Kwalifikacje rozpoczęte!

Wystarczy przeczytać LIST!

Moderatorzy: Thana, Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Online
Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3274
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Kwalifikacje rozpoczęte!

Postautor: Thana » pn 10 wrz 2018, 07:52

W Kwalifikacjach może wziąć udział każdy zarejestrowany użytkownik Weryfikatorium, niezależnie od stażu i zaangażowania.

Temat: Czas żaru, czas popiołu
Limit: 12 000 znaków
Termin: do 22 września, do północy
Kryterium oceny: wykorzystanie potencjału tematu jako metafory (pamiętajcie, że dobra metafora powinna być świeża i adekwatna).

Teksty wklejamy w tym wątku.
Wyniki Kwalifikacji opublikuję 23 września, mamy 12 wolnych miejsc.

Powodzenia!


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Dobrze nam robi nasze pisanie na nasze pisanie. Pięknie. - Godhand

Awatar użytkownika
Kruger
Umysł pisarza
Posty: 792
Rejestracja: śr 12 paź 2011, 09:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Kwalifikacje rozpoczęte!

Postautor: Kruger » śr 19 wrz 2018, 15:25

No to pierwsze koty za płoty.
Mam nadzieję, że będziecie się bawili czytając choć w połowie tak dobrze jak ja, pisząc :)
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Czas sadzy

Wchodzili do tej zaimprowizowanej sali konferencyjnej dziarscy i pełni wigoru. Wylewnie przywitali się z prezesem, zrobili sztuczny tłum przy stoliku z ciastkami i kawą, po czym rozsiedli się wygodnie wokół niedużego stołu.


– Panowie, mam dziś mało czasu. Więc krótko: catering z gyrosem macie na dwunastą, kawy wam Pani Helenka jak zwykle dorobi.


Pokiwali z zadowoleniem głowami. Oto praca w godziwych warunkach.



Pół roku temu wchodzili tutaj w zupełnie innych nastrojach. Właściwie trudno im się dziwić. Któż o zdrowych zmysłach wymyśliłby, żeby odsunąć czterech kominiarzy od prawdziwej roboty i kazać im pisać? Pisać cokolwiek, wiersze, opowiadania, eseje, może i nawet teatralne sztuki, cokolwiek, byle o kominiarstwie. No właśnie, o zdrowych zmysłach. O te bynajmniej nie posądzali nowego prezesa Spółdzielni Kominiarskiej „Florian”, Joachima Kwiatkowskiego, poleconego przez związek spółdzielców, jako ostatni ratunek dla podupadającej firmy. Przynajmniej tak go, niezbyt pochlebnie, oceniali na początku.


Prezes rozpoczął urzędowanie raczej tradycyjnie. Nie był z fachu kominiarzem, co dodatkowo tłumaczyło niechęć załogi, był menadżerem i po menadżersku rozpoczął restrukturyzację. Łączenie, dzielenie, cięcie kosztów, outsorcing, czego tylko zarządcza dusza zapragnie. Do tego byli nawet przyzwyczajeni, nie on pierwszy i nie ostatni, mówili, czekając spokojnie, aż energia prezesa rozbije się o mur jedności kominiarskich spółdzielców. I wtedy prezes zabrał się za marketing i poprawę PR spółdzielni. I to niestety zabrał się – z pomysłem.


Zaczął od dyskretnego rozpytywania wśród pracowników, kto lubi czytać. Nieważne co, książki, gazety, prasę sportową czy etykiety proszków do prania. Nieważne jak często, czy w każdej wolnej chwili, czy dzieciom na dobranoc, czy od wielkiego dzwonu. Potem wyselekcjonowanych czytelników zaczął indagować osobiście. Czy kiedykolwiek coś pisali? Może za młodu? Może w porywach uczuć i weny? Nie żeby tam od razu książki, ale może jakieś powiastki? Bajki dla dzieci? Wiersze dla ukochanych? CV dla żony? Pismo do sądu dla szwagra? Cel tych indagacji pozostawał niejasny i cokolwiek niepokojący do czasu, gdy prezes zebrał w swym gabinecie wybraną śmietankę kominiarskich „literatów” i objawił im swój plan.


Otóż sytuacja branży kominiarskiej, jak im perorował, jest obecnie trudna z wielu powodów. A to zmniejsza się ilość tradycyjnie ogrzewanych domów z kominami, a to mnożą się jak grzyby po deszczu prywaciarskie firmy, które za nic mają tradycje i etos kominiarskiego fachu, ale konkurencję spółdzielcom robią. A to znowu w nowoczesnych budynkach funkcje kominiarzy przejmują firmy zajmujące się kompleksowo klimatyzacją. Pracy coraz mniej. Trzeba o nią walczyć A w dodatku, wspomnijcie panowie, onegdaj co i rusz widziało się na ulicy czarny kominiarski mundur, cylinder i umorusaną sadzą, szczerą i uśmiechniętą twarz kominiarza, którego wszyscy w okolicy znali i szanowali. Podziwiali nawet. A teraz? Coraz nas mniej, bracia. I co najgorsze, pomyślcie, rozejrzyjcie – ilu przechodniów na wasz widok łapie za guzik? A w dobrych czasach – wszyscy łapali! Jak ulica długa i szeroka, na widok smolucha wszystkie ręce unosiły się do guzików.


Wiesiek, Rysiek, Zdzisiek i Edek kiwali głowami i powoli zaczęło do nich docierać. Może i ten prezes nigdy sobie sadzą rąk nie ubrudził, ale do diaska, on naprawdę rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi! No i niejedną spółdzielnię już ratował przecież, tak mówią. Może więc jest jeszcze nadzieja?


Ale pomysł prezesa nie przypadł im do gustu. Macie bowiem oto panowie pisać. Teksty popularne – eseje, publicystykę, opowiadania i wiersze. O czym tylko pragniecie, byleby w tle przewijał się motyw kominiarski. A już prezesa głowa w tym, by te teksty spożytkować, upchnąć gdzie się da, są znajomości, się załatwi. To przypomni ludziom o kominiarzach, z czasem zmieni nastawienie, poprawi relacje. Staniemy się potrzebni, nie, ludzie sobie uświadomią, że zawsze potrzebni byliśmy i będziemy. Któż lepiej niż wy opowie o kominiarskim trudzie i znoju, o tej SLUŻBIE? Tylko w waszych historiach znajdzie się to, co najprawdziwsze w tym rzemiośle, jak to mówią – prawdziwy komin, żar i sadza. Zresztą na profesjonalną agencję reklamową nas nie stać, taki kontrakt to połowa wartości spółdzielni, licząc z wynagrodzeniami. A i tak wyszłyby z tego marketingowe popłuczyny.


Wiesiek, Rysiek, Zdzisiek i Edek już mniej pewnie kiwali głowami i drapali się ukradkiem po brudnych czołach, w zdumieniu patrząc na zgromadzone przez prezesa pomoce naukowe: cztery używane laptopy, poradniki, słowniki, kwartalniki i listę adresów internetowych. Potem z niesmakiem obejrzeli nowe miejsce pracy. W wysłużonym, popeerelowskim budynku spółdzielni jedynym pomieszczeniem odpowiednio dużym i niepotrzebnym był skład kominiarskich materiałów wszelakich. Należałoby dodać, materiałów zapomnianych, przeterminowanych lub niechcianych. Słaba zachęta na przyszłość.



Minione pół roku sprawiło, że uwierzyli w siebie. Wiele się w tym czasie nauczyli, pokonali rozliczne przeciwności i ominęli mnóstwo mielizn literackich. Początki nie były może zachwycające, ale już sam fakt, że udało im się znacznie uatrakcyjnić hasła i opisy reklamowe spółdzielni w internecie i prasie, znacząco dodał im otuchy. Kamieniem milowym stało się pierwsze opublikowane opowiadanie, napisana przez Ryśka bajka o Todo, misiu-kominiarzu, wydrukowana w wysokonakładowym czasopiśmie dla przedszkolaków. Kolejne teksty sypały się już, jak z rękawa, z każdym tygodniem coraz lepsze. Pojawiły się też kolejne publikacje: kryminał o kominiarzu, który pomaga policyjnym detektywom rozwikłać szczególnie skomplikowaną zagadkę potrójnego morderstwa (Wiesiek), dramat psychologiczny o kominiarzu, którego zdradziła żona (Zdzisiek), science-fiction o kominiarzu, który podróżuje w czasie (Edek) oraz romans historyczny o uczuciowych perypetiach rodziny kominiarzy w czasach elżbietańskich (znów Zdzisiek). Realizowali właśnie kolejny pomysł szefa, antologię opowiadań kominiarskich, wstępnie dogadaną już z wydawcą, Manufakturą Wyrazów.


Prezes był zachwycony.


A Wiesiek, Rysiek, Zdzisiek i Edek naprawdę to polubili. Nie tylko oczywiste profity: podwyżki, darmowy catering, kawa, no i czysta praca biurowa. Najbardziej polubili paranie się literaturą. Każdy pomysł, każdy tekst wykuwał się w ogniu krytyki i dyskusji, hartował w żarze argumentów. Spędzali długie godziny wspólnie szlifując, doszukując się błędów, poprawiając, omawiając uwagi. Każdy dzień rozpoczynali z nową energią i z niecierpliwością wyczekiwali zbliżającej się literackiej dyskusji.


– Mam jeszcze parę minut. – Prezes przysiadł na skraju wolnego krzesła. – Jak idzie z tekstami do antologii?


– Coraz lepiej, szefie. – Głos zabrał Wiesiek, najstarszy z kominiarskich literatów i przez to ich nieformalny przywódca. – Mamy już po obiegu sześć świeżych opowiadań, znaczy niepublikowanych i steampunkowy wiersz Edka o mechanice kominiarskiej.


– No świetnie, brawo! Poezja, nowe obszary. Gratuluję, Panie Edwardzie!


Edek może i chciałby się skromnie zarumienić, ale Wiesiek mu na to nie pozwolił.


– Edek, zadeklamuj kawałek!


– Ekhem.



Deszcz moczył kule stalowe, które do czarnych pieczar


zsyłali drżący z zimna na dachach biedacy,


ich to przygniatał łańcucha ciężar,


którego ogniwa miarowo sunęły po gracy.



– No tak – przerwał, krzywiąc się nieznacznie, prezes. – W wolnej chwili przeczytam całość. A dzisiaj nad czym pracujecie?


– Zdzisiek ma świeżynkę, poemat romantyczny, będziemy omawiać.


– Romantyczny i tragiczny – uzupełnił Zdzisiek. – Przeczytać, szefie?


Kwiatkowski popukał znacząco w zegarek.


– Proszę streścić.


– No więc… Bohaterem jest młody, przystojny kominiarz. Zakochuje się w pięknej córce właścicieli kamienicy, w której ma wyczyścić kominy. Zaczyna tam spędzać dużo czasu, ale markuje robotę i stara się jak najczęściej przebywać w towarzystwie ukochanej, by móc choć na nią patrzeć. Bo on też nieśmiały jest. A panna również poczyna pałać do niego uczuciem. W końcu ta miłość między nimi wybucha w pełni, niby jakoś przypadkiem, gdy ona go częstuje galaretką porzeczkową. On dalej markuje pracę, by być z ukochaną. Uczucia palą ich żywym ogniem. Gdy już topią się w żarze tej miłości, następuje kulminacja… – Zdzisiek zrobił dramatyczną pauzę – i wtedy w kamienicy wybucha pożar! Bo kominiarz nie wykonał swojej pracy, w kominie kamienicy zapala się sadza. Dalej jest już tylko tragicznie. Oboje się ratują, ale w pożarze są ofiary. On jest uczciwy, więc się przyznaje i idzie do więzienia. Ona musi wyjechać do rodziny, tak decydują jej rozwścieczeni mezaliansem rodzice. Ona jest w ciąży i umiera w połogu. A on przez lata gnije w pierdlu nie wiedząc, że ma córkę. No i to wszystko.


– Świetnie, panie Zdzisławie. No, muszę lecieć, owocnej pracy, panowie!


Po wyjściu prezesa Wiesiek, Rysiek, Zdzisiek i Edek wypalili po papierosku i zaczęli wczytywać się w rozdane przez Zdziśka wydruki.


– Niezłe – zaczął Wiesiek. – A jaki to ma właściwie tytuł?


– Nie napisałem? No faktycznie. To jest „Czas sadzy”.


– Sadzy? – zdziwił się Edek.


– No sadzy, to jest clue tego poematu. Ta sadza, której on nie wyczyścił, zapaliła się w kominie i spowodowała pożar.


– Zdzichu, to nie może być sadza. To musi być popiół. Bo…


– Bo co?!


– Niespójność metafory. Jest żar miłości i w efekcie pożar, pozostają popioły. Był czas miłości, nadszedł czas popiołu.


– Rysiek, ale popiół nie pasuje! – Zirytował się Zdzisiek. – W treści jest sadza, nie popiół, o popiele nie ma mowy.


– Pasuje, metaforycznie. Z dupy masz tę sadzę, Zdzichu.


– No nie, zawsze się mie czepiasz, zawsze do mie tylko uwagi. O cofanie do tyłu, do mie, o stare drzewa w zagajniku, do mie, o horyzont wzroku, do mie, zawsze pretensje do mie!


– Ale w tym akurat Rysiek miał rację – wtrącił Wiesiek.


– Ty w ogóle durny smoluch jesteś, Zdzich. Mówię, sadzę masz z dupy! Kredą w kominie ci pisać a nie poematy!


I tego było już Zdziśkowi za wiele. Uderzony ciężką piąchą Rysiek poleciał na stolik z kawą. Blat się załamał , ciastka rozleciały na wszystkie strony a zgnieciony podgrzewacz wylądował na podłodze. Z jego rozpieprzonego mechanizmu posypały się iskry, prosto na starą wykładzinę. Ale tego już nikt nie widział, bo w składziku rozpętało się pandemonium.


Zdzisiek i Rysiek okładali się pięściami w bojowym szale. Żaden z nich nie był ułomkiem, przez co jakakolwiek próba uspokojenia oponentów, w wykonaniu Wieśka i Edka, o wiele szczuplejszych i lżejszych od kolegów, skazana była na porażkę. W drzazgi poszły krzesła, stół, półki i składowane na nich materiały. Zaangażowanie czwórki literatów w to żarliwe przedłużenie twórczych dyskusji było tak wielkie, że na nic nie zwracali uwagi. Gdy wątłe płomyki na tlącej się wykładzinie dotarły do rozlanego rozpuszczalnika, było już za późno.



Wiesiek, Rysiek, Zdzisiek i Edek siedzieli na krawężniku i obserwowali pogorzelisko. Strażacy kończyli już powoli akcję gaśniczą. W czarnych twarzach kominiarzy błyszczały otwarte szeroko oczy. Przed nimi, na bruku, leżał dobytek, który uratowali: laptopy, słowniki, poradniki, stalowa kula z gwiazdą, stara sztolcówka i cztery czarne kominiarskie cylindry.


– No, ładnieście się sprawili, panowie. Puściliście z dymem siedzibę spółdzielni! Wiecie ile to jest warte?! Chociaż… - zmitygował się prezes – wygląda na to, że ubezpieczenie nam zwróci, jakoś sobie poradzimy. Hmmm.


Wbili wzrok w bruk pod stopami.


– O co wam właściwie poszło?


– O tytuł.


– Tytuł?


– Tytuł mojego poematu. – Zdzisiek zaczął tłumaczyć łamiącym się głosem. – Nazwałem to „Czas sadzy”. A Rysiek się przyczepił do mie, jak zawsze zresztą, bo uważa, że skoro tam jest żar miłości, to w tytule powinien być popiół, no bo jak ogień spala, to znaczy żar spala, to na popiół, czyli spójność metafory, a ja uważam…


Prezes przerwał słowotok Zdziśka machnięciem ręki.


– Popiół. – Zamyślił się. – Popiół? Nieee, to dobre dla speców od kotłów CO, to nie po kominiarsku. Za to sadza, taaak… Sadza to jest po naszemu. To pasuje do koncepcji. To nam da efekty. Panowie, walić metafory, „Czas sadzy” mi się podoba!




Awatar użytkownika
Czuowiek Roku
Pisarz domowy
Posty: 91
Rejestracja: pn 31 sie 2015, 21:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Kwalifikacje rozpoczęte!

Postautor: Czuowiek Roku » pt 21 wrz 2018, 10:58

Yyy... Metafora wyszła mi nieco łopatologiczna, ale czyż nie oznacza to, że właśnie ja potrzebuję pomocy i warsztatów? ;).
Z góry przepraszam wszystkich miłośników s-f - nie znam się na tym, nie lubię, nie czytam (z trzema wyjątkami), pewnie wyszedł mi lamerski wyrób esefopodobny. Jednakowoż chciałam spróbować nowego gatunku.

Plum! – Statek kosmiczny pod banderą planety KX-560 dotknął nóżkami platformy umieszczonej na powierzchni KH-580 i wyłączył silniki. Załoga otworzyła przesuwne drzwi i opuściła trap. Wyszli kolejno, Hekar, Lukor i Per, dokładnie tak jak ćwiczyli w Ośrodku Przygotowawczym Hurmak. Według alfabetu. W ćwiczeniach chodziło o to, żeby zabić instynkt i zastąpić go przez nawyk. Instynkty były dobre przy małych, amatorskich akcjach typu odstrzeliwania wściekłych karłów czy ucieczek przed wiosennym deszczem meteorów; tu gra toczyła się o zbyt dużą stawkę.


Hekar stanął przed czerwoną linią, obiegającą brzegi platformy, i rozłożył długi na kilka metrów próbnik. Jeszcze niedawno mieszkańcy KX-560 rozpaczliwie potrzebowali paliw. Inteligentne osady, zapewniające korelację formowania grufów1 z przyrostem naturalnym, statki przywożące z odległych planet masło2 i diamenty - wszystko to wymagało zasobów energii, których ich planeta nie nadążała dostarczać. Nie pomogła opracowana przez lokalnych naukowców metoda Mi-Zia, polegająca na krzesaniu meteroidą o meteroidę - okazała się nieefektywna, zupełnie jakby próbować uszyć futro dla średnich rozmiarów obywatela ze skalpów purf3. Przywódcy KX-560 zapewnili Kaksjańczyków, że dołożą wszelkich starań, by uratować starą dobrą mateczkę, po czym zaczęli się pakować. Koniec cywilizacji wydawał się nieunikniony.


Ocalenie nadeszło przypadkiem – leżąca opodal niezasiedlona planeta KH-580 z niewyjaśnionych przyczyn dokonała samozapłonu; wypełniające ją ciasno drobinki pankracytu, materiału powszechnie uważanego za trudnopalny, rozjarzyły się pomarańczowym blaskiem. Krążyły plotki, że chciała się zabić. Inżynierowie, geolodzy i eksperci z Kaksjańskiej Akademii Nauk pojawili się w apocentrum orbity KH-580 w asyście pułku bezzałogowych ficzersów4. Podczas gdy eskorta zajęła się ostrzeliwaniem przelatujących obok obcych jednostek i gwiazd, grupa specjalistów obudowała KH-580 regulowaną obręczą, którą obciągnięto rękawem do pieczenia. Potem zainstalowano kupione tanio od Ziemian rury azbestowe, i przeciągnięto je między KH-580 i KX-560. Na koniec w wybranych miejscach planety zamontowano platformy lądowniczo-laboratoryjne i oto system przesyłu energii był gotowy.


Raz na sto lat wojskowa ekipa serwisowa odwiedzała płonący powoli obiekt i dokonywała pomiaru temperatury. Serwisantami byli starannie wyselekcjonowani i przeszkoleni fachowcy, prawdziwi kosmici renesansu, potrafiący pilotować statki kosmiczne, kłaść rurociągi, a w razie potrzeby obsługiwać kasę fiskalną. No może ostatnio już nie tak bardzo wybitni, bo nowo wybrany szef Kaksjańskiej Rady Wojskowej ciął koszty, co przełożyło się na obniżenie poziomu kadr. Dotychczasowe testy pozwalały wysnuwać optymistyczne wnioski – KH-580, zwana pieszczotliwie Kahą, będzie karmić sąsiadkę nie krócej niż przez trzy sekstyliony lat.


Per wychylił się ostrożnie poza platformę i odkręcił pokrywę adaptacyjną. Odłożył ją na podest i pokazał Hekarowi, że może działać. Ten wsadził próbnik w dymiący otwór i zaczął nieśpiesznie wbijać się w KH-580. Lukor obserwował scenkę z podnóża trapu. Był najmłodszym stażem członkiem załogi, nieco ociężałym umysłowo, ale na większości planet wszechświata nie jest to przeciwwskazaniem do kariery w wojsku. Wiedział, że koledzy nie dadzą mu podczas wyprawy żadnego poważnego zadania, i absolutnie mu to nie przeszkadzało. Otworzył butelkę Zubera i pociągnął łyk. Skrzywił się i rozkaszlał.
- O w mordę, ale syf… - wymamrotał, starając się zetrzeć z języka nieprzyjemny smak.
Minął go Hekar, w skupieniu niosący czytnik, i Per, składający metodycznie uchwyt próbnika. Po chwili zeszli obaj, zamknęli otwór i zarządzili powrót.


Hekar stał w kokpicie na szeroko rozstawionych nogach - fakt, że Kaksjanie mieli ich sześć, pomagał im osiągać stabilizację na niemal każdym rodzaju podłoża. W jednej z wielu rąk trzymał notatnik, w innej kulkowe pióro. Przeprowadzał remanent poserwisowy, standardową procedurę sprawdzenia czy wszystkie przedmioty, które wnieśli na powierzchnię Kahy, zabrali ze sobą.
- Uniwersalny otwieracz do pokryw?
- Jest.
- Szmatki flanelowe do wycierania próbnika, dwie sztuki, żółte?
- Są.
- Butelka wody Zuber, zero siedemdziesiąt pięć litra?
- Jest – zameldował Lukor.
- Pełna czy pusta? – Hekar był doświadczonym żołnierzem i wiedział, że niuanse są ważne.
- Pusta. Trochę wypiłem, resztę wylałem do tego śmiesznego otworu.
- Zawracaj!!! – Hekar szarpnął Pera za rękaw tak mocno, że złamał mu kilka łokci.


Stali na platformie i patrzyli w dal. Oczne ekrany Kaksjańczyków mają tę specyficzną cechę, że gdy po wielkim stresie mózg rozluźnia kontrolę nad ciałem, zaczynają wyświetlać myśli swych właścicieli. Lukor analizował i emitował z opóźnieniem; z jego ekranów wciąż jeszcze bił żar. Oczy Pera i Hekara wypełniał popiół.




1’ Gruf – kaksjański dom, zwykle w kształcie iglo; dostosowujący się wymiarami i wyposażeniem do oczekiwań mieszkańców, o ile zostały oficjalnie zaprotokołowane podczas transferu myśl – Wielki Nadajnik i nie przekraczają przyznanego w Cyfrowym Akcie Nadania Grufu budżetu.
2’ Tak, to Kaksjańczycy są odpowiedzialni za okresowe wzrosty cen masła na Ziemi.
3’ Purfy – zwierzątka futerkowe zamieszkujące licznie północną półkulę KX-560. Stosunek rozmiaru średniej wielkości Kaksjańczyka do plurfa odpowiada zestawieniu Ziemianin – pchła.
4’ Ficzers – lekki, bezzałogowy wojskowy statek kosmiczny, produkowany przez koncern KXSH, nazwany na cześć generała Urguna Ficzersa, Bohatera Planety KW-562 Pierwszego Stopnia. Nazwa weszła do powszechnego użycia i jest stosowana w odniesieniu do wszelkiego rodzaju lekkich statków bojowych. Coś jak adidasy na Ziemi.



Baribal
Umysł pisarza
Posty: 730
Rejestracja: pt 04 sty 2013, 17:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Kwalifikacje rozpoczęte!

Postautor: Baribal » pt 21 wrz 2018, 11:45

Wulgaryzmy
Degeneracja

Leżała na brzuchu, tyłek lekko wypięty. Pośladki miejscami jej posiniały. Nic dziwnego, przecież całą noc wygrywał na niej klapsami, jakby była bongosami w śląskiej orkiestrze karnawałowej. Fakt, urządzili tu sobie małą Hawanę, tyle, że w syfie hotelu robotniczego, gdzie nie sprawdza się imion gości, ani jaką pannę się wnosi. Wschodzące słońce zamykało ten widok wymęczonego tyłka w czerwony kwadrat światła. Odwrócił wzrok od tej babskiej gruszki, spojrzał na podwórze. Jak co rano ruchu brak. Tylko ściany skrzeczą biedą, przy trzepaku siedzą dwie popielniczki. Normalka. Siódma, pomyślał, doba kończy się o dwunastej. Lepiej zebrać się wcześniej. Panna obróciła się na plecy, lekki grymas zaznaczył się na jej twarzy, kiedy pośladki dotknęły materiału pościeli.
Pożegnał ją szelestem kilku wymiętych banknotów. Powinno wystarczyć.


Na podwórzu już na niego czekali. Dwóch filowało przy trzepaku, czekali na Trzeciego, który właśnie wszedł przez oszczaną bramę.
- Gorąco dziś będzie – powiedział Trzeci zamiast się przywitać. Towarzysze mu nie odpowiedzieli. Odwrócili tylko wzrok w strony drzwi hotelu, z których wyszedł korpulentny pan z wąsem jak szczotka, który za czasów młodości jego ojca, był synonimem niemieckiego mistrzostwa w przemyśle dla dorosłych. Sweter w geometryczne wzory, byle jak naciągnięty na bojler torsu zdradzał pośpiech w porannej toalecie. Zupełnie jakby facet całą noc grzał tłoka z jakąś chętną samicą, a przy poranku przypomniało mu się, że ma życie do zmarnowania z żoną.


-Panie Dix! – zawołał Trzeci do grubaska z wąsem, wobec braku odpowiedzi, powtórzył: - Profesorze Dix!!!
Wąsacz zatrzymał się, ale nie odwrócił. Kontakt wzrokowy z popielniczką, to byłoby dawanie mu zbyt wysokiego poszanowania.
-Mam nadzieję, że to ważne. – odparł niecierpliwie.
-Oczywiście, że ważne. Pójdzie Pan z nami. – głos Trzeciego był monotonny, każda sylaba wypowiadana z podobnym naciskiem. Typowe dla człowieka, który zamiast ośrodka mowy ma w mózgu podręcznikowy schemat starosłowiańskiej gospodarki wypaleniskowej.
-A co jeśli nie zechcę? – W głosie reinkarnacji niemieckiego aktora porno czuć było niepokój. Gdyby jakaś starsza babcie przechodziła tędy, by zając dobre miejsce w przychodni, mogłaby stwierdzić, że trzech wysokich mężczyzn z twarzami o sile ekspresji Stevena Seagalla próbuje osaczyć i pobić poczciwego grubaska. Nie jej problem, ona ma nogę do wymiany.
- Obawiam się, że nie ma takiej możliwości. – werbalny prażynek dalej snuł swoje słowa jak kulki byle jak niziane na nitkę. Pierwszy i Drugi stanęli w bramie, jeżeli kiedykolwiek była szansa na ucieczkę, to właśnie stała się równie realna, jak udział czarnego ojca z Detroit w procesie wychowawczym własnych dzieci.
Mógłby walczyć, ale grubas walczący z popielniczką, to jak tajska prostytutka z niedopasowaną bielizną, chuj wyjdzie.
-Niech zgadnę…- westchnął zrezygnowany. – Łysy?
Popielniczki stali w milczeniu, jakby zbierali kurz na wystawie.
-Rudy?
Reakcji wciąż brak.
-Gruby? Siwy? Mały? – Dixowi powoli kończyły się ksywy. Nie żeby znał kogokolwiek, kto nazywałby się tak. Jest jednak statystycznym prawem, że każda dzielnica patologii ma w swoim repertuarze bandziorów kogoś, kto po prostu jest łysy, rudy, gruby lub mały.
Brak reakcji ze strony trzech przepalonych procesorków, dobitnie mówił, że nie ma tu do czynienia z lokalnymi gnojami.
- Nie mówcie mi, że jesteście popielniczkami z generalnego inspektoratu nasiennictwa leśnego…


***

Życie stało się troszkę inne odkąd doznania zmysłowe można było bezpośrednio wczepić sobie w mózg. Marzenia mistrzów SF stały się rzeczywistością. Co prawda, nie była to ani wizja rodem z orgiastycznego pierdolenia Huxleya, ani ponure zniewolenie Orwella. Co ciekawe, najbliżej byli reżyserzy filmów pornograficznych i producenci disco polo. Wystarczyło podczepić sobie w potylicę odpowiednie wejście i cały strumień gołych bab i figlarnych festyniarskich nut wpływał bezpośrednio do mózgu jak woda z Wisły do Bałtyku. A, że technologia była tania, wielu się skusiło. Fakt, że w trakcie chłonięcia przyjemnych doznań interfejs grzał całą korę mózgową zdawał się mało komu przeszkadzać. Na popularnych wtedy żarowiskach, ludzie siedzieli dookoła i przekazywali sobie kabel hedonizmu, jak kiedyś leniwi Chińczycy przemycane przez Brytyjczyków fajki z opium.


Oczywiście, jak zwykle, nie wiadomo było kiedy przestać, a mózgu, jak korby, grzać wiecznie nie można. Najtwardsi uzależnieni od kabla szybko doprowadzili do dosłownego przepalenia sobie neuronów. Stąd też, pieszczotliwie nazywano takich szczęśliwców popielniczkami. Co prawda byli zdolni do życia, ale zazwyczaj było to życie pozbawione wyższych funkcji językowych oraz poczucia humoru (pech chciał, że akurat te partie neuronów paliły się najczęściej). Nie powinno więc dziwić, że po swoich słowach Dix, zamiast chóru uśmiechów, lub stwierdzenia „Tak Dix, zabawny z ciebie koleś” dostał po prostu w mordę i stracił przytomność, a potem życie.


***

- Kurwa mać! Jak to nie żyje?! – piskliwy głos wypełnił biuro.
-Normalnie, przestał żyć – odparł Trzeci. Neurony odpowiedzialne za rozumienie intencji innych ludzi, również padały ofiarą wesołego żaru z kabla rozkoszy. – Obraził nas.
-Mieliście go przyprowadzić żywego! Kurwa! ŻYWEGO! Jak ja teraz… - chudy człowiek z nosem, jak penis Azjaty miotał się po pomieszczeniu. - No i chuj w bombki strzelił.
-Szefie, czy szef nie przesadza?
-Oczywiście, że nie przesadzam! Mieliście jedno zadanie, JEDNO ZADANIE! Cztery lata człowieka szukałem, przekupywałem, kradłem, szantażowałem. Ryzykowałem swoją reputację, by go odnaleźć, a wy w piętnaście sekund zabijacie go z powodu głupiego żartu.
-Wyśmiał nas.
-KURRRRR – chudzielec nie wytrzymał. Sięgnął do biurka po spluwę. Chwilę później Trzeci mógł bez problemu wietrzyć sobie szyszynkę, a wspomnienia jego dzieciństwa zostawiły czerwonego kleksa na ścianie, w kształcie motylka.
- Cztery lata szukania ostatniego człowieka, który wie jak zainstalować Windowsa 95 psu w dupę. Już nigdy nie zagram w klasycznego pasjansa!
Chudzielec zapłakał, czule objął ustami długa, twardą zimną lufę spluwy. Umarł bez szans, bez nadziei i bez wiedzy o istnieniu emulatorów.



N

Awatar użytkownika
Zaqr
Pisarz pokoleń
Posty: 1100
Rejestracja: pn 03 sty 2011, 23:30
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Kwalifikacje rozpoczęte!

Postautor: Zaqr » pt 21 wrz 2018, 12:10

Zdarzył się wulgaryzm

Stopę od szczęścia



Krok.


Chyba każdy w pewnym momencie swojego życia znajduje miejsce, w którym potrafi wyciszyć swoje wzburzone emocje. Zapanować nad sobą. Znów być w harmonii.


Krok.


Niewielu zdaje sobie sprawę, że nie jest to kwestia charakteru, przyzwyczajeń czy dobrych wspomnień związanych z danym miejscem. To echo.


Krok.


Ludzie od tak dawna szukali obcych cywilizacji, kosmitów, niewyobrażalnych kreatur z odległych krańców wszechświata, a zapomnieli o odkrywaniu tego, co jest blisko. Zawsze brakowało nam samoświadomości.


Krok.


Każdy twierdzi, że jest wyjątkowy, każdy uważa się za lepszego od innych i wywyższa się kiedy tylko znajdzie się ku temu okazja. Oczywiście nie przyzna się do tego, bo jest też od innych skromniejszy, lepiej wychowany, a co najważniejsze nie potrzebuje poklasku, by działać.


Krok.


Niewielu niestety zostało tych, którzy zachowywali się tak, jak na ludzi przystało. Dziś tak trudno o ludzkie odruchy w świecie, który pyszni się mianem wyrosłego na podwalinach humanizmu i najwspanialszych osiągnięć naszych przodków. I co z tego? I tak wszyscy myślą tylko o tym, żeby napchać sobie kieszenie i uchwycić choć namiastkę władzy.


Krok. Już przedostatni. Ktoś mógłby powiedzieć, że najważniejszy jest pierwszy krok. Dla innego byłby to krok ostatni. Dla mnie? Chyba wszystkie były tak samo istotne i tak samo trudne. Eh, jebać to.


Krok. Jakby krótszy. Zupełnie bezszelestny.



***

Wieczory zawsze wyglądały tak samo – każdy siedział w swoim kącie, zajęty najważniejszymi sprawami. Czasem tylko podnosił głowę, żeby spojrzeć na pozostałych domowników. Zupełnie bezrefleksyjnie, siłą przyzwyczajenia, być może związanego z genetycznymi naleciałościami związanymi z zapomnianą sztuką prowadzenia rozmów. Tym razem coś jednak było inne. Jakby… niekompletne. Oczy prześlizgiwały się więc po drogich sprzętach, wiekowych bibelotach i niezbędnych w pomieszczeniu kurzołapach, ale wszystko wyglądało tak jak dawniej. Przy drugim okrążeniu najuważniejszy zauważył istotną lukę w miejscu, gdzie do tej pory znajdowała się szklana kuleczka wielkości paznokcia. Nikt nie znał jej przeznaczenia, ale jej brak był wystarczającym pretekstem.


– A to szuja. – burknął pod nosem, starając się jednak zrobić to na tyle głośno, by zostać usłyszanym przez swoich towarzyszy. Następnie wstał i, odprowadzony beznamiętnym wzrokiem pozostałych, wyszedł z pomieszczenia. Już miał zacząć wtaczać swoje tłuste cielsko na schody, gdy ciszę zakłóciło pukanie do drzwi. Nie były to jednak nieśmiałe stuknięcia domokrążców i gorącowierców; daleko było im też od łomotania oficjalnych i nieoficjalnych komorników. Stonowane, precyzyjne i dźwięczące w uszach uderzenia gliniarza. Nie byle gówniarza, który dopiero co włożył na siebie mundur i niepewnym krokiem idzie przez dzielnicę, ale starego wygi, który rozpoznaje ulicę swoimi stopami.


Po chwili drzwi otworzyły się powoli – prawie nikt nie zakluczał tu mieszkań, bo zbyt często wylatywały razem z framugą, gdy ktoś „z góry” wypił za dużo, musiał szybko zdobyć pieniądze, albo po prostu mu się nudziło. Niemal zupełnie szara skóra, prosty zegarek i mundur z białymi obszyciami – ścierwojad. Żył, bo inni ginęli i dawali mu zajęcie.


– Czego? – warknął gruby i chwycił za stojącą przy poręczy pałkę.


– Funkcjonariusz Szarzyński. Jesteście aresztowani za próbę morderstwa ze szczególnym okrucieństwem.



***

Wykładowca mówił monotonnie, ale cała sala słuchała go z zapartym tchem, nieliczni próbowali zrozumieć. Niektórzy przychodzili za każdym razem i notowali zawzięcie tylko po to, żeby później nocami rwać włosy z głowy próbując rozgryźć enigmatyczne sformułowania rzucane od niechcenia przez staruszka.


– Do niedawna wszystko było dla nas zupełnie płaskie – zamknęliśmy się w postrzeganiu świata przez pryzmat dobrze znanych i namacalnych wymiarów, a każde odstępstwo od tej reguły kwalifikowaliśmy jako brednie spirytystów albo obłąkańczy jazgot lunatyków. Trzy punkty mogła przeciąć tylko jedna prosta, a dwie proste przecinały się w jednym tylko punkcie. I gdzie tu miejsce na zmiany? Ano nie było go, bo wszyscy myśleli prostymi i punktami. Trzeci wymiar dodawał wszystkiemu trochę głębi, ale to dalej nie był świat. Jako rozsądne uważano zaliczenie czasu do pocztu wymiarów. On jednak był o tyle kłopotliwy, że gnał przed siebie i nie dał się okiełznać ani opisać w pełni. Próbowali uwiązać go linami okrążeni planetarnych, sypiącym się piaskiem czy cieniami na kamieniu, ale nic to nie zmieniało – dalej nie byliśmy w stanie go prawdziwie poznać. Dopiero Krugg zauważył, że do zrozumienia elementu należy użyć jego towarzysza. Długość jest identyczna jak głębokość i szerokość. Dopiero razem jesteśmy w stanie je odróżnić.


Po sali przebiegł szmer kartek. Do tego momentu wykład był dosyć jasny, jednak wszyscy wiedzieli, że teraz zaczną się schody, na pewno teraz pojawi się kolejny przykład, który ma rozjaśnić, a tylko namąci im w głowach.


– Żeby zrozumieć czas musicie wyobrazić sobie ognisko. Składa się z wielu elementów, ale łączy je ogień. Ogień je spala i ściera na pył – delikatne drobiny jarzące się czerwienią, które następnie zmieniają się w szary proch. Ogień staje się zimny, a ognisko przestaje być miejscem bezpiecznym, nie chroni przed drapieżnikami, nie daje pożywienia, nie ogrzewa ani nie rozświetla ciemności. Wystarczy jednak okruch ducha ogniska, by powstało na nowo – żar, który rozpoczyna kolejny cykl ognia, żar, który może być początkiem albo końcem. Jego część może tlić się w tysiącach płomieni, ale może też zgasnąć już na samym początku ugodzony przez zabłąkaną kroplę. Wszystko, co nas otacza jest, było lub będzie częścią płomienia.


Staruszek przerwał na chwilę, rozejrzał się po sali i wskazał na zegar.


– Zbyt długo patrzyliśmy na sam cień i mówiliśmy, że to obiekt, który badamy. Teraz jednak potrafimy czas wykorzystać – budować go i niszczyć, zniewalać, uwalniać, popędzać i do granic absurdu przesuwać – urwał znów i zwiesił głowę. – Jak stołek pod nogami.





Wróć do „Kwalifikacje OGÓLNODOSTĘPNE”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Thana i 1 gość