O Ciemną Stronę Mocy

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Głosujemy na dwa teksty:

Czas głosowania minął czw 18 lip 2013, 23:21

Grupa Otella
1
2%
Dzień chłopaka
4
9%
What Goes Around... Comes Around
1
2%
Salon, krew i wyposażenie kuchenne
6
14%
Mańka
8
18%
Ostatni gasi światło
5
11%
Ucieczka
4
9%
Cienie
6
14%
Dług poety
1
2%
Lekcja Joachima von Ribbentropa
1
2%
Lekcje dziadka: 12. Wolność
0
Brak głosów
Lokal nr 16
1
2%
Praktyczna strona karmy
6
14%
 
Liczba głosów: 44

Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

O Ciemną Stronę Mocy

Postautor: ancepa » śr 10 lip 2013, 23:21

Najpierw tytuły.

Jeżeli czyjś tekst jest nieuwzględniony lub ma nieprawidłowy tytuł, PW do mnie. 24H na poprawki.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:12

[center]Grupa Otella[/center]
Wulgaryzmy


wwwMówiła bardziej do siebie, bo choć przebudził się, nie było z nim kontaktu. Wściekłość hamowana była świadomością, że nie będzie niczego pamiętał. Spojrzenie pełne gniewu było wszystkim co mogła zrobić. Wyszła w poczuciu bezradności.
Na dobre obudził się pięć godzin później. O ile szczęśliwie udało się nie spojrzeć w lustro o tyle mniej szczęścia miał w pojęciu, dlaczego spał w ubraniu na kanapie. Zbliżało się południe, słońce wdzierało się mimo zasłoniętych okien. Składał wczorajszy film. Zimny sok i papieros nieco przybliżyły aktualne położenie. Przeklinał w myślach wczorajszy dzień, przeklinał wszystko. Standardowy moralniak. Tym razem mocno przesadził, czuł, że tylko czymś wyjątkowym może zatrzeć złe wrażenie. Postanowił dziś nie pić. Jednak im trzeźwiejszy się stawał, tym posępniejsze myśli milczały w głowie. Milczały, bo pozbawione treści odsłaniały jedynie pustkę gwałtownie ogarniającą umysł.
wwwChodził po pokoju z cicha klnąc, powtarzając „co robić, co robić”. Nie było nikogo, kto mógłby odpowiedzieć. Nie było Beaty, prowadzącej właśnie spotkanie kierownictwa. Chciał wysłać do niej wiadomość, lecz nie będąc pewnym reakcji trzymał tylko telefon, na próżno sprawdzając skrzynkę odbiorczą. W końcu wpadł na pomysł by zjeść śniadanie, wziąć prysznic i błyskotliwą niespodzianką potwierdzić mocne postanowienie poprawy. W normalnych warunkach plan można by określić jako jedyny słuszny, lecz ostatnie tygodnie dalekie były od normalności.
wwwLodówka była pełna jego ulubionych rzeczy. Nie tknął niczego. Na dolnej półce zauważył ajerkoniak, popijany w żółwim tempie przez Beatę. Był to jedyny alkohol w domu. Ze smakiem wypił szklankę, choć zawsze z ohydą myślał o tym wynalazku. Wyszedł zapalić na balkon. Świeże powietrze i świeży alkohol sprawiły, że poczuł rosnącą siłę. Zaraz prysznic i na miasto- myślał. Po chwili jednak zamiast się rozbierać, wiązał buty a po kwadransie ściągał je bez rozwiązywania, już po powrocie z monopolu. Wpadł bowiem na świetny- jak mu się wtedy wydawało pomysł- że najlepszą niespodziankę wymyśli, gdy wspomoże swą kreatywność ćwiartką. W drodze ze sklepu wstępnie wzmocnił się setką, którą kupił sobie na drogę. Nie lubił tak wcześnie zaczynać, lecz rozgrzeszył się, stwierdzając, że nie miał przecież wyboru. W miarę opróżniania ćwiartki rozgrzeszył się ze wszystkich wątpliwości. Po jakimś czasie pojawiły się nowe dylematy- głupio byłoby przecież kończyć przed piętnastą, kolejna wizyta w monopolu nie wchodziła jednak w grę- na szczęście przypomniał sobie o paskudnym porannym znalezisku. Wypił prawie do końca. Czas mijał na oglądaniu bilarda w telewizji. Spojrzał na telefon, tak jak nie przyszedł żaden sms, tak nie przyszedł też żaden spektakularny pomysł. Nie było z resztą już mowy o czymkolwiek sensownym. Faza euforyczna minęła odkrywając zasadniczą kwestię. I świadomość tego spadła na niego jak grom z jasnego nieba.
wwwBeata mogła wrócić w każdym momencie, mijała dziesiąta godzina odkąd wyszła. Chodził po pokoju klnąc powtarzając „co robić, co robić”. Nie było nikogo, kto mógłby odpowiedzieć. Myślał jak wybrnąć z tego wszystkiego, lecz żaden pomysł nie wydawał się dość dobry. Chciał udawać, że śpi, gdy Beata wróci lub nocować w hotelu i zjawić się dopiero rano. Chciał pójść do Siwego, lecz wiedział, że wtedy trzeźwienie będzie liczone nie w godzinach, lecz dniach. Wybrał jednak najgorszą opcję, mianowicie postanowił czekać na Beatę i podjąć rozmowę, jaka niewątpliwie się wywiąże. Z resztą czy coś się stało? Zadawał sobie to pytanie i z dumą odpowiadał, że nie, że przecież nic złego nie zrobił, pił sobie grzecznie przed telewizorem a że trochę przesadził- cóż zdarza się każdemu. Na podobnych myślach upływał mu czas płynący teraz przeraźliwie wolno. Czuł, że z każdą minutą traci siłę i pewność siebie, chciał konfrontacji teraz i tu. Patrzył co chwila na zegarek, zastanawiając się, czemu jej ciągle nie ma. Był przekonany, że powinna już dawno wrócić. W końcu weszła.
- Ale zadymione- jej przyjazny ton oznajmiał, że miała dobry dzień. Bardzo dobry.
W odpowiedzi wykonał nad głową gest „zdarza się”. Owo machnięcie ręki zdradziło mechanikę ruchów charakterystyczną dla poddenerowanych pijaków. Nie odezwała się słowem, wyszła do drugiego pokoju. Poszedł za nią.
- No stało się, no.
- Oddaj kartę. – Odpowiedziała nie patrząc nawet na niego i ignorując idiotyczne „co” jakim odpowiedział. Gdy ponowiła żądanie, starym zwyczajem uklęknął przed nią i fałszywie dramatycznym głosem lamentował a widząc nieskuteczność tej farsy w końcu powiedział:
- Nie możesz... – I tu przerwał, bo doszło do niego, że jednak może. Od trzech miesięcy tylko ona zarabiała a karta należała do niej. Oddał dopiero, gdy zagroziła jej zablokowaniem. Rozumiał, że wtedy nie będzie już możliwości wybłagania jej. Zrozumiał coś jeszcze. Skoro zabiera mu kartę, to pewnie nie bez powodu, nie takiego błahego jak kolejne zapicie. Od dawna czuł, że chce go zostawić. Czuł, że już nie pasują do siebie, co z resztą każdy mógł potwierdzić. Ona- piękna, młoda i bogata- a przez to w jego oczach otoczona armią adoratorów. On zaś w swoich i oczach innych był bezrobotnym alkoholikiem, niezdolnym do utrzymania takiej kobiety przy sobie. Podobne myśli dręczyły ostatnio go coraz częściej, doprowadzając do poczucia skrajnej niepewności. Wiedziony pragnieniem wyzwolenia się od tego uczucia, napędzony otępiającą mocą alkoholu wypalił nagle:


...

- Kurwisz się z nimi wszystkimi! Myślisz, że nie wiem? Myślisz, że nie wiem jak się tam kurwisz?
- Przestań. – Próbowała go powstrzymać zanim padną słowa, których nie da się cofnąć.
- Przestań? Do mnie „przestań” a do nich „nie przestawaj” tak?
Słuchała tego z niedowierzaniem coraz bardziej przechodzącym w odrazę. Milczała, on nie:
- Wchodzą Ci pod biurko i pierdolisz się z nimi wszystkimi. Ja wiem. Ty ku...
- Tak! Pierdolę się. Z nimi wszystkimi, nawet z Grubym na portierni, zawsze przed pracą.
wwwWytrzeźwiał w sekundę. Wciąż na kolanach, złapał się za serce w teatralnej pozie, lecz nie była to już wcześniejsza błazenada. Czuł jakby raził go piorun.
- Kłamiesz. – Zaprzeczył błagalnym głosem i tak też wpatrywał się w nią, jakby czekając na potwierdzenie. – Kłamiesz...
Uznała, że najlepszym zakończeniem tej farsy będzie zostawienie go bez słowa aż wytrzeźwieje. Bliżej nieokreślona myśl kazała jej jednak zostać i dokończyć to, co sam zaczął. – Nie kłamię, przecież wszystko wiesz.
Z trudem powstrzymywał łzy, wpatrzony w jej stopy, wyznał cichutko:
- Już nie będę.
- Co „już nie będę”?
- Przepraszam.
- Co „już nie będę”?
- Ale ja naprawdę przepraszam...
- Co „już nie będę”?!
- Nie będę... mówił takich głupot.
- Dobrze. I co jeszcze nie będziesz. No!- W dobrej wierze, ale nie bez satysfakcji pastwiła się nad nim, nie zdając sobie sprawy, jakie męki teraz przechodził.- Patrz mi w oczy!
- Nie będę... pił. – uciekał wzrokiem nie wytrzymując ciężaru jej spojrzenia, tego spojrzenia lwicy. Myślał o niedopitej butelce...
- A teraz całym zdaniem, głośno i wyraźnie powtórz, co powiedziałeś.-
- Nie będę już mówił tego co dziś i nie będę pił już alkoholu. – Powiedział szczerze, bez większej egzaltacji. Tę pokazał dopiero, gdy powiedziała, że jutro ma się stawić na mityng AA.
- Nie! Błagam Cię, tylko nie to! Błagam, Beata, nie pozwól im mnie skrzywdzić. – Dramatyzował przeczuwając katastrofę, już kilka razy udało mu się uniknąć terapii, lecz tym razem wydawało się, że nie ma ratunku. Klęcząc, objął ją tak, jakby bez niej miał spaść w przepaść. Obiecywał zmianę, przepraszał, zapewniał o swojej miłości i przepowiadał nadejście wspaniałych dni. Chciała mu wierzyć, ale sama słysząc kolejny raz te same obietnice była bliska płaczu.
- Błagam, daj mi ten tydzień. Jeśli nawalę- zrobię co zechcesz bez słowa sprzeciwu. Nie mogę iść teraz na AA. Po takim ciągu mam w głowie tylko potłuczone szkło- o czymkolwiek nie pomyślę wszystko jest bolesne a oni każą mi od razu się w tym grzebać. Nie skazuj mnie na to, daj mi proszę czas bym sam najpierw mógł trochę to ogarnąć, potem jeśli będę potrzebował pomocy- pójdę tam!
wwwMiała dylemat. Z jednej strony brzmiał bardzo przekonywująco, z drugiej zaś pamiętała co mówiła Ewa: „pod żadnym pozorem nie dać się znowu nabrać na te jego pijackie lamenty, choćby obiecywał złote góry, wszystko będzie kłamstwem”.
- Zaufaj mi, ten ostatni raz, Beata, kocham Cię. – Powtarzał jej imię i wyznawał uczucie. Obiecała sobie w duchu, że to będzie naprawdę ostatni raz, jakby chciała w ten sposób odkupić swoją winę. Obarczała się odpowiedzialnością za to wszystko. Pozwalała na to, nie reagowała dość stanowczo. Chciała żeby było jak dawniej, jak wtedy, gdy się poznali. Ten moment zawsze wydawał się punktem zwrotnym w jej życiu. Czuła się w obowiązku mu pomóc, zwłaszcza, że wbrew temu czemu wszyscy zaprzeczali, uważała- poniekąd słusznie- że to przez nią wydalono go ze służby. Nie to jednak było najważniejsze. Kochała go, tak jak i on ją kochał. Nazajutrz rano oddała mu kartę.
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 12:55 przez ancepa, łącznie zmieniany 4 razy.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:13

[center]Dzień chłopaka[/center]


Babcia Julia dobrze wspomina swoje życie, co więcej, obchodząc kolejne urodziny, myśli o nim lepiej i lepiej. Celebrowanie siedemdziesiątki nie przynosi żadnej odmiany. Przyjęcie urodzinowe właśnie dobiega końca, ostatni goście pożegnawszy się, wyjeżdżają ze strzeżonego osiedla. Pozostawili po sobie resztki tortu i lodów. Jubilatka nie zrywa się nerwowo, jak niejedna pani domu, by natychmiast wyczyścić porcelanową zastawę, srebrne sztućce oraz kryształowe pucharki stojące na obrusie. Siedzi w bujanym fotelu, lewym uchem chłonie względnie cichą muzykę jazzową, płynącą ze staromodnego radia. Cieszy się chwilą. Gdy domownicy odpoczną po sytym posiłku – myśli – zawoła ich i każe zrobić porządek.

Tymczasem za oknem zapada zmierzch. Dzięki temu stuwatowa żarówka lampy zamontowanej tuż obok parapetu i zasłony rzuca coraz mocniejsze światło. Oświetla ono kolana, które podtrzymują album ze zdjęciami. Staruszka pochyla nad nim głowę i uśmiecha się wyschniętymi wargami. Lubi oglądać fotografie, chociaż trzyma je w kompozycyjnym nieładzie. Tak jak w zużytej pamięci – wydarzenia późniejsze przeplatają się z wcześniejszymi, a sceny poważne przylegają do całkiem niepoważnych.

Oczy Juli zatrzymują się na obrazku przedstawiającym górski potok i suchą drewnianą przeprawę. Rozpoznaje zięcia i wnuki. Fotografka, najmłodsza z babcinych pociech, uchwyciła rodzinę w swobodnej pozie. Jej rodzeństwo wygląda na wyluzowane i szczęśliwe. Ojciec stoi obrócony tyłem do starszej córki i przodem do brata. Robi wrażenie kogoś mocno zamyślonego. Czoło zmarszczyło się, usta zamarły w półotwarciu, a skupione brązowe oczy wybiegają daleko poza kadr, ku… Julia wraca pamięcią do opowieści o zeszłorocznych wakacjach, domyśla się, że zięć mówił o pobliskim rozwidleniu dróg albo o godzinie powrotu do schroniska, albo o czymś innym. Przez chwilę wyobraża sobie jego głośny, chrapliwy bas. Potem, jej uwagę przykuwa napis, umieszczony na pociemniałej belce mostku. Jakiś wandal – wnioskuje – wymalował białą farbą zdanie: „nie pierdol, ino rup!”. Krewnych bawił ten zbieg okoliczności, bo zięciowi znanemu z nieumiejętności podejmowania decyzji, nawet kupowanie butów i krawata zajmowało wieczność.

Po nacieszeniu się anegdotą, babcia bierze się za oglądanie następnej fotografii. Przedstawia ją i młodszych braci. Widać na niej dzieci stojące przed żelazną, wpółotwartą bramą starej kamienicy. Nastoletnia Julka nosi szkolny mundurek, składający się z czarnej spódnicy i białej koszuli, obok ma dwóch jasnowłosych malców, Bolka i Krzyśka. Stara kobieta, grzejąc się w cieple fotela, próbuje ich rozróżnić, ale nie potrafi sobie przypomnieć, który nosił na nosie ciężkie okulary. Ale wnet, we mgle wspomnień, łapie za rękę historię z okularnikiem w roli głównej, a ta otwiera się jak stara książka i odsyła do kolejnej anegdoty z przeszłości. To znaczy, opowiada jej o licealiście Krzyśku i jego mściwym czynie. Polegał on – uświadamia sobie – na wysmarowaniu stwierdzenia: „Ludwik Jurdyn jest głupi”. Brat, właściciel szkieł dla krótkowidzów, nie mógł darować synowi sąsiadów: brutalności, braku koleżeństwa, niemiłych zaczepek, czy zadufania. Cała historyjka nie miałaby zastanawiającej puenty – kończy rozmyślanie – gdyby nie to, że właśnie wtedy, w ciągu paru tygodni, obwieś Ludwiś bezpowrotnie stracił wzrok. W osiwiałej głowie Juli błyska pytanie o przyczynę tego zbiegu okoliczności, ale szybko zostaje odłożone na później. Babcia nie potrafi rozstrzygnąć: czy oślepienie łobuza nastąpiło na skutek choroby dziedzicznej i zbiegu okoliczności, czy też magicznego związku między „ślepotą” a „nierozumnością”. Woli się zająć kolejnym zdjęciem, pamiątką z życia klasowego. Wśród rzędów ludzkich głów rozpoznaje swoje młodsze ja oraz ulubione koleżanki i kolegów. Rozmyśla o ich późniejszych losach, plącze prawdę z fikcją, a tę ostatnią podlewa sosem konfabulacji. Nawet gdyby próbowała, nie przypomniałaby sobie o niejakim Janku Niziołku. Biedak siedzi po turecku w lewym dolnym rogu fotografii i nic nie wie o tym, że za kilkanaście miesięcy wyląduje w szpitalu. Bo grupa koleżanek pod wodzą Julki, dla kawału, da mu na dzień chłopaka wielką kanapkę, zrobioną z dwóch połówek bochenka chleba i nadzianą czymś długotrwale podtruwającym…

Dawno przekwitła Julia, czując się dobrze, myśli o wszystkim oprócz własnych błędów. W gorsze dni czuje się obolała, rozdrażnienie nie daje jej zapomnieć o sobie, pamięć szwankuje. Nic nie wie o skrzywdzeniu kolegi ze szkoły i chwilowych nieprzyjemnościach związanych z reakcją: szkoły, rodziców, policji. Ale nawet gdyby wówczas pozwoliła sobie na szczerość, groziło jej jedynie trochę więcej przykrości, odwiedzenie kolegi w szpitalu i wręczenie grzecznościowego prezentu… Dziś, po tylu latach, jeśli ktoś drążyłby temat, wyparłaby się wszystkiego. Starcza amnezja ją wspiera i wraz z radiem utrudnia interwencję sumienia. Wspomniana audycja jazowa właśnie się kończy. Prezenter zapowiada kolejną, filozoficzną. Na antenie – ogłasza – pojawią się wybitni myśliciele Zachariasz Miko, Helena Wtorek i Jarry Harta. Goście – uwodzi dziennikarz – opowiedzą o teologicznej nadziei na zbawienie wszystkich, koncepcji pustego piekła i pokłócą się o praktyczno-społeczną użyteczność konfesjonału. Ale Julia do szczęścia nie potrzebuje nawet tego. Prycha pod nosem, wstaje, odkłada album na pobliską półkę, podchodzi do grającego pudła i wyłącza je jednym ruchem ręki.
...

To miał być tylko kawał, ale na jego wspomnienie Jana wciąż przechodzą dreszcze. Nocne mary nawiedzają go, zmuszają do wrzaskliwego rozdzierania nocnej ciszy i lunatycznego chodzenia po sypialni. Chociaż od dawna mieszka z dala od rodzinnych stron, przykre koszmary wciąż powracają. Co z tego, że kupuje wyłącznie produkty ekologiczne? Nie uwolnił się od przeszłości. Rządzi nim wstyd i użalanie się nad sobą. Cóż, nędza nieugładzona – w przeciwieństwie do upudrowanej – budzi zarówno ubolewanie, jak i irytację. Człowiek litościwy omija ją szerokim łukiem, choć nieszczęśliwy cierpi podwójnie.

Jan nie znosi oświetlenia i wystroju sklepu samoobsługowego, ale jeszcze bardziej denerwuje go bezmyślność klientów. Podczas zakupów unika kontaktu wzrokowego z bliźnim, długo przebiera towar, jeszcze dłużej ogląda metki. Potem, po opuszczeniu kasy, wielokrotnie sprawdza paragon oraz zawartość portfela. Nie zna pojęcia „przypadkowa pomyłka”. W błędnym rachunku widzi świadectwo nieuczciwości obsługi… Uspokaja go jedynie odosobnienie wśród własnych rzeczy.

Poza pracą, nie licząc kasjerów w sklepie i osobistego gastrologa, nie utrzymuje żadnych znajomości. Nie chadza do restauracji, nie zatrudnia gosposi, nie jada na świeżym powietrzu. Czas wolny spędza przy komputerze, bądź wśród książek. Wie wszystko o zdrowej żywności. Wyspecjalizował się w prawie konsumenckim – ale to wszystko nie koi jego lęków. Nikt, ale to nikt, nie trafiłby do jego serca poprzez żołądek, nawet jeśli sztukę gotowania miałby w małym paluszku lewej nogi. Przed lustrem żali się z tego powodu, wypomina sobie nieobecność w życiu towarzyskim. Niestety, gdy próbuje się przełamać, podejść do kolegi z pracy i pogadać, opanowuje go wstręt do kogoś, kto w sprawach jedzenia najpewniej zdaje się na sprzedawcę pokarmowego śmiecia lub żonę. Wymienia dwa zdania i idzie załatwiać własne sprawy.

Samotne życie w czterech kątach przynosi jedynie chwilową ulgę. Humor psuje mu chociażby stan kawalerki. Przed przyrządzeniem jakiegokolwiek posiłku obchodzi małą ciemną kuchnię, poluje na plamę po wykipiałym mleku, okruch zeschłego chleba, śmieci wystające z kubła, zużyte zapałki w ceramicznej popielniczce, ulatniający się gaz i cieknący kran. Nie ma tego, czego szuka, jego kawalerka lśni czystością, urządzenia alarmowe czuwają nad bezpieczeństwem, niemniej mięśnie rąk drgają, twarz się poci. Jan każdego dnia, nie wyłączając świąt i urlopu, postępuje tak samo. Czynności, części doby mają swój rytm i ceremoniał.

Robienie kanapki – dla przykładu – przebiega następująco. Jan najpierw podnosi nowo kupione, ciepłe pieczywo na wysokość ust i obwąchuje, ściślej, jeździ po nim nosem. Poczuwszy miłą świeżo-chlebową woń, umieszcza bochenek w krajalnicy. Potem zabiera się za masło. Przechowuje je na porcelanowym spodeczku z wymalowanymi kwiatkami. Są one bodaj jedynymi roślinkami tego typu, które mają okazję zachwycać zapachem. Nie ma w tym żadnego czaru, czy też tajemnicy… Wystarczy odrobina tłustej substancji na porcelanie i Janowa wyobraźnia pracująca pod wpółprzymkniętymi powiekami. Ta ostatnia, już od dawna pozostaje odcięta od chropowatej, żywicznej kory drzew, żywych łodyg, czy badyli, bo jej pan boi się brudu i robactwa. Woli maślaną, serową lub inną zieleń rozkwitającą datą przydatności do spożycia. Sporządzając posiłek, wyrzuca słowa w pustą przestrzeń, przekonuje ją, że ma najlepszy nos na świecie. Przemawia do nieistniejącego audytorium. Przekonuje je o przewagach własnego kucharzenia, możliwościach biznesowych i kłodach rzucanych pod nogi ludziom wybitnym. Spod maski samozadowolenia z własnego żołądka, wyziera oburzenie na: państwo, wojsko, policję, polityków, sztukę, media… Wkurzeniu towarzyszy tęskna pochwała życia samotniczego.

Gdy Jan nie czuje potrzeby wygłaszania mowy, od razu przechodzi do problemu kanapkowego. Nie wie, czy najpierw położyć plaster sera, czy też zdać się na kawałek mięsa. Kiedy sobie to rozważy i odkryje optymalną kompozycję składników, zajada się ze smakiem. Po posileniu się, nawet skromnym, przechodzi do toalety, myje zęby i staje na łazienkowej wadze. Obserwuje, ile przytył. Prowadzi specjalny zeszyt, w którym odnotowuje wszelkie zmiany we własnej szczupłości, czy jak kto woli, puszystości. Na sam koniec obrzędu jadalnego bierze się za zmywanie naczyń. Nalewa gorącą wodę do zlewu, dodaje kroplę specjalnego płynu, szoruje szczotką talerze, patelnie i garnki, po czym je płucze i kładzie na suszarce.

Jan nie zapomina o problematyce łazienkowej. Prowadzi specjalny dziennik pełen deliberacji nad własnym kałem, to znaczy: częstotliwością kiblowania na sedesie, kolorem i objętością kupy. Podobne uwagi czyni o moczu, przy którym, z oczywistych względów, pomija wróżbiarsko płodne zagadnienie kształtu. Marzy również o zakupie zestawu urządzeń laboratoryjnych. Chce dogłębne zbadać własne wchłanianie i wydalanie… Ale, ale, zanim Janek stał się Janem wiecznym domatorem i gastrofobem, potrafił jeść z cudzej ręki normalnie, to znaczy, bez ciągłej krzątaniny wokół własnego żołądka. Ongiś, za starych dobrych lat, gdy bywał na nadmorskich wakacjach, siadał pod kawiarnianym parasolem, zajadał lody kakaowe i czytał powieść podróżniczą. Jan nie chce o nich pamiętać. Bo powracające wspomnienia, również te szczęśliwe, stracone sprawiają, że z oka cieknie mu łza za łzą.
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 12:58 przez ancepa, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:17

[center]What Goes Around... Comes Around[/center]

Wulgaryzmy

- Joker, mój czarnuchu.
- Lil-T, bracie.
WWWDwaj czarnoskórzy mężczyźni przywitali się w charakterystyczny sposób. Jeden z nich, ten zwany Lil-T, miał na oko ze 200 kilo, długie bokobrody, ciężki złoty łańcuch na końcu którego kołysał się wysadzany diamentami krzyż i wystającą zza pasa dziewiątkę. Drugi z kolei był szczupły, lecz wyjątkowo wysoki. Jego ręce zdobiły tatuaże, zaś twarz oszpecała blizna ciągnąca się od ucha do ucha, stąd zapewne jego przezwisko.
- Jak tam moja mała inwestycja? – spytał gruby.
- Lepiej być nie może, to gówno robi furorę wśród ćpunów. – Po tych słowach Joker wyciągnął zwinięte w rulon dolary i podał drugiemu mężczyźnie.
- Zajebiście. W takim razie za tydzień kolejna dostawa. Trzymaj się do tego czasu bracie.
WWWLil-T poklepał mężczyznę w przyjacielskim geście, po czym ruszył w kierunku swojej gabloty. Niebieski Chevrolet Impala z 64’, lo-lo jak marzenie, błyszczał się już z daleka. Joker wpatrywał się w odjeżdżającego mężczyznę myśląc sobie, że kiedyś też będzie się tak woził.
WWWUśmiech spełznął z twarzy mężczyzny, gdy tylko się obrócił. W drzwiach domu, który wynajmował, stała młoda Afroamerykanka, na oko 20-letnia. Od razu rzucało się w oczy, że jest w zaawansowanej ciąży.
- Kurwa – skwitował krótko Joker, ruszając przez zagracony ogródek w jej kierunku.
- I co? Obiecałeś mi, że z tym skończyłeś, ty kłamliwy sukinsynu!
Wrzasnęła rzucając w niego poranną gazetą, która zwyczajnie się o niego otarła.
- Kotku, spokojnie, to nie tak. – zapewniał.
- A niby jak? Masz mnie za skończoną idiotkę? – Po tych słowach trzasnęła drzwiami, zamykając się od środka i zostawiając swego ukochanego na dworze.
WWWJoker starał się wyluzować, lecz wrzaski wybranki przyprawiały go już o ból głowy.
- A jak ty to sobie kurwa wyobrażasz? – krzyknął, kopiąc leżącą przy wycieraczce doniczkę. – Ty nie pracujesz, mnie nikt nie zatrudni z moją przeszłością, a mamy dziecko w drodze. Robię to wszystko dla ciebie i małego, nie rozumiesz tego?
Po chwili wypełnionej ciszą rozległ się zgrzyt zamka i drzwi się otworzyły. Ciężarna kobieta wyszła ze środka i spojrzała w oczy partnera.
- Mogłeś o tym pomyśleć zanim się ze mną przespałeś – stwierdziła złośliwa i minęła go, kierując się w stronę chodnika.
- No tak. – Rozłożył ręce w bezradnym geście. – Bo przecież zmusiłem cię żebyś wskoczyła ze mną do łóżka.
W odpowiedzi pokazała mu środkowy palec.
Joker westchnął ciężko, odprowadzając ją przez chwilę wzrokiem, po czym wszedł do środka i trzasnął drzwiami.
WWWW kuchni przywitała go ogromna sterta talerzy. Wiedząc, że same niestety się nie zmyją, chwycił za gąbkę i płyn. Podczas zmywania myślał nad sposobem uwolnienia się od Lil-T i zapewnienia lepszej przyszłości swojej rodzinie. Nie możesz przecież z dnia na dzień zdecydować, że nie bawisz się już w gangstera i ubrać fartuch, pracując w jakiejś gównianej knajpie za psie pieniądze do końca swojego życia. Trzeba to mądrze rozegrać, albo zostanie się nafaszerowanym ołowiem. Walizka pełna forsy mogłaby załatwić sprawę, tylko skąd ją wziąć? Na prochach mógłby zarobić odpowiednią sumę w parę miesięcy, ale jest to zbyt ryzykowne. Podczas każdego pojedynczego deal’u może pójść coś nie tak, zdesperowany ćpun może pchnąć go nożem, czy przygotować zasadzkę ze swoimi kumplami. Już nie wspominając o tym, że im dłużej współpracuje z Lil-T tym głębiej w tym siedzi i tym trudniej będzie zakończyć tą przyjaźń.
Jest jeszcze jedno wyjście, o którym jego ukochana nie ma pojęcia. Joker ma brata, który mieszka na jakimś zadupiu, ale ma swój sklep i pracuje legalnie. Problem tkwi w tym, że siedział za kratami dzięki głupocie swojego młodszego braciszka i od tego czasu ze sobą nie rozmawiali. Musiałby błagać go na kolanach o wybaczenie, a nie należał do grona osób, które kogokolwiek o coś proszą. Czego się jednak nie robi dla bliskich.
WWWJoker kończył wycierać ostatni talerz, gdy usłyszał jak skrzypią otwierane drzwi od kuchni.
- Już się stęskniłaś?
- Ręce do góry czarnuchu i żadnych gwałtownych ruchów, bo przysięgam, że rozbryzgam twój mały móżdżek na ścianie.
WWWJoker stanął jak wryty, unosząc powoli dłonie. Nie rozpoznawał tego głosu. Czy to Lil-T kogoś na niego nasłał? – Odwróć się, powoli.
Tak też zrobił. Biały mężczyzna, około 40-letni, zarośnięty i zaniedbany, celował do niego z pistoletu.
- Widziałeś kiedyś tę kobietę? – Nieznajomy sięgnął do kieszeni starego płaszcza i wyciągnął pomiętą fotografię, przedstawiającą dorosłą kobietę o blond włosach i niebieskich oczach, raczej atrakcyjną.
Joker spojrzał na owe zdjęcie. Znał ją.
...


WWWJoseph stał przed posterunkiem. Wpatrywał się przed siebie pustym wzrokiem dopalając bez pośpiechu papierosa. Gdy tylko go skończył, ruszył w stronę drzwi, nad którymi wisiał napis Police Department. Kluczył chwilę po labiryncie korytarzy, aż w końcu odnalazł odpowiednie pomieszczenie. Przepracował tutaj już tyle lat, a wciąż zdarzało mu się mylić skrzydła. Wtedy wyzywał w myślach architektów tego budynku i wyobrażał sobie jak śmieją się podczas planowania korytarzy.
WWWStał chwilę w bezruchu przed drzwiami z numer 106, po czym nacisnął klamkę i wkroczył stanowczo do środka.
- Czekałem na ciebie. Usiądź, proszę – powiedział Frank, mężczyzna w podeszłym wieku z okrągłymi okularami leżącymi na nosie, przed którym leżała tabliczka świadcząca o tym, iż jest komisarzem policji.
- Dziękuję, postoje.
Frank wpatrywał się w milczeniu w Josepha, czekając aż ten w końcu usiądzie. Nie musiał długo czekać.
- Przejdę do meritum sprawy – mówiąc to otworzył teczkę z dokumentami i zaczął je przeglądać. – Jest to bardzo delikatna kwestia, dlatego nie będę się wdawał w szczegóły. Biorąc pod uwagę ostatni incydent, muszę odsunąć cię od tej sprawy.
Joseph spuścił wzrok i zacisnął pięści. Dobrze wiedział, że po to został wezwany, lecz to wcale nie umniejszyło rozczarowania i złości, które właśnie poczuł.
- A ten czarnuch ma sobie latać na wolności jakby nigdy nic? – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Przełożony mężczyzny westchnął ciężko, spodziewając się, że nie obędzie się bez tej dyskusji.
- Od lat infiltrujemy ten gang, jeszcze rok, dwa lata i go rozbijemy. Nie mogę sobie nawet wyobrazić co czujesz po stracie żony, ale to nie może wpłynąć na naszą pracę. Nawet nie mamy pojęcia co tak naprawdę się stało.
- Czyżby? – Joseph parsknął śmiechem z niedowierzania. – Ralphie sam był wtedy pod sklepem jak ten czarnuch z blizną pociągał za spust.
- Ralphie? Kiedyś był przydatnym informatorem, ale zaczął znowu ćpać i nie można wierzyć w żadne jego słowo. Mówił to, co po prostu chciałeś usłyszeć.
Joseph podrapał się po kilkudniowym zaroście, przemilczając te słowa. Komisarz westchnął w końcu.
- Muszę cię prosić o to, byś oddał swoją broń i odznakę.

***

- Poznajesz ją?! – wrzasnął Joseph, zbliżając lufę do skroni Jokera, a zdjęcie do twarzy.
- T-tak.
- Wiesz kto to jest?
- Nie – pokręcił głową.
- Moja żona, ty pierdolony dzikusie!
Po zarośniętych policzkach celującego bronią mężczyzny spłynęły pojedyncze łzy.
- Moja ukochana żona, która nigdy nikomu nie zrobiła krzywdy! – powtórzył, przyciskając broń jeszcze mocniej. – A ty… ty ją zabiłeś!
- Nie! To nie byłem ja, ja chciałe…
- Nie kłam ty skurwysynu – przerwał mu - za kogo ty mnie masz?!
Joseph biegał nerwowo wzrokiem po twarzy czarnoskórego mężczyzny, to przyciskając lufę do jego skroni, to ją oddalając.
- Spokojnie, możemy to jakoś wyjaśnić, nikt nie musi ginąć – odpowiedział mu Joker spokojnym tonem, starając się załagodzić sytuację.
WWWTrwali tak przez chwilę w ciszy, gdy nagle uchyliły się drzwi. Joseph skierował odruchowo broń w ich kierunku i pociągnął za spust.
WWWDrzwi z dziurą wielkości pięści odchyliły się szerzej, a na podłogę osunęła się ukochana Jokera. Jej biała koszulka na ramiączkach zaczynała nasiąkać czerwienią. Dostała w brzuch.
WWWJoker rzucił się momentalnie na podłogę, unosząc ukochaną i próbując desperacko zatamować krwawienie.
- Kotku, nie, tylko nie to – mamrotał, a jego policzki zalśniły od łez.
Kobieta wpatrywała się w niego i ruszała wargami, próbowała coś powiedzieć, lecz bezskutecznie.
- Wszystko będzie dobrze – powtarzał, kołysząc się z konającą ukochaną w ramionach w przód i w tył. – Wyjdziesz z tego, zobaczysz.
Wzrok partnerki robił się coraz bardziej mętny, życia uciekało z niej bezpowrotnie. Nie mógł nic na to poradzić.
WWWTrzymał ją kurczowo w swoich ramionach jeszcze przez długi czas, gdy przestała oddychać. Przyciskał jej głowę do swojej i nie przestawał łkać.
WWWW międzyczasie rozległ się kolejny strzał. Joseph osunął się na obryzganą krwią lodówkę z lufą pistoletu w ustach i buchającym dymem z drugiej strony.
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 13:23 przez ancepa, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:24

[center]Salon, krew i wyposażenie kuchenne[/center]

WWW– I jak?! – zapytał mężczyzna, wbiegając do salonu.
WWWSpojrzał na rozpakowany telewizor. Najnowszy model, olbrzymi ekran, wspaniała rozdzielczość. Nie to jednak było najważniejsze. Grzegorz westchnął na widok gogli projekcyjnych.
WWW– Całe zamieszanie o te okularki? – zapytała żona, biorąc je w ręce.
WWW– Ach, czego one nie potrafią! – odparł Grzegorz. – Wyprodukowaliśmy tylko cztery modele, póki co to jeszcze faza testowa, ale mówię ci! Można się przenieść gdziekolwiek! Okulary działają na wszystkie zmysły, zupełnie tak, jakby to działo się naprawdę!
WWW– Dobra, Grzesiu, przenoś się sam, bo ja muszę kupić parę rzeczy. Będę za godzinkę, pa.
WWWJak mogła nie podzielać entuzjazmu Grzegorza? Czyż nie marzyła od dziecka, żeby zostać słynną piosenkarką? A dzięki goglom mogłaby występować na największych scenach świata. Ale nic. Wystarczy, że zastosuje urządzenie jeden raz, a natychmiast się do niego przekona.
WWWGrzegorz zdjął marynarkę, zakasał rękawy i nałożył gogle. Od razu przeniósł się w zupełnie inną rzeczywistość. Wciąż był w swoim salonie, ale całkowicie odmienionym. Fotel, kanapa, szafka – wszystkie meble migotały jaskrawym światłem, tak jakby krzyczały „wybierz mnie!”. Pojawiały się również napisy, wszędzie tam, gdzie Grzegorz wodził wzrokiem. One wskazywały możliwości, jakie użytkownik ma do wyboru. A było ich mnóstwo: zmiana w nadmorską plażę, średniowieczny zamek, statek kosmiczny... Ograniczała go jedynie wyobraźnia.
WWWMógł zmienić salon dowolnie. Mógł wreszcie spełnić swoje chore marzenie, nikogo przy tym nie krzywdząc. Mógł zrobić to ze swoją sekretarką. Ona była taka niewinna, bezbronna. Nadawała się idealnie.
WWWGrzegorz ujrzał oczami wyobraźni swój idealny pokój. Gogle go wysłuchały i już po chwili zrealizowały projekcję.
...

WWWTrzymał nóż kuchenny. Podobno nóż jest idealną bronią dla nowicjuszy. Jeszcze wczoraj chciał użyć tasaka, ale stwierdził, że do niego potrzebne jest doświadczenie.
WWWW skórzanym fotelu siedziała niczego niespodziewająca się kobieta. Doskoczył do niej i zadał trzy szybkie pchnięcia w brzuch. Nawet nie zdążyła zareagować.
WWWKrew była wszędzie. Kolorystycznie niemal zlewała się z podłogą z drewna egzotycznego, tworząc wspaniały, nowy efekt. Błyszczącemu fotelowi dodawała jeszcze większego połysku, a zabarwiony czerwienią karnisz od lampy dodatkowo potęgował ten widok. Lampa świeciła teraz na czerwono, a Grzegorz czuł się wspaniale w jej blasku.
WWWSpojrzał na swą dłoń. Trzymał w niej zakrwawiony nóż. Ach, jakież to było cudowne. Wiedzieć, że odebrał życie tej niczego nie spodziewającej się dziewczynie, która pustym wzrokiem spoglądała w dół. Trzy rany na jej brzuchu sprawiały wrażenie uśmiechu. Grzegorz odwzajemnił ten uśmiech.
WWWWyrzucił nóż i obie dłonie zanurzył w kałuży. Ciepło krwi otoczyło jego jak zwykle chłodne palce. Jakiś lekarz stwierdził kiedyś, że Grzegorz cierpi na obniżenie przepływu skórnego. Krew miała problemy z dotarciem w najdalsze zakątki ciała. Gdyby ten lekarz zobaczył, jakie rozwiązanie wymyślił jego pacjent...
WWWPodszedł do dziewczyny. Jej blond włosy kontrastowały z otoczeniem. Z zaciekawieniem przyglądał się jej martwym oczom.
WWWWtedy usłyszał czyjeś kroki.
WWW– Już jestem! – dobiegł głos z przedpokoju.
WWWCiśnienie Grzegorza błyskawicznie podskoczyło. To jego żona musiała wcześniej wrócić z zakupów. Rozejrzał się dookoła. Podłoga, nóż, fotel, wszystko było we krwi. A jeżeli ona teraz wejdzie i zobaczy, kim naprawdę jest jej mąż? Miał niewiele czasu. Rozpakowanie zakupów zajmie kobiecie najwyżej kilka minut.
WWWCiekawe czy mają w kuchni tasak?
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 13:17 przez ancepa, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:26

[center]Mańka[/center]


WWWDobrze, że ojciec sam przyjechał i nie trzeba było jeszcze po niego tam jechać. Tyle dobrego. Że on tam w ogóle nie zginął. Jak Janek w Ameryce. Pojechał i zaraz zginął. Samochód, biedak, naprawiał, a samochód się zwalił i koniec. Tyle z tej Ameryki było.
WWW A to bydle samochód chce kupować. Leń zasmarkany. Pieniędzy nie ma i już okropnie samochód kupuje. I pewnie będzie dawał temu skurwysynowi, żeby tłukł. Synek najlepszy. Zasrany, nie najlepszy. Będzie tak samo jak i z tym. Samochód kupiłam, a ten skurwysyn go tłucze i rozbija. I kolegom daje. Koledzy jeżdżą jego samochodem. Ach, jak kto dba, tak ma. Zapytaj Wojtka, on ci powie. Jeden się mądrzejszy uchował. Ma dom, dzieci, samochód, pracuje. A nie jak ten skurwysyn. Dałam pieniądze, niech ma, sobie kupi, a on kupił, a ja pożytku z tego żadnego nie mam. Nawet do lekarza nie ma mnie kto zawieźć, tylko Dzidka jedna. Z pracy się zrywa i jedzie. Ale co to tam gadać.
WWW Tyle lat, żeby podwórze było nieogrodzone. Wszyscy poogradzali, a on czeka, że mu się samo ogrodzi. Że głupie przyjdą i ogrodzą. Dzidka słupki kupiła, siatkę kupiła, spawarkę załatwiła, biegała po całej Warszawie, żeby wszystko pozałatwiać, bo wtedy nic nie było. A on wziął, rzucił na złom i leży. Resztę przemarnował albo sprzedał, albo kolegom grodził. Za wódkę, bo to koledzy. Tak samo jak z cementem. Tyle worków się kupiło, żeby piwnicę zrobił, bo się sypie, a on wziął, rzucił na dwór i niech leży. I ciągle nie ma, i nie ma, i nie ma, i tylko daj. A ja głupia daję, bo to syn, bo kto inny mu da. Tylko matka. A ten gnój tylko leży i telewizję ogląda, bo go krzyż okropnie boli. Od nic nie robienia. Wszystko wyprzedał. I ziemię, i ciągniki. Gdyby nie ja, to by mu wszystko zwierzęta wyzdychały. A, co to tam, i tak mu wszystkie zdychały. A jak stara do Dzidki pojechała, to wyprzedał wszystko. A teraz przychodzi, taki samochód ładny stał o tam, na końcu wsi, ale już sprzedany, a on by sobie kupił. Oj waj, ciekawe za co. Taki bogal, a na papierosy nie ma. Tylko się kręci i mówi, że się zapalić chce. Jak się chce palić, to trzeba iść do pracy. Ale ani się nie chciało pracować, ani się uczyć. To będziesz teraz zdychał marnie, bo ci nawet na chleb nie starczy. Ta dama ci nie da, tylko sama wszystko przechla. Dla niej to aby tylko wódka była, piwko. Reszta może nie istnieć. Zamrok cholerny. Ani to się nagnie do roboty, ani nic. Nawet to nie wie, że to żyje. Ubierze się w szubę i chodzi wielka pani. Ona nie potrzebuje robić, bo jej wszyscy zrobią. Ona dżeczy bawi, nie ma czasu. Dżeczy już stare konie, a ona nadal czasu nie ma. Ona zmęczona. Chyba leżeniem. Tylko chodzi i pożycza. Długów, małpa, narobi, a potem weź spłacaj, ziemię sprzedawaj, bo dama ma długi. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość śmierdzi. Jedno się udało do drugiego. Wiadomo było od początku, co to z tego będzie. A ten głupi wziął poleciał i zapisał, bo myślał, że będą robić. A oni jak nie robili, tak nie robią. Człowiek myślał, że jak zapisze, to to będzie jakieś inaksze, że będzie robić. A tu nic. Tylko podwórze trawą i zielskiem zarasta. I głupia stara lata z kosiarką, i kosi. Najpierw z kosą, potem z kosiarką. Chodzić nie może, a kosi. Toż to wstyd, żeby sąsiad przychodził pomagać, a syn nie. Tylko przyszedł, kosę naostrzył, a masz, stara, koś. Muszę kosić, bo to nie do pomyślenia, żeby tak podwórze wyglądało. To wstyd. Żeby u ludzi było wykoszone elegancko, a tu takie dziadostwo. Nawet się nie chce warzyw posadzić, bo penendzy ne ma. Nie chce się kartofli pielić, bo po co, one same urosną. Marek da, koleżanki dadzą. Za darmo będą. Żeby nawet w domu kibla nie było, ani ciepłej wody. Tylko sobie pan wielki zrobił, a matce starej nic. Kaloryfery sobie wielkie zamontował, a matce jedno małe gówno. Niech marźnie. A po co jej kaloryfer? I tak zaraz umrze. Ach, głupia byłam, głupia jestem i głupia umrę. Zawsze głupia.
WWW To samo ojciec. Też wielki pan, sam nie robił...
...

WWW ...Tylko głupia Mańka niech idzie robi. I Mańka chodziła, robiła, doiła, karmiła, prowadzała, oporządzała. I nic z tego nie miała. A jemu wszystko zdychało. I krowy, i konie. Gdyby nie ja, to by nic nie było. Chodziłam daleko, za las, krowy ganiałam, z samego rana. Potem z powrotem do świń, jeść dać, kurom ziarna sypnąć, konie wziąć wyprowadzić. A jeszcze do szkoły trzeba było iść. Dwa dzieciaki w domu były i żadnego roweru. Tylko wciąż bieda w domu była. Żeby rower kupić? A gdzie tam! Ojciec wolał przechlać niż coś dzieciakom kupić.
WWW Odpust był i my wozem tam pojechali. Zawiózł nas razem z Jankiem i mamusią. Myśmy poszli do kościoła, a on do gospody wódkę chlać. I mamusia mówi: Idź, Mańka, zawołaj ojca. Więc ja poszłam i raz, i drugi wołałam. A on nic. Więc my poszliśmy do domu na piechotę. Ze śpiewem na ustach. A on potem przyjechał wozem. Sam.
WWW Ja krowy pasłam, świnie pasłam, konie pasłam, nawet byka sobie uchowałam. Sama. Powiedział, że to będzie mój byk. No i był. I my go do krów puszczali. Najpierw do jednych, potem do drugich, no, nie powiem, dobry byczek. Ale i tak z niego żadnego pożytku nie było. Bo się puszczało, a oni potem nie płacili. Ja tam nie wiem, czy my jakieś pieniądze za to dostawali. Ja żadnych pieniędzy nie widziałam. Wiadomo, jak to było – jak to we wsi, po sąsiedzku. Pewnie dostawał po pół litra za byczka. I tyle z tego było.
WWW A on tylko chodził i patrzył. I chodził, i patrzył. I doglądał tylko, czy wszystko zrobione. Czy Mańka świnie napasła, czy krowy wydoiła, czy konie owies dostały, czy jajka pozbierane. I tylko głową kiwał, że nie musi już nic robić. Tylko do Walczaków może iść.
WWW A jak jałówkę sprzedaliśmy i były pieniądze, to on wziął zabrał, i pojechał do Gdańska. Mamusia siedziała, płakała, żeby nie brał, bo coś można kupić. A on to w dupie miał. Matka schowała w kuferku, a on, nie martw się, dobrze wiedział, gdzie. Poszedł, wyciągnął i pojechał. I zniknęły pieniądze. I nikt nie wie, gdzie, nikt nie wie, jak. Nikt nic nie wie. No bo to ktoś dojdzie?... Pojechał i pieniądze przepuścił. Na pewno. Do Gdańska. Do Melchorka pojechał. A jak ten wyjeżdżał, to ojciec strasznie zły, że tamten jedzie. Nigdy ze sobą w zgodzie nie żyli, tylko wiecznie jeden na drugiego skakał. I on, i Melchorek, i Stasiek. Bracia zasrani. Zawsze pokłóceni, nigdy w zgodzie. Co to za bracia? A jak ojciec pieniądze dostał, to okropnie do brata jechał do Gdańska. A ja w życiu w Gdańsku nie byłam. I jakoś żyję.
WWW Ja nie rozumiem, jak można tyle pieniędzy przepuścić i nic nie kupić. Tylko wszystko przepić, przechlać, przemarnować. Aż mi się płakać chce. Ale co ja tam będę gadać. Nikt tego nie zrozumie.
WWW A jak chciałam sobie buty kupić, to powiedział: A niech se idzie zapracuje, a niech ten, co chce się z nią żenić, jej buty kupi. I kupił, a potem się ożenił. Był jeszcze jeden, który chciał buty kupić, ale ja nie chciałam. Wolałam tego. I buty kupił, i się ożenił, i dom kupił, i pracę miał, i dzieciaki wychował, dobry chłop był. A nie taki, co to wszystko przemarnuje. Taki mąż to nie mąż. A jak się znajdzie jaki dobry, to można z nim żyć. Ale co z tego, jak go teraz nie ma.
WWW Ale nikt tego nie zrozumie. Absolutnie nikt. Tylko ja.
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 12:59 przez ancepa, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:35

[center]Ostatni gasi światło[/center]


___Po Rynku przechadza się wiatr, dystyngowany, choć lekko pijany późną nocą, obijając się o fasady kamienic, zostawiając łzy i pocałunki na lodzie okien.

___Szczęk zamka i smuga światła, stukot obcasów na ciemnym, wypolerowanym parkiecie. Z rzuconej na kuchenny blat torby wysypują się barwnym wachlarzem warzywa.

___Nad Plantami panuje mgła. W takie noce czas zapada się przez przegniłe stropy epok; brud chodników zmienia się w pył węgla, ściany kamienic wiszą nad wąwozami ulic, latarnie migoczą płomykami gazu jak błędne światła bagien.

___Kroi marchewkę krótkimi, starannie wymierzonymi pociągnięciami noża, błyskającego w jej rękach jak srebrna rybka. Na patelnię wrzuciła już blade kawałki kurczaka, makaron zdusiła pod pokrywką rondla.

___Kap, kap, krople spadają ze stalagmitów rynien, wąwozy zasklepiają się w mleczne tunele, szyny wrzynają się w zimne brzuchy ulic i nikną we mgle, wiodąc donikąd. On jednak idzie, zna drogę na pamięć, zbyt dobrze, by się zagubić.

___Szczotkowała z pasją włosy, schylając głowę, aż ożyły w naelektryzowanym gniewie. Kiedy znów podniosła się do lustra, na jej policzkach kwitły rumieńce. Na skraju umywalki leżała czerwona szminka. Zostało jeszcze pół godziny czasu.

___Mróz wymierza policzek, chłoszcząc nagimi gałęziami drzew i pierwszymi grudkami śniegu. Mróz cuci i przywraca czucie. Od dawna życie nie przenikało go na wskroś tak, jak teraz.

___Kiedyś powiedział, że chciałby ją zobaczyć, gdy maluje usta czerwoną szminką. Była wtedy bardzo młodą dziewczyną i szminki w ogóle nie używała, ale tamtego wieczora podkradła ją mamie i w zamyśleniu oglądała swoją odmienioną twarz. Wydawała się jej pretensjonalna i zniekształcona.

___Kiedyś chodzili razem do szkoły, śmiali się i kłócili. Kiedyś namalował jej słonia w zeszycie od matematyki. Kiedyś dorośli i wciąż widywali się, rzadko, raz na kilka miesięcy.
– Przyjdź do mnie – powiedziała mu, gdy spotkali się po raz ostatni. – Kiedy to wszystko runie i nie będziesz miał się do kogo zwrócić, przyjdź.


___Pokrywka zaczęła turkotać, makaron kipiał wściekłością białej piany. Odcedziła go, płucząc zimną wodą, dodała mięso i sos, myśląc o nadchodzącym spotkaniu. Kiedyś znała go tak dobrze, że potrafiła przewidzieć każdą jego reakcję. Wiedziała, jakie lubi piwo i filmy, co go dotyka i na co zwraca uwagę w kobietach. Ale teraz nie mogła wydobyć z pamięci nic oprócz okruchów wspomnień. Ile lat minęło? Cztery? Tak, cztery lata. Osiem miesięcy. Pięć dni.

___Dwadzieścia minut. Przyjdzie do niej za dwadzieścia minut.

– Dwadzieścia minut – myśli krzyczały, świdrując od wewnątrz uszy, ściekając zimnym potem po plecach. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła, znów stała spokojnie w lśniącej czystością kuchennej wnęce. Stół był nakryty, książki poukładane na regałach, lekarstwa schowane starannie za stosem czasopism, parkiet lśnił wokół puszystej wyspy dywanu – i tylko mechanizm starego budzika miotał się, kołacząc w metalowej oprawie.
___Do pełnej godziny zostało dziewiętnaście kresek.

___Nawet gdy mieszkaliście w różnych miastach, co kilka miesięcy przychodziła i siadała gdzieś w tle twojego życia, poza wszystkim i wszystkimi. Parzyłeś jej herbatę i rozmawialiście cały wieczór i pół nocy. A następnym razem przyjeżdżałeś ty, do tego mieszkania i u niej zawsze piłeś wino. Znaliście się na wylot, prawda? Od dzieciństwa po dorosłość, obok siebie, nigdy razem? Ile lat udawałeś, że jej nie kochasz?

___...Ile lat udawałaś, że nie dostrzegasz w nim cienia?
___Dzwonek do drzwi, dokładnie o umówionej porze. Powiew zimna i powitanie, lekki pocałunek w policzek. Postarzał się tak bardzo, a może to mróz wyostrzył rysy jego twarzy?

___ Jej usta są nienaturalnie czerwone, a mieszkanie czyste i oświetlone jak szkiełko pod mikroskopem. Kiedyś nie potrafiła utrzymać porządku, zostawiając za sobą korowód rozrzuconych ubrań, talerzy i książek. Ciepło zamroczyło jego myśli. Po co właściwie się tu znalazł? Co chciał jej powiedzieć? Nie wiedział. Stał w progu ostatniego celu jaki mu pozostał, bo kiedyś stwierdziła, że gdy wszystko runie, będzie mógł przyjść do niej.

– Wtedy nie przyszedłeś – powiedziała, pochylając głowę. – Miałeś dobre życie, pracę i mieszkanie, kobietę, z którą planowałeś założyć rodzinę. Ja też miałam własne plany – lecz obejrzałam się wstecz, a tam stałeś ty. Jak mogłam być na ciebie obojętna?
___Ale nie zaryzykowałeś.

___Wtedy nie przyszedł. Pamiętał. Wydawało mu się, że wyszedł z cienia i znalazł drogę.Myślał, że wszystko jest ułożone, a może i było, dopóki nie zburzyła jego świeżo poskładanego życia swoimi słowami.

– Przecież mnie nie kochałeś – powiedziała teraz spokojnie, dłubiąc widelcem makaron. – Gdybyś mnie kochał, zadecydowałbyś inaczej.

___Dlaczego kobiety zawsze tak wszystko postrzegają? Miłość albo jej brak. Poryw serca lub rozsądek. Miał pracę, narzeczoną, plany na przyszłość, a ona chciała się tylko pożegnać przed wyjazdem. Był jej to winien. Ale wtedy powiedziała mu, żeby przyszedł do niej, gdy to wszystko runie. Ile można spać u boku innej, żyć, planować, marzyć, w obliczu czyjejś pewności, że to upadnie? Cztery lata. Osiem miesięcy. Pięć dni.

___Siedział przed nią, udając, że je, ale widziała jak mocno zaciska drżące ręce. Jej własne dłonie były mokre od potu. Co się działo? Przecież tak czekała na to spotkanie. Marzyła o nim nocami, rozpościerając scenariusze zdarzeń, wszystkie możliwe, oprócz tego jednego.
___A teraz powiedziała tylko, że nie sądzi, by to wszystko miało już jakiekolwiek znaczenie.
...

___Przestrzeń ugięła się jak pod ciężarem kuli, która raz puszczona w ruch, rozpędzała się burząc szklane rzeźby. Smuga cienia osiadła pod jej oczami i w zagłębieniach po obu stronach nosa. Echo słów drżało na napiętej powierzchni wina.

– Co zrobiłaś?... – głos w głowie był zupełnie wyraźny. To Nauczycielka. Kiedyś pomagała jej w odrabianiu zadań, równo i wyraźnie powtarzając każde słowo, odkrywając jego znaczenie, rozpościerając przed nią siatkę zrozumiałych w końcu liczb. Była porządkiem. Prowadziła jej rękę, gdy pisała lekko pochylone litery. Jej dziełem był dzisiejszy obiad i makijaż. – Co ty, do licha, zrobiłaś? – spytała, zaskoczona.

___Patrzyła na niego wzrokiem bez wyrazu. Jak mogła być wciąż tak spokojna? Ołowiana maska twarzy, przez którą nie przenika żaden rozbłysk obijających się w środku drobinek myśli. A kiedyś przecież potrafił ją przejrzeć.
Dzyń – zabrzmiało szło kieliszka, pstryknięte jego palcem.
– Rozumiem – powiedział, pożegnał się i wyszedł.


– Co zrobiłaś?... – ten głos był szumem drzew schwytanych w potrzask zjonizowanego powietrza, gdy podmuch burzowego wiatru zatyka dech w piersiach. Był chmurą emocji, targał nią kiedyś nocami i wieczorami, wprawiając w drżenie wszystkie membrany duszy. – Och, biegnij za nim, biegnij, nie widzisz, gdzie idzie?...

___Gdzie idzie? Nie wiedział. Jest w tobie cień – powiedziała mu kiedyś. – Nie znasz miłości i zadowalasz się namiastką. Nie walczysz z tym i nie dostrzegasz. Dlatego to wszystko runie. A gdy runie...

– Do tego dążyłaś? – spytał analityk w jej głowie. Mówił o sobie zawsze w rodzaju męskim i patrzył na nią z pewnym politowaniem – do tego? Tkałaś plan przez kilka lat, przyznaj się. Choroby duszy są prawdziwsze niż uczucia. Umiałaś je rozpoznawać, a jego znałaś aż za dobrze. Przyjdzie, przyjdzie, wiedziałaś o tym, bo przecież to ty wyrywałaś ludzi z cienia. Przyjdzie, przyjdzie, powtarzałaś, aż w skale umysłu wyrzeźbiły się koleiny, jak w bruku rzymskich dróg.
___Przyszedł.

___Przyszedł, lecz miała rację. Nic nie miało już teraz znaczenia. Tyk, wzdrygało się ciało, w impulsie wspomnienia, w odwróconym wszechświecie pod zamkniętymi oczami. Czas płynął naprzód, myśli uciekały wstecz, rozbiegając się da daleko, by ogarnąć je ramionami.

– Co się z nim stanie? – szepnęło coś innego. Empatia. Wilgotna jak trawa po deszczu, parująca w świeżym słońcu.

___ Usiądzie na stopniach którejś z kamienic i zastygnie tak, powleczony warstewką lodu, chimera przy balustradzie wejścia. Zamknie oczy i usłyszy jak we mgle stukają tysiące przeszłych kroków, jak kamienie drżą strachem i miłością, dygoczą rozjeżdżane kołami powozów i żelazem starych tramwajów.

___Usiądzie przy stole wpatrując się w stary budzik. Sekundy będą kapać, smakując rdzą. Popatrzy w okno, na światła gasnące w mieszkaniach setek ludzi. Mają swoje malowane pokoje, gdzie wieszają obrazy na ścianach. Swoje fotele, w których siadają, przymykając zmęczone oczy; swoje lampy broniące przed cieniem, których ciepło ogrzewa im policzki. Mężczyźni zaczesują siwiejące włosy i zakładają okulary. Kobiety malują więdnące twarze, znaczone zębem czasu ukradkiem, rok po roku. Wyjmują z szaf płaszcze i czyszczą buty; wychodzą na spacer, pracują, wracają, biorą w rękę książkę.

___Pomyśli o swoim życiu i kilku innych, które się z nim splotły. A potem o tym, że czas jest względny i w pewnym momencie przestaje być ważne czy żyje się w rytmie sekund, czy stuleci. Pomyśli o pokoleniach, które zbudowały miasto i minęły. Ludzie, setki ludzi. Przysypali marzenia popiołem, a może już całkiem wygaśli. A potem odchodzą i zostają tylko buty, palto i niemal pusta buteleczka perfum.
___
___Tyk, tyk, śpiewają sfery wszechświata, nieporuszone tym, że jakiś okruch w ich czeluściach może czuć się nieszczęśliwy.
___Jak okruch może cokolwiek odczuwać?

___Czerń zazdrośnie pochłania kryształki śniegu, rozbłyskające na krótko, zanim roztopią się w pocałunku z brukiem.
___Jak zimno.


– A co się stanie z nią? – spytał Analityk.
– Och, ona – rzuciła lekko Nauczycielka. – jej już nie ma. Szkoda. Była zdolna.
___Tyk, zatrzymała się sprężyna nie nakręconego budzika, który nie zadzwoni rano, by obudzić ją do pracy. Miała ważną pracę. Kiedyś leczyła ludzkie dusze.

___Tyk – syknął cień, gasząc ostatnią latarnię.
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 13:27 przez ancepa, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:37

[center]Ucieczka[/center]

Nie mogę znieść, że patrzą na mnie. Z nienawiścią, pogardą, obrzydzeniem. Nie potrafię wytłumaczyć, że nie ma mojej winy w tym co zobaczyli, lub o czym się dowiedzieli. A może jednak jest? Już od dawna nie potrafię odpowiedzieć.

Strach narasta z każdym dniem i płynie po wszystkich płaszczyznach mojego życia, jak gęsta, ciemna maź. Teraz już wiem do czego On jest zdolny i ta świadomość mnie paraliżuje. Opowiem wam jak się zaczęło. A początek był niewinny wobec późniejszego kataklizmu.

Siedzieliśmy z kumplami. Ot, czterech przyjaciół i zdecydowanie za dużo piwa. Grill, wygłupy i powtarzane bez końca opowieści. Poczułem chłód i jakieś ukłucie, ale oba wrażenia były raczej emocjonalne niż fizyczne. Potem straciłem przytomność. Obudziłem się jakiś czas później i pierwszym co zobaczyłem, była odraza i wściekłość na twarzach moich wieloletnich przyjaciół. Nikt nie chciał mi wytłumaczyć o co właściwie chodzi. Kilka dni później, żona jednego z nich zadzwoniła do mnie z pretensjami i dopiero wtedy poznałem prawdę o tamtym wieczorze. Powiedziałem im jakieś obrzydliwe rzeczy wyzywając ich rodziny, z matkami na czele. W totalnym amoku plułem jadem w ich otwarte ze zdumienia twarze.
Kiedy zacząłem bełkotać przeprosiny rozłączyła się.
Nie udało się odbudować kontaktu z nikim z tej trójki i udają, że nie żyję.

Potem zaczęło się to dziać regularnie. Uderzyłem ciotkę na jakiejś rodzinnej imprezie. Pięścią, tak jak się bije mężczyznę, a ma ponad sześćdziesiąt lat. Wszczynałem bójki w miejscach publicznych, rozbiłem wszystkie rodzinne zdjęcia w domu. Plułem na obcych przechodniów, a raz wyrzuciłem z balkonu książki, choć kocham je nad życie. Spędziłem kilka nocy w areszcie i jedną - choć od pierwszego razu nie tykam alkoholu - w izbie wytrzeźwień. O wszystkim tym dowiadywałem się po odzyskaniu świadomości, której utraty trwały od kilkunastu minut do około godziny. Dowiadywałem się, patrząc na twarze pełne nienawiści i obrzydzenia. Na twarze ludzi, którzy "w końcu się na mnie poznali". Ale o tym już wam mówiłem.

Ze strachu przed tym, co mogę jeszcze zrobić, zacząłem szukać przyczyn. Przekopałem internet i z przerażeniem odkryłem, że jestem chory lub opętany. Zadzwoniłem do znajomego psychiatry, który po krótkiej rozmowie zlecił serię skomplikowanych testów i badań. Pobierano mi krew i mocz, rozwiązywałem zadania i opisywałem co widzę na kleksach. Nie odkryto nic, sugerując jedynie nadużywanie alkoholu, który odstawiłem, bądź narkotyków, których nigdy nie brałem. Zgłosiłem się więc do psychoanalityka. Na trzeciej sesji przyznał, że w jego pojęciu wszystko ze mną w porządku, ale ustaliliśmy że będę dalej przychodził, bo po sesjach czułem się bardziej zrelaksowany. To znaczy - bałem ciut mniej niż panicznie. Po czwartej na której przysnąłem nagrał mi się na sekretarkę i powiedział, że w jego czternastoletniej karierze jeszcze żaden pacjent nie zmusił go aby uklęknął i nie kopnął go w dupę. Tak zakończyła się moja terapia u psychoanalityka.

Zostawało więc opętanie. Jeszcze kilka miesięcy temu, padłbym ze śmiechu na samą sugestię, że targają mną jakieś demoniczne, złowróżbne siły. Teraz nie śmieję się z niczego, tylko się boję. Z księdzem, miłym staruszkiem i uznanym egzorcystą Jakubem było prościej, zanim zdążyłem kopnąć go gdziekolwiek, stwierdził, że żaden duch we mnie nie mieszka, i z punktu widzenia egzorcysty jestem "czysty".

Zamknąłem się w domu, szukając dalej odpowiedzi w internecie. Nie znalazłem nic, a tylko napisałem notkę w której lżyłem jednego z polityków, nazywając jego ród "świniami bez honoru". Notkę podpisałem prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Przeczytałem ją z trudem, po odzyskaniu świadomości. Miałem też okazję zapoznać się z komentarzami pod nią, mówiącymi ogólnie o tym, że mój koniec jest bliski.

Teraz już wiem. To ciemna strona, tłumiona tyle lat daje o sobie znać. Zawsze byłem grzeczny i miły, symbol dobrego wychowania i dobra ogólnie pojętego. Ale gdzie jest Ying musi być i Yang. Teraz ciemna strona dopomina się o moje życie, chce w nim uczestniczyć i na nie wpływać. I On, ten mroczny chce wyrównać szale, wprowadzić równowagę.
Ale ja tego nie wytrzymam.
Co jeszcze mogę zrobić? Kogo skrzywdzić? W ile twarzy wykrzywionych pogardą zdołam spojrzeć?
...

Wiecie co jest najgorsze? Że zawsze wiem kiedy nadchodzi. Wtedy za każdym razem zamykam oczy i wydaje mi się że siedzę w fotelu naprzeciw otwartych szeroko drzwi. Za drzwiami są schody na parter, drewniane, garbiące się starością. Twarz skrywam za gazetą, boje się przestrzeni za nią i jego, kiedy tą przestrzeń wypełni swym chudym, kadawerycznym nieciałem.

Chciałbym zatkać palcami uszy ale wtedy nie mógłbym trzymać w dłoniach rozłożonej gazety. Wmawiam sobie, że nie zamykam oczu bo tak robią tchórze. Muszę więc wybrać, który zmysł mam oszukać. Wybieram wzrok.

Zatem słyszę.

Najpierw delikatne kroki na parterze. Nie śpieszy się, wie że jestem jak sparaliżowany za swą żałośnie śmieszną gazetą. Następnie skrzypienie schodów którymi nadchodzi. Skulona w kącie mózgu świadomość podpowiada, że On wchodząc na pewno nie trzyma się poręczy.

Skrzyp... Jeden.
Skrzyp... Dwa.

Mimo że staram się panować nad strachem, dłonie trzymające gazetę drżą wyraźnie.
Serce przyśpiesza gnając w obłędne staccato. Gardło staje się upiorną pustynią.

Skrzyp... Trzy.
Skrzyp... Cztery.

Nie mogę po prostu wstać i zamknąć drzwi. Muszę go wpuścić. Bezsilność mnie już nie złości. Przytłacza. Odrzuca głowę a słomiane warkocze przeplatane karmazynowymi wstążkami fruną w przestrzeni. Potem łapie za rękę Chłopca Stracha i idą razem, machając wesoło złączonymi dłońmi, brukowaną ścieżką prowadzącą do mojego upadku.
Drżę.

Skrzyp... Pięć.
Skrzyp... Sześć.

Pot zalewa ciało. Już nie tylko moje dłonie a całe ramiona trzęsą się z przerażenia. Gazeta wygląda jak smagana mocnym wiatrem. Boże! Chciałbym żeby wiało - byłbym bohaterem na omiatanym wiatrem wzgórzu. Niestety ruch gazety wywołują moje drgające z przerażenia mięśnie.

Skrzyp... Siedem.
Skrzyp... Osiem.
Skrzyp... Dziewięć.

Czuję chłód jaki ze sobą niesie. Słyszę kroki tuż za moją tragiczną antystrachową osłoną. Nie zamykam oczu - nie jestem tchórzem. Ale spojrzeć na niego też nie spojrzę, jestem na to o wiele za mało odważny. To, że ma szczupłe ciało wiem bo rzuca cień wąski jak klinga noża. Wolno obchodzi pokój - cień przesuwa się jakbym obserwował w przyśpieszeniu pracę zegara słonecznego. Krąży jak sęp wokół fotela, na którym siedzę.
Nie, nie spojrzę na niego, choć często obiecuję sobie że następnym razem tak zrobię. Nie wstanę i Go nie powstrzymam.
Zrobię to samo co zawsze. Czyli nic.
Będę - bezradnie wpatrzony w gazetę - czuł jak uderza mnie w głowę odbierając świadomość, a On w tym czasie zdemoluje wyimaginowany pokój, który naprawdę jest moim życiem.

Jest coś co czyni mój lęk gorszym od innych. Cierpiący na arachnofobię mogą wyeliminować ilość okazji do spotkania pająków, tak samo jak chorzy na ofidiofobię. Ofiary akrofobii trzymają się blisko ziemi, a klaustrofobii w otwartych przestrzeniach.
Co mnie od nich różni?
Nie ma nic co mogłoby mnie oddalić od obiektu mojego strachu. Nie mogę od niego uciec.
Dlatego wybieram śmierć. Odbiorę sobie życie i skończę się bać. Wreszcie.

Wstanę więc zaraz i pójdę na dach. Tam zbliżę się do krawędzi. I skoczę.
Módlcie się, abym na kilka kroków wcześniej nie stracił świadomości.
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 13:10 przez ancepa, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:40

[center]Cienie[/center]

WWWKtoś zapukał do drzwi.
WWWNiechętnie podniosłam się z kanapy, zrzucając przy tym na ziemię stos gazet z ofertami pracy. Powlokłam się przez korytarz, po drodze zerkając w lustro. Lewe oko otaczała nierówna plama rozmazanego tuszu, którego wczoraj nie miałam siły zmyć. Przeczesałam palcami tłuste włosy i otworzyłam drzwi, modląc się, by nie przywitał mnie komornik.
WWW- Dzień dobry – mój gość miał poważną minę i czarny garnitur. Cofnęłam się o krok.
WWW- Pan… - wyjąkałam, usilnie próbując przegnać sprzed oczu obrazy niedomkniętych walizek i noclegu na dworcu kolejowym.
WWW- Nazywam się Aleksander Umbra i jestem…
WWW…facetem, który wykopie cię z niespłaconego mieszkania – dokończyłam w myślach, przymykając oczy, jakby w oczekiwaniu na fizyczny cios, nie słowa.
WWW-…przedstawicielem z Cienia – dokończył zamiast tego.
WWWUmbra, czyli Cień. Podał mi fałszywe nazwisko. Mógłby się bardziej wysilić.
WWWMężczyzna wyciągnął dłoń. Uścisnęłam ją lekko.
WWW- Niedawno próbowała się pani z nami skontaktować. Wrzuciła pani do skrzynki na Czarnej swój adres i Znak - spojrzał na mnie, szukając w moich oczach potwierdzenia. Ja jednak gapiłam się nań jak półprzytomny, skacowany jelonek. – Jeśli to pomyłka, to…
WWW- Nie, nie, wszystko się zgadza – powiedziałam szybko.
WWWDwa tygodnie wcześniej, czując, że jestem na kompletnym dnie, postanowiłam skontaktować się z tajemniczą, podziemną firmą, o której opowiedział mi jeden z nawiedzonych sąsiadów. Fakt, że posłuchałam rady uzależnionego od marihuany transwestyty, sporo świadczył o mojej desperacji.
WWW- Więc… Czy możemy ruszać?
WWW- Jasne. Sekundkę.
WWWPobiegłam do łazienki. Umyłam twarz zimną wodą, włożyłam pomięte spodnie i zdjętą z suszarki, jeszcze wilgotną koszulę.
WWW- Możemy iść – powiedziałam facetowi w garniturze.
WWW*
WWW- Nie dostanę żadnych papierów do podpisania? – spytałam. Siedziałam na kozetce w opuszczonym szpitalu przeznaczonym do rozbiórki, otoczona przez obcych. Choć zanim wrzuciłam swoje namiary do skrzynki, rozmawiałam z wieloma osobami, które korzystały z usług Cienia, cholernie się bałam. Miałam ochotę zerwać się i uciec.
WWW- Żadnych papierów, żadnych opłat – powiedział jeden z „lekarzy”, starszy mężczyzna z dredami.
WWW- Czyli potrzebujecie królików doświadczalnych?
WWW- Testujemy nasz lek przed wprowadzeniem na rynek – mężczyzna uśmiechnął się profesjonalnie. – Dlatego operacja jest darmowa. Zresztą może pani odejść i pilnować się, żeby nikomu nie szepnąć słówka – mimowolnie rzuciłam okiem na dwóch dryblasów pilnujących wejścia. – My do niczego nie zmuszamy.
WWWAle życie mnie zmusza – pomyślałam ponuro. – Nie mam pracy, nie mam nadziei, nie mam nikogo. Mam za to dyplom filologa i permanentnego pecha. Dlatego korzystam z usług firmy, która dzięki tajemniczemu lekarstwu zamienia ludzi przegranych w ludzi sukcesu. „Wyjmiemy z ciebie całe zło, które w tobie siedzi, i zamkniemy w słoiku” – tak brzmiałoby hasło na ich ulotkach, gdyby prawo pozwalało im je rozprowadzać.
WWW- Czy jest pani gotowa? – facet z dredami wyciągnął w moją stronę strzykawkę.
WWWByłam ciekawa, jak ta banda konowałów zamierza przeprowadzić operację, wyciągnąć ze mnie złe cechy tak, jak wyciąga się kleszcza. Ci, którzy przeszli zabieg, zaklinali się, że wszystko działa. O skuteczności działań bandy czarodziejów świadczyły nie tylko słowa, ale i to, co stało się z ich podopiecznymi – znaleźli pracę, znaleźli miłość, znaleźli sens.
WWWPełna obaw i nadziei pokiwałam głową, po czym podwinęłam rękaw.
...


WWWTRZY LATA PÓŹNIEJ

WWW- Ładny, prawda? – zapytał Arek, wręczając mi obraz przedstawiający dziecko o wielkich, czarnych oczach i szarej skórze jakby z siateczki. Trochę niepokojący, trochę surrealistyczny. Przypominał mi dzieła Beksińskiego. Idealnie trafiał w mój gust.
WWW- Będzie pasował do sypialni – ucieszyłam się i ucałowałam narzeczonego w policzek. Pobiegłam powiesić go do pokoju, wciąż jeszcze pachnącego farbą i nie do końca umeblowanego.
WWWWieczór płynął leniwie. Arek zakrzątnął się w kuchni, by przygotować kolację, ja z zadowoleniem przeglądałam prawie gotowy numer czasopisma, które mieliśmy niedługo zamknąć i wysłać do druku.
WWWPotem ktoś zapukał do drzwi.
WWW- Otworzę! – zawołałam i pobiegłam przez korytarz. Pukanie wydało mi się dziwnie znajome.
WWWW drzwiach stał mężczyzna w garniturze czarnym jak cień.
WWW- Boże… - szepnęłam. Gdybym miała coś w ręku, z pewnością upuściłabym to na podłogę.
WWW- Kto to? – zawołał z kuchni Arek.
WWW- E… Z redakcji! – odkrzyknęłam, po czym wyszłam na klatkę schodową, starannie zamykając drzwi.
WWW- Nie zaprosi mnie pani do środka? – zapytał mężczyzna.
WWW- Nie, panie Umbra – odparłam. Choć nazwisko było fałszywe i usłyszałam je tylko raz, nie potrafiłabym go zapomnieć. Nie zamierzałam wpuszczać mężczyzny do mieszkania. Symbolizował on rozdział w moim życiu, który powinien być już zamknięty.
WWW- Jak się pani wiedzie?
WWW- A co, kontrola jakości? – spytałam, a on lekko kiwnął głową. – Mam narzeczonego, mieszkanie i wymarzoną pracę. Proszę zaznaczyć w tabelce maksymalną ilość punktów i więcej mnie nie niepokoić.
WWWCień westchnął.
WWW- Czy chce pani poznać prawdziwy cel mojej wizyty?
WWW- Owszem.
WWW- Chodzi o to, co wyciągnęliśmy z pani organizmu dwa lata temu… O cząstkę, którą nazywamy Czynnikiem M. Niestety, mimo szczelnej izolacji i wszelkich zabezpieczeń pani Czynnik M wyciekł z naszego laboratorium.
WWW- Co? – zapytałam niepewnie. Nie miałam powodów, by nie wierzyć Cieniom. Moje poukładane życie było najlepszym dowodem na to, że nie kłamią. Dlatego teraz uwierzyłam, że cała złość, nienawiść i lenistwo, które w sobie dawniej nagromadziłam, obecnie szaleją w mieście, siejąc niepokój.
WWW- Coś takiego nie zdarzyło się nigdy wcześniej. Jestem tutaj, by panią ostrzec. I poinformować, że nasza firma nie ponosi za to odpowiedzialności. Zgodziła się pani na operację na własne ryzyko.
WWW- Ale…
WWW- Życzę miłego wieczoru. Obiecuję, że nie będę pani więcej niepokoić – Aleksander Umbra ukłonił się i odszedł w stronę schodów.
WWW*
WWWWizyta pana Umbra całkowicie wytrąciła mnie z równowagi. Nawet nie czułam smaku kolacji, a na pytania Arka odpowiadałam monosylabami. Zrezygnowałam z prysznica – myśl o samotnym pobycie w ciasnym pomieszczeniu pełnym luster sprawiła, że aż się wzdrygnęłam.
WWW- Co jest grane, Em? – zapytał mnie narzeczony, gdy kładliśmy się spać.
WWWZawahałam się. Chciałam się przed nim otworzyć… ale jeszcze nie teraz. Na początku sama musiałam przemyśleć dziwne wieści, które przyniósł mi przedstawiciel z Cienia.
WWW- Jutro ci powiem – mruknęłam, licząc, że światło dnia ujmie całej sytuacji nieco absurdu. Odwróciłam się w stronę ściany. Na szczęście Arek nie naciskał. Szepnął tylko „dobranoc” i zgasił lampkę.
WWWNie mogłam zasnąć, nerwowo wierciłam się w pościeli. W końcu stało się to, co stać się musiało. Przyszedł mój dawno zapomniany czynnik M.
WWWObraz, który Arek podarował mi jeszcze tego wieczoru, nagle ożył. Szare dziecko wyrwało się z ramy i stanęło obok łóżka, strasząc wielkimi, czarnymi oczami, rozmazanymi jak kleksy.
WWW- Dlaczego się mnie pozbyłaś? – zapytało dziecko, zapytała dusza, oskarżycielsko celując we mnie szarym palcem, delikatnym jak pajęcza nić.
WWWPatrzyłam to na ożywiony obraz, to na śpiącego smacznie ukochanego.
WWW- On się nie obudzi – powiedziało dziecko. – Dlaczego się mnie pozbyłaś?
WWW- Bo… Jesteś przecież wszystkim, co we mnie złe. Jesteś moim gniewem, strachem i lenistwem – odparłam.
WWWW oczach dziecka zalśniły łzy, czarne jak atrament.
WWW- Jestem jednak częścią ciebie. Wiesz, jaki błąd popełniłaś? Wiesz, jak takie rozdzielenie boli?
WWWMilczałam. Mnie nie bolał jedynie zastrzyk lekarza z dredami, nic więcej.
WWW- Wiesz, jak boli rozłąka z częścią siebie? Wiesz, jak bolą lata uwięzienia w ciasnym słoiku? – dziecko prawie krzyczało. Nie odpowiedziałam.
WWW- Wiesz czy nie?! – wielkie, wściekłe oczy dziecka zbliżyły się do mojej twarzy. Na moje policzki skapnęło kilka ciemnych kropel, jego atramentowych łez.
WWW- Nie… - wyjąkałam, przerażona.
WWW- Świetnie – powiedziało szare dziecko. Łzy nagle wyschły, a na wąskich, białych ustach zagościł uśmieszek. – Bo wkrótce się dowiesz.
WWWPo tych słowach moja dusza wróciła z powrotem w ramy obrazu, a mnie coś zmusiło do zamknięcia oczu i zapadnięcia w sen.
WWW*
WWWPoranek przywitał mnie słońcem, śpiewem ptaków i martwym narzeczonym leżącym obok.
WWWWrzasnęłam. Wyplątałam się z pościeli czerwonej od krwi, zerwałam się na równe nogi… Zaczęłam intensywnie mrugać, w irracjonalnej nadziei, że to sen. Po chwili zorientowałam się, że w ręce trzymam kuchenny nóż.
WWWKrzyczałam dalej, oślepiona przez łzy. Ptaki za oknem śpiewały dalej, nieświadome tragedii.
WWWJak w transie sięgnęłam po telefon i wstukałam trzy cyferki.
WWW- On się nie obudzi - odezwało się dziecko z obrazu.
WWWTelefon wypadł mi z ręki.
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 13:12 przez ancepa, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:41

[center]Dług poety[/center]

WWW Nie ma małych i wielkich historii. Wszystkie są równie ważne, bo każda jest częścią naszego życia. Uczą nas. Dają kolejną szansę. Czasem wszystko zmieniają, zwłaszcza wtedy, gdy jest nam dobrze. Jednak nieważne dobre czy złe, piękne, czy okrutne. Musimy je przyjąć takimi jakie są. Próbując się ich wyprzeć, tylko sobie szkodzimy.
WWW Heh. Żyję w małej wiosce, tak, wciąż się stamtąd nie ruszyłem. W niej się wychowałem. Tam są moi koledzy. Moja przeszłość i jak się okazuję - przyszłość, nad którą nigdy się nie zastanawiałem. No bo i kto to w ogóle robi, mając tak mało lat? Ta jednak o mnie pamięta, tak jak wtedy, gdy podeszła przepełniona tragediami. Dobrze znasz tę historię. Sam jesteś jej częścią.
WWW Gdy byliśmy mali, chodziliśmy jeszcze do podstawówki. Wtedy się zaczęło. W drugim tygodniu wakacji jako pierwszy odszedł ojciec – wypadek w pracy. Rok później mama – zawał serca. Babcia przejęła nade mną opiekę i tym samym wpisała się na listę. Przynajmniej odeszła we śnie, bez bólu.
WWW Gdy wujek starał się uzyskać prawo do wychowywania mnie. Ja udawałem przed światem, że wszystko w porządku i jakoś sobie z tym wszystkim radzę. Jednak powoli opanowywały mnie mroczne myśli.
WWW Zima minęła, wiosna na dobre zagościła, ja jednak nie potrafiłem się nią cieszyć. Tak jak i tym, że zbliżały się wakacje. Byłem chyba jedynym uczniem w historii, który się ich obawiał. Uznałem, że jestem przeklęty. To ja jestem winny tych śmierci. Nie wiedziałem w jaki sposób, ale to czułem. Czułem to całym sobą. Tak jak i to, że jeśli jeśli czegoś nie zrobię, świat odbierze mi w następnej kolejności tego, kto poświęcił swoje szczęście, aby się mną zająć. Dlatego prosiłem o znak, co mam począć.
WWW Ten w końcu nadszedł. Gdy szedłem z tobą do szkoły, jak pamiętasz, mieliśmy do przejścia jedną ulicę. Nic niebezpiecznego, ale my, narwane dzieciaki, musieliśmy coś wymyślić, więc chodziliśmy na skróty. Oszczędzaliśmy kilka minut, spacerując wśród drzew, ale te zasłaniały potem część drogi. Prędzej czy później musiało się to stać.
WWW Pamiętasz? Wyszedłem na pas jako pierwszy i natychmiast usłyszeliśmy głośny klakson. Obejrzałem się i zobaczyłem rozpędzoną ciężarówkę, która miała zaraz we mnie uderzyć. Nie ruszałem się. Czekałem na nią. Uznałem to za mój znak, że tak to ma się skończyć. Wtedy poczułem szarpnięcie. To ty pociągnąłeś mnie za plecak, także obaj znów byliśmy na ścieżce, a tir, wściekle trąbiąc, przejechał tuż przed nami.
WWW Uratowałeś mnie i obróciłeś wszystko w żart. Nie wiedziałem co począć. Jak zareagować. Czy właśnie odebrałeś mi dar od losu, czy może wręcz przeciwnie - dałeś mi go? Bóg chce bym dalej żył ze swym przekleństwem, ściągając śmierć na wszystkich dookoła? Nie wiedziałem, ale nie pozostało mi nic, jak tylko zobaczyć, co będzie.
...

WWW A było dobrze, a przynajmniej lepiej. Wujkowi nic się nie stało. Był tylko nerwowy, ale on chyba miał tak zawsze. Przeżywszy wakacje bez żadnej tragedii, popłakałem się ze szczęścia. Przyszło mi do głowy, że to była moja kolej. Tym razem to ja miałem marnie skończyć i dać innym powód do żałoby. Nieświadomie przerwałeś to szaleństwo. Jednak i z tej ponurej lekcji coś wyciągnąłem. „Nie potrafisz żyć dla siebie, żyj dla innych. Tak, aby nie być powodem do płaczu, gdy nie potrafisz przynieść radości.”
WWW Dziś, po tylu latach, stoję nad twoim grobem. Gdy ty, zwykle pełny życia, niesamowitego optymizmu i bądźmy szczerzy – naiwności, odszedłeś; ja wciąż żyję na podarowanym, a być może i ukradzionym czasie. Zostawiłeś po sobie dom, dzieci, kochającą żonę i wielu takich jak ja - zawdzięczających ci niemal wszystko. Mam nadziej, że inni lepiej spożytkowali ten dar.
WWW Deszcz. Chyba pada już od dłuższego czasu. Widać, bardzo się zamyśliłem. Pogrzeb już dawno się skończył, chyba powinienem wracać do domu. Żegnaj przyjacielu, Jedyne co mogę jeszcze dla ciebie zrobić, to opowiedzieć innym, nawet tym, którzy nas nie znają, co wtedy dla mnie zrobiłeś. Bo nie ma małych i wielkich historii, wszystkie są równie ważne...
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 13:14 przez ancepa, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:42

[center]Lekcja Joachima von Ribbentropa[/center]

WWWMinister spraw zagranicznych Rzeszy, Hrabia von Ribbentrop, podróżował wiele i często. Wynikało to w równej mierze z jego funkcji ambasadora, jak i z pasji zwrotnic i wagonów, za pomocą której realizował swój najdonioślejszy cel życiowy. Nie była nim wcale zagłada Bogu ducha winnych Żydów ani rzucenie na kolana narodów Europy. Była nim edukacja. Hrabia miał swoją teorię dyplomacji, doprowadzającą kolegów z partii do rozkosznego drżenia członków i kulminacji tętna. Zarzucił sentymentalną i niedopasowaną do nowej epoki szkołę wiedeńską; do rowu wepchnął talleyrandowski cynizm. Jego dyplomacja była dyplomacją pancerkampfwagenów miażdżących domy, katedry, ludzi, fortepiany i gmachy użyteczności publicznej.
WWWSwoją koncepcję, nazywaną w zaufanym kręgu morderców i dewiantów dyplomacją gąsienicową, wpoić chciał uczniowi. Nie podrzędnemu urzędniczynie z niemieckiego korpusu, a człowiekowi z prochu strzeleckiego, który stałby się ambasadorem Apokalipsy i urzeczywistniłby hamowane wolą Fuhrera pragnienia swojego preceptora. Nie był jedyny. Jego największy rywal – Mołotow – również prowadził poszukiwania, wywołując u Hrabiego cierpkość skóry i zasnuwając jego myśli smugą furii.
WWWAż Hrabia, zawitawszy do stolicy pogańskiego kraju na wschodzie, odnalazł istotę idealną dla swoich celów. Był to człowiek o przebiegłości burzowej chmury, nieustępliwości seryjnego mordercy i wytrwałości barbarzyńskiej zemsty. Człowiek, który – odpowiednio, rzecz jasna, ukierunkowany – mógłby przerosnąć wszystkie potwory, chodzące po ziemi. Człowiek, którego liczba byłaby sześćset sześćdziesiąt i siedem.

...

WWWHrabia von Ribbentrop opanował krwawy świergot popędów i przystąpił do planowania lekcji, która miała być arcydziełem pedagogiki i sztuki wychowawczej. Należało wyplenić z nieświadomego ucznia złe nawyki. Brak elastyczności upodabniał ministra Becka do stalowego pręta; było to co prawda ulubione narzędzie Gestapo, wywołujące u Hrabiego przyjemne skojarzenia, lecz nie miało zastosowania w polityce, która przeszła dawno do bardziej wyrafinowanych środków nacisku. Przyszły uczeń nieustannie memłał w ustach zwiędłe, zalatujące zgniłym mięsem pojęcie honoru, co raziło kulinarny gust jego pedagoga.
WWWHrabia ostatecznie nie dowiedział się, gdzie popełnił błąd. Gdy biel wariantu zmiotła barbarzyński kraj na wschodzie, trudno było mu uwierzyć w porażkę. Lekcję zaplanował perfekcyjnie. Zawarł w niej wszystkie elementy nauczania Izokratesa, zmodyfikowane zgodnie z duchem wieku: retorykę zdrady, dekonstrukcję definicji, majeutyczną destrukcję racji stanu, naturalizację czaszek, a także bonus od serca: zwyczajne, podłe kłamstwo. Tymczasem minister Beck nie przyswoił materiału i zamiast odznaczeń z bursztynu wybrał gruźlicę, paskudną śmierć na końcu świata.
WWWVon Ribbentrop nie wiedział, gdzie popełnił błąd. Ukrytym między wierszami aneksem do wszystkich jego dyplomatycznych not, posłanych na wschód w sierpniu wielkiego roku, były słowa: „Siadaj. Niedostatecznie.” Jedyną jego pociechą, marną zresztą, była niepodważalna skuteczność dyplomacji gąsienicowej. Resztę życia spędził na zaspokajaniu prymitywnych instynktów, to znaczy katowaniu Żydów i komunistów. Nie przestał nigdy boleć nad swoją wielką wychowawczą klęską, zakończoną defiladą Wehrmachtu w Brześciu. Zmarł w nienawistnym zapomnieniu, powieszony przez sędziów wielkiego świata.[/quote]
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 13:11 przez ancepa, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:45

[center]Lekcje dziadka: 12. Wolność
[/center]

-Swoboda myśli. Wiesz jaki to luksus? Myśleć i mówić co tylko się chce, co nam leży na sercu? Mieć własne poglądy i możliwość mówienia o nich?
-No, racja. Chwała Boga, za to że żyjemy w wolnym, demokratycznym państwie.
-Wolnym? Jesteśmy nieustanie manipulowani dziesiątakami informacji przyprawionych kłamstwami i ideałami. Rzecz w tym, że wciąż potrafimy to selekcjonować. Puki to robimy, jest jeszcze nadzieja. Jedak technologia wciąż idzie naprzód. Już niedługo powstaną takie maszyny, że będą mogły mówić nam jak mamy myśleć, co mamy robić. Sterować nami.
-Mówisz o praniu mózgu?
-Właśnie.
-Daj spokój. To niewykonalne.
-Dlaczego? Przecież to wszystko to tylko impulsy elektryczne i drogi jakimi się poruszają, Już od dawna potrafimy je obserwować. Myślisz, że nikt nie stara się, zbudować odpowiedniego urządzenia? Zdajesz sobie sprawę, jak wielu ludzi zapłaciłoby majątek za coś takiego?
-No dobra. Jednak naukowcy to nie głupcy. To elita ludzkość. Doskonale umieją myśleć, więc nikt nie zrobi takiej maszyny.
-A co im do etyki? Oni budują, tworzą to co potrzeba i co mogą. Dla nich to może być coś, co z resocjalizuje przestępców, uleczy wariatów. Cokolwiek ludzie zrobią z ich wynalazkiem, to dla nich nie będzie ich wina. Jak było z bomba atomową? Rakietami dalekiego zasięgu? Internetem? Jak wiele wynalazków miało bronić pokoju, a służy wojnie?
WWWMilczeli. Ludzkość kochała walczyć i wykorzystywała wszystko, co tylko mogło dać większą władzę. Żaden z nich nie sprzeczał się z tym. Po prostu z historią trzeba się pogodzić i wyciągnąć z niej wnioski. Nie powielać starych błędów, ale powoli zmieniać teraźniejszość w lepszą przyszłość, taką jaką chcemy mieć dla siebie i swoich dzieci.
-Zacząłem się martwić.
-Jesteś młody. Masz siłę walczyć i zmieniać świat. W moim pokoleniu ona już dawno wygasła. Teraz już tylko narzekamy i czekamy, na to co wy zrobicie. Jeśli lękasz się tej przyszłości, nie pozwól, aby taką się stała.
-Co jeśli pewnego dnia obudzę się, a świat będzie już inny? Co jeśli za późno dostrzegę zmiany?
-Walcz. Po prostu walcz. Puki potrafisz i wierzysz w słuszność tego co robisz, aby potem móc powiedzieć, że chociaż próbowałeś.

WWWKtoś uporczywie dobijał się do drzwi. Głośne uderzenia, które mnie zbudziły, sprawiały wrażenie młota, który zaraz się przebije do środka. Wciąż niedospany, szybko założyłem poplamioną koszulę oraz dżinsy leżące na krześle i poszedłem sprawdzić kogo niesie z samego rana. Jeszcze sąsiedzi doniosą na mnie, że takich ludzi tu zapraszam.
WWWWyjrzałem przez judasza, ale osoby po drugiej stronie oka nie wydawały mi się ani trochę znajome, za to strasznie zniecierpliwione. Cóż zrobić, ostatnio mieszałem się w politykę, może przyszli mi coś powiedzieć, a może wręcz przeciwnie – zastraszyć? Niestety nie mogłem wyprosić pozwolenia na broń – miałem tylko niewielki nóż. Jednak nawet on może być groźną bronią, jeśli jest umiejętnie użyty oraz niespodziewany. Ja sam nosiłem go w podskórnej kieszeni. Wyczuwając go i jego gotowość do akcji, otworzyłem drzwi, starając się wyglądać na bardziej rozkojarzonego niż byłem w rzeczywistości.
WWW-Słucham. O co chodzi? - Zapytałem, po czym mimowolnie ziewnąłem.
WWW-Pan Tadeusz Jan Pietrenga? Urodzony w Orzepowicach 29 lutego 1997?
WWW-Tak . To ja. Kim panowie są i czego ode mnie chcecie? - Byłem coraz bardziej zaniepokojony. Ich postawa, wygląd, pełne powagi i profesjonalizmu zachowanie. Rządowi agenci. Była ich trojka i co najmniej jeden z nich miał pod płaszczem broń.
WWW-Jesteśmy ze Służb Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jest pan aresztowany zgodnie z protokołem 969. Proszę nie stawiać oporu.
WWW-Zaraz, zaraz. Pod jakim zarzutem? Może byście się choć wylegitymowali?
WWW-Zgodnie z rozporządzeniem z 2017 roku, SBW nie musi podawać powodów aresztowania ani się legitymować. Proszę nie stawiać oporu, bo będę zmuszony użyć siły.
WWWCo mówiąc wyciągnął podręczny paralizator kierunkowy. Nie miałem wyboru, pozwoliłem im się skuć i wyprowadzić. Jeden z nich był na tyle miły, że zamknął drzwi na klucz i wrzucił go do moich spodni, za co mu szczerze podziękowałem.
WWWZaprowadzili mnie do czarnej furgonetki i wsadzili do tyłu. Gdy jechaliśmy, zastanawiałem się, o co mogło im chodzić. Nie robiłem nic nielegalnego, nawet nie miałem zaległych mandatów, a co dopiero mieć na sumieniu coś, czym zainteresuje się wewnętrzna policja. Przeszło mi nawet przez myśl, że wzięli mnie za jakiegoś terrorystę. Bzdura, przy dzisiejszej technologi, która pozwala na niesamowicie dogłębną inwigilację, nie można popełnić tak idiotycznego błędu.
WWWTymczasem samochód wjechał na autostradę i zaczął systematycznie wymijać innych kierowców, mających mechaniczne ograniczniki prędkości. Ciekawy byłem dokąd mnie wiozą. Skoro wjechaliśmy tutaj, to pewnie daleko. Równie interesujące było jak głupio musiałem wyglądać dla postronnych. Czarny samochód z agentami w czarnych garniakach, a z nimi ja. Wysoki i zarazem chudy rudzielec w poplamionej musztardą koszuli i wytartych spodniach. Tak, byłaby z tego niezła karykatura.
WWWDogoniliśmy inną, czarną furgonetkę, prawdopodobnie też należała do Służb, bo dalej trzymaliśmy się razem. Na szczęście podróż nie ciągnęła się zbyt długo, bo zacząłem się nudzić. Chciałem wreszcie wiedzieć o co tu chodzi! No i się dowiedziałem. Końcem trasy nie okazał się żaden budynek, czy choćby miasto, a spora ciężarówka. Gdy się zbliżyliśmy, jej tył otwarł się i wysunął wygodny wjazd.
WWWWjechaliśmy do środka. Tuż przed miejscem gdzie zatrzymaliśmy samochód, była jakby poczekalnia z kilkoma drzwiami. Przyprowadzono tam mnie i jeszcze jednego faceta, to jego wieźli drugim samochodem. Zabroniono nam się odzywać, ale już zdążyłem się dowiedzieć, że i on jest równie zaskoczony swoją obecnością w tym miejscu co i ja. Po kilku minutach otwarły się drzwi i ujrzeliśmy jakiegoś podstarzałego profesorka w białym kitlu. Poczułem dreszcz, widząc jak się nam przygląda.
WWW-Dziś tylko ci dwaj?
WWW-Taaa. Załatwmy to możliwie szybko i będziemy mogli obejrzeć sobie wczorajszy mecz.
WWW-Nagrałeś? No proszę, a ja się tak wkurzałem, że dostaliśmy niespodziewane, ekspresowe zadanie.
WWW-Dobra. Dosyć tej gadki. Wprowadźcie ich.
WWW-Obu naraz?
WWW-Pewnie, a czemu nie? Jeden farciarz popatrzy co robimy. Choć przez chwile będzie mógł podziwiać nasze cudo.
WWWNie rozumiałem o co chodzi. Gdy nas zaciągnęli do środka, zobaczyłem tylko kilka komputerów oraz jakieś dziwne krzesło wbudowane w coś na kształt ściany z wystającymi cewkami i monitorami. Gdy dwaj faceci w czerni, przypięli mnie do rury, mojego rówieśnika umocowano na tym fotelu. Stalowe klamry i pas nie powalały mu się ruszyć nawet o centymetr.
WWW-Patrz i podziwiaj, co potrafi nowoczesna technologia. W ciągu godziny z tego antyspołecznego indywidualisty, wrogiego planom naszego ukochanego rządu i idei Zjednoczonej Federacji Europejskiej, zrobi przykładnego obywatela nowego świata. I on nawet nie będzie sobie zdawał sprawy, że coś się stało. - Mówił ten w białym kitlu, ni to do mnie, ni to w próżnię. Ja zaś słuchając go, przechodziłem z niedowierzania w przerażenie. Na moich oczach włączył maszynę. Pracowała cicho, z ledwie widocznymi skutkami, można było je obserwować głównie po wskazaniach i samej ofierze. Zacząłem się szarpać, ale kajdanki nie puszczały. Jeden z śledczych spojrzał na mnie z góry i się roześmiał, jakby patrzył na muchę szarpiącą się w jego pajęczynie.
WWW-Nie śpiesz się tak. Przecież ci nie odmówimy naszej kuracji, chcemy tylko twojego dobra.
WWW-Profesorze, a tym razem wszystko dobrze ustawiłeś? Wiesz...
WWW-Słuchaj, wtedy to był przypadek, trochę wcześniej wypiliśmy no i jeszcze nie kontaktowałem.
WWW-No i w efekcie wgrałeś pakerowi świadomość posłusznej żony – roześmiał się jeden z agentów, a po chwili dołączyła do niego reszta. Doktora bynajmniej to nie bawiło, choć chyba nie żałował tego co robi. Czy on wierzył, że tak właśnie powinno być? Odgórne wyrównywanie wszystkich do jednego poziomu, a wszelki sprzeciw - na stos? Nie, musiał to robić dla pieniędzy, dla władzy. Dla jakiejkolwiek osobistej żądzy, ale nie dla idei. Nie chciałem myśleć, że można się stać potworem, broniąc jakiegoś dobra. Gorzej, ja niedługo mogłem stać się podobnym, jeśli się nie uwolnię, bo jak rozumiem, mogą zmienić każdego, w kogo tylko chcą. Jak? To było nieważne. Kompletnie mnie to nie interesowało, a przynajmniej nie tak jak to w jaki sposób mogę tego uniknąć.
...

WWWDrzwi znowu się otworzyły, do środka weszła jakaś młoda, jakby znajoma dziewczyna. Była ubrana tak, by kusić, rozbudzać pragnienie. Jej ubranie raczej odsłaniało niż kryło. W ręce niosła tacę z kilkoma parującymi filiżankami. Podała je całej czwórce. Ukłoniła się i chciała wyjść, ale jeden z śledczych ją zatrzymał. Pogładził delikatnie po młodej, uśmiechniętej twarzy. Ona zapytała, czy może jakoś pomóc. Zaprzeczył. Wtedy spytała, czy nie chciałby się zrelaksować z nią i z niejaką Moniką. Odparł, że może później.
WWWUkłoniła się więc i wyszła, a ja wreszcie załapałem, czemu wydawała mi się znajoma. To była Ona. Kobieta, która obrzucała ministra Figlowskiego krowimi plackami, wyzywając od bezbożników, których Allach potępi i sprowadzi na nich wieczne cierpienie. W telewizji mówili, że została porwana, było to jakiś miesiąc temu. Kto by spodziewał się zastać ją tutaj, w takim stroju, zachowującą się jak, jak... Sam nie wiem jak to określić. Jednak nie było mowy o pomyłce, to była ona. Doskonale zapamiętałem jej twarz.
WWW-Piękna prawda? Ale nie marz o niej, potem i tak wszystko zapomnisz, a jej już pewnie nigdy nie zobaczysz. Dobrze jej tu z nami i raczej nie będzie chciała odejść z takim brudasem jak ty.
WWWMinuty mijały. Człowiek przyczepiony do fotela, już dawno przestał się szarpać. Teraz był raczej rozluźniony, zrelaksowany. Jeszcze trochę, a się rozpłynie ze szczęścia. Patrzyłem na zegar, zostało jeszcze dziesięć minut kuracji. Dziewięć. Czas nagle przyśpieszył. Osiem. A ja czekałem, na swoją kolej, modląc się w głębi ducha po raz pierwszy od wielu, wielu lat. Siedem.
WWWWreszcie zegar dobił do zera.. Wzięli mnie pod ramiona i chcieli zaprowadzić na miejsce mej „śmierci”. Nie spodziewali się, że jestem silniejszy niż na to wyglądam, a może to wola przetrwania dodała mi sił? Popchnąłem jednego z nich. Ten próbując złapać równowagę, wylał kawę i komputer zaskwierczał. To zdekoncentrowało na chwilę pozostałych. Wyszarpnąłem się i pobiegłem do jednego z ich samochodów. Z jego pomocą zdołałem zbiec. Lecz to nie koniec. To, jak już chyba sami rozumiecie, dopiero początek.

WWW-Uciekł?
WWW-Tak.
WWW-Doskonale.
WWW-Proszę wybaczyć, ale nie rozumiem, czemu tak to pana cieszy.
WWW-Mimo wszystko, mimo tego co mamy, co dajemy, co możemy, tam gdzieś i tak powstanie opozycja. Ruch oporu, który może nawet kiedyś wyjść z kanału z bronią w rękach.
WWW-Więc dlaczego im pomagamy?
WWW-Bo chcę, abyśmy to my go zbudowali. Gdy nawet oni, nieświadomi tego, będą na naszym sznurku, kto zdoła się nam sprzeciwić?
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 13:15 przez ancepa, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:49

[center]Lokal nr 16[/center]

[center]TAJEMNICA WCIĄŻ NIEWYJAŚNIONA[/center]
Willa Stjepankowów pozostaje opuszczona. Pod dwóch tygodniach nieobecności gospodarzy, sąsiedzi zgłosili ich zaginięcie. Policja w najmniejszym stopniu nie zainteresowała się sprawą. Czy sąsiedzi Stjepankowów na pewno pochopnie alarmują służby?
Sytuacja przypomina wciąż niewyjaśnioną sprawę Nikałaja Asparowicza (16 lat) sprzed dwóch miesięcy. Czy oba zaginięcia są ze sobą powiązane?
Ludzie snują przypuszczania, pojawiają się teorie spiskowe. Lokalne władze bagatelizują problem.
RIA Nowosti, 17/10/13.

[center]Z JENISIEJU WYŁOWIONO CIAŁO NASTOLATKA[/center]
Dziś rano z rzeki Jenisiej wyłowiono ciało nastolatka. Znaczny stopień rozkładu uniemożliwił szybką identyfikację. Sekcja zwłok wykazała, że nastolatek nie żył już, gdy wrzucono go do rzeki.
Izwiestia 18/10/13

[center]PSYCHOPATA ZABIŁ SZESNASTOLATKĘ[/center]
Moskwą wstrząsnęła wieść o okrutnym zabójstwie Wiery Iwaszkiewicz (16 lat). Ciało dziewczyny znaleziono wywleczone na ulicę przed domem ofiary. Sprawcy nie udało się odnaleźć. Na brzuchu i szyi ofiary morderca wypalił runiczne znaki układające się w słowo: zemsta.
Moskowskije Nowosti 19/10.13


[center]SERIA ZABÓJSTW W SANKT-PETERSBURGU[/center]
W nocy z 19 na 20 października w Sankt Petersburgu zamordowano troje nastolatków. Dwoje z nich (rodzeństwo – Lena i Władimir Ulianowie) zginęli od licznych ran, zadanych najprawdopodobniej nożem. Trzecia z ofiar pochodzi z innej dzielnicy miasta, zabito ją także w inny sposób.
Policja jest bezsilna. Sprawcy nie sposób ustalić. Funkcjonariusze są niemal pewni, że za morderstwami z Sankt Petersburga stoi jeden człowiek. Trwa śledztwo. Najprawdopodobniej zabójca wyszukuje ofiary według jakiegoś klucza. Policjanci próbują ustalić, co łączy zamordowanych. Czy seria morderstw z Sankt Petersburga nie jest elementem fali mordów, rozprzestrzeniających się na całą Rosję? Policja apeluje o ostrożność.
Izwiestia 20/10/13
[center]~*~*~*~[/center]

20.10, rok 2013, godzina 19.00.
Zapada zmrok.
Niewielkie, pokomunistyczne miasteczko położone we wschodniej Europie wysycha po całodziennej ulewie. Woda niemrawo kapie z azbestowych dachów.
Jasnowłosa szesnastolatka zasuwa pod brodę zamek brązowej, ortalionowej kurtki. Zatrzymuje się w pół drogi, na środku chodnika, omijana przez śpieszących gdzieś przechodniów. Jej długie, zmarznięte palce wyłuskują z kieszeni niewielką kartkę. Papier jest wymięty. Dziewczyna prześledza wzrokiem koślawą, odręczną cyrylicę. Ulica Puszkina 4. Lokal 16.
Ktoś ją potrąca. Dziewczyna drży. Ktoś przeprasza. Ona ściska zawieszony na szyi nieśmiertelnik.

[center]~*~*~*~[/center]
Jurij Kuzniecow leniwie przegląda rozłożone na zachlapanym kawą biurku zdjęcia domów. W ostatnich czasach interesy nie idą najlepiej... Te „lewe” do niczego, o „prawych” też lepiej nie mówić. Jego agencja. Wzdycha ciężko. Jego zmarły przed dwoma laty ojciec wiązał z tym interesem wielkie nadzieje. Jurij zaś... Jurij czeka na przysłowiową gwiazdkę z nieba, która wpadnie w jego pulchne ramiona i wręczy mu plik banknotów na wyjazd na Karaiby.
Słysząc stęknięcie drzwi, mężczyzna unosi zaskoczony głowę. O tej porze raczej nikt nie przychodzi...
W drzwiach stoi nastolatka. Drobniutka, z rumieńcem nieśmiałości na twarzy. Dziewczyna odchrząka cicho.
- Przepraszam, czy trafiłam do biura agencji mieszkaniowej?
Jurij kiwa głową.
- Skromnie tu jest, ale... tak. Czego chcesz?
Dziewczyna obejmuje się ramionami. Jest wyraźnie spięta. Rozgląda się po niemal pustych ścianach. Zupełnie nagle kieruje spojrzenie prosto na niego. Ma jakieś takie... dziwne oczy. Niebieskie... Zbyt niebieskie.
Błyskawicznym ruchem sięga za pazuchę. Wciska w jego rękę małą kartkę.
-Chcę kupić dom - jej głos brzmi delikatnie, jak bryza na wymarzonych wakacjach.
- Przyjdź z rodzicami – pada znudzona odpowiedź.
Dziewczyna na chwilę przymyka oczy. Ciche westchnienie.
- Proszę pana... - szept, na którego brzmienie nie potrafi pozostać obojętnym. - Z tym może być problem. Nie pamiętam... Nie pamiętam nic. Tylko pisk hamulców. Swój krzyk. Miałam wypadek. Nie pamiętam nic... tylko ten adres. Tylko... to...
- To mieszkanie – Jurij pokazuje jej niewyraźne zdjęcie. - Chcesz je kupić. Za co?
Dziewczyna kładzie na blat plik banknotów.
- Skąd to masz? - mężczyzna pyta podejrzliwie, ale szybko przelicza pieniądze. Karaiby, Karaiby...Starczy na Karaiby.
Dziewczyna rozchyla lekko wargi, ale zaraz kręci głową. Zamyka usta w wąska kreskę. Ściska palcami zawieszony na szyi nieśmiertelnik.
Mężczyzna waży klucze do mieszkania w dłoni.
- A bierz to w czorta – stwierdza nagle, rzucając dziewczynie klucz.
Szybkie dopełnienie formalności. Szybki podpis. Starczy. Już jutro i tak go tu nie będzie.
Dziewczyna jest już przy drzwiach. Niespokojny rzut oka i...
- Czy jesteś przesądna?
Dziwne pytanie.
- Nie. Dlaczego pan pyta?
- Tak tylko. Ten dom... To mieszkanie. Tam podobno się działy... dziwne rzeczy.

[center]~*~*~*~[/center]

...

www Na zewnątrz króluje niepodzielnie noc. Mroku nie rozprasza żadna latarnia.
www Drzwi uchylają się ze złowróżbnym skrzypieniem. Potem słychać tylko cichy oddech nastolatki. Irina w jednej ręce trzyma klucz do mieszkania, drugą manipuluje przy latarce. Jest. Przycisk. Działa. Korytarz wypełnia ostre, sztuczne światło. Spojrzenie niebieskich oczu prześlizguje się po numerach na obdrapanych drzwiach. Wreszcie odnajduje numer szesnasty. Drzwi na lewo, na końcu. Irina jest już przy drzwiach, gdy latarka gaśnie. Zapada ciemność. Dziewczyna czuje dotyk czegoś szorstkiego tuż pod prawą kostką. Głośno wciąga powietrze.
www Latarka na krótką chwilę się zapala. W jej gasnącym świetle Irina dostrzega kosmatą wycieraczkę, poniewierającą się jej pod nogami. Dziwne. Wygląda jakby ktoś już wcześniej się o nią potknął. Irina otwiera drzwi. Klucz pasuje idealnie. Drzwi otwierają się bezszelestnie. Dlaczego ktoś naoliwił drzwi do mieszkania, ale głównych już nie?
www Latarka gaśnie definitywnie. Dziewczyna wchodzi do mieszkania i wymacuje dłonią włącznik. Jej oczom ukazuje się zagracony salonik skąpany w sennym świetle żyrandola. Irina zamyka za sobą drzwi. W pomieszczeniu unosi się silny, kwiatowy zapach. Nastolatka rozgląda się dookoła. Nijaka, z lekka wypłowiała kanapa, mały stolik. Dalej regał z jakimiś książkami. Cisza... Tylko jej oddech i... coś stuka. Irina ostrożnie kieruje się w stronę, z której dobiega odgłos. Otwiera jedne z dwu par drzwi.
www Łazienka. Beżowe kafelki. Umywalka. Pokryty osadem kran. To z niego kapie woda. Wystarczy jeden ruch, a niepokojący ja wcześniej odgłos znika. Irina niemal się uśmiecha, gdy jej wzrok błądzi po wyposażeniu łazienki. Uśmiech ten znika, gdy dostrzega ciemnoczerwoną plamę przed kotarą zasłaniającą prysznic. Serce bije jej mocniej. Szybkim ruchem odsuwa zasłonę. Pusto. A co miałoby tu być? - karci się w myślach. Wyobraźnia nachalnie podsuwa jej obrazy kilku wariantów odpowiedzi. Rozdygotana dziewczyna raz jeszcze omiata wzrokiem każdy kąt kabiny... i zaczyna się śmiać. Na półeczce na mydło stoi kartonik soku pomidorowego. A ja się tak przestraszyłam. To zwykły sok. Tylko sok pomidorowy... Zaraz. Sok pomidorowy... w łazience?!
Wycofuje się do saloniku. Otwiera następne drzwi.
www Kuchnia. Na stole niedojedzone bliny z mięsem. Obok puszka coli, jeszcze nieotwarta. Wzrok Iriny przenosi się na kuchenną szafkę. Na szerokiej półce stoi pojemnik na noże. Są cztery. Brakuje jednego.
www Dziewczyna najciszej jak umie wyjmuje jeden z noży. Długi tasak. Niemal bezszelestnie wychodzi z kuchni.

[center]~*~*~*~[/center]
www Przeszukała całe mieszkanie. Nie znalazła niczego więcej. Teraz jest pewna, że zbytnio przejęła się wzmianką Jurija o tym, że działo się tu coś niepokojącego. Jej oddech jest spokojny. Śpi.
www Drzwi są zamknięte od środka. Okno częściowo uchylone... Ale to drugie piętro.
www Coś stuka w szybę.
www Irina otwiera oczy. Przycupnięty na parapecie ptak przekręca główkę, wlepiając w nią paciorkowate ślepka. Dziewczyna podnosi się z wersalki. Kwiatowy zapach wzmocnił się, odkąd położyła się spać. Teraz jest nie do wytrzymania. Co tu tak... cuchnie? Próbuje odnaleźć źródło zapachu. Wersalka.
www Irina stęka cicho, odsuwając wierzch mebla. Zagląda do skrzyni... I czuje, jak po plecach cieknie jej zimny strumień potu. Cała skrzynia wysypana jest jasnymi kuleczkami, to one muszą wydzielać zapach. Spodnich wystają zsiniałe usta. Kawałek twarzy. Dalej czubki butów.
www [center]Spałam nad trupem.[/center]
www Dziewczyna wybiega, krzycząc. Nie patrzy przed siebie. Mija jedne drzwi, drugie. Wypada na korytarz. Czuje szorstki dotyk na kostkach. Zaplątuje się w wycieraczkę. Upada. Słychać trzask czaszki rozbijanej o kamienną podłogę.

[center]~*~*~*~[/center]

[center]SERYJNY MORDERCA JUŻ NIE ZAGRAŻA[/center]

www Od dwóch miesięcy w całej Rosji ginęli przypadkowi ludzie. Jedynym kryterium łączącym ofiary był ich wiek – wszystkie miały zaledwie 16 lat. Wszystkie zamordowano najprawdopodobniej, gdy zostały same w domu bądź na ulicy.
www Dziś koszmar się skończył.
www Patrolujący okolicę rynku policjanci zauważyli otwarte drzwi bloku, który od dawna powinien być opuszczony. Weszli do środka, znajdując na korytarzu martwą od kilku godzin dziewczynę. Przyczyną śmierci był niefortunny upadek. W mieszkaniu, z którego musiała wybiec dziewczyna, znaleziono zwłoki innego nastolatka. Po porównaniu odcisków palców zebranych z miejsca zdarzenia okazało się, że pasują do tych pobranych z miejsc poprzednich zabójstw. Wszystkie odciski pasowały do linii papilarnych na palcach odnalezionej w korytarzu dziewczyny.
www Policja wciąż próbuje uściślić, czym kierowała się zabójczyni i dlaczego tak panicznie uciekała z miejsca zbrodni. Wiele wyjaśnia biografia morderczyni.
www Irina Tierientnowa była grzecznym i niesprawiającym kłopotów dzieckiem – przynajmniej tak mówiono o niej do ukończenia szkoły podstawowej. Przejawiająca nietypową wśród młodzieży chęć do robienia czegokolwiek bez zmuszania, o konkretnych zainteresowaniach i ambitnych, zaskakująco sprecyzowanych planach na przyszłość, stała się ofiarą gimnazjalnego mobbingu zarówno ze strony rówieśników, jak i nauczycieli, którzy nie potrafili lub nie chcieli zapewnić jej właściwej ochrony.
www Motywem popychającym Tierientnową do zbrodni była zemsta. Ustalono, że ofiary Iriny nie tylko były jej równolatkami, ale uczęszczały z nią do jednej klasy w gimnazjum.

Fakticieskije 21/10/13
Ostatnio zmieniony sob 21 wrz 2013, 13:18 przez ancepa, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2650
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » czw 11 lip 2013, 23:53

[center]Praktyczna strona karmy[/center]

wwwDzyń, dzyń – moneta odbiła się od paru kamieni i wpadła w płytką wodę.

wwwPo chwili w tunelu rozległ się dźwięk plaskających na mokrych kamieniach łapek.
www– Mówiłem Edkowi, że nie mogę iść na tę akcję – w ciemności rozbrzmiał piskliwy głos. – Ale nie, uparł się. Powiedział, że jak się nie podejmę, to obetnie mi przydział. Wyobrażasz sobie?
www Odpowiedzią był cichy pomruk. Hektor chyba sobie wyobrażał, ale nie przeszkadzało mu to w wyrażeniu swojego wsparcia.
www– No to ja na to, że ogon mu już chyba do reszty wyłysiał – ciągnął Dozer. – Taszczę tego złomu najwięcej ze wszystkich. Gdzie tu jakaś podstawowa sprawiedliwość, hm?
wwwTym razem od strony Hektora doleciały tylko dwa chrząknięcia. Znaczyło to: „Sprawa do przemyślenia”.
wwwZatrzymali się tuż przy snopie światła.
www– No dalej, wskakuj – Dozer popędził milczącego przyjaciela. – Przecież wiesz, że łapa mi się jeszcze nie wygoiła. Nie mogę jej moczyć w tym syfie.
wwwTak naprawdę jednak, nie chodziło o mu łapę. Popatrzył jeszcze raz w górę i wzdrygnął się lekko. Niepokoił go ten otwór. Zawsze kiedy naruszał granicę ciemności, miał jakieś niepokojące wrażenie. Tak, jakby było w jasności i spadających przedmiotach coś więcej niż się na pierwszy rzut oka wydawało. Dodatkowa warstwa znaczeniowa.
wwwMistycyzm dla ubogich – skarcił się w duchu.
wwwNo, a poza tym, bał się wody.
wwwObserwował przez chwilę, z jaką łatwością Hektor operuje monetą. W końcu pomógł mu wyciągnąć znalezisko ze studni.
www– Co my tu mamy? – Łapki zaczęły wędrować po wypukłościach pieniądza. Wyglądało to, jakby szukał pod powierzchnią żył wodnych. –Taak, dziś wspaniały połów – wymamrotał. – Obrzydlistwo, ale przynajmniej mocne. Jak pięć zwyczajnych. Dobra robota.
wwwHektor strząsnął wodę z futerka, poruszył z uznaniem wąsami i postawił monetę na rancie. Tak, żeby można było ją wygodnie toczyć.
www– Ja pierwszy – wykrzyknął Dozer, i żeby jak najszybciej oddalić się od snopu światła, zaczął ochoczo popychać przed sobą cenną zdobycz.

wwwSzczurzych ołtarzy było kilka. Wybór odpowiedniego zależał od nagromadzonej w darze mocy. Kryły się w nich jasność i mrok. W różnych proporcjach. Dlatego rzeczy, o których człowiek powiedziałby „plugawe” albo „przesiąknięte złymi intencjami ich właścicieli”, szczury określały gorzkimi. Nie wyobrażały sobie, że tę ledwo wyczuwalną różnicę w percepcji można było opisać inaczej. Pewnie nie zgadłyby również, że w imię tego, co dla nich pozostawało jedynie przyjemnym smakiem lub zapachem, inny gatunek zdolny był poświęcić wszystko, łącznie ze swoim i cudzym życiem. Nikt przecież nie ginie dla przyjemności – tak naiwny był szczurzy sposób myślenia.
wwwJak, w takim razie, udawało się doprowadzić dar do odpowiadającego mu ołtarza? To proste. Ryba ma to do siebie, że pachnie morzem, a chleb – piekarnią. Hektor z Dozerem wiedzieli zaś, że moneta, którą na zmianę toczyli, ma się znaleźć przy monumencie w tunelu najbardziej na lewo od głównego wejścia do kanałów. Był on energetycznie związany z intencjami najbardziej ohydnymi (zarówno w szczurzym, jak i ludzkim rozumieniu tej skali). Gryzonie odczuwały to po prostu jako oczywistość równą temu, że góra jest na górze, a dół – na dole.
www– Jak tam poszły dziś łowy, chłopcy? – usłyszeli dwaj przyjaciele, kiedy wprowadzili pieniążek do pomieszczenia z ołtarzem. Z cienia wyszedł (a raczej wytoczył się) trzeci szczur. Był niesłychanie gruby, a w niektórych miejscach zamiast futra widniały wyłysiałe placki skóry. Ogon miał już złamany co najmniej dwukrotnie. Na widok skarbu, który właśnie został wtoczony do jaskini, w oczach pojawiły mu się nieprzyjemne błyski.
www–Cuchnie, ale starczy dla połowy stada – odpowiedział szczur-gaduła.
www– Mówiłem ci, że przetwarzanie tej energii to sztuka – zagderał stary. – Czy ty nigdy nie nauczysz się szacunku dla wiedzy swoich przodków?
www– Oj dobra. – Dozer machnął łapą. – Powiedz lepiej gdzie to położyć.
www– Tam gdzie zwykle. U stóp posągu.
wwwWspomniany posąg był trzema kamykami ułożonymi jeden na drugim, ale czego wymagać od szczurów?
www– Będzie gotowe na jutro? – Głos Dozera wyrwał kapłana z transu wgapiania się w leżący na wyciągnięcie jego łapy przedmiot.
www– Tak, tak. Jak zwykle – odpowiedział tamten ze zniecierpliwieniem. – Idźcie już sobie.
wwwHektor chrząknął krótko, okazując niezadowolenie.
wwwRozumiem cię – odparł Dozer. – Ale można mu wybaczyć. W końcu co byśmy zrobili bez takich jak on?
wwwJakby na potwierdzenie wypowiedzianych właśnie słów, poczuli specyficzny ostry zapach dobiegający z pomieszczenia, w którym byli przed paroma sekundami. Kapłan zabrał się do pracy.

wwwJuż nazajutrz proces dobiegł końca i substancja była gotowa. Wyszło nawet trochę więcej niż dla połowy stada. Starzec powtarzał, że to tylko półprodukt, a szczury tak naprawdę uczestniczyły w jakimś większym planie; były częścią łańcucha pokarmowego intencji. Ale stado mu niedowierzało. A nawet jeśli, to i tak nie potrafiło przedstawić sobie, co tak naprawdę miał na myśli. Pozostawało więc cieszyć się z ambrozji, której spożywanie było konieczną częścią całego procesu.
www– Ciekawe, co dziś dostaniemy – powiedział Dozer, kiedy dotarli do najszerszego tunelu – głównego miejsca spotkań szczurzej społeczności. Na miejscu zebrał się już spory tłumek. Widać wieść o nowej dostawie rozniosła się szybko. To pewnie przez ten zapach. – Choć, pogadam z Edkiem, może dostaniemy większą porcję? Albo nie, mam lepszy pomysł. – dodał i nie czekając na reakcję Hektora popędził przed siebie, to przemykając między innymi szczurami, to skacząc im po głowach.
wwwCała gromada skierowała pyszczki w kierunku kamienia. Dozer od razu poznał obydwa znajdujące się na nim gryzonie. Wokół leżącej na środku podwyższenia czarnej grudki kręcił się spotkany przez nich zeszłego dnia kapłan ołtarza, do którego wędrowały ohydne dary. Na samej zaś krawędzi przysiadł Edek; gryzoń znacznie młodszy i ze dwa razy mniejszy od starca. Cechy te nie przeszkodziły mu jednak w zostaniu przywódcą stada. Był niewiarygodnie inteligentny; umiał policzyć ile osobników należy do społeczności. Prawda, pysznił się tym aż do przesady, ale nikt się temu nie dziwił. Większość szczurów poznała tylko umiejętność dodawania do czterech, więc swojego wodza traktowali jak półboga. Z wyjątkiem Dozera i (być może) Hektora.
www– Cześć, Ed – zawołał pierwszy szczur wskakując na kamień. Sekundę później dotarł także drugi.
wwwEdek nie odpowiedział. Patrzył w skupieniu na zgromadzony przed sobą tłum. Dodawał. Albo udawał. Prawdopodobnie chciał zrobić pozytywne wrażenie. Utwierdzić wszystkich w przekonaniu, kto tu jest szefem.
www– Co ten stary pierdziel jeszcze tam robi? – zagadnął Dozer. – Widzisz przecież, że oni już nie mogą się doczekać – powiedział, wskazując ogonem stado.
www– Dopieszcza swoje dzieło – odezwał się w końcu przywódca. – Wiesz, on ma coś nie tak z głową. Chce, żeby kształt był idealny. Uklepuje i uklepuje już tak od dłuższego czasu. Jakby nie wiedział, że za chwilę z jego skarbu nic nie pozostanie. A ty co tu robisz? Nie wolno ci wchodzić na ten kamień, przecież wiesz. Znowu się prosisz, żebym ci obciął przydział, co? – Popatrzył na nich jeszcze podejrzliwie, jakby próbował się domyślić, co ci dwaj kombinują.
wwwNie musiał długo czekać, żeby się dowiedzieć. Ku zaskoczeniu tłuszczy, przerażeniu kapłana i wściekłości Edka, Dozer z Hektorem podbiegli do czarnej bryłki, odgryźli po kawałku i salwując się od razu ucieczką, znikli w jednej z odnóg kanałów. Nikt ich jednak nie gonił. Rozmiar tego, co zostało na kamieniu zmniejszył się tak gwałtownie, że szczury wpadły w panikę. Każdy chciał zatopić zęby w masie. Wybuchło zamieszanie, nad którym nawet Edek nie miał już szans zapanować. Gryzonie pchały się do przodu i właziły jeden na drugiego, żeby jak najszybciej dotrzeć do podwyższenia. Kapłan został gdzieś zepchnięty (jemu i tak już było dość). Istne szaleństwo.
...

wwwTymczasem Dozer z Hektorem upewniwszy się, że nikt ich nie ściga, przysiedli dwa zakręty dalej. Uszy trzęsły im się z ciekawości nowego przeżycia. Substancje, które wytwarzali kapłani zawsze nazywali tak samo – sakramentem.
wwwDoświadczenie było jednak za każdym razem inne. Pierwszy ze szczurów zachichotał na wspomnienie ostatniego rytuału. Dla takich chwil warto było wieść to nędzne życie. To właśnie wtedy Hektor przestał mówić. Inne szczury pytały się dlaczego, ale nie chciał powiedzieć. I tak już zostało.
www– No to zdrowie, przyjacielu – wzniósł toast Dozer i pochłonął od razu cały kawał. Hektor podniósł swoją część w geście sympatii, po czym i jego porcja zniknęła w pyszczku. Żuli w milczeniu gęsty, ciągnący się sakrament. Smakował nie najlepiej, ale tym razem ich to nie interesowało.
wwwNie musieli długo czekać na efekty. Na początku w łapkach poczuli mrowienie, które chwilę później rozlało się gorącem po ich małych, szczurzych ciałkach. Nie wiedzieli, co się z nimi dzieje, acz spodziewali się czegoś niezwykłego. Raz czuli zimno, raz gorąco. Drgawki nie ustawały zaś ani na chwilę. Przed oczami, w ciemności kanałów, zaczęli dostrzegać niezwykłe kolory i zaskakujące regularnością kształty. Dozer zobaczył, że Hektor skręca się w ekstatycznych konwulsjach. Wyglądałoby to strasznie, gdyby nie malujące się na pyszczku uczucie przeżywanej euforii. Rozumiał przyjaciela w zupełności. Więcej nawet. Był z Hektorem jednością. I całe stado było jednością.
wwwNagle zauważyli, że wokół nich zaczęła się zbierać dziwna mgła. Tak jakby ich ciała emanowały energią na tyle gęstą, że dało się ją dojrzeć. Kłębiła się wokół nich przez parę chwil, po czym zaczęła ulatywać do góry, w nieznanym im kierunku. Wiedzieli skądś, czuli, że to była najważniejsza część całej ceremonii. W takich właśnie momentach lepiej rozumieli kapłana. Łańcuch pokarmowy intencji. Byli warstwą ziemi mającą za zadanie przefiltrować przepływającą przez nią wodę. Etapem procesu przerastającym ich swoim ogromem.
wwwTo także dzięki nim wielkie koło dobra i zła toczyło się naprzód. Nawet jeśli na co dzień nie zdawali sobie z tego sprawy.

wwwDzyń, dzyń – moneta zadźwięczała odbijając się od ścian studni.




Wróć do „Walki mocy 2013”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość