Nad Niemnem - Eliza Orzeszkowa

1
Bez przesady mogę stwierdzić, że „Nad Niemnem” to jedna z najważniejszych książek w moim życiu. Formacyjna wręcz. O przyczynach opowiem dalej, na początek jednak zaznaczę, że zdaję sobie sprawę, że powyższe zdania u niejednej osoby mogą wywołać zdziwienie. Nie jestem tym zaskoczona. „Nad Niemnem”, z tego co się zorientowałam, czytając opinie i wysłuchując różnych zdań, stało się wręcz symbolem nudnej lektury szkolnej. Bo opisy przyrody. Bo nuda. Bo prawie żadnej akcji. Bo… I tak dalej. Słyszałam i czytałam to nieraz. Moja licealna polonistka, usłyszawszy, że uwielbiam tę lekturę (bo już w drugiej klasie liceum miałam za sobą chyba dziesięciokrotne czytanie tekstu) zaproponowała mi poprowadzenie zajęć na jej temat, bo stwierdziła, że ona „Nad Niemnem” i pozytywizmu nie znosi w ogóle, więc lepiej, żeby o tekście opowiedział ktoś, kto go lubi. Rozsądna strategia. Lekcję poprowadziłam, ale chyba akcja przekonywania nie udała mi się, skoro pamiętam rzucony komentarz koleżanki: „Czyli tam się zupełnie nic nie dzieje”. No, może miała trochę racji…
Pierwszy raz przeczytałam „Nad Niemnem” mając jakieś jedenaście lat. Zapomniałam kluczy do domu i starsza sąsiadka, widząc mnie na klatce schodowej, zaprosiła mnie do siebie. Żebym się nie nudziła, wręczyła mi właśnie Orzeszkową, wydanie z 1948 roku, z posłowiem Juliana Krzyżanowskiego. Otrzymałam dzieło na własność, wracałam wielokrotnie, ale rozsypywało się w rękach, więc kilka lat później pozbyłam się go, głupia ja nastoletnia. Teraz mam inne, tamtego żałuję. Wtedy, kiedy jako dzieciak zagłębiałam się w pierwsze strony dzieła, bardzo mi się podobało. Nie potrafię jednak powiedzieć, co mnie tak urzekło. Może język, trochę już archaiczny i przez to urokliwy, może opisy wsi latem, które kojarzyły się przyjemnie z wakacjami, może całkiem rozsądna i ciekawa bohaterka. Nie wiem. Zresztą, optyka zmieniała mi się z latami i nie potrafię prześledzić dynamiki uczuć i przekonań, narosłych wokół tego tekstu. Jestem jednak przekonana, że takie wartości, jak etyka pracy, ideały równości i sprawiedliwości społecznej, pociąg do „pracy u podstaw” z tymi, którzy mają gorzej w życiu, dzielenie się wiedzą, walka o ideały i wiele innych, na pewno po części zaczerpnęłam z tego tekstu. Kto wie, czy nie dzięki rozsmakowaniu się w powolnej narracji, za to z pogłębioną charakterystyką bohaterów, zostałam psychologiem. Bardzo możliwe.
Tyle przeszłość. Dziś, gdy z wielką przyjemnością wracam do czytania, zauważam nieco inne rzeczy.
Pierwsza z nich: kompozycja. Jestem totalnie zachwycona starannością, z jaką zostały do siebie dobrane poszczególne elementy opisu i postaci. Choćby te słynne opisy przyrody. Był czas, że i mnie nudziły. Teraz czytam je z nieukrywaną przyjemnością i chyba ze zrozumieniem ich roli. Otóż w „Nad Niemnem” przyroda (czy też szerzej: natura) nie jest elementem dekoracyjnym czy tłem, lecz osobnym podmiotem, od którego ludzie, zarówno w sferze indywidualnej, jak i zbiorowej, są zależni i któremu są winni szacunek. To jest ważne, jakie kwiatki rosną przy drodze i z której strony płynie rzeka, a z której rośnie las. Współżycie z naturą, chwiejna równowaga między przyrodą a człowiekiem, praca w zgodzie lub w niezgodzie z własną wewnętrzną naturą, wreszcie zwyciężanie natury jako efekt pracy i krzewienia kultury to jedna z podstaw tej opowieści, wyrażona najmocniej w micie założycielskim o Janie i Cecylii. W tym wszystkim przewija się i moc przyrody jako życiodajnej siły, jak i niszczycielski upływ czasu, któremu dzielni ludzie przeciwstawiają wytężoną pracą (opis Korczyna i Benedykt i Marta). Natura jest wreszcie czynnikiem, który pozwala ludziom odkryć własne przeznaczenie, a nawet samo człowieczeństwo (Justyna i Jan w Mogile).
Innym, wg mnie mistrzowskim elementem kompozycyjnym, jest parowanie postaci według przeciwieństw. Justyna i Klotylda, Jan i Zygmunt (albo Jan i Różyc), Zygmunt i Witold, Benedykt i Kirło, Jerzowa i Andrzejowa, Marta i Justyna, Emilia i Kirłowa. Pewnie znalazłoby się wiele innych. Autorka nie ukrywa swoich sympatii i wartości, więc jasno widać, kto według niej jest bohaterem pozytywnym a kto nie, ale nawet bohaterowie negatywni mają swoją historię i nawet gdy trudno ich polubić, można zrozumieć, jaką drogę przeszli do tego momentu, w którym ich poznajemy. Na przykład Zygmunt. Przy okazji czytania o nim pojawiają się pytania: gdzie przebiega granica odpowiedzialności rodzica? Na ile dorosły człowiek może i powinien naprawiać błędy rodziców czy w ogóle własnych przodków?
Psychologia postaci rysuje się pełniej na tle bardzo spokojnej akcji. Główne wydarzenia tego lata nad Niemnem to: przyjazd i oświadczyny Różyca, przyjazd dzieci Korczyńskich, wesele Elżusi, odrzucenie oświadczyn przez Justynę i jej zaręczyny z Janem. Nic specjalnego, samo życie. To nie jest literatura akcji, lecz realistyczne przedstawienie życia, w którym dramaty rozgrywają się wewnątrz, nie na zewnątrz. Zwrotnym wydarzeniem w relacji Benedykta i Witolda nie jest jakiś wypadek czy nagły przychodzący skądś wstrząs, lecz rozmowa, w której coś sobie wyznają i czegoś się o sobie dowiadują. W tym dziele dużo jest osób, które przechodzą przemianę, ale chciałabym szczególnie skupić się na Justynie Orzelskiej, która w moim prywatnym rankingu kobiet w literaturze zajmuje jedno z pierwszych miejsc, jeśli chodzi o portret tzw. „kobiety myślącej”.
Dawno już zauważyłam, że o ile dojrzewanie światopoglądowe mężczyzny jest często i chętnie podejmowane w literaturze, o tyle dojrzewanie kobiety już niekoniecznie, a jeżeli tak, to głównie chodzi o jej stosunek do miłości. Mężczyzna w literaturze rozważa stosunki społeczne, normy moralne, wadzi się z Bogiem albo z przodkami, szuka, czasem znajduje, czasem nie. Kobieta w literaturze na ogół staje przed dylematem: kochać czy nie kochać (ewentualnie: wychodzić czy nie wychodzić za mąż). Jeżeli zaś życie zmusi ją do szukania poza tym schematem (jak Madzię Brzeską) to staje się bezbronną ofiarą okoliczności, ewentualnie posłuszną uczennicą kogoś mądrzejszego (światłego profesora a la Dębicki).
Justyna Orzelska wie dobrze, co to znaczy kochać, ma ustalone poglądy na temat miłości, wie, jakiej chce i potrzebuje, a jaka jest dla niej niedopuszczalna z moralnego punktu widzenia. Ale zmiana, która w niej zachodzi, dotyczy światopoglądu w obszarze relacji państwa i ludu, naprawy krzywd historycznych, znalezienia swojego miejsca w świecie, stosunku do pracy, oświaty, równości i sprawiedliwości społecznej, wreszcie nabrania pewności siebie i chęci zawdzięczania wszystkiego samej sobie. Justyna w istocie szukała samej siebie, będąc „ani ptakiem, ani myszą – jak nietoperz”. W literaturze opisano niejeden mezalians, w której jakaś Elizabeth oraz pan Darcy, ujęci szlachetnością charakteru mimo różnic majątkowych, pokonują wszelkie trudności i łączą się ze sobą, ewentualnie jakaś skromna i uboga Jane Eyre, dzięki wierności zasadom i normom moralnym, sprowadza na dobrą drogę majętnego, lecz zagubionego Rochestera. Pozornie historia Justyny mówi o tym samym, ale według mnie jest wprost przeciwnie. Tu nie chodzi tylko o swobodę wyboru małżonka, lecz o swobodę kształtowania własnego losu. Justyna odrzuca Różyca nie tylko dlatego, że kocha Jana, ale również dlatego, że nie chce być „żoną z łaski świętego Antoniego”. W domu Różyca jej pięć tysięcy rubli posagu to nędzna sumka. W zagrodzie Jana – to majątek i wieczysty szacunek całej osady. Podobnie rzecz się ma z jej niepełnym wykształceniem. Justyna nie tyle wybrała miłość, ile dojrzała do decyzji, kim chce być. Czy zawdzięczać coś innym, czy sobie. Bohaterka wyciąga wnioski z cudzych doświadczeń (casus Marty), poznaje i próbuje sił w nowej roli (żniwa i rozpalanie ognia), zastanawia się nad światem i nad sobą, co prowadzi ją do dojrzałej autorefleksji („uczoną nie jestem ani artystką”) i świadomości własnych ograniczeń. Próbuje, myśli, dojrzewa – i wybiera.
Orzeszkowa trafnie portretuje zjawiska, które w XIX wieku nazywano inaczej niż dziś, ale które można od razu rozpoznać. Choroba Anzelma to jeden z najwierniejszych jaki widziałam opis depresji (a patrząc na całokształt jego życia, jego wcześniejszą wesołkowatość, być może zaburzenia afektywnego dwubiegunowego). Uwzględniła nawet obciążenie genetyczne (boję się trochę o Jana). Zachowanie Kirłowej względem męża natomiast barwnie obrazuje współuzależnienie. Globus Emilii Korczyńskiej moglibyśmy nazwać nerwicą wegetatywną lub somatyzacjami. I tak dalej.
Bohaterowie „Nad Niemnem” towarzyszą mi od lat. Myślę o nich, przeżywam, kibicuję (Justyno, wytrwaj na stanowisku i nie poddawaj się!). I wracam, wciąż wracam. Chociaż – przyznaję – czasami jednak omijam te opisy przyrody. Ale rzadko.
"ty tak zawsze masz - wylejesz zawartośc mózgu i musisz poczekac az ci sie zbierze, jak rezerwuar nad kiblem" by ravva

"Between the devil and the deep blue sea".

Nad Niemnem - Eliza Orzeszkowa

2
No nie mam ci jak dorzucić jakichś celnych uwag do samej materii, choć podpisuję się pod żalem za niesłuszne wykreowanie "Nad Niemnem" na beznadziejną ramotę, nudną jak flaki z olejem, ze szczególnym uwzględnieniem opisów.
Owszem, egzaltacja Pani Elizy cokolwiek utrudnia lekturę, ale poza tym niespecjalnie jest się czego czepiać. A że narracja jest powolna, mozolna wręcz, a z krzaków nie wyskakuje King Kong tudzież Obcy z plazmowymi karabinami wydaje mi się tylko zaletą. Że można inaczej, bez efektów specjalnych.
Ale jedna rzecz jest naprawdę fajna. Miło czytać opinię napędzaną entuzjazmem. Takie emocje rozpędzają lekturę rozprawki i dają pozytywnego kopa.
Walka w obronie przegranej sprawy też budzi instynktowną sympatię :P

Nad Niemnem - Eliza Orzeszkowa

3
"Walka w obronie przegranej sprawy". Pff. Ja tam wierzę, że odnajdę któregoś dnia tajny Klub Miłośników "Nad Niemnem". Takowy na pewno istnieje, tylko się schował, jak słoń w jarzębinie ;)
"ty tak zawsze masz - wylejesz zawartośc mózgu i musisz poczekac az ci sie zbierze, jak rezerwuar nad kiblem" by ravva

"Between the devil and the deep blue sea".

Nad Niemnem - Eliza Orzeszkowa

4
No dobrze, mogę się przyznać: należę do tego klubu. "Nad Niemnem" zawsze mi się podobało. Serio. Co więcej, śmiem powiedzieć, że mi się tam nawet opisy podobają. Tak, tak. Oczywiście, teraz całkiem świadomie mogę wziąć poprawkę na to, że pomiędzy datą wydania NN a chwilą obecną nastąpiły kolosalne przemiany w sposobie prowadzenia narracji, a co za tym idzie, również w opisach (wówczas np. bazowano przede wszystkim na porównaniach, często bardzo rozbudowanych, obecnie rolę podstawowego środka stylistycznego pełnią metafory), ale nawet kiedy czytałam tę powieść po raz pierwszy, w wieku nastoletnim, wyjaśniłam sobie, że "wówczas tak pisano" i wcale mi to nie przeszkadzało. Te opisy są chyba jednak bardzo malarskie, gdyż z łatwością wyobrażałam sobie i okolicę, i zaścianek Bohatyrowiczów, i dwór Korczyńskich, plus całe sceny, które się tam rozgrywały (dla mnie plastyczność opisów jest zresztą wielką zaletą tekstów literackich, przy czym ma ona niewiele wspólnego z drobiazgowym wyliczaniem detali. Ale to inna kwestia). "Egzaltacja pani Elizy", o której wspomniał Leszek, sprawiła, że czasem coś mi zazgrzytało w trakcie lektury - największym zgrzytem było chyba nabożne skupienie, z jakim Marynia Kirlanka i Witold Korczyński wysłuchują opowieści półobłąkanego dziadunia Jadwigi: za dużo słodyczy w tym obrazku, zdecydowanie za dużo. Nie są to jednak znaczące mankamenty. Zawsze natomiast przemawiała do mnie wiarygodność psychologiczna bohaterów, obejmująca równiez postaci drugorzędne czy wręcz marginalne: ta matka Janka Bohatyrowicza, która, zamiast jak prawdziwa matka-Polka opłakiwać po kres swoich dni męża poległego w powstaniu, zostawiła dziecko u krewniaków, a sama szybko wyszła za mąż po raz drugi, a później i trzeci! I dobrze się miewa w tym małżeństwie, gadatliwa i wesoła. Nie, "Nad Niemnem" to nie jest powieść sentymentalna i ckliwa ani jako romans, ani jako powieść społeczna. I, co najlepsze, bohater nie musi zabijać żadnego smoka, żeby zdobyć swoją księżniczkę.
Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Nad Niemnem - Eliza Orzeszkowa

5
O właśnie, Witold Korczyński. Jak kiedyś go lubiłam, tak teraz nie, bo to chyba (razem z Marynią) najbardziej papierowa postać z nich wszystkich. No ideał pozytywistyczny.
"ty tak zawsze masz - wylejesz zawartośc mózgu i musisz poczekac az ci sie zbierze, jak rezerwuar nad kiblem" by ravva

"Between the devil and the deep blue sea".
ODPOWIEDZ

Wróć do „MML”

cron