szczególną siłą, lecz jest to przekonanie ponadkulturowe i bardzo stare. Trudno byłoby powiedzieć, kto je wymyślił; Pliniusz Starszy nie przekazał nam, skąd czerpał swą wiedzę, lecz on czytał wszystko, co było do przeczytania, a zasób ksiąg uczonych miał duży. Współcześni badacze mandragory uważają, że rozróżnienie płci związane jest z faktem, że istnieją dwie jej odmiany: mandragora vernalis, czyli wiosenna oraz autumnalis – jesienna. Trochę się różnią między sobą.


W każdym razie z przekonania o swoistym człowieczeństwie mandragory dużo wynikało. Bardzo dużo.


Roślina – prawie człowiek. Pełna sił witalnych, gdyby jej nie przeszkadzać, korzeń osiągnąłby rozmiary człowieka i nabrałby cech indywidualnej istoty ludzkiej.


W Starym Testamencie, w Księdze Rodzaju (a więc tekście może nawet 1200 lat starszym od Historii naturalnej Pliniusza) został opisany spór o mandragory pomiędzy żonami Jakuba: bezpłodną, piękną Rachelą i płodną, lecz już starzejącą się Leą. Mandragora jest zatem rośliną przynoszącą płodność, a powszechnie uważano ją również za afrodyzjak (współczesne badania tego nie potwierdzają). Według żydowskich podań bazujących na dziejach stworzenia, pierwsza mandragora rosła w Edenie, być może u podnóża drzewa poznania dobra i zła. Według jednej z wersji, powstała z nasienia śpiącego Adama, który śnił o Ewie... Adam został stworzony z prochu ziemi, mandragora cały czas tkwi w ziemi i z niej czerpie soki żywotne.


Jest to jedno z ziół używanych w magii miłosnej, a z jego pozyskiwaniem związane są rozmaite rytuały.


Mandragora bowiem potrafi się bronić. W sposób najprostszy – uchylając się przed wyrwaniem. Bardziej skutecznym zabezpieczeniem jest krzyk: kto go usłyszy, pada martwy. Dlatego radzono zbieraczom, żeby do uszu wkładali szczelne, woskowe zatyczki. Można też było wykorzystać głodnego psa. Roślinę należało okopać i obwiązać sznurem, którym obwiązywało się również psa. W pewnym oddaleniu trzeba było postawić miskę z jedzeniem. Biedne zwierzę ruszało w stronę miski, wyciągając korzeń padało martwe, lecz cel był osiągnięty.


A wtedy zaczynały się kolejne ceremonie.


Jeszcze o śmierci, jeśli pozwolisz. Skąd ten pomysł o mandragorze wyrastającej pod szubienicą z nasienia wisielca? Powtórzenie motywu biblijnego w mrocznej odsłonie?


Mówiłam już, że mandragora jest rośliną mocy. A to znaczy, że ma ona swoją jasną i ciemną stronę. Mandragora to nie róża, która może pokłuć do krwi, lecz rany przez nią zadane są powierzchowne. Mandragora potrafi zabijać, i to bynajmniej nie metaforycznie. Ma w sobie siłę zniszczenia.


A historia wisielca – tak, to ciemna strona historii Adama.


Adam śpi w ogrodzie rajskim (może pod drzewem życia, może pod drzewem poznania dobra i zła), jego nasienie wsiąka w ziemię, z niego wyrasta mandragora. Podobnie jest z wisielcem. Umierając, zostawia nasienie, które wchłania ziemia. To jest mroczny aspekt mandragory. Szubienica jest drzewem śmierci, do raju nie ma powrotu, a droga skazańca prowadzi wprost do piekła. (Pomijam tu teologiczne interpretacje mandragory, żeby nie wprowadzać zbyt wielu wątków).


Dobrze. Czyli mamy roślinę mocną, w sensie roztaczającą moc, powiązaną z różnymi skutkami (do śmierci włącznie) i różnymi znaczeniami, roślinę o niejednoznacznej naturze. Co i kiedy sprawiło, że została zepchnięta na ciemną stronę Kosmosu?


Owszem, mamy roślinę silną i do tego zdecydowanie dualistyczną. Taką, która znakomicie nadaje się do praktykowania magii, w tym również miłosnej. Jak wiadomo, miłość szczęśliwa, odwzajemniona i trwała, działań magicznych nie potrzebuje (pomijam tzw. magię alkowy, gdyż są to niewinne zabiegi kosmetyczne). Natomiast w tej magii prawdziwej, gdzie gra się o osiągnięcie upragnionego celu, zawsze należy przezwyciężyć opór rzeczywistości, zwykle podporządkowując sobie rozmaite ciemne siły. A podobne przyciąga się podobnym.


W czasach przedchrześcijańskich mandragora była kojarzona z Hekate, boginią ciemności i magii. No i z Panią Luną, oczywiście.
Przesunięcie na ciemną stronę Kosmosu przyszło jednak dość późno. Święty Augustyn powątpiewał, by Lea urodziła dwóch synów za sprawą mandragory, lecz nie miał nic przeciwko samej roślinie. Wielu pisarzy chrześcijańskich podkreślało jej lecznicze właściwości; najsłynniejsza lekarka średniowiecza, św. Hildegarda z Bingen uważała, że do leczenia należy wykorzystywać tę część ciała mandragory, która najlepiej odpowiada chorej części ciała człowieka (jeśli boli głowa, to głowę, jeśli brzuch - to korpus, znowu zgodnie z zasadą, że podobne leczy się podobnym). I to była postawa właściwie niezmienna. Mandragorę uważano za swoiste panaceum, gdyż jej ciało przypominało człowieka od stóp po czubek głowy.


Gorzej z praktykami magicznymi. Przez długi czas Kościół uważał magię naturalną (tzn. z wykorzystaniem akcesoriów pobranych z natury) za superstitio, czyli przesąd. Przesądy nie podlegały karze wyższej niż upomnienie przez spowiednika i zadana przez niego pokuta. Taka postawa zmieniała się powoli, lecz wyraźnie; w drugiej połowie XV wieku praktyki magiczne to już crimen, czyli zbrodnia. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Roślina rośliną, lecz zrobiona z niej figurka to coś zupełnie innego. Można sobie żuć korzeń mandragory pokrojony w plasterki, jeśli kogoś na to stać, ale biada temu, kto będzie owijał mandragorę w złotogłów i kąpał w winie.
Jednak w spisie dóbr po śmierci króla Francji Karola V Mądrego (zmarł w roku 1380) odnotowano mandragory, podobnie w inwentarzach książąt Burgundii.


Bogaci mogli się nią posługiwać dość otwarcie, dość swobodnie, dla biednych zaś ze śmiertelnym niebezpieczeństwem mogło się wiązać samo podejrzenie o posiadanie mandragory?


Czyli zwyczajnie, jak to w życiu bywa... Możni tego świata nie musieli dbać o pozory. Z pewnym zastrzeżeniem. Biedni nie mogli pozwolić sobie na mandragorę. To jest roślina dość rzadka (święty Augustyn cieszył się, że mógł spróbować jej owoców, które zresztą uznał za pozbawione smaku, chociaż przyjemnie pachnące) i niełatwo było kupić jej korzeń, tym bardziej że mag po jej szczęśliwym wyrwaniu powinien był wrzucić w dołek monetę albo nawet bryłkę złota. Również fałszywe mandragory, wykonywane głównie z kłączy irysa, kosztowały niemało. Do biednych nie trafiały. Ale popyt na nie był.


Mandragora to po arabsku alrauna; w Niemczech wykonywano z jej korzenia (chociaż najczęściej był to zapewne irys) figurki zwane Alraune. Miały przynosić dostatek, szczęście w miłości i leczyć choroby. Wzmianki o tych Alraune w tekstach dotyczących magii spotyka się dość często, co świadczy, że i figurki nie były rzadkością. Podobnie w innych krajach.


Wiadomo, że w głowach takich figurek umieszczano ziarna maku. Jeśli wykiełkowały, figurka zyskiwała włosy. Stąd pewnie ceremoniał kąpieli, żeby korzeń nie wysechł zbyt wcześnie. Jeśli Alraune została wykonana z korzenia prawdziwej mandragory i nie usunięto jej wierzchołka wzrostu, mogła wypuścić własne liście, co również potwierdzało jej żywotność i siłę.


Taa, autentycznej mandragory biedni nie mieli, ale pewnie oszukany proszek albo podrabiane cząstki - z irysa - sprzedawano naiwnym na jarmarkach, podobnie jak podrabiane relikwie.
Chciałbym jeszcze pogłębić w kilku zdaniach zagadnienie używania do praktyk magicznych, w tym tych o piekielnej proweniencji. Kto i do czego, to znaczy do jakich spodziewanych efektów, używał mandragory?


To ciekawe, że większość działań magicznych była związana przede wszystkim z pozyskiwaniem mandragory. Poza zatyczkami do uszu i tym nieszczęsnym psem dobrze było mieć żelazny miecz, żeby zakreślić wokół rośliny trzy kręgi (zabezpieczały przed jej złowrogim działaniem), można było próbować wykopać ją złotą łyżką (wariant z psem był jednak tańszy!), a pod koniec warto było zapalić złotą świecę i okadzić roślinkę mieszaniną mastyksu, kadzidła i werbeny. Były też przepisy dotyczące stroju maga oraz astrologiczne wskazówki, kiedy można zabierać się za wykopywanie. Aha, mieszkańcom podziemi warto było złożyć ofiarę z sowy albo czarnej kury, wtedy nie protestowali zbytnio przeciwko temu rabunkowi.


Natomiast kiedy się już miało korzeń, trzeba było traktować go jak człowieka. Karmić mlekiem i ciastkami, kąpać (najlepiej w winie), ubierać w kosztowne materiały i mieć nadzieję, że zadowolona roślina-człowiek zechce spełniać prośby. Właściwie są to praktyki kultowe bardzo zbliżone do tych, którymi w starożytności otaczano posążki rozmaitych bóstw, a w chrześcijaństwie wizerunki świętych - może poza mlekiem i ciastkami, gdyż świętym chyba jednak częściej ofiarowywano kwiatki albo zapalone świece (przynajmniej w domu, nie mówię tu o kosztownych wotach w kościele). Mandragora odwdzięczała się, kiedy była usatysfakcjonowana. Jeśli nie, potrafiła sprowadzić na właściciela pomieszanie zmysłów.


Mandragory uznawano również za talizmany i noszono na ciele, gdyż miały chronić przed ciosami - to jest zapewne przypadek Joanny d'Arc. Wchodziły też w skład słynnej maści czarownic, umożliwiającej latanie i to jest chyba najpoważniejszy ich udział w praktykach czarnomagicznych.


Powróćmy do wątku seksualnego/erotycznego. Wspominałaś o Lunie, czyli Księżyc, cykliczność, płodność, życie miłosne. Mandragora jako ziele, które się zadaje wybrance/wybrankowi?..


Z „zadawaniem” mandragory mogło być różnie, ze względu na jej działanie odurzające i usypiające. W tej sferze pewnikiem wydaje się to, że żółte, niezbyt zresztą duże jagody mandragory nazywano "jabłkami miłości" i spożywano wspólnie jako afrodyzjaki. Efekty picia wina z mandragorą mogły być natomiast dalekie od oczekiwanych, lecz ryzykantów pewnie nie brakowało...


Wprawdzie kreatywność Weryużytkowników nie zna limitów, ale nie sądzisz, że użycie "mandragory" jako motywu obowiązkowego nieco zawęża możliwości wypowiedzi? Chodzi o to, że działanie i wiara w cudowny korzeń (również w aspekcie erotycznym) ma charakter historyczny, przez co siłą rzeczy wymusza element historyczny/mitologiczny/fantazyjny w konkursowym tekście?


Wiesz, Leszku, znając skłonności P.T. uczestników konkursowej rywalizacji do omijania wymogów zawartych w tytule i warunkach konkursu, mogę wyobrazić sobie opowiadanie o wybuchu potężnego uczucia w narożnym barze z szyldem "Mandragora". Albo nieprzezwyciężoną miłość do dziewczyny z zespołu o tej nazwie. Natomiast bardziej poważnie - tak, mandragora jest motywem silnie osadzonym w rzeczywistości historycznej, związanym z mitem i magią. To implikuje pewien kontekst, chociaż nie wiąże się z koniecznością przyjęcia konwencji opowiadania historycznego albo fantasy. Nie da się ukryć, że warto wiedzieć, kim/czym jest/była mandragora. Lecz jeśli przechodzimy na poziom działań mniej uwikłanych w historię - mandragora odurza. Uspokaja, uśmierza ból. Stan miłosnego odurzenia to nie jest właściwość historyczna!


Ja bym poszła w zmysłowość. W ten słodki, intensywny zapach kwiatów i w ciepłą, śródziemnomorską noc. Wiesz, co pisał chłodny sceptyk, Józef Flawiusz, w O wojnie żydowskiej? Otóż: „W dolinie koło miasta Macherontu rośnie cudowny korzeń barwy ognia, w nocy promieniujący światłem.”


Światło też można dorzucić do zapachu, a potem uruchomić wyobraźnię. Wystarczy.


To było szalenie ciekawe, jesteś, Rubio, gawędziarką wysokiej klasy. Dziękuję za fajną rozmowę!


Ja również dziękuję. W imieniu własnym i mandragory, która, mam nadzieję, zostanie potraktowana w tym konkursie z dbałością, na jaką zasługuje.





Faraon: Dziękuję Wam obojgu! :megahug: To już półmetek czasu przeznaczonego na pisanie! Na opowiadania z wątkiem erotycznym czekamy do 22 sierpnia 2020r.



Awatar użytkownika
Iwar
Debiutant
Debiutant
Posty: 440
Rejestracja: sob 27 maja 2017, 15:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Rubia & Leszek Pipka w "Rozmówkach o mandragorze"

Postautor: Iwar » wt 21 lip 2020, 16:15

Leszku, Rubio, dzięki za ten mentalny delikates. Tyle ostatnio wrót pootwierali, przeciągi porobili i myślałem, że resztki myśli mi ze łba wywieje. A tu jednak jest jakaś kotwica dla ducha.




Wróć do „Letni Konkurs Porzeczkowy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość