NAJLEPSZAMINIATURAMAJA 2020 :arrow: GŁOSUJEMY :text-link:

Jasna Strona Mocy 2018 Teksty konkursowe

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Na które opowiadanie głosujesz? (masz tylko 1 głos)

Czas głosowania minął pt 28 gru 2018, 13:28

A.
1
5%
B.
2
10%
C.
3
14%
D.
9
43%
E.
6
29%
 
Liczba głosów: 21

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4616
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Jasna Strona Mocy 2018 Teksty konkursowe

Postautor: Rubia » wt 18 gru 2018, 13:28

Trzy opowiadania uznane w głosowaniu za najlepsze zostaną 28 grudnia opublikowane w całości, a ich autorzy będą walczyć o tytuł Siewcy Dobra 2018.

Termin oddawania głosów w ankiecie upływa 28 grudnia 2018.


Tekst A

O czym nie mówią zwiadowcy

Mały kudłaty konik ostrzegawczo zastrzygł uszami i cicho zarżał. Jeździec delikatnie poklepał go po szyi. Mgła pomieszana z mżawką, stały element krajobrazu Scotii, utrudniała widoczność, ale dziwnej postaci na drodze nie dałoby się nie zauważyć.
– Widzę, Parcifalu, widzę – szepnął mężczyzna prosto do końskiego ucha.
Sięgnął do przytroczonego na plecach kołczana i wyciągnął stamtąd czarnopiórą strzałę. Długi łuk, gotowy do strzału, trzymał przed sobą. Poprawił kaptur maskującej peleryny. Minie jeszcze kilka chwil, zanim tamten go zauważy. Dziwny osobnik nie wyglądał na groźnego, ale królewski zwiadowca nigdy nie traci czujności.
Tamten stał nieruchomo pośrodku ścieżki. Ręce trzymał uniesione do góry, jakby udawał drzewo. Nawet nucił pod nosem jakąś tajemniczą pieśń przypominającą szum liści. Najwyraźniej nie przeszkadzał mu chłód ani mżawka. Pustelnik? Szaleniec? Kogoś takiego Harry, uczeń Willa, nigdy dotąd nie spotkał. A może to zasadzka?

Tekst B

Tak niewiele trzeba

Przychodzą dni, kiedy najbezpieczniej jest leżeć w łóżku, patrząc, jak przemijają. Tygodnie, miesiące. Wymagasz od siebie coraz mniej. Przypomina to zmianę przełożeń w rowerze na niższe. Jednak nie możesz zrzucać biegów w nieskończoność. Dotrzesz do limitu, a forsując dalej, życie całkiem przestanie stawiać opór, bo łańcuch spadnie z zębatek. Jak długo dasz radę jechać bez napędu? Zależy od prędkości, którą wypracowałeś. Później są tylko zdarte kolana.
***
Zbyt szybko łapę zakręt, siła odśrodkowa próbuje wypchnąć mnie z trasy. Naciskam oba hamulce z wyczuciem, nie blokując kół, przechylam ciało w bok, do środka drogi, by nie wyrzuciło mnie w las. Rower podskakuje na korzeniach i kanciastych kamieniach, choć amortyzatory robią co mogą. Skręcam, drąc oponą mokrą ściółkę. Po niedoszłym wypadku, został tylko niewielki ślad i gorąco rozchodzące się po moim ciele. Ludzie za taśmami krzyczą, że czas ucieka. Zdarza mi się o tym zapomnieć.
Przyspieszam przed długą kałużą. Drobinki błota brudzą gogle, znacznie więcej trafia do butów i na plecy, ale przynajmniej nie zatrzymuję się w połowie i pokonuję przeszkodę. Uginając nogi wyłapuję kilka muld, z ostatniej wyskakuję, z przyzwyczajenia zarzucając ogonem roweru.
Gdy jadę, mogłoby się zdawać, że otaczają mnie tylko migające, nieuchwytne klatki filmu, ale to nieprawda. Dłonie zaciskam na kierownicy, serce pompuje krew, a mózg przechodzi w zupełnie inny stan, pracuje na najwyższym przełożeniu z lekkością najniższego. Jestem zarówno drzewem na zakręcie, do którego zbliża się rowerzysta, jak i rowerzystą zbliżającym się do drzewa na zakręcie i też sobą, szczęśliwym człowiekiem. Oczy wychwytują więcej szczegółów, uwaga obejmuje całe otoczenie, moje zmysły są podkręcone, jak u człowieka walczącego o życie.
Widzę znajomych kibiców, choć to tylko ułamek sekundy, wystarcza, bym ich poznał. Odróżniam głosy, jaskrawe ubrania, mokre od mżawki fryzury.
- Dawaj! Krzychu, Dawaj!
Czwarty gwizdek w punkcie kontrolnym. Połowa trasy.
Ktoś biegnie wzdłuż taśmy wykrzykując wskazówki, ale gubię go wchodząc w bandę. Koła stukają na deskach. Układam się niemal bokiem, by po chwili gładko wrócić do pionu i wychodzę z zakrętu jeszcze szybciej. Do wyboru dwie drogi, jadę górną, na skocznię. Wybijam się i puszczam kierownicę, ręce wyrzucam w tył, ludzie wyją z podziwu. Chwytam gripy tuż nad ziemią. Ląduję nieco zbyt twardo, rower ucieka na skraj trasy, zamykam oczy, ale odbijam gwałtownie do środka i zapominam o incydencie.
Trasa robi się kamienista, przedramiona i nogi pracują razem z amortyzatorami. Stopa spada z platformy, odbijam się od ziemi przenosząc ciężar ciała na druga stronę, ale uderzam czubem buta o kamień. Palce same wciskają hamulce, podpieram się obiema nogami.
- Czas! Jedziesz, Krzysiu, dawaj! - krzyczą ludzie.
Ruszam, póki mózg nie odnotował bólu stopy. Krzyki ludzi są dezorientujące, ale mam jedno zadanie - jechać w dół. Za mało skomplikowane, by myśleć co robić.
***
Tak maluję swą przyszłość, gdy tylko znajdę chwilę, by się zamyślić. A czasu mam nadmiar. Dziś jest dopiero dzień zero. Właściwie dziesiąty października, dzień dziesiątej w tym roku wypłaty, a dwudziestej drugiej, odkąd zacząłem odkładać. Dzień, kiedy dotrwałem do ziszczenia pierwszego z moich niemal trzydziestu noworocznych postanowień. Zbyt wiele tych dni i cyfr, znów tracę kontrolę nad myślami, miałem...
Łapę oddech. Powietrze pachnie deszczem, po którym zdążyło wyjrzeć słońce. To powinienem robić - oddychać, bo nie wiem na jak długo dostałem ten przywilej. Wypełnia mnie ciepło. Jego źródło mam w głowie, a uaktywnione, wypełnia ciało, jakbym przekręcił zawór, wpuszczając do żył płynne szczęście. Nie poznałem działania tego mechanizmu, lecz wiem, kiedy mogę go uruchomić. Ciekawi mnie jaki kolor miałaby taka ciecz. Pewnie jadowicie zielony, jak rama, którą wybrałem do mojego pierwszego, porządnego roweru.
Zamykam samochód, klucze chowam, spodziewając się, że dom jest otwarty.
Zwykle wracając z pracy do domu, kładłem się do łóżka i czekałem na noc, by móc wreszcie zasnąć. Ale dziś mam coś do zrobienia. Siadam do komputera. Poza ramą, wirtualny koszyk wypełniają wszystkie inne potrzebne części, dawno wybrane, a w myślach tysiąc razy złożone w całość. Jednym kliknięciem zamieniam prawie dwa lata oszczędności na jeden, mały krok. Pierwszy krok do spełnienia. Euforia rzuca mnie na łóżko, mam ochotę krzyczeć z radości. Koniec zadań, mogę leżeć do nocy, choć drżę z uciechy. Kusi mnie, żeby czekać w oknie na białego busa z czerwoną paczką.
Zza ściany słyszę znajomy głos lektorki programu przyrodniczego, na który mama czeka co dnia, oglądając wszystko inne. Patrzenie w telewizor to taka sama wegetacja, jak przesypianie dni w depresji i choć wiem, że mamie brakuje elementu, który posiadam, nie wyprowadzam jej z błędu. To nic nie da, bo przegapiła swój moment na zmianę. Jedyne co mogę zrobić, to stworzyć kolejny, na tyle dosadny, że wryje się jej do głowy. Bo ona też ma swoje marzenia, nawet odbiegające od typowych snów mam o idealnym domu. Ciężkie do realizacji, gdy jest się uziemionym w czterech ścianach, ale ma mnie. A ja mam coś, w co wierzę.

Tekst C

Wizytacja

Powiedział, że musi lecieć, za dwie godzinki wróci. Zostawił segregator z listami dziękczynnymi, dyplomami i drugi, w którym są wycinki prasowe. Możesz sobie przejrzeć dossier człowieka potrzebnego, wyszczerzył zęby. A twoja opowieść, spytałem. Wykorzystaj ją, jak chcesz, nie zapomnij tylko napisać, że mnóstwo rzeczy w życiu jest kwestią przypadku. Wybiegł, łapiąc stojący w kącie marynarski worek i jeszcze torbę: pękatą, wyładowaną.

Siedzą w twojej kanciapie. Półkrólowie. Dwóch. Czemu tak? Jakby jeden umiał czytać, a drugi pisać. Królów naśladują; tamtych też jest dwóch, ale to przynajmniej zrozumiałe, przecież są braćmi. Właściwie to prawidłowo, Półkrólowie też są jak bracia. Obaj nalani; obiadki płacone firmową kartą, wysiadywanie dupska za kierownicą, na naradach i cotygodniowej audiencji u Królów połączonej z rutynową zjebką swoje robi. Flip i Flap. Chociaż nie całkiem. Raczej Flap jeden i Flap dwa. Mógłbyś wyglądać jak oni. Tyle, że jak wbija furgon z dostawą, to zasuwasz z pakami, chociaż kręgosłup protestuje, obciążony dodatkowymi kilogramami – i to niemałymi. Na swoje panienki w rureczkach, z przystrzyżonym włosem i niby-drwalskimi brodami nie masz co liczyć. One są, żeby czarować klientów. A Półkrólowie chyba nigdy nie skalali się tak przyziemną działalnością, nie żebyś słyszał o podobnym dziwactwie.
Ten mniejszy nalany jest puchato, koala sympatyczny, blond włoski, policzki różowe i rączki miękkie, nieduże, z paluszkami jak u niemowlaka. Podpisze się pod każdym świństwem jeśli każą, nawet sam wymyśli, ale w głębi duszy to poczciwiec, niemal zawsze uśmiechnięty, koncyliacyjny, wodniste oczka patrzą życzliwie. Ma słabą głowę, dlatego się pilnuje, bo po kielichu mięknie jeszcze bardziej, oczka łzawią o to, jak go traktują Królowie i do jakich podłości zmuszają. Wiesz, piłeś z nim. Trochę nerwowy, drepcze naokoło Flapa dwa, jakby się chciał przypodobać, długo to już robi, lata całe nie wychodzi z roli wychowanka, którym w istocie jest.
Bo Flap drugi, choć nalany, ze skórą na twarzy równie zaczerwienioną co przydupas, z włoskami rzadkiego, lecz mocnego zarostu, to dla odmiany człowiek-skała. Oszczędny w ruchach, z niskim głosem, którego nigdy nie podnosi. Nie musi, wyprzedza go charyzma. Duża głowa wbita w barki, lekko przygarbiony (to z powodu wzrostu), wzrok skanujący obszary podlegające procedurom. Znasz go już ze dwadzieścia lat. Kiedyś, w innej z nazwy – choć podobnej w działaniu – firmie byliście obok siebie. Z tym, że ty wspiąłeś się startując z najniższego poziomu, on od razu rozsiadł się w połowie służbowej drabiny. Potem obaj awansowaliście, ty szybciej, on nie tak spektakularnie, ale pewnie. Szedł wyżej, gdy ty już spadłeś na ryj, potykając się o podłożoną stylowo świnię. A jeszcze potem biegałeś dla Flapa dwa, gdy był już prezesem pewnego zrytego pierdolnika. A teraz tu. Bo Drugi nie zapomina o ludziach. Kolekcjonuje ich w kapownikach i pamięci telefonu, obojętnie, czy katapultują się w kosmiczne rejony hierarchii, czy akurat pełzają bezradnie w mule. Ci drudzy są jeszcze bardziej interesujący; podniesieni do światła zapewniają lojalność, zabezpieczenie tyłów i zapierdalanie jak maszyna po bandzie zdrowego rozsądku. No chyba, że się nie sprawdzają, wówczas odpalenie wrotek jest błyskawiczne. Numer telefonu zostaje w annałach, zawsze może się przydać.
Ubrali się zgodnie – luzacko. Sweterki, jasne spodnie, casualowe butki z górnej półki galerii. Przyjechali negocjować z Pamelą nowe warunki, stary deal się kończy. Upewniają, na ile Pamela was czardżuje, jakby tego nie mieli w kwitach. Już wiesz, że się nie przygotowali, nie zadbali o szczątkowy choćby draft do kontraktu, nawet twój raport przelecieli tylko wzrokiem na ekranie smartfona. Będą improwizować zgodnie z wypróbowanym wzorcem – chamówa w białych rękawiczkach, nosząca pozory zdecydowanej fachowości. Pozory w kolorze buraka. Sam mógłbyś sprawę załatwić na miejscu, w jednej turze przy kawie i ciastkach. Ale na chuj to komu, oni muszą zaliczać punkty do półkorony.
Gdy wracają, słyszysz nieomal triumfalny marsz z Aidy. Pozamiatane. Yhy, pewno. Gówno wiedzą. Rzecz w tym, że Pamela rządzi, ale trochę na niby. To nie ona trzyma kasę, tylko Fred – i on jest od strategii. A Fred to jest gość. Wpada tylko z rzadka i na chwilkę, zajeżdża czymś odpowiednio wypasionym; od Bentleya po Mini w skórzanym beżu - bo mu akurat do imidżu na ten dzień pasuje - pokręci się chwilę, poniucha i znika. A po każdej wizycie coś się dzieje.

Tekst D

Jeszcze dziewięć dni

Tamtego dnia wracałem z Solca do domu. Mimo chłodnej, nieprzyjaznej listopadowej pogody nie mogłem darować sobie partyjki kosza jeden na jednego sam ze sobą.
Przegrałem. Jestem słaby. Moje ego o umiejętnościach Jamesa Hardena dostało wciry od ciała statystycznego trzydziestolatka. Kiedy spróbowałem zrobić wsad, naciągnąłem coś w lędźwiach. Moja narzeczona wiedziałaby, co naciągnąłem, i potrafiłaby to wymasować. Nazajutrz byłbym prawie jak nowy i znowu mógłbym pójść na Solec, by udawać, że potrafię grać w kosza. Ech… dwadzieścia kilo temu wszystko było dużo prostsze.
Tamtego dnia pożałowałem swojej rutyny. Zazwyczaj po partyjce szedłem na krótki spacer do parku Porazińskiej na papierosa, by potem udać się w długi spacer do mieszkania na Czeskiej. Jakiś czas temu wracaliśmy w ten sposób z meczu całą ekipą z osiedla. Dzisiaj z paczki zostałem tylko ja i tylko ja kultywuję nic nie znaczącą tradycję nawet pomimo bólu pleców. Chadzaliśmy Mostem Poniatowskiego jeszcze w czasach, kiedy po drugiej rzeki stał Stadion Dziesięciolecia. Jak go zamknęli wracaliśmy już tylko w sześciu. Kula się ohajtał, Laczek wyjechał nad morze, Rambo poszedł na zawodowego a Fifi do kryminału. Zrzucamy mu się na paczki. Od momentu ukończenia Stadionu Narodowego chodzę sam. Zawsze idąc przez Most Poniatowskiego wspominam dawne czasy.
Ale nie wtedy. Tamtego dnia musiałem na szybko zastanowić się nad sensem życia.
Za barierką zobaczyłem dziewczynę. Dość wysoka, smukła, z włosami a la Jed Marshall z „Nocnego Recepcjonisty”. Jej niebieskie, poszarpane dżinsy przypomniały mi o tym, że przecież mamy listopad. Od razu poczułem chłód. Ramoneska ledwie osłaniała dół pleców dziewczyny. Na sam widok mocniej zabolały mnie lędźwie.
Nie zwróciła na mnie uwagi. Zawahałem się. Nie wiedziałem, czy powinienem podejść bliżej, czy zwyczajnie wykonać zwrot na pięcie i odejść. Właściwie to nie miałem pojęcia, co ta dziewczyna tu robi. Przecież niekoniecznie musiała chcieć skoczyć.
- Uwielbiam delikatny wietrzyk na twarzy niezależnie od pory roku – powiedziała nagle i, odwróciwszy się do mnie, spytała: - A ty?
- Eee… Najgorszy jest wiatr. – Jedyne, co mi przyszło do głowy, to słowa Roberta Górskiego. – Jak nie ma wiatru, to jest ciepło.
- Zawsze jest zimno. – Z zamkniętymi oczami wystawiała na twarz na nieznaczne powiewy bryzy znad rzeki.
- Nie zawsze – zaoponowałem. – W lecie bywa ciepło.
- Nie rozumiesz – szepnęła, a ja wyczułem w jej głosie bezgraniczny smutek.
Podjąłem bardzo improwizowaną decyzję. Przeniosłem nogę nad barierką i z lekkim trudem przelazłem na drugą stronę. Głos rozsądku w mojej głowie krzyczał: „Co ty najlepszego wyrabiasz, idioto!?”, a serce zaś odpowiadało: „Rozum ci odjęło?”. Każdy z nas zapewne znalazł się kiedyś w sytuacji, kiedy nie potrafił wytłumaczyć swoich działań, ale podejmował je z nadzieją na pozytywny rezultat. Cóż mógłbym więcej rzec...
- Co ty robisz? – spytała jakbym stał tam w kaftanie świeżo po ucieczce z zakładu zamkniętego.
- Stąd będę miał lepszy widok na rzekę.
- Na rzekę? – Uniosła brwi.
- Na rzekę.
- Czemu miałbyś chcieć na nią patrzeć?
Zagoniła mnie w kozi róg. Nie miałem na to przygotowanej odpowiedzi, więc wypaliłem:
- Śmiertelnych ofiar prób samobójczych jest trzy razy więcej wśród mężczyzn niż kobiet, mimo że to kobiety częściej podejmują próby.
- O.
- Badania wskazują, że mężczyźni wybierają skuteczniejsze metody zabicia się, jak skok z wysokiego budynku lub strzał w głowę. Kobiety zaś preferują przedawkowania środków nasennych lub przeciwbólowych i częstokroć bardziej chcą zwrócić na siebie uwagę, niż odebrać sobie życie.
- A ja chcę zwrócić na siebie uwagę czy odebrać sobie życie?
Jak gdyby samo pytanie miało niedostatecznie przytłaczający wydźwięk, musiałem zmierzyć się jeszcze ze świdrującym spojrzeniem dziewczyny. Smutne, błękitne oczy szukały w mojej twarzy odpowiedzi, a ja nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jestem jej ostatnią deską ratunku, pomostem, z którego ma skoczyć wprost do lodowatej wody. Odpowiedzialność przytłoczyła mnie, zgniotła na miazgę i pozostawiła zaledwie ze strzępkiem człowieczeństwa.
- Nie skacz. – Tylko tyle udało mi się wykrztusić.
- Bo co?
- Bo ja też skoczę.
Podniosła brew, nie wiem, uwodzicielsko czy wyzywająco? Uśmiechnęła się kącikiem ust i skoczyła.
Niewiele myśląc, skoczyłem za nią.

Tekst E

Nazywaliśmy go alko-brittanica, co w rozmowach często było skracane na przeróżne sposoby, tworząc mniej, lub bardziej udane i wpadające w ucho zbitki wyrazów. I tak każdy wiedział o kogo chodzi.
Dziwna, dwuczłonowa ksywa przylgnęła do Mietka już dawno temu, kiedy paradoksalnie nie był jeszcze alkoholikiem w pełnym znaczeniu tego słowa. Dziwny to był gość. Cichy, nieśmiały, poruszał się i mówił tak, jakby chciał przeprosić świat, że żyje. Nikt nie wiedział gdzie mieszka, czy ma rodzinę, i gdzie pracuje. A przecież w miasteczku ludzie wiedzieli o sobie dużo.

Po prostu przychodził do baru, ze swoją nieodłączną aktówką, której pilnował niczym najcenniejszego skarbu, siadał i zamawiał portera. Wybierał zazwyczaj miejsce w kącie, i w milczeniu patrzył w okno. Nikt z nas, stałych klientów, nie wiedział co jest w teczce. Krążyły na ten temat przeróżne legendy. Mietek jest architektem, który nosi ze sobą plany. Mietek jest bankierem-alkoholikiem, a w aktówce znajdują się ważne dokumenty bankowe. Mietek pracuje w sądownictwie i ma zawsze przy sobie akta spraw. I tak dalej. Niezależnie od tego, co znajdowało się w tajemniczej aktówce Mietka, schemat zachowania jej właściciela był zawsze taki sam. Po pierwszym porterze zamawiał kolejnego i jeszcze jednego. W pewnym momencie do portera dołączała setka wiśniówki, a na następnym etapie, ciemne piwo ustępowało pola wiśniówce w znacznie zwiększonej dawce. To był moment, kiedy Mietek zapraszał do stolika kogo popadnie i zaczynał bełkotać. Ale wiedział wszystko. Podchmieleni goście skupiali się wokół tego niskiego, siwego mężczyzny, który w prawej dłoni trzymał kieliszek z wódką, a lewą przyciskał do ciała wytartą, skórzaną aktówkę. Zaczynały padać pytania. Z geografii, polityki, polskiego sportu, literatury, biologii, i co tam jeszcze komu przyszło do głowy. Mietek słuchał uważnie zadanego pytania, potem patrzył w knajpiane okno, jakby szukał tam podpowiedzi, po czym odwracał się i z dziwnym, nieśmiałym wyrazem na twarzy udzielał prawidłowej odpowiedzi. Na każde zadane pytanie.

Znałem go wtedy tylko z knajpy. W malutkim miasteczku lokalny bar jest dla mężczyzn centrum kulturalno-towarzyskim. W lokalu, po kilku piwach, zacierają się różnice wiekowe i klasowe. Rozmawiałem z Mietkiem raz, czy dwa, przed knajpą. Wiecie, w tym magicznym klimacie, kiedy we krwi buzuje klika piw, a wy, drżąc z zimna i tuląc do piersi dymiącego papierosa, w milczeniu patrzycie jak w ubogim, pomarańczowym świetle latarni spadają płatki śniegu. I może właśnie wtedy – kompletnie nie znając – polubiłem go.

Jakiś czas później zaczął pić wyraźnie więcej. Widywałem go już nie w knajpie, ale na mieście, proszącego przechodniów o parę złotych. Był zarośnięty i brudny, tylko aktówkę trzymał jak zawsze przy piersi. Podszedł do mnie, i patrząc gdzieś w bok, z tą nieśmiałą miną, z jaką jeszcze rok temu odpowiadał na pytania niczym komputer, zapytał:
- Możesz mi kupić coś do jedzenia?
Przyjrzałem mu się i zrobiło mi się przykro. Pod skołtunionym zarostem i brudnymi ubraniami szukałem dawnego Mietka. Nie znalazłem. Wyciągnąłem z portfela dwadzieścia złotych.
- Proszę. Kup co uważasz.
Rzucił okiem na pieniądze, ale ich nie wziął.
- Nie wpuszczają mnie do sklepu – powiedział cicho.
Zrobiłem te zakupy Mietkowi i wróciłem do domu. Ale coś we mnie zostało. Jakiś niepokój, jakaś niezgoda z otaczającym światem i jego prawami.
Wtedy jeszcze nie miałem pomysłu jak sobie z tym poradzić.

Kilka lat później znajomy powiedział mi, że Mietek nie pije. Żyje co prawda dalej na ulicy ale coś mu się poplątało ze zdrowiem. Popytałem trochę. Na noc przychodził do noclegowni przy rafinerii – teraz już mógł, wymogiem tej placówki była całkowita trzeźwość. W dzień żebrał na ulicy, albo leżał po prostu w jednym z tych miejsc, gdzie są ludzie, którym pozostało już tylko leżeć.

Nie umiem powiedzieć czy właśnie wtedy wpadłem na plan. Był chyba ze mną od dawna, tylko ze sfery szalonego, nierealnego przedsięwzięcia, którego wizja kołacze się po głowie, ewoluował w „to da się zrobić”. Trzeba było tylko pojeździć, popytać, zaangażowac parę osób.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Wróć do „Walki mocy 2018”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość