Obrazek Weryfikatorium

WIELKI FINAŁ! :text-link:
Czas głosowania minie: wt 31 mar 2020, 11:22

Malowane Słowem, czyli Mistrzowie obrazowania - Wielki Finał !!!

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Głos oddaję na:

Czas głosowania minął wt 31 mar 2020, 11:22

Tekst 1
7
54%
Tekst 2
6
46%
 
Liczba głosów: 13

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3957
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Malowane Słowem, czyli Mistrzowie obrazowania - Wielki Finał !!!

Postautor: Godhand » wt 24 mar 2020, 10:22

Tekst 1

Kochanka Behemota



Londyn, Notting Hill.


Miejsce gdzie blichtr spotyka przepych, gdzie moda bryluje w wykwintnych restauracjach. Markowe sklepy, second-handy i targ na Portobelo Road. Kosmopolityczne i multikulturowe. I pełne artystów.


Przed bramą domu w stylowej architekturze, o stiukowym froncie i z prywatnym ogrodem, stanął mężczyzna. Gdyby go opisać, był podobny do nikogo. Z pewnością dumny i wyniosły, ale czy wysoki? Czy cudzoziemiec? Był marzec, przyświecało słońce i zieleniły się drzewa, a on w surducie i płaszczu. W berecie, bez grama potu. I w rękawiczkach, a jeśli chodzi o dłonie, to w lewej skórzana teczka, w prawej czarny kot pod pachą.


Przybysz zadzwonił na domofon i spokojnie czekał.
- Posiadłość państwa Clark – odezwała się służąca.
- Przekażcie panu Clark moje gratulacje z powodu ślubu. Ślubu przed Bogiem i w kościele, oczywiście. I koniecznie dodajcie, że chodzi o powieść.
Ciszę, która trwała krótko, ułamek tego co przeżył nieznajomy w czarnych czeluściach, przerwał kot głośno miaucząc. Oraz pan domu.
- Tak, słucham?



„Jahwe Adonai przyśpieszał ewolucję. Jeden z Elohim – bogów, przybyszów z gwiazd, z tytułem dowódcy wyprawy, Tetragramem, tworzył ludzi z małpoludów. Wpierw genetycznie Adama – trójkąt wierzchołkiem do góry, i z jego szpiku Chawę – trójkąt szpicem do dołu. Pierwiastek męski i żeński, te dwa symbole razem tworzą gwiazdę Dawida, pieczęć Salomona.”



- Proszę wejść...


Otworzono bramę. Kot zeskoczył na ziemię i noga w nogę, szedł z gościem. Przeszli po brukowanej ścieżce przez ogród aż do drzwi frontowych.


Wpuścił ich sam Ossie Clark. Gestem ręki zaprosił do salonu, bardzo zdziwiony dopytywał:
- Skąd pan zna moją powieść? Pewnie któryś z przyjaciół... To zwykła amatorszczyzna, nikt tego nie wyda, piszę w wolnych chwilach. Panie, panie...?
- Voland. Zaś mój pupil ma jakże wdzięczne imię, Behemot.


Kot szybko się zaprzyjaźniał. Z kocicą Blanche rzecz jasna. Drugi z domowych zwierzaków państwa Clark o imieniu Percy, nie był zainteresowany.


Voland zdejmując beret, usiadł bez ceregieli w fotelu, naprzeciwko, na sofie Ossie.
- Czym się pan zajmuje i skąd pan do diabła zna moją powieść?
- Do diabła, zaiste. Jestem specjalistą od czarnej magii, prowadzę też wydawnictwo - Zagabywany rozejrzał się po salonie. Wnętrze było urządzone ze smakiem, zapewne według feng shui. Sam Clark pasował w nim idealnie, zwany królem King's Road, doskonałym projektantem kobiecej mody. To on uważał, że najlepiej ubierają się dziwki, a gość podzielał ten pogląd. Może z dodatkiem czarownic.


W pokoju pojaśniało, w świetle słonecznym zza firanki, miękkim krokiem do pokoju weszła Celia Clark. W samym szlafroku. Lustrując Volanda od stóp do głowy, spojrzała w oczy. Zaiskrzyło.
- Może podać kawę? Whisky? - spytała, siadając w drugim fotelu. Widać było zgrabne łydki, żona projektanta wręcz odsłoniła dekolt, poluzowała pasek. Flirtowała ewidentnie.
- Wódkę. Jest już późne popołudnie. Z resztą chcę opić umowę.
- Umowę? - spytał Clark.
- Z panem, umowę na książkę. Tu jest dziesięć tysięcy funtów zaliczki. - Wyjął banknoty z teczki na przeźroczystą ławę. Ale muszę mieć maszynopis.


Była to duża suma, do tego dochodziła kwestia spełnienia swojego hobby, zostania wydanym. Zdumiony Ossie Clark chciał coś jeszcze dodać, o coś spytać, ale zamiast tego żachnął się i opuścił salon. Zostawiając żonę sam na sam z Volandem.


Podano wódkę i trzy kieliszki.


Domniemany wydawca zagaił rozmowę, o tkaninach i modzie, Celia śmiejąc się, wiedziała już czego chce. Volanda.


Wrócił mąż, niosąc w ręku powieść spisaną na maszynie.
- Pan przeczyta swój ulubiony fragment, panie Clark – odezwał się niespodziewanie Behemot
- Cudownie! Kot, który mówi! Trudno było nauczyć go tej sztuczki? - piała z zachwytu Celia.
- Niczego nie musiałem go uczyć – stwierdził mistrz czarnej magii. - Niech przeczyta, ciekaw jestem, co pan wybierzesz.



„Na górze Chorev, Jahwe Adonai podpalił krzew pistoletem plazmowym. Przybył Mosze i dostał wytyczne, już nie Egipcjanie, a Żydzi, są narodem wybranym by przekazać im wiedzę.”



- Ciekawe. Twierdzi pan więc, że to kosmici? Boga nie ma? - zapytał Voland.
- Owszem. Piramidy to sprawka przybyszów z gwiazd. A Stary Testament to bajka. Zdecydowałem się też. Biorę zaliczkę.
- Wspaniale! Toast, za prawdziwy talent pisarski!


Wypili w trójkę, państwo Clark zakrztusiło się, zakaszleli. Wódka mocna niczym spirytus!
- Już wieczór, po nocy nie będzie nasz drogi gość wracał. Służąca przygotuje łóżko. - Zaordynowała Celia.
- Z chęcią skorzystam. Dobranoc.



***

W środku nocy, do pokoju, w którym Voland leżał na łóżku i w samej bieliźnie, cicho weszła pani Clark. Nie obudziła go, nie spał i dodał z uśmiechem:
- Czekałem na ciebie.
- Volandzie...
- Bóg nie jest miłością, chyba, że w stosunku rodzic – dziecko. Bóg jest seksem – odparł zdejmując boxer-shorty.



Ossie Clark śnił.



„Skończyło się dziewięć plag Egiptu, Mosze wraz z Aharonem wykradli Aron ha-Berit – Arkę Przymierza przechowywaną w komorze królowej w Wielkiej Piramidzie. Teraz Jahwe przymierzy się z ludem Izraela, porzuci Egipcjan. Statki gwiezdne dalej wisiały w Gizie, ładując się energią z czubków trzech trójkątnych budowli. Faraon wysłał wojsko za Żydami, lecz ci, dzięki kosmicznej plazmie z Arki rozstąpili fale Morza Czerwonego. Przeszli suchą stopą, topiąc za sobą oddziały ciemiężycieli.”



***

Rankiem przybysz zniknął razem z kotem i maszynopisem. Pieniądze w jakiś przedziwny sposób zamieniły się w zabawkowe z angielskiej wersji Monopoly. Celia była zawiedziona, chciała by potajemny romans trwał wiecznie. Ossie siedział w swetrze od mamy i z Blanche na kolanach, nową kochanką Behemota (choć w tytule Percy) i czuł się oszukany. Obaj małżonkowie byli w sypialni kiedy uwiecznił ich blask flesza Davida Hockneya, to niezapowiedziany gość chciał mieć niepozowane zdjęcie, by móc malować swoje przyszłe dzieło.



I takich uchwycił obraz.



Tekst 2

[uwaga, śmiercionośne bluzgi]

Magiczny błąd

Mogliby zacząć od karczmy. Od banalnej rozmowy o orężu, wyprawie i drużynie. Mogliby siedzieć przy gorzale i zalewajce, w której maczaliby grube pajdy chleba, i rozprawiać o świecie, wartościach, sensie istnienia. Ale nie. Musieli zacząć od...


- Wypierdalać, kurwiszony!!! Jebane, czarne popierdoleńce! Zarazy!


...od ataku stada wściekłych wron.


- Wy kurewskie ochujańce! Won!!!


- Zamknij ryj i zacznij walić mieczem! Nie zabijesz ich samymi bluzgami! – wrzasnęła Ametyst do Karneliana.


- Giń, kurwaaaaaaaa! – Karnelian rzucił się ze swoim Excelsiorem na największe ptaszysko.


Serpentyn obserwowała z dala, jak Karnelian na oślep wali mieczem w atakujące go wrony, a Ametyst krzyczy na Karneliana, wymachując rękami. Westchnęła. To był ostatni raz, gdy poszła z tym dwojgiem gdziekolwiek.


- Tak się kończy zadzieranie z kapłanką – burknęła sama do siebie, przysiadając na skale.


- Chyba mi nie powiesz, że to jej wina – Onyks zerknął na nią spod swoich krzaczastych brwi. Nie zauważyła go. Siedział tuż obok, badawczo się jej przyglądając. Zapatrzyła się w czarną otchłań jego źrenic, które zaczęły wciągajać ją coraz głębiej i głębiej, i głębiej...


- ...Serpe?


- Sam się o to prosił. – Założyła ręce i odwróciła się od Onyksa. Jeśli patrzyłaby na niego dłużej, musiałaby użyć co najmniej takiej klątwy, jak ta kapłanka. Albo po prostu by się na niego rzuciła.


- Jebana przepowiednia! – Karnelian szedł do nich, kopiąc z wściekłością kawałki skał i truchła pechowych wron. - ...Co jest, kurwa?


- Nic! – Syknęła Serpentyn. - Było nie zadzierać z kapłanką.


- Mogła nie popełniać grzechu przeciwko modzie. Etno jest passé. – warknął Karnelian, rzucając skrwawionego Excelsiora na ziemię.


- Ty się kiedyś doigrasz... – Ametyst pojawiła się tuż za nim.


- No co? Nie mogłem patrzyć, jak popełnia zbrodnię przeciwko dobremu smakowi! – Karnelian siadł zmęczony obok Sepentyn.


- Weźcie mu coś powiedzcie! – Ametyst wymownie spojrzała na Serpe i Onyksa.


- Ja tam nic nie wiem... – Onyks wzruszył ramionami. Serpe otworzyła usta.


- A widziałaś te włosy?! – Nie dawał za wygraną Karnelian. – To jest, kurwa, zbrodnia!


- Przestań! Ona to wszystko może słyszeć! – Ametyst pochwyciła największą wronę i rzuciła nią w Karneliana.


- Odbiło ci?! – Karnelian odskoczył jak rażony prądem, a nie zdechłą wroną. - Niech, kurwa, słyszy! I niech zmieni tę żałosną stylów...


- MORDAAA!!!


Wszyscy troje odwrócili głowy w stronę Serpentyn.


- Mam już tego wszystkiego serdecznie dosyć! – krzyknęła. Była jedną z tych prerafaelickich dziewoi – pół efemerydalnych, a pół umarłych, jakby przyłapanych w momencie ciągle wydarzającej się śmierci. Jej niespodziewanie żywa reakcja okazała się dla towarzystwa nad wyraz gwałtowna.


- To jest ostatni raz, gdy daję się wam wyciągnąć na jakikolwiek spacer! – Serpentyn zieleniała coraz bardziej z każdym słowem. – To miała być „luźna przechadzka po parku”, a nie polowanie na czarownic... o, przepraszam... „kapłanki”, połączone z ganianiem wro... „z zażynaniem ptaków ciemności”! Jeszcze tylko brakuje tego, byście zaczęli szukać jakiejś kałuży, byle tylko znaleźć „plujące złem żaby” i rzucać w nie kamieniami, krzycząc jakieś zaklęcia, inkantacje, klątwy... czy po prostu drąc mordy! Tu są ludzie, na litość boską!


Krzaczaste brwi Onyksa uniosły się w niedowierzaniu. Ametyst stała jak wryta.


- Ale mamo... – zaczął Karnelian... Kornel, zawstydzony wybuchem matki. Niemrawo dziobał Excelsiorem w ziemi.


- Wyrzuć wreszcie ten brudny patyk! – warknęła matka. – Koniec, kurwa, spacerów! Dosyć! Kwarantanna! Od dziś wszyscy siedzicie w domu na dupie!


*

Palce Anety zanurzyły się w burzy ciemnych loków. No przecież takiego gówna nie napisze. Wrony, kapłanki, bohaterowie z kamieni i... matka. Dobre sobie.


Oparła głowę o klawiatuadasdbfejlbfxzcnvjeawe.


Ech.


Ach.


Och.


Duży naszyjnik z koralików ciążył jej u szyi. Patrzyła na jego wyblakłe kolory, wyszczerbienia i braki. Czuła jak z każdą sekundą ściąga ją coraz bardziej w dół. Ku totalnej porażce.


Wolałaby coś innego. Jakiś romans. On, ona i kot. Trójkąt posthumanistyczny. Mogłaby wtedy dać upust swojej fantazji, swoim wizjom, swoim kombinacjom... swoim... swoim...


A tak...


Wrony.


Podniosła głowę i spojrzała na stojącą na biurku miskę gorącej zupy, którą przed chwilą przyniosła jej matka. Para, cienką strużką, powoli unosiła się i znikała. Unosiła się i znikała. Unosiła i znik... Uno…


Jebać. Po prostu zacznę od karczmy.



"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Wróć do „Malowane słowem, czyli mistrzowie obrazowania”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości