Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Finał JSM2018! Kto zostanie Siewcą Dobra?!

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Przyznaję tytuł "Siewca Dobra 2018" autorowi tekstu...

Czas głosowania minął ndz 06 sty 2019, 15:21

C.
5
29%
D.
5
29%
E.
7
41%
 
Liczba głosów: 17

Awatar użytkownika
Faraon
Imperator
Imperator
Posty: 4042
Rejestracja: pn 01 gru 2008, 21:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Finał JSM2018! Kto zostanie Siewcą Dobra?!

Postautor: Faraon » pt 28 gru 2018, 15:21

Weryfikatorianie!
Na przyznanie tytułu Siewcy Dobra 2018 dajemy Wam z Dorotą dziewięć dni [do 6 stycznia].
Chłońcie Moc i zarażajcie nią przez cały 2019 rok! :faraon:

Pewnie jesteście bardzo ciekawi, co tam się wydarzyło dalej, więc bez zbędnej zwłoki - oto trzy finałowe prace:
___________________________________________________


Tekst C

Wizytacja

Powiedział, że musi lecieć, za dwie godzinki wróci. Zostawił segregator z listami dziękczynnymi, dyplomami i drugi, w którym są wycinki prasowe. Możesz sobie przejrzeć dossier człowieka potrzebnego, wyszczerzył zęby. A twoja opowieść, spytałem. Wykorzystaj ją, jak chcesz, nie zapomnij tylko napisać, że mnóstwo rzeczy w życiu jest kwestią przypadku. Wybiegł, łapiąc stojący w kącie marynarski worek i jeszcze torbę: pękatą, wyładowaną.



Siedzą w twojej kanciapie. Półkrólowie. Dwóch. Czemu tak? Jakby jeden umiał czytać, a drugi pisać. Królów naśladują; tamtych też jest dwóch, ale to przynajmniej zrozumiałe, przecież są braćmi. Właściwie to prawidłowo, Półkrólowie też są jak bracia. Obaj nalani; obiadki płacone firmową kartą, wysiadywanie dupska za kierownicą, na naradach i cotygodniowej audiencji u Królów połączonej z rutynową zjebką swoje robi. Flip i Flap. Chociaż nie całkiem. Raczej Flap jeden i Flap dwa. Mógłbyś wyglądać jak oni. Tyle, że jak wbija furgon z dostawą, to zasuwasz z pakami, chociaż kręgosłup protestuje, obciążony dodatkowymi kilogramami – i to niemałymi. Na swoje panienki w rureczkach, z przystrzyżonym włosem i niby-drwalskimi brodami nie masz co liczyć. One są, żeby czarować klientów. A Półkrólowie chyba nigdy nie skalali się tak przyziemną działalnością, nie żebyś słyszał o podobnym dziwactwie.


Ten mniejszy nalany jest puchato, koala sympatyczny, blond włoski, policzki różowe i rączki miękkie, nieduże, z paluszkami jak u niemowlaka. Podpisze się pod każdym świństwem jeśli każą, nawet sam wymyśli, ale w głębi duszy to poczciwiec, niemal zawsze uśmiechnięty, koncyliacyjny, wodniste oczka patrzą życzliwie. Ma słabą głowę, dlatego się pilnuje, bo po kielichu mięknie jeszcze bardziej, oczka łzawią o to, jak go traktują Królowie i do jakich podłości zmuszają. Wiesz, piłeś z nim. Trochę nerwowy, drepcze naokoło Flapa dwa, jakby się chciał przypodobać, długo to już robi, lata całe nie wychodzi z roli wychowanka, którym w istocie jest.


Bo Flap drugi, choć nalany, ze skórą na twarzy równie zaczerwienioną co przydupas, z włoskami rzadkiego, lecz mocnego zarostu, to dla odmiany człowiek-skała. Oszczędny w ruchach, z niskim głosem, którego nigdy nie podnosi. Nie musi, wyprzedza go charyzma. Duża głowa wbita w barki, lekko przygarbiony (to z powodu wzrostu), wzrok skanujący obszary podlegające procedurom. Znasz go już ze dwadzieścia lat. Kiedyś, w innej z nazwy – choć podobnej w działaniu – firmie byliście obok siebie. Z tym, że ty wspiąłeś się startując z najniższego poziomu, on od razu rozsiadł się w połowie służbowej drabiny. Potem obaj awansowaliście, ty szybciej, on nie tak spektakularnie, ale pewnie. Szedł wyżej, gdy ty już spadłeś na ryj, potykając się o podłożoną stylowo świnię. A jeszcze potem biegałeś dla Flapa dwa, gdy był już prezesem pewnego zrytego pierdolnika. A teraz tu. Bo Drugi nie zapomina o ludziach. Kolekcjonuje ich w kapownikach i pamięci telefonu, obojętnie, czy katapultują się w kosmiczne rejony hierarchii, czy akurat pełzają bezradnie w mule. Ci drudzy są jeszcze bardziej interesujący; podniesieni do światła zapewniają lojalność, zabezpieczenie tyłów i zapierdalanie jak maszyna po bandzie zdrowego rozsądku. No chyba, że się nie sprawdzają, wówczas odpalenie wrotek jest błyskawiczne. Numer telefonu zostaje w annałach, zawsze może się przydać.


Ubrali się zgodnie – luzacko. Sweterki, jasne spodnie, casualowe butki z górnej półki galerii. Przyjechali negocjować z Pamelą nowe warunki, stary deal się kończy. Upewniają, na ile Pamela was czardżuje, jakby tego nie mieli w kwitach. Już wiesz, że się nie przygotowali, nie zadbali o szczątkowy choćby draft do kontraktu, nawet twój raport przelecieli tylko wzrokiem na ekranie smartfona. Będą improwizować zgodnie z wypróbowanym wzorcem – chamówa w białych rękawiczkach, nosząca pozory zdecydowanej fachowości. Pozory w kolorze buraka. Sam mógłbyś sprawę załatwić na miejscu, w jednej turze przy kawie i ciastkach. Ale na chuj to komu, oni muszą zaliczać punkty do półkorony.


Gdy wracają, słyszysz nieomal triumfalny marsz z Aidy. Pozamiatane. Yhy, pewno. Gówno wiedzą. Rzecz w tym, że Pamela rządzi, ale trochę na niby. To nie ona trzyma kasę, tylko Fred – i on jest od strategii. A Fred to jest gość. Wpada tylko z rzadka i na chwilkę, zajeżdża czymś odpowiednio wypasionym; od Bentleya po Mini w skórzanym beżu - bo mu akurat do imidżu na ten dzień pasuje - pokręci się chwilę, poniucha i znika. A po każdej wizycie coś się dzieje. Krawężniki malują i trawę na zielono, pojawiają się ważniacy z neseserami, w biurze szczęka sejf i wszystko na jakiś czas kręci się w innym tempie. Pamela tylko wygładza, kwity pisze, po kontrolach łazi ze swoimi ludźmi, dogląda. Musi się porozumieć z Fredem, dzisiaj kiwała głową, ale od ostatecznych decyzji to jest daleko jak stąd na Marsa.


Nic nikomu po twojej wiedzy, więc milczysz, z miną najmądrzejszą, na jaką cię stać. Potem ci fundują przesłuchanie: zły gliniarz – dobry gliniarz. Że dołujesz. Że nie wyrabiasz. Patrz, mówią, ekipa z Błękitnej rejon ma mniejszy, a diluje tyle, co ty. W tym miesiącu zjechałeś dwucyfrowo z rozwoju, a oni są na plusie i sobie radzą. Traffic, mówisz, mają lepszy, no co masz powiedzieć, że łżą? Bo Błękitna owszem, dyszy ci za plecami, ale rzadko kiedy masz ich z przodu, zwykle jednak to oni wąchają twoje smrody. Flap przełyka twoją wypowiedź z pewnym trudem, chwilę milczy, jakby się łączył z Biblioteką Kongresu specjalnym czipem w głowie, a potem pyta o pomysły, co byś zmienił, bo przecież tak się nie da. Może ty pomocy potrzebujesz? No właśnie, podchwytuje ten dobry, pierwszy Półkról, może ci kogoś przyślemy, spojrzy świeżym okiem na twoje trudności, poradzi, coś przereorganizuje?


Pewnie, najbardziej ci brakuje jebanego mądrali z rękami w kieszeniach spodni od przyciasnego garniturka, co się będzie kołysał z pięt na palce w wyglancowanych półbutach ze szpicem, omiatając wszechwiedzącym wzrokiem cały burdel. Prawie się nie zdarza, żeby któryś z tych psów – bo przecież nie wilków – biznesu był grzeczny, niechby chociaż w miarę dobrze wychowany. Większość napierdala wyuczonymi pytaniami o wydumane wskaźniki, nie znasz (bo po co, gołym okiem widać, czy idzie, czy nie idzie), to już cię mają, od razu ustawiony zostajesz na etacie parobasa. Potem z tą samą szybkością wypisują recepty na szczęście ludzkości, życie wieczne a zwłaszcza naprawę standingu Firmy na tej gównianej (ho, zajebiście wygląda ledwie maskowane obrzydzenie, gdy wymawiają jej nazwę) placówce, a wszystkie pasują do rzeczywistości jak widelec do zupy. Rosołu. Czystego. No i weźmy się – i zróbcie, a żywo, ruszać się, ćwoki, ważniejsze zadania mnie wzywają.


Nawet nie zdążyłeś się wypowiedzieć na temat wyjątkowego pożądania prawdziwego fachowca, już wracają do pytania o koncepcję procesu naprawczego. Nie, żeby byli zainteresowani, znudzenie przyrosło Półkrólom do oczu, może tylko u Flapa dwa błyska maleńka iskierka ciekawości, jaką głupotę wymyślisz. Ostrożnie macając grunt jedną stopą zaczynasz, że Miasto wykształceniem stoi, połowa populacji na studiach, to może by tak trochę pokombinować z serią dla tych z aspiracjami, wyroby trochę przefiltrować pod tym kątem... Nie doszedłeś do połowy spiczu, kiedy słyszysz, jak obaj wciągają powietrze przez dziury między zębami. Duży czerwienieje na twarzy, szczęki mu chodzą. Pojebało cię? Pyta wściekły, czysto retorycznie pyta, ale spokojnie, bez krzyku, pasja w nim tylko zbiera, syczy strumykiem pary z uszu, prąd mógłby produkować jakby tę parę na turbiny puścić. Dla studentów? Myślicieli? Żeby to tałatajstwo wspierać? Włos na czworo rozczepią, a zarobić nie dadzą. To jest zakała naszego biznesu i zakała ludzkości w ogóle.


Wiesz po co w ogóle jest dilowanie – twoje i innych? Odpowiadasz prawidłowo. No właśnie, powtarza. Żeby Firma wypychała to, co sama wyprodukuje. Ja ci mówię, akcentuje, ja ci mówię, że to jest dobre, to jest dla ludzi i tym masz się zajmować. Bo my wiemy lepiej. Słyszysz, jak tapicerski nóż w tylnej kieszeni pomału, ząbek po ząbku wysuwa się z plastikowej obsadki. Czarodziejstwo takie, robi podobny numer gdy słyszy wyjątkowy farmazon. Ściskasz go prawym półdupkiem, uspokój się, oni może nawet w ten farmazon wierzą. Jasne, płacą ci za wypychanie ostatecznego chłamu, wyjątkowego syfa własnego wyrobu. Kupę kasy - akurat na opłaty, wachę, chujowe fajki i śmieciowe żarcie, którego domaga się żołądek. W przeciwnym razie skręci się w supeł, żeby ci zjebać te parę godzin w łóżku, z dala od czerwonej krechy w uścisku rzędnej i odciętej na ekranie komputera.


Zaciskasz zęby. Milczysz.


Więcej pozytywnego myślenia, więcej entuzjazmu, mówi w końcu ważniejszy z Półkróli. Ma cię jarać każdy procent wzrostu, każdy miedziak, jaki wyrwiesz klientom. Tak, żebyś patrząc na okresową krzywą dostał orgazmu bez udziału kobiety. No! I klepie cię w ramię, jesteście przecież kumplami, ale oczy ma zimne jak lód.


Już wiesz. Pokłon Dwóch Półkróli nie skończy się niczym dobrym. Odwrócona przyjacielskim kuksańcem klepsydra zaczęła przesypywać ostatnie okrążenie.


Gdy przyjechała najemna szmata z kwitem, maznąłeś podpis nie czytając. Udławcie się.



Czemu to akurat takie ważne, dziwię się, przecież tu koledzy napisali, że rozsiewasz dobro. Wrócił, wokół ust ma jeszcze ślady po szmince, pewnie w szpitalu nie szło porządnie się umyć. Zresztą za kierownicą nie widać. Graty też spakowane byle jak, z worka wystają czubki wielgachnych czerwonych kamaszy. Pytam, czemu nie pierwszy występ, pierwsze oklaski, bo ja wiem, pierwsze podziękowanie. Bo tamto było istotne, wtedy, zanim mnie wywalili osiągnąłem dno, odpowiada poważnie. Gdybym nie spotkał Maksa - on mnie wciągnął i nauczył - to dalej bym zasuwał w kołowrocie, tylko gdzie indziej. Teraz z imprez prywatnych wystarcza na życie, a to, macha ręką na segregatory, jakoś się samo zrobiło. Chyba mam uśmiech na twarzy, bo jego też się rozjaśnia.



Może ma rację. Tylko energia, jaką promieniuje, nie wygląda na przypadkową. Dziwny człowiek.



_____________________________________


Tekst D

Jeszcze dziewięć dni

Tamtego dnia wracałem z Solca do domu. Mimo chłodnej, nieprzyjaznej listopadowej pogody nie mogłem darować sobie partyjki kosza jeden na jednego sam ze sobą.


Przegrałem. Jestem słaby. Moje ego o umiejętnościach Jamesa Hardena dostało wciry od ciała statystycznego trzydziestolatka. Kiedy spróbowałem zrobić wsad, naciągnąłem coś w lędźwiach. Moja narzeczona wiedziałaby, co naciągnąłem, i potrafiłaby to wymasować. Nazajutrz byłbym prawie jak nowy i znowu mógłbym pójść na Solec, by udawać, że potrafię grać w kosza. Ech… dwadzieścia kilo temu wszystko było dużo prostsze.


Tamtego dnia pożałowałem swojej rutyny. Zazwyczaj po partyjce szedłem na krótki spacer do parku Porazińskiej na papierosa, by potem udać się w długi spacer do mieszkania na Czeskiej. Jakiś czas temu wracaliśmy w ten sposób z meczu całą ekipą z osiedla. Dzisiaj z paczki zostałem tylko ja i tylko ja kultywuję nic nie znaczącą tradycję nawet pomimo bólu pleców. Chadzaliśmy Mostem Poniatowskiego jeszcze w czasach, kiedy po drugiej rzeki stał Stadion Dziesięciolecia. Jak go zamknęli wracaliśmy już tylko w sześciu. Kula się ohajtał, Laczek wyjechał nad morze, Rambo poszedł na zawodowego a Fifi do kryminału. Zrzucamy mu się na paczki. Od momentu ukończenia Stadionu Narodowego chodzę sam. Zawsze idąc przez Most Poniatowskiego wspominam dawne czasy.


Ale nie wtedy. Tamtego dnia musiałem na szybko zastanowić się nad sensem życia.


Za barierką zobaczyłem dziewczynę. Dość wysoka, smukła, z włosami a la Jed Marshall z „Nocnego Recepcjonisty”. Jej niebieskie, poszarpane dżinsy przypomniały mi o tym, że przecież mamy listopad. Od razu poczułem chłód. Ramoneska ledwie osłaniała dół pleców dziewczyny. Na sam widok mocniej zabolały mnie lędźwie.


Nie zwróciła na mnie uwagi. Zawahałem się. Nie wiedziałem, czy powinienem podejść bliżej, czy zwyczajnie wykonać zwrot na pięcie i odejść. Właściwie to nie miałem pojęcia, co ta dziewczyna tu robi. Przecież niekoniecznie musiała chcieć skoczyć.


- Uwielbiam delikatny wietrzyk na twarzy niezależnie od pory roku – powiedziała nagle i, odwróciwszy się do mnie, spytała: - A ty?


- Eee… Najgorszy jest wiatr. – Jedyne, co mi przyszło do głowy, to słowa Roberta Górskiego. – Jak nie ma wiatru, to jest ciepło.


- Zawsze jest zimno. – Z zamkniętymi oczami wystawiała na twarz na nieznaczne powiewy bryzy znad rzeki.


- Nie zawsze – zaoponowałem. – W lecie bywa ciepło.


- Nie rozumiesz – szepnęła, a ja wyczułem w jej głosie bezgraniczny smutek.


Podjąłem bardzo improwizowaną decyzję. Przeniosłem nogę nad barierką i z lekkim trudem przelazłem na drugą stronę. Głos rozsądku w mojej głowie krzyczał: „Co ty najlepszego wyrabiasz, idioto!?”, a serce zaś odpowiadało: „Rozum ci odjęło?”. Każdy z nas zapewne znalazł się kiedyś w sytuacji, kiedy nie potrafił wytłumaczyć swoich działań, ale podejmował je z nadzieją na pozytywny rezultat. Cóż mógłbym więcej rzec...


- Co ty robisz? – spytała jakbym stał tam w kaftanie świeżo po ucieczce z zakładu zamkniętego.


- Stąd będę miał lepszy widok na rzekę.


- Na rzekę? – Uniosła brwi.


- Na rzekę.


- Czemu miałbyś chcieć na nią patrzeć?


Zagoniła mnie w kozi róg. Nie miałem na to przygotowanej odpowiedzi, więc wypaliłem:


- Śmiertelnych ofiar prób samobójczych jest trzy razy więcej wśród mężczyzn niż kobiet, mimo że to kobiety częściej podejmują próby.


- O.


- Badania wskazują, że mężczyźni wybierają skuteczniejsze metody zabicia się, jak skok z wysokiego budynku lub strzał w głowę. Kobiety zaś preferują przedawkowania środków nasennych lub przeciwbólowych i częstokroć bardziej chcą zwrócić na siebie uwagę, niż odebrać sobie życie.


- A ja chcę zwrócić na siebie uwagę czy odebrać sobie życie?


Jak gdyby samo pytanie miało niedostatecznie przytłaczający wydźwięk, musiałem zmierzyć się jeszcze ze świdrującym spojrzeniem dziewczyny. Smutne, błękitne oczy szukały w mojej twarzy odpowiedzi, a ja nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jestem jej ostatnią deską ratunku, pomostem, z którego ma skoczyć wprost do lodowatej wody. Odpowiedzialność przytłoczyła mnie, zgniotła na miazgę i pozostawiła zaledwie ze strzępkiem człowieczeństwa.


- Nie skacz. – Tylko tyle udało mi się wykrztusić.


- Bo co?


- Bo ja też skoczę.


Podniosła brew, nie wiem, uwodzicielsko czy wyzywająco? Uśmiechnęła się kącikiem ust i skoczyła.


Niewiele myśląc, skoczyłem za nią.



Jestem w szpitalu. Ona leży na jednej z sal, której położenie ustaliłem za pomocą kłamstwa i szczypty aktorstwa. W pierwszym odruchu miałem zamiar powiedzieć, że jestem jej facetem, ale byłoby to nieuczciwe wobec mojej narzeczonej. Dlatego też podałem się za brata nieznajomej. Panika w oczach i w słowach, niezborność ruchów i kilka łez wystarczyło, by pani pielęgniarka darowała mi okazanie dokumentów. Odnajduję właściwą salę, biorę krzesło, siadam i czekam.


- No i co teraz, głupia?


Patrzy na mnie znużonym wzrokiem. Widzę, jak schodzą z niej środki uspokajające.


- Nie powinieneś… obrażać… samobójczyni.


- A co? Wstaniesz i skoczysz drugi raz?


Cień uśmiechu przenika przez jej zmęczoną twarz. Nie wygląda dobrze. Ma worki pod oczami i jest strasznie blada.


- Co tu… robisz? – pyta mnie.


- Czekam, aż ktoś do ciebie przyjdzie.


Zamyka oczy i odpowiada:


- Nikt… nie przyjdzie.


- W takim razie chwilę tu pobędę – odpowiadam z uśmiechem. Patrzy na mnie z politowaniem.


- Idź… sobie.


- Zaraz pójdę. Jak tylko poczujesz się na siłach, przyjadą panowie ze szpitala psychiatrycznego i zabiorą cię na obserwację.


- Nigdzie… nie jadę. – Odwraca ode mnie twarz.


- To nie takie proste. Prawo zezwala im na doprowadzenie cię siłą.


- A ty… niby skąd… to wiesz? – Patrzy w dziwny sposób. Zauważam złość w jej oczach i trochę mnie to zaskakuje.


- Kiedy moja narzeczona się targnęła, tak wyglądała procedura.


- Masz… narzeczoną. – Znowu się odwraca. – Więc co tu ze mną robisz?


- Mówiłem, czekam, aż ktoś przyjdzie.


- A ja mówiłam, że nikt nie przyjdzie. – Poprawia jej się, już nie musi odpoczywać w trakcie mówienia. - I ty też powinieneś iść. Wracaj do narzeczonej.


- Byłem u niej przedwczoraj.


- To idź dzisiaj.


Drapie się w okolicach wenflona. Wygląda na zdenerwowaną. Wiem, że chce być teraz sama, by nikogo nie obchodził jej los. Nie mam zamiaru jej niczego ułatwiać.



***

Po wizycie kupuję kwiaty i idę do narzeczonej. Gęba sama mi się cieszy na jej widok. Daję bukiet i od razu zaczynam gadać:


- Spotkałem wczoraj dziewczynę na Moście Poniatowskiego, jak wracałem z kosza na Solcu. Stała za barierką i chciała skoczyć. Skoczyła, rozumiesz? Więc ja za nią, a mówię ci, woda była zimna jak diabli. Wyciągnąłem ją i zadzwoniłem po karetkę. Byłem u niej w szpitalu i teraz chyba zastanawia się, czy żyć dalej. Mam nadzieję, że mi się udało. Jak myślisz?


Nie odpowiada. Z medalionu na nagrobku patrzą na mnie mądre, spokojne oczy. Delikatny uśmiech taki sam od prawie dwóch lat mówi wszystko i nic. Szukam odpowiedzi na swoje pytanie i chyba ją znajduję.


- Ale z tobą mi się nie udało.


Nie wie, co odpowiedzieć. Nawet gdyby żyła, to by nie wiedziała. Bo gdyby znała odpowiedź, to dziś rozmawiałbym z nią twarzą w twarz. Słyszałbym śmiech, czułbym dotyk, a jej niesforne włosy łaskotałyby mnie w policzki. Zamiast tego jest tylko chłód i szarość.


- Wziąłem jej numer telefonu. Ona wzięła mój. Ma się odezwać, jak wyjdzie ze szpitala. Może pójdziemy na jakąś kawę albo na kosza. Jest całkiem wysoka, wiesz? Wyższa chyba od ciebie. – Milknę na chwilę. Czuję lekki wiatr, który wpycha mi chłód pod kurtkę. Delikatny wietrzyk na twarzy niezależnie od pory roku. Uśmiecham się mimo woli. – To jest twoja odpowiedź? – pytam. – Twoim zdaniem powinienem spróbować? No dobrze. Tylko ten strach, że jak mi się nie uda… To znowu…


Czuję ucisk w gardle, odwracam wzrok.


- Będę leciał – mówię z trudem. – Niedługo przyjdę.


Wychodzę z cmentarza. Czuję wibracje telefonu w kieszeni. Wyjmuję go, odblokowuję i sprawdzam, o co chodzi. SMS. „Wariatka”. Tak ją zapisałem.


„Nudno tu”.


„Tam nie wolno miec telefonow”.


„O kurcze, nie wiedzialam. Mogles mi wczesniej powiedziec”. Wyczuwam sarkazm i uśmiecham się pod nosem.


„Bylem pewien, ze kontrola na wejsciu Ci o tym powie”.


„Mowili, ale nie skumalam wszystkiego. Wiesz, leki uspokajające”.


„Jak się czujesz?”.


„A już dobrze Ci szlo”. Cholera, skopałem.


„Co mi dobrze szlo?”.


„Omijanie tematu. Jak się czuje? Jak gowno. Lykam jakis szajs, co mi nie jest do niczego potrzebny, i krece sie miedzy wariatami”.


„Masz papierosy?”.


„Nie. Wiesz, niespecjalnie moge wyskoczyc do sklepu”.


„To sie ciesz. Bedac w posiadaniu fajek, mialabys dopiero przekichane”.


:) ”. Uśmiech. Tylko uśmiech. Dobry znak. „Chce stad wyjsc”.


„Jeszcze 9 dni”.


„Musze konczyc, pa”.


„Pa”.


Zanim odkładam telefon, dostaję jeszcze jeden SMS:


„Dziekuje”.



_________________________________


Tekst E

Nazywaliśmy go alko-brittanica, co w rozmowach często było skracane na przeróżne sposoby, tworząc mniej, lub bardziej udane i wpadające w ucho zbitki wyrazów. I tak każdy wiedział o kogo chodzi.


Dziwna, dwuczłonowa ksywa przylgnęła do Mietka już dawno temu, kiedy paradoksalnie nie był jeszcze alkoholikiem w pełnym znaczeniu tego słowa. Dziwny to był gość. Cichy, nieśmiały, poruszał się i mówił tak, jakby chciał przeprosić świat, że żyje. Nikt nie wiedział gdzie mieszka, czy ma rodzinę, i gdzie pracuje. A przecież w miasteczku ludzie wiedzieli o sobie dużo.



Po prostu przychodził do baru, ze swoją nieodłączną aktówką, której pilnował niczym najcenniejszego skarbu, siadał i zamawiał portera. Wybierał zazwyczaj miejsce w kącie, i w milczeniu patrzył w okno. Nikt z nas, stałych klientów, nie wiedział co jest w teczce. Krążyły na ten temat przeróżne legendy. Mietek jest architektem, który nosi ze sobą plany. Mietek jest bankierem-alkoholikiem, a w aktówce znajdują się ważne dokumenty bankowe. Mietek pracuje w sądownictwie i ma zawsze przy sobie akta spraw. I tak dalej. Niezależnie od tego, co znajdowało się w tajemniczej aktówce Mietka, schemat zachowania jej właściciela był zawsze taki sam. Po pierwszym porterze zamawiał kolejnego i jeszcze jednego. W pewnym momencie do portera dołączała setka wiśniówki, a na następnym etapie, ciemne piwo ustępowało pola wiśniówce w znacznie zwiększonej dawce. To był moment, kiedy Mietek zapraszał do stolika kogo popadnie i zaczynał bełkotać. Ale wiedział wszystko. Podchmieleni goście skupiali się wokół tego niskiego, siwego mężczyzny, który w prawej dłoni trzymał kieliszek z wódką, a lewą przyciskał do ciała wytartą, skórzaną aktówkę. Zaczynały padać pytania. Z geografii, polityki, polskiego sportu, literatury, biologii, i co tam jeszcze komu przyszło do głowy. Mietek słuchał uważnie zadanego pytania, potem patrzył w knajpiane okno, jakby szukał tam podpowiedzi, po czym odwracał się i z dziwnym, nieśmiałym wyrazem na twarzy udzielał prawidłowej odpowiedzi. Na każde zadane pytanie.



Znałem go wtedy tylko z knajpy. W malutkim miasteczku lokalny bar jest dla mężczyzn centrum kulturalno-towarzyskim. W lokalu, po kilku piwach, zacierają się różnice wiekowe i klasowe. Rozmawiałem z Mietkiem raz, czy dwa, przed knajpą. Wiecie, w tym magicznym klimacie, kiedy we krwi buzuje klika piw, a wy, drżąc z zimna i tuląc do piersi dymiącego papierosa, w milczeniu patrzycie jak w ubogim, pomarańczowym świetle latarni spadają płatki śniegu. I może właśnie wtedy – kompletnie nie znając – polubiłem go.



Jakiś czas później zaczął pić wyraźnie więcej. Widywałem go już nie w knajpie, ale na mieście, proszącego przechodniów o parę złotych. Był zarośnięty i brudny, tylko aktówkę trzymał jak zawsze przy piersi. Podszedł do mnie, i patrząc gdzieś w bok, z tą nieśmiałą miną, z jaką jeszcze rok temu odpowiadał na pytania niczym komputer, zapytał:


- Możesz mi kupić coś do jedzenia?


Przyjrzałem mu się i zrobiło mi się przykro. Pod skołtunionym zarostem i brudnymi ubraniami szukałem dawnego Mietka. Nie znalazłem. Wyciągnąłem z portfela dwadzieścia złotych.


- Proszę. Kup co uważasz.


Rzucił okiem na pieniądze, ale ich nie wziął.


- Nie wpuszczają mnie do sklepu – powiedział cicho.


Zrobiłem te zakupy Mietkowi i wróciłem do domu. Ale coś we mnie zostało. Jakiś niepokój, jakaś niezgoda z otaczającym światem i jego prawami.


Wtedy jeszcze nie miałem pomysłu jak sobie z tym poradzić.



Kilka lat później znajomy powiedział mi, że Mietek nie pije. Żyje co prawda dalej na ulicy ale coś mu się poplątało ze zdrowiem. Popytałem trochę. Na noc przychodził do noclegowni przy rafinerii – teraz już mógł, wymogiem tej placówki była całkowita trzeźwość. W dzień żebrał na ulicy, albo leżał po prostu w jednym z tych miejsc, gdzie są ludzie, którym pozostało już tylko leżeć.



Nie umiem powiedzieć czy właśnie wtedy wpadłem na plan. Był chyba ze mną od dawna, tylko ze sfery szalonego, nierealnego przedsięwzięcia, którego wizja kołacze się po głowie, ewoluował w „to da się zrobić”. Trzeba było tylko pojeździć, popytać, zaangażowac parę osób.



Pojechałem go poszukać. W małym miasteczku, jak nasze, jest tylko kilka miejsc gdzie tacy jak on mogą przebywać. Znalazłem go w budynku starej cegielni. Leżał w rogu, na stercie kartonów, przykryty brudnym kocem – pewności, że to on nabrałem widząc aktówkę, którą miał pod głową jak poduszkę. Kucnąłem przy nim. Odwrócił głowę, jak zawsze cichy i nieśmiały. Zarośnięty był straszliwie, brudny i cuchnący.


Mietek. Ten, który wszystko wie.



- Wstawaj Mietek. Mamy robotę. - Wziąłem go zaskoczonego pod pachy i postawiłem z trudem na nogi.


- Ale... - jęknął.


- Nie ma ale. Mietek, skup się. Jaka jest stolica Nikaragui?


- Że co...?


- Stolica Nikaragui, Mietek! - huknąłem na niego. Odrobinę zbyt ostro.


- Managua – wyszeptał.


Uśmiechnąłem się do niego szeroko.




Anka, moja była dziewczyna nie wydawała się zachwycona, ale przezornie dałem jej wcześniej kasę.


- Nie wiedziałam że... No, że aż tak – jęknęła otwierając nam drzwi.


Wzruszyłem tylko ramionami.


- Według umowy Aniu. Prysznic, kąpiel, mycie włosów, strzyżenie, golenie. Dasz radę? Ja jadę po ciuchy.


Kiwnęła niepewnie głową.



Dwa swetry, trzy koszule, jeden garnitur, kurtka, dwie pary dżinsów, kilka koszulek. Całość kupiona za dosłownie parę złotych w ciucholandzie. Jeden tani perfum. Stary i zmęczony, ale wciąż elegancki zegarek Swatch. Nowa, pachnąca skórą, aktówka. Nie miałem żadnej dużej torby, więc wszystko wrzuciłem do mocnego worka na śmieci i ruszyłem do Jarka.


Otworzył mi drzwi wesoły i uśmiechnięty.


- Machina ruszyła? - zapytał.


- Tak. U Ciebie wszystko dograne?


- Uhm. Ale tak jak ustaliliśmy. Miesiąc. Potem ktoś płaci.


- Jasne. - Odebrałem od niego małe pudełko i zbiegłem szybko po schodach. Miałem do wykonania jeszcze jeden telefon.



Do Anki wróciłem po około dwóch godzinach. Otworzyła mi drzwi z grymasem na ustach i w wielkich, żółtych rękawicach, które sięgały łokci.


- To była harówka, a nie zlecenie. - westchnęła. Zerknęła na worek z ciuchami. - Też mam taki, tylko do wyniesienia. Oprócz aktówki. Nie pozwolił jej sobie zabrać.


- Jesteś aniołem. - Mijając ją w drzwiach cmoknąłem lekko w mechaty policzek.



Mietek siedział przed lustrem i oglądał swoją twarz pod różnymi kątami. Wyginał zabawnie głowę, zupełnie jak dziecko, które pobrudziło się kredką i chce dokładnie zobaczyć gdzie i jak bardzo. Oczy miał szeroko otwarte i zdziwione. Nie dziwiłem mu się wcale – ja też musiałem podobnie wyglądać.


Gładko ogolony, odmłodniał kilkanaście lat. Co prawda lata picia zostawiły na jego twarzy ślad w postaci zaczerwienionej skóry i nosa, ale przy odrobinie dobrej woli można powiedzieć, że był przystojny. Z jednej strony odczuwałem pierwsze ukłucia zadowolenia, z drugiej, Mietek w za dużym szlafroku - należącym pewnie do jakiegoś chłopaka Anki – wyginając przezabawnie głowę i prężąc szyję, wyglądał komicznie.


Powstrzymując śmiech zapukałem lekko we framugę.


Odwrócił się. Nie był szczęśliwy, wydawał się raczej zagubiony i przerażony.


- W porządku? - zapytałem.


- Nie wiem... - wydusił z trudem. - I dlaczego to wszystko?


- Później wszystko wyjaśnię. A teraz się przebierz. – Rzuciłem worek z ciuchami na łóżko. - Wybierz co ci pasuje, resztę bierzemy ze sobą.



Kiedy wróciłem po kilkudziesięciu minutach, siedział na łóżku i płakał kryjąc twarz w złożonych dłoniach. Łzy spadały pomiędzy rękami i zostawiały mokre ślady na garniturowych spodniach. Nie pocieszałem, nie mówiłem, że będzie dobrze. Wyszedłem znów. Czasem trzeba dać człowiekowi chwilę sam na sam z jego myślami.


Rozmawialiśmy z Anką w kuchni, kiedy wszedł. Spokojny, w garniturze sprawiał wrażenie zmęczonego księgowego, który właśnie wrócił do domu.


- Już – powiedział tylko.


Rzuciłem okiem na aktówkę, którą trzymał w dłoni.


- Przepraszam. Zostaje ta. Nie mogę... Nie chcę wziąć nowej.


- Jasne. - Wstałem. - Trzymaj się Anka. Widzimy się w przyszłym tygodniu.



Bloki na Miklaszewskiej są nowe, wybudowano je ledwie kilka lat temu. Dużo zieleni, spokojna okolica. Dobre miejsce. Winda wiozła nas na czwarte piętro a ja czułem, jak kamień z serca zostaje na parterze. To było fajne uczucie, właśnie po to to wszystko – chciałem powiedzieć Mietkowi, ale bałem się, że nie zrozumie.


Mieszkanie było czyste i pachnące, Jarek zasłużył na butelkę dobrej whiskey.


- Usiądź proszę. - Wskazałem Mietkowi fotel.


Usiadł. Minę miał jakby właśnie przyszedł na przesłuchanie w komendzie.


- Krótko. I bez dramatów – uśmiechnąłem się do niego. - To jest twoje mieszkanie. Opłacone na miesiąc. Klucze zostawiam w drzwiach. Jutro o dziesiątej przyjedzie tutaj pan Marek i zabierze cię do pracy. W bibliotece. Mieszkanie jest wolne przez dwa lata, jeśli będziesz chodził do pracy i opłacał, to tyle możesz tu mieszkać. Oczywiście żadnych ekscesów w pracy i tutaj. - Mrugnąłem do niego.


- To nie jest uszczęśliwianie na siłę - kontynuowałem. - Jeśli uznasz, że nie chcesz takiego życia, zadzwonisz do mnie, odbiorę tylko klucze. I to chyba wszystko. A, lodówka jest pełna, na łóżku masz telefon i ładowarkę, będziesz czegoś potrzebował to dzwonisz, mój numer jest jedynym zapisanym.


Przez cały czas kiedy mówiłem nie zmienił wyrazu twarzy, tylko łzy, wielkie jak perły, spływały po gładko ogolonych policzkach.
- Dlaczego to dla mnie robisz? - wykrztusił z trudem. - To... tak wiele.


- Z setki powodów, Mietek. Bo cię polubiłem, wtedy, gdy staliśmy na zewnątrz i patrzyliśmy na śnieg. Bo nie powinno się nie wpuszczać ludzi do sklepu. Bo mi imponowałeś wiedzą. Bo coś mnie zabolało, wtedy kiedy się spotkaliśmy na mieście.


- To... To właściwie nowe życie.


- No. Fajnie, nie? - Uśmiechnąłem się i wyszedłem.



*

Dzwonię do niego co jakiś czas i pytam: Mietek, jaka jest stolica Nikaragui? On śmieje się wtedy i brzmi to jak szczery śmiech dziecka. A potem odpowiada spadaj i się się rozłącza. Na sekundę przed dźwiękiem utraconego połączenia słyszę i czuję jego radość.
To jest dobra rzecz w moim życiu.



____________________________________________


Głosujemy!



Wróć do „Walki mocy 2018”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość