Obrazek Weryfikatorium

Jak prawie rozwiodłem się przez Andrzeja Pilipiuka

w rolach głównych: My - forumowicze
Klucznik: Eldil

Moderatorzy: Eldil, Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Seener
Pisarz osiedlowy
Posty: 226
Rejestracja: śr 10 lut 2010, 21:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Jak prawie rozwiodłem się przez Andrzeja Pilipiuka

Postautor: Seener » wt 04 lut 2020, 17:19

Historia oparta na faktach, chociaż fakty zostały wypaczone, oparcie jest luźne, a narracja skrajnie tendencyjna. Możliwe są również postprawdy i fakenewsy.

Najważniejsze jest mieć wszystko pod kontrolą. Nieważne czy idzie zgodnie z planem, czy nie. Ważne, żeby panować nad sytuacją. Mark Watney twierdził, że jeśli rozwiąże się odpowiednią ilość problemów na końcu czekał będzie sukces. Może brzmiało to trochę inaczej, ale z drugiej strony co on tam wie, nawet nie jest prawdziwy.


Początkowo wszystko miało być zgodnie z planem, tym najbardziej typowym, przewidywalnym i nudnym. To miała być w końcu zwykła sobota, żadnych wycieczek, wyjazdów, gości i fanaberii. Śpimy dłużej, po leniwym śniadaniu sprzątanie, zakupy i obiad w domu. Po południu jakiś spacer i kawa. Wieczorem leżakowanie przy szklaneczce czegoś mocniejszego. W końcu należy nam się trochę odpoczynku.


Miała być, ale nie była. Dowiedziałem się o tym już we wtorek.


- Miśku, pracuję w sobotę.


- Gdzie? – spytałem trochę zaskoczony, bo moja osobista Wenus nie pracowała w soboty.


- Dorabiam w warzywniaku. – Odmierzyła pauzę, żeby dać wybrzmieć sarkazmowi. – No w biurze. Nasze ufoludki w okularach coś zmieniają w systemie i mamy sprawdzać, czy wszystko nam działa.


- Długo to potrwa?


- Normalna zmiana, do szesnastej.


Sobota rano zaczęła się więc od całusa na szczęście.


- Ogaranij mieszkanie. Pamiętaj o kuchni i praniu. Zostawiłam ci listę zakupów. I bądź grzeczny, bo i tak wszystkiego się dowiem – rzuciła jeszcze, zamykając drzwi. Na pocieszenie zostawiła mi swoją podobiznę, niemal dwuletnią księżniczkę, która już całkiem nieźle chodziła, była bardzo ciekawa świata i potrafiła wypowiedzieć kilka prawdziwych słów. Towarzysz niemal idealny.


- To co? Posprzątamy sobie?


- Nie.


- To może skoczymy do baru?


- Mama.


- Albo wynajmiemy kogoś do sprzątania, a my zamówimy pizze?


- Tata.


Księżniczka wykorzystała prawie wszystkie znane sobie wyrazy i weszła w tryb losowych odpowiedzi, więc dalsza konwersacja była bezcelowa.


- Kto jest najmądrzejszy?


- Mama.


- Ale kto jest najmądrzejszy na świecie?


- Nie.


Cwana bestia.


Przy śniadaniu stoczyłem nierówny bój z dwiema przebiegłymi rączkami, które robiły wszystko, żeby utrudnić jajecznicy drogę do ust. Oddałem się też filozoficznym rozważaniom nad tym, że można wymagać, żeby ktoś pracował za dwoje, ale czy wymaga się, żeby ktoś wypoczywał za dwoje? Czy to w ogóle możliwe? Może to będzie moje postanowienie noworoczne?


Po śniadaniu, między pościgami, przyjęciem dla misiów i skokami na kanapie udało mi się odkurzyć. W końcu nastawiłem pranie i padłem. Księżniczka akurat zainteresowała się bajką o kolorowych kucykach, a ja pozwoliłem sobie na chwilę beztroski, usiadłem i wyciągnąłem z kieszeni telefon. Na świecie wojny, recesja, inflacja, dygresja, ktoś Polskę szkaluje, ktoś inny jej broni, rząd rządzi, opozycja przeszkadza, jednym słowem nuda. Była dopiero dziesiąta, a ja już czułem się, jakbym miał wracać do trumny. Może zerknę na forum? Pojadę po kimś nowym to od razu zrobi mi się lepiej, na starych to już nie robi wrażenia. Ale prawdę mówiąc nie chciało mi się czytać, ani nawet pisać. I pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie jeden fioletowy napis na ekranie.


Andrzej Pilipiuk.


Nie jestem może największym fanem, nie mam plakatu i nie śledzę profilu na fejsie, ale jednak czytuję i lubię. Norweskie jelenie mnie nie kręcą, ale Wędrowycz rozbawiłby prezesa niejednej partii. Do tego jeszcze Skórzewski, Storm i cała reszta. Coś się dawno autor nie udzielał. No więc zajrzałem, a tam niespodzianka, premiera kolejnej książki i zaproszenie na spotkanie. I to w dodatku w Warszawie, co chwilowo zgadza się z miejscem mojego pobytu. Takiej okazji nie można przegapić. Wałbrzyska, to nawet niedaleko. Tylko kiedy? Zwoje mi się rozgrzały, zerknąłem na kalendarz no i wyszło mi, że to dziś. To jeszcze lepiej, nie przegapiłem i nie zdążę się rozmyślić.


Tylko ta godzina, czternasta. Mojej Wenus jeszcze nie będzie, musiałbym zabrać księżniczkę, a to chyba nie jest najlepszy pomysł. W tłumie fanów, a zwłaszcza rozhisteryzowanych fanek może nie być ani bezpiecznie, ani wygodnie z małym dzieckiem. Do tego szturm na stoisko z książkami, przepychanki, prawdopodobnie przekleństwa, może nawet rękoczyny. Może jednak lepiej zostać w domu?


Z drugiej strony nigdy nie spotkałem osobiście nikogo sławnego. Kupię książkę i może uda mi się zdobyć autograf, to będzie coś. No i sprawdzę, czy wygląda tak jak na zdjęciach. Celebryci często je retuszują. I czy naprawdę ma brodę, i czy jest prawdziwa? Okaże się, czy on w ogóle istnieje. Philip K. Dick nie wierzył w istnienie Stanisława Lema. Może Pilipiuka też nie ma? Wydał już trzydzieści dziewięć książek, a ja od tylu lat nie mogę skończyć choćby jednej. Coś tu jest grubo podejrzane, jak się nad tym tak poważnie zastanowić.


Tylko co z księżniczką? Wybrałem numer do Wenus.


- Jaki Andrzej?


- Pilipiuk.


- Nie znam. To z tej waszej paczki ze studiów?


- Nie, pisarz taki.


- A skąd ty go znasz?


- Nie znam, mam jego książki.


- Dobra, rób jak chcesz. Ja nie mam teraz czasu, jestem zajęta. Idzie szybciej niż się spodziewali więc może się wyrwę z godzinkę wcześniej.


- Ale to jest o czternastej, a ja nie chcę tam zabierać księżniczki, tylko nie mam jej z kim zostawić. Może mama by się zgodziła? Ty masz numer do tej opiekunki co kiedyś przychodziła, pamiętasz?


Cisza. Czekałem niecierpliwie na jakiś znak, bo cisza po jej stronie zawsze oznaczała kłopoty po mojej. W końcu poleciało kilka piknięć i połączenie się skończyło. Wyładował jej się telefon. Spokojnie, jak znajdzie ładowarkę to oddzwoni. Nawet wiem gdzie ją znajdzie, zostawiła przy łóżku w sypialni, ale pewnie w firmie też coś ma. Poczekam.


Czekałem tak z pół godziny umilając sobie czas zabawą lalkami, ale telefon milczał, a czas uciekał. Pora na poważną decyzję. W końcu ja w tym domu noszę spodnie i piję alkohol, więc nie muszę mieć pozwolenia, żeby zadzwonić do jej mamy.


- Bardzo chętnie mój drogi, ale mam kosmetyczkę o czternastej. Jakbyś teraz potrzebował, to mogę zajrzeć na pół godzinki.


Czyli mama odpada.


Wygrzebałem w sieci numer do firmy, ale tam nikt nie raczył odebrać. Widocznie recepcja nie robi nadgodzin. Sytuacja, delikatnie mówiąc, zaczęła robić się patowa. Na szczęście miałem odłożonych parę szarych komórek na czarną godzinę i przydały się jak znalazł. Wenus znalazła przecież kiedyś panią do pomocy. W Internecie można podobno kupić bombę atomową, więc może i jakaś niania się znajdzie.


Po pięciu minutach znalazłem już stosowną grupę, a po następnych pięciu ogłoszenie czekało na szczęściarę. Pani Patrycja okazała się być studentką filologii angielskiej, która akurat szczęśliwie w ten weekend nie wracała do domu. No i super. Może księżniczka nauczy się jakiegoś słowa po angielsku. Problem rozwiązany.


- Bardzo lubię dzieci – obwieściła na początku rozmowy telefonicznej.


No i super. Mnie to wystarczy. Nie żebym tak beztrosko oddawał Księżniczkę w obce ręce, ale intuicja podpowiadała mi, że to szczera prostolinijna osoba, która choćby nawet chciała kogoś skrzywdzić, to i tak nie wiedziałaby jak to zrobić. Umówiliśmy się na trzynastą. O trzynastej trzydzieści pani Patrycja zapukała do drzwi.


- Bardzo przepraszam, ale autobus się opóźnił. To chyba przez ten deszcz.


Takie życie. Pani Patrycja okazała się być miłą, szczupłą i całkiem atrakcyjną dwudziestoparolatką z ujmującym uśmiechem. Tę część zamierzałem na wszelki wypadek pominąć w sprawozdaniu dla Wenus. Księżniczka na początku schowała się za moją nogą, ale po paru minutach zgodziła się na wspólną zabawę z nową ciocią. Wyjaśniliśmy sobie gdzie jest jedzenie i picie, co księżniczka lubi, a czego nie, że na pewno wszystko będzie dobrze i mogłem ruszać w drogę.


No nic, najwyżej nie załapię się na lampkę szampana na rozpoczęciu. Spóźnienie opiekunki szybko stało się jasne. Rzeczywiście zaczęło padać, a to wystarczy, żeby na trzypasmowej obwodnicy nie dało się przekroczyć dziewięćdziesiątki. Zawsze mnie to zastanawiało, dlaczego ludzie boją się w takich warunkach wrzucić piątkę. To nie było oberwanie chmury, tylko lekki deszczyk. No ale trudno, natury nie pokonam, dopasowałem prędkość i musiałem pogodzić się z tym, że opóźnienie będzie większe niż się spodziewałem.


W końcu udało mi się zaparkować i odszukać adres podany na forum. I tu czekała niespodzianka. No elewacji budynku znajdował się napis „Państwowy Instytut Audiowizualny”. Czy to nie dziwne? Dziwne. Czy to nie podejrzane? Podejrzane. Słowo pisane promuje się w instytucie audio i wizualnym. Nic tu się nie trzyma przysłowiowej kupy. Wchodząc do wnętrza analizowałem moje podejrzenia. Może to żart? Może ktoś włamał się na konto autora i postanowił zrobić psikusa fanom? A może jego profil prowadzi jakiś zakochany w twórczości fan? Tak chyba było z profilem ministra jakiejś obrony. Może wkleił nie to co trzeba, albo nie tam gdzie trzeba?


Miła pani na recepcji wskazała mi kierunek i po chwili stałem przed szeroko otwartymi drzwiami do klubokawiarni. Wejście zasłaniała wysoka do sufitu ścianka, zza której dobiegał głos. Był to głos człowieka z pasją. Nie pasjonata żółtodzioba, który dopiero odkrył swoje zainteresowanie i opowiada w porywczym zapale, łapiąc co chwilę oddech i gubiąc przy tym głoski. To był głos człowieka doświadczonego w swojej pasji, głos który nie opowiadał, lecz rozdawał. Odmierzał staranni, celował precyzyjnie, robił pauzy i podkreślał. I musiał już nie jeden raz robić pauzy i podkreślać, bo cisza za ścianką ten głos chłonęła niczym gąbka. Sam nie wiem czy stałem za tą ścianką, żeby się spokojnie wsłuchiwać, czy wstydziłem się wejść spóźniony. W końcu ośmieliła mnie jakaś pani, która jak się okazało, przyszła tam tylko na kawę. Potruchtałem za nią, starając się nie rzucać w oczy.


Na pierwszym stoliku leżały egzemplarze najnowszej książki. Super, więc jeszcze się załapę. Ale cierpliwości. Nie chciałem robić zamieszania, więc podążałem za panią, która robiła za moje alibi.


Cały środek sali zajmowali goście, którzy w ciszy wsłuchiwali się w opowieść. Za ich plecami nieśpiesznie funkcjonował klubokawiarniany bar, w którym zdecydowanie częściej podawano piwo niż kawę. Zająłem pozycję za filarem i w końcu wyjrzałem w stronę ścianki, tym razem już z dobrej strony.


Był tam. Siedział rozluźniony, trzymał mikrofon w ręce i opowiadał. Wyglądał jak na zdjęciu, tyle że bez czapeczki. Opowiadał i wrzucał dygresje, można było odnieść wrażenie, że rzeczywiście sam pisze te wszystkie książki. I miał brodę, też jak na zdjęciu. Może na koniec, przy autografach będzie okazja niepostrzeżenie sprawdzić czy nie przyklejona przypadkiem. Obok siedział jakiś uprzejmy, nieco zaokrąglony dżentelmen w garniturze. Tak na oko zdecydowanie po pięćdziesiątce, jeśli chodzi o wiek, ma się rozumieć.


Można było pomyśleć, że to przedstawiciel wydawnictwa albo impresario, ale coś go zdradziło. Coś, czego nie dało się przewidzieć. Autor w emocji pozwalał sobie od czasu do czasu na gestykulację. I tak, wspominając akurat o jakimś kanale albo moście, machnął ręką szerzej niż zwykle, potrącając przy tym stojącą obok, otwartą butelkę wody. Wydawało się, że nie ma innego wyjścia, butelka spadnie i roztrzaska się z hukiem o podłogę. Ale nic takiego nie nastąpiło. Mężczyzna siedzący dotychczas obok w niedbałej i zrelaksowanej pozie w ułamku sekundy spiął się niczym tygrys i chwycił tę butelkę w locie. Odstawił ją na miejsce, nie uroniwszy ani kropli. Wszystko stało się jasne. To był ochorniarz, agent. Wyszkolony zabójca gotów w sytuacji zagrożenia schować jedną ręką autora za siebie, a drugą wyrwać serce napastnikowi. Kto wie, może potem nawet je zjeść na jego oczach. Trzeba będzie uważać przy autografach. Postanowiłem, że na wszelki wypadek podejdę z rękami wysoko uniesionymi nad głowę.


W kieszeni poczułem delikatne wibrowanie. Nie, to nie był niezdrowy objaw ekscytacji, dzwoniła pani Patrycja. Odszedłem na bok, żeby nie przeszkadzać mówcy.


- Mała bardzo płacze, nie mogę jej uspokoić.


Szybkie mierzenie temperatury nie wykazało gorączki.


- Na jej szafce z zabawkami jest taka lalka w niebieskiej sukience.


Odczekałem chwilę i okazało się, że ulubiona zabawka przyniosła ukojenie. Problem rozwiązany.


Wróciłem do swojego miejsca za filarem. Autor opowiadał właśnie o swojej podróży po Wenecji, obserwacjach i inspiracjach. Akurat byłem tam kiedyś więc coś tam już widziałem, ale nie pamiętałem sklepów z pamiątkami i cen. Nie zauważyłem też kryształków w murach. Zapamiętałem tylko, że grzane wino tam smakowało inaczej niż w naszych górach a lody latte tam nijak się mają do lodów śmietankowych u nas. Właściwie to chyba powinienem napisać to na odwrót.


Zasłuchałem się w opowieść, ale zrobiłem też rozeznanie ilu uczestników trzyma w rękach premierową książkę i ile sztuk jest na stoliku. Powinienem się załapać. Kupiłem nieprzyzwoicie drogą butelkę mineralnej i ponownie odezwał się telefon.


- Mała znowu trochę popłakuje. Może wyjdziemy na spacer?


Pewnie,świetny pomysł, zwłaszcza, że przestało padać. Wózek stoi na parterze koło skrzynek na listy. Trochę świerzego powietrza dobrze im zrobi, po deszczu zawsze ładnie pachnie w parku naprzeciwko. Problem rozwiązany.


Oparłem się ponownie o filar i zacząłem uważniej przyglądać się gościom. Cos mi tu nie pasowało od początku. Gdzie są fanki, gdzie te niesubordynowane nastolatki. Widocznie ochroniarz zrobił z nimi porządek wcześniej. No tak, przecież się spóźniłem. Musiałem przegapić niezłą akcję, sam jestem sobie winien. Ci, którzy to widzieli, z pewnością nie mieli ochoty teraz wprowadzać zamieszania. Po drugiej stronie sali zauważyłem panią, która z uśmiechem wyrażającym uwielbienie przytakiwała każdemu zdaniu. Czyli jedna się uchowała. Pewnie zmyliła ochroniarza, bo nie wyglądała na nastolatkę.


Tak na zdrowy rozum to nie mogłem być jedyną osobą z forum na sali. Parę metrów ode mnie stała blondynka z miłym wyrazem twarzy. Może Margot albo Pani Durst. Trochę dalej jakiś mężczyzna, z miną sceptyka od lat poszukującego na świecie dowodów, że się myli. Może Leszek? Na przedzie jakiś facet siedzi z notatnikiem i ciągle coś w nim skrobie. Jak nic Iwar robi notatki, jak poprowadzić karierę po debiucie.


Telefon odzywa się po raz kolejny. Niedobrze.


- Mała się denerwuje w wózku i znowu popłakuje.


- Tam w rogu parku jest taki mały plac zabaw. Ona bardzo lubi bawić się na zjeżdżalni.


Problem rozwiązany.


Wróciłem na swoje miejsce akurat kiedy wszyscy się śmiali. Przegapiłem żart, nie tak to wszystko miało być. Zerkam niepewnie czy przypadkiem ochroniarz nie uznał mojego zachowania za podejrzane i czy nie obserwuje mnie skrycie, ale nawet jeśli, to i tak bym się nie zorientował. Obiecuję sobie, że skoncentruje się na przemowie, jest akurat coś o planach na przyszłość.


Ale telefon odzywa się ponownie.


- Przepraszam, ale nie mogę jej uspokoić.


- A wzięła pani może tę niebieską lalkę?


- Tak, ale ciągle ją wyrzuca na ziemię.


- Może ją pani ponosić trochę na rękach?


- Nosiłam, ale nie mam już siły.


A niech to. Uruchamiam szare komórki, ale chyba zużyłem już przydział na dziś. Zbliżała się piętnasta.


- Wracajcie do domu. Zaraz tam będę.


Trudno. Biję się jeszcze z myślami, czy spróbować kupić książkę, ale i tak nie uda się teraz dostać autografu. Cały misterny plan runął. No i co panie Watney? Wymknąłem się dyskretnie i poszedłem do samochodu. Kwadrans później zaparkowałem w garażu. Okazało się, że pani Patrycja z księżniczką też były gdzieś w okolicy.


Spotkaliśmy się przy drzwiach do klatki i to co zobaczyłem nie wyglądało dobrze. Pani Patrycja miała ochlapany cały lewy bok. Kurtka i spodnie były mokre, na nogawkach do połowy ud pełno było plam z kawałkami błota. Wyglądała naprawdę żałośnie.


- Przejeżdżała ciężarówka i chciałam zasłonić wózek.


To bardzo miło z jej strony, zrobiło mi się jej żal. Nie mogła wracać w takim stanie. W końcu zasłoniła księżniczkę.


- Niech pani idzie na górę i spróbuje to wytrzeć i jakoś zaczyścić. W szafce koło umywalki jest suszarka, może da się trochę podsuszyć. Ja i tak muszę iść do bankomatu więc zabiorę księżniczkę.


Podziękowała i weszła do klatki, a ja niespiesznie ruszyłem do bankomatu w pobliskim pawilonie. Chciałem dać jej trochę czasu, ubranie wyglądało naprawdę kiepsko. Księżniczka rozpogodziła się na mój widok więc nie musieliśmy nigdzie gnać.


Chowałem właśnie wypłacone pieniądze do kieszeni, gdy mój telefon zapikał. Na ekranie wyświetlił się komunikat, że abonent jest już dostępny. Super, Wenus w końcu podłączyła telefon, pewnie znalazła ładowarkę. Niespecjalnie zdążyłem się zastanowić gdzie ją znalazła bo chwilę potem mój telefon zadrżał ponownie i na ekranie wyświetliło się jej zdjęcie. Odebrałem, ale nie zdążyłem się miło przywitać.


- Masz trzy sekundy, żeby mi wyjaśnić co ta lafirynda bez spodni robi w naszej łazience.


Trzy sekundy. Trochę mało.



Jako pisarz odpowiadam jedynie za pisanie.
Za czytanie winę ponosi czytelnik.

Awatar użytkownika
tomek3000xxl
Pisarz osiedlowy
Posty: 374
Rejestracja: czw 05 cze 2014, 09:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Jak prawie rozwiodłem się przez Andrzeja Pilipiuka

Postautor: tomek3000xxl » wt 04 lut 2020, 17:44

Targany ogromnymi emocjami, chciałem ci wpierw napisać, że z ciebie to pantofel jak ta lala, bo historia na faktach :) Później dzięki Bogu pojawiło się to dwuletnie cudo, więc zamykam japkę na wieczność :
Historia ciekawa, styl godny nasladowania, ale nie ma co się dziwić, bo toć przecie Seener napisał. Brawo chłopaku, well done! :)



Awatar użytkownika
mrs.durst1
Debiutant
Debiutant
Posty: 239
Rejestracja: śr 20 cze 2018, 19:34
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Jak prawie rozwiodłem się przez Andrzeja Pilipiuka

Postautor: mrs.durst1 » wt 04 lut 2020, 18:46

tomek3000xxl pisze:Source of the post Targany ogromnymi emocjami, chciałem ci wpierw napisać, że z ciebie to pantofel jak ta lala, bo historia na faktach :) Później dzięki Bogu pojawiło się to dwuletnie cudo, więc zamykam japkę na wieczność :
Historia ciekawa, styl godny nasladowania, ale nie ma co się dziwić, bo toć przecie Seener napisał. Brawo chłopaku, well done! :)

Ale czemu pantofel?
Bo żona poprosiła o ogarnięcie WSPÓLNEGO domu i zrobienie zakupów? Dorośli i mądrzy ludzie dzielą się obowiązkami ;)


Co do tekstu, to naprawdę dobrze się czytało.
Przyczepiłabym się tylko do
Seener pisze:Source of the post czekał będzie sukces.

Nie powinno być "czekać"?
Lekki, humorystyczny (nie wiem czy nie sakrastyczny?). Dla mnie super.



Awatar użytkownika
tomek3000xxl
Pisarz osiedlowy
Posty: 374
Rejestracja: czw 05 cze 2014, 09:41
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Jak prawie rozwiodłem się przez Andrzeja Pilipiuka

Postautor: tomek3000xxl » wt 04 lut 2020, 18:56

mrs.durst1 pisze:Source of the post Ale czemu pantofel?
Bo żona poprosiła o ogarnięcie WSPÓLNEGO domu i zrobienie zakupów? Dorośli i mądrzy ludzie dzielą się obowiązkami

tAM JEST NA KOŃCU TAKA UŚMIECHNIĘTA BUŹKA I OZNACZA ŻART... LEPSZY LUB GORSZY



Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3863
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Jak prawie rozwiodłem się przez Andrzeja Pilipiuka

Postautor: Godhand » wt 04 lut 2020, 20:46

Jeden ort, parę drobnych błędów.
Całość zabawna i dynamiczna, aczkolwiek końcówka - od ochlapanej Pani - przewidywalna.
Mimo powyższego, podobało mi się.
Gratulacje.

G.

P. S. Jeśli opowieść jest na faktach, prosimy Andrzeja o odkrycie tożsamości (a także ukrytych talentów) Pana, który złapał butelkę.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
brat_ruina
Legenda pisarstwa
Posty: 2167
Rejestracja: ndz 27 kwie 2014, 13:21
OSTRZEŻENIA: 2
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

Jak prawie rozwiodłem się przez Andrzeja Pilipiuka

Postautor: brat_ruina » śr 05 lut 2020, 12:35

Seener pisze: usiadłem i wyciągnąłem z kieszeni telefon. Na świecie wojny, recesja, inflacja, dygresja, ktoś Polskę szkaluje, ktoś inny jej broni, rząd rządzi, opozycja przeszkadza, jednym słowem nuda.
Wiesz, na moim jest to samo.

Godhand pisze:P. S. Jeśli opowieść jest na faktach, prosimy Andrzeja o odkrycie tożsamości (a także ukrytych talentów) Pana, który złapał butelkę.
Tych dwóch blondynek! Tych dwóch blondynek!

Added in 6 minutes 43 seconds:
Hm, jednej. Tej z miłym wyrazem twarzy.

Nie wiem jak się podwoiły:)


Jeszcze raz odwróciłam głowę, by zobaczyć, jak lafirynda odchodzi dumnym krokiem, plaskając głośno pośladkami

Ja sam przeczytałem już ok. 8 000 książek


http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 5_pop4.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... 6_druk.pdf
http://postscriptum.net.pl/prezentacje/ ... tu_ABC.pdf

Awatar użytkownika
Seener
Pisarz osiedlowy
Posty: 226
Rejestracja: śr 10 lut 2010, 21:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Nie podano

Jak prawie rozwiodłem się przez Andrzeja Pilipiuka

Postautor: Seener » pn 10 lut 2020, 15:33

mrs.durst1 pisze:Source of the post nie wiem czy nie sakrastyczny?

A to źle? :)
Żadnych osobistych wycieczek. Ot, rzeczywistość została nieco ztuningowana.
Godhand pisze:Source of the post Jeśli opowieść jest na faktach

Tak było, aczkolwiek pan towarzyszący autorowi, zrobił to raczej ze spokojem i gracją doświadczonego iluzjonisty.
brat_ruina pisze:Source of the post Nie wiem jak się podwoiły:)

Nadzieja czasem płata takie figle ;)
W sumie nie wiem ile łącznie tam było "blondynek z miłym wyrazem twarzy". Możliwe że dwie, możliwe że więcej :)


Jako pisarz odpowiadam jedynie za pisanie.
Za czytanie winę ponosi czytelnik.


Wróć do „Zamek WeryfikatoriuM”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość