slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Czyli moja miłość literacka.

Moderatorzy: Weryfikator, Moderator

Awatar użytkownika
Strach na wróble
Pisarz osiedlowy
Posty: 249
Rejestracja: czw 27 lip 2017, 14:28
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: Strach na wróble » sob 29 lip 2017, 13:42

Ostatni post z poprzedniej strony:

[i]A co dokładnie poplątał w Lux perpetua? (Slavec2723)[/i]

Służę uprzejmie obszerną odpowiedzią. Parę lat temu na innym forum zapodałem obszerną analizę wszystkich trzech tomów pod tym kątem. Z pamięci bym tego nijak nie powtórzył, na szczęście udało mi się odnaleźć. Przytaczam w całości, milej lektury.



A więc: tom I

Zacznijmy od potężnej niekonsekwencji, kto wie czy nie właśnie brakiem pomysłu spowodowanej. Oto po ucieczce Reimara Wielki Szef de Sterczów (imienia nie pomnę) wyjaśnia Wiceszefowi (imienia nie pomnę), że całą rodzinę uważa za zgraję niedojdów, więc zdaje się na usługi zawodowców. Wynajął czterech zabijaków z piekła rodem (personaliów nie pomnę), tak strasznych, że na wieść o tym Wiceszef bez mała drży jak osika i prawie w gacie ze strach popuszcza. Straszliwa sława olmajtnych ewilów jest konsekwentnie budowana przez połowę książki. Moc ludzka przeciw nim nie wydoli, rycerstwo im niestraszne (chyba że jest to nadludzki heros na miarę Zawiszy), czarami nic nie wskórasz (co najwyżej na moment odwrócisz uwagę, coby dać w długą). Ucieczka to jedyny sposób równorzędnej walki z nimi. Szarlej, kozak i zapkapior, odpuszcza na sam ich widok. Samson, waligóra i mocarz, nie sprzeciwia się projektom rejterady. No i ci? Ano, nico, cała ta Złowroga Czwórka wpada na garstkę zbrojnych Wołoszka i daje się niemal bez oporu wyrżnąć w pień. A przecie Bolko, jak chwilę później wynika z jego rozmowy z Reynevanem, zupełnie się do akcji nie przygotowywał, skrzyknął naprędce co miał pod ręką i pospieszył druhowi w sukurs – pewny, że przyjdzie mu stawać jeno przeciw pachołkom Ziembickiego. A tu masz, ni z tego ni z owego wyciął kwiat i elitę śląskiego raubritterstwa. Co to jest? Firleje Szanowny Autor stroi? Szutki jakoweś? Nic nigdzie nie wspomniał, by wojacy Wołoszka byli jakowymiś super hiper mega i w ogóle specnaz, którym największy charakternik nie straszny. Rozbieżność między konsekwentnie budowaną wizją niezwyciężoności Czterech a przypadkowym i banalnym ich końcem z ręki zwykłych wojaków jest tak wielka, że nasuwa się podejrzenie o brak sensownego pomysłu. Ot, potrzebny nagły zwrot akcji, to zrobimy z wilkołaków baranki ofiarne i jedziemy dalej.

Wątki porzucone (z braku dalszego pomysłu?) rozpocznę od prezentacji małej de Sterczówny (imienia nie pomnę), która jako jedyna w całym rodzie potrafiła przełożyć na ludzki język bulgotanie Wielkiego Szefa. Owszem, komiczne to było przez zderzenie bluzgów i „głębokich” przemyśleń o rodzie z postacią niewinnego dziecięcia, uśmiałem się. I byłem autentycznie ciekawy, co dalej, skąd taki talent u małej, jak to się rozwinie i wyjaśni. A rozwinęło się nijak, ciekawie się zapowiadający wątek urywa się nagle wraz ze śmiercią Wielkiego Szefa i koniec. Brak pomysłu na kontynuację? Elencza Steitencorn wyglądała w I tomie na bardziej epizodyczną postać.

Podobnie porzucony został wątek de Sterczów jako całości. Jako istotne dla akcji postaci występują tylko w tomie I. W tomie II mignie na chwilę wątek ponurego końca Adeli i zemsty Gelfrada, zemsty, której dziedzicem staje się Reinmar. W tomie III znienacka na moment się pojawiają jako organizatorzy zjazdu rodów rozmaitych, na którym to zjeździe wyprostowane zostają rozmaite zaszłości, tudzież zawiązane zostają rozmaite plany matrymonialne. Tylko że ten zjazd mógł się odbyć gdziekolwiek. Urządzenie go akurat u Sterczów wygląda tak, jakby Autor nagle przypomniał sobie, że był w tomie I fajny wątek pewnego rodu, właściwie to ten wątek się nie zakończył, ale że nie miał żadnego pomysłu co z tym zrobić, to przypiął ich do pierwszego-lepszego miejsca i uznał sprawę za zakończoną.

Zupełny brak pomysłu bije przez wszystkie trzy tomy z układu Biskup-Pomurnik. W tomie I i na początku II sugerowane jest, że Konrad boi się Grellenorta, zaraz potem że właściwie to są równorzędni i każdy rozgrywa własna partię, potem że Pomurnik biskupowi podlega albo i nie podlega, może jest jego biologicznym synem a może nie, znienacka biskup się na Brikarta nie wiadomo o co obraża i milcząco wspiera jego potencjalnych zabójców, w chwilę potem znowu są w doskonałej komitywie i Konrad zabiega o pomoc Pomurnika, na koniec typa którego całkiem niedawno chciał zabić cudzymi rękoma wynosi na najwyższą śląską godność świecką... Miotanie się bez ładu, składu i jakiegoś logicznego ciągu faktów.

Kolejnym wątkiem, który wygląda na niedokończony i porzucony to postać Huona von Sagara, czarodzieja Comitivy. Fajnie nakreślona, z niedopowiedzeniami w jego przeszłości, komiczne są jego skargi na bycie seksualnym służącym. Znowu – miałem apetyt na kolejne pojawienie się maga, a tu guzik. Znika z kart książki, przepada i zupełnie nie wiadomo co się z nim stało. Brak pomysłu? Być może taki był od samego początku plan: Sagar jako postać epizodyczna. Rzecz w tym, że poprowadzony był on tak, jakby stanowił postać na tyle ważną, że jeszcze się pojawi. W takim razie fuszerki w warsztacie pisarskim?

O braku pomysłów świadczy też istna mania prześladowcza z I tomu, jaką jest europejskość. Europa to, Europa tamto. Czas skończyć z rodowymi zemstami i żyć jak Europejczycy. Musimy wprowadzić tych prostaków do Europy. Jestem Europejczykiem, robię interesy nie kierując się głupią zemstą. Europejski turniej. Europejska mowa. Za pierwszym razem parsknąłem śmiechem. Za drugim byłem zdziwiony odgrzewanym dowcipem. Przy szóstym ziewałem z nudów. Naprawdę Autorowi nie dostało pomysłów na inne dowcipne powiedzonka?

Tom II otwiera postać Neplacha. Nie wysilił się Autor, oj nie wysilił. Pogaduszka czeskiego arcyszpiega i Reinmara to wszak nic innego jak pogaduszka redańskiego arcyszpiega Dijkstry z Jaskrem czy wiedźminem. Dijkstrowatość Neplacha jest tak wielka, że mimo woli widziałem go cały czas jako zwalistego grubasa i mimo woli za każdym razem dziwiłem się, gdy w tekście padały wzmianki o jego szczupłości. Kalka, kopia z poprzedniego cyklu. Pomysłu na inną konstrukcję postaci jakoś zabrakło. Mało tego, zabrakło ich nawet na kontynuowanie postaci. Neplach znika, od czasu do czasu miga na dalekim tle jako odległy o setki mil prowodyr, pociągający za sznurki. A potem najzwyczajniej w świecie umiera daleko od głównego biegu wydarzeń. A przecież wydawał się ważną postacią, która nie raz będzie się na kartach pojawiać. Brak pomysłu?

Początek II tomu to także wielka wtopa, jakich, niestety, kilka w cyklu. W tomie I na Ściborowej Porębie nieznani sprawcy pomordowali podróżnych i zagarnęli słynny czarny furgon. Kompania Reinmara i Comitiva, przybyli na miejsce w kilka (naście?) godzi później ustalili, że trupy ciśnięto do pobliskiego leśnego jeziorka. Potem, na skutek pomysłu Tybalda Raabe, Czesi dłuuugo podejrzewali Reynevana o współudział w rabunku. W tomie II, zaczynającym się wszak w kilkanaście miesięcy po końcu I, Neplach wciąż zastawia na Reinmara zasadzki słowne, usiłując go wybadać na okoliczność wydarzeń na Porębie. Łatwo sobie dośpiewać, że wszyscy, których miał pod ręką: Reinmar, Szarlej i Raabe – byli wielokrotnie przesłuchani i wypytani o wszystko, co o Porębie wiedzieli.
No i co? Ano, nico. Polimorf Vlk, który przybywa na Śląsk z pakietem tajnych misji, dowiaduje się o istnieniu jeziorka zupełnie przypadkowo, z błahego zdania wypowiedzianego przez Raabego. Autorze Kochany, a cóż to jest? Zmowa milczenia trójki przesłuchiwanych? Zaparli się i żaden z nich ni słówkiem nie wspomniał, że tam było oczko wodne? Ani Szarlej ani Reinmar nie powiedzieli, że znaleźli ślady wskazujące, że trupy ciśnięto w głębiny? A może przesłuchujący byli każdorazowo chwilową głuchotą tknięci i tych słów nie słyszeli? A może w nosie mieli wszystkie zeznania i niczego nie notowali? A może Neplach i inni mieli gdzieś to, co zapisano i nie czytali tego? Może chwilowa ślepota ich dopadała i nie widzieli fragmentu o jeziorku? Dużo tych może, a wszystko sprowadza się chyba do radosnej beztroski Autora, który pisze nie przejmując się nadawaniem sensu niektórym fragmentom.
Zresztą cała sprawa z jeziorkiem śmierdzi niedoróbką. Vlk momentalnie jest oświecony przez Ducha Świętego i bezbłędnie wie, że to właśnie tam należy szukać trupów. Potem po raz kolejny jest oświecony i bezbłędnie wie, że przedśmiertne majaki Steitencorna o Elenczy dotyczą osoby, której udało się zbiec, a nie takiej która zginęła kilka minut później.

Ciągiem dalszym niedoróbek jest spotkanie Vlka z Elenczą. Ocenia ją jako nijaką, przygarbioną brzydulę, to zaś że jej jedynej udało się ujść z życiem świadczy o jednym – nie jest to nijaka przygarbiona brzydula. Ale kim zatem jest? Bo to zdanie zdaje się wiele sugerować... z tym że na sugestii się kończy. Nigdy więcej sprawa ta już nie wypływa. Zabrakło pomysłu? Autor zapomniał?

Wtopa druga, co najmniej równie wielka, to brak kontroli nad implementacją magii w realny świat. O ile w Wiedźminie wszystko to się nawet ładnie trzymało przysłowiowej qpy, to na początku II tomu Autor popłynął. Zróbmy krótki przegląd najbardziej spektakularnych wyczynów magicznych. Tom I, Reinmar i Szarlej podążają przez las i błądzą w wąwozach. Okazuje się, że jest to sprawka trzech wiedźm, które dowolnie manipulują czasoprzestrzenią, zamieniając miejscami fragmenty przejezdne i ślepe zakończenia wąwozów. Potem ostrzeliwują naszych wędrowców latającymi czaszkami i dopiero pokaz lewitacji w wykonaniu Reynevana (sam siebie podniósł za włosy w powietrze) rozładowuje atmosferę. Mamy w tomie I takoż i wielokilometrowy lot Reinmara i jego ukochanej, lot na ławie za sprawą von Sagara. We wszystkich trzech tomach mamy polimorfa Grellenorta, który potrafi zmienić swój kształt i czasowo odrzucić większość masy ciała (w końcu pomurnik to ptaszek niewielki i jego +/- 20 gramów jest niczym wobec masy dorosłego mężczyzny), a potem na powrót na masie przybrać. Niespełnionym marzeniem Grellenorta jest dostanie się w strefę syderyczną i to właśnie pragnienie pcha go do działań przeciw Reinmarowi i Samsonowi.
Tymczasem na początku tomu II mamy w karczmie scenę, w której Samson, siłą woli wpływając na wynik rzutu kośćmi, uwalnia Marketkę. Wyczyn ten bulwersuje Reinmara, któremu wyrywa się nawet sugestia, że taka manipulacja wymaga wielkich mocy i aż dziwne, że ktoś, kto coś takiego potrafi ma problemy z powrotem do swej gwiezdnej strefy.
No przepraszam ja bardzo, ale co właściwie wymaga większego wysiłku? Trwające sekundę czy dwie manipulacje przy pędzie i kręcie dwu kilkugramowych przedmiotów - czy swobodne przenoszenie całych połaci lasu wraz z wąwozami, uniesienie w powietrze swego kilkudziesięciokilogramowego ciała, wyprawienie ławy z dwójką pasażerów w kilkunastokilometrowy lot czy też zmiana swego kształtu i masy ciała? Bo na zdrowy rozum to telekineza kości do gry jest małym piwem wobec pozostałych – a jakoś ani czarownice ani Sagar ani Reinmar ani Grellenort nie potrafili do syderium dotrzeć. Znowu – kompletny brak przemyślenia pewnych spraw.

Wątek porzucony to zamek Troska i Wielkopolanin Rupilius Ślązak. Tyle zachodu, tyle wysiłku, spory kawałek II tomu to zajęło... i wszystko się rozpłynęło, bo w III Samsonowi odechciało się wracać do domu. Autorze, jak w akcie drugim wieszasz na ścianie taką armatę, to jednak wypada, aby ona wystrzeliła na koniec, choćby tylko ślepakiem. Porzucić ją w szczerym polu, bo kanonierom się znudziło i się rozmyślili... Najwyraźniej znowu brak pomysłu na ciekawe zamknięcie wątku, więc się go zamyka na łapu-capu.

Kolejna niekonsekwencja lub brak pomysłu na spójne rozwiązanie pewnych spraw to stosunek Reinmara do Adeli i Jutty. W I tomie był w Adeli naiwnie zakochany, ale wydawało się że przeszło mu po Ziębicach. A tu nie – w II momentalnie na wieść o jej śmierci przysięga zemstę, mało – jest gotów narazić sprawę Kielicha byle tylko nie dopuścić do rokowań między Prokopem a Janem Ziębickim. W dodatku w drodze na akcję w Kłodzku omal nie demaskuje całej imprezy, widowiskowo zatłukując w karczmie jednego ze sprawców śmierci byłej ukochanej. Wierny Adeli aż poza grób, bardziej wierny niż Kielichowi. Tymczasem w przypadku Jutty nie waha się narazić jej na śmiertelne niebezpieczeństwo, byle tylko nie zdradzić Czechów i ostrzec ich przed ciągnącymi na Stary Wielisław siłami krzyżowców. To jaka w końcu jest jego hierarchia uczuć? Adela, potem Kielich i Jutta dopiero na końcu? Gdzie tu sens, gdzie logika? Tym bardziej, że w III tomie od razu zaczyna w sprawie Jutty latać jak kot z pęcherzem – i wtedy już jakoś nie waha się przed zdradzeniem miejsca przeprawy przez Muldę.

W tomie III liczba niekonsekwencji i porzuconych wątków bije na głowę oba poprzednie razem wzięte. Do tego dochodzi stroszenie piór elokwencji. Bo czymże innym jest John Falstoff w pierwszym zaraz rozdziale? Jaki on ma związek z całością? Kawałek przypięty bez sensu i potrzeby, tylko po to, żeby Autor mógł się dumnie obnosić ze swoją znajomością literatury i pomysłowością. Tu się aż prosi o parafrazę z Kresa: tak, Falstoff, sztuki teatralne, a teraz proszę opowiedzieć coś ciekawego.

Serię wątków porzuconych otwiera tajna eskapada Reinmara do Wrocławia. Uratowany rycerzomieszczanin doprowadza go pod mury, wraz z kanonikiem Beesem zaopatruje w gotówkę, znajomy aptekarz udziela gościny, Hempel Grabisch pomaga dopaść Weszkę i skłonić go do współpracy. Po czym wszystkie te postaci (pomijając Weszkę) znikają i w sumie kompletnie nie wiadomo, co się dalej z nimi dzieje. Cała ta wyprawa ma nikły wpływ na dalszy rozwój akcji. Znowu wygląda to tak, jakby za fajnym pomysłem na początek nie poszedł następny pomysł, mianowicie jak to rozwinąć i zakończyć. Więc kończy się na łapu capu, byle szybciej i jazda dalej. Gdyby wyprawy wrocławskiej nie było, to w treści powieści zmieniłoby się bardzo mało.

Pomieszanie z poplątaniem to Wolfram Pannewitz i Katarzyna Biberstein. Najpierw wszyscy myśleli, że ojcem jej dziecka jest Reinmar. Dopiero gdy został porwany i postawiony przed jej obliczem, wyjawiła prawdę o Pannewitzu. Biberstein senior był z takiego obrotu sprawy zadowolony, zapowiedział od razy wysłanie listów do seniora Pannewitza. W kilka miesięcy później Jutta stwierdza,że Wolfram to dupek, bo nadal nie poślubił Katarzyny. Gdy w III tomie młody Pannewitz zostaje przez Reinmara uwolniony podczas wymiany jeńców nad Olzą, ostro protestuje przeciw konieczności poślubienia Katarzyny i podważa swe ojcostwo. Pod koniec zaś Ofka von Baruth rozpacza, że Wolfram poslubił Katarzynę wbrew woli swego ojca, bo ową Kaśkę kochał, a nie wiadomo czy jej Parsifal zdobędzie się na taką stanowczość.
No to w końcu jak to jest? Kochał? To czemu przez tyle lat siedział jak mysz pod miotłą, nie zabiegał o nią, mało - wypierał się nad Olzą? Coś mi się widzi, że Autorowi zabrakło zwartego pomysłu, jak ten wątek poprowadzić.

Rodzinę wątków wewnętrznie sprzecznych przedstawia Bruno Schilling. Skruszony Czarny Rycerz zeznaje przed Hornem i Reinmarem tajniki knowań Grellenorta. Obaj członkowie komisji śledczej zamartwiają się, czy aby nie noszą w sobie śmiertelnego per ferro; rozstrzygające jest głębokie naruszenie tkani żelazem. Że zamartwia się Urban, to rozumiem. Nie rozumiem zmartwienia Reynevana – a toż w drodze do zamku, w którym odbywają się przesłuchania, Schilling zdrowo go pochlastał nożem podczas nocnej próby ucieczki ich obu. Reinmar miał więc głębokie naruszenie tkanki żelazem, przeżył – czym tu się martwić? Autor najwyraźniej przed posłaniem tekstu do druku nie przeczytał tego co napisał i nie wyczyścił sprzeczności.

Kolejny wątek porzucony najpierw ni z tego ni z owego wyskakuje z niebytu by rychło na powrót się w ten niebyt pogrążyć. Nuefra Kundrie, opiekunka i mentorka Grellenorta, potężniejsza od samego diabła. Ona i jej magia pojawiają się na zasadzie Deus ex machina, bez żadnego wcześniejszego wprowadzenia w poprzednich tomach. Tak jakby Autor nagle wpadł na pomysł zwrotu akcji, od razu wprowadził go w treść... a pomysłu na kontynuację zabrakło. Neufra za jakiś czas znika równie nagle, co się pojawiła, nie zostawiając po sobie żadnego znaczącego wkładu w treść powieści. Gdyby jej zupełnie nie było – zmieniłoby się coś?

Z Kundrie ma związek wątek, który się rozpoczyna i nigdy nie jest nie tylko zakończony ale nawet kontynuowany. Widać Szanowny Autor raczył zapomnieć, bo w aż taki brak pomysłów nie wierzę. Chodzi o astralne poszukiwania Jutty, które prowadzi Neufra. Nie wychodzi jej to, wreszcie woła Grellenorta i na jego oczach przeprowadza kolejny nieudany eksperyment. Juttę przed magicznym namierzeniem chroni czyjaś potężna kontrmagia. Jeno czyja? Birkar spekuluje, ze może to być istota wcielona w Samsona – rzecz w tym że Samson, Szarlej i Reinmar nie mają jeszcze bladego pojęcia, gdzie jest Jutta. A skoro nie wiedzą gdzie jest, to nie mogą jej dać magicznej osłony. Jest to zatem kto inny, ale kto – tego nigdy się nie dowiemy, bo Autor najwyraźniej zaspał sprawę.

Kundrie to nie jedyna postać, która przepada w niebycie. Urban Horn na pewno nie był epizodycznym statystą trzeciego planu, przeciwnie - był bardzo istotny dla akcji. Tymczasem zaraz po zdobyciu Sensenbergu rozpływa się w nicości to tak dokumentnie, że nawet nie wiadomo do końca – przeżył ranę zadaną w walce, zali nie? Nic nie wiemy o jego ewentualnych dalszych losach pod „opieką” inkwizytora Hejczego. Brak pomysłu?

Zresztą i sam Grzegorz Hejcze znika wraz z Hornem i wiadomo o nim dokładnie tyle samo co i o Urbanie: może przeżył a może nie, a jeśli przeżył to kompletnie nie wiadomo co było z nim potem. Brak pomysłu?

A skoro już przy Sensenbergu jesteśmy, to kilka razy sumowałem liczbę zbrojnych przed i po ataku wraz z poległymi i nijak mi się to nie zgadza.

Kolejny zaginiony bez wieści to Tybald Raabe. Po raz ostatni pojawia się przy śmierci Jutty, a potem ni widu ni słychu. A przecie III tom kończy się kilka lat później, Reinmar mogły, po wyjściu z lochów, wypytywać o znajomych (przecież wypytywał) – akurat o Horna, Hejcze czy Raabego nie zapytał. Brak pomysłu ze strony Autora? Epizodyczny raubritter Hayn von Czirne z I tomu miga na chwilę pod koniec III. Czemuż i inni tak nie mignęli?

W III tomie mamy też takie samo zjawisko, jak i w tomie I w przypadku czterech najemników, a mianowicie gigantyczną rozbieżność między starannie budowaną famą Niepokonanego Złego a faktyczną dupowatością i nijakością owego Złego. Mowa tu o zdumiewającej degrengoladzie Czarnej Sotni. W tomie I, w czasie nocnego napadu na poczet kupca (miana nie pomnę) Czarni walczyli nawet wtedy, gdy odcięto im głowy. W tomie III podczas napaści na dom Dzierżki Wirsing nie są w stanie niczego dokonać: nie złapali Elenczy, nie spalili służby ani koni, nawet chyba budynkom niewiele się stało, na koniec mocno wzięli w qper od garstki okolicznej szlachty i jej pachołków. Mało tego, potem cała Czarna Sotnia zostaje w pień wyrżnięta przez Szarleja, Samsona, Rixę i Reinmara i to mimo przewagi liczebnej nad naszą czwórką. Co jest grane? Dziś prawdziwych łotrów już nie ma, same baranki i niedojdy do Birkarta ciągnęły? A może eliksiry zwietrzały? Owszem, w tekście padają jakieś próby wytłumaczenia tego nagłego załamania, ale są jakieś takie nieprzekonywujące i nijakie. Albo Autor nie miał pomysłu, albo mu się nie chciało solidniej nad tym popracować.

Z upadkiem Czarnych wiążą się też dwie inne sprawy. Pierwsza do Douce von Pack. W tomie II wyglądała na postać epizodyczną, gdy w tomie III wdała się w romans z Grellenortem, pomyślałem „o, fajnie, coś istotnego z tego wyniknie, jakiś ostry zwrot akcji”. Wynikło? Guzik. Ten romans nie miał dla całości praktycznie żadnego znaczenia. Gdyby w tomie III Douce nie było – co by się zmieniło? Wygląda to tak, jakby Autor przypomniał sobie o von Packównie, wykoncypował że fajne będzie, jak zginie widowiskową śmiercią, zmielona przez wiatrak... przy czym zabrakło ciekawego pomysłu na doprowadzenie do takiej sytuacji, więc Douce została naprędce przypięta do Czarnej Sotni. I w ten sposób wielki potencjał, jaki miała ta postać ,został zmarnowany.

Sprawa druga, to beztroskie zrujnowanie mozolnie budowanej postaci Grellenorta. O ile dobrze pamiętam pewien wywiad, to w Wiedźminie świadomym zamysłem Autora było unikanie postaci, które są złe dlatego, że są złe. Źli byli złymi przez swe uczynki – wynikające z priorytetów, jakie przyjęli. Tak samo długi czas było z Birkartem: stawiał sobie pewne cele i dążył do ich osiągnięcia bez skrupułów i miłosierdzia... ale też i bez bezsensownego okrucieństwa. Za wszystkimi jego uczynkami stały rozmaite zamysły, choćby tylko zastraszenie. A tymczasem w chwili, w której złapał Juttę, zaczyna bredzić jak niespełniony sadysta do sexniewolnicy o tym, co chciał zrobić jej i Reinmarowi. Po co chciał ich torturować? Po nic, bo żadnego sensownego celu by w ten sposób nie osiągnął. Kompletnie nie pasuje to do tej postaci w świetle wszystkiego, co było o niej powiedziane wcześniej. Niezły zonk.

Całkowicie bez sensu jest zakończenie wątku Samsona. Kwestia kim jest i co konkretnie ściągnęło go na ten łez padół była jedną z ważniejszych osi kompozycyjnych trylogii. Zapowiadało się ciekawe rozwiązanie, z wyjaśnieniem Nieznanego. A tutaj najwyraźniej samemu Autorowi zabrakło pomysłu, Samson ginie kompletnie przypadkowo i bez sensu dla akcji. Okoliczności zdają się sugerować, że był to archanioł Rafał, ale sugestia to nader mętna i niejasna i w sumie to nic nie wiadomo.

Zbliżając się do końca mamy Zacharskiego na Majorce i redaktora Maja w rozjazdach, czyli dzielną dwójkę agentów polskiego wywiadu, Rixę i Bożyczkę. Przy czym momentalnie rodzi się pytanie – na które Autor nie udziela odpowiedzi – o co z tą dwójką chodziło? Co i rusz podchodzili Reinmara, bruździli sobie wzajemnie, lali się po gębach i głowach... To było z premedytacją wykalkulowane? Taka zabawa w dobrego glinę i złego glinę? Czy też przeciwnie, byli tak zakonspirowani że polski wywiad gryzł własny ogon i jego agenci, nic o sobie nawzajem nie wiedząc, co i rusz robili sobie wbrew? Autor nie daje żadnej poszlaki wiodącej ku rozwiązaniu, tak jakby pojęcia nie miał, że to co pisze jest mocno niejasne.

Pod koniec III tomu Szarlej grasuje na czele Podpalaczy, wypełniając polecenia Fuggerów, mając przy tym na oku przyobiecany przez Kompanię czarny furgon. Na chwilę przyłącza się do nich Reinmar, który, ratując przed dobiciem Parsifala, leje urzędnika Fuggerów po buzi. Szarlej czyni mu potem z tego powodu wyrzuty – urzędnik dużo wie, między innymi wie o udziale Szarleja we wrocławskiej ruchawce 1418 roku. No i gitara, tylko co z tego że wie? Przed kim niby wyjawi ten sekret? Przed Czechami? Pomijając wielce prawdopodobną ewentualność, że oni o tym wiedzą, to wątpliwe jest, czy uczestnictwo w antyniemieckiej ruchawce o podłożu socjalno-etniczno-religijnym byłoby kompromitujące w oczach antyniemieckich bojowników o sprawy religijno-etniczno-socjalne. A wobec całej reszty świata Szarlej i tak jest skompromitowany walką w szeregach heretyków, więc w czym problem? Chyba sobie Autor za bardzo pojechał i nie przemyślał sprawy.

Kompletnie poronione jest zakończenie wątku Wendela Domarasca, rezydenta czeskiego wywiadu na Ślasku. Wpada w łapy Grellenorta, który owe łapy miał nader ciężkie... by w kilka lat później, jako wolny i beztroski człowiek jak gdyby nigdy nic łowić sobie rybki w Odrze. Jakim cudem? Najwyraźniej Autor miał pomysł na wcielenie w życie opowieści o tym, żeby siąść nad brzegiem i czekać na ciała wrogów... ale pomysłu na logiczne uzasadnienie i powiązanie ze sobą dwu scen już zabrakło.



Awatar użytkownika
brat_ruina
Pisarz pokoleń
Posty: 1335
Rejestracja: ndz 27 kwie 2014, 13:21
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: brat_ruina » czw 07 wrz 2017, 20:43

Przeczytałem cały wątek. Nie. Niecały. Do sagi wiedźminskiej podłączę się do slaveca:)

Ale nie o niej, a o TH.

Strach na wróble, przeczytałem Twoje streszczenie tomu pierwszego, wybacz mi, z całym szacunkiem, nie dam rady dwóch pozostałych. To jest nudne. Pomijam już pianotrzepanie.

To nie musi być Twoja wina, już taki jestem, że jak początek mnie zmęczy, to dalej nie idę.

Co do samej trylogii - jak Adam Przechrzta dzisiaj wspomniał - świetnie napisana powieść łotrzykowska. Tak. Skusiłem się na dwukrotne przeczytanie, jak i zakup słuchowiska.

Też inaczej odbieram TH bo jestem z Dolnego Śląska, bardzo dobrze znam opisywane miasta, trakty i miejsca - widzę je. Bielawa, Oleśnica, Ząbkowice Śląskie, Oława, itd... Bardzo dużo podróżowałem po Czechach i Niemcach, stąd też inna moja perspektywa na całość, i może dlatego nie widzę tyłu wad ile Ty zauważasz.

No i jest wyjątkowo nienudnie napisana:)

Pozdrawiam.



Awatar użytkownika
Strach na wróble
Pisarz osiedlowy
Posty: 249
Rejestracja: czw 27 lip 2017, 14:28
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: Strach na wróble » sob 23 wrz 2017, 16:53

[i]To nie musi być Twoja wina, już taki jestem, że jak początek mnie zmęczy, to dalej nie idę. (Brat ruina)[/i]

Spoko, ja też tak mam. Pewnie dlatego przebrnąłem przez Husytów dopiero za którymś podejściem, w 7 czy 8 lat po pierwszej próbie.
Ale, ale... czy wiesz, jaka jest różnica między literaturą a dyskusją?

Odcedzając wodę z Twojej wypowiedzi, zostaje gęste:
1. przeczytałeś tylko +/- 1/3 mojej wyliczanki, bo uznałeś ją za nudną;
2. Navajero twierdzi, że to powieść łotrzykowska;
3. Masz pozytywny emocjonalny stosunek do opisywanych rejonów;
4. Nie widzisz tylu błędów, co ja;
5. Husyci nie są nudni.
No to jedziemy z koxem...
Ad 1. "Nie przeczytałem ale się wypowiem", Ty tak serio? Polemika to nie literatura. Nudzi cię czyjaś wypowiedź? Olewasz ją. Koniecznie chcesz podyskutować z tezami? Aaa, Kochaneńki, nie ma ten tego, trza zacisnąć zęby i przeczytać w całości. Choćby było to 10x nudniejsze od Kraszewskiego. Takie są standardy, tego wymaga kultura dyskusji i szacunek wobec Adwersarza.
Ad 2. No i co z tego? Czy ja gdzieś stawiałem tezę na temat tego, jakim rodzajem powieści są Husyci? Nie - ja tylko wyliczyłem błędy, które widzę. Nie ma znaczenia, czy to uznamy za poemat epicki, beletrystykę, powieść przygodowa, szpiegowską, łotrzykowską czy pornografię - te błędy nadal tam będą.
Ad 3. I znowu - co z tego? Twój emocjonalny stosunek do czegokolwiek nie zmieni tej listy błędów.
Ad 5 (świadomie zmieniał kolejność). Znowu - co z tego? Nigdzie w tekście nie stawiałem tezy, że jest to nudne. W końcu nie mamy w Sevres wzorca literackiej nudoty…
I wreszcie Ad 4. Ty nie widzisz tylu wad, co ja. To jedno jest próbą merytorycznego odniesienia się do mojej wyliczanki, więc zasługuje na wyróżnienie. Mogę o tym podyskutować – tylko rad bym się dowiedział, co masz na myśli? Zaprzeczasz, że te błędy są w tekście, negujesz ich istnienie. Czy może, mając przewagę nade mną (czytałeś to 2x, ja raz) dostrzegłeś coś, co mi umknęło? Coś, co wyjaśnia błędy. Jeśli tak, to rad bym się dowiedział ,co przeoczyłem.



Awatar użytkownika
Navajero
Pisarz
Pisarz
Posty: 3938
Rejestracja: czw 20 gru 2007, 17:32
Płeć: Mężczyzna

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: Navajero » sob 23 wrz 2017, 19:06

Strach na wróble pisze:
> Ad 2. No i co z tego? Czy ja gdzieś stawiałem tezę na temat tego, jakim rodzajem
> powieści są Husyci? Nie - ja tylko wyliczyłem błędy, które widzę. Nie ma znaczenia,
> czy to uznamy za poemat epicki, beletrystykę, powieść przygodowa, szpiegowską, łotrzykowską
> czy pornografię - te błędy nadal tam będą.

No weź tylko bez numerów z kastrowaniem wypowiedzi oponenta. Sedno nie w tym, że moim zdaniem to powieść łotrzykowska, a "znakomicie napisna powieść łotrzykowska". Oczywiście nie musisz się zgadzać z tym twierdzeniem, ani uważać mnie za autorytet w kwestii krytyki literackiej w ogólności, i oceny dorobku Sapkowskiego w szczególności, jednak takie lawirowanie nie przystoi w dyskusji.



Online
Awatar użytkownika
slavec2723
Pisarz osiedlowy
Posty: 395
Rejestracja: śr 15 gru 2010, 18:35
Lokalizacja: ze Skopania
Płeć: Mężczyzna

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: slavec2723 » sob 23 wrz 2017, 21:06

No to ja wrzucę jeszcze jeden kamyczek do ogródka Stracha na wróble: Maciej Parowski napisał w jednym z numerów NF-u, że trylogia husycka to arcydzieło literackie :) a na portalu Esensja.pl, jest zaliczana do najlepszych polskich powieści fantastycznych.
http://esensja.pl/ksiazka/publicystyka/ ... ml?id=3304

Zdaje się też, że "Narrenturm" zdobył nominację do literackiej Nagrody Nike.



Awatar użytkownika
brat_ruina
Pisarz pokoleń
Posty: 1335
Rejestracja: ndz 27 kwie 2014, 13:21
Lokalizacja: Wrocław
Płeć: Mężczyzna

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: brat_ruina » wt 26 wrz 2017, 18:35

Strach, dużo wody upłynie w Odrze zanim trzeci raz sięgnę po TH. Szczerze powiedziawszy, ja tych błędów tam nie widziałem. Może dlatego, że ich na siłę nie szukałem. Wyłożyłeś kawę na ławę:) gratuluję wolnego czasu i determinacji w wytykaniu autorowi tej powieści, błędów i braku pomysłów:))

(Skąd ten sukces trylogii?)

Skonfrontuję to ze swoimi spostrzeżeniami przy następnym czytaniu. Za 7 czy 8 lat spróbuję pozostałe dwa Twoje streszczenia.
Temat z twardego forum nie zniknie.

A może uda mi się nakłonić kiedyś samego Andrzeja, żeby zajrzał tutaj na Wery, w ten temat, może coś odpowie. Z pewnością będzie to ciekawsze jak spieranie się między nami o rację najmojszą.




Wróć do „MML”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość