slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Czyli moja miłość literacka.

Moderatorzy: Weryfikator, Moderator

Awatar użytkownika
Godhand
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2110
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: Godhand » ndz 13 mar 2016, 12:21

[center]MML slavec2723 – Cykl wiedźmiński – A. Sapkowski[/center]

WWWNigdy nie zapomnę dnia, gdy znajomek wyjął z plecaka książkę, na okładce której widniał szkielet stwora zakopanego w piachu. W życiu nie widziałem tak okropnej ilustracji. Kiedy kolega zasugerował bym rzecz przeczytał, ze stoickim spokojem odpowiedziałem: po moim trupie. Nie dość, że książczyna była fatalnie wydana to jeszcze należała do gatunku fantasy… licealista by się uśmiał!
WWW
WWWChyba nigdy wcześniej, ani później tak bardzo się nie myliłem. Bo gdyby ktoś wówczas powiedział, że powieść ta zmieni moje życie, że stanę się fanem, ba, nie tyle fanem co wyznawcą owej serii, że z maniakalnym uporem będę kupował edycje kolekcjonerskie, audiobooki, ebooki, (żeby tylko w języku polskim) to bym… to bym mu nie uwierzył.
WWW
WWWPamiętam, że na propozycję kumpla zareagowałem nad wyraz dojrzale, jak każdy inteligentny i oblatany w literaturze uczeń szkoły średniej, to znaczy jąłem rzecz wykpiwać. O jakowychś smokach mam czytać? O magii, czarach i innych zabobonach? Adwersarz nie dawał jednak za wygraną, gorąco polecał utwór, przytomnie argumentował, iż nie powinno się oceniać książki po okładce, z góry szufladkować autora itp., itd. Wiedziałem jednak swoje i w zasadzie uległem, tylko dlatego by kolega przestał nawijać o jakimś Sapkowskim.
WWW
WWWMijały tygodnie. Wiekopomne dzieło polskiej fantasy z godnością kurzyło się na półce. Znajomy przestał nagminnie pytać – czy już przeczytałem. Chyba ostatecznie pogodził się z faktem, że tego nie zrobię. Nawet zaczął nieśmiało przebąkiwać bym rzecz zwrócił. I niedługo później, w jeden z grudniowych dni, z powodu kiepskiej pogody, odczuwanego przeze mnie spleenu, Weltschemrzu, sezonowej choroby, czy też innej zbawiennej okoliczności, która uziemiła mnie w domu, sięgnąłem po lekturę. Tak czy inaczej, niczym adept-wampir zakosztowałem w Krwi elfów. I uległem przemianie.
WWW
WWWOd tego czasu minęło półtorej dekady, a ja ciągle łapię się na tym, że pragnę razem z Ciri cwałować granią urwiska, na tle bezlistnych olch i brzóz, przez piękny, bajeczny las, udekorowany (…) białym lukrem szronu. Nadal stoję u boku Milvy w Brokilonie, gdy ta opiera się barkiem o pień sosny i opowiada mi o swoim pierwszym spotkaniu z Geraltem. Galopuję strzemię w strzemię z Applegatem wzdłuż lewego brzegu Pontaru.
WWW
WWWCóż takiego siedzi w cyklu, że choć czytałem go dziesiątki razy, wciąż do niego wracam? Że chcę jeszcze i jeszcze?
WWW
[center]*** [/center]
WWW
WWWSaga przede wszystkim urzeka klimatem, kolorytem świata przedstawionego i pewną – zadziwiającą i zdaje się, że właściwą chyba tylko dla pisarza z Łodzi - swobodą kreacji. Czujemy, że piasek na trakcie jest gorący od słońca, mrużymy oczy, bo goniące tabuny koników pylą gościniec. Zanim w komnacie pojawi się Yennefer, poznaję ją po zapachu bzu i agrestu. Gdy wchodzę wraz z krótkim Yaxą, Heimo i Profesorem do zajazdu w Anchor, widzę strach malujący się na twarzy karczmarza, widzę pęki czosnku przywieszone do słupów podtrzymujących strop, dziewkę która nerwowo sprząta okruchy z ławy. I to, że owa ława kiwa się na nierównym klepisku.
WWW
WWWA jakby tego było mało, cykl wypchany jest po brzegi kapitalnymi scenami: jak ta w której Ciri, na jednym z zamarzniętych jezior Mil Trachta, morduje swych prześladowców - Śmierć na lodzie (…) ma w sobie coś urzekającego. Uciekający z burdelu mamy Lantieri, Jaskier.
WWW
Był pewien, że prześladowca, jak wielu przed nim, nie zdąży wyhamować, pobiegnie dalej i wdepnie na zapadnię, po czym wyląduje w chlewie. Był pewien, że potłuczony, utytłany w gównie i poturbowany przez wieprze prześladowca zaniecha pościgu. Jaskier mylił się, jak zwykle gdy był czegoś pewien.

WWWŚwietnie pomyślane spotkanie Ciri z Galahadem.
WWW
- Czy w tym świecie są czarodzieje? No wiesz, tacy co parają się magią. Magowie. Wiedzący.
- Jest Merlin i Morgana. Ale Morgana jest zła.
- A Merlin?
- Średni.

WWWKonwersacja Geralta z Vilgefortzem, a później pucz czarodziejów, całe rozdziały (genialne!) kończące Czas Pogardy - przejście Ciri przez pustynię Korath, uchwycenie ją przez Łapaczy, ucieczka wraz ze Szczurami z Glyswen, przystąpienie do hanzy. Wspaniałe, plastyczne opisy walk, szczególnie pojedynek Szczurów z Bonhartem w Wieży Jaskółki.
WWWDojrzałe, „po męsku” napisane sceny łóżkowe w Pani Jeziora:
WWW
Zdjęła rysie futro, rzuciła je na stertę słomy. Gwałtownym ruchem zdarła bluzkę, pod którą nie miała nic. Upadłą na futro, ciągnąc go za sobą, na siebie. Geralt chwycił ją za kark, podciągnął sukienkę, nagle zorientował się, że na zdjęcie rękawic nie będzie czasu. Fringilla na szczęście nie nosiła rękawic. Ani majtek. Na jeszcze większe szczęście nie nosiła też ostróg, bo za małą chwilę obcasy jej jeździeckich butów były dosłownie wszędzie, gdyby nosiła ostrogi, strach pomyśleć, co by się mogło stać. Gdy krzyknęła, pocałował ją. Zdusił krzyk. Konie, wietrząc ich wściekłą namiętność, rżały, tupały, tłukły się o przegrody, tak że aż pył i siano sypały się ze stropu.

WWW
WWWMożna tak wymieniać bez końca – bo to przecież tylko niektóre z walorów prozy Sapkowskiego. Klasę samą w sobie stanowią dialogi, zdolność przedstawienia postaci, w dwóch, trzech zdaniach. Ponadto przepiękny język i fraza, styl, styl i jeszcze raz mistrzowski styl, którym autor uwiódł zastępy czytelników.
WWW
[center]*** [/center]

WWW
WWWDziś z pewnym wstydem przyznaję, że moją pierwszą fascynacją literacką było zwykłe czytadło. Trochę mi łyso, szczególnie po lekturach Rylskiego, Myśliwskiego, Pilcha, Nabokova, Prousta, Keseya, Capote, Manna i Iwaszkiewicza. Jak to do ciężkiej cholery się stało, że w młodości tak głęboko poruszyła mnie historia najemnego monster slayera?
WWW
WWWObecnie powroty do ulubionej lektury wieku młodzieńczego nie zdarzają się mi już tak często; zwykle liznę mniej lub bardziej obszerny fragment, na moment wrócę do ulubionych postaci, zerknę do jednego z dialogów - i w zasadzie to wszystko. Ciągle czytam, choć już bez wypieków na twarzy. Denerwuje mnie fabuła w Chrzcie ognia – bo Geralt idzie, idzie, idzie… i dojść nie może. Wkurzają liniowe postaci – takie jak Shani w Krwi elfów, która „zupełnie przypadkiem” zna Myhrmana i Rience’a, i która oczywiście przy pierwszej lepszej okazji daje się zbałamucić wiedźminowi. Do rozpaczy przywodzą postaci czarodziejek, dumne, mądre i przebiegłe, ale też naiwne (Fringilla Vigo), dające się uwieść byle knechtowi z mieczem na plecach. Czy ktoś zliczył ile kobiet Geralt zaciągnął do łoża na kartach cyklu?*
WWW
WWWIrytuje zachowaniem Cahir bo zakochuje się w gówniarze, a jest niby szpiegiem i wysłannikiem tajnych służb. Czy wywiady królestw nie uczą czasem, że najważniejsze jest zadanie, misja? Nawet jeśli są to służby królestw fantasy, powstałe tylko w imaginacji pisarza? Do szewskiej pasji doprowadza mnie Regis i jego – wydaje się, że na siłę budowana wampiryczna abstynencja.
WWW
WWWObruszanie się na lekturę – w moim przypadku – wynika jednak z pobudek pozaliterackich. Przecież wcześniej również dostrzegałem luki w fabule, niedociągnięcia, dawniej też wyłapywałem fałszywą nutę.
WWW
WWWIdzie o samą naturę miłości literackich (zresztą nie tylko literackich). Bowiem fascynacje zawładniają naszą wyobraźnią, trzymają w swych szponach, nie chcą puścić, czasem przechodzą w obsesję lub manię. W większości przypadków nieubłagany czas robi jednak swoje. Powoli, ale skutecznie mieli w swych żarnach, sprawia, że emocje przemijają, że zapominamy o nawet największym olśnieniu.
WWW
WWWI bez żalu przyznaję, że już nie cieszę się tak bardzo na propozycję Ciri, by pędzić galopem granią urwiska, nie dołączam już tak często do Jaskra, gdy ten w ciemną noc przy ognisku śpiewa Gwiazdy nad traktem, nie wałęsam się z Geraltem po Novigradzie, Oxenfurcie, Aedd Gynvael czy Dorian w każdy weekend. Bo jak mądrze powiedział poeta: coś się kończy, coś się zaczyna.
WWW
WWWPomimo tego nie potrafię powiedzieć było-minęło. A to z tego prostego powodu, że książki Sapkowskiego były moją pierwszą, poważną miłością literacką. I na zawsze nią pozostaną. Jak to w życiu bywa, przyszły po niej kolejne zauroczenia, fascynacje, nowe literackie światy, kolejne czytelnicze odkrycia. A pierwsze uczucie? Budzi sentyment, radosne wspomnienia, nostalgię. Ciągle jednak jest. Bo pierwszej miłości się nie zapomina.
WWW
Jeśli ktoś płaci pięć złotych za książkę – to za co płaci? „Za druk, za papier, za fatygę księgarza, płaci wreszcie za tych parę godzin zabitego czasu, które książka mu daje. I Boy stawia pytanie: „A jeśli mu da coś więcej? Jeśli mu da chwilę prawdziwej rozkoszy? Jeśli zaważy na jego życiu? Czy i to zapłacił owymi pięciu złotymi?” Czytelnik staje się wtedy dłużnikiem autora.

WWWJózefa Hen – Boy-Żeleński. Błazen, wielki mąż.

[center]*** [/center]

WWWPanie Andrzeju, jestem pana dłużnikiem.
WWW

[center]*** [/center]

WWW
WWW*PS. Któż jeśli nie fan ma prawo wykpić ukochane dzieło? Podjąłem się więc trudu zliczenia wybranek Geralta, posługując się - z braku laku - chronologią wewnętrzną (czasem akcji). Z kronikarskiego obowiązku godzi się więc nadmienić, iż pierwszą damą, która pozwoliła skorzystać ze swych wdzięków wiedźminowi była niejaka Lydia Neytt – jakżeby inaczej – czarodziejka (Sezon burz). Następnie białowłosego monster slayera odwiedza w łożu, Iola, kapłanka Melitele (Głos rozsądku). Ciekawostką jest, iż wychowanka świątyni pod koniec utworu łamie śluby milczenia. Nie wiadomo więc, czy przypadkiem nie jest to skutek godnych pozazdroszczenia talentów, jakie przejawia Gwynbleidd w alkowie.
WWW
WWWTak czy owak, o zdolnościach wiedźmina musi być głośno, bowiem już w następnym opowiadaniu (Mniejsze zło) do zajmowanej przez Geralta izdebki na poddaszu, wdziera się oknem – widać nieźle wyposzczona - Renfri, księżniczka o sadystycznych skłonnościach, właścicielka legendarnej już batystowej bielizny, która tyle namieszała w polskiej fantasy. Kolejną ofiarą zdolności Riva w robieniu… pominę w robieniu czym - zostaje Yennefer (Ostatnie życzenie). Następnie Geralt korzysta z okazji, jaka nadarza się w gospodzie „Pod Zadumanym Smokiem” (Granica możliwości) i bierze udział w orgii, dogadzając niejakiej Vei. Jedna to jednak dla naszego ogiera zdecydowanie za mało – znów spotyka Yennefer. Nie trzeba specjalnej przenikliwości, by przewidzieć jak opowiadanie się skończy. Następnie nasz protagonista razem z czarodziejką zmierza do miasta Aedd Gynvael (Okruch lodu). Tam też dochodzi do licznych igraszek w alkowie - tyle tylko, iż biedny wiedźmin jest nieświadom, iż dzieli się wdziękami wybranki z niejakim Istreddem. Ha! Kruczowłosa piękność odpłaca kochankowi pięknym za nadobne.
WWW
WWWPrzybity Geralt próbuje się jakoś otrząsnąć, szuka zapomnienia. O dziwo znajduje je w jednym z novigradzkich burdeli (Wieczny ogień). Dzieje się i dzieje, a my nie mamy czasu odsapnąć, bo już na początku następnej przygody (Trochę poświęcenia) dowiadujemy się, że ktoś podczas awantury w Czterech Klonach dopuścił się uwiedzenia rudej i małoletniej niemowy, którą po całym zajściu znaleziono w krzakach za gumnem rumianą i głupawo uśmiechniętą, z giezłem zadartym aż po pachy. Brak dowodów na to by był to rozpasany w swej lubieżności wiedźmin (podejrzenia jednak są, pamiętamy przecież, że przespał się z Iolą – ona wszak też nie mówiła). Biały Wilk nie byłby jednak sobą, gdyby nie dobrał się do którejś z przedstawicielek płci nadobnej – bałamuci więc bardkę Essi Daven, ksywka Oczko. Pod koniec zbiorku – z perspektywy podbojów miłosnych Geralta nie dzieje się już nic ciekawego. Dowiadujemy się jedynie, iż dziwożony z Brokilonu często wykorzystują mężczyzn w celach prokreacyjnych. Niestety cierpiący na bezpłodność Gwynbleidd nijak nie może dopomóc driadom w tej - niecierpiącej zwłoki - kwestii. Szkoda.
WWW
WWWTym bardziej, że w sadze Geralt, niestety, nie jest już tak jurny. Możemy jedynie przeczytać, że „coś więcej” łączyło go z Triss Merigold. W tym samym tomie (Krew elfów) chęć dorwania Rience’a wiedzie Białego Wilka do miasta Oxenfurt. Tam poznaje wcześniej wspomnianą już przeze mnie Shani, studentkę trzeciego roku medycyny i zaciąga ją do swej izdebki. Autor sugeruje również, że do zacieśnienia intymnych relacji mogło dojść między wiedźminem a Filippą Eilhart:
WWW
Skupił się na obserwacji ich oczu i twarzy, zastanawiając się, czy coś aby nie łączyło tych dwojga w przeszłości. Jaskier wiedział, że podobne, dowodzące wzajemnej fascynacji pojedynki na słowa i półsłówka, toczone przez wiedźmina z czarodziejkami, nader często kończyły się w łóżku.

WWWDowodów na fizyczną bliskość jednak brak.
WWW
WWWW Czasie pogardy Geralt po raz już nie wiadomo który schodzi się z Yennefer i jak zwykle jest niezwykle. W trzecim i czwartym tomie - lipa – zdawałoby się, że Milva chętnie oddałaby się jebace... khm…, przepraszam, zabijace, ale niestety – nic poważniejszego między wspomnianymi nie zachodzi. W Wieży Jaskółki amatorów wynajdywania przygód erotycznych wiedźmina znów czeka zawód. Korzystający z uroków życia monster slayer, odrzuca zaloty niejakiej Angouleme – czytelnik martwi się więc o swego bohatera, czy aby wszystko z nim w porządku. Na szczęście sprawy wracają do normy – i w ostatniej, piątej księdze cyklu, drużyna umila sobie pobyt w Touissant. Tam dochodzi do bliższego zawarcia znajomości z niejaką Fringillą Vigo, z którą protagonista spędza upojne tygodnie. W Pani Jeziora, Biały Wilk – schodzi się ostatecznie z Yennefer (straciłem rachubę który raz) – i odpływa wraz z czarodziejką do Avalonu. Tak kończą się miłosne podboje wiedźmina Geralta.
WWW
WWWPPS. Jako, że AS słynie z poczucia humoru, tedy, oddając hołd, pozwoliłem sobie przerobić jeden z dialogów Chrztu ognia:
WWW
Wiedźmin spojrzał w niebo, powstrzymując roztańczonego konia.
- Wiatr też jest inny. Morzem zalatuje. Zmiana pogody, ani chybi. Jedziemy. Popędź no tego opasłego wałacha, Jaskier.
- Mój rumak nazywa się Pegaz.
- Jakżeby inaczej. Wiesz co? Moją elfią kobyłę też jakoś nazwiemy. Hmmm...
- Może Płotka? - zakpił trubadur.
- Płotka - zgodził się Wiedźmin. - Ładnie.
- Geralt?
- Słucham.
- Czy miałeś w życiu konia, który nie nazywał się Płotka?
- Miałem – odrzekł wiedźmin. - Nazywał się Płotek.

WWW
[center]*** [/center]


"Każdy jest sumą swoich blizn"
Matthew Woodring Stover

Awatar użytkownika
SaraMK
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: śr 02 mar 2016, 12:55
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Kobieta

Postautor: SaraMK » ndz 13 mar 2016, 12:57

Ach... Stary dobry Geralt :). Bardzo dobrze cię rozumiem, bo sama zaczęłam przygodę z fantastyką właśnie od serii Sapkowskiego. I wciąż wracam, od czasu do czasu, kiedy szczegóły zatrą się w pamięci, albo kiedy zaczynam się zastanawiać, co tak dobrego było w tej serii, że nadal wspominam ją miło. Czasem myślę, że to mnogość wszystkiego - akcji, emocji (kochanek Geralta...). A czasem nie mam pojęcia. W każdym razie jest to kawał dobrego czytadła.

Co do chronologii - akcja "Sezonu burz" dzieje się raczej po "Ostatnim życzeniu". Nie jest pierwszą z opisywanych przygód. Zauważ, że na końcu tomu Yennefer spotyka się Lydią, a ta zapewnia ją, że między nią a wiedźminem do niczego nie doszło. Yen interesuje się już poczynaniami Geralta, a jak wiadomo nie znała go przed "Ostatnim życzeniem". Więc to nie Lydia była pierwsza. ;)
PS. Uwielbiam Milvę :)



Awatar użytkownika
slavec2723
Pisarz osiedlowy
Posty: 395
Rejestracja: śr 15 gru 2010, 18:35
Lokalizacja: ze Skopania
Płeć: Mężczyzna

Postautor: slavec2723 » ndz 13 mar 2016, 13:05

SaraMK pisze:Co do chronologii - akcja "Sezonu burz" dzieje się raczej po "Ostatnim życzeniu". Nie jest pierwszą z opisywanych przygód. Zauważ, że na końcu tomu Yennefer spotyka się Lydią, a ta zapewnia ją, że między nią a wiedźminem do niczego nie doszło. Yen interesuje się już poczynaniami Geralta, a jak wiadomo nie znała go przed "Ostatnim życzeniem". Więc to nie Lydia była pierwsza.


Idzie o opowiadanie Ostatnie życzenie czy też fixup, pod tym tytułem? Bo widzisz, Sezon burz kończy się, gdy Geralt zmierza do Wyzimy. Czas akcji w cyklu jest bardzo problematyczny, bowiem w opowiadaniu Coś więcej - dowiadujemy się, że Geralt popadł w perypetię miłosną zarówno z Lydią, jak i Yennefer (święto Belleteyn). I bądź tu człeku mądry:)
Sapek najwidoczniej coś poplątał :)


(...) zapoznam pana z moim wydawcą. To jest łajdak, jak wszyscy wydawcy. Ale uczciwy łajdak.
Paul Barz - "Kolacja na cztery ręce"

Awatar użytkownika
Godhand
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2110
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Godhand » ndz 13 mar 2016, 13:13

slavec2723 pisze:Bo widzisz, Sezon burz kończy się, gdy Geralt zmierza do Wyzimy.


Nie :)

To Brehen zakłada, że Geralt zmierza do Wyzimy. Natomiast realnie Geralt dociera tam dwa lata później :)

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn"
Matthew Woodring Stover

Awatar użytkownika
SaraMK
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: śr 02 mar 2016, 12:55
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Kobieta

Postautor: SaraMK » ndz 13 mar 2016, 13:16

Chodzi o opowiadanie. Geralt owszem, zmierza do Wyzimy, ale podczas spotkania z Aguarą, ta pokazuje mu iluzję Yen. Ja wiem, że to jest wszystko pomieszanie z poplątaniem, ale tak czy siak, Geralt znał Yen przed Sezonem. Chyba, sama już nie wiem... :P Możliwe, że racja i Sapek sam się pogubił. :) To nie na moją głowę raczej :).



Awatar użytkownika
slavec2723
Pisarz osiedlowy
Posty: 395
Rejestracja: śr 15 gru 2010, 18:35
Lokalizacja: ze Skopania
Płeć: Mężczyzna

Postautor: slavec2723 » ndz 13 mar 2016, 13:21

Godhand pisze:To Brehen zakłada, że Geralt zmierza do Wyzimy. Natomiast realnie Geralt dociera tam dwa lata później

Kwestia ta wymaga bezzwłocznego wyjaśnienia. Wieczorem sięgam po Sezon burz, by ostatecznie rzecz wyklarować! ;D


(...) zapoznam pana z moim wydawcą. To jest łajdak, jak wszyscy wydawcy. Ale uczciwy łajdak.

Paul Barz - "Kolacja na cztery ręce"

Awatar użytkownika
SaraMK
Zarodek pisarza
Posty: 21
Rejestracja: śr 02 mar 2016, 12:55
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Kobieta

Postautor: SaraMK » ndz 13 mar 2016, 13:23

Kwestia ta wymaga bezzwłocznego wyjaśnienia. Wieczorem sięgam po Sezon burz, by ostatecznie rzecz wyklarować! ;D

Ja już pękłam i właśnie kartkuję...



Awatar użytkownika
Wolha.Redna
WModerator
WModerator
Posty: 962
Rejestracja: sob 29 sie 2015, 20:44
Płeć: Kobieta

Postautor: Wolha.Redna » ndz 13 mar 2016, 18:40

Przeszłam bardzo podobną drogę - najpierw niechęć, potem zachwyt i fascynacja. Dziś już trochę opadło, ale to jest jedno z tych dzieł, które ukształtowały mnie: mój gust czytelniczy, mój styl w pewnym okresie, a także (brzmi mocno, ale to prawdziwe) mnie jako osobę, moje wartości. Z "Wiedźmina" przeszłam na "Rękopis znaleziony w smoczej jaskini" a tam legendy celtyckie, polecane cykle fantasy do przeczytania... Słowem, jeden z kamieni milowych życia. Zastanawiałam się nawet ostatnio, czy dla nas, czyli roczników, które zapoznały się z cyklem wiedźmińskim w okolicach gimnazjum/liceum, nie było to swoiste doświadczenie pokoleniowe (podobnie jak Harry Potter, ale nieco wcześniej).
Niedawno przypomniałam sobie cały cykl, chociaż może nie powinnam była tego robić, bo odkryłam, że Ciri mnie irytuje, Yennefer jest okropna, narracja momentami zbyt gęsta, a zakończenie bez sensu. Ale Regis jak był wspaniały, tak pozostał (tutaj się nie zgadzam z oceną tej postaci podaną wyżej, Regis w moich oczach to majstersztyk).
Nikt nam już tego wspaniałego doświadczenia nie odbierze.


"Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, aby im okazać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi". Pratchett

Awatar użytkownika
slavec2723
Pisarz osiedlowy
Posty: 395
Rejestracja: śr 15 gru 2010, 18:35
Lokalizacja: ze Skopania
Płeć: Mężczyzna

Postautor: slavec2723 » pn 14 mar 2016, 10:40

Niestety, ale wypada przyznać się do błędu. W rzeczy samej, akcja Sezonu burz rozgrywa się, już po wydarzeniach opisanych w opowiadaniach Kraniec świata i Ostatenie życzenie. Natomiast przed Wiedźminem, przed Ziarnem prawdy, Mniejszym złem i Kwestią ceny. Trudno się w tym wszystkim połapać, Godhand wyśledził jednak podobnego nam maniaka, który całą rzecz wyklarował (wydaje się, że Sapek poplątał lata). Ale nic to - godzi się jednak nadmienić, że Geralt dogodził jeszcze dwóm białogłowom w alkowie, a mianowicie Mozaik, oraz Tizianę Frevi, obie, również były czarodziejkami, bądź też aspirowały by nimi zostać.
Pozdrawiam :)


(...) zapoznam pana z moim wydawcą. To jest łajdak, jak wszyscy wydawcy. Ale uczciwy łajdak.

Paul Barz - "Kolacja na cztery ręce"

Awatar użytkownika
misieq79
Pisarz osiedlowy
Posty: 291
Rejestracja: pn 05 cze 2017, 21:33
Lokalizacja: Krk
Płeć: Mężczyzna

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: misieq79 » pn 03 lip 2017, 07:42

Nie zapominajmy też o Passiflorze, Biberveldtowie stawiają!

"A wiesz (...) że z przyjemnością"
- Geralt



Awatar użytkownika
Rumcajs
Dusza pisarza
Posty: 532
Rejestracja: sob 04 mar 2017, 19:26
Lokalizacja: z nienacka
Otrzymane ostrzeżenia: 1
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: Rumcajs » sob 15 lip 2017, 14:20

Jest ok. Ten stary, ten do gry dopisywany; nuuda



Awatar użytkownika
Strach na wróble
Pisarz osiedlowy
Posty: 249
Rejestracja: czw 27 lip 2017, 14:28
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: Strach na wróble » sob 29 lip 2017, 11:02

U mnie akurat, widzę, odwrotnie niż u innych - była od samego początku fascynacja, ale dawno minęła. Owszem, z łezką w oku wspominam tamte czasy, dłuuugą zabawę w fanfika pisanego ze znajomymi... cóż, było-minęło. Pozostało przekonanie, że Sapkowski kompletnie gubi się w zakończeniach. Totalnie poplątał Panią Jeziora, Lux Perpetua też poplątał.



Awatar użytkownika
slavec2723
Pisarz osiedlowy
Posty: 395
Rejestracja: śr 15 gru 2010, 18:35
Lokalizacja: ze Skopania
Płeć: Mężczyzna

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: slavec2723 » sob 29 lip 2017, 11:48

A co dokładnie poplątał w Lux perpetua?



Awatar użytkownika
Godhand
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 2110
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: Godhand » sob 29 lip 2017, 12:14

slavec2723 pisze:Source of the post A co dokładnie poplątał w Lux perpetua?


Dopisuje się do pytania.

G.


"Każdy jest sumą swoich blizn"
Matthew Woodring Stover

Awatar użytkownika
Strach na wróble
Pisarz osiedlowy
Posty: 249
Rejestracja: czw 27 lip 2017, 14:28
Lokalizacja: Kraków
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

slavec2723 - Cykl wiedźmiński - Andrzej Sapkowski

Postautor: Strach na wróble » sob 29 lip 2017, 13:42

[i]A co dokładnie poplątał w Lux perpetua? (Slavec2723)[/i]

Służę uprzejmie obszerną odpowiedzią. Parę lat temu na innym forum zapodałem obszerną analizę wszystkich trzech tomów pod tym kątem. Z pamięci bym tego nijak nie powtórzył, na szczęście udało mi się odnaleźć. Przytaczam w całości, milej lektury.



A więc: tom I

Zacznijmy od potężnej niekonsekwencji, kto wie czy nie właśnie brakiem pomysłu spowodowanej. Oto po ucieczce Reimara Wielki Szef de Sterczów (imienia nie pomnę) wyjaśnia Wiceszefowi (imienia nie pomnę), że całą rodzinę uważa za zgraję niedojdów, więc zdaje się na usługi zawodowców. Wynajął czterech zabijaków z piekła rodem (personaliów nie pomnę), tak strasznych, że na wieść o tym Wiceszef bez mała drży jak osika i prawie w gacie ze strach popuszcza. Straszliwa sława olmajtnych ewilów jest konsekwentnie budowana przez połowę książki. Moc ludzka przeciw nim nie wydoli, rycerstwo im niestraszne (chyba że jest to nadludzki heros na miarę Zawiszy), czarami nic nie wskórasz (co najwyżej na moment odwrócisz uwagę, coby dać w długą). Ucieczka to jedyny sposób równorzędnej walki z nimi. Szarlej, kozak i zapkapior, odpuszcza na sam ich widok. Samson, waligóra i mocarz, nie sprzeciwia się projektom rejterady. No i ci? Ano, nico, cała ta Złowroga Czwórka wpada na garstkę zbrojnych Wołoszka i daje się niemal bez oporu wyrżnąć w pień. A przecie Bolko, jak chwilę później wynika z jego rozmowy z Reynevanem, zupełnie się do akcji nie przygotowywał, skrzyknął naprędce co miał pod ręką i pospieszył druhowi w sukurs – pewny, że przyjdzie mu stawać jeno przeciw pachołkom Ziembickiego. A tu masz, ni z tego ni z owego wyciął kwiat i elitę śląskiego raubritterstwa. Co to jest? Firleje Szanowny Autor stroi? Szutki jakoweś? Nic nigdzie nie wspomniał, by wojacy Wołoszka byli jakowymiś super hiper mega i w ogóle specnaz, którym największy charakternik nie straszny. Rozbieżność między konsekwentnie budowaną wizją niezwyciężoności Czterech a przypadkowym i banalnym ich końcem z ręki zwykłych wojaków jest tak wielka, że nasuwa się podejrzenie o brak sensownego pomysłu. Ot, potrzebny nagły zwrot akcji, to zrobimy z wilkołaków baranki ofiarne i jedziemy dalej.

Wątki porzucone (z braku dalszego pomysłu?) rozpocznę od prezentacji małej de Sterczówny (imienia nie pomnę), która jako jedyna w całym rodzie potrafiła przełożyć na ludzki język bulgotanie Wielkiego Szefa. Owszem, komiczne to było przez zderzenie bluzgów i „głębokich” przemyśleń o rodzie z postacią niewinnego dziecięcia, uśmiałem się. I byłem autentycznie ciekawy, co dalej, skąd taki talent u małej, jak to się rozwinie i wyjaśni. A rozwinęło się nijak, ciekawie się zapowiadający wątek urywa się nagle wraz ze śmiercią Wielkiego Szefa i koniec. Brak pomysłu na kontynuację? Elencza Steitencorn wyglądała w I tomie na bardziej epizodyczną postać.

Podobnie porzucony został wątek de Sterczów jako całości. Jako istotne dla akcji postaci występują tylko w tomie I. W tomie II mignie na chwilę wątek ponurego końca Adeli i zemsty Gelfrada, zemsty, której dziedzicem staje się Reinmar. W tomie III znienacka na moment się pojawiają jako organizatorzy zjazdu rodów rozmaitych, na którym to zjeździe wyprostowane zostają rozmaite zaszłości, tudzież zawiązane zostają rozmaite plany matrymonialne. Tylko że ten zjazd mógł się odbyć gdziekolwiek. Urządzenie go akurat u Sterczów wygląda tak, jakby Autor nagle przypomniał sobie, że był w tomie I fajny wątek pewnego rodu, właściwie to ten wątek się nie zakończył, ale że nie miał żadnego pomysłu co z tym zrobić, to przypiął ich do pierwszego-lepszego miejsca i uznał sprawę za zakończoną.

Zupełny brak pomysłu bije przez wszystkie trzy tomy z układu Biskup-Pomurnik. W tomie I i na początku II sugerowane jest, że Konrad boi się Grellenorta, zaraz potem że właściwie to są równorzędni i każdy rozgrywa własna partię, potem że Pomurnik biskupowi podlega albo i nie podlega, może jest jego biologicznym synem a może nie, znienacka biskup się na Brikarta nie wiadomo o co obraża i milcząco wspiera jego potencjalnych zabójców, w chwilę potem znowu są w doskonałej komitywie i Konrad zabiega o pomoc Pomurnika, na koniec typa którego całkiem niedawno chciał zabić cudzymi rękoma wynosi na najwyższą śląską godność świecką... Miotanie się bez ładu, składu i jakiegoś logicznego ciągu faktów.

Kolejnym wątkiem, który wygląda na niedokończony i porzucony to postać Huona von Sagara, czarodzieja Comitivy. Fajnie nakreślona, z niedopowiedzeniami w jego przeszłości, komiczne są jego skargi na bycie seksualnym służącym. Znowu – miałem apetyt na kolejne pojawienie się maga, a tu guzik. Znika z kart książki, przepada i zupełnie nie wiadomo co się z nim stało. Brak pomysłu? Być może taki był od samego początku plan: Sagar jako postać epizodyczna. Rzecz w tym, że poprowadzony był on tak, jakby stanowił postać na tyle ważną, że jeszcze się pojawi. W takim razie fuszerki w warsztacie pisarskim?

O braku pomysłów świadczy też istna mania prześladowcza z I tomu, jaką jest europejskość. Europa to, Europa tamto. Czas skończyć z rodowymi zemstami i żyć jak Europejczycy. Musimy wprowadzić tych prostaków do Europy. Jestem Europejczykiem, robię interesy nie kierując się głupią zemstą. Europejski turniej. Europejska mowa. Za pierwszym razem parsknąłem śmiechem. Za drugim byłem zdziwiony odgrzewanym dowcipem. Przy szóstym ziewałem z nudów. Naprawdę Autorowi nie dostało pomysłów na inne dowcipne powiedzonka?

Tom II otwiera postać Neplacha. Nie wysilił się Autor, oj nie wysilił. Pogaduszka czeskiego arcyszpiega i Reinmara to wszak nic innego jak pogaduszka redańskiego arcyszpiega Dijkstry z Jaskrem czy wiedźminem. Dijkstrowatość Neplacha jest tak wielka, że mimo woli widziałem go cały czas jako zwalistego grubasa i mimo woli za każdym razem dziwiłem się, gdy w tekście padały wzmianki o jego szczupłości. Kalka, kopia z poprzedniego cyklu. Pomysłu na inną konstrukcję postaci jakoś zabrakło. Mało tego, zabrakło ich nawet na kontynuowanie postaci. Neplach znika, od czasu do czasu miga na dalekim tle jako odległy o setki mil prowodyr, pociągający za sznurki. A potem najzwyczajniej w świecie umiera daleko od głównego biegu wydarzeń. A przecież wydawał się ważną postacią, która nie raz będzie się na kartach pojawiać. Brak pomysłu?

Początek II tomu to także wielka wtopa, jakich, niestety, kilka w cyklu. W tomie I na Ściborowej Porębie nieznani sprawcy pomordowali podróżnych i zagarnęli słynny czarny furgon. Kompania Reinmara i Comitiva, przybyli na miejsce w kilka (naście?) godzi później ustalili, że trupy ciśnięto do pobliskiego leśnego jeziorka. Potem, na skutek pomysłu Tybalda Raabe, Czesi dłuuugo podejrzewali Reynevana o współudział w rabunku. W tomie II, zaczynającym się wszak w kilkanaście miesięcy po końcu I, Neplach wciąż zastawia na Reinmara zasadzki słowne, usiłując go wybadać na okoliczność wydarzeń na Porębie. Łatwo sobie dośpiewać, że wszyscy, których miał pod ręką: Reinmar, Szarlej i Raabe – byli wielokrotnie przesłuchani i wypytani o wszystko, co o Porębie wiedzieli.
No i co? Ano, nico. Polimorf Vlk, który przybywa na Śląsk z pakietem tajnych misji, dowiaduje się o istnieniu jeziorka zupełnie przypadkowo, z błahego zdania wypowiedzianego przez Raabego. Autorze Kochany, a cóż to jest? Zmowa milczenia trójki przesłuchiwanych? Zaparli się i żaden z nich ni słówkiem nie wspomniał, że tam było oczko wodne? Ani Szarlej ani Reinmar nie powiedzieli, że znaleźli ślady wskazujące, że trupy ciśnięto w głębiny? A może przesłuchujący byli każdorazowo chwilową głuchotą tknięci i tych słów nie słyszeli? A może w nosie mieli wszystkie zeznania i niczego nie notowali? A może Neplach i inni mieli gdzieś to, co zapisano i nie czytali tego? Może chwilowa ślepota ich dopadała i nie widzieli fragmentu o jeziorku? Dużo tych może, a wszystko sprowadza się chyba do radosnej beztroski Autora, który pisze nie przejmując się nadawaniem sensu niektórym fragmentom.
Zresztą cała sprawa z jeziorkiem śmierdzi niedoróbką. Vlk momentalnie jest oświecony przez Ducha Świętego i bezbłędnie wie, że to właśnie tam należy szukać trupów. Potem po raz kolejny jest oświecony i bezbłędnie wie, że przedśmiertne majaki Steitencorna o Elenczy dotyczą osoby, której udało się zbiec, a nie takiej która zginęła kilka minut później.

Ciągiem dalszym niedoróbek jest spotkanie Vlka z Elenczą. Ocenia ją jako nijaką, przygarbioną brzydulę, to zaś że jej jedynej udało się ujść z życiem świadczy o jednym – nie jest to nijaka przygarbiona brzydula. Ale kim zatem jest? Bo to zdanie zdaje się wiele sugerować... z tym że na sugestii się kończy. Nigdy więcej sprawa ta już nie wypływa. Zabrakło pomysłu? Autor zapomniał?

Wtopa druga, co najmniej równie wielka, to brak kontroli nad implementacją magii w realny świat. O ile w Wiedźminie wszystko to się nawet ładnie trzymało przysłowiowej qpy, to na początku II tomu Autor popłynął. Zróbmy krótki przegląd najbardziej spektakularnych wyczynów magicznych. Tom I, Reinmar i Szarlej podążają przez las i błądzą w wąwozach. Okazuje się, że jest to sprawka trzech wiedźm, które dowolnie manipulują czasoprzestrzenią, zamieniając miejscami fragmenty przejezdne i ślepe zakończenia wąwozów. Potem ostrzeliwują naszych wędrowców latającymi czaszkami i dopiero pokaz lewitacji w wykonaniu Reynevana (sam siebie podniósł za włosy w powietrze) rozładowuje atmosferę. Mamy w tomie I takoż i wielokilometrowy lot Reinmara i jego ukochanej, lot na ławie za sprawą von Sagara. We wszystkich trzech tomach mamy polimorfa Grellenorta, który potrafi zmienić swój kształt i czasowo odrzucić większość masy ciała (w końcu pomurnik to ptaszek niewielki i jego +/- 20 gramów jest niczym wobec masy dorosłego mężczyzny), a potem na powrót na masie przybrać. Niespełnionym marzeniem Grellenorta jest dostanie się w strefę syderyczną i to właśnie pragnienie pcha go do działań przeciw Reinmarowi i Samsonowi.
Tymczasem na początku tomu II mamy w karczmie scenę, w której Samson, siłą woli wpływając na wynik rzutu kośćmi, uwalnia Marketkę. Wyczyn ten bulwersuje Reinmara, któremu wyrywa się nawet sugestia, że taka manipulacja wymaga wielkich mocy i aż dziwne, że ktoś, kto coś takiego potrafi ma problemy z powrotem do swej gwiezdnej strefy.
No przepraszam ja bardzo, ale co właściwie wymaga większego wysiłku? Trwające sekundę czy dwie manipulacje przy pędzie i kręcie dwu kilkugramowych przedmiotów - czy swobodne przenoszenie całych połaci lasu wraz z wąwozami, uniesienie w powietrze swego kilkudziesięciokilogramowego ciała, wyprawienie ławy z dwójką pasażerów w kilkunastokilometrowy lot czy też zmiana swego kształtu i masy ciała? Bo na zdrowy rozum to telekineza kości do gry jest małym piwem wobec pozostałych – a jakoś ani czarownice ani Sagar ani Reinmar ani Grellenort nie potrafili do syderium dotrzeć. Znowu – kompletny brak przemyślenia pewnych spraw.

Wątek porzucony to zamek Troska i Wielkopolanin Rupilius Ślązak. Tyle zachodu, tyle wysiłku, spory kawałek II tomu to zajęło... i wszystko się rozpłynęło, bo w III Samsonowi odechciało się wracać do domu. Autorze, jak w akcie drugim wieszasz na ścianie taką armatę, to jednak wypada, aby ona wystrzeliła na koniec, choćby tylko ślepakiem. Porzucić ją w szczerym polu, bo kanonierom się znudziło i się rozmyślili... Najwyraźniej znowu brak pomysłu na ciekawe zamknięcie wątku, więc się go zamyka na łapu-capu.

Kolejna niekonsekwencja lub brak pomysłu na spójne rozwiązanie pewnych spraw to stosunek Reinmara do Adeli i Jutty. W I tomie był w Adeli naiwnie zakochany, ale wydawało się że przeszło mu po Ziębicach. A tu nie – w II momentalnie na wieść o jej śmierci przysięga zemstę, mało – jest gotów narazić sprawę Kielicha byle tylko nie dopuścić do rokowań między Prokopem a Janem Ziębickim. W dodatku w drodze na akcję w Kłodzku omal nie demaskuje całej imprezy, widowiskowo zatłukując w karczmie jednego ze sprawców śmierci byłej ukochanej. Wierny Adeli aż poza grób, bardziej wierny niż Kielichowi. Tymczasem w przypadku Jutty nie waha się narazić jej na śmiertelne niebezpieczeństwo, byle tylko nie zdradzić Czechów i ostrzec ich przed ciągnącymi na Stary Wielisław siłami krzyżowców. To jaka w końcu jest jego hierarchia uczuć? Adela, potem Kielich i Jutta dopiero na końcu? Gdzie tu sens, gdzie logika? Tym bardziej, że w III tomie od razu zaczyna w sprawie Jutty latać jak kot z pęcherzem – i wtedy już jakoś nie waha się przed zdradzeniem miejsca przeprawy przez Muldę.

W tomie III liczba niekonsekwencji i porzuconych wątków bije na głowę oba poprzednie razem wzięte. Do tego dochodzi stroszenie piór elokwencji. Bo czymże innym jest John Falstoff w pierwszym zaraz rozdziale? Jaki on ma związek z całością? Kawałek przypięty bez sensu i potrzeby, tylko po to, żeby Autor mógł się dumnie obnosić ze swoją znajomością literatury i pomysłowością. Tu się aż prosi o parafrazę z Kresa: tak, Falstoff, sztuki teatralne, a teraz proszę opowiedzieć coś ciekawego.

Serię wątków porzuconych otwiera tajna eskapada Reinmara do Wrocławia. Uratowany rycerzomieszczanin doprowadza go pod mury, wraz z kanonikiem Beesem zaopatruje w gotówkę, znajomy aptekarz udziela gościny, Hempel Grabisch pomaga dopaść Weszkę i skłonić go do współpracy. Po czym wszystkie te postaci (pomijając Weszkę) znikają i w sumie kompletnie nie wiadomo, co się dalej z nimi dzieje. Cała ta wyprawa ma nikły wpływ na dalszy rozwój akcji. Znowu wygląda to tak, jakby za fajnym pomysłem na początek nie poszedł następny pomysł, mianowicie jak to rozwinąć i zakończyć. Więc kończy się na łapu capu, byle szybciej i jazda dalej. Gdyby wyprawy wrocławskiej nie było, to w treści powieści zmieniłoby się bardzo mało.

Pomieszanie z poplątaniem to Wolfram Pannewitz i Katarzyna Biberstein. Najpierw wszyscy myśleli, że ojcem jej dziecka jest Reinmar. Dopiero gdy został porwany i postawiony przed jej obliczem, wyjawiła prawdę o Pannewitzu. Biberstein senior był z takiego obrotu sprawy zadowolony, zapowiedział od razy wysłanie listów do seniora Pannewitza. W kilka miesięcy później Jutta stwierdza,że Wolfram to dupek, bo nadal nie poślubił Katarzyny. Gdy w III tomie młody Pannewitz zostaje przez Reinmara uwolniony podczas wymiany jeńców nad Olzą, ostro protestuje przeciw konieczności poślubienia Katarzyny i podważa swe ojcostwo. Pod koniec zaś Ofka von Baruth rozpacza, że Wolfram poslubił Katarzynę wbrew woli swego ojca, bo ową Kaśkę kochał, a nie wiadomo czy jej Parsifal zdobędzie się na taką stanowczość.
No to w końcu jak to jest? Kochał? To czemu przez tyle lat siedział jak mysz pod miotłą, nie zabiegał o nią, mało - wypierał się nad Olzą? Coś mi się widzi, że Autorowi zabrakło zwartego pomysłu, jak ten wątek poprowadzić.

Rodzinę wątków wewnętrznie sprzecznych przedstawia Bruno Schilling. Skruszony Czarny Rycerz zeznaje przed Hornem i Reinmarem tajniki knowań Grellenorta. Obaj członkowie komisji śledczej zamartwiają się, czy aby nie noszą w sobie śmiertelnego per ferro; rozstrzygające jest głębokie naruszenie tkani żelazem. Że zamartwia się Urban, to rozumiem. Nie rozumiem zmartwienia Reynevana – a toż w drodze do zamku, w którym odbywają się przesłuchania, Schilling zdrowo go pochlastał nożem podczas nocnej próby ucieczki ich obu. Reinmar miał więc głębokie naruszenie tkanki żelazem, przeżył – czym tu się martwić? Autor najwyraźniej przed posłaniem tekstu do druku nie przeczytał tego co napisał i nie wyczyścił sprzeczności.

Kolejny wątek porzucony najpierw ni z tego ni z owego wyskakuje z niebytu by rychło na powrót się w ten niebyt pogrążyć. Nuefra Kundrie, opiekunka i mentorka Grellenorta, potężniejsza od samego diabła. Ona i jej magia pojawiają się na zasadzie Deus ex machina, bez żadnego wcześniejszego wprowadzenia w poprzednich tomach. Tak jakby Autor nagle wpadł na pomysł zwrotu akcji, od razu wprowadził go w treść... a pomysłu na kontynuację zabrakło. Neufra za jakiś czas znika równie nagle, co się pojawiła, nie zostawiając po sobie żadnego znaczącego wkładu w treść powieści. Gdyby jej zupełnie nie było – zmieniłoby się coś?

Z Kundrie ma związek wątek, który się rozpoczyna i nigdy nie jest nie tylko zakończony ale nawet kontynuowany. Widać Szanowny Autor raczył zapomnieć, bo w aż taki brak pomysłów nie wierzę. Chodzi o astralne poszukiwania Jutty, które prowadzi Neufra. Nie wychodzi jej to, wreszcie woła Grellenorta i na jego oczach przeprowadza kolejny nieudany eksperyment. Juttę przed magicznym namierzeniem chroni czyjaś potężna kontrmagia. Jeno czyja? Birkar spekuluje, ze może to być istota wcielona w Samsona – rzecz w tym że Samson, Szarlej i Reinmar nie mają jeszcze bladego pojęcia, gdzie jest Jutta. A skoro nie wiedzą gdzie jest, to nie mogą jej dać magicznej osłony. Jest to zatem kto inny, ale kto – tego nigdy się nie dowiemy, bo Autor najwyraźniej zaspał sprawę.

Kundrie to nie jedyna postać, która przepada w niebycie. Urban Horn na pewno nie był epizodycznym statystą trzeciego planu, przeciwnie - był bardzo istotny dla akcji. Tymczasem zaraz po zdobyciu Sensenbergu rozpływa się w nicości to tak dokumentnie, że nawet nie wiadomo do końca – przeżył ranę zadaną w walce, zali nie? Nic nie wiemy o jego ewentualnych dalszych losach pod „opieką” inkwizytora Hejczego. Brak pomysłu?

Zresztą i sam Grzegorz Hejcze znika wraz z Hornem i wiadomo o nim dokładnie tyle samo co i o Urbanie: może przeżył a może nie, a jeśli przeżył to kompletnie nie wiadomo co było z nim potem. Brak pomysłu?

A skoro już przy Sensenbergu jesteśmy, to kilka razy sumowałem liczbę zbrojnych przed i po ataku wraz z poległymi i nijak mi się to nie zgadza.

Kolejny zaginiony bez wieści to Tybald Raabe. Po raz ostatni pojawia się przy śmierci Jutty, a potem ni widu ni słychu. A przecie III tom kończy się kilka lat później, Reinmar mogły, po wyjściu z lochów, wypytywać o znajomych (przecież wypytywał) – akurat o Horna, Hejcze czy Raabego nie zapytał. Brak pomysłu ze strony Autora? Epizodyczny raubritter Hayn von Czirne z I tomu miga na chwilę pod koniec III. Czemuż i inni tak nie mignęli?

W III tomie mamy też takie samo zjawisko, jak i w tomie I w przypadku czterech najemników, a mianowicie gigantyczną rozbieżność między starannie budowaną famą Niepokonanego Złego a faktyczną dupowatością i nijakością owego Złego. Mowa tu o zdumiewającej degrengoladzie Czarnej Sotni. W tomie I, w czasie nocnego napadu na poczet kupca (miana nie pomnę) Czarni walczyli nawet wtedy, gdy odcięto im głowy. W tomie III podczas napaści na dom Dzierżki Wirsing nie są w stanie niczego dokonać: nie złapali Elenczy, nie spalili służby ani koni, nawet chyba budynkom niewiele się stało, na koniec mocno wzięli w qper od garstki okolicznej szlachty i jej pachołków. Mało tego, potem cała Czarna Sotnia zostaje w pień wyrżnięta przez Szarleja, Samsona, Rixę i Reinmara i to mimo przewagi liczebnej nad naszą czwórką. Co jest grane? Dziś prawdziwych łotrów już nie ma, same baranki i niedojdy do Birkarta ciągnęły? A może eliksiry zwietrzały? Owszem, w tekście padają jakieś próby wytłumaczenia tego nagłego załamania, ale są jakieś takie nieprzekonywujące i nijakie. Albo Autor nie miał pomysłu, albo mu się nie chciało solidniej nad tym popracować.

Z upadkiem Czarnych wiążą się też dwie inne sprawy. Pierwsza do Douce von Pack. W tomie II wyglądała na postać epizodyczną, gdy w tomie III wdała się w romans z Grellenortem, pomyślałem „o, fajnie, coś istotnego z tego wyniknie, jakiś ostry zwrot akcji”. Wynikło? Guzik. Ten romans nie miał dla całości praktycznie żadnego znaczenia. Gdyby w tomie III Douce nie było – co by się zmieniło? Wygląda to tak, jakby Autor przypomniał sobie o von Packównie, wykoncypował że fajne będzie, jak zginie widowiskową śmiercią, zmielona przez wiatrak... przy czym zabrakło ciekawego pomysłu na doprowadzenie do takiej sytuacji, więc Douce została naprędce przypięta do Czarnej Sotni. I w ten sposób wielki potencjał, jaki miała ta postać ,został zmarnowany.

Sprawa druga, to beztroskie zrujnowanie mozolnie budowanej postaci Grellenorta. O ile dobrze pamiętam pewien wywiad, to w Wiedźminie świadomym zamysłem Autora było unikanie postaci, które są złe dlatego, że są złe. Źli byli złymi przez swe uczynki – wynikające z priorytetów, jakie przyjęli. Tak samo długi czas było z Birkartem: stawiał sobie pewne cele i dążył do ich osiągnięcia bez skrupułów i miłosierdzia... ale też i bez bezsensownego okrucieństwa. Za wszystkimi jego uczynkami stały rozmaite zamysły, choćby tylko zastraszenie. A tymczasem w chwili, w której złapał Juttę, zaczyna bredzić jak niespełniony sadysta do sexniewolnicy o tym, co chciał zrobić jej i Reinmarowi. Po co chciał ich torturować? Po nic, bo żadnego sensownego celu by w ten sposób nie osiągnął. Kompletnie nie pasuje to do tej postaci w świetle wszystkiego, co było o niej powiedziane wcześniej. Niezły zonk.

Całkowicie bez sensu jest zakończenie wątku Samsona. Kwestia kim jest i co konkretnie ściągnęło go na ten łez padół była jedną z ważniejszych osi kompozycyjnych trylogii. Zapowiadało się ciekawe rozwiązanie, z wyjaśnieniem Nieznanego. A tutaj najwyraźniej samemu Autorowi zabrakło pomysłu, Samson ginie kompletnie przypadkowo i bez sensu dla akcji. Okoliczności zdają się sugerować, że był to archanioł Rafał, ale sugestia to nader mętna i niejasna i w sumie to nic nie wiadomo.

Zbliżając się do końca mamy Zacharskiego na Majorce i redaktora Maja w rozjazdach, czyli dzielną dwójkę agentów polskiego wywiadu, Rixę i Bożyczkę. Przy czym momentalnie rodzi się pytanie – na które Autor nie udziela odpowiedzi – o co z tą dwójką chodziło? Co i rusz podchodzili Reinmara, bruździli sobie wzajemnie, lali się po gębach i głowach... To było z premedytacją wykalkulowane? Taka zabawa w dobrego glinę i złego glinę? Czy też przeciwnie, byli tak zakonspirowani że polski wywiad gryzł własny ogon i jego agenci, nic o sobie nawzajem nie wiedząc, co i rusz robili sobie wbrew? Autor nie daje żadnej poszlaki wiodącej ku rozwiązaniu, tak jakby pojęcia nie miał, że to co pisze jest mocno niejasne.

Pod koniec III tomu Szarlej grasuje na czele Podpalaczy, wypełniając polecenia Fuggerów, mając przy tym na oku przyobiecany przez Kompanię czarny furgon. Na chwilę przyłącza się do nich Reinmar, który, ratując przed dobiciem Parsifala, leje urzędnika Fuggerów po buzi. Szarlej czyni mu potem z tego powodu wyrzuty – urzędnik dużo wie, między innymi wie o udziale Szarleja we wrocławskiej ruchawce 1418 roku. No i gitara, tylko co z tego że wie? Przed kim niby wyjawi ten sekret? Przed Czechami? Pomijając wielce prawdopodobną ewentualność, że oni o tym wiedzą, to wątpliwe jest, czy uczestnictwo w antyniemieckiej ruchawce o podłożu socjalno-etniczno-religijnym byłoby kompromitujące w oczach antyniemieckich bojowników o sprawy religijno-etniczno-socjalne. A wobec całej reszty świata Szarlej i tak jest skompromitowany walką w szeregach heretyków, więc w czym problem? Chyba sobie Autor za bardzo pojechał i nie przemyślał sprawy.

Kompletnie poronione jest zakończenie wątku Wendela Domarasca, rezydenta czeskiego wywiadu na Ślasku. Wpada w łapy Grellenorta, który owe łapy miał nader ciężkie... by w kilka lat później, jako wolny i beztroski człowiek jak gdyby nigdy nic łowić sobie rybki w Odrze. Jakim cudem? Najwyraźniej Autor miał pomysł na wcielenie w życie opowieści o tym, żeby siąść nad brzegiem i czekać na ciała wrogów... ale pomysłu na logiczne uzasadnienie i powiązanie ze sobą dwu scen już zabrakło.




Wróć do „MML”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość