O jasną stronę mocy

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Głosujemy na dwa tytuły:

Czas głosowania minął ndz 05 maja 2013, 15:37

1. Coś wiosennego
10
27%
2. Czasem słońce, czasem deszcz
5
14%
3. Mietek dobry chłopak
7
19%
4. Mrugnięcie
15
41%
 
Liczba głosów: 37

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3363
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

O jasną stronę mocy

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:04

Leniwa
Coś wiosennego



WWW Sobota to mój ulubiony dzień tygodnia. Po pierwsze, kocham te momenty, gdy o siódmej rano dzwoni budzik, a ja go wyłączam i śpię dalej. Taki mój mały fetysz. Po drugie, napawam się świadomością, że następnego dnia czeka mnie jeszcze wolna niedziela. Od rana do nocy mogę leżeć, pierdzieć, wcinać niezdrowe żarcie i odmóżdżać się ściągniętymi z internetu filmami.
WWW Niestety, pewnego sobotniego poranka mój szef zdurniał. Zadzwonił do mnie o ósmej! Przerwał mi tym cudowny sen o galopie na śnieżnobiałej owieczce. Nim zdążyłem mu wygarnąć, że zburzył mój święty dzień, kazał przyjeżdżać do firmy. Zaspany, zmęczony i wkurzony odparłem, że nie ma mowy. Ale apokalipsa się zbliża, góra nowe zadania zleciła, mało czasu zostało, trzeba wszystkich zebrać, biadolił szefuńcio do słuchawki. Powtórzyłem, że to mój wolny dzień i nie mam obowiązku pracować. Ale góra się zbliża, apokalipsa zadania zleciła, mało wszystkich zostało, trzeba czas zebrać! Zirytowany do granic możliwości kolejny raz stanowczo zaprotestowałem. Ale czas trzeba zlecić, wszyscy się zbliżają, apokalipsa zadania zebrała, góry mało zostało! Doprowadzony do szewskiej pasji rzuciłem telefonem w ścianę, po czym... potulnie zwlokłem się z łóżka.

[center]***[/center]

WWW W sali konferencyjnej zebrało się pięć osób. Ja, czwórka innych pracowników i szef. To był mały grubas z kręconymi włosami, podziurawioną przez trądzik facjatą i krótkimi nóżkami. Usiedliśmy wszyscy przy podłużnym, dębowym stole, czekając z niecierpliwością na to, co powie ten ludzkoformasty budzik. Wstrzymałem oddech, gdy otworzył swoją wielką paszczę. Nie dlatego, że zionął smrodem. Chyba po prostu intuicja podpowiedziała mi, że usłyszę coś niefajnego. Miała rację, skubana. Oznajmił, że nie wydrukują naszych ostatnich artykułów. Góra zmieniła koncepcję. Dostaliśmy tydzień na napisanie nowych artykułów. Wesołych, radosnych, wiosennych, dobro czyniących! Miały być natchnieniem dla czytelników! W pierwszej chwili myślałem, że się przesłyszałem. Miny towarzyszy niedoli wyprowadziły jednak mnie z błędu. Zmrużyłem oczy, mordując szefa wzrokiem. Gruby twardziel nawet nie drgnął.
WWW Nie miałem pojęcia, o czym pozytywnym mógłbym napisać w mojej rubryce. Sonia, ciemnowłosa okularnica, która siedziała po mojej lewej stronie, tworzy artykuły na temat mody. Szczęściara, nikt chyba nie miał bardziej banalnego działu. Co za problem cyknąć parę fotek jasnym, kolorowym ubraniom? Nawet ja, rasowy facet, potrafiłbym to zrobić.
WWW Za to Michał, wysoki mięśniak z piegowatą cerą, który zajął miejsce naprzeciw mnie, to spec od żarcia. Tworzy wymyślne przepisy, gotuje potrawy, robi im zdjęcia i... hulaj dusza, piekła nie ma. Mógł napisać artykuły w kilka dni. Co to za problem wymyślić parę kolorowych przysmaków?
WWW Władzia, emerytka, nie potrafiąca usiedzieć w miejscu, dzierży za to w swoich rękach dział ogrodniczy. Gdyby nie miała chorych korzonków, zazdrościłbym jej tak łatwej roboty. Co to za problem zasadzić kwiatki? Właściwie nawet nie trzeba tego robić. Są zdjęcia w necie albo gotowe badyle w sklepach. No ale Władzia ani nie umie obsługiwać komputera, ani nie jest przedsiębiorcza i woli babrać się w ziemi. A potem narzeka, że jej plecy od tyłka odpadają.
WWW Najfajniejszą rubrykę ma jednak Ksawery, mały, chudy łysol, bojący się odezwać do kobiety. Jego broszką są artykuły na temat seksu. Prawdziwy farciarz. Mógł poprosić kilka gimbusów, aby zagrali w słoneczko, udając że nie widzą obiektywów i cyk, cyk, cyk! Wiosennie? Pewnie. Artystyczne zdjęcia gotowe!
WWW No to pozostałem ja, Krystian, czyli przystojny brunet. Nie mam lewej nogi, od kolana w dół, bo jakiś debil przejechał mnie samochodem. Wszyscy w moim wieku mają kredyty na mieszkania, a ja wziąłem kredyt na protezę. Uroczo. Dobrze, że chociaż jest wygodna.
WWW Co do mojej rubryki, piszę felietony. Kpię, szydzę i wyśmiewam w nich ludzi. Jakim cudem miałem napisać coś radosnego i dobro czyniącego, skoro od pięciu lat w moich tekstach dominowała posępność i krytyka? Jedyne co mi przyszło do głowy, to błyskotliwa anegdotka o tym, jak pięknej celebrytce puściły zwieracze, gdy dumnie pozowała na wiosennej łące. Ha, ha, ha. Boki zrywać...
WWW Szef wstał od stołu, lustrując nas pełnym nadziei wzrokiem. Znów otworzył paszczę, by ogłosić kolejną wesołą nowinę. Podwyżka! Podwyżka dla grupy, która napisze najlepsze artykuły. No hurra, hurra... Moja ostatnia podwyżka wynosiła całe osiem złotych, nie mogłem się doczekać kolejnej.
WWW Wracając do grup, nasza gazeta podzielona jest na cztery sekcje. Każda sekcja ma swojego rządzącego grubasa. To znaczy... prawdziwy grubas jest tylko u nas, a pozostałymi grupami kierują po prostu grube ryby. Trzeba awansować, aby się tam dostać. Psychologia, zdrowie, nauka, motoryzacja, prawo, polityka... To dopiero działy marzeń. Chociaż z drugiej strony, w naszych była większa szansa na napisanie jakichś wiosennych pierdół. Poza moją rubryką. Do licha!
WWW Spytałem więc szefa, o czym mam napisać. Odparł, że o czymś radosnym, ale w tym samym tonie co zawsze. Zamrugałem oczami nierozumnie i poprosiłem, aby sprecyzował. Fuknął porażony moim niekumaniem, że coś radosnego, kpiącego, wiosennego, szydzącego, wyśmiewającego, dobro czyniącego. No super, powinienem był przynieść karton pączków w podziękowaniu za tak rozjaśniającą mój umysł radę. Zamiast tego odwróciłem się na pięcie i, o ja niewdzięczny, pognałem do domu.
***

WWWKolejne dni upłynęły mi na szlajaniu się po parku i plaży, z kocykiem pod ręką. Jeśli nie rozłożyłem go przypadkiem na psiebiśniegu, to wylegiwałem się na nim, pieszczony promieniami ostrego słońca. Liczyłem, że w ten sposób przyjdzie mi do głowy jakiś plan na artykuł. Kiedy jednak usmoliłem koc, bo jakiś idiota nie sprzątnął smrodów swojego pupila, wracałem do domu, gdzie sadowiłem się w fotelu i, słuchając muzyki klasycznej, próbowałem pobudzić wyobraźnię. Niestety, nic dobrego nie przychodziło mi do głowy.
WWWPierwszy raz w życiu czułem stres, gdy szedłem do pracy oddać wstępny projekt felietonu. Czekając na szefa w sali konferencyjnej, wodziłem niezadowolonym wzrokiem po manekinach, które przytargała za sobą Sonia. Ubrała je w zielone, żółte i pomarańczowe fatałaszki. Uderzały moje oczy przesadną jaskrawością. Co za sztampa.
WWWMichał za to przyniósł tacę z kilkoma miskami barwnych potraw. Ozdobił je plasterkami cytryny, składającymi się na kształt słońca oraz kwiatkami z kawałków pomidorów. Klękajcie narody... Dziecko wykazałoby większą kreatywność.
WWWCałe szczęście, że chociaż Władzia nadmiernie się nie wysiliła i nie przyniosła ze sobą doniczki z badylami. Rozłożyła jedynie na stole jakieś milion zdjęć wiosennych kwiatów. Rozpoznałem wśród nich tylko tulipany. Niech więc będzie, że w tej dziedzinie trzeba coś umieć. W skrycie ducha zwróciłem Władzi honor.
WWWMoże powinienem zostać wróżbitą, bo Krystian przyczepił na swojej korkowej tablicy rysunek, z leżącymi na brzuchach babami, stykającymi się głowami, i klęczącym nad jedną z nich facetem. A żeby nie było smutno komuś, kto woli jednego partnera, obok wisiał obrazek z pozycją „na słonia”. Dobrze, że był podpisany, bo bym nie zgadł. Pod kolorowymi karteczkami wystawało coś jeszcze, ale nim zdołałem coś dojrzeć, przylazł szef.
WWWZagryzłem wargi, gdy usiadł jak ksiądz w konfesjonale i zaczął słuchać naszych poczynań. Na pierwszy ogień poszła Sonia. Jej hasłem przewodnim była poprawa humoru. No, oczywiście. Urwie mi ktoś drugą nogę, ubiorę się w kolorowe ciuszki i moje czarne myśli odpłyną w siną dal. Dobrze, że dziewucha przeszła do zapowiedzi dopasowanej, plastikowej biżuterii, bo szlag by mnie trafił przez to pieprzenie.
WWWWładzia pochwaliła się, że połowa zdjęć ukazuje jej osobiste kwiaty, które zdążyła już wcześniej wyhodować w ogrodzie. Dopingowana rozalenionym spojrzeniem szefunia, zaczęła wychwalać prymulki, forsycje, szafirki i inne dziwne badyle. Potem gadała, że kolorowy ogród jest świetną zachętą do przesiadywania na dworze. A jak dwór, to powietrze. A jak powietrze, to zdrowie. A jak zdrowie, to praca. A jak praca, to pieniądze. A jak pieniądze, to miłość. No dobra, kwestia Władzi sięgała tylko do zdrowia.
WWWSłabo słuchałem Michała, denerwując się, że zaraz moja kolej na raport, a gdy przyszła pora na Krystiana, zdołałem tylko wychwycić coś o pozycji rybaka i wiosennym łowieniu ryb oraz zwierzęcym inspiracjom do pozycji na pieska. Pewnie o słoniu też coś wspomniał. Szef kazał mu przerobić rysunki na czarno-białe kreski i kółka, które miałyby symbolizować kochanków, po czym spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Najsłodszym tonem, na jaki było mnie stać, zapewniłem szefunia, że felieton jest prawie gotowy, ale nie mogę go jeszcze pokazać. Nabrał się, haha!

***


WWWNadszedł w końcu ostatni dzień na napisanie tego cholernego felietonu. Niebo chyba sprzymierzyło się z moimi czarnymi myślami, bo gdy spacerowałem po parku, w poszukiwaniu inspiracji, zaczęło lać jak z cebra. Wkurzony schowałem się pod drzewami w pobliskim lesie, czekając aż te głupie, ciemne chmury sobie odlecą gdzieś indziej.
WWWPo chwili dotarło do mnie, że zamiast czekać, mogę użyć liściastych koron jako parasolki. Las był mały, więc ruszyłem do przodu, aby opuścić go z drugiej strony. Miałem nadzieję, że do tego czasu przestanie padać. Nagle, pośród szumu uderzających kropel, usłyszałem przeraźliwy pisk. Wspaniale, sezon na porzucanie psów uznałem za rozpoczęty.

***


WWWCoś szydzącego? Proszę bardzo. Pozazdrościć podludziom, w których żyłach płynie krew Hitlera. Trzeba odwagi, aby wejść do lasu i przywiązać psa do drzewa. W końcu w każdej chwili ktoś może was złapać! Coś radosnego? Spoko, grozi wam za to najwyżej grzywna. Chociaż legenda głosi o dwóch latach więzienia. Coś kpiącego? Waszych zwyrodniałych mózgów nie będzie widać w formalinie. Coś wyśmiewającego? Pewnie wszystko brzmiałoby jak komplement. Coś dobro czyniącego? Apeluję do normalnych, bierzcie psy ze schroniska i nie kupujcie komuś szczeniaków w prezentach. A na tych, co pozbywają się czworonogów, plujcie. Coś wiosennego...?
WWWSpojrzałem na siedzącą naprzeciw mnie, biszkoptową labradorkę. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby ją wziąć do domu. No ale, leżała półprzytomna na ściółce. Co miałem zrobić? Odwieźć do schroniska? Wystarczająco strachu się najadła. Przeniosłem wzrok z powrotem na komputer. Kursor tekstowy niecierpliwie migał. Coś wiosennego? Moja suka wabi się Wiosna...
***


WWWMój felieton pierwszy raz zajął całą stronę w czasopiśmie. Oczywiście ozdobiłem go zdjęciem mojej labradorki. Leżąc z nią na kocu w parku, przeglądałem resztę gazety. Artykuły mojej grupy wypadły całkiem nieźle. Szykowała się kolejna zawrotna pożyczka. Zamknąłem oczy, napawając się pieszczącymi mnie promieniami słonecznymi. Moje kolorowe ciuchy słabo zdawały egzamin w ich odbijaniu. Leżakowanie przerwał mi dźwięk nowej komórki. Szef znów zadzwonił w sobotę! Postanowiłem, że nie dam się wrobić w żadną robotę. Ku mojemu zdumieniu, pogratulował mi felietonu. Ludzie dzwonili, chwalili, wstrząśnięci i poruszeni... Nie wiedziałem ile prawdy w ich zapewnieniach, że wezmą ze schroniska jakieś czworonogi, lecz zadowolony odłożyłem telefon i sięgnąłem po miseczkę z owocową sałatką. Sobota to mój ulubiony dzień. Oczywiście z Wiosną.
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 19:21 przez dorapa, łącznie zmieniany 5 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3363
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:07

zaqr
Czasem słońce, czasem deszcz

___ Wiosenny poranek, ptaszki ćwierkają, a w cieplutkim łóżku, obok twego wypoczętego boku leży piękna kobieta, z którą zamierzasz dożyć kresu swoich dni. Wstajesz powoli, przeciągasz się i drapiesz po brzuchu. Rzucasz okiem na gitarę, a przed oczyma przelatuje ci wspomnienie koncertu, którym porwałeś wczoraj kilkanaście tysięcy ludzi na stadionie i jakieś piętnaście milionów przed telewizorami. Żołądek domaga się śniadania. Delikatnie. Jest w dalszym ciągu wdzięczny za kolację, przygotowaną przez Martina – znajomego szefa kuchni.
___ Schodzisz do kuchni i nastawiasz ekspres. Rozpoczęcie dnia od porządnej dawki kofeiny zawsze zwiększa wydzielanie się endorfiny. Sprawdzasz lodówkę – dziś jajecznica na boczku i francuskie tosty. Po chwili w całym pomieszczeniu czuć smażone mięso i aromat kawy, a z korytarza słychać ciche kroki. Jest oszałamiająca nawet bladym świtem – bez makijażu i z włosami w zupełnym nieładzie. Przekracza próg kuchni, a moment później jest już wtulona w twoje ramiona. Gładzisz czule jej ogniste loki, lecz myślami jesteś daleko. Alpejska łąka, tylko was dwoje, leżycie, wpatrując się jak przesuwają się kłębiaste chmurki. Czujecie jeszcze motylki w brzuchu, nie jesteście do siebie przyzwyczajeni. Poznajecie się na nowo. Teraz, w kuchni pełnej przeplatających się aromatów, stoicie jak rzeźba kochanków, na wieki splecionych w miłosnym uścisku. Nie mówicie nic – jesteście szczęśliwi. Spełnieni.
- Jestem w ciąży.

***

___ Wracam do domu po dwunastogodzinnym dniu pracy, mam ochotę położyć się i przeleżeć resztę dnia. Wiem jednak, że nie czas na odpoczynek. Wchodzę powoli na dziewiąte piętro, po drodze witam sąsiada-inwalidę. Po raz kolejny ofiaruję pomoc, a on, po raz kolejny, odmawia ze szczerym uśmiechem.
- Nie mam sprawnych nóg, lecz nie przeszkadza mi to biegać. O tu – mówi, wskazując na skroń – mogę wszystko. Czasem nawet latam. A zakupy to nie problem. Odwiedzi mnie jutro córa, to ją poproszę, żeby mnie „wyprowadziła” do sklepu.
Nie sposób nie uśmiechnąć się, widząc, jak osoba od lat przykuta do wózka, tryska optymizmem. Czasem wydaje mi się, że jest to jedyne źródło szczęścia na tym szarym blokowisku. Chwilę po takiej myśli mam jednak ochotę palnąć się w łeb – przecież kilka metrów wyżej, zaledwie dwa piętra stąd, czeka na mnie kolejne źródło. Moje prywatne i niewyczerpane. To, dla którego jestem w stanie góry przenosić. Przekręcam z zamku klucz i wchodzę do mieszkania. Zdejmuję buty i mimowolnie zerkam w lustro – twarz człowieka cholernie wręcz zmęczonego codziennością, przecięta bruzdami zmarszczek. Włosy już dawno zsiwiały, a skóra jakby pokryła się drobnym, szarym pyłem. Tylko oczy dalej młode. Błękitne, przenikliwe, wciąż ciekawe świata. Wczoraj usłyszałem, że oczu tak pełnych energii i radości nie mają dzisiejsi nastolatkowie, ani nawet dzieci. Te słowa były niestety przerażająco prawdziwe. Tak rzadko widzę czyjś uśmiech jadąc tramwajem, czy idąc przez Stare Miasto. Ludzie stają się coraz bardziej podobni do maszyn – pomyślałem i skierowałem się do pokoju. Śpi spokojnie. Włosy spadają mu na oczy, a w dłoni ściska ołówek. Uśmiecham się i podchodzę do stolika, na którym leży kolejne dzieło nieodkrytego przez świat artysty. Tym razem czyjś portret, a obok smok. On nigdy nie przestanie mnie zadziwiać – powtarzam sobie po raz kolejny i idę odgrzać obiad. Gdy przekraczam próg kuchni i siadam przy stole, zwala się na mnie zmęczenie z całego dnia. Kiedy ostatni raz przespałem całą noc? Kiedy mogłem rano, bez pośpiechu zjeść śniadanie? Kiedy przestałem jadać je w ogóle? Z zamyślenia zbudziła mnie dłoń, która wylądowała na moim ramieniu.
- Tata, co jest?

***

___ Lecę. Jestem niedościgniony i nieuchwytny. Jestem wiatrem. A może jestem okiem cyklonu? Tak, to jest to. Przechodzę, a za sobą zostawiam zniszczenie. Jestem tym, który prowadzi Jeźdźców Apokalipsy. Odtrąbiłem nadejście Dnia Sądu, a teraz wyciągam z grobu tych, którzy wierzyli – oni pójdą do Królestwa. Ci, którzy pozostali niewierni też będą ożywieni. Niech patrzą na rzeź, niech staną się ofiarą dla Smoka, niech widzą tych, co szczęśliwie kroczą w blasku mej chwały. Niech żałują. Nadciąga burza, zbliża się z niesamowitą prędkością, czuję ją już każdą komórką swego ciała. Uderza. Padam. Nie jestem jednak Bogiem, on nie spadałby w ciemność. Ciemność mnie otacza, otula. Wdziera się do mojego ciała, oddycham nią, pochłania moje myśli. Mija wieczność, a ja wciąż spadam. Z każdym przebytym metrem wypalam się od wewnątrz. Nim dostrzegłem światło, byłem pusty. Wiedziałem już z całą pewnością, że podczas swojego życia nie chwyciłem Boga za nogi. To on chwycił mnie za szyję i cisnął o ziemię. Spadam. Rozbity, pusty, bez nadziei. „Przepraszam!” wrzeszczę w końcu. I nic. Nie wiem czego się spodziewałem. Cudu? Może zwrócenia wcześniejszego życia? Nie. Teraz bym nie chciał. Wiem, jaki jest mój cel. Mam kogoś, kto potrzebuje opieki. Chcę wrócić do niego, a nie do luksusów i zbytku. Czuję jak coś chwyta mnie i wyciąga z ciemności. Mrużę oczy. Powróciłem. Jestem skorupą, ale wewnątrz czuję ciepło. Powróciłem. Jestem gotowy – poskładałem na nowo świat, który rozbiło tych kilka słów.
- Zmarła przy porodzie.

***

- Byliśmy na szczycie. Drogi alkohol, dziwki, narkotyki. Sława. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Nie myśleliśmy o przyszłości. Kto by się tym przejmował będąc w takiej sytuacji? I wtedy odszedł Marek. Powody rodzinne. Mówił, że nie dałby rady bawić się z publiką, nie miałby w sobie ognia. Zrozumieliśmy to – nie odpuściłby, gdyby to była jakaś błahostka, skoro mówił, że nie da rady, to znaczyło, że to przemyślał. Szukaliśmy nowego wokalisty, znaleźliśmy nawet kilku naprawdę dobrych, ale to nie było to samo. On miał to we krwi, żył koncertami. Był królem. Oni może i umieli śpiewać, ale nic poza tym.
- Co stało się później?
- Każdy poszedł w swoją stronę. Ostry próbował grać z kimś innym, ale szybko zrezygnował, później wyjechał do Ameryki. Chudy zaćpał się kilka miesięcy po rozpadzie. Utonął w swoich wymiotach, jak na rockmana przystało. Ale gazety o tym milczały. Znaleźli już inny numer jeden wszystkich list przebojów. Fani się od nas odwrócili, zyski ze sprzedaży płyt leciały na łeb. Przeminęliśmy.
- A ty? Co zrobiłeś po rozpadzie?
- Ja byłem chyba w najlepszej sytuacji z naszej czwórki. Jako jedyny miałem gotowy plan B i jakiekolwiek oszczędności. Starczyło akurat na rozkręcenie interesu. Mały sklep muzyczny – tak, jak to sobie wymyśliłem.
- Wiesz może co działo się z Markiem?
- To o niego się rozchodzi, prawda? Tylko jego historia cię interesuje. Nie mam ci tego za złe. To on był duszą tego zespołu, to jego ubóstwiali. Ale nie pomogę. Wiem tyle, co wszyscy – garść informacji z różnych źródeł, trochę plotek. Dam ci kontakt do jego rodziny. Ze mną nie chcieli rozmawiać.
- Dziękuję.
- Daj mi znać, jeśli czegoś się dowiesz. Też chcę poznać jego historię.

***

___ Siedziałam przy trzaskającym kominku i piłam herbatę z miodem. Trochę dziwnie czułam się, siedząc z za dużym szlafroku, należącym do mężczyzny, którego poznałam zaledwie kilka godzin temu. Dlaczego się na to zgodziłam? To chyba ten jego głos, spokojny, ale stanowczy. „Przebierz się, bo się przeziębisz” – zupełnie jakbym była małym dzieckiem. Było w nim coś, przez co nie sposób mu było nie zaufać. Podszedł do mnie, siedzącej samej na ławce w parku, zapłakanej i przemokniętej i zaczął mówić. Nie przedstawił się nawet, tylko od razu rzucił, że tak piękna kobieta nie powinna siedzieć sama w parku. Zwłaszcza deszczowym wieczorem. Powiedział, że mieszka niedaleko i zaprosił mnie na herbatę. Zgodziłam się chyba dlatego, że było mi już wszystko jedno. Reportaż stanął w martwym punkcie, facet, z którym chciałam przeżyć resztę życia okazał się zwykłym dupkiem. Jak to ujął? „Weź się w końcu za coś, co przyniesie pieniądze, a nie tylko żerujesz na mojej pracy! Zejdź na ziemię i skończ śnić o Pulitzerze na półce – zacznij racjonalnie myśleć!”. Teraz wiem, że popełniłabym błąd, gdybym chciała do niego wrócić.
- Jeszcze herbaty? – Drgnęłam ze strachu. Poruszał się jak kot. – Nie bój się.
- Nie, dziękuję, ta jeszcze na chwilę mi wystarczy. Nie boję się. Ale nie usłyszałam, kiedy pan wszedł – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się do niego. Ile może mieć lat? Siedemdziesiąt? Osiemdziesiąt? A mimo wszystko zachowuje się tak beztrosko. Jakby w życiu były tylko pozytywy.
- Poznałem Marka, dwa miesiące po tym, jak stracił żonę. – powiedział, wracając do tematu, gdy usiadł w fotelu. – To był dla niego wielki cios. Wcześniej był przeszczęśliwy. Miał dom, zarabiał tym, co kochał robić, a żona miała dać mu dziecko. Zmarła przy porodzie, a on szukał ucieczki w narkotykach. To tylko pogłębiło jego depresję.
- Kiedy pan go spotkał?
- Przyszedł tutaj, gdy zdał sobie sprawę, że jeszcze jest na tym świecie potrzebny. A ja pomogłem mu jak tylko potrafiłem. Priorytetem było wyrwanie go ze szponów używek. Wtedy mało jeszcze mówiono o terapiach i leczeniu, więc uznałem, że muszę po prostu nie pozwolić mu wziąć kolejnej porcji.
- Jak?
- Zamknąłem go tutaj. Nie patrz tak na mnie, to było działanie dla jego dobra. Protestował, krzyczał, wyzywał, a nawet bił. Ale byłem nieugięty. Po czterdziestu dniach pozwoliłem mu wyjść. Wiedziałem, że będzie wiedział co robić.
- Co się z nim stało?
- Gdy wrócił, rodzina się go wyparła. Mówili ponoć, że przyniósł im wstyd. Ale ja myślę, że oni po prostu nie potrafili spojrzeć mu w oczy po tym, co zrobili.
- To znaczy?
- Oddali jego syna do domu dziecka. Powiedzieli, że ojciec zniknął.
- Co zrobił?
- Oddał wszystko co miał, by przeciągnąć prawo na swoją stronę. Łapówka za łapówką, krok po kroku, odzyskał dziecko. Z całego majątku pozostało akurat tyle, by kupić mieszkanko w niezbyt ciekawej okolicy i przez jakiś czas móc opiekować się małym. Gdy Michaś miał trzy latka poszedł do przedszkola, a Marek zatrudnił się w fabryce. Nie miał wykształcenia, więc nie mógł liczyć na nic lepszego. Haruje jak wół, by tylko móc zapewnić synowi normalne warunki do życia.
- Haruje? On…
- Tak. On żyje – powiedział i uśmiechnął się szerzej. – Jutro możemy do niego zajść, ale teraz idź już spać. Jest późno, a ty jesteś osłabiona.
Wiedziałam, że nie zmieni zdania, więc tylko przytaknęłam i wstałam.
- Niech Bóg ma Cię w opiece, drogie dziecko. – usłyszałam, gdy wychodziłam z pokoju.

***

- Tato?
- Jestem zmęczony, to wszystko. – rzuciłem i uśmiechnąłem się.
- Przepracowujesz się, przecież to widzę. Jeśli trochę zaciśniemy pasa, to przeżyjemy bez twojego drugiego etatu. – Jego głos nie był już wysoki jak u dziecka. Mówił donośnym, czystym barytonem. Mam przed sobą człowieka stojącego na progu dorosłego życia. – Albo ja pójdę do pracy – dodał po chwili.
- Nie, co to, to nie. – odparłem szybko. – Musisz przygotować się do matury.
Sytuacja przypominała mi tę, sprzed kilku lat, gdy zaproponował, że będzie sprzedawał swoje obrazy. Wszystkie dzieła kilkulatka leżały jednak w szafce. Świat do nich jeszcze nie dojrzał.
- Myślisz, że mam szansę dostać się na uniwersytet? – spytał w końcu.
- Jak nie ty, to kto? – odparłem i zaśmialiśmy się głośno.
Jestem szczęśliwy. Bez wielkiego domu, bez sławy i pieniędzy.
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 16:37 przez dorapa, łącznie zmieniany 4 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3363
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:20

bartizzit
Mietek dobry chłopak

aaaa- Mietek, obiad! Ile razy mam ci powtarzać!? – głos Moniki wypełnił podwórko.
aaaa- Zaraz.
aaaa- Teraz. - Głos dziewczyny był już za jego plecami. – Ja to nie mama. Nie będę podgrzewała ci dwa razy.
aaaa- Przecież mówię, że zaraz. – Mietek zatrzasnął maskę zielonego Poloneza. – Jak będziecie mi przeszkadzać, to nigdy nie skończę tego złoma.
aaaa- Miałeś całą zimę na te swoje głupie zabawy. Teraz jest obiad i go zjesz z czystymi rękami. Jak znowu pobrudzisz obrus, to mnie popamiętasz. - Patrzył jak odchodzi. Jego jedyna siostra. Jego ukochana despotka!
aaaaRęce upaćkane w smarze wytarł o ścierkę zaczepioną w spodniach. Wyszedł z garażu. Odkręcił kran i mył ręce długo i dokładnie. Efekt był zadawalający. Stanął w drzwiach wejściowych i obejrzał się na swoją zieloną strzałę, które nie latała całą zimę. Teraz ją naprawi i na majówkę zabierze swoje kobiety na Mazury. Zrobi to, bo lubi ich śmiech.
aaaaPrzed obiadem Mietek odmówił Ojcze Nasz. Rosół Moniki był tłusty i pyszny. Jedli we trójkę w ciszy, którą przerwało wejście Andrzeja. Przywitał się z domownikami i zapytał:
aaaa- Mietek ciśniemy dzisiaj na disko? Oderwałbyś się czasem od tego swojego auta.
aaaa- Raczej nie, pogrzebię jeszcze trochę. Pojutrze mam kurs na Łotwę, a majówka już niedaleko.
aaaa- Mieciu idźmy. Bez ciebie mama mnie nie puści. - Niebieskie oczy Moniki starały się utopić chłopaka w swojej głębi.
aaaa- Oj na pewno nie puszczę! Pannico bierze się lepiej za lekcje i daj tutaj kawalerom sobie porozmawiać.
aaaa- Ale mamo!
aaaa- Bez dyskusji. Na górę!
aaaaMonika obdarzyła Mietka pełnym wyrzutów spojrzeniem i pobiegła na górę. Pani Mariola poszła rozwiesić pranie.
aaaa- Niech będzie, idziemy. - Mietek był zły, że uległ. Nie wiedział jak ta mała diablica to robi, ale zawsze potrafiła owinąć go wokół palca. Nie lubił dyskotek, tego całego hałasu, spoconych, pijanych twarzy, a przede wszystkim nie lubił tańczyć. Próbował nauczyć się parę razy, ale jego sztywne ręce nadawały się do trzymania kierownicy ciężarówki, a nie do tych wszystkich piruetów, obrotów i podciągań.
aaaa- Super Miechu! Widzimy się u mnie o dziewiętnastej na biforze. Nic nie musisz przynosić, wszystko mam już przygotowane. - Andrzej mrugnął porozumiewawczo do przyjaciela i wyszedł.
aaaaDyskoteka o dumnej nazwie "Klub Kosmos" znajdowała się w sąsiedniej miejscowości. Do niej zjeżdżała się młodzież z całego powiatu. Parking zapełniał się już od dwudziestej. Samochody, równo poustawiane, powinny być przykładem dla wszystkich parkujących świata. Szczególnie zważywszy na trzeźwość kierowców, a właściwie jej brak.
aaaaZnajomy Andrzeja wysadził ich przed samym wejściem. Weszli do klubu. Parkiet był wypełniony tańczącymi parami. Zakręcanym dziewczynom podwijały się i tak krótkie spódniczki. Chłopcy sprawnie manewrowali rękami, balansując na krawędzi rękoczynu. Zajęli kawałek wolnego miejsca przy barze. Mietek zamówił dwa piwa i sok.
aaaa- Mieciu, no chodź potańczymy. Nie przyjechałam tu pić.
aaaa- Weź Andrzeja.
aaaa- Ale je chcę z tobą!
aaaaMietek nie dał się namówić. Obserwował swoją siostrę. Swoje przeciwieństwo. Piękna, pełna życia, zawsze uśmiechnięta. Na parkiecie czuła się jak ryba w wodzie. Szybko przyciągała wzrok innych mężczyzn, co bardzo go denerwowało.
aaaa- Kupisz mi tego drinka, czy nadal będziesz stał i udawał, że mnie nie widzisz? - Mietek popatrzył na właścicielkę głosu. Ładna. Nie, nie ładna. Była piękna. W Mietku coś zawrzało.
aaaa- Myślisz, że dlatego, że jesteś ładna, to muszę ci kupić drinka? Znajdź innego frajera. - Na chwilę zdziwienie pojawiło się na jej twarzy. Zaraz jednak uśmiechnęła się.
aaaa- To może ja tobie kupię? Jestem miłośniczką konwenansów i męskiej adoracji, ale skoro faceci nie tylko zaczynają się ubierać jak kobiety, ale i zachowują się tak jak płeć piękna, to może powinnam się dostosować.
aaaa- Nic nie musisz mi kupować. Mam swoje piwo.
aaaa- O, ktoś chyba ma problemy z nawiązywaniem znajomości? Nic dziwnego, że stoisz tak sam.
aaaa- Nic ci do mojej samotności.
aaaa- Więc jeszcze problem z samotnością? Może do psychologa powinieneś się wybrać?
aaaaMietek szykował swoja najlepszą ripostę: "nie mam ochoty z tobą rozmawiać". Była jeszcze ta krótsza „spierdalaj”, ale jej starał się nie używać. Nie zdążył jednak wykorzystać ani jednej, ani drugiej, gdyż podszedł do nich łysy mężczyzna. Gość miał około trzydziestu lat, koszula opinała się na jego wielkim ciele, a łysina błyszczała od potu. Pociągnął rozmówczynię Mietka za rękę i zaprowadził ją, bez słowa, na parkiet.
aaaa- Na reszcie spokój - pomyślał Mietek. Odszukał wzrokiem Monikę. Tańczyli dalej z Andrzejem. - Gdzie ten cham trzyma ręce!?
aaaaPrzeleciały kolejne dwa klasyki: "Jesteś szalona" i "Daj mi tę noc". Wśród tańczących wywołały wielką falę euforię obrotów i uśmiechów. W końcu Monika wróciła ze swoim partnerem.
aaaa- Daj mi coś pić, bo twój kolega mnie zaraz zamęczy. - Monika sięgnęła po piwo, ale Mietek sprawnym ruchem zamienił kufel na sok.
aaaa- Andrzej, z tymi rękami to nie przesadzaj. - Mietek starał się, aby jego twarz wyglądała jak najgroźniej.
aaaa- Wyluzuj stary. Przecież to tylko taniec.
aaaa- Tylko czemu musisz tańczyć z moją siostrą?
aaaa- Wolałbyś, żeby łapał ją ten łysol, który zabrał ci twoją maniurę?
aaaa- Dokładnie, my wszystko widzieliśmy - Monika dopiła sok - tylko Mieciu musisz na nią uważać. Ona jest dosyć wątpliwej reputacji.
aaaa- Na nikogo nie muszę uważać - zapierał się.
aaaa- Mordeczko spokojnie. Z niej jest szmata najlepszego materiału. Kaszmirowa bym powiedział. Ale pruje się po dyskotekach jak stare prześcieradło. Podobno dwa tygodnie temu brali ją w żuku w pięciu. Także bracie, jak na raz, to myślę, że wiele się możesz od niej nauczyć. Tylko bez kombinezonu ochronnego nie wjeżdżaj…
aaaa- Dobra, daruj już sobie. Nigdzie nie będę wjeżdżał, bo mnie nie interesuje.
aaaa- Andrzej, chodź zatańczymy jeszcze, a niech nasz Casanowa tutaj stoi i wyrywa powietrze.
aaaaPoszli, a Mietek został sam ze swoim do pół pełnym piwem. Patrzył jak siostra tańczy i jak Andrzej nie stosuje się do jego reprymendy. Obok nich ujrzał kaszmirową nieznajomą. Tańczyła z innym. A tańczyła to było mało powiedziane. Sunęła, lewitowała i błyszczała na parkiecie. Piosenka zmieniła się. Ona zmieniła partnera. W głośnikach rozbrzmiało "Dlaczego ty mi w głowie zawróciłaś". Przez ułamek sekundy popatrzyła na Mietka. Wydawało mu się, że uśmiechnęła się do niego. Po czym pocałowała swojego partnera. Jego wyobraźnia musiała zostać pobudzona, gdyż po chwili ręce niczym jemioła oplotły jej ciało. Pośladki, plecy, piersi. Usta coraz częściej trwały w uścisku, a ciała pocierały się przy każdej okazji.
aaaa Kolejną pozycją na playliście był "Miękki koc". Ale jej i jego już dawno nie było na parkiecie. Mietek, tym razem był pewny. Gdy wychodziła, uśmiechnęła się do niego. Jakby mówiąc: "to mogłeś być ty". "Mogłem? Ale nie chciałem. Nie chciałbym iść na ten koc w samochodzie z prostytutką." Mietek wymyślał jej długo, tak długo, aż jego wzburzona męskość uspokoiła się.
aaaa- Poproszę kamikadze. - Miał cel do zniszczenia. Amerykańskim lotniskowcem w tej wojnie była pamięć o niej.

....

aaaaDrugiego Perl Harbor w sercu Mietka nie było. Okazało się, że pamięć o kimś trudniej zniszczyć niż wielkie żelazne statki. Mietek stał się stałym bywalcem "Klubu Kosmos". Gdy wchodził do klubu, ochroniarze, dwa wielkie łyse trolle, witały się z nim po przyjacielsku. Barman od razu nalewał kufel piwa. Sączył browar powoli i czekał. Na nią.
aaaa Przychodziła zwykle koło dziesiątej. Tym razem również nie zawiodła. Mietek nie musiał obserwować drzwi. Była jak piorun, pojawiała się, a potem wszyscy o niej rozmawiali. Przechwalali się, kto ją miał ile razy. W jakiej pozycji ją brali. I u kogo głośniej jęczała. Mietek, tak przyzwyczaił się do tej paplaniny, że nie zwracał na to uwagi. Był głuchy. Widział błyskawicę, nie słyszał grzmotu.
aaaaPodeszła do baru i czekała na barmana.
aaaa- Tequile Sunrise! - Mietek, aż krzyknął na barmana. Ten pokręcił głową, ale zaraz złapał butelkę od tequili. - "No to teraz albo nigdy" - chłopak chwycił drinka w drżącą rękę.
aaaa- Proszę - Podstawił jej szklankę pod nos. Popatrzyła się na niego i roześmiała.
aaaa- I co, myślisz, że za drinka pójdę z tobą na "koc"?
aaaa- Tak, to znaczy nie. Musisz wszystko komplikować!? Chciałem powiedzieć, że Mietek się nazywam.
aaaa- Tak, imię pasuje do intelektu. - Wzięła drinka i ruszyła przed siebie. - No, na co czekasz? Chyba nie będziemy rozmawiali na stojąco. - Mietek zacisnął pięści i zbeształ się w duchu: „w co ja się pcham?".
aaaa Na imię miała Anna. Rozmawiali długo. Mietek opowiadał o sobie. Ona go słuchała i często się śmiała.
aaaa- Wiesz, zazdroszczę tym, którzy jeżdżą do Norwegii - Mietek dziwił się sam sobie, zwykle, żeby coś się od niego dowiedzieć, jego rozmówca musiał go wypytywać. Teraz mówił sam i chciał mówić więcej. A jeszcze bardziej chciał, żeby ona go słuchała. A najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że słuchała. aaaa- Chciałbym kiedyś nakarmić te sławne fiordy. Podobno z ręki jedzą. - Anna uśmiechała się tajemniczo. "Chyba jej się podoba" ucieszył się chłopak.
aaaa - Wiesz, jak teraz wracałem, to na drodze leżał zabity jeleń. Chwyciłem tą kierownicę i ...
aaaa- Tę kierownicę - przerwała mu.
aaaa- Przecież to bez różnicy, czy chwyciłem "tą kierownicę" czy "tę kierownicę"! - wzburzył się chłopak.
aaaa- Oj Mieciu, szczegóły mają znaczenie.
aaaa- Niby jakie? Przecież ważne, że chwyciłem kierownicę i skręciłem. Ominąłem tego zabitego jelenia i nic mi się nie stało.
aaaa- Sam jesteś jak jeleń. Nic dziwnego, że jesteś sam. Jak chcesz uszczęśliwić kobietę, to musisz dbać o szczegóły. Przynajmniej nam, kobietom tak się wydaje. A ja jakby nie patrzeć, kobietą jestem. Nie dziewczyną, a kobietą. Zresztą, możesz zapytać tutaj większość tych troglodytów, aby przekonać się, że nie kłamię.
aaaa- Trylo... co?
aaaa- Nie ważne Mieciu, nie ważne. Ważne jest dla ciebie to, że jeśli chcesz mnie mieć, musisz ze mną zatańczyć. A jak już ustaliłam, tańczyć nie umiesz. Więc co my z tym zrobimy?
aaaa- Pani wszystkowiedząca jednak wszystkiego nie wie. To, że mój żołnierz staje na baczność na każdy twój widok, jak przed generałem, nie znaczny, że chcę iść z tobą do łóżka.
aaaa- Mieciu, sam wymyśliłeś takie porównanie? - zdziwiła się.
aaaa- A nie - chłopak się zawstydził - słyszałem od Andrzeja.
aaaa- Dobrze Mieciu, tak dalej. Wykazujesz objawy myślenia. Potrafisz już papugować. Na kreatywność pewnie nie mam, co liczyć. No chyba, że natura całą kreatywność przelała na tego żołnierza. - Zmierzyła wzrokiem jego krocze - No może nie będzie tak źle. Dobra, to masz jakiś samochód?
aaaa Wyszli z klubu. Mietek, prowadził Annę do swojego Poloneza Caro. Na widok samochodu Anna roześmiała się.
aaaa- Mieciu, z takim samochodem to musisz być jeszcze prawiczkiem. I nie mów, że się mylę. - Obiegła cały samochód. Cieszyła się jak dziewczynka, która dostała pierwsze rolki. - Masz szczęście, że jestem romantyczką i ostry seks w takim zabytku, sprawi mi ogromną przyjemność. - Pocałowała go krótko, ale intensywnie.
aaaa Mietek płonął. "Więc, to tak wygląda? Wejdziemy do samochodu i już!?" Mietek, nie wiedział wiele o ludziach. Wiedział jak najlepiej jechać z Poznania do Lublina. I jak najszybciej przejechać Warszawę. Nie wiedział, jak się buduje związek, bo nigdy w żadnym nie był. Mietek nie był optymistą. Nie liczył, że ożeni się kiedyś z dziewicą. Musiałby poślubić chyba trzynastolatkę. Liczył na to, że kobieta, która spocznie z nim w małżeńskim łożu, szanowała swoje ciało. Mietek nie był też egoistą. Skoro wymagał tego od tej przyszłej, to swoje ciało, też miał zamiar szanować. A z nią i w tym samochodzie szacunku nie dostrzegał. - Wsiądź na siedzenie pasażera. - Polecił jej.
aaaa- Wolisz na przednim? Niech będzie.
aaaaWsiedli do samochodu. Mietek odpalił auto i wyjechał z parkingu.
aaaa- Gdzie mieszkasz? Odwiozę cię do domu. A jutro spotkajmy się na kawę.
aaaa- Jak to do domu - zdziwiła się - nie chcesz poczuć, co to kobieta? Nie chcesz wznieść się tam, gdzie jeszcze nie byłeś?
aaaaMietek zjechał na pobocze. Wziął jej rękę i położył sobie na klatce.
aaaa- Kobieto! Ja cię pragnę całym sobą! - oddech miał przyśpieszony - Całą, kurwa, duszą. Wiem jednak, że jak zrobimy to teraz, tutaj, w tej kupie żelaza, to się skończy coś, co się nie zaczęło. A co mogłoby być piękne. Nie wiem, skąd to kurwa wiem. Ale wiem. I chuj!
aaaaZabrała rękę i uderzyła go nią w twarz.
aaaa- Mieczysławie, nic nie wiesz. To, że jesteś głupi, ustaliliśmy chyba dawno? Więc słuchaj ludzi, którzy mają trochę pojęcia o życiu. "Piękne" rzeczy zostaw książkom. Bo miłość odwzajemniona jest piękna. Ale w życiu się nie zdarza. Człowieku, ale jesteś beznadziejny, zakochałeś się w największej dziwce w powiecie! -Krzyknęła - Żale mi cię. Odwieź mnie do domu. - Prysznic słów Anny był lodowaty.
aaaa Nie rozmawiali całą drogę powrotną. Mietek zatrzymał samochód.
aaaa- Anno, ale..
aaaa- Nic już nie mów - przerwała mu. Chciała go pocałować w policzek, ale opamiętała się i zabrała głowę. Trzasnęła drzwiami i weszła do domu.
aaaa Mietek zgasił auto. Ręce mu się trzęsły. Oparł głowę o kierownicę. Nie spodziewał się jakiś sukcesów tego wieczoru. Miał nadzieję, że rozpocznie znajomość. Zdobędzie numer. Ale to, co się zdarzyło w jego samochodzie, można było przyrównać jedynie do jednej, wielkiej klęski! Został obdarty z wszelkiej nadziei. Sprowadzony na ziemię w brutalny sposób.
aaaaZbudziło go pukanie do szyby. Otworzył oczy, było już jasno.
aaaa- Ej ty Don Juanie, domu nie masz, czy jak? - stała przed nim w szlafroku. Bez tego kurewskiego makijażu wyglądała jeszcze ładniej.
aaaa- Słyszysz mnie? Ćpałeś coś? - otworzyła drzwi i zajrzała w jego oczy. Napuchnięte. - No, nie! - Roześmiała się. - Faceci! O jak nisko upadliście, skoro po jednym odrzuceniu płaczecie.
aaaa- Skończyłaś?
aaaa- Nie, skoro już tu jesteś, to zapraszam cię na śniadanie. Będziesz przynajmniej mógł opowiedzieć kolegom, że jedliśmy śniadanie. Dopowiedzą sobie resztę, a ty nie skłamiesz i nie wyjdziesz na największe pośmiewisko powiatu.
aaaaZapach boczku wypełnił kuchnię. Anna krzątała się przy patelni, a Mietek siedział przy stole i wpatrywał się w siedzącego po drugiej stronie bobasa.
aaaa- Jak się nazywa?
aaaa- Kasia.
aaaa- Kasia? Ładnie. – podszedł do dziecka. Musnął małą dłoń. Małe paluszki złapały jego wskazujący palec, a na twarzy dziecka pojawił się uśmiech. – A gdzie twój tatuś?
aaaa- Nie ma żadnego tatusia. Kiedyś gdzieś był jeden skurwysyn.
aaaa- I gdzie on teraz jest?
aaaa- Specyfiką skurwysynów jest to, że nie wiadomo gdzie są. Poza tym ojciec, który nie chce dziecka, to ojciec nieprzydatny.
aaaaPodała mu jajecznicę. Usiadła i jedli w ciszy.
aaaa- To już jest dla mnie piękne. - powiedział cicho - zwykłe śniadanie, dziecko, kobieta, mężczyzna.
aaaa- Wiesz, masz racje. To jest piękne, bo jest takie nieprawdziwe. Bo więcej się nie zdarzy. Rzeczy naprawdę piękne to te niepowtarzalne. Potem to już tylko marne kopie i rutyna. Takie śniadanie powinniśmy jeść codziennie. Ale tak nie jest. A przez kogo?
aaaa- Ja nie wiem.
aaaa- Wiesz Mieciu, wiesz. Tylko boisz się powiedzieć. Przez nas samych. Przez to, że niszczymy siebie nawzajem. Że dokonujemy złych wyborów. Że zakochujemy się w tych, w których nie powinniśmy, czego jesteś najlepszym przykładem. - Zamyśliła się na chwilę. - Jestem ci coś winna po wczorajszym. Nie powinnam cię była uderzyć. Przyjmiesz radę od kogoś takiego jak ja i zaczniesz się do niej stosować?
aaaa- No, nie mogę obiecać, jeśli nie wiem, co chcesz powiedzieć.
aaaa- Więc jak byś obiecał to byś się stosował? - Mietek przytaknął głową - Ciekawe. Czyli są jeszcze ludzie, dla których słowo coś znaczy. No dobrze, to rada będzie niezobowiązująca:
"Zakochaj się w dobrej dziewczynie." szkoda by było, gdyby takiego dobrego chłopca zmarnowała nam jakaś kurwa. Nieprawdaż?
aaaa- Ale...
aaaa- Nie ma żadnego ale. Żyjemy w świecie, w którym największym błogosławieństwem jest miłość do dobrej osoby. Dobre osoby może by tak nie krzywdziły i może na świecie byłoby mniej dziwek i skurwysynów. Może.
aaaa- To czemu tak często... No na dyskotekach....
aaaa- Się puszczam? No dobre pytanie. Na które nie otrzymasz odpowiedzi.
aaaaSpojrzał w jej smutne oczy.
aaaa- Aż tak cię zranił? - Mietek wstał. Podszedł do Anny i ją przytulił. Dziewczyna siedziała sztywna, ale z jej oczu leciała rzeka łez.
aaaa- No już dobrze. - Pocieszał ją.
aaaa Byli objęci długo. On delikatnie obejmujący swój długo poszukiwany skarb, ona wtulająca się w swoją zaginioną nadzieję. Dziecko śmiało się radośnie, jak słońce, które jasno świeciło nad szarym światem, ogrzewając zmarznięte serca szarych ludzi.
aaaa- Mieciu jesteś dobry chłopak, ale powinieneś już iść. – Zwinnie wyśliznęła się z jego uścisku.
aaaa- Tak, powinienem.
aaaa Pogłaskał Kasię po główce. Odprowadziła go do drzwi, otworzyła je i czekała aż wyjdzie. Nogi miał jak z waty, ale szedł. Wiedział, że nie może zostać. Wiele spraw musieli jeszcze przemyśleć. Drzwi zamknęły się za nim delikatnie. Ustał przy samochodzie. Popatrzył się w kuchenne okno. Czekał i czekał, aż w końcu pojawiła się w nim i pomachała. Wtedy wsiadł do swojej zielonej strzały i odjechał. Z postanowieniem, że jej pomoże. Bo jest w stanie. A czasami to wystarcza.
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 23:27 przez dorapa, łącznie zmieniany 3 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3363
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:22

Godhand
Mrugnięcie


wwwObserwowałem ludzi spacerujących po rynku w ten ciepły, słoneczny dzień. Było przyjemnie, w słuchawkach odtwarzacza Ghoultown grali "Drink with the Living Dead". Myśli krążyły spokojnie, zwalniając jakby po to, żebym całkowicie mógł rozkoszować się nic nie robieniem.
wwwDelikatne szarpnięcie za rękaw wyrwało mnie z błogiego stanu. Odwróciłem głowę i zobaczyłem go. Wyglądał trochę jak Sean Connery, a trochę jak typowy weteran wojenny z hollywoodzkich filmów. Ładnie przystrzyżona siwa broda, wojskowa kurtka o podwiniętych rękawach pozwalająca dostrzec tatuaże na silnych przedramionach, do tego piaskowe bojówki no i wózek.
Siedział na wózku.
wwwZwróciwszy już moją uwagę ręce położył spokojnie na udach, uśmiechał się szeroko i zabawnie poruszał ustami. Wyjąłem z uszu słuchawki.
www- Tak?
www- Cześć, mam prośbę - powiedział miłym, głębokim głosem.
www- Niestety nie mogę pana wspomóc finansowo.
wwwRoześmiał się. Głośno i szczerze, tak jak śmieją się dzieci.
www- Właściwie to nie o to chodzi. Chciałbym żebyś pomógł mi znaleźć dwie deski.
www- Deski? - zdziwiłem się.
wwwPokiwał głową a ja w odpowiedzi wzruszyłem ramionami.
www- Może tam? - Wskazałem dłonią na kwiaciarnię po drugiej stronie rynku, gdzie remontowano schody wejściowe. Była sobota, więc robotnicy mieli wolne, leżała tam tylko sterta odrzutów z materiałów budowlanych.
www- Świetnie. Możemy podejść tam razem? Czasami ciężko mi się schylić. - Mrugnął do mnie wesoło.
wwwWstałem z ławki. Nie wiedziałem czy stanąć za wózkiem i go pchać, czy po prostu iść. Wybrałem wyjście pośrednie i powoli zacząłem obchodzić mężczyznę.
www- Sam się poruszam - powiedział kiedy byłem za jego plecami. Bez cienia pogardy czy złości, po prostu. "Nie, dziękuję, nie słodzę."
www- Jasne - mruknąłem.
www- Co więcej będę pierwszy przy kwiaciarni - zawołał i ruszył, osiągając prędkość jakiej nigdy bym się nie spodziewał.
wwwWbrew zdrowemu rozsądkowi zacząłem za nim truchtać, chwilę później już biegłem, ale i tak miał z dwadzieścia metrów przewagi. Wymijał ludzi jak magik, miałem wrażenie, że prowadzi jakiś nowoczesny pojazd a nie wiekowy wózek inwalidzki. Słuchawki odtwarzacza podskakiwały mi w biegu jak uszy pędzącego cocker spaniela. Do celu dotarliśmy prawie razem. Prawie, bo wyprzedził mnie o jakieś trzy metry. Obrócił w miejscu wózek, piruetem, i zatrzymał, tak aby być przodem do mnie. Oparł brodę na złączonych dłoniach, przyjrzałem się im - nie drżały. Uśmiechał się, przyjacielsko ale nie triumfalnie.
www- Nie byłem... - wysapałem. - Nie byłem... przygotowany.
www- Tak już zazwyczaj w życiu bywa, że nie jesteśmy przygotowani. Usiądź, odpoczniemy na chwilę.
wwwKlapnąłem ciężko na schody i spojrzałem na niego, moim zdaniem wcale nie wyglądał na potrzebującego odpoczynku. No i trzeba przyznać, że świetnie operował tą swoją maszyną. Nienawidziłem naszych kierowców, a czas spędzony w samochodzie, kiedy dojeżdżałem na uczelnię, był dla mnie jak tortury . Trąbienie, wyzwiska, moje dłonie ściskające kierownicę z wściekłości tak kurczowo, że aż zbielałe. Koszmar.
www- Bierzemy? - Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia.
www- Jasne.
Podniosłem kilka desek patrząc na niego pytająco, aż zaakceptował dwie z nich skinieniem głowy.
www- Co teraz?
www- Pod fontannę. Ale powoli - powiedział z uśmiechem. - A w ogóle to jestem Biegacz. - Wyciągnął opaloną dłoń.
www- Darek. - Podałem mu rękę udając, że nie patrzę na spoczywające bezwładnie na wózku nogi. Zauważył, ale nie dał tego po sobie poznać.
wwwW milczeniu dotarliśmy pod fontannę.
www- Dzięki. Możesz oprzeć o murek? Szerzej. O tak.
wwwKiedy podniosłem głowę już go przy mnie nie było. Rozejrzałem się po rynku. Nagle usłyszałem dziki śmiech, dominujący nad rozmowami, gwarem i wyznaniami miłości zakochanych par. Zaciekawieni ludzie przerywali rozmowy i zastygali w bezruchu. Biegacz jechał. Rozpędził wózek do szalonej prędkości i śmiejąc się jak wariat mknął prosto na mnie. Odskoczyłem w ostatnim momencie żeby leżąc na plecach zobaczyć, jak krzycząc niczym dziecko na kolejce górskiej, wjeżdża na deski. Wózek jakby zawisł na chwilę w powietrzu a Biegacz wyfrunął z siedzenia i wpadł do fontanny z donośnym pluśnięciem. Wózek na szczęście spadł dobry metr obok. W wodzie zakotłowało się i dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że facet nie chodzi i może mieć problem z wydostaniem się. Podbiegłem i zacząłem go wyciągać. Krztusił się i pluł wodą jednocześnie uśmiechając się szeroko.
www- Mogłeś się utopić durny dziadku! - warknąłem.
www- Musimy... - powiedział z trudem łapiąc powietrze. - Musimy odłożyć deski na miejsce.
wwwTak właśnie poznałem Biegacza.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będzie jedną z najważniejszych osób w moim życiu.
............
www- Myślisz, że umiesz pomagać ludziom? - zapytał mnie kilka dni później, kiedy spacerowaliśmy po mieście.
www- Jak? Finansowo?
www- Jakkolwiek tego potrzebują. No, niech będzie na początek, że finansowo.
www- To chyba proste kiedy się ma pieniądze.
www- Tak? Zatrzymaj się. Widzisz tamtego gościa? - wskazał brudnego faceta na końcu bocznej uliczki, siedzącego na ziemi i tulącego coś do siebie, chyba jakiś obraz.
www- Widzę.
Biegacz wyciągnął z kurtki pięćdziesiąt złotych i podał mi.
www- To Marek. Idź i pomóż mu.
www- Po co? To jakiś menel.
www- Studiujesz polonistykę, tak? Więc choćby po to, że Marek pisze piękne wiersze, poważnie dobre, znam się trochę na tym. A przy tym jest cholernie inteligentnym facetem. Warto mu pomóc.
Wzruszyłem ramionami, wziąłem banknot i ruszyłem uliczką. Biegacz nie ruszył się z miejsca. Z bliższej odległości zauważyłem, że facet faktycznie ściska obraz, paskudny bohomaz w odrapanej ramie.
www- Dzień dobry.
Popatrzył na mnie podejrzliwie.
www- Chciałbym panu ofiarować pięćdziesiąt złotych - powiedziałem z uśmiechem.
Wstał powoli i zrobił krok w moją stronę.
www- Nie jestem, kurka, żebrakiem - warknął. - Spieprzaj stąd chłopcze, ale już!
Biegacz czekał u wylotu uliczki, jak zawsze z pięknym uśmiechem na ustach.
www- No i?
www- Nie wziął i kazał mi spadać - powiedziałem oddając pięćdziesiątkę.
www- Myślisz że nie można mu pomóc?
Nie odpowiedziałem.
www- Lekcja pierwsza. Prawie każdemu można pomóc, ale to umiejętność, dobranie formy do osoby i tak dalej. Chodź.
Minęła chwila i znów byliśmy obok ściskającego bohomaz Marka.
www- Ile za ten obraz? - zapytał Biegacz.
www- Czterdzieści.
www- Nie mam drobnych, tylko pięćdziesiąt. Siedzisz tu zawsze, oddasz przy okazji. Dobrze?
www- Dobrze - mruknął Marek, podając obraz Biegaczowi.
Wziąłem obraz i powlekliśmy się z powrotem.
www- Świetnie, rozumiem. Co teraz?
www- Czekamy - odpowiedział tajemniczo.
Nie minęło piętnaście minut a Biegacz dał znak że wracamy do Marka. Zrobiłem zdziwioną minę ale się nie odezwałem.
www- Co jest? - zapytał Marek na nasz widok.
www- Nie pasuje mi do pokoju, jest za duży, chcę go sprzedać.
www- Ile?
www- Dziesięć złotych - powiedział mój towarzysz.
Marek pokręcił ze smutkiem głową.
www- Nie mam drobnych, tylko całe pięćdziesiąt.
www- Nie szkodzi, oddasz tę dychę przy okazji.
Przekazaliśmy mu obraz, a Marek przycupnął pod ścianą w takiej pozycji, w jakiej widziałem go po raz pierwszy.
Dużo później dowiedziałem się, że "sprzedają" sobie obraz od roku. Regularnie co dwa tygodnie.


*

wwwWsiąknąłem w to co robił całkowicie. Woziłem z nim paczki pod siedzibę Caritasu. Przewoziliśmy je na wózku Biegacza przykryte kocem, pod drzwiami zdejmowaliśmy koc, wysypywaliśmy paczki na podłogę, potem naciskałem dzwonek i uciekaliśmy piszcząc jak dzieciaki, które zrobiły numer z linijką i domofonem.
Pomaganie ludziom nabrało nowego wymiaru. Nie kojarzyło mi się już z łzami i wdzięcznością. Pomaganie z nim było zawsze dobrą zabawą, pełną radości i wygłupów.
Uwielbiali go, wszyscy bez wyjątku. Jeździł na wózku a dziewczyny piszczały na jego widok, słowo daję. Przyjaciół miał wszędzie i nie raz dawali od siebie pieniądze "dla Marka" , "dla Rudego" i dla innych. Biegacz zawsze wtedy pytał "nie wolisz sam?".
Ale nie woleli, co tym bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że jesteśmy jakąś elitą.
Wracaliśmy właśnie ze szpitala, w którym jeden z "podopiecznych" Biegacza - Rudy wylądował ze złamaniem nogi. Zaopatrzyliśmy go w soki oraz jedzenie i teraz powoli kierowaliśmy się na rynek.
www- Czemu to właściwie robisz? I skąd masz na to kasę? - zapytałem.
Popatrzył na mnie przeciągle.
www- Pierwsze pytanie trochę obraża nas obu, młody. Pieniądze mam odłożone, nawet dosyć sporą sumę. - Zamyślił się. - Widzisz, za kasę można dużo, ja chcę za nie kupić trochę ich radości. Moje prawo nabywcy - zaśmiał się.
Nagle zatrzymał się i zakaszlał.
www- Pójdziesz jutro sam kupić obraz od Marka? Chyba grypa mnie łapie.
www- Jasne.
www- To cześć. - Obrócił wózek o trzysta sześćdziesiąt stopni i pomachał mi.
www- Cześć.
Zmarł następnego dnia.

*

wwwNa pogrzebie stałem z boku. Ludzi było mnóstwo, wszyscy stali spokojni i z uśmiechami na twarzy - znając Biegacza wiedzieli, że łzy i ból nie pasują do jego osoby. Rudy podszedł do mnie o kulach i klepnął w ramię.
www- Zerwałem się ze szpitala.
Skinąłem mu głową.
www- Marek nie dotarł?
www- Pójdę tam dzisiaj, bo może nawet nic nie wie - powiedziałem.
Podeszła do nas kobieta, nie znałem jej. Zatrzymała się i zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem.
www- Pan był przyjacielem Tymoteusza? Biegacza? - zapytała zimnym głosem.
www- Tak.
www- Cieszę się że pomogliście tym ludziom, ale myślę że mam pan prawo wiedzieć. Tymoteusz był chory, miał przejść w zeszłym roku operację, miał na ten cel uzbierane ponad sto tysięcy. Zakręciło mi się w głowie.
Teraz jest pewnie sporo mniej, pomyślałem.
www- Kim pani jest?
www- To nie ma kompletnie żadnego znaczenia. - powiedziała i odeszła. Obcasy zawzięcie wbijały się miękką ziemię.
Wracałem z pogrzebu wlokąc się w korku. Byłem rozbity i zmęczony. Ktoś trąbił zawzięcie jakby to miało cokolwiek zmienić. Odwróciłem głowę, z prawej strony jakiś facet próbował wyjechać i włączyć się do ruchu.
Mrugnąłem mu światłami i przepuściłem go.

*

wwwMarek siedział tam gdzie zawsze. Wymieniliśmy pieniądze i obraz, a potem mu powiedziałem. Patrzył na mnie długo ale z jego twarzy nie spłynęła ani jedna łza, choć wiedziałem, że wiadomość nim wstrząsnęła.
Pożegnałem go ale chciałem jakoś go podnieść na duchu zanim odejdę.
www- Marku, życzę ci napisania samych wspaniałych wierszy.
Podniósł głowę i popatrzył na mnie zdziwiony.
www- Człowieku, w życiu nic nie napisałem.
Parsknąłem śmiechem i poszedłem do świata bez Biegacza.
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 16:37 przez dorapa, łącznie zmieniany 4 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3363
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

O jasną stronę mocy

Postautor: dorapa » ndz 28 kwie 2013, 15:34

Finał Jasnej strony mocy

Tytuły opowiadań według alfabetu:
1. Coś wiosennego
2. Czasem słońce, czasem deszcz
3. Mietek, dobry chłopak
4. Mrugnięcie


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf


Wróć do „Walki mocy 2013”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość