Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Godhand - "MW" Waldemar Łysiak

Czyli moja miłość literacka.

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3662
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Godhand - "MW" Waldemar Łysiak

Postautor: Godhand » sob 06 lut 2016, 14:40

wwwMuszę Wam wyznać, że strasznie chciałem to napisać. Naprawdę. Przecież nie ma nic lepszego, niż kiedy mówią żebym napisał o tym, co uwielbiam. Zadanie wydawało się pozornie łatwe - mam pokazać czytelnikowi dlaczego kocham "MW" Łysiaka, spróbować wzniecić w nim ogień własnej fascynacji.
wwwUsiadłem więc i zastanawiałem się "jak?". Czym dłużej siedziałem tym dobitniej docierało do mnie, że to zadanie trudne, ba, karkołomne nawet. Jak mam opisać całość tego czym "MW" jest dla mnie? Jak mam pokazać Wam logiczne uzasadnienie mojej miłości, skoro ta skrzy namiętnością? Przecież kiedy namiętność szaleje logika zazwyczaj śpi spokojnie.
Nie wiem. Nie wiem czy podołam – ocenicie to sami. Próbuję, bo ta książka jest tego warta.
wwwJeśli nie wiecie - Łysiak to taki pisarz, który medialnie był martwy. Jak Tutanchamon. Tyle, że o Tutanchamonie się wspomina. A o Łysiaku nie za bardzo. W czasach przed popularnością internetu próżno było szukać wzmianki o tym autorze. Nie przeszkadzało mu to w uzyskaniu statusu pisarza bardzo popularnego, a nawet (zależnie z kim będziesz rozmawiać) kultowego. Książki Łysiaka - okazało się - żyją własnym życiem, promują się za pomocą poczty pantoflowej, obrastają w mit niemalże. Ceny w obiegu? Kosmiczne. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.
wwwMoje spotkanie z "MW" odbyło się naście lat temu (pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 1984, za sprawą Krajowej Agencji Wydawniczej). Było tak jak z codziennie mijaną, tą samą piękną dziewczyną - niby robi wrażenie ale po czasie staje się elementem znanego krajobrazu. Pamiętam dokładnie, że "MW" trafiło do mnie z polecenia, trafiło (z przyczyn, których sobie nie przypomnę) na półkę i stało się "podobno dobrą, nieprzeczytaną książką na później". Nie umiem Wam wyjaśnić jak bardzo żałuję, że tak długo umawialiśmy się na pierwszą randkę.
W każdym razie bardzo.
www"MW" jest książką o obrazach. Nie, chyba mi nie wierzycie, prawda? Słusznie. Tak naprawdę "MW" jest osobistą księgą fascynacji i obłędów autora. Szalonych eskapad i hipnotycznie wręcz przemierzanych szlaków. Łysiak chwyta za rękę, ciągnie przez meandry swoich skojarzeń i tajemnych ścieżek, prowadzi przez mnogość swoich miłości. Opowiadanie Wam o fascynacji książką, która o fascynacjach właśnie traktuje, jest trochę jak kserokopia zrobiona z kserokopii - traci na ostrości przekazu. Łysiak pokazuje nam swoje Muzeum Wyobraźni - zbiór obrazów, które są dla niego, z różnych przyczyn, ważne. Ale to tylko otoczka, bo snuta przez niego opowieść, w której, a jakże znajdują się wzmianki o farbach, chromach, i dystorsji barw, jest historią o wartościach fundamentalnych, o emocjach i autentycznych wzruszeniach. To jeden z wielu powodów, dla których darzę tę książkę miłością - szczerość i prawda w przekazie. Kiedy Łysiak się wzrusza, ja również się wzruszam, kiedy popada w zadumę i ja popadam, a kiedy ogarnia go obłęd - ja także staję się szaleńcem. Po prostu wiem że jego uczucia są prawdziwe.
Obraz tego, czym są "obłędy Łysiaka" da Wam ten spory fragment:
Waldemar Łysiak w "MW" pisze:Mój rozmówca, któremu eremita przekazał swą wiedzę o chłopcu z głową psa, opuścił Kefalonię w końcu roku 1953, po straszliwym trzęsieniu ziemi, które zmasakrowało wyspę. I zawędrował na szczyty Meteorów, abyśmy mogli się spotkać. Słuchając go, przeżyłem dziwny sen, jakbym był jednym z kamieni leżących obok chłopca, przytulony do bukłaka napełnionego chłodnymi łzami źródła, nawiedzony świadek każdej z tamtych chwil. Przypomniałem sobie, że nawiedzony był również pustelnik—piewca legendy i zapragnąłem dotrzeć do niego.
— Nie odnaleziono go po trzęsieniu — padła odpowiedź.
— Czy wiesz dlaczego miał tę reprodukcję z Aten? — spytałem.
— Nie wiem — padła odpowiedź.
— Czy wiesz dlaczego łączył św. Krzysztofa z Kefalonią? — spytałem.
— Nie wiem.
— Przecież musi być jakiś powód, a ty rozmawiałeś z nim! — krzyknąłem.
— Zawsze jest jakiś powód. Ale on opowiedział mi tylko o chłopcu. Nic więcej nie wiem.
— Może św. Krzysztof był kiedyś patronem wyspy?
— Nie był. Jest przewodnikiem wędrowców, patronem poszukiwaczy.
— Będę szukał.
— Szukaj.
Pojechałem na Kefalonię. Dreptałem po górach i po wsiach. Powróciłem do Aten i stanąłem przed ikoną. Dowiedziałem się już, że nie raz przedstawiano św. Krzysztofa z głową psa. Takie ikony są też w Sofii i w Leningradzie. Ale mnie interesował tylko ateński człowiek–pies i jego pysk odwrócony profilem, z ludzkim uchem i z jednym wielkim okiem, znany mi skądś, błąkający się w chaszczach pamięci niczym błędny ognik, jak wyblakłe widmo, którego nie może ściągnąć w pułapkę magicznego koła średniowieczny „łowca upiorów”. Widziałem już kiedyś ten zaczarowany profil psa i nie mogłem sobie przypomnieć gdzie, nie mogłem wydusić ze swych zapomnień tego klucza, który otworzyłby mi furtkę do poznania.
Zagłębiłem się w uczone księgi. Zabrało mi to wiele czasu. Goniłem za cieniem mej aktualnej obsesji, ślepy na wszystko inne wokół. Czasem cień ciąży bardziej niż ciało i trzeba zamienić się w ślepca, by na nowo odzyskać widzenie. Przyszedł wreszcie ten dzień, pochmurny, zatapiający ziemię w głębokim cieniu, rozpadany wszystkimi deszczami świata, kiedy odnalazłem pierwszy ślad do szkatułki z kluczem i przez ciemną kopułę nieba przebił się promień światła. Znalazłem informację o przyczynie przedstawiania św. Krzysztofa z głową psa. Johann Joachim Winckelmann, syn szewca, zanim został zamordowany sześcioma ciosami noża przez Włocha Arcangelo, stał się
sławnym. ojcem archeologii i dokonał różnych wielkich rzeczy oraz jedną drobną, na którą mało kto zwrócił uwagę, a która dla mnie stała się olśnieniem. Stwierdził mianowicie, że św. Krzysztof pochodził z plemienia Kynokefalów, to jest Psiogłowych.
Pierwszy człon tej nazwy pochodzi od– greckiego: pies, drugi zaś od głowy (greckie:„kephale”). Kefale, Kefalonia, Kefalos!
I tak przypomniałem sobie obraz Piero di Cosimo z londyńskiej National Gallery, namalowany na desce, tak jak ikona z Aten! „Śmierć Prokris”.
I wszystko zaczęło orbitować wokół greckiego mitu z psem.(…)

(…)Potem już wszystko było jasne jak rozwiązana łamigłówka, każdy kamyczek znalazł swoje miejsce, wszystkie planety tajemnicy poczęły orbitować wokół jednego słońca ikony z Aten (awers) i obrazu Piera di Cosimo (rewers):
Prokris. To imię nosiła niegdyć konstelacja Psa.
Prokris była córką Erechteja, króla Aten.
Kefalos był synem Hermesa. Anubis, egipskie wcielenie Hermesa zlane z nim w bóstwo podwójne (Hermanubis), przedstawiany był zawsze z głową szakala lub psa.
Kefalos był królem Tessałii, zaś św. Krzysztof pochodził z Kynqkefalów. Właśnie w Tessałii znajduje się łańcuch górski Kynoskefalai (dzisiaj zwany Marovruno). Angelica Kaufmann, która namalowała Kefalosa i Prokris, była uczennicą Winckelmanna, który ustalił pochodzenie św. Krzysztofa.
I tak dalej, i tak dalej. Tyle tropów i tyle tajemnic. Tylu rzeczy nie wiem. Nie wiem na przykład dlaczego w roku 1969 Watykan skreślił św. Krzysztofa z listy świętych! Być może tam znają już odpowiedź. Gdzie –— w powodzi tych świecących punkcików — szukać punktu zaczepienia, rozrusznika dla dalszych spekulacji?... Zaraz! Prokris to stara nazwa gwiazdozbioru Psa, zaś egipski Hermanubis... Największą gwiazdą tego gwiazdozbioru i w ogóle najjaśniejszą ze wszystkich gwiazd na niebie jest Syriusz, inaczej: Canicula — Psia Gwiazda! Najstarszy kalendarz egipski, z 4421 roku przed naszą erą, podający cykle roczne do przeszło 32 tysięcy lat wstecz (!), został oparty o obieg
Syriusza, nie zaś Słońca i Księżyca, chociaż to drugie było o wiele łatwiejsze. Dlaczego mędrcy–kapłani, którzy zresztą (jak to ujawnił Diagoras z Melos, za co skazali go zaocznie na śmierć) używali psa podczas prób przy przyjmowaniu w swe szeregi nowicjuszy — dlaczego tak uczynili?
Być może odpowiedź zawiera się w tzw. „micie dogońskim”? U prawie wszystkich plemion świata zachowały się pisane lub ustne, przekazane przez przodków, niemal identyczne tradycje o „bogach” lądujących na Ziemi w pojazdach, które buchały ogniem.
Ale tylko u żyjącego w Mali plemienia Dogonów zachował się, obok graficznych wyobrażeń pojazdów kosmicznych, do złudzenia przypominających współczesne, dokładny adres „kosmitów”, którzy nawiedzili Ziemię. Do Dogonów, nad Jezioro Debo vel Debb, przybyli przed wiekami w „powietrznych arkach” Ogo i Nommo, swego rodzaju „archaniołowie” (jeden zbuntowany, a drugi wierny) budowniczego Kosmosu, boga Amma. Energię dla swych pojazdów czerpali z Syriusza B, który jest „białym karłem” Syriusza A! Życie zrodziło się na Syriuszu B! Wszystko to można by między bajki włożyć, gdyby nie bezsporny fakt, że ci czarni analfabeci, Dogoni od niepamiętnych czasów wiedzą o istnieniu Syriusza B, którego cywilizowany świat odkrył całkiem niedawno za pomocą teleskopu, a także o tym, że jedna czwarta tej gwiazdy waży tyle, co cała Ziemia, i że potrafią narysować obieg Syriusza B wokół Syriusza i precyzyjnie podają, iż obieg ten trwa 50 lat (obliczenie tego obiegu kosztowało dyplomowanych astronomów sporo pracy), i jeszcze nie jest im obcy system balistyki kosmicznej (zasada, iż kierunek lotu statku kosmicznego musi być zgodny z kierunkiem obrotu ciała niebieskiego, do którego statek zmierza)! Notabene, znają również takie sekrety Jowisza i Saturna, że się to „w głowie nie mieści”. Od kogo? Kto podarował im tak fenomenalną wiedzę kosmiczną? Odpowiadają, że Ogo i Nommo, ci z Psich Gwiazd. Gdybym się tak jeszcze dowiedział, że Ogo i Nommo mieli psie głowy...
Oooo, męczy mnie już to wszystko, zbyt długo trwa ten sen. Przewędrowałem kawał świata, naznajdowałem kamieni, wrzuciłem je wszystkie do jednego worka, przyniosłem do domu i oto leży przed wami cały ten mętlik, który powinienem zapewne uporządkować, ale w drodze wymieszały mi się i wszystko zagubiło swój sens, którego zresztą wcale nie chciałem mu nadawać. Bo czy wszystko musi mieć sens? Wszystko?!
Nie pytajcie mnie więc czego to wszystko dowodzi. Niczego. Niczego nie chciałem dowieść. Chciałem to przeżyć. Widziałem tylko to, czasem zamieniam się w ślepca, by na nowo odzyskać widzenie. Odprawiłem mszę poszukiwania, by zaspokoić jeszcze jedną z mych namiętności. Tak powinniśmy czynić. Oddając się wyłącznie pogoni za majątkiem, budujemy sobie więzienie; siedząc w nim ze złotem, które nie jest czymś, dla czego warto żyć (tylko jak żyć bez niego?), zapominamy o naszych innych marzeniach i ogród mistycznych wzruszeń staje się nam zakazany. Albowiem nic i nigdy nie zastąpi wędrówki zaułkami naszych irracjonalnych obsesji, nie ma ceny skarb tylu wspomnień, tylu godzin błądzenia po omacku i przebudzeń w cieniu spraw, które rodzi wyobraźnia.
Kiedy szukam w pamięci tego, co dało mi poczucie trwałości w moim życiu i co usprawiedliwia moje istnienie, kiedy podliczam godziny, których na pewno nie zmarnowałem — odnajduję zawsze te wędrówki sekretnymi szlakami ścieżek donikąd, których nie mógłbym zawdzięczać największej fortunie i najwyższemu stanowisku. Wspomnienia odciśnięte na krawędzi obłędu i jawy — tego nie można kupić za żadne pieniądze...

wwwPiękne prawda? Absolutnie piękne. Mnie ta iskra padająca z pomiędzy stron „MW” rozpala. Nie wiem ile razy czytałem tę książkę, ale zapewniam Was – jest to liczba dwucyfrowa, i za każdym razem działa na mnie tak samo. Siła jej uderzenia w moje emocje nie ulega przedawnieniu. Co więcej, ten fragment, który Wam przedstawiłem nauczył mnie radości z popadania w obłęd poszukiwań. Pochylałem się z autorem nad tropem Dogonów, ale później, już samodzielnie tropiłem historie wynalazków, miejskie mity i setki innych rzeczy. Zachorowałem na gorączkę szukania śladów i żywię nadzieję, że mnie nie opuści.
wwwMyślicie, że „MW” na tym polega? Jeśli tak, mylicie się wielce. To tylko jedna z sal, które możemy zobaczyć, a w których autor jest naszym opętanym obsesją przewodnikiem.
wwwŁysiak porusza w „MW” bardzo różne kwestie i nawet kiedy opowiada o czymś, co możecie uznać w pierwszej chwili za temat nieciekawy, to okazuje się, że finalnie i tak jest fascynująco. Co to znaczy „różne kwestie” zapytacie? Już tłumaczę. Autor opowie Wam o miłości utraconej, o znaczeniu błaznów, spróbuje wyjaśnić dlaczego „malarze wolą blondynki”, pochyli się z szacunkiem nad masowym grobem polskich szwoleżerów, rozbije na pojedyncze uczucia emocję romantyczności, westchnie razem z Wami ubolewając nad „szarością” życia, pokaże ciała leżące na stosie Sardanpala, i poprzez biografię Chaima Soutine’a uroni z czytelnikiem, w milczącym przymierzu, łzę nad losem wszystkich krzywdzonych dzieci. A to nie wszystko.
wwwAle jak on opowiada! Zdarzyło mi się – a zdradzam Wam coś bardzo osobistego – czytać „MW” w czasie, powiedzmy, zawodu sercowego. I uważałem wtedy, że nic boleśniejszego i zarazem piękniejszego nie istnieje.
Waldemar Łysiak w "MW" pisze:Obraz ten nosi nazwę „Marie aux deux flammes”, częściej jednak określa się go per „Mary Wrightsman” od nowojorskiej kolekcji Wrightsmanów, w której znajduje się od roku 1963 (zakupili go z Galerii Heim). Jest mocno zniszczony, z głębokimi pęknięciami w kilku miejscach. Ma wymiary 134 na 92 centymetry i po prawej stronie kadr z twojej najskrytszej przeszłości, mój przyjacielu.
Widnieje tam świeca płonąca naprzeciwko lustra i odbijająca się w nim,są więc dwie świece, które palą się do siebie. Jest tam ciemno i widać Jej delikatne palce złożone na czaszce, która jest symbolem wieczności czy śmierci? A u stóp małego jak kaganek lichtarzyka leżą perły niczym krople łez. Jest tam dużo symboli. Jacques Thuillier określił palącą się świecę jako symbol mijającego nieubłaganie czasu, a lustro jako symbol kruchości marzeń, ułomności nadziei i wielkiej iluzji, która tkwi w człowieku. Miał rację. Tak właśnie siedzieliście, twarzą w twarz, wpatrując się, jak świece na obrazie de La Toura wpatrują się w siebie. Jedna z nich żywa, druga zaś jest tylko odbiciem, być może więc Jej uczucie było tylko bladym odbiciem twojego płomienia, stworzonym przez ciebie i narzuconym, może paliłeś się za was oboje, gwałcąc Jej myśli, i nie dostrzegałeś tego w majestacie swego obłędu? Lecz może się mylę, może było inaczej, bo wyczuwało się między wami tę niebywałą koncentrację, w jaką wprawiają się poprzez medytowanie ludzie Dalekiego Wschodu, tę niewidoczną strunę sprzężenia oczu, której widmo zachowało się na obrazach Giotta. Byliście jak orientalni magowie zapatrzeni w migocący niewyraźnie punkt na dalekim horyzoncie. Osiągają go, chwytają i starają się nie utracić...
Ale wyście utracili wszystko zanim jeszcze pojawiła się na twojej drodze, jak kamień, który zapada w serce, tak ciężki, że nie od razu można go wydobyć i tak wielki, że musisz się o niego potknąć. Nigdy już nie będziesz kroczył naprzód tak śmiało i z taką pewnością siebie.
Była noc. Zawsze wtedy jest noc z jej cieniami i ciszą, która dźwięczy w uszach niczym dzwon, z jej ślepymi zaułkami dróg i przytłumioną urbanistyką zbrodni, z jej skrzypieniem bosych stóp w pustych korytarzach i dalekimi dzwonkami sań na rozległej równinie, rozjaśnianej księżycem i rozdzieranej zawodzeniem wilków, gdzie białe koleiny gubią się na przełęczach gór, a za nimi jest nieznane, wielka brama pożegnania i rozłąki.

wwwWypadałoby znów zapytać czy piękne. Nie oczekuję odpowiedzi, dla mnie to słowa magiczne i przez to brakuje mi własnych. Staram się pokazać Wam tak dużo, a kiedy stanę już przed „MW”, twarzą w twarz, wypada mi tylko milczeć. Ta książka budzi wszystkie tęsknoty i porusza każdą strunę, odwołuje się w sposób piękny do wartości zasadniczych i fundamentalnych. Jakich? Już pokazuję. Dwa fragmenty jeszcze i ja wysłucham Waszego zdania.
wwwMiłość w „MW” jest na każdej niemal stronie, ale najwyraźniej przebija z Sali poświęconej polskim szwoleżerom zdobywającym Somosierrę. Jak Łysiak ich kocha! Jaki z każdego poświęconego im słowa przebija szacunek! Podoba mi się to, przyznaję. Czytam i też podziwiam tych boskich szaleńców. I razem z autorem pochylam się ze smutkiem kiedy pisze tak:
Waldemar Łysiak w "MW" pisze:A oni? Pomordowano ich. Mameluków nienawidzący ich Europejczycy wyrżnęli w roku 1815 w Marsylii. Szwoleżerowie przeszarżowali jeszcze kilka wojen i kilka powstań, lecz im także nie darowano. Kilku z nich, a każdy wart był tysiąca, zamordowano w Bourreaugne i wrzucono do wspólnego dołu, wielkiego jak dolina ich chwały i okrytego milczeniem bardziej je strasznym niż ta cisza, która dudni na obrazie Kossaka.
Zbrodnia bez kary. I pogrzeb, który zaiste przytłacza krajobraz...

Nic na temat tego co wyżej. Niech brzmi tą ciszą.
wwwPamiętacie dzieciństwo? Zabawy w indian i kowbojów? W księżniczki? To nie zabawy, tylko marzenia. Dotyk atłasu i batystu, gorący piasek niesiony wiatrem, przechadzanie się po ogrodach w asyście służby, albo dudniący adrenaliną w głowie pościg – koniecznie na oklep. A gdzie jesteście teraz? Pracujecie w biurach? W fabrykach? Piasek widzicie na reklamach biur podróży, a batyst na kartach powieści historycznych? Nic w tym złego, ja także. Jednak nie przeszkadza to dalej marzyć i jeszcze mocniej, wraz z upływem lat, tęsknić. I o tej tęsknocie jest mój chyba ulubiony rozdział.
Sala VII. Kuter.
wwwŻycie łapie i ściska. Nagle brakuje wolnego spokojnego wdechu powietrza dziecięcych marzeń, oddech łapie się szybko i płytko, mechanicznie. Szkoda, a czym więcej lat tym żal większy.
Cudownie trafnie opisuje to Łysiak.
Waldemar Łysiak w "MW pisze:— Wiesz, taki kuter...
Wiem. Z piekła wzięłoby się szypra, gdyby tylko puściły pęta kotwiczące w Układzie, uplecione z kabla telefonu, sznura od żelazka, czyichś warkoczy i najgłupszych obowiązków. Ale to się rzadko zdarza i dlatego wędrujemy bez chwały po obszarach ujarzmionych i wyzutych z prawdziwej przygody; koń nas nie zrzuci, król nie uściśnie nam ręki, fala nie zamoczy nam stóp, echo nie pójdzie po górach, kiedy skacze na plecy nasłany morderca i nim uderzy, wydaje dziki okrzyk bojowy — gdyż oglądamy to tylko w kinie naszej wyobraźni i w fotelu kinowym, obserwując z tej pozycji klownadę naszego gatunku. Ci zaś, którzy tę cywilizowaną gnuśność utożsamią w końcu z brakiem godności i którym fala nienawiści i odwagi uderzy do mózgu, miast wejść na kuter, wchodzą na dziesiąte piętro i przez tę jedną chwilę — tak krótką, że strach nie zdąży powrócić — do nich, obłąkanych ptaków, należy całe niebo, które, kiedy minie ta chwila, skurczy się do wykopu o rozmiarach dwa metry na jeden i dwa w głąb.
Jest taka mała czarna kulka, która drzemie gdzieś na dnie duszy, między tyłkiem przyzwyczajonym do krzesła a ustami przyzwyczajonymi do kłamstw. Czasami ta kulka zaczyna wirować i zamienia się w szklaną kule, w kiórcj widać żeglujący kuter, dzikie konie wśród traw i palmy gnące się od uderzeń wiatru. Widzisz wówczas samego siebie, jak leżysz na piasku, twarzą do gwiazd, a księżyc wskazuje ci godzinę. Każda zmarszczka przestrzeni dookoła kryje w sobie bogactwo przyrody i grozy, którą wymodliłeś sobie u Boga Wielkiej Niewiadomej. Czujesz sól zbrodni na spieczonych wargach, a twoje skarlałe pragnienia powracają do pierwotnej świetności, w czas owych zaciekłych pogoni i sekretnych podchodów z nożami w zębach ku obozom, których strzegą uśpione straże. Budzisz się zlany potem i tęsknisz do tej mary. Aż kiedyś przychodzi ostatnia starość, skłonna do rozmyślań i łez, i ten wieczór, kiedy widmo po raz pierwszy nie wraca, a kulka zaczyna topnieć jak gałka ze śniegu i biały żagiel kutra rozpływa się w otchłani horyzontu. Wówczas odkrywasz, że całym swym statecznym życiem bez celu zdradziłeś Boga swych marzeń, które latami zuchwale nastrajałeś na awanturniczą nutę, i że splamiłeś obie dłonie i obie strony swej duszy pieczętując Układ, w którym nic nie zyskałeś prócz ogromnego zmęczenia i wstydu. Wtedy zaczynasz umierać, a szklaną kulę zastępuje ci święty obrazek symbolizujący twą ostatnią wiarę, tajemną i rozpaczliwie wytrwałą, jedyną, którą zabierzesz do grobu. W przebaczenie.

wwwChciałem pokazać wartość tej książki, piękno konstrukcji zdań i poszczególnych sformułowań, trafność metafor, potęgę erudycji autora. Nie potrafię. Ta książka to dla mnie osobiste sacrum, jak mógłbym rozbierać je na części i analizować? „MW” to mój kalejdoskop uczuć i emocji.
Jest dla mnie czymś specjalnym. Moją książką na bezludną wyspę. Niedawno przeczytałem, że mądry człowiek wziąłby na bezludną wyspę atlas roślin, atlas zwierząt i podręcznik survivalu.

Bardzo rozsądny i strasznie smutny to wybór.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4440
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » sob 06 lut 2016, 20:13

Pamiętam MW jako książkę, która budziła skrajne emocje. Niektórzy z moich znajomych twierdzili, że dopiero po jej przeczytaniu zaczęli interesować się malarstwem. Znam też szacownych uczonych, którzy najchętniej zabroniliby jej czytania, gdyż "w ten sposób o sztuce pisać się nie powinno". Łysiak jednak pisał i zyskał niemałą poczytność.

To nie jest książka o malarstwie, lecz o uczuciach, refleksjach i skojarzeniach, jakie w autorze obudziły niektóre obrazy. Sam tytuł - MW - oznaczać może Muzeum Wyobraźni, ale Łysiak zaproponował także inne odczytania: Morze Wzruszeń, Magia Władzy, Melancholia Wędrowca, Miłość Wzajemna, Marzenia Wariata...

W każdym z rozdziałów - a te są również salami imaginacyjnego muzeum - osią opowieści jest obraz, do którego autor czasem dołącza inne, tak, jakby tworzył ekspozycję połączoną jednym motywem przewodnim. Kryteria są najróżniejsze. W sali II centrum stanowi ikona, na której został wyobrażony święty Krzysztof, mający głowę psa. Łysiak nie jest typowym badaczem sztuki, który natychmiast zacząłby szukać podobnych ikon (a trochę ich było) i zajął się dociekaniem, w jakiej to wersji żywotu świętego znajdziemy wyjaśnienie tego - dziwacznego przecież - konceptu. Zadowala się stwierdzeniem, że święty Krzysztof pochodził z plemienia Kynokefalów, czyli Psiogłowych (na takie wyjaśnienie trafił już w XVIII wieku J. J. Winckelmann, zwany ojcem archeologii).

Tutaj otwierałoby się pole do dociekań: kto, kiedy i gdzie wierzył, że istnieje takie plemię? Jak to możliwe, że jego przedstawiciel mógł zostać chrześcijańskim świętym? (Zajmowałam się kiedyś tym problemem - ślady prowadzą do świętego Augustyna :) ). Skojarzenia autora MW biegną jednak w zupełnie inną stronę. Łysiak przywołuje obraz Piero di Cosimo Śmierć Prokris, na którym faun i pies opłakują zabitą nimfę, zajmuje się jej imieniem - Prokris to dawna nazwa gwiazdozbioru Psa, a stąd już tylko krok do astronomii egipskiej, Syriusza i mitów plemienia Dogonów...
W racjonalnym postępowaniu badawczym tego rodzaju związki są całkowicie nieuzasadnione. To znaczy - trzeba byłoby tworzyć całe łańcuchy ogniw pośrednich, a one i tak rwałyby się raz po raz, bo co może łączyć obraz florenckiego malarza z mitologią afrykańskiego plemienia, o istnieniu którego nikt w XV wieku nie miał pojęcia?

Autora MW takie problemy nie interesują. Ważne są skojarzenia, które go zafrapowały, pobudziły jego wyobraźnię, niezależnie od tego, czy znalazłyby oparcie w rzeczywistości. Przy okazji, tak całkiem od niechcenia, wplecie w ten swój esej o bogach, ludziach i świętych z psimi głowami krótkie, lecz w gruncie rzeczy samoistne opowiadanie o greckim chłopcu, który postanowił pomścić swego ojca, zastrzelonego z wyroku sądu podziemnego w czasie II wojny światowej. Wykonawcę wyroku, który po latach wrócił do tej miejscowości, jej mieszkańcy zastali z rozszarpanym gardłem, a uciekający przed pościgiem domniemany złoczyńca ukazał goniącym go psi pysk z odsłoniętymi kłami...

I tak to się splata: historia, mitologia, malarstwo i czysta już fantazja, zainspirowana obrazami.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Natasza
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 5467
Rejestracja: śr 31 sie 2011, 21:11
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: Natasza » sob 06 lut 2016, 21:34

"Mój" Łysiak jest inny - nie mam na pewno żaru Godhanda, choć lubię (lubiłam) zwłaszcza MW). Czas "mojego" Łysiak chyba minął, emocjonalnie chyba to 1981 i grupowa lektura "Fletu z Mandragory" - książka była nieosiągalna, więc czytaliśmy głośno dla wszystkich - pamiętam pucz kaprali z tym "no, kurwa"
Ale prawda - MW jest dobrą lekturą na zimowe wieczory, tak trochę przyjemna jak herbata z cytryną i goździkiem.

Łysiak jako taki - współczesny - jednak to już nie moja bajka, mam wrażenie, że to rodzaj autopromocji autora zamiast szukania sensów w świecie


Granice mego języka bedeuten die Grenzen meiner Welt.(Wittgenstein w połowie rozumiany)

Awatar użytkownika
ithi
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 5021
Rejestracja: pt 23 sie 2013, 11:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Płock
Płeć: Kobieta
Kontaktowanie:

Postautor: ithi » sob 06 lut 2016, 21:39

O Muzeum wyobraźni wiele słyszałam. Jeszcze do niego nie dotarłam, ale ta rekomendacja Godhanda na pewno to zmieni.
Dziekuję, że sięz nami podzieliłeś swoimi emocjami.


gosia

Thig crioch air an saoghal, ach mairidh gaol is ceòl.

Obrazek

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 770
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » ndz 07 lut 2016, 01:09

Ja- tak, jak Natasza. Czytywałem książki "napoleońskie", była w nich jakość, ale mnie nie porwały. Odkryciem to był "Asfaltowy saloon", po Wańkowiczu, Fiedlerze i Górnickim mieszanka popkultury (którą lizało się przez okratowane witryny Pewexu, empik i Trzeci Program PR), wiedzy, pasji, osobistych emocji i psychiki, wprzęgnięta w służbę narracji o kraju tak odległym i niedostępnym, choć przecie nie nieznanym - to był jakiś wstrząs, całkiem spory.

Potem był "Flet" (o, tak!), potem "Konkwista" (tę już chyba męczyłem), "MW" i kilka wycieczek do "Malarstwa". "Najlepszy" szczerze mnie zniechęcił.

Mam wrażenie, że gdzieś po "MW" Waldemar zaczął co nieco dziwaczeć, jakby cała erudycja i - potężna przecież - siła pióra poszła w w kierunku budowania strzelistego pomnika. Właściwie nie wiem, czego. Swobodę narracji zastąpiły rozwlekłe monologi czy rozważania, jasność wywodu gubiła się w meandrach stylistycznego natłoku, fabuły umierały stojąc. Ot, filozoficzny barok, już nawet nie przetwarzający rzeczywistości, lecz kreujący ją od nowa na potrzeby Mistrza, jakby samego już zagubionego w labiryncie znaczeń, nienadążającego za wylewem słowa.

Ale MW na pewno robi wrażenie, choć trzeba je czytać bez pośpiechu, obracając zdania w pamięci, delektując się melodią języka, emocjonalnym nerwem i bogactwem myśli. Daje po wyobraźni, ale i może wpędzić w kompleksy. Mnie trochę wpędziło - rozległością i rozpiętością wiedzy, która stoi za skojarzeniami. Choć wierzę Rubii, że efekciarskie sztuczki były w użyciu, a kanoniczne metody wcale nie są złe :-)

[ Dodano: Nie 07 Lut, 2016 ]
Straszny ze mnie pacan. Ładny essay. Nie tam, że literacko, choć nie ma się czego czepiać. Ładny przez miłość. Po to są książki.



Awatar użytkownika
Filip
Pisarz pokoleń
Posty: 1130
Rejestracja: sob 31 gru 2011, 12:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Filip » ndz 07 lut 2016, 08:30

Dzięki God, przypomniałeś mi moją młodość. MW jest równie ważne, jak nagrana w garażu, trzeszcząca kaseta z Brygadą Kryzys ;)

Dla mnie też już chyba bezpowrotnie minął czas fascynacji Łysiakiem -- tzn. wciąż uważam, że pisze znakomicie, natomiast zupełnie nie pasuje mi jego spojrzenie na świat, które narzuca czytelnikom (przy jego umiejętności operowania piórem to nic trudnego). Bardzo cenię Łysiaka za eseistykę i kilka wcześniejszych książek: MW, Asfaltowy salon, i moją ulubioną Francuską ścieżkę), chociaż mam świadomość "zmyślenia prawdziwego", które funkcjonuje w jego powieściach. Z beletrystyki z pewnością Cena, Dobry i Najlepszy, chociaż czytając tę drugą książkę zacząłem zauważać powtarzalność pewnych motywów, którymi Łysiak żongluje w swoich powieściach. Ale to nic, że Krecik pojawia się też w innych jego tekstach -- za każdym razem wzrusza tak samo.

Łysiaka oczywiście sprzedam mi stary, ale tak trochę przypadkowo -- kiedyś, jeszcze w podstawówce, ojciec podrzucił mi Huragan Gąsiorowskiego, do której przedmowę napisał właśnie Łysiak. Książka wynudziła mnie strasznie (już wtedy miałem cudem zdobyty przez mamę album z malarstwem W. Kossaka i wiedziałem, że nasi szwoleżerowie napierali dość krętą drogą, a nie wąwozem. Gąsiorowski również o tym wiedział, ale zachciało mu się "pokrzepiać serca"), natomiast przedmowa W.Łysiaka była znakomita -- napisana z pazurem, wręcz idealna. Potem już poszło: Salon i Ścieżkę mieliśmy w domu (piękne wydania w twardej oprawie), ktoś inny podrzucił Kolebkę, a potem upadł w Polsce komunizm i stary bez kłopotu kupił resztę: MW, Konkwistę (podpisaną: W.Baldhead) Najlepszy, Flet z mandragory (to już sam wypożyczyłem, gdy odkryłem Bibliotekę Publiczną).

Książki W. Łysiaka stanowią ważną część mojej młodości, kiedy zachwyt nad twórczością pana Waldemara osiągnął bezkrytyczne apogeum. Teraz mam podejście chłodniejsze, być może ze względu na osobę autora i jego manifestację poglądów (ten etos i chęć budowania własnego pomnika strasznie mnie zraża (wg mnie jest niepotrzebna autorowi, który w PRL miał nakłady powyżej 100 tyś egzemplarzy), powtarzalność motywów (zwłaszcza związanych z kobietami) jest nudna i szkodliwa (sic!)), natomiast nie zmienia się zachwyt nad jakością: W. Łysiak jest pisarzem wyśmienitym.

A i jeszcze jedno (jako ciekawostka, ale pewnie wszystkim znana (tak bywa z ciekawostkami)):
Godhand pisze:Waldemar Łysiak w "MW" napisał/a:

Szwoleżerowie przeszarżowali jeszcze kilka wojen i kilka powstań, lecz im także nie darowano. Kilku z nich, a każdy wart był tysiąca, zamordowano w Bourreaugne i wrzucono do wspólnego dołu, wielkiego jak dolina ich chwały i okrytego milczeniem bardziej je strasznym niż ta cisza, która dudni na obrazie Kossaka.
Zbrodnia bez kary. I pogrzeb, który zaiste przytłacza krajobraz...


Zacytowany fragment to jeden z przykładów Łysiakowej walki z komuną: to nawiązanie do Katynia ("bourreau" to po francusku kat), które Łysiak przemycił MW pomimo cenzury PRL (1984 r.). Cudne i namacalne; reszta jest milczeniem.


Coś tam było? Człowiek! Może dostał? Może!

Awatar użytkownika
Gorgiasz
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 1498
Rejestracja: wt 15 lis 2011, 18:40
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Gorgiasz » pn 08 lut 2016, 08:44

Łysiaka czytałem dawno i niewiele z niego pamiętam. Zamieszczony tutaj fragment przypomniał mi kwestię wiedzy Dogonów, jedną z wielu, która nie mieści się w oficjalnym obrazie naszej rzeczywistości, ze szczególnym uwzględnieniem źródeł cywilizacji i kultury człowieka. I fakt, że pisał o takich sprawach, pozostaje jego wielką zasługą. Mówił wprawdzie o nich pobieżnie, ale to wystarczyło, aby wzbudzić zainteresowanie i zasygnalizować czytelnikom, iż taka problematyka istnieje, skutkując bardzo daleko idącymi konsekwencjami. Nie chciał, a może nie mógł czy nie potrafił, niczego tutaj udowadniać. Jego prawo. Ale pokazał coś, co może jest nawet ważniejsze: pewną postawę, nieskrępowaną ciekawość świata, szacunek do innej wiedzy i piękno oraz satysfakcję płynące z twórczych poszukiwań.

Nie pytajcie mnie więc czego to wszystko dowodzi. Niczego. Niczego nie chciałem dowieść. Chciałem to przeżyć. Widziałem tylko to, czasem zamieniam się w ślepca, by na nowo odzyskać widzenie. Odprawiłem mszę poszukiwania, by zaspokoić jeszcze jedną z mych namiętności. Tak powinniśmy czynić. Oddając się wyłącznie pogoni za majątkiem, budujemy sobie więzienie; siedząc w nim ze złotem, które nie jest czymś, dla czego warto żyć (tylko jak żyć bez niego?), zapominamy o naszych innych marzeniach i ogród mistycznych wzruszeń staje się nam zakazany.


Bardzo mądre i głębokie słowa. Przypominają również, że jest coś, co swoją wartością przewyższa dobra materialne. Niby truizm, zawsze powtarzany, ale prawie nigdy nierealizowany.

Wiedza, której strażnikami jest plemię Dogonów jest relatywnie dość szeroka. Wiedzą także, iż orbita Syriusza B ma kształt eliptyczny (Pierwsze Prawo Keplera) i obraca się on wokół własnej osi. Wiedzą, że istnieje nieskończenie wiele gwiazd i spiralnych światów (nasze galaktyki spiralne), a ich ruch porównują do krążenia krwi w ciele człowieka, co w Europie zostało odkryte dopiero w XVII wieku przez Anglika, Wiliama Harvey'a (za co został uznany, iż jest niespełna rozumu). Wiedzą, że pożywienie oraz napoje zostają zamieniane w krew, przechodzącą przez narządy wewnętrzne, poczynając od serca. Twierdzą, że inne światy gwiezdne są także zamieszkałe przez ludzi (stworzył ich, tak jak wszystko, bóg Amma). Również zdają sobie sprawę z wirowania Ziemi, a rok jest okresem jej obiegu wokół Słońca i Księżyc krąży wokół Ziemi. Natomiast ruch widzialnych gwiazd na nieboskłonie jest tylko złudzeniem. Wszystkie planety (z których istnienia doskonale zdają sobie sprawę), wyłoniły się ze Słońca. Ludzie są w pewien sposób „nieczyści”, niedoskonali (Ogo). Wybawi ich z tego stanu Nommo, który kiedyś przybył już z gwiazd, z układu Syriusza, przynosząc wiedzę, którą ofiarował ludziom i jeszcze powróci.

/główne źródło: Robert K.G. Temple „Tajemnica Syriusza” t.1. Poznań 1991./



Awatar użytkownika
Galla
Dusza pisarza
Posty: 606
Rejestracja: sob 16 mar 2013, 10:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Galla » śr 10 lut 2016, 22:12

Chciałam przypomnieć sobie MW i zaczęłam szukać - wszystkie "Łysiaki" stoją na półce, policzyłam - dziewiętnaście książek na najwyższym regale. MW wśród nich nie ma, zawędrowało gdzieś pożyczone kilka lat temu - i nie wróciło. Dlatego z konieczności ta książka zostanie taka, jaką pamiętam. Splątana i pomieszana z innymi.
Łysiaków było kilku. Ten pierwszy umarł wcześnie, niedługo po "Wyspach zaczarowanych" - czy dobrze pamiętam, że na każdym zdjęciu w tamtej książce, gdzieś w tle, była kobieta? Tamten Łysiak był młodym poetą i zachwyconym podróżnikiem. W kolejnych książkach do poezji wkradało się coraz więcej goryczy, lekkiego cynizmu, ironii - kobieta znikła, został żal do kobiet. I ta mieszanka stała się jego znakiem rozpoznawczym - w różnych proporcjach (bo w trylogii łotrzykowsko-heroicznej poezji prawie nie ma, a w "Malarstwie Białego Człowieka" wciąż przeważa). Miał pewność istnienia czerni i bieli - jakie to rzadkie w dzisiejszej literaturze! - w przedziwny sposób wplatał kolokwializmy i obscena w erudycyjny wysoki styl, mieszał to wszystko w tyglu skojarzeń i produkował bestsellery, kupował obrazy, książki, pierwodruki za zyski z tych dzieł, jako pisarz i publicysta stworzył całe pokolenie! - i nie istniał dla tych, których chyba jako pierwszy ochrzcił "salonem".

Jak to się skończyło, napisali już przedmówcy; i pewien sposób magia Łysiaka zbladła, skoro i w moim domu dziewiętnaście jego książek trafiło gdzieś pod sufit. Ale MW nie zasługuje na banicję, podobnie jak "Wyspy Zaczarowane", "Asfaltowy Saloon", czy "Malarstwo Białego Człowieka".
Ale mnie interesował tylko ateński człowiek–pies i jego pysk odwrócony profilem, z ludzkim uchem i z jednym wielkim okiem, znany mi skądś, błąkający się w chaszczach pamięci niczym błędny ognik, jak wyblakłe widmo, którego nie może ściągnąć w pułapkę magicznego koła średniowieczny „łowca upiorów”. Widziałem już kiedyś ten zaczarowany profil psa i nie mogłem sobie przypomnieć gdzie, nie mogłem wydusić ze swych zapomnień tego klucza, który otworzyłby mi furtkę do poznania.

O tak, za to go cenię. Pociągnął mnie w te skojarzenia i wdrukował w pamięć spojrzenie Sybilli, linearność sieneńskich Madonn, kazał upaść przed Rafaelem i przed kakofonią tworów Boscha. Przetumaczył na język literacki piękno brzydoty; ostentacyjni turpiści mogliby się od niego uczyć. Pokazał "Psa zagrzebanego w piasku" Goyi. Tak, mam wobec niego duży dług. A to, o czym pisze w cytacie - znacie ten stan? Mi się zdarza. Patrzyłam kiedyś na kolor, nie mogąc sobie przypomnieć, jak powinnam go określić. Modry?... prawie. Przetarty błękit? Na płótnie? Gdzie to widziałam? Aż przyszła odpowiedź - niebo fresków Giotta. To też zawdzięczam Łysiakowi.



Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 770
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » pt 12 lut 2016, 23:21

Zastanawiałem się po poście Galli, co sprawia, że książki i autorzy trafiają do lamusa. W większości przypadków to jasne: infantylnieją, albo pierniczeją, czasem tylko w naszym odbiorze, czasem obiektywnie względem strumienia czasu. Na ogół nie wraca się do minionych lektur z obawy przed rozczarowaniem, w trakcie czytelniczej edukacji chyba samorzutnie kształtuje się w nas akceptacja faktu, że z większością lektur po drodze jest tylko jakiś kawałek życia, do tego ciągle są jakieś nowe wyzwania, nowe literackie przygody. Dlatego tak cenne są skarby, czyli te dzieła, do których właśnie się wraca, które z każdym odczytaniem nabierają innych odcieni, odsłaniają nowe labirynty znaczeń.

Spora część (może nawet większość?) spuścizny Łysiaka ma taki uniwersalny rys. Jednak poważny kawałek jest osadzony w realiach czasu tworzenia autora, co więcej, odzwierciedla stosunek do rzeczywistości i polityki. I wtedy wypłaszcza się, niby zasób erudycji ten sam, ale głębia, intelektualne napięcie – nie.

Toutes proportions gardées to jest przeciwny ideowo biegun przypadku, jaki spotkał skądinąd dobrych pisarzy PRLu typu Dobraczyński, czy Żukrowski.

Kiedy obraz pisarza kształtował się ze zlepionych własnym wysiłkiem czytelnika, osobistych zdań porozrzucanych w przypisach, prologach, a nawet w narracji samej, był tajemniczy i na swój sposób fascynujący. Gdy ten wywalił kawę na ławę, stanął w jakimś szeregu, zrobiło się znacznie mniej ciekawie. I ta szata bojownika od zawsze, ukrzywdzonego nie tylko przez miniony ustrój (dla mnie rzecz wielce dyskusyjna), ale i posponowanego nagminnie w nowej rzeczywistości, no po prostu nie pasuje do chojraka, nie kota, a tygrysa, którym się zawsze mienił. Niby nie powinno przeszkadzać, tu dzieło, tu autor, ale jakoś styropianem o szybę brzmi piskliwie i dysonansowo.
Przeszkadza.

Kombatanci robią się nadęci, nudni i stetryczali, to zresztą los nieomal każdego byłego bojownika. Jakiś czas temu uczestniczyłem w szczególnym koncercie, gdzie wykonawcami byli między innymi Jacek Kleyff, Olek Grotowski i Jan Pietrzak. Kiedy ten ostatni wszedł na scenę, miałem wrażenie, że jego magia estradowa ciągle jakoś działa, o ile komuś nie przeszkadza lekko knajackie, mazowieckie szczelinowanie wypowiedzi. Jednak nie mogę słuchać jeremiad o ucisku i prześladowaniach, które spotkały go w ustroju, o który walczył. No walczył, jak umiał, podobny los był udziałem wielu, w tym takich, którzy nie mieli szczęścia być na świeczniku, posiadać potencję wpływu na innych ludzi. Jakby z tego tytułu należała się Sala Kongresowa pięć razy w tygodniu za friko – i jeszcze nabita publiką.

Wyjątkowy niesmak budzi we mnie Marcin Wolski, którego czasem posłuchuję nocą ciemną. Ten nudzący do sześcianu betonowy dziadek jest facetem, co błyskotliwie inteligentną i zjadliwie śmieszną twórczością rył co niedziela fundament minionego ustroju? Chryste Panie, co się z tymi ludźmi porobiło?!

Przykro mi, ale – zwłaszcza po przeglądnięciu „Łysiaka na łamach” - w moim osobistym, powtarzam, osobistym odczuciu, autor dostał się na orbitę, po której krążą tego typu zjawiska, do rezerwatu trwale skrzywionych, zapatrzonych w siebie i swoją własną, nie powiem, świetlaną przeszłość, zabytków. Pewnie niesłusznie, ale się stało. I już.



Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3662
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Godhand » sob 13 lut 2016, 11:13

Panta rhei, głosi przysłowie.

Nie należę do grupy wiernych pretorian Łysiaka, bezkrytycznie sakralizujących każde dzieło, jakie da światu Mistrz. Kluczem do postrzegania autora jest moja pamięć. Trochę ją naginam, modyfikuję, tak żeby nie chłostać zbytnio wcześniejszego obrazu Łysiaka, który wykreował się na podstawie czytanego do rana "MW". Potem "Wyspy zaczarowane", "Statek", "Kielich", "Flet z mandragory", "Cena".
To co stało się później nie wymazuje cudnego wspomnienia.
Jakbyś był w kinie ze śliczną dziewczyną. W którymś momencie zaczęła grzbiet twojej spokojnej dłoni gładzić opuszkiem palca. I było tak cicho i spokojnie jak rzadko bywa. Potem nie widywaliście się, on zgrubła, zbrzydła, ożeniła się z Włochem, wyjechała i tańczy na rurce gdzieś w klubie w Palermo.
Ale wtedy w kinie... Pamiętasz?

Kiedy ktoś mnie pyta:
- Łysiak? To ten, który napisał "Karawanę literatury" i "Satynowego magika"?
Odpowiadam:
- Nie. To ten, który napisał "MW" i "Wyspy zaczarowane".

Pozdrowienia,

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Leszek Pipka
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 770
Rejestracja: śr 16 sty 2013, 16:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Leszek Pipka » ndz 14 lut 2016, 00:08

Godhand pisze:To co stało się później nie wymazuje cudnego wspomnienia.
Jakbyś był w kinie ze śliczną dziewczyną. W którymś momencie zaczęła grzbiet twojej spokojnej dłoni gładzić opuszkiem palca. I było tak cicho i spokojnie jak rzadko bywa. Potem nie widywaliście się, on zgrubła, zbrzydła, ożeniła się z Włochem, wyjechała i tańczy na rurce gdzieś w klubie w Palermo.
Ale wtedy w kinie... Pamiętasz?


Kurka, jasne!

Moje rozważania poświęcone były sprawom trochę pobocznym; meandrom recepcji czytelniczej, ale też umocowaniu pisarza w czasie, który jest mu dany. Zaś wspomnienie, które przywołałeś, takie, czy inne, odciska się w życiu wewnętrznym powidokiem, im jest ich więcej, tym bogatsza ta najintymniejsza, osobista, jedyna i niepowtarzalna biblioteka.

Więc z całą mocą potwierdzam, co już mówiłem: Łysiak to pisarz niebanalny, warto z nim przeżyć literacką przygodę. Dla powidoku choćby.

I wiesz co, God? Byłbym rozczarowany, gdybyś nie skorzystał z prawa do repliki.
Teraz - jest w porządku...



Awatar użytkownika
Miseracordia
Pisarz domowy
Posty: 65
Rejestracja: wt 23 lut 2016, 12:26
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Miseracordia » wt 23 lut 2016, 14:05

"MW" to akurat jedna z jasnych stron twórczości pana Łysiaka. Ale i tak nigdy nie zrozumiem jak człowiek z taką wyobrażnią jak Waldemar Łysiak mógł w "Karawanie Literatury" insynuować, że "Ratatuj" to kinowa bajka "dla idiotów". :shock:
Mam też mieszane uczucia na temat łysiakowej aprobaty wywrotowej działalności niejakiego Ericha Danikena. Czuję oczywiście sentyment do inspirującej się nim a ciekawej bez dwóch zdań Ekspedycji ale sam pan Daniken naprawdę mocno naciąga pewne fakty. Szczególnie ubodło mnie cale to mówienie o tzw. "astronaucie z Palenque". Odwracając wizerunek według układu dodatkowych rycin uzyskujemy przecież medytującego na tronie i wpatrzonego w rajskiego ptaka władcę a nie jakiegoś futurystę...


Das Ewig-Weibliche zieht uns hinan.

Awatar użytkownika
Jim Skalniak
Pisarz osiedlowy
Posty: 328
Rejestracja: sob 15 lis 2014, 11:58
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Godhand - "MW" Waldemar Łysiak

Postautor: Jim Skalniak » pt 08 lis 2019, 23:35

Nie chciałem zabierać głosu w wątku na temat książki, której nie miałem w ręku - chyba słuszne podejście. Widzę jednak, że dyskusja rozszerzyła się od "Muzeum wyobraźni" do postaci p. Łysiaka, a nawet - pp. Łysiaków! Nie jest to postać całkiem mi nieznana, po co więc wątek ma dalej gnić martwy?

W domu mam "Wyspy zaczarowane", do których przymierzam się od dwóch lat. "Kolebki" nie zmęczyłem, ale - by dojść w końcu do konkretu - pamiętam, że spodobały mi się "Dobry" i "Lepszy" (a jest jeszcze "Najlepszy"), takie jakby - co tu kryć - kontynuacje "Złego" Tyrmanda. A może nie kontynuacje, tylko wariacje na temat? Pamiętam, że czytałem, miałem wrażenie "aha, już to rozgryzłem...", gdy nagle pojawiało się coś mega zaskakującego. Końcówka którejś z tych dwóch - nie pamiętam już której - była niemalże jak końcówka drugiej serii "Twin Peaks" (jakiś dziwny budynek, pełno pięter, nie wiadomo jawa czy sen)...

Czytałem też taki zbiór nadętych felietonów pt. "Stulecie kłamców". Momentami nóż mi się w kieszeni otwierał - jak przy każdym tekście silnie zideologizowanym - ale za to świetny styl, a przy tym jakiś taki nerw, pasja, czy jak to inaczej nazwać... Nawet jestem u w stanie wybaczyć rzecz niewybaczalną, mianowicie, że w kilku miejscach z takim besserweryzmem a la pan spod budki z piwem pozwalał sobie nazywać "grafomanami" (każdy, kto publicznie używa tego pojęcia jest już dla mnie podejrzany) pisarzy z, bądź co bądź, znacznie wyższej niż on ligi. Wybaczam jednak - bo to taki pisarz, u którego czuć, że chodzi mu o COŚ.

Podobno p. Łysiak jest wielkim fanem Elvisa, i chyba trochę jest takim "Elvisem polskiej literatury", choć oczywiście brzmi to debilnie.


"Naucz się, że można coś innego roznosić niż kiłę. Można roznieść światło, tak?"
Robert Brylewski


Wróć do „MML”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości