O jasną stronę mocy

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Głosujemy na dwa tytuły:

Czas głosowania minął ndz 28 kwie 2013, 13:59

1. Coś wiosennego
7
12%
2. Cukroczy
5
9%
3. Czasem słońce, czasem deszcz
7
12%
4. Dzień
0
Brak głosów
5. Gorsze od...
2
3%
6. Jasna strona mocy
1
2%
7. Kamienny Bark
2
3%
8. Miejcie oczy szeroko otwarte
2
3%
9. Mietek dobry chłopak
6
10%
10. Mrugnięcie
17
29%
11. Pajacyk na linie znikąd
2
3%
12. Pytia
4
7%
13. Tęczowe kocię
3
5%
14. To spojrzenie
0
Brak głosów
 
Liczba głosów: 58

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

O jasną stronę mocy

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 13:55

Czy ankieta wyjdzie dobrze?
Ostatnio zmieniony ndz 21 kwie 2013, 16:53 przez dorapa, łącznie zmieniany 2 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:05

Cukroczy


aaaaMyślicie sobie – co taki sprzedawca waty cukrowej może wiedzieć. Przecież to tylko student, który sobie dorabia sezonowo. Całe dnie kręci drobinki cukru wokół wykałaczki i ziewa od czasu do czasu.
aaaaRobotę w Jastarni załatwił mi ojciec. Wraz z matką wyjeżdżali na sezon zagranicę, a mnie wysyłali tu do ciotki, żebym sobie trochę dorobił. Dzień zaczynaliśmy wcześnie. My, to znaczy ja i Bożena, absolwentka Wyższej Szkoły Czegoś Tam, po kierunku Poważnie Brzmiącym. Była starsza, ale często sobie flirtowaliśmy z braku jakiegokolwiek innego zajęcia.
aaaaKończyliśmy czasami koło pierwszej, drugiej w nocy, kiedy przypływ turystów cofał się w stronę domków letniskowych i hoteli.
aaaaKiedy pierwszy raz przyjechałem do Jastarni i jeszcze nie znałem Bożeny, z braku laku wlepiałem się tępo w dzieci próbujące okiełznać deskę windsurfingową. Uczył je taki jeden instruktor o włosach pojaśniałych od słońca i opalonej twarzy. Dziewczyny raz po raz zerkały w jego stronę, a te na molo wdzięczyły się w słońcu jak jakieś syrenki. Koleś co wieczór odprowadzał do swojego domu inną pannę. Zazdrościłem mu. Ja – waciarz, kontra on – umięśniony instruktor. Był tutejszy, bo gdy raz przyszedł kupić watę swoim podopiecznym, zalatywał kaszubską gwarą.
aaaaTego samego lata przyjechała taka jedna niewidoma turystka. Chyba też miała tu rodzinę, bo na plażę przywoził ją jakiś starszy rybak i zostawiał na cały dzień. Czasami kupowała u mnie watę. Mówiła, że lubi mój głos. Obserwowałem, jak stoi na molo, albo jak spaceruje po plaży. Miała dosyć dziwną fryzurę, założyłem, że ścinała ją babcia, ale za to bardzo odważny uśmiech. Czasem siadała na kamieniach, a dzieciaki przynosiły jej muszelki. Raz jeden z tych chłopców żartownisiów przyniósł jej meduzę i rzucił za koszulę. Miał z kolegami niezły ubaw, jak dziewczyna zaczęła piszczeć i szarpać ubranie.
aaaaWtedy podbiegł do niej ten instruktor, chwycił malca za kark i kazał mu robić pompki. Byłem daleko, więc mogłem jedynie czytać z ich gestów. Mężczyzna chyba przeprosił ją w imieniu dzieciaka, jako że był za niego odpowiedzialny w trakcie zajęć z surfingu. Ona się uśmiechnęła i zaczęli rozmawiać. Chyba nie wiedział, że jest niewidoma, bo kazał jej iść za sobą, a ona poszła w całkowicie inną stronę. On pomyślał, że kobieta nie chce nigdzie iść. Zrobił strasznie zawiedzioną minę. Ona tymczasem zatrzymała się tam, gdzie fale obmywają brzeg i nasłuchiwała dźwięków otoczenia. Prawdopodobnie stwierdziła, że instruktor pobiegł zająć się swoimi sprawami i wkrótce odeszła w stronę portu.
........
aaaaPod koniec tamtego sezonu instruktor przestał odprowadzać dziewczyny do swojego domku, chodził zarośnięty, a na śniadanie i obiad raczył się czteropakiem piwa. Pewnego dnia na plaży zrobił się jakiś tłok, ludzie zaczęli się zbiegać w jedno miejsce, a plażowicze krzyczeli jeden przez drugiego. Okazało się później, że jakąś dziewczynkę wiatr zaczął znosić w stronę mola i kipiących tam fal, a ta straciła kontrolę nad deską. Na ratunek rzuciła się ta niewidoma kobieta, kierując się głosem piszczącej dziewczynki. Jak się okazało, świetnie pływała. Po chwili nadpłynął też instruktor. Również pływał dobrze, mimo że był nieźle wcięty.
aaaaWszystko obyło sie bez policji, ani skarg. Instruktor pewnie dostał reprymendę od szefa za niedbalstwo.
aaaaJak czyściłem później maszyny, widziałem jak ta niewidoma dziewczyna odprowadza pijanego mężczyznę do jego domku.
aaaaKolejnego lata instruktor znów był w formie. Przystojny jak nigdy, umięśniony i opalony. Bożena lubiła go obserwować i wzdychać bezwstydnie. Zdawał się nie interesować kursantkami, które w opiętych piankach przygotowywały deski i żagle. Mężczyzna wieczorem grzecznie zamykał barak ze sprzętem, szedł na jedno piwo z kumplami i wracał na swoją kwaterę. Tak minął czerwiec i lipiec. W sierpniu znowu przynosił do pracy czeteropaki i wracał chwiejnym krokiem. Wreszcie zaciągnął do łóżka Bożenę, ale na drugi dzień wogóle jej nie pamiętał. Zrobiło mi się go żal. Tak, jego. Bożena była bezwstydną flirciarą, więc dobrze jej tak.
aaaaWreszcie którejś nocy tak popił, że znalazłem go rano w marinie. Leżał na kei w wilgotnej piance. Był dwa razy większy ode mnie, więc nie dałbym rady zaciągnąć go do domku. Szturchnąłem go butem w ramię. Jeknął. Szturchnąlem mocniej i jeszcze raz. W końcu udało mi się go dobudzić. Był ledwie przytomny. Usiadł na jednym z polerów i wyciagnął pudełko z fajkami. Puste. Dał mi pięćdziesiat złotych i kazał skoczyć do supermarketu po nową paczkę. Resztę pozwolił zatrzymać. Wzruszyłem ramionami i pobiegłem.
aaaaSklep otwierali dopiero za pół godziny. Poczekałem więc i gdy wróciłem, on stał jak urzeczony i wpatrywał się w wejście do portu. Wpływał właśnie nieduży, drewniany jacht. Na dziobie stała owa niewidoma kobieta, trzymając gotową do podania linę. Ubrana była w czerwony sztormiak i jaskarwy kapok. Instruktor ochrypłym głosem powiedział, że obłoży linę na polerze. Kobieta podała mu ją, gdy obłem jachtu już muskali przybite do betonu opony. Widziałem, że ich dłonie zetknęły się na chwilę, a instruktor zrobił minę odbieranego przez właściciela psa ze schroniska.
aaaaaaaaKobieta podziękowała. Nie poznała go najwyraźniej, a on nie przynał się kim jest. Nie dziwię mu się. Z ust waliło mu mieszanką piwa, rumu i wódki.

aaaaKolejnego sezonu wszystko wróciło do normy. To znaczy instruktor znów nie pił, Bożena flirtowała ze mną ochoczo, a niewidoma dziewczyna zaczęła krążyć po plaży w towarzystwie pewnego mężczyzny. Nie wiem, co na to instruktor, bo gdy para zbliżała się do terenu szkółki, chował się w baraku.
aaaaPewnego wieczoru poszedłem z jedną klientką na dyskotekę plenerową. Grali szanty. Bożena strasznie wtedy była zazdrosna, ale przysiągłem na watę, że nic między nami nie było. Wtedy widziałem ich razem tańczących. Niewidomą i instruktora. Może to on poprosił ją do tańca, a może ona jego. Ale pewnie wpadli na siebie na parkiecie i tak jakoś wyszło. Tak się zapatrzyłem na ten widok, że nie zauważyłem, jak jakiś ćwok poderwał mi moją pannę. Wróciłem do swojego domku i wypiłem z Bożeną kilka piw. To był piękny dzień.

aaaaGdy pobraliśmy się z Bożeną i doczekaliśmy się dwóch brzdąców, każde wakacje spędzaliśmy w Jastarni. Wylegiwaliśmy się na plaży, jak para burżujów. Kątem oka zawsze lustrowałem okolicę, ale ani instruktora, ani niewidomej spacerowiczki nigdzie nie było.

aaaaOczywiście pierwszą pracą mojego pierworodnego była sprzedaż waty nad morzem. Sprzedawanie waty uczy życia. Po pierwszym turnusie opowiadał, że ma dość tych przeklętych bahorów.
aaaa- Najogorszy był syn takiego jednego instruktora – mówił. - Podbiegał do swojej matki i wrzucał jej meduzy za koszulę. Biedaczka byla niewidoma i nie miała jak się bronić.
.......
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 22:50 przez dorapa, łącznie zmieniany 3 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:08

DZIEŃ
AAAZadzwonił telefon. Tomek wytrącony ze snu, nieprzytomnie zaczął przeszukiwać miejsce obok poduszki.
AAA- Halo? – powiedział zaspanym głosem.
AAA- Cześć, tu Marta. Mam wielką prośbę. Obudziłam cię?
AAA- Tak! – odwarknął.
AAAUprzytomnił sobie zaraz, kim jest jego rozmówca i usilnie starał się naprawić swój błąd.
AAA- To znaczy nie, eh… – westchnął. - Nie ważne. W czym mogę pomóc?
AAAMarta pokrótce streściła sytuację w jakiej się znalazła. Jak co roku, dwudziestego pierwszego listopada miasto organizowało atrakcje dla mieszkańców, z okazji dnia życzliwości i pozdrowień. Odbywały się liczne festyny, konkursy, występowały grupy taneczne, masa różnorakich atrakcji. Turyści tak jak i najmłodsi uczestnicy, nie mogli narzekać na nudę. Wszystko to na rynku głównym. Wieczorem występował zespół muzyczny, który był niejako wisienką na torcie, zapewniając rozrywkę wszystkim bez względu na wiek. Marta w ramach projektu organizowanego przez wydział psychologii, miała wystąpić w przebraniu i umilać czas szczególnie dzieciom.
AAA- Potrafisz jeszcze chyba być miłym dla innych przez jeden dzień?
AAA- Tak, ale…
AAA- Już, już, do sedna. Kaśkę pewnie pamiętasz, była z nami w kinie, dziewczyna Maćka. Rozchorowała się strasznie i nie może dzisiaj przyjść. Dziewczyny z plastycznego prosiły żebym zajęła jej miejsce. Trzeba przygotować dekoracje, rozumiesz…
AAATomek zastanawiał się przez chwilę.
AAA- Zdajesz sobie sprawę, że jest…
AAAZegar ścienny wskazywał ósmą rano.
AAA- Sobota, ósma rano – dodał figlarnie, wiedząc już kto wygrał.
AAA- Proszę cię, naprawdę bardzo cię proszę – ona też wiedziała.
AAA- Gdzie mam cię zastąpić? Swoją drogą wiesz, że jesteś niezastąpiona.
AAA- Niech to będzie niespodzianka. Obiecuję, że nie będzie tragicznie – śmieje się. - Wynagrodzę ci to!
AAA- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę jak te słowa, na mnie działają… Zgoda.
AAAPowiedz chociaż, że to nie na dziewiątą.
AAA- Nie. Od dziesiątej do szesnastej. Potem jest koncert.
AAA- Gdzie mam się stawić? – zapytał, rozbudzony już w pełni.
AAA- Na Szewską 16. To siedziba wolontariatu, poznasz. Powiedzą ci co i jak. Jeszcze raz dziękuję – powiedziała serdecznym tonem. - Zadzwonię po szesnastej. Umówimy się na wieczór. Może koncert? Pa.
AAA- Hej.
AAATomek zwlókł się z łóżka, zadowolony, że nie popłynęli wczoraj za bardzo z chłopakami. Otworzył okno i zapalił papierosa. Udał się do łazienki wziąć prysznic. Pusty żołądek zaprowadził go do kuchni, gdzie przygotował sobie jajka na twardo i kanapki. Całość dopełniła szklanka wody. W sieci przeczytał wszystkie interesujące go wiadomości. Na zegarze widniała dziewiąta piętnaście. Ubrał się w jasne jeansy i czarny sweter w białe pasy. W przedpokoju dorzucił do tego ciemną kurtkę oraz sportowe buty. Zamykając za sobą drzwi, upewnił się, czy papierosy są na swoim miejscu.
AAASłabe promienie słońca przedostawały się przez zachmurzone niebo. Zima w tym roku się spóźniała, wynikiem czego była dodatnia temperatura. Ze słuchawkami na uszach, Tomek szybkim krokiem zmierzał na przystanek tramwajowy. Zajął miejsce z tyłu przystanku, przy wejściu do kamienicy. Nie musiał sprawdzać rozkładu, prawie wszystkie linie kierowały się do centrum. Paląc papierosa nucił pod nosem. Zgasił w połowie. Nadjechała trójka. Zajął miejsce w pierwszym wagonie.
AAADwadzieścia minut później otworzył drzwi wolontariatu. Pomieszczenie wypełnione było stertą paczek, kartonów i kostiumów. Rozejrzał się dookoła. Młoda dziewczyna w pomarańczowej koszulce oklejała puszkę przeznaczoną na zbiórkę pieniędzy.
AAA- Cześć! Ty musisz być Tomek! – wykrzyczała.
AAA- Cześć, skąd…
AAA- Marta mnie uprzedziła.
AAADziewczyna z uśmiechem na ustach podeszła do niego i wyciągnęła rękę na powitanie.
AAA- Iza. Mów mi Izka.
AAA- Tomek. - Uścisnął jej dłoń. - To już chyba wiesz.
AAAIza ruszyła w prawo, w kierunku kostiumów. Tomek uważnie ją obserwował. Dziewczyna po chwili przeszukiwania, triumfalnie wyciągnęła ogromne przebranie… Ciemno brązowy miś miał oczy jak z kreskówki.
..........

/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////PART I

AAA- Będziesz tak stał? Chodź, pomogę ci.
AAA- Iza posłuchaj. Wstałem dzisiaj o godzinie ósmej rano. Teraz uważaj, najważniejsze… Nie planowałem tego. Zgodziłem się pomóc Marcie, ale nie jestem w nastroju do żartów.
AAAUśmiech zniknął z ust Izy. Kiedy przestąpiła z nogi na nogę, do Tomka dotarło, że i ona nie jest w nastroju.
AAA- Czyli to nie jest żart – westchnął. - Kobiety…
AAA- Marta ci nic nie powiedziała? Raz, raz, chodź. Nie będę tak sterczeć cały dzień. O dziesiątej masz być na rynku.
AAATomek zastanawiał się czy powinien usprawiedliwić swoje zachowanie mówiąc o niespodziance.
AAA- Powiedzmy, że nie wspomniała o pewnych, kluczowych kwestiach. Co ja w ogóle mam w tym robić ? - Rozłożył ręce. - Paradować ?
AAA- Masz być miły i życzliwy, jak wszyscy dzisiaj. To jedna z atrakcji, wiesz, zdjęcia z turystami, dzieci, no i najważniejsze. Będziesz rozdawał „przytulasy”. Taka rola misia.
AAA- Świetnie…
AAATomek z pomocą Izy dopiął przebranie. Dziewczyna wręczyła mu górną część kostiumu – głowę.
AAA- Masz piętnaście minut. Leć. Pa.
AAA- Cześć.
AAATomek z posępną miną udał się do wyjścia.
AAAUderzył go powiew świeżego powietrza. Wyciągnął ręce z rękawów i wydostał paczkę papierosów. Z papierosem w ustach i „głową” pod pachą swoje kroki skierował w stronę rynku.
AAA.Dzieci bawiły się świetnie. Wraz z upływającym czasem niechęć Tomka była coraz mniejsza. Zachowania ludzi wynagradzały mu zmęczenie wywołane ciągłą życzliwością.
Ze słuchawek, zawieszonych na szyi, tak by nie zagłuszać otoczenia, a jednocześnie słyszeć wyraźnie dźwięki, wciąż płynęła muzyka. W pewnym momencie podbiegła do niego dziewczyna, którą wcześniej zauważył, spacerującą w towarzystwie dwóch przyjaciółek.
Przywarła do niego. Tomek przytulił ją i poklepał do plecach. Była o głowę niższa od niego. Ścisnęła go mocnej, trzymając prawe ucho przyklejone do przebrania. Zamknęła oczy. Wyglądała jakby wsłuchiwała się w rytm bicia serca pluszaka. Tomek zaczął się zastanawiać czy możliwym jest, aby dziewczyna słyszała jego muzykę. Właśnie Bobby Womack życzył sobie, aby jego przyjaciel nie ufał mu za bardzo…
AAA- Świetny kawałek - powiedziała, muskając go w nos i odchodząc z uśmiechem.
AAAZaskoczony tym stał jak pień. Pierwszy raz od założenia kostiumu naprawdę się uśmiechnął. Poczuł klepnięcie w ramię. To kolejni turyści prosili o zdjęcie.
AAA- Can we take a picture with you, teddy?
AAATomek uniósł kciuk do góry i stanął do zdjęcia z obcokrajowcami.
AAA- Thanks.
AAATuryści ruszyli dalej, a Tomek wrócił na swoje miejsce.

///////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////PART II

AAAKiedy rodzice pewnej gromadki wybawili go z opresji spostrzegł bezdomnego kierującego się w jego stronę. Mężczyzna miał około czterdziestu pięciu lat, ubrania, które nosił nie pozostawiały złudzeń. Kiedy się mijali nieznajomy, nie podnosząc wzroku wbitego w ziemię, objął go prawą ręką. Zaskoczył Tomka swoim gestem. Po kilku sekundach bezdomny ruszył w swoim kierunku.
AAA- Eh… - wymamrotał Tomek pod nosem.
AAAW pewnym momencie Tomek usłyszał głośne dźwięki orkiestry. Parada. Muzycy prowadzili. Za nimi w ciepłych kolorach umalowani ludzie. Nie zabrakło przebierańców. Na końcu znajdowała się kawalkada zabytkowych pojazdów. Korzystając z zamieszania i kierując się nieodpartą chęcią zapalenia, Tomek zaczął się rozglądać. Pomyślał o dzieciach, które byłyby wstrząśnięte widokiem palącego misia. Udał się w głąb kamienicy.
AAADo szesnastej zostało półtorej godziny. Zrobił się głodny, a do tego od trzydziestu minut walczył z potrzebą skorzystania z toalety.
AAAWybrał McDonalda. Kątem oka spostrzegł bezdomnego siedzącego nad pustą tacką przy oknie, w rogu lokalu.
AAA- Zapraszam. – powiedziała młoda dziewczyna.
AAAMiał nawyk, zawsze spoglądał na plakietkę z imieniem. Mimo, że nic mu to nie dawało, tym razem było podobnie. Agata, praktykantka.
AAA- Dwa.. niech będą trzy cheeseburgery.
AAAZmienił zdanie na wspomnienie „ zawieszenia” kawy. Marta opowiadała mu o tradycji wywodzącej się z Neapolu, a ostatnio modnie wprowadzanej w większych miastach Polski.
AAAZwyczaj polega na płaceniu za dodatkową kawę. Kelner, mając na uwadze przyszłych potrzebujących, wypisuje na tablicy informacje o ilości dostępnych „zawieszeń”. W Neapolu tradycja rozszerzyła się do opłacania dodatkowych posiłków. Tomek nie miał nic przeciwko takim ideom. Był zdania, że taką kawę równie dobrze można wziąć ze sobą i przekazać komuś na ulicy. Uważał, że prostota pomocy, zwykły gest, jest ważniejsza.
AAA- Dziewięć złotych.
AAADał jej pieniądze. Agata podziękowała i poprosiła następnego klienta. Tomek trzymając w jednej ręce głowę, a w drugiej cheeseburgery skierował się do wyjścia. Podszedł do stolika, bezdomnego. Nieznajomy nie odrywał wzroku od tacy. Bez słowa Tomek położył jedną kanapkę na stole i wyszedł.
AAADo szesnastej czas upłynął Tomkowi szybko. Powolnym krokiem ruszył z powrotem do wolontariatu Był zmęczony, satysfakcjonująco zmęczony. Na scenie muzycznej coś zaczynało się dziać.
AAANa Szewskiej 16 panował spory ruch. Dziewczyny właśnie wróciły z parady, panowała atmosfera porządków. Tomek wypatrywał Izy. Kiedy tylko ją zobaczył pomachał, sygnalizując swoje przybycie. Iza podbiegła do niego z wyciągniętymi rękami.
AAA- No chodź tutaj. - Uściskała go. - Nie było chyba tak, źle?
AAA- Nie, ale zdecydowanie wystarczy na dziś. Gdzieś musi być równowaga dla tej dobroci.
AAA- Jest – powiedziała pomagając mu wygramolić się z przebrania.- W życiu.
AAA- Będę leciał. Umówiłem się z Martą.
AAA- Pozdrów ją. Musi ci to jakoś wynagrodzić.- Zaśmiała się. - Pa
AAA- Cześć.
AAABędąc na zewnątrz, zadzwonił do Marty. Umówili się na siedemnastą u niego. Wstąpił do sklepu. Uznał, że jajko niespodzianka będzie adekwatnym prezentem.
AAAMarta zjawiła się chwilę po siedemnastej. Tomek otworzył, zapraszając ją do środka. Usiedli w salonie.
AAA- Jak było? – zapytała.
AAAUśmiechnął się.
AAA- Nie tak źle. Iza przesyła pozdrowienia i zgadza się w pełni ze mną co do tego, że musisz mi to wynagrodzić.
AAA- Jasne – uśmiecha się lubieżnie.
AAA- Mam coś dla ciebie. - Wręczył jej prezent.
AAAMarta podzieliła jajko na dwie części, oddając jedną Tomkowi. Otworzyła pudełko ze środka. Roześmiała się. Spojrzała na Tomka trzymając w ręce małego, zielonego misia.
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 23:02 przez dorapa, łącznie zmieniany 2 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:11

aaaaGorsze od...
aaaaSamochód z trudem brnął przez wiosenne błoto, rzęził i prychał jak stara dychawiczna szkapa. Kiedy wreszcie wjechał na podjazd wyłożony kostką, wszystkim wydało się, że silnik odetchnął z ulgą. Ledwo zgasł, z auta wyskoczyła sklepowa, Halinka Łakomczykowa -niewysoka, ale niezwykle ruchliwa kobieta o siwiejących włosach. Chwilę później otworzyły się drzwiczki od strony kierowcy i na podwórze starego, drewnianego domu wytoczył się sołtys, Lucek Wawrzyniak. Poprawił kapelusz i spodnie zjeżdżające z obfitego brzucha, otarł nos ręką i ruszył w stronę sieni, jednak zanim zdążył dotknąć dzwonka, drzwi wejściowe uchylono i stanęła w nich kobieta o bujnych kształtach i włosach.
aaaa– My do pani, pani Bogusiu – sołtys uchylił kapelusza.
aaaa– Zapraszam, zapraszam… Zawsze jesteście mile widziani – odpowiedziała z uśmiechem i gestem zaprosiła do środka. – Co sprowadza?
aaaa– Sprawa delikatnej natury, ale niezmiernie ważna. Dla nas i dla was – zagaił sołtys i zajął miejsce przy stole kuchennym. Niejeden raz odwiedzał miejscową czarownicę i doskonale wiedział, że zaraz przed gośćmi pojawi się imbryk z herbatą i karafka z nalewką na jakichś tajemniczych ziółkach. I oczywiście nie pomylił się wcale. Gospodyni już krzątała się koło poczęstunku. Znała gusta sołtysa, a szczególnie jego zamiłowanie do nalewek, które robiła. Halinka Łakomczykowa wyjęła z torby pęto kiełbasy zawinięte w pognieciony papier i podała Bogusi.
aaaa– Od Grubera, pokłonić się kazał.
aaaa– Proszę mu podziękować, w końcu to najlepsza kiełbasa w okolicy.
aaaa– A ile w niej czosnku…– rzucił sołtys i zawiercił się niespokojnie na krześle.
Bogumiła zauważyła jego podenerwowanie, więc czym prędzej pokroiła wędlinę i napełniła kieliszki.
aaaa– Za spotkanie – uśmiechnęła się, unosząc naczynie pełne złocistego trunku. Poczekała aż goście wypiją, ale sama ledwo usta zamoczyła. Rzadko pijała alkohol i nie rozumiała miłości ludzi do tego trunku. – Jakaż to delikatna sprawa, panie Lucku? – zapytała wreszcie, stawiając przed nimi imbryk z herbatą. Rozlała napar do kubków i podsunęła sołtysowi cukier. Zawsze powtarzał: „Herbata musi być mocna i słodka, lury nie piję.” Patrzyła ze spokojem, jak celebruje słodzenie, próbowanie, dosładzanie. Znała go od dziecka, czuła, że sprawa z jaką przyszli jest poważna i wymaga odpowiedniego obrządku. Ostatecznie Lucek siorbnął, mlasnął, odstawił kubek, poklepał się po kolanie i zaczął.
.....
aaaa– Pani Bogusiu, od lata ma pani gości, którzy i nas we wsi odwiedzają – powiedział, unosząc dłonie. – Nic do nich nie mamy, jak i do innych paninych różnych wcześniejszych gości, bo nic złego nie robią. Nikt w Przysiółku nie ucierpiał, więc niech se tu u pani będą. Jednakowoż, to, co ja chciał powiedzieć, ich tyż dotyczy.
aaaa– Może pójdę po ich… – zawahała się – …po pana Wiktora. On ich reprezentuje.
aaaa– Może by warto – przytaknął Lucek. – My o ważnych rzeczach przyszli pogadać.
aaaa– Nie trzeba chodzić. Jestem. – Do kuchni wszedł niewysoki, ciemnowłosy mężczyzna o wyraźnie bladym obliczu. – W czym mogę pomóc? – zapytał spokojnie i usiadł na krześle, które wskazała mu gospodyni.
aaaa– Mówić będę otwarcie, bo i nie da rady inaczy – zaczął sołtys. – Ksiądz proboszcz kazanie mieli w niedzielę, żeby dawać datki na odbudowę tej części klasztoru, co to się spaliła zimą, że niby braciszkowie sami to nijak rady nie dadzą. Ale ludzie szemrają, raz, że ciągle dawać, a dwa, że te chłopy co to tera w klasztorze siedzą, to diabła warte. Niby że, panie, braciszkowie takich budowlańców najęli, co to tylko po lesie wsi ganiają, dziewuchy macać się biorą i inne figle z nimi wyczyniać.
aaaa– Z oczu im źle patrzy. Jak wejdą do sklepu – wtrąciła się Halinka – to zero kultury. Harde takie, chamowate i gburowate. Na nas mówią – wsioki. Pewnie, my na wsi żyjemy. Z dziada pradziada nasze ojcowizny tu są. Ale żeby takie chamy od razu sobie człowiekiem gębę wycierały?! Co to, to nie – pogroziła palcem. – My prości ludzie, może i mało kształceni, ale swój honor mamy. I byle przybłędy nie będą nas obrażać!
aaaaWalnęła dłonią w stół, sięgnęła po kieliszek i wypiła do dna. Sołtys spojrzał smętnie, więc Bogumiła czym prędzej dolała mu nalewki. Lucek przełknął, siorbnął herbaty i podjął opowieść.
aaaa– Jak na zabawę przyszli, to sobie takiego jednego upatrzyli. Tego Mirka, Hanki Lepieszczanki syna. On taki nijaki, bo ta alergia... – pomyślał chwilę – nie, anemia go dopadła, jak robił u Holendrów w zeszłe lato i tak go trzyma. Więc on owszem, swój wzrost ma, ale chudy i blady, jak śmierć na chorągwi. Do tego ma zęby okropne, każdy w inną stronę, bo na artadentę... – znowu się zastanowił – ortadentę nie było. Po ojca rodzinie takie te zęby krzywe ma. Ale nie o tym ja miał... – skarcił się, widząc minę sklepowej. – Te chłopy, niby budowlańce z klasztoru, piwo wypili, wokół popatrzyli i do niego: „Te wampir, a może byśmy tak zatańczyli?” Chłopaki wokół w śmiech, bo ten Mirek to trochę taki wampir z filmu. Tylko mu tych takich pazurów brakuje. Przystawili się do niego i go na dwór wyprowadzili. Tam go lu w gębę i...– sołtys opowiadał, co i rusz zerkając na Wiktora. Ten jednak zachowywał kamienną twarz, całkiem jakby nie widział miny Bogumiły, która pokraśniała od wstrzymywanego śmiechu.
aaaa– Aleś się sołtys rozgadał – zgasiła Lucka sklepowa. – Dość, że gdyby nasze chłopaki z remizy nie wyszły, to pewnie by go zakołkowali, bo jeden to taki długalaśny, zaostrzony kołek miał. – Tu pani Halinka pokazała długość od palców do łokcia – Sama widziałam, bo akurat piwo dowoziłam i wysiadałam.
aaaa– No, nasze chłopaki do nich, a oni z gębą, że razem z braciszkami porządki robić będą. Wampiry kołkować, a wiedźmy palić! Mój syn gada, że jak w średniowieczu prawie, panie! Poszli w końcu, bo psami ich Józek poszczuł, a my zebranie zwołali.
aaaa– I o czym dyskutowaliście? – łagodnie zapytała Bogumiła, wiedząc, że teraz sołtys przechodzi do meritum. Człek z niego był prosty, ale miał swoją strategię.
aaaa– A o was i waszych gościach – westchnął Lucek. – Miła pani, my się lata znamy i żyjemy tu w zgodzie. Znacie nas, a my was. My do waszych gości, różnych takich nie–ludzi przywykli i nic nam do nich. Nie raz, nie dwa nam pomagali. Nasze ojce już mówili, że wy inne, ale krzywdy nie robicie, jak was w spokoju ostawić.
aaaa– Nie jesteście tacy jak my, ale wiemy, że zła tu u was nijakiego nie ma. Ludziom pomożecie jak potrzeba i pilnujecie swoich spraw. Tak jak być powinno – wtrąciła z szacunkiem pani Halinka.
aaaa– Dziękuję wam bardzo, ale do czego dyskusje doprowadziły?
aaaa– My, gromada, ustalili, że tych z klasztoru wypędzić trzeba. Sami klasztor odremontować możemy, bo tam przecie zwykłe obórki się spaliły. Już pismo do biskupa u księdza proboszcza pisalim i poszło. Sprawdzili my po cichu to tu, to tam, bo Baśka od Ryśka Chudego w gminie robi. Nikt nie wie o klasztornych remontach! Ani w gminie, ani w starostwie! To my parę razy, ma się rozumieć anonimowo, zadzwonili i pisali tu i tam. I Kaśka mówiła, że w gminie pojawił się jeden taki ze starostwa. Ponoć w sprawie klasztoru. Tak powiedziała Kaśce sekretarka wójta.
aaaa– Pismo, jako wieś napisaliśmy na policję ze skargą na tych budowlańców, psia ich mać! Że element, że ludzi zaczepiają i bić chcą. Znaczy rozbój i wymuszenia – wtrąciła sklepowa – Może jaki policjant przyjedzie?
aaaa– Nie boicie się, że machną ręka na taką wieś w środku lasu – zapytała ostrożnie Bogumiła.
aaaa– Na nas to oni sra... – Lucek urwał, bo dostał solidnie w bok od sklepowej.
aaaa– Chciał powiedzieć, że my ich na pewno nie obchodzimy, ale ten klasztor to zabytek. Sprawdziliśmy, faktycznie jakieś malowidła z XIII wieku są.
aaaa– No, to my do tych od zabytków też napisali – kontynuował Lucek, niezrażony. – I te zaraz przyjechali i razem żeśmy byli w klasztorze. A te całe budowlańce to białej gorączki dostały. Latały i niby jakichś papierów szukały. I ten cały konserwor.... – zawahał się.
aaaa– ...konserwator – podpowiedział Wiktor.
aaaa– Właśnie panie, on im powiedział, że prace mają wstrzymać, dopóki dokumentów nie pokażą. Ale przecież, panie, oni żadnych nie pokażą, bo ich nie mają – zaśmiał się ze swego konceptu i walnął mężczyznę w nogę z radości. Sklepowa rzuciła okiem na Wiktora. Był spokojny a nawet, rzec by można, lekko uśmiechnięty. Końce jego bladych warg unosiły się dość powściągliwie w górę i drgały od czasu do czasu.
aaaaSołtys wyśmiawszy się, rozpoczął dalej.
aaaa– No, potem, panie – ciągnął już do Wiktora, gapiąc się na niego – my nasłali na nich leśników. Byli tam ze dwa dni temu i takie im mandaty przyfanzolili, że chatę by można niewielką postawić. Ten ich szef cały, to ponoć zbladł, jak usłyszał, że tu rezerwat i żadnych prac prowadzić nie można, bo kryminał. Panie na drugi dzień z dziesięciu chłopa na PKS poszło i pojechali.
aaaaaaaa– I krzyż im na drogę – powiedziała sklepowa odruchowo i szybko zerknęła na Wiktora.
aaaa– No, to my jeszcze wczoraj z naszym strażakiem uzgodnili, że wezwie swoich, aby ich budowę sobie obejrzeli. Mają przyjechać jutro. Już oni coś tam znajdą.
aaaa– To, panie Lucku, wszystkie złe moce na nich napuściliście – zaśmiała się Bogumiła.
aaaa– No! Siłą złego na jednego, jak mówią – przytaknął sołtys – Pani Halinko, kochana, pani powie dalej, bo mi w gardle zaschło. Herbatki popiję.
aaaa– A może tak panie sołtysie naleweczki jeszcze kieliszeczek? – zapytała Bogumiła.
aaaa– Nikt nie pogardzi paniną naleweczką – przymilił się sołtys.
aaaa– Pani Halinko?
aaaa– I owszem, jeśli pani taka miła. Sołtysowi tylko naparstek, bo musi nas do domu odwieźć. A i nie wszystko zostało już powiedziane…
aaaaBogumiła napełniła kieliszki gości, poczekała, aż wypiją i dolała sołtysowi herbatki. Obie z Halinką obserwowały rytuał słodzenia i próbowania.
aaaa– A co tam jeszcze pani Halinko? – zapytała wiedźma, kiedy sołtys opukał łyżeczkę o brzeg kubka i siorbnął napoju.
aaaa– Bo wczoraj wieczorem chłopy na piwo przyszli i tak sobie gadali, choć nie do mnie, to przecież wszystko słyszałam, bo niczego nie taili – dodała tonem usprawiedliwienia. – Tak sobie gadali, że jutro przyjdą strażaki, a oni pojutrze sprawdzą, co się dzieje w klasztorze. A jeśli jeszcze kto z tych przybłędów siedzieć tam będzie, to wezmą, co kto ma i pójdą ich wypędzić.
aaaa– To może być bardzo niebezpieczne – stwierdziła Bogumiła ze spokojem.
aaaa– I ja tak myślę – przytaknął Lucek i zwrócił się do Wiktora. – Ale też i myślę, że u was, panie wampir, parę chłopaków siedzi. Może by naszym pomogli, co? Przecież jak tych tam nie przepędzimy, to spokoju nie będzie, a nam nie zależy, żeby tu jakieś przybłędy porządki robić chciały. Z własnymi kłopotami to my se sami radzimy. Czy nie?
aaaaCzarownica wymieniła z wampirem spojrzenia. Pokiwali głowami na znak zgody.
aaaa– Cóż, – zaczął spokojnie Wiktor – to wszystko być może, przedyskutujemy waszą propozycję. Ale już teraz widzę pewien problem: wiecie, że my ludźmi nie jesteśmy. Szukaliśmy spokojnej przystani i Bogumiła nas przyjęła, ale postawiła bardzo ostre warunki, chroniąc was przed nami. Z tego powodu raczej się nie znamy… Boję się, że jak mężczyźni ze wsi napatrzą się na nasze sposoby radzenia sobie w trudnych sytuacjach, wystraszą się i postanowią nas wypędzić. Dojść może do… przepychanek, że tak powiem, bo nam u Bogumiły dobrze i ruszać się stąd nie chcemy.
aaaa– Głupie my nie są – uciął krótko sołtys z rozbrajającą szczerością, trzymając w dłoni kieliszek.
aaaa– No, właśnie – potwierdziła pani Halinka. – Bo panie, który z naszych chłopów, by się na wampira rzucił? Chyba jaki bez mózgu? My może i wsioki, ale głupie to nie jesteśmy.
aaaa– A to da się zauważyć – wtrąciła Bogumiła z uśmiechem. – Wasze sposoby radzenia sobie z kłopotami utwierdzają mnie w przekonaniu, że straszni z was przeciwnicy.
aaaa– Bo to, pani szanowna, my już wiemy, że od wampirów i czarownic, gorsze są przepisy i urzędy.
aaaaSołtys uśmiechnął się, walnął z gracją kolejny kieliszek tajemniczej nalewki na ziółkach i siorbnął herbatki.
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 22:22 przez dorapa, łącznie zmieniany 1 raz.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:15

Jasna Strona Mocy

...Kszsz...
...Kszszszt...
...Kszt... kszt...

Mała skrzyneczka obijała się, spadając w głąb blaszanego szybu.

...Kszt... kszt...

...

Ma – mma! Mama. Sss... Sssmi!
Ta?...
Ta... ta?
Tata!
Eeee? Tata neee?
Mi... di... glo... ljian? Midi – klorian? Midichlorian. Błe.
Dzie tata?...

...

Złom, złomek, złomisko, złomiszcze, złomowanie, złomowisko, z-łom, złomówka, złomunio, zło-m. No, maaaaaaamoooo. Mamo! Długo jeszcze? Ile jeszcze tego złomu mam przerzucić? Ale mamo... No, ale ile je... No dobra, dobra. Nie krzycz.

...

O, na szczerbatą zębatkę! Co za genialna część. Będzie do ciebie pasowała. Tum, tu dum. Pokręcimy tutaj, pokręcimy tam. Auć! Mój palec. Nie, nic mi nie jest, mamo. Chodź, zobacz, co zrobiłem! Nie, naprawdę, to nic takiego. No weź, popatrz! Świetny, nie? Będzie się ze mną bawił, wiesz? No, działa, działa. O, tutaj trzeba przekręcić. Tak. No, zaraz ci pokażę...

...

Ej, ty tchórzliwy droidzie, chodź no tutaj! Zobacz, mamy gości! Idź powiedzieć Watto. No szybciej, bo cię więcej nie naoliwię! Dzień dobry, przybysze. W czym wam mogę pomóc? Dzień dobry, pani Padmé. Królowa? Ojej, przepraszam, nie wiedziałem! Cha, cha. Pewnie jest pani dobrą królową? Uszkodzony statek? Proszę tędy. Watto coś dla was będzie miał. Dziewięć, proszę pana. Ani. Tak do mnie mówi mama. A pan? Kłaj... gon? Acha. Cześć, miło mi cię poznać. Hej, Watto! Klienci! Tędy, tędy. No gdzie się podział ten droid?

...

Proszę pana? Panie Kłaj-gon! Znalazł pan swoje części? Nie? Ten? A tego sam zbudowałem. Tylko trochę mi się nie udał, bo się boi. Nie, nikt mi nie pomagał. Wie pan, zbudowałem sobie nawet własnego ścigacza, ale on jest słaby. A ja chciałbym wypróbować takiego dużego, szybkiego. Tak, umiem. Nie no, wie pan, trochę po pustyni sobie jeżdżę, ale to nie jest prawdziwa próba. Taka prawdziwa to by była w wyścigu. Chciałbym się ścigać. Pomoże mi pan? Ja się nie boję.

...

Wygrałem! Mamo, wygrałem! Słyszysz?! WYGRAŁEM! Jestem wolny... Pa, pa, Tatooine. Pa, pa, mamo. Wrócę po ciebie!

...

Cha, cha! Ale fajny... ŁOOOO! Szuuuu, szuuuu, ziuuuum, cha, cha, cha. Zaraz, oj, chwilę. Nie zrobię sobie krzywdy! Ale ja się ciebie słucham, mój mistrzu. Dobrze, już dobrze. Ale... Dobrze, już chowam. Długo jeszcze będę padawanem? Ale ja czuję Moc. Ze mną? Chce się spotkać? Naprawdę?

...

Tak, to ja, Kanclerzu. Dobrze. Tak. Cieszę się z pańskiej protekcji.

...

Słyszałeś, mistrzu? Powiedział, że będzie się uważnie przyglądał moim postępom! Niby dlaczego mam na niego uważać? Przecież to Najwyższy Kanclerz!

...

To co, że jestem porywczy? Oj, przestań, Obi-Wanie! Umiem! Jestem Wybrańcem. Czy sądzisz, że Wybraniec nie potrafi się wyzbyć takich uczuć?! Myślisz, że zaraz znajdę się po Ciemnej Stronie? Nieprawda! On na mnie nie wpływa! Nie, kłamiesz, Obi-Wanie! To mój przyjaciel! Też mi coś!

...

„Och, widziałem, jak walczyłeś. Masz cudowne umiejętności. Masz Moc. Z taką Mocą mógłbyś sprawować władzę nad Wszechświatem. Mógłbyś naprawić całe jego zło”. Masz rację, przyjacielu. Ja mam tę Moc. I zniszczę zło w tej Galaktyce. Naprawię ją. Pokażę wszystkim, czym jest Moc, czym jest dobro.

...

Dostaję misję? Ochrona? A kogo? Senator Naboo? Padmé? Padmé Amidali? Ta, którą spotkałem?.. Och. Ale. Ja. Tak, przepraszam. Senator Amidali. Tak, już idę.

...

Dlaczego?! Dlaczego ja?! Na Moc, dlaczego mi tego zakazują?! Och, Padmé. Dlaczego odmawiają mi jedynej rzeczy, której pragnę? Dlaczego odmawiają mi twojej miłości?! Kocham cię! Musimy się im przeciwstawić. Nikt się o tym nie dowie. Padmé... Och, Padmé...

...

Wioska Ludzi Pustyni? Nie wiem, o czym mówisz, Obi-Wanie. Ach. Coś mi się obiło o uszy. Tak. To na pewno zrobił to jakiś przestępca. Znajdziemy go i ukarzemy. Teraz, jako rycerz Jedi przeciwstawię się wszelkiemu złu.

...

Jestem wyjątkowy? Tak, masz rację, przyjacielu. Ja nie wiem. Ni wiem, dlaczego tak długo musiałem czekać. Nie chcieli? Nie jestem mistrzem, bo... Bo mnie nie doceniają? Tak. Ta zgraja „Mistrzów” nie potrafi mnie docenić! Kim oni w ogóle są?! I ten Yoda! Nawet nie potrafi zdania sklecić poprawnie!

...

Padmé! Ona umrze. Ja. Ja, jej nie będę mógł pomóc. Przeze mnie. Ona umrze. Padmé...

...

Darth Sidious? Ty! O wszystkim zawiadomię Jedi! Nie! Jesteś zdrajcą! Nie będę twoim uczniem! Co masz na myśli, mówiąc, że uniknę śmierci? Nie! To niemożliwe! Moja Pad?... Skąd wiesz?! Nie, to niemożliwe. Uratuję ją? Ale... Ciemna Strona?... Nie! Kłamiesz!

...

Tak, Mistrzu... Gdzie jest Padmé? Jest bezpieczna? Nic jej nie jest? To... to niemożliwe. Ona żyła! Wątpię! NIEEEE!

...

Jestem potężniejszy niż Kanclerz, mogę go obalić! Co? Kłamiesz! Przywiozłaś go, żeby mnie zabił!

...

Rzeź tu, rzeź tam. To jest wszystko w imię sprawiedliwości, głupcy! To są wszystko zdrajcy. Padmé mnie zdradziła. Wszyscy to przestępcy. Wszyscy to zdrajcy. Nikomu nie można ufać.

...

Jeśli nie jesteś ze mną... jesteś moim wrogiem! NIENAWIDZĘ CIĘ!!!

...

Jestem potworem. Kaleką w pancerzu. Żyję dzięki masce. Zemszczę się, Obi-Wanie. Obetnę ci obie nogi i zostawię, byś skonał. Wszyscy zobaczycie, czym jest Nowy Ład. Czym jest Imperium. Moje imię będzie na ustach wszystkich. Wreszcie mnie docenicie.

...

Syn Padmé? Przecież ona umarła... To niemożliwe. To nie może być... Jak... To on?

...

Luke... jestem twoim ojcem.

...

Luke, skarbie? Luke, to ja, twój tatuś.
Luke?
Maleńki?

Luke! Do stu tysięcy klonów, nie baw się tym!
Luke, ja rozumiem, że to jest fascynujące, ale natychmiast przestań igrać ze swoim mieczem świetlnym.

Luke!

Nie, nie zostawiaj go tak na wierzchu, tylko włóż do spodni. Luke, proszę cię. Nie tutaj. Do tej kieszeni. No, teraz świetnie. No, Luke! Nie bierz teraz tego do buzi! Zostaw. Zo – staw!
Luke, idź teraz umyj ręce. Nie, dotykałeś nimi miecza, a miecz jest brudny. Umyj ręce. Ale nie ma żadnego „ale”. Natychmiast. Proszę pójść i umyć ręce. Chcesz, żeby przyszedł Jabba i cię zjadł? Chcesz? No to idź do łazienki, bo go wezwę.
Ale już!

...

Luke?

Ale co ty masz na myśli, że się z ciebie mnie śmieją? Że co?! Że ze mnie też? Że jestem Ciemnym Hełmofonem?! Luke! Na litość Yody. Oczywiście, że jestem twoim ojcem. To, że ty jesteś biały, a ja mam czarny hełm nie znaczy, że nim nie jestem. Nie, nie mogę. Nie mogę zdjąć hełmu. Bo jak mnie zobaczysz, to się przestraszysz. Tak jestem brzydki. Ale, Luke. Nie, to ty przestań. Porozmawiamy o tym kiedy indziej. Luke, poczekaj!

Luke... chcę cię zobaczyć. Chcę cię wreszcie zobaczyć. Luke, synu.

...

Luke, nawet nie wiesz, jak bardzo marzyłem o tym, by ci to wszystko powiedzieć. Luke. Leia. Moje dzieci.

...

Przyłączy się do nas lub umrze, mój panie. Nie obawiałbym się go.

...

No proszę. Młody Skywalker. Tyle o tobie słyszałem. Masz Moc. Czuję ją. Wystarczy jej, by władać nad światem. Uważam twój brak wiary za niepokojący. Możesz mieć całą Galaktykę. Ty i ja możemy obalić Imperatora i wspólnie panować nad Galaktyką. Możemy zbudować piękny świat...

...

Więc giń, głupcze!

...

Dokonałeś niewłaściwego wyboru, Luke. Ostatnim razem ci się udało. Ale ja się nie zmienię. Nie wiesz, kim jestem. Nie rozumiesz. Jestem potworem, Luke. Ty jesteś inny, synu. Zupełnie inny. Jesteś zdrowy. Muszę cię zaprowadzić. Chodź ze mną, mój uczniu.

...

Imponujące... bardzo imponujące.
Łatwo poszło.
Moc jest z tobą, młody Skywalkerze, ale nie jesteś jeszcze Jedi.

Kssszzzssszzzt...

Luke, nie zdajesz sobie nawet sprawy z tego, jak jesteś ważny. Dopiero zaczynasz odkrywać swoją moc. Przyłącz się do mnie. A ja dokończę twój trening i razem zaprowadzimy porządek w galaktyce!
Gdybyś znał tylko potęgę Ciemnej Strony... Obi-Wan nie powiedział ci nigdy, co się stało z twoim ojcem?

...

Nie Luke, to ja jestem twoim ojcem!

...

Zaufaj swoim uczuciom. Wiesz, że to prawda.

...

Jeśli ty nie przejdziesz na Ciemną Stronę, może zrobi to ona?

...

Nieeeeeeeeeeeeee!

...

Zdejmij mi maskę, Luke. Pozwól mi zjednoczyć się z Mocą.

...

Luke...

Powiedz swojej siostrze, że miałeś rację.

...Kszsz...
...Kszszszt...
...Kszt... kszt...

...

Na górze szybu stał Luke i przyglądał się, jak maleńka skrzyneczka spada w głąb otchłani Gwiazdy Śmierci. Potem wszystko się rozmyło.

...Kssszzzt...
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 22:58 przez dorapa, łącznie zmieniany 1 raz.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:16

wwwKamienny Bark

wwwO tym jak wielkie jest niezrozumienie tematu przekonałem się na własnej skórze, gdy pełen egzaltacji opowiedziałem w pracy tę historię i nikt nie wziął tego na poważnie. Tak, należy cieszyć się z małych rzeczy. Bezwarunkowo. No, bo kto dziś cieszy się, że ma maturę, jest magistrem, wziął ślub, kupił samochód czy mieszkanie. Wiadomo takie rzeczy się wspomina, ale nie zawsze są to miłe myśli. Dlatego właśnie te drobne, dobre rzeczy zawsze będą w cenie, zawsze chętnie do nich wrócimy, będziemy je opowiadać wnukom. No przecież nie będziecie wnukom opowiadać jak to trzydzieści lat wcześniej udało wam się kupić dziesięcioletnią astrę za tysiaka mniej niż chodziły na allegro. Tak, należy cieszyć się z małych rzeczy nawet, jeśli nie są one w stanie przechylić szali ciężkiego losu i tylko pobłyskują w szarości smutnego życia. Historia, którą wam przedstawię ma happy end- to oczywiste, w przeciwnym razie byłby to kolejny epizod, niezapamiętany, lecz zostawiający trwały ślad w rejestrze doznanych niesprawiedliwości. To zdarzenie musiało naprawdę mocno zakotwiczyć się w mojej podświadomości, bo ni stąd ni zowąd przypomniała mi się oranżada w woreczkach. Ale dość już tych dygresji, bo albo wierzgacie nóżkami by poznać w końcu ciąg dalszy albo przewijacie tekst na dół by zobaczyć ile jeszcze musicie go przemielić. Lecz zanim przejdziemy do tych pamiętnych wydarzeń, chcę byście wiedzieli, że gdy nie zostawię was samych z tym problemem. Reakcja na te dramatyczne wydarzenia może być zaskakująca dla was samych. Wyparcie, zaprzeczenie, gniew, frustracja, bezsilność, w wielu przypadkach również agresja. Pierwszą reakcją zawsze jest obojętność, co najwyżej życzliwa neutralność. Kolejnym etapem jest desperacka próba znalezienia własnej historii- na próżno, rozorana pamięć nie tylko nie pokaże tego, czego szukacie a wręcz przeciwnie, zobaczycie dziesiątki odwrotnych sytuacji. Skąd to wiem? Prawie połowa osób, których próbowałem urzec swoją historią zwróciła się do mnie o pomoc w tej sprawie. Nie od razu, musiało upłynąć trochę czasu zanim zrozumieli, że w tej nierównej walce stoją na z góry straconej pozycji. Przyszli do mnie, bym ich od tego uwolnił, bo myśl o tym zawiesiła się w ich głowach jak głupawa popowa piosenka zasłyszana rano i dręcząca cały dzień. Moja próżność była mile połechtana ich skruchą, jednocześnie zrodziło się we mnie poczucie misji- muszę im pomóc. Pomogłem. Wtedy też wpadłem na pomysł żeby założyć bloga albo jeszcze lepiej forum. Tak właśnie chciałem zrobić, lecz kiedy odpaliłem popularną wyszukiwarkę internetową, mój entuzjazm opadł a wręcz został wykastrowany. Wszędzie było już tego pełno, fanpejdże, blogi, vlogi, fora. Dogłębne analizy psychologiczne, socjologiczne przeplatały się ze zwykłymi acz dramatycznymi opowieściami. Trafiałem na ostre polemiki, Białe Księgi, kilka razy nawet znalazłem analizy techniczną zawierające wyliczenia przyśpieszeń, pędu, wektory i różne hipotezy. Spokojnie, pamiętam obietnicę i już wam wszystko opowiadam. Jak mówiłem wcześniej, chodzi o małą sprawę i duże emocje. Rzecz dzieje się o dziesiątej trzydzieści ciepłego wrześniowego dnia. Miejsce akcji- supermarket w wielkim mieście. Uczestnicy zdarzenia- starsze małżeństwo, dwóch karków, kasjerka, ja i inni. Staruszkowie nieśpiesznie wędrowali po sklepowych alejkach, co chwila zatrzymywali się komentując każdy zakup.
wwwPrzy makaronie dowiedziałem się chcąc nie chcąc, kto przyjdzie w niedzielę na obiad. Jeden z karków stanął przy mrożonkach i zajął się telefonem, był to Duży Kark. Jego kolega- Mały Kark- biegał w tę i we w tę najwyraźniej nie mogąc czegoś znaleźć. I między nimi wszystkimi ja. Widziałem z daleka kolejkę przy jedynej czynnej kasie, więc szedłem powoli z koszykiem, w którym nie było tego, co miałem kupić za to pełno było przypadkowych towarów kupionych oczami. W głowie już słyszałem awanturę, jaką moja zrobi, gdy to wszystko zobaczy. Wyzwie mnie od debili, nazwie pośmiewiskiem mojej i jej rodziny, znowu. Wszyscy sąsiedzi będą tego słuchać, tak jak i my słyszymy ich krzyki. Szedłem i z żalem w oczach patrzyłem na ścianę puszek i butelek, spośród których żadna nie mogła mnie dziś uratować.

wwwSzedłem jak na skazanie, w domu krzyk, w pracy Despotyczna Szefowa i jeszcze ta kolejka. Stanąłem na końcu, przede mną karki, przed nimi parę ładnych osób. Kasowanie idzie wolno. Na twarzach oczekujących widać zniecierpliwienie. Niektórzy ostentacyjnie rozglądają się wokół, jakby chcieli pokazać: fajnie jest, patrzę sobie to tu to tam i wcale mi się nie śpieszy. Ale to zwykły blef, jako dyplomowany psycholog od razu rozpoznałem ich prymitywną próbę alienacji z tłumu, któremu daleko było do entuzjazmu. Za mną nie było już miejsca, więc ludzie przystawali na flankach, jak przy wejściu do tramwaju. Nie obchodziło mnie to, stałem na rogu i gapiłem się na nową kasjerkę. Młoda, ładna, uroczo zestresowana robiła, co mogłaby rozładować kolejkę. Zastanawiałem się akurat czy ta ślicznotka zdaje sobie sprawę, jakie są jej obowiązki w fantazjach męskiej części klientów, gdy nagle powiedziała: proszę do kasy obok. Zupełnie przeoczyłem jak podeszła do niej starsza kasjerka i próbowała naprawić zacinającą się kasę. Pomruk niezadowolenia, stłumione pokrzykiwania, nieoczekiwany ruch na flankach i ja osłupiały, między dwoma kasami, w samym centrum tego przegrupowania. Osłupiały? Powiedz po prostu, że stałeś jak dupa- tak moja skomentowała ten moment, bardzo z resztą trafnie. Ale to był moment, nie trwał dłużej niż sekundę. Miałem najbliżej do kasy, co jednak wcale nie oznaczało, że będę pierwszy. Znajdowałem się, bowiem na kolizyjnym torze ze szturmującymi oddziałami, nacierającymi z każdej strony. W poprzedniej sytuacji geopolitycznej, stojący z tyłu mieli być ostatni, teraz zaś pojawiła się przed nimi szansa na dobre pozycje. Jednak walka o pole position miała odbyć się pomiędzy mną a dywizją dresów a dokładniej oddziałem rozpoznawczym złożonym z Małego Karka. Zajmował pozycję z mojej prawej strony, więc jego plan strategiczny zakładał wykonanie dynamicznego rajdu lekkich jednostek opancerzonych i przebicie się do cieśniny przy kasie. Plan śmiały, lecz skazany na niepowodzenie z powodu błędnego rozpoznania terenu i alokacji jednostek nieprzyjaciela. Mały Kark ruszając do przodu nie zważał, że operuje na bardzo wąskim odcinku i margines błędu jest praktycznie zerowy. Nie wziął pod uwagę silnych i dobrze okopanych oddziałów wroga- stojącego jak dupa mnie. Mały Kark szarżował pochylony do przodu, widząc to zareagowałem w jedyny słuszny sposób- przerzuciłem ciężar obrony na lewe skrzydło (ciężar ciała na lewą stopę- red.), po czym energicznym energicznym ruchem wykonałem manewr odwrotny, obracając się przy tym. Całość wykonana naturalnie i spontanicznie zupełnie uszła uwadze wywiadowi Małego Karka. Odbił się, więc od mojego prawego barku, Kamiennego Barku. A więc jednego pajaca mniej, całość nie trwała więcej niż sekundę. Historia uczy nas, że wojna na dwa fronty rzadko bywa zwycięska. Słusznie zauważyliście militaryzację języka, tak, to była wojna, teleranka nie będzie. Już miałem ruszyć, w zasadzie to przedefilować jako zwycięzca do kasy, gdy nagle zobaczyłem z lewej strony parę staruszków. Nie przypominali już niedołężnych, powolnych maruderów. To był prawdziwy pociąg pancerny, którego tor przebiegał alejką będącą w jednej linii z niebronioną kasą. Korzystne ukształtowanie terenu- niskie regały- pozwoliły mi w porę dostrzec zagrożenie zdobycia kasy bez obrony. Musiałem działać natychmiast, jedynym ratunkiem było wykolejenie składu. Babcia z takim impetem pchała wózek, że Dziadek maszerujący z jej lewej strony zmuszony był podbiegać, co wyglądało dość komicznie. Ale wtedy nie było mi do śmiechu, chcąc nie chcąc wtargnąłem wprost przed pierwszy wagon, wagon z piaskiem, mający przyjąć siłę wybuchu ładunku podłożonego na torach ( Babcia miała w wózku żwirek do kuwety). Mój szaleńczy manewr zmusił Babcię do jedynej możliwej reakcji. Z lewej strony biegł Dziadek, z przodu ja na prowizorycznej barykadzie (koszyk ręczny), pozostawało, więc wytracić pęd na prawym skrzydle a dokładniej na stojącym tam grzecznie Małym Karku. Uderzenie było słabe, ale dosyć efektowne, Dziadek wstydliwie przeprosił Małego Karka a Babcia najwyraźniej musiała ochłonąć, bo zawróciła pod pozorem zapomnienia czegoś. Nie ukrywałem uśmiechu- prosty humor sytuacyjny to moja miłość. Miny ich wszystkich- bezcenne. Twarz Małego Karka oprócz złości zdradzała zniechęcenie, rezygnację, mówiła: nie no, obijają mnie nawet w sklepie. Babcia przybrała solidną maskę i tylko wnikliwy obserwator mógł zauważyć, że była oszołomiona tą sytuacją a chaos w jej głowie szybko ustępował poczuciu krzywdy i żądzy odwetu. Dziadek nie przybrał żadnej maski, miał twarz pięciolatka przyłapanego na gorącym uczynku. Nie myślałem już o kasjerce, chciałem jak najszybciej opowiedzieć mojej, że w końcu byłem pierwszy przy kasie, że to dobry znak i że prędko się nie powtórzy. Podejrzewając, iż weźmie mnie za idiotę, kupiłem w ramach prostej manipulacji siedem czerwonych róż. Zadziałało, choć najpierw musiałem tłumaczyć, że to bez żadnej okazji i zaprzeczyć tysiącu przewinień, których rzekomo miałem dokonać. Przynajmniej dowiedziałem się, co jej chodzi po głowie. Wiedźma. Gdy już dała się udobruchać i przestała nadymać, nastał czas dawno niewidzianej u nas namiętności. Zgłosiłem urlop na żądanie, mieliśmy dla siebie cały dzień, nie zmarnowaliśmy go. Takie wydarzenia nie mogą samoistnie przesądzać o tym czy dzień będzie udany czy nie. Równie dobrze po wszystkim mogłoby spotkać mnie pasmo niepowodzeń i wtedy pewnie nie zapamiętałbym tej bezkrwawej wojny. Małe rzeczy dają nam jednak rzadką okazję do przestrojenia się na pozytywne myślenie, które jak się okazuje jest w nas cały czas, wystarczy tylko je aktywować. Teraz już wiecie jak to się robi, do dzieła.
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 23:05 przez dorapa, łącznie zmieniany 1 raz.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:18

WWW Miejcie oczy szeroko otwarte
WWW Witajcie drodzy internauci. Pewnie czytając to, co chcę wam opowiedzieć, uznacie to za bajkę. Głupią i zmyśloną historię niespełnionej grafomanki. Jednak to co tu przedstawię, było na swój sposób prawdą, którą przeżyłam i odcisnęła na mnie swoje piętno Czuję, że nie mogę skrywać tych wydarzeń głęboko w swoim sercu, dlatego tu, jako anonimowa postać, przedstawię je wam.
WWW Zaczęło się przed miesiącem. Do klasy (a jestem już w technikum) dołączył nowy kolega. Już na pierwszy rzut oka, było widać, że nie jest stąd. Wysoki, wysportowany, piegowaty rudzielec o ponurym spojrzeniu. Przedstawił się jako Aaron Storozh i praktycznie nic więcej o sobie nie powiedział, a zamilkłszy, zajął miejsce z przodu klasy.
WWW Sama nie wiem dlaczego mnie zainteresował. Choć niewątpliwie miał pewne atuty, ciężko było go nazwać przystojnym. Może to przez wiosnę i mój wieczny brak chłopaka? To nieważne. Liczy się fakt, że na przerwie zagadałam do niego, próbując dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Niechętnie zdradzał coś o sobie, lecz im większy był jego upór, tym bardziej nie ustępowałam. Wreszcie zdradził mi, że kilka dni wcześniej przyjechał do Polski z Rosji i mieszka w mojej okolicy.
WWW Więc zaproponowałam, że wrócimy razem i bliżej się poznamy, na co on przystał. Do końca zajęć, nie zauważałam, że on stroni od ludzi, celowo sam staje na uboczu, z dala od reszty. Tamtego dnia byłam chyba jedyną osobą, która rozmawiała z nim dłużej niż dwie minuty. Klasa wydawała się ledwo zauważać, ale i tolerować dziwnego przybysza.
WWWNie wiem jak to się stało, ale przez kolejne dni zaczęłam spędzać z nim coraz więcej czasu. Polubiliśmy się, on zdradzał mi coraz więcej o sobie, a ja starałam się go zrozumieć. Myślę, że już wtedy, choć ukryte, siedziało we mnie uczucie do niego. Inni to zauważyli, może nawet on, ja tymczasem żyłam w błogiej nieświadomości własnych pragnień.
WWW Dni mijały i przeobrażały się w tygodnie, ja wreszcie zdając sobie sprawę ze swego zauroczenia, zaproponowałam, byśmy byli parą. On wtedy spojrzał na mnie zdziwiony. Ja jednak czułam, że pod maską tego uczucia jest radość, ale i strach, którego nie rozumiałam. Powiedział, że to nie jest najlepszy pomysł, że zasługuję na kogoś lepszego niż on. Odparłam: nie ma nikogo lepszego, w moim sercu jesteś tylko ty. Milczał przez dłuższą chwilę, trawiąc moje słowa i zastanawiając się co odpowiedzieć, ja tymczasem starałam się wybić mu odmowę z głowy swoim spojrzeniem.
WWW Wreszcie się odezwał, mówiąc, że to dla mojego dobra, nie może pozwolić byśmy się, aż tak zbliżyli. Dla mojego dobra! Kolejne słowa były równie bolesne, bo uświadamiał mnie, że niedługo zniknie z mojego życia i powinnam o nim zapomnieć. Stałam jak ogłuszona w parku, w którym spacerowaliśmy. Jakby na przekór swoim słowom, pocałował mnie i odszedł.
WWW Byłam zdenerwowana, chciałam by pożałował swoich słów. Miałam się do niego nie odzywać, ale on przez następne dwa dni nie pokazał się w szkole. Zaniepokojona złymi przeczuciami, poszłam do jego mieszkania, ale pomimo uporczywego dobijania się do drzwi, nikt nie otwierał. Wreszcie sąsiad, który mnie usłyszał, powiedział, że właściciele wyjechali. W pośpiechu, zupełnie jakby gonił ich sam diabeł.
WWW Wtedy przypomniałam sobie o jego komórce i niemal z namacalnym strachem przeszukiwałam swoją listę kontaktów. Zmalawszy ten właściwy numer, wcisnęłam słuchawkę, ale po chwili automatyczna sekretarka poinformowała mnie swoim perfidnie uprzejmym głosem, że wybrany abonent ma wyłączony telefon lub jest poza zasięgiem. Nie ustępowałam, dzwoniłam co kilka minut do końca dnia, a nawet i przez większość nocy, niestety bezskutecznie.
WWW Następnego dnia byłam totalnie załamana, siedziałam bez życia w szkolnej ławce, kolejne lekcje miały jak jedno wielkie pasmo nieszczęść. Ostatni raz byłam tak przybita przed miesiącem, zanim go poznałam. Wtedy często miewałam takie humory. Wreszcie zapłonął promyk nadziei. Na rynku zawołał mnie z imienia i nazwiska jakiś nieznajomy dziadek. Przedstawił się jako Albert Nobady i zapytał mnie czy to ja znałam Aarona, bo on go teraz szuka i miał nadzieję, że wiem gdzie jest.
......
WWW Powiedziałam mu, że znikł, a nawet jak mnie to bolało i że chciałabym go ponownie zobaczyć. Uśmiechnął się jak tylko staruszkowie umieją i zaproponował, że razem go poszukamy. Chciałam się od razu zgodzić, jednak wiedziałam, że rodzice mnie nie puszczą, a pomimo tego co czułam, nie chciałam uciekać z domu. Tak więc niechętnie odmówiłam.
WWW On widać wyczuł moje prawdziwe pragnienie, bo wieczorem zobaczyłam go w domu, rozmawiającego z moim tatą. Ten widząc, że już wróciłam, zawołał mnie do siebie. Gdy całkowicie zadziwiona tą sytuacją podeszłam, powiedział mi o ofercie Alberta. Obiecał on zająć się mną przez dwa tygodnie, pokrywać wszelkie koszta podróży. W zamian za towarzyszenie mu, miałam dostać list polecający do jeden z największych firm hotelarskich w regonie na stanowisko kierowniczki. Kto by odmówił takiej ofercie? Nie my, tak więc następnego dnia byliśmy już w drodze.
WWW Przez następne dni jeździliśmy z miasta do miasta, jednak zawsze okazywało się, że ich już nie ma. W nocy, leżąc w niesamowicie wygodnym łózko jakie miałam w własnym hotelowym pokoju, rozmyślałam, przed czym tak ucieka rodzina Aarona. Odpowiedź zapukała przez okno. To był on. Nawet przez myśl mi nie przeszło, zapytać, jak wszedł na balkon na trzecim piętrze. Otworzyłam, natychmiast ściskając go, jakbym nie widziała go przez rok i miał zaraz ponownie wyjechać. On także mnie objął, jednak jego spojrzenie mówiło wszystko: „Dlaczego tu przyjechałaś?”
WWW Płacząc ze szczęścia, powiedziałam prawdę, że szukałam go, niechać cierpieć rozłąki. Chciałam, aby powiedział mi o swoim problemie, mając nadzieje, że zdołam mu pomóc, a jak nie ja to Albert, który wydawał się być niezwykle bogaty, a jak wiadomo, pieniądze otwierają niemal każde drzwi.
WWW Choć zaraz miałam się dowiedzieć prawdy, to nie od niego. Do pokoju wszedł mój towarzysz w poszukiwaniach, w ręce trzymając płonący miecz. Niewzruszony Aaron odepchnął mnie na łóżko i wyciągnął własną, choć mniejszą broń, którą dotąd miał skrytą pod płaszczem. Świeciła ona przepięknym, lecz nienaturalnym światłem. Ja, leżąc na łózko, patrzyłam na tę nierzeczywistą scenę, zastanawiając się czy czasem nie wpadłam w obłęd albo czy to nie sen, spowodowany moim pragnieniem zobaczenia ukochanego.
WWW Obaj zaczęli mówić w niezrozumiałym dla mnie języku, a po chwili staruszek rzucił się z mieczem na Aarona, który obrócił się w piruecie i wyskoczył przez balkon, dwie sekundy później Albert poszedł w jego ślady. Przerażona wyszłam na balkon, myśląc, że ci popełnili dziwne samobójstwo. Zamiast tego zobaczyłam dwie latające postacie, anioła i demona, mojego ukochanego i staruszka, który mnie tu przywiózł. Walczyli, unosząc się w powietrzu, a ja patrzyłam na to z zapartym tchem i modląc się w głębi duszy.
WWW Widać staruszek przypomniał sobie o mnie, bo nim się spostrzegłam, byłam w powietrzu, w jego ramionach. Szarpałam się, dopóki nie usłyszałam, jak mi coś szepcze do ucha, gdy skończył, straciłam władzę nad własnym ciałem. Nie byłam sparaliżowana. Niestety. Bo gdyby tak było, moje usta nie wypowiadałyby straszliwych słów w stronę anioła. Zaczęły od tego, że nazywały go potworem, ohydnym monstrum, kłamały, że nie chcę go znać i dla świata byłoby lepiej, gdyby zginął. Potem mówiły coraz to gorsze rzeczy. Widziałam, że go to dotknęło. Ja sama czułam niemal fizyczny ból, próbowałam zatrzymać ten fałszywy język, lecz nie mogłam nic zrobić.
WWW Aaron musiał zrozumieć, że jestem wykorzystywana wbrew mej woli i zaatakował demona. Ten widząc jego upór, puścił mnie. Język wreszcie się rozwiązał, mięśnie znowu zaczęły mnie słuchać, lecz cóż mi było po tym, skoro leciałam na spotkanie z ziemią? Gdy już oczami wyobraźni, widziałam ohydną plamę jaka zaraz zemnie zostanie, poczułam szarpniecie i że unoszę się do góry. To anioł chwycił mnie obiema rękami, schowawszy wcześniej miecz do pochwy u pasa. Jego przepiękne białe skrzydła z ledwością mogły unieść nas oboje. Ja jednak czułam tylko, że muszę go przeprosić, nie tylko za to co powiedziałam, ale i za narażanie go oraz zwabienie w pułapkę. On odparł, żebym się tym nie przejmowała, bo przecież chciałam dobrze, że powinnam o tym zapomnieć.
WWW Wtedy dostrzegłam zbliżającego się Alberta, jego czarne jak smoła skrzydła były coraz bliżej. Aaron nie mógł walczyć ani nawet zrobić uniku. Zbyt mu ciążyłam, a ani myślał mnie puścić. Zrobiłam to co podpowiadał mi mój wewnętrzny głos. W ostatniej chwili wyciągnęłam miecz anioła i uderzyłam nim w zaskoczonego tym atakiem demona. Leciał on jeszcze przez chwilę, coraz bliżej ziemi, aż rozprysł się na setki tysięcy ohydnych owadów. Przepadł jakby go nigdy nie było.
WWW Ukochany postawił mnie na balkonie, ale ja zawiesiłam się mu na szyi i prosiłam, aby mnie nie opuszczał. On odparł: muszę. Powiedział, że wojna o dusze ludzi już się rozegrała, a zastępy anielskie zostały pobite. Nieliczni aniołowie stróżowie jak on, musieli się ukrywać wśród mieszkańców ziemi, będąc celem polowań zwycięzców. Odparłam, że to nie ważne, że i tak nie będę bezpieczna wiedząc o tym wszystkim. Chciałam tylko być z nim i jak wiedziałam, on chciał być zemną.
WWW Zgodził się, przysiągł nigdy mnie nie opuścić oraz że wyruszymy razem, po czym pocałował mnie. To wtedy, gdy myślałam, że już wszystko będzie dobrze, nastąpiło najgorsze – obudziłam się. Całe te tygodnie niesamowicie pięknego życia okazały się cudownym snem. Byłam zrozpaczona. Jednak w głębi podświadomości pamiętałam tamte uczucie i tęskniłam do niego. Z każdym dniem wypatrywałam sposobności, aby znowu stało się częścią mnie. Żyłam pełnią życia!
WWW Wczoraj, miesiąc po niesamowicie realnym śnie, do klasy wkroczył on, Aaron. Przywitał się z klasą tak jak wtedy i usiadł w tym samym miejscu. Podeszłam z nim porozmawiać, a on odpowiadał tak samo tak jak wtedy, lecz wydawał się mnie w ogóle nie znać. Teraz pisząc to, mam nadzieję, że to nie był sen, tylko prorocza wizja. A tym razem nie zamierzam wypościć mojego ukochanego z rąk. Zostanę z nim do końca.
WWW A wy drodzy internauci, wierzycie w to, a może i nie. Wydaliście osąd, którego ja nie zdołam ani nie zamierzam zmienić. Jednak na koniec chcę wam coś powiedzieć. Miejcie oczy szeroko otwarte, umysł gotowy na niespodzianki, żyjcie pełnią życia, bo ono może was zaskoczyć swoimi niesamowitościami. Kto wie? Może nawet kiedyś zobaczycie mnie na niebie, u boku mego księcia?
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 22:52 przez dorapa, łącznie zmieniany 1 raz.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:25

wwwPajacyk na linie znikąd

wwwJędrek hodował świat w akwarium.
wwwTo był zwyczajny świat: z ludźmi, zwierzętami, roślinami, ze słońcem, chmurami i czerwcem. Jędrek obserwował go uważnie i ze starannością badacza odmierzał grubiejący konar parkowego dębu, notował w pamięci długość jego cienia. To nawet ciekawe, właśnie takie detale, których rozpoznawanie przypominało grę w „znajdź dziesięć szczegółów…”.
wwwNa przykład pies. Obserwował, jak kudłaty szczeniak dorastał, jak z buńczuczną pewnością siebie podnosił coraz wyżej nogę. Dziewczynka z płowymi warkoczami, jego opiekunka, bawiła się z nim tenisową piłeczką – najpierw czerwoną, następnego roku seledynową. Potem zdradziła pupila i chichotała z chłopcem w czapce z daszkiem. Pies niecierpliwie zamiatał ogonkiem żwir na alei i poszczekiwał, popatrując to na jaskrawą piłkę, to na zaróżowioną twarz swojej pani.
wwwPotem chłopak złamał rękę. To było, gdy cień konara sięgał już szczerbatej ze starości ławki. Dziewczyna odczytywała pamiątkowe wpisy na gipsie, a jej włosy pewnie łaskotały chłopca w policzek. Piesek się nudził śmiertelnie, zwiedzając tyle świata, na ile pozwalała smycz.
wwwJędrek z krzywym uśmiechem przyglądał się obcemu mężczyźnie, który minął dąb i idąc zbyt śpiesznie w głąb parku, rozbijał nierozważnie kolejne lusterka kałuż.
www– Siedem… czternaście… – odliczał Jędrek wróżone lata nieszczęść, a uśmiech miał jeszcze bardziej szyderczy.
wwwPomimo czarnowidztwa Jędrka w akwarium niewiele się zdarzyło złego. Nie więcej pewnie, niż zauważono by w prawdziwym świecie. Tyle że zawieruszył się psiak. Dziewczyna siedziała ciągle w parku, mając nadzieję, że pies wróci do ławeczki pod dębem.
www– Nie oddasz jej psa?
wwwJędrek drgnął silnie i serce uderzyło gwałtowniej. Znowu przyszedł! Znowu stanął w świetle okna, a słońce, zawieszone nad koronami parkowych drzew, wydawało się złotą kreską rysować sylwetkę intruza. Mężczyzna tkwił tam prawie nieruchomo, jak zwykle ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i przyglądał się życiu w akwarium. Jędrek znowu miał przykre wrażenie, że to on jest obserwowany, zwłaszcza gdy gość wkładał okulary, aby przyjrzeć się jakimś szczegółom świata.
www– Zgubił się? – zapytał nieznajomy, widząc, że dziewczyna, złożywszy w trąbkę dłonie, nawoływała w głąb parku. – Pobiegł za innym psem?
www– Za parkiem jest torowisko pętli. Mógł wpaść pod tramwaj – wyjaśnił mrukliwie Jędrek.
wwwObiecał sobie już dawno, że nie będzie nigdy z intruzem rozmawiał. Nieznajomy przypominał mu ojca – z wyglądu, ze sposobu mówienia, z drażniącej pewności siebie nawet przy pytaniu. Tylko był dużo starszy i nie robił tyle hałasu wokół siebie. Ojciec nie przyszedłby bez obowiązkowych fanfar telefonów, zapowiadających przełożenie o godzinę spotkania. Może w ogóle by nie przyszedł, bo miał ważne sprawy w ministerstwie i tamtych synów.
wwwMężczyzna uniósł lekko brwi i przyglądał się Jędrkowi z pytającym skupieniem, zupełnie jak przedtem dziewczynie, czekającej w parku na psa. Wydawało się, że nieznajomy miałby ochotę pogłaskać chłopca po włosach, ale krępuje go fizyczność pieszczoty. Być może nie umiał lub nie lubił okazywać czułości?
www– Będzie czekała, wiesz? – powiedział łagodnym tonem, którym mówi się do upartego, a kochanego dziecka. – Zrozumie, że nie wróci, ale będzie pamiętała i czekała. Gdyby nie było niebezpieczeństwa torów, mógłby znaleźć drogę powrotną.
wwwTelefon, jakby cierpliwie odczekawszy, czy stanie się coś więcej pomiędzy nimi, rozdzwonił się telefon w utykającym metrum – ćwierćnuta i półnuta z kropką.
www– Nie dasz mu szansy? – Pokazał aparat mężczyzna.
wwwChłopak szarpnął się gniewnie w fotelu, wyrzutem wyprostował niby gimnastyk ramiona i dosięgnął palcami drewnianej ramki na zdjęcia. Chwycił ją w furii i cisnął w dzwoniący telefon. Rozległo się głuche staccato uderzenia i brzęk tłuczonego szkła. Mężczyzna, czy to chcąc zapobiec rozbiciu ramki, czy uniknąć poranienia szklanymi odłamkami, rzucił się w stronę biurka, potknął, stracił równowagę i potoczył na akwarium. Wtedy obraz świata wewnątrz wzburzył się – parkowa ławka utraciła wyraziste kontury, rozhuśtał się cień dębowego konaru. Niebo uderzało o ścianę akwarium jak przybój. Fale nakładały się i potężniały od tego, pieniąc się, zieleniejąc, szumiąc. Strach złapał Jędrka za gardło. Rozpaczliwie przywołał przeciwko niemu gniew i wtedy panika, rozpacz i wściekłość wydawały się wzajemnie wzbudzać. Ze zwielokrotnioną siłą unieruchomiły chłopca, wcisnęły jego bezwolne ciało w fotel.
wwwMężczyzna, zadziwiająco obojętny wobec świata w akwarium i tego, co działo się z Jędrkiem, pochylił się, podniósł z ziemi ramkę, wyjął naddartą fotografię. Twarz mu odmłodniała, bo uśmiech wyrzeźbił miękkie, symetryczne łuki w policzkach i rozjaśnił chłodny do tej pory błękit oczu.
www– W osiemdziesiątym piątym pojechaliśmy do Zakopanego. Była w ciąży… – zaczął opowieść w przypadkowym miejscu, tak jak bywa, gdy niespodziewanie wysnuwa się z pamięci nitkę wspomnienia. – Z żoną. Bo potem została moją żoną, wiesz? Tam powiedziała… – zahuśtał się na skraju wspomnienia, zawahał, ale dokończył: – że nie umiała jeździć i nie poszła z wami na Gąsienicową. Miałeś wtedy czerwoną czapkę, tak?
wwwMężczyzna wygładzał i stykał brzegi rozdarcia na fotografii, aż pozostała tylko biaława rysa. Jędrek mimo woli śledził jego szczupłe palce, jakby dziecko z napiętą uwagą obserwowało sztuczkę magika. Abrakadabra. Mężczyzna pokazał ułożone na dłoniach zdjęcie i drżały mu ręce. Zdjęcie też zadrżało, terkocąc o obrączkę na palcu tamtego.
wwwObraz był niewyraźny. Jędrek nie mógł rozpoznać, co przedstawia, choć wiedział, że to on. Na Rusinowej Polanie. Obok szałasu. To była ostatnia zima. Dekret o stanie wojennym ustanowił takie długie ferie i pojechali całą grupą na obóz. Jeździli na nartach. Na czerwonej czapce osiadały płatki śniegu.
www– Pamiętasz! – Nieznajomy uśmiechnął się triumfalnie niby magik, poruszywszy motyla zaczarowanym pierścieniem. Oszustwo dla naiwnych dzieci, bo w pierścieniu jest zawsze magnes!
wwwJędrek wzruszył ramionami na tandetną sztuczkę, ale w tym samym momencie uświadomił sobie ze zdumieniem, że długo nie pamiętał zimy. W świecie w akwarium panował czerwiec. Niby rozmaity – czasami upalny jak lato, czasem deszczowy – ale zawsze, niezmiennie, uparcie rwał czerwiec. I teraz ledwie mógł sobie przypomnieć uczucie lodowatego zimna. A to było przecież ostatnie, co powinien pamiętać.
Ostatnio zmieniony ndz 21 kwie 2013, 15:39 przez dorapa, łącznie zmieniany 1 raz.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:26

Pytia

WWW– Marek Kawala, interpretator – przedstawił się po raz czwarty, przy ostatniej już bramce. Skaner zapiszczał, automatyczny ochroniarz podziękował metalicznym głosem i blokada puściła. Gdy tylko przekroczył próg firmy, nad lewym okiem zapulsowała mu ikonka poczty. Przetarł okulary i mrugnięciem otworzył skrzynkę. „Nowa Pytia? Aha, czyli dzisiaj interpretacji nie będzie, tylko dostrajanie ” – pomyślał i nawet się ucieszył, bo lekki kac nadal pulsował mu w głowie i rzeczywistość przelewała się w spowolnionej percepcji jak tłusty ocean. Na dostrajanie był to stan idealny, gorzej, gdyby musiał przez cały dzień intepretować.
WWWZłapał kubek kawy z automatu i podjechał windą na osiemnaste piętro, prosto do Omphalos. Po korytarzu kręcili się technicy, podciągali jakieś kable, pokrzykiwali, testowali swoje urządzenia, co oznaczało, że Pytia już była, ale jeszcze nie zaczęła pracy. Pchnął drzwi i zobaczył odwrócony tyłem fotel wieszczki. Musiała być niskiego wzrostu, bo nie widział nawet czubka jej głowy. Dopijając kawę, podszedł do swojego stanowiska, wyrzucił kubek do kosza, włączył maszynę i już miał usiąść, gdy tamten fotel wreszcie się odwrócił i Marek zobaczył nową Pytię. Nie dokończył siadania, zamarł w pół ruchu, z groteskowo wypiętym tyłkiem, porażony widokiem jej twarzy, jej poskręcanego ciała, jej…
WWW– Oż, kur…! – wyrwało mu się. Pytia zamrugała. Odwrócił się na pięcie i wybiegł.
.........
WWW– Na mózg wam padło?! – Pięć minut później miotał się, wrzeszcząc, w gabinecie szefa. – Nieletnie będziemy teraz wykorzystywać? Ile ona ma lat? Sześć? Julię wykończyliście, Elizabeth… – zachłysnął się nagle śliną, zakaszlał, po czym dokończył już ciszej – …wykończyliśmy. A teraz ona!
WWW– Ma na imię Wiktoria – powiedział spokojnie Tarkowski. Spodziewał się po Kawali podobnego wybuchu. Interpretatorzy byli wrażliwi. Musieli być. A nowa Pytia wyglądała, no cóż, osobliwie. Poczekał jeszcze chwilę, aż Marek ochłonie, a potem kontynuował:
WWW– Ma dziewięć lat. Częściowe niedotlenienie mózgu przy porodzie. Porażenie. Do tego wada kręgosłupa.
WWW Interpretator słuchał, zaciskając pięści. Tarkowski wiedział, że rozumie znacznie więcej, niż zostało powiedziane. Słucha między wierszami. Uzupełnia. Tłumaczy. Zboczenie zawodowe.
WWW– To boli, Marek. Bardzo. Środki przeciwbólowe już na nią nie działają i ona… Jej mózg… dostosował się. Przestaje ją boleć tylko wtedy, kiedy jest w transie, więc ona prawie przez cały czas jest w transie. Instynktownie. Praktycznie funkcjonuje wyłącznie na falach theta. Nie trzeba jej wprowadzać ani wyprowadzać, trzeba się tylko z nią porozumieć, bo ona w ogóle nie mówi. Odzywa się tylko wtedy, gdy wieszczy, ale poza tym nie mówi.
WWW – Nie trzeba jej wprowadzać? To dlaczego podłączyli ją do sprzętu?
WWW – Procedury. Tylko i wyłącznie. To fenomen, Marek. Nie skrzywdzimy jej. Wiktoria się nie wyczerpie, nie zwariuje, jak poprzednie.
WWW – Ale, na litość boską, to jeszcze dziecko… – wyszeptał Kawala. – Jak ja mam z nią pracować?
WWW Szef pokręcił głową.
WWW – To nie jest dziecko ¬– odpowiedział z mocą. – Ma ciało ciężko chorej dziewczynki, to fakt, ale jej umysł jest umysłem Buddy. Fale theta to jej naturalna aktywność. Ona będzie w transie tak czy inaczej. Wszystko jedno, czy we śnie, czy na jawie, we własnym domu, czy tutaj. Będzie wieszczyć, gdziekolwiek się znajdzie, ale nigdzie indziej nie będzie przy niej interpretatora. Jeżeli ty nie… to wszystko przepadnie, sam powiedz, jaki w tym sens? A zresztą…
WWW Tarkowski pochylił się i popatrzył Markowi prosto w oczy.
WWW – Ona chciała, żeby ją tu przywieźć. I chciała ciebie.
WWW – Jak to: chciała? – zapytał zszokowany Kawala. – Skąd ona mnie… – Zamilkł, bo zrozumiał.
WWW – Słuchał jej Hainer, najlepszy interpretator w Instytucie Psychotroniki. Nie ma wątpliwości. Będziesz z nią pracował.
WWW Marek wracał do Omphalos powoli, głęboko oddychając. Wiedział, że musi uspokoić umysł, zanim przystąpi do pracy. Ostatnie zdanie szefa przesądzało o wszystkim. Jeżeli Pytia, Wiktoria, przypomniał sobie jej imię, przepowiedziała, że będzie z nią pracował, to znaczy, że tak będzie. Kto jak kto, ale ona po prostu wiedziała takie rzeczy. Tak po prostu musiało być. A może ona rzeczywiście chciała? „Umysł Buddy” – powiedział Tarkowski. Umysł Buddy…
WWW Tym razem otworzył drzwi delikatnie, na palcach podszedł do swojego biurka. Fotel Wiktorii stał przodem, a ona czekała, spokojna, nieobecna, ze szczęśliwym uśmiechem na twarzy. „Chyba rzeczywiście nie czuje bólu” – pomyślał. Przygotował się. Nastroił umysł na odbiór. Zsynchronizowali się od razu, jakby pracowali razem od dawna.
WWW – Słucham cię, mów – powiedział dokładnie tak, jak wymagała tego procedura. A ona zaczęła ni to śpiewać, ni to mamrotać:
WWW Ten ze mną, kto czeka przez lata. Zmienia się świat w mgnieniu oka.
WWW „Heksametr!” – pomyślał, zdumiony. Otworzył raport, ale już wiedział, że pierwsze strofy będą przeznaczone tylko dla niego.
WWW Bez bólu mózg z ciał twoje, moje. Znalazłam już jutro pamiętam.
WWW Tak światu ból znika rozłączny. Ja w tobie mam ciało, ty mózg w moim.
WWW Bez ciebie – bez słowa, nic światu. W słyszeniu się zanurz, mów później.
WWW Marek słuchał. Interpretował. Wyznaczał kierunki rozwoju cywilizacji. Taka była jego praca. Z każdym słowem rozumiał lepiej i więcej. I wiedział już, co będzie, gdy on poczeka, a ona dorośnie i nie będzie już musiała tkwić w tym strasznym ciele. Nikt nie będzie musiał. Bo Wiktoria pokonała ciało, pokonała cierpienie i teraz potrzebowała tylko Marka, żeby w jej imieniu przemówił do ludzi, wyjaśnił im, jak to zrobić. Powoli zaczął wypełniać rubryki raportu:
WWW Interpretator: Marek Kawala
WWW Pytia: Wiktoria Malinowska
WWW Treść: W ciągu kilku lat nastąpi przełom w leczeniu bólu i chorób u ludzi. Dzięki odkrytej przez Pytię nowej metodzie współpracy pomiędzy ciałami i umysłami o odpowiednich (jeszcze nieznane) parametrach, opartej na wykorzystaniu fal theta, będzie możliwe wykorzystanie potencjału umysłu jednej osoby przy użyciu ciała innej osoby, bez szkód dla tej drugiej.
WWW Przewidywane zagrożenia i skutki uboczne:
WWW Przestał pisać. Pomyślał, że będzie pierwszym królikiem doświadczalnym. Poczuł niepokój, a wtedy natychmiast zapiszczał alarm desynchronizacyjny, jednak Marek szybko przywołał się do porządku. Wziął kilka głębokich oddechów i znów wsłuchał się uważnie w melodyjny głos Pytii, która w rytmicznych heksametrach wyrzucała z siebie pieśń o końcu cierpienia.
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 22:35 przez dorapa, łącznie zmieniany 2 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:27

wwwTęczowe kocię.

wwwKotek, najwyraźniej znudzony brakiem zainteresowania jego futrzaną osobą, położył łapkę na dłoni dziewczynki i leciutko ukłuł pazurkiem.
www- Au! – powiedziała oburzona dziewczynka.
www- Widzisz Efka, nie taki grzeczny kitulek – zaśmiał się Maciek. - Już wiem! Zmorek! –wykrzyknął, wyrzucając w górę chude ramiona.
www- Zmorkiem to sam jesteś – prychnęła Efka, która została Efką zamiast Ewką od czasu, gdy w przedszkolu pomyliła literki w i f. – Kuleczka!
www- Zmorek! – nie ustępował Maciek.
www- Lepiej niż Pchlarz czy Strzępuś – skomentowała Alicja, siedząca na łóżku Efki.
www- Przecież to dziewczynka! – zaprotestowała Efka. – Prawda, panienko?
wwwKotek popatrzył poważnie na dziewczynkę swoimi różnokolorowymi oczami i wrócił do boksowania kołdry. Na białej pościeli pozostawił już mnóstwo rudo – brązowo – czarno - białych kłaczków.
www- Ojej – zmartwiła się Efka. – Jak ciocia Klaudia to zobaczy, to nie będzie wesoło.
www- Jak zobaczy kota też nie będzie – zgodził się Maciek.
www- No i co zrobić? Przecież nie schowam go do szafki.
www- Nie, bo ci rozwali cały papier toaletowy.
www- Jak on się tu w ogóle dostał? – zainteresowała się Alicja.
www- Nie wiem, rano obudziło mnie miauczenie. Siedziała na mojej kołdrze – wyjaśniła Efka, wyjmując ostrożnie z kocich łapek przewód od kroplówki. – Taka mała, tęczowa kuleczka.
www- Tęczowa?
www- No zobacz, jakie paseczki, tu rudy, a tu brązowy, czarny i nawet białego troszkę. Ma nawet małe żółte prążki na tych brązowych kawałkach – wyjaśniła Efka, obserwując jak kotek łapie własny ogonek.
www- Rzeczywiście, kolorowy jest – zaśmiała się Alicja. – Może twoja koleżanka z pokoju go przyniosła?
www- Nie, w nocy ją wywieźli – Efka posmutniała na wspomnienie chudziutkiej, bladej twarzyczki sąsiadki z sali. – Poza tym jej mama spała tutaj na podłodze. Zauważyłaby jakby koteczka wkradła się w nocy. Ale za to rano w kuchni wyłudziłam dodatkowy plasterek szynki dla małego głodomorka. Plawda kiciu-miciu? – zagruchała do kotka.
www- Trzeba obmyślić jakiś plan. Bo zaraz przyjdą twoi – przypomniał Maciek.
www- Ojej! Już tak późno? Rety, co zrobić, Alicjo ratuj!
wwwStarsza dziewczynka zmarszczyła brwi lustrując małą salę szpitalną. Rzeczywiście kociaka nie było gdzie schować, ani pod żadnym z łóżek, ani w metalowej szafce. Okna nie można było samemu otworzyć, do tego potrzebna była specjalna klamka, poza tym było za zimno, by narażać Efkę na takie przeżycie. Popatrzyła na Maćka, opatulonego w puchaty szlafrok w auta, spod którego wystawały tylko chude jak patyki nogi i ręce, i uśmiechnęła się szelmowsko.
www- Maciek, mam myśl! Słyszałeś kiedyś o fakirach?
www- Fakinach? – zdziwił się chłopiec i poruszył niespokojnie na taborecie.
www- Nieważne! Słuchaj…

***

wwwMaciek dostojnie kroczył korytarzem, choć nieco powagi odbierał mu pisk kółek od wieszaka kroplówki i zbolała mina. Co kilka kroków krzywił się okropnie i syczał.
www- No dalej! Dalej! – ponaglała go Alicja.
www- Łatwo ci mówić! Wbił we mnie wszystkie pazury! - wysyczał chłopiec.
www- Cicho! Pamiętaj, że w ten sposób hartujesz swojego ducha!
www- Wolałbym już chyba te rozżarzone węgle – jęczał Maciek.
www- Ojoj, patrol na horyzoncie. Dziarska mina! – zakomenderowała Alicja na widok nadchodzących pielęgniarek.
www- Dzień dobry!
www- Dzień dobry Alu, Maćku. Wracacie od Ewuni?
www- Tak, ciociu – Maciek z łatwością zaakceptował nadprogramowej liczbę cioć. Alicji przychodziło to z większą trudnością. Może dlatego, że wciąż chciała wierzyć w niedaleki powrót do domu. Tego prawdziwego. Nie chciała się zadomawiać.
www- Właśnie przyszli do niej rodzice. Odprowadzam Lilicję do siebie – wyjaśnił Maciek.
wwwWtedy rozległo się stłumione miauknięcie. Było bardzo kocie.
www- Czy ja słyszałam kota?- zdumiała się jedna z kobiet.
www- Kota? Ale byłoby super! Niestety, to tylko moja komórka- wypalił szybko Maciek.
wwwKolejne miauknięcie, tym razem trochę bardziej nerwowe, dobiegło spod maćkowego szlafroka.
www- O, kolejny sms! Ale jesteś dziś popularny – zaśmiała się Alicja, podchwytując pomysł chłopca. – Chodź, zobaczymy kto to!
wwwWyminęli lekko zdziwione pielęgniarki i oddalili się, Alicja po raz pierwszy cieszyła się z obrzydliwego pisku kółek od wieszaka, który zazwyczaj przyprawiał ją o gęsią skórkę, a teraz skutecznie zagłuszał coraz bardziej oburzone miauknięcia.

www- Wygląda na bardzo smutnego – ocenił Maciek, spoglądając na kociaka siedzącego w pudle. Dno wyłożyli papierem toaletowym i chusteczkami do nosa. Maluch próbował wspiąć się po ścianie kartonu i miauczał żałośnie.
www- Słuchaj, to tylko na chwilę, dobrze? Efka czeka na ważną operację – wyjaśniła Alicja. Kotek spojrzał na nią, zielonym i niebieskim okiem.
www- Jak tylko będzie mieć nowe serduszko, będzie mogła cię ze sobą zabrać do domu. Będzie w nim mnóstwo miejsca dla takiego kociaka. A teraz zostań tu – powiedziała stanowczo.
wwwKociątko miauknęło niepocieszone.
www- Może nie powinniśmy go tu zostawiać? – zaniepokoił się Maciek. – Co jeśli ktoś przez pomyłkę wyrzuci ten karton?
www- Postawimy go z tyłu. Doktora Staszewskiego nie ma do końca tygodnia, nikt nie będzie zaglądał do jego pokoju – odparła Alicja, sama jednak nie czując się pewnie. Piski kociaka były rozdzierające.
www- Może powinniśmy go oddać – mruknął niepewnie Maciek.
www- Nie! On przyniesie Efce szczęście! Znajdzie się dla niej serduszko … – Alicja zaprotestowała tak gwałtownie, że Maciek tylko skinął głową i razem opuścili gabinet.

[center]***[/center]

www- Jak się czujesz skarbeńku?
www- Dobrze, mamo.
www- Zobacz, Kasia ci coś przyniosła.
wwwEfka popatrzyła na Malutką, która dumnie uniosła do góry kartkę z bardzo czerwonym i bardzo koślawym sercem.
www- Selduszko! – Wykrzyknęła siostra z dumą, kładąc rysunek na kołdrze.
www- Dziękuję, ptysiu-misiu. Przyda mi się.
www- Doktor mówił, że będzie dobrze. Na pewno coś znajdą – powiedziała mama, ściskając dłonie Efki. Palce mamy były zimne. – Malutka zostanie z babcią, a ja będę dziś w nocy z tobą, skarbeńku.
www- Babcia przyjechała?
www- Specjalnie dla ciebie. Już rozmawiałam z dyżurną, wpuści ją jeszcze dzisiaj pomimo późnej godziny.
www- Ojej – Efka zamrugała, czując piekące łzy. Potem pamiętała już tylko ciepły, pachnący mamą uścisk.
www- Wiesz mamusiu, wszyscy pytają mnie, co myślę, a ja chciałabym być zupełnie bezmyślna, jak jakaś ameba. Ameby nie myślą tylko ruszają nibynóżkami i mogą być czym chcą. Nie musiałabym być chorą, smutną dziewczynką. Byłoby fajnie, prawda, mamusiu?
www- Cokolwiek zechcesz kochanie – wyszeptała mama.

[center]***[/center]
wwwDoktor Kamil Staszewski zapiął płaszcz i sięgnął po torbę, gotów wyjść, gdy usłyszał ciche chrobotanie. Zamarł, nasłuchując. Chrobotanie powtórzyło się. Doktor cofnął się w głąb pokoju. Piśnięcie? Nie, miauknięcie. Tylko skąd?
Zadzwonił telefon. Jego ostry dźwięk zaskoczył go, zwłaszcza, że jednocześnie poczuł wibrację komórki w kieszeni. Podniósł słuchawkę.
www- Tak?
www- Doktorze! Dzięki bogu, ze pana zastałam na terenie szpitala – siostra Klaudia mówiła pospiesznie – Doktor Tarkowski utknął w korku, a jedzie do nas serce! Dla dziewczynki!
www- Już idę. Przygotować salę i dziecko – zarządził lekarz. Poczuł, że potrącił coś stopą.
wwwZajrzał pod biurko. Stał tam duży karton. Na dnie było kilka zmiętych chusteczek higienicznych. Najwyraźniej sprzątaczka zapomniała wyrzucić. Kopnął pudło w kąt. Dziwny dźwięk się nie powtórzył. Doktor pokręcił głową, po czym pospiesznie zaczął się przebierać.


[center]***[/center]
www- Alicja! Alicja – Maciek wpadł zziajany do sali. – Efkę wiozą na operację!
www- O boże, Maciek! To cudownie! – Alicja zerwała się z łóżka, zapominając o kuli, przez co straciła równowagę. W ostatniej chwili poratowała się Maćkowym ramieniem – chudym, ale pewnym. Przez chwilę śmiali się jak szaleni. Potem Maciek zapytał:
www- A jak Tęczuś?
wwwKotkiem zajmowali się na zmianę, przynosząc mu kąski z kuchni. Alicja spoważniała.
www- Maciek… Nie wiem, co robić. Nie ma go…
www- Nie ma? Jak to?
www- Nie ma. Szukałam wszędzie. Pudło puste. Ani śladu.
www- Zniknął jak się pojawił… - powiedział markotnie Maciek. Po chwili jego twarz rozjaśniła się. – To nie był przypadek! On przyszedł Efce pomóc! I pomógł. Dostała serce. Koty są super mądre! I żyją dziewięć razy.
www- Może tak jest – powiedziała Alicja, zadumana.
wwwMoże gdzieś było małe, tęczowe kocię, specjalnie dla niej?

[center]***[/center]
wwwW ciepłej, wypełnionej szumem wentylacji kotłowni, kocia mama mruczała cicho do swoich nowonarodzonych maluchów. Jeden z nich, wyjątkowo żwawy, przepychał się pomiędzy rodzeństwem, szukając maminego brzucha. Pierwszy się przyssał i pił łapczywie. Kotka polizała jego zlepioną, upstrzoną kolorami kociej tęczy sierść.
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 22:44 przez dorapa, łącznie zmieniany 2 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:28

wwwTo spojrzenie

www– Jedziemy? – zapytała Iwona i rzuciła kolejny kamyk do wody.
www– Tak tu spokojnie… Nie chce do miasta – odpowiedziała Danka i powoli, jakby wbrew sobie wstała. Otrzepała sukienkę, spojrzała raz jeszcze na jezioro i ruszyła po deskach pomostu w stronę skarpy, do samochodu.
wwwDroga, piaszczysta i pełna dziur, wiodła skrajem lasu, pachnącego nagrzaną ściółką i żywicą. Zanim wyjechały na asfalt minęły zabudowania klasztoru, wysoki mur odgradzający braciszków od świata i stawy, w których hodowali kiedyś karpie. Danka, jak zawsze zatrzymała się na chwilkę, by popatrzeć na koło napędzane wodą ze strumienia, spojrzała w puste oczy świętego Jana Nepomucena, wrzuciła bieg i powoli, jakby z ociąganiem dodała gazu.
wwwSzosa o tej godzinie była prawie pusta. Minęły wieś, łany pszenicy i sad jabłoniowy. Za skrzyżowaniem zaczynało się miasto, więc Danka rzuciła okiem na wskazówkę prędkościomierza, po czym zdjęła nogę z pedału gazu. Samochód zwolnił do wymaganej prędkości. Wlokły się teraz przez śmierdzące miasto i jak na złość, zaliczyły wszystkie czerwone światła. Dziesięć minut szukały miejsca, na którym mogłyby zostawić samochód bez strachu, że zaraz pojawi się straż miejska i wlepi im mandat. Wysiadły z klimatyzowanego auta i oblał je żar upalnego miejskiego popołudnia. Zdawało się, że powietrze wisi nieruchomo i parzy. Ruszyły na przejście dla pieszych i zaskoczyło je, że już pierwszy kierowca zatrzymał się, by mogły przejść. Danka uśmiechnęła się do niego, ale nie wiedziała, czy wyszło to radośnie dziękczynnie. Przeszły na drugą stronę ulicy i po chwili stały w przestronnym i chłodnym holu.
wwwNie czekały na windę. O tej porze zawsze było dużo ludzi i wszyscy koniecznie chcieli jechać. Już dawno stwierdziły, że czekanie jest ponad ich siły. Ostatnio nieustannie czekały. A to powoli zaczynało być ponad ich siły. Poszły więc schodami na trzecie piętro i skręciły w korytarz po prawej stronie.
wwwDanka przymknęła na chwilę oczy. Miała przed sobą najgorszą część drogi. Powietrze przesiąknięte było lepkim smrodem, który przyklejał się do skóry. Tak bardzo chciałaby wrócić na pomost, poczuć zapach wody, sitowia i lasu. Starała się nie oddychać i pilnowała, żeby niczego niepotrzebnie nie dotykać. Teraz też usunęła się na bok, by zrobić miejsce dla kobiety, która pchała ciężki wózek z workami zapełnionymi brudną bielizną.
wwwMijały pootwierane drzwi, za którymi zaczynały się czeluście pełne bólu i nadziei. Danka starała się nie patrzeć do środka. Wystarczyła jej świadomość, że jest śledzona przez niezliczone pary czekających na coś oczu. Pamiętała jedne – wielkie, błękitne; straszne i piękne.
www– Pójdę zapytać – powiedziała Iwona i skręciła. Przystanęła, zapukała i po chwili zniknęła za drzwiami.
wwwDanka nie czekała na nią. Ruszyła dalej i po kilkunastu krokach doszła do ostatnich, przeszkolonych drzwi. Skinęła na powitanie kobiecie w niebieskim kitlu i wkroczyła do obszernej sali.
www– Dzień dobry – rzuciła, nie kierując tych słów właściwie do nikogo.
wwwDźwięk jej głosu zlał się w jedno z brzęczkiem maszyny stojącej w głębi pod oknem. Odruchowo spojrzała. Kobieta była młodsza od niej i miała piękny kolor włosów.
.......
www Czym prędzej odwróciła wzrok i podeszła do ostatniego łóżka tuż przy oknie. Przysiadła na krześle. Wyciągnęła rękę i pogłaskała go po głowie. Nie drgnął. Wzięła z posłania bladą dłoń i poprawiła plaster przytrzymujący weflon. Twarz drgnęła. Wpatrzyła się w nią.
wwwPodniosła oczy na wchodzącą Iwonę.
www– Lekarz powiedział, że nic nie wie, bo jest z innego szpitala, ma tylko dyżur za kogoś.
wwwIwona odłożyła torebkę na parapet i rozejrzała się po sali.
www– Ale mi nowina… - mruknęła Danka i zajrzała do szafki stojącej przy łóżku. - Myjemy go? – zapytała i nie czekając na odpowiedź wyjęła ręcznik i czystą piżamę.
www- Pójdę po wodę.
wwwIwona wyszła, a Danka zaczęła rozpinać guziki od bluzy piżamy. Stwierdziła jednak, że poczeka, aż siostra wróci. Czasami miska była zajęta i trzeba było czekać w kolejce. Usiadła z powrotem na krześle i delikatnie ścisnęła chudą dłoń, pogłaskała zapadnięty policzek. Twarz drgnęła. Powieki uniosły się. Zalśnił błękit.
wwwPrzez kilka krótkich chwil patrzył na nią świadomie, rozpoznawał.
www– Cześć tatku – wyszeptała.
wwwNa jego twarzy rozlała się tkliwa radość. Patrzyli na siebie chwilę, wzruszenie nią szarpnęło, chciała coś zrobić, coś powiedzieć, ale zanim wymyśliła, co by to miało być, on już odpłynął. Leżał tak samo nieobecny…
wwwNie walczył ze śmiercią. Odchodził tak cichutko…
www– Nie płacz – usłyszała nad sobą głos Iwony.
www– Spojrzał na mnie – odpowiedziała z uśmiechem. – Poznał. Naprawdę poznał i ucieszył się, że mnie widzi.
wwwIwona usiadła na drugim krześle.
www– Skąd wiesz, że się ucieszył? – zapytała z pozornym spokojem.
www– Widziałam. Spojrzał na mnie tak samo jak… Widziałam już kiedyś... Kilka razy.
wwwIwona czekała bez słowa na to, co powie dalej.
www– Pamiętasz, jak go matka wyrzuciła z domu i mieszkała w hotelu za barem mlecznym, tym na rogu? – spojrzała na siostrę, ale wydało się jej, że ta nie wie, o czym Danka mówi. – Może ciebie nie było… Nie, byłaś, przecież sama mi powiedziałaś, żebym do niego poszła! Strasznie się wstydziłam i bałam. Chyba wtedy pierwszy raz byłam w pokoju hotelowym – uśmiechnęła się ironicznie. – Spał, kiedy weszłam, ale zaraz się zerwał i wtedy miał właśnie takie samo spojrzenie. Nie rozumiałam tego aż do mojego ślubu, kiedy znowu tak patrzył. I jeszcze raz, kiedyś latem, jak Piotruś był malutki. Czytałam mu „Króla lwa” i tam na końcu jest coś o tym, że stary Mufasa żyje w Simbie. Ojciec jadł kolację przy stole, słuchał bajki… Wtedy też tak na nas spojrzał. Tak jakby chciał powiedzieć, że… – wzruszenie odebrało jej głos.
www– Że was kocha.
wwwDanka pokiwała tylko głową. Iwona objęła ją i przytuliła. Było w tym geście coś delikatnie czułego i nagle obie się zawstydziły. Nie pamiętały, kiedy ostatnio okazały sobie tyle uczucia.
www– Może czekał na ciebie. Chciał się pożegnać – szepnęła Iwona.
www– Myślisz?
www– Na pewno.
www– To dobrze – przytaknęła Danka i uśmiechnęła do siostry. – Dobrze…
Ostatnio zmieniony ndz 28 kwie 2013, 23:11 przez dorapa, łącznie zmieniany 2 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 14:30

W ankiecie brakuje jednego opowiadania, ostatniego "To spojrzenie". Nie wiem dlaczego wyrzuciło!! czy ktoś potrafi to naprawić?

Done.

Komentarze do tekstów proszę w drugim konkursowym temacie. Żeby tu był porządek i nikomu nie narzucały się cudze opinie. :D

I pamiętajcie! Czynimy dobro, więc szukajmy pozytywów, wspierajmy autorów, nie kopmy braci po piórze!

Przynajmniej nie w tym konkursie. :D
Ostatnio zmieniony ndz 21 kwie 2013, 16:03 przez dorapa, łącznie zmieniany 2 razy.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 21 kwie 2013, 15:09

Dziękuję bardzo.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
dorapa
Debiutant
Debiutant
Posty: 3383
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » ndz 28 kwie 2013, 22:26

Na prośbę Nataszy, już po konkursie wrzucam poprawioną wersję Pajacyka z nowym tytułem.

Mój chłopiec.

wwwJędrek hodował świat w akwarium.
wwwTo był zwyczajny świat: z ludźmi, zwierzętami, roślinami, ze słońcem, chmurami i czerwcem. Jędrek obserwował go uważnie i ze starannością badacza odmierzał grubiejący konar parkowego dębu, notował w pamięci długość jego cienia. To nawet ciekawe, właśnie takie detale, których rozpoznawanie przypominało grę w „znajdź dziesięć szczegółów…”.
Na przykład pies. Obserwował, jak kudłaty szczeniak dorastał, jak z buńczuczną pewnością siebie podnosił coraz wyżej nogę. Dziewczynka z płowymi warkoczami, jego opiekunka, bawiła się z nim tenisową piłeczką – najpierw czerwoną, następnego roku seledynową. Potem zdradziła pupila i chichotała z chłopcem w czapce z daszkiem. Pies niecierpliwie zamiatał ogonkiem żwir na alei i poszczekiwał, popatrując to na jaskrawą piłkę, to na zaróżowioną twarz swojej pani.
wwwPotem chłopak złamał rękę. To było, gdy cień konara sięgał już szczerbatej ze starości ławki. Dziewczyna odczytywała pamiątkowe wpisy na gipsie, a jej włosy pewnie łaskotały chłopca w policzek. Piesek się nudził śmiertelnie, zwiedzając tyle świata, na ile pozwalała smycz.
wwwJędrek z krzywym uśmiechem przyglądał się obcemu mężczyźnie, który minął dąb i zbyt śpiesznie idąc, rozbijał nierozważnie kolejne lusterka kałuż.
www– Siedem… czternaście… – odliczał Jędrek wróżone lata nieszczęść, a uśmiech miał jeszcze bardziej szyderczy.
wwwPomimo czarnowidztwa Jędrka w akwarium niewiele się zdarzyło złego. Nie więcej pewnie, niż zauważono by w prawdziwym świecie. Tyle że zawieruszył się psiak. Dziewczyna siedziała ciągle w parku, mając nadzieję, że pies wróci do ławeczki pod dębem.
www– Nie oddasz jej psa?
wwwJędrek drgnął silnie i serce uderzyło gwałtowniej. Znowu przyszedł! Znowu stanął w świetle okna, a słońce, zawieszone nad koronami parkowych drzew, wydawało się złotą kreską rysować sylwetkę intruza. Mężczyzna tkwił tam prawie nieruchomo, jak zwykle ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Przyglądał się światu w akwarium, a Jędrek znowu miał przykre wrażenie, że to on jest obserwowany, zwłaszcza gdy gość wkładał okulary, aby przyjrzeć się jakimś szczegółom.
www– Zgubił się? – zapytał nieznajomy, wskazując na dziewczynę, która złożywszy w trąbkę dłonie, nawoływała w głąb parku. – Pobiegł za innym psem?
www – Za parkiem jest torowisko pętli. Mógł wpaść pod tramwaj – wyjaśnił mrukliwie Jędrek.
wwwObiecał sobie już dawno, że nie będzie nigdy z intruzem rozmawiał. Przypominał mu ojca – z wyglądu, ze sposobu mówienia, z drażniącej pewności siebie, nawet gdy stawił pytania. Tylko obcy był starszy i nie robił tyle hałasu wokół siebie. Ojciec przyszedłby z obowiązkowymi fanfarami telefonów, zapowiadającymi przełożenie spotkania o godzinę. Może w ogóle by nie przyszedł, bo miał ważne sprawy w ministerstwie i tamtych synów.
wwwMężczyzna uniósł lekko brwi i przyglądał się Jędrkowi z pytającym skupieniem, zupełnie jak przedtem dziewczynie, czekającej w parku na psa. Wydawało się, że nieznajomy miałby ochotę pogłaskać chłopca po włosach, ale krępuje go fizyczność pieszczoty. Być może nie umiał lub nie lubił okazywać czułości?
www– Będzie czekała, wiesz? – powiedział pieszczotliwym tonem perswazji, którym mówi się do upartego, a kochanego dziecka. – Zrozumie, że nie wróci, ale będzie pamiętała i czekała. Gdyby nie było niebezpieczeństwa torów, mógłby jakoś odnaleźć drogę powrotną.
wwwTelefon, jakby cierpliwie odczekawszy, czy stanie się coś więcej pomiędzy nimi, rozdzwonił się w utykającym metrum – ćwierćnuta i półnuta z kropką.
www– Nie dasz mu szansy? – Pokazał aparat mężczyzna.
wwwChłopak szarpnął się gniewnie w fotelu, wyrzutem wyprostował niby gimnastyk ramiona i dosięgnął palcami drewnianej ramki na zdjęcia. Chwycił ją w furii i cisnął w dzwoniący telefon. Rozległo się głuche staccato uderzenia i brzęk tłuczonego szkła. Mężczyzna, czy to chcąc zapobiec rozbiciu ramki, czy uniknąć szklanych odłamków, rzucił się w stronę biurka, potem potknął, stracił równowagę i potoczył na akwarium.
wwwWtedy obraz świata wewnątrz wzburzył się, zafalował – parkowa ławka utraciła wyraziste kontury, rozhuśtał się cień dębowego konaru. Niebo uderzało o ścianę akwarium jak przybój. Fale nakładały się i potężniały od tego, pieniąc się, zieleniejąc, szumiąc. Strach złapał Jędrka za gardło. Rozpaczliwie przywołał przeciwko niemu gniew i wtedy panika, rozpacz i wściekłość również wydawały się wzajemnie wzbudzać i zwielokrotniać. Unieruchomiły chłopca, wcisnęły jego bezwolne ciało w fotel.
Mężczyzna, zadziwiająco obojętny wobec świata w akwarium i tego, co działo się z Jędrkiem, pochylił się, podniósł z ziemi ramkę, wyjął naddartą fotografię. Twarz mu odmłodniała, bo uśmiech wyrzeźbił miękkie, symetryczne łuki w policzkach i rozjaśnił chłodny do tej pory błękit oczu.
www– W osiemdziesiątym piątym pojechaliśmy do Zakopanego. Była w ciąży… – zaczął opowieść w przypadkowym miejscu, tak jak bywa, gdy niespodziewanie wysnuwa się z pamięci nitkę wspomnienia. – Bo potem ona została moją żoną, wiesz? Tam powiedziała… – zahuśtał się na skraju wspomnienia, zawahał, ale dokończył: – że nie umiała jeździć i nie poszła z wami na Gąsienicową. Miałeś wtedy czerwoną czapkę, tak?
wwwMężczyzna czule wygładzał i stykał brzegi rozdarcia na fotografii, aż pozostała tylko biaława rysa. Jędrek śledził jego szczupłe palce, jak dziecko, gdy z napiętą uwagą obserwuje sztuczkę magika. Abrakadabra. Zadrżały ręce sztukmistrza. Zdjęcie też zadrżało, terkocąc o obrączkę na palcu.
wwwObraz był niewyraźny. Jędrek nie mógł rozpoznać, co przedstawia, choć wiedział, że to on. Na Rusinowej Polanie. Obok szałasu. To była ostatnia zima. Dekret o stanie wojennym ustanowił takie długie ferie i pojechali całą grupą na obóz. Jeździli na nartach. Na czerwonej czapce osiadały płatki śniegu.
www– Pamiętasz! – Nieznajomy uśmiechnął się chytrze, niby jarmarczny czarodziej poruszywszy motyla zaczarowanym pierścieniem. Oszustwo dla naiwnych dzieci, bo w pierścieniu jest zawsze magnes!
wwwJędrek wzruszył ramionami na tandetną sztuczkę, ale w tym samym momencie uświadomił sobie ze zdumieniem, że długo nie pamiętał zimy. W świecie w akwarium panował czerwiec. Niby rozmaity – czasami upalny jak lato, czasem deszczowy – ale zawsze, niezmiennie, uparcie trwał czerwiec. I teraz ledwie mógł sobie przypomnieć uczucie lodowatego zimna. A to było przecież ostatnie, co powinien pamiętać.
www– Myślisz, że ona – mężczyzna wskazał brodą burzowy świat w akwarium – nie będzie pamiętać? Żona mówiła, że potem nauczyła się jeździć na nartach. To był jej rozpaczliwy bunt przeciwko temu, co się stało. Ale później lubiła narty. Jeździli z synem w Alpy. Tam rozpadliska na trasach zjazdowych starannie są oznaczone i zabezpieczone.
Gość długo popatrzył Jędrkowi prosto w oczy, jakby spojrzeniem podawał mu linę. Bo znowu miał taki wyraz twarzy, jakby było mu czegoś bardzo żal i chciał go przytulić. Ale nic nie nastąpiło. Szkoda. Może Jędrek miałby wtedy odwagę zapytać, gdzie j e s t jego żona, o której mówił, jakby bardzo dawna umarła?
wwwwww– Jest – powtórzył ze śmiechem mężczyzna.
– Co że „jest”? – Jędrek spróbował powagą bronić zdrowego rozsądku. Miał wrażenie, że gość czyta mu w myślach i śmieje się z błędu, którym stworzył absurd w zdaniu o jego żonie. Skoro umarła, to przecież nie może b y ć.
wwwDziwny nieznajomy przesunął dłonią po szybie akwarium, gdzie niebo wciąż waliło sztormową falą o szklany horyzont. Odezwał się jednak z miłosną cierpliwością:
www– Wiesz, że człowiek nie tworzy myśli? Ale może ją myśleć. Może zmyślać jej sens zmysłami. – Roześmiał się do siebie z przypadkowej z gry słów i dodał: – Myślę, że to go zmienia.
wwwJędrek nie zrozumiał.
wwwPomyślał za to, że niebo w akwarium będzie potem błękitne i spokojne, a dąb rzuci długi, ciemny cień w poprzek alejki. Z głębi parku wynurzy się dziewczyna o płowych włosach. Będzie starsza, prawie dorosła. Pójdzie za rękę z wysokim blondynem i zatrzyma się przed granicą wyznaczoną cieniem. Chłopiec przejdzie pierwszy – myślał dalej filmowymi sekwencjami Jędrek – ale nie puści ręki dziewczyny. Oboje śmieją się. Potem ona przeskoczy czarną krechę na jednej nodze, jak małe dziewczynki bawią się w „pajacyka”.
www– Potem została moją żoną – powtórzył mężczyzna.
wwwJędrek był przekonany jednak, że zataił przed tamtym obraz skaczącej dziewczyny.
wwwGość wciąż zajęty był naprawianiem zepsutej ramki. Po uderzeniu straciła kąty proste i nie miała szybki. Wsunął w nią mimo to zdjęcie i postawił przy telefonie. Zakołysała się na skrzywionej nóżce.
wwwTym razem nie udała się sztuczka z rozmazywaniem, bo Jędrek pilnował. Więc to nie była wcale fotografia! Jarmarczna pocztówka – pomyślał – i przedstawiała klauna, huśtającego się na cyrkowej linie. Malarz był kiepski – lina kończyła się w powietrzu, jakby prowadziła donikąd i utrzymała linoskoczka wbrew prawom fizyki. Wiszący do góry nogami pajac nie uchwycił jej nawet porządnym uściskiem, tylko pętelka liny leżała mu na dłoni. Jędrkowi wydawało się, że ktoś mu już to opowiadał – o pajacyku, linie i pętli – i dlatego zna groteskowy sens obrazka.
www– Głupiutki pajacyk na linie znikąd donikąd – znowu natrętnie domyślnie potwierdził stary mężczyzna – jest pewien, że wykonuje niesamowite salto mortale. Wiesz, że spadnie, kiedy przestanie tak myśleć?
www– Czego chcesz? – zbuntował się Jędrek. – Czego?!
wwwKrzyk powtórzyło wielokrotnie echo, aż na końcu rozbrzmiewała samogłoska „o”, niczym nawoływanie dzieci przestraszonych czarodziejską sztuczką.
wwwDawno…
wwwDawno temu był w cyrku. Wspomnienie było jednak mgliste, pozbawione dźwięków, zapachów i kolorów. Musiał teraz wytężać oporne myśli, żeby zrozumieć, co wyłania się z niepamięci.
wwwZapach trocin… Potem werbel! Werble pamięta! Tam-dara-dam, tam-dara-dam. Ogromne schody z metalowych krat kołysały się, skrzypiały na śrubowych złączach. Jędrek stał i czekał, aż ojciec – był tam z ojcem! – przestanie rozmawiać z żoną i tamtymi synami. Był przecież bardzo mały wtedy, bał się i chciał prosić ojca, żeby go wziął za rękę. Wstydził się popłakać. Ledwie w myślach odważył się powtarzać płaczliwe „proszę, proszę”.
wwwZawibrował dzwonek. Wibrowała też ciemność fotela, w którym siedział skulony Jędrek. W jaskrawej smudze światła nad głową ojca uniosły się złote pyłki kurzu. Tam-dara-dam! Pomiędzy uderzeniami dobosza zabiło serce. Teraz ciemnoskóry połykacz ognia wypluł niespodziewanie potężny snop iskier, aż dzieci na widowni przywarły do ramienia taty lub mamy. We wspomnieniu Jędrek-dziecko schował się w ciemność fotela najgłębiej jak potrafił.
wwwDzieci klaskały w rytm dzwonków klauna. Jędrek zacisnął piąstki na chropowatych poręczach i tylko patrzył, jak komik wyjął kieszeni spodni jeszcze jeden dzwon. Bardzo duży i donośny. W pstrokatych spodniach zmieściłby się cały świat, co tam taki dzwonek! Klaun podrapał się po rudych włosach z zakłopotaniem. I pokiwał palcem specjalnie na Jędrka. Uważaj!
wwwwwwZ przepastnych spodni wyciągnął tym razem dużego motyla z drucików i piórek, ostrożnie wygładził tęczowe skrzydełka, pocałował w łebek i posadził na błyszczącej huśtawce. Uważaj, Jędrek! Klaun trzepocąc palcami, zachęcał motyla do lotu, aż powolutku pofrunął pod ruchliwą dłonią klauna. Z rękawa posypał się złoty pył.
www– To oszukaniec – myślał chłopiec w dziwnej panice.
wwwOjciec pochylił się, zajrzał do schowanego w ciemności fotela Jędrka.
www – Magnes – wyjaśnił rzeczowo synowi. – Prawa fizyki. Nie ma mocnych.
wwwNie ma?
wwwJędrek zamknął oczy. Bardzo, bardzo mocno.
wwwNie zobaczył więc, że motyl zatrzepotał w końcu odważnie barwnymi skrzydełkami i poleciał wysoko nad lożą pełną dzieci. Tamte zachwycone przypomną sobie może zaczarowanego motyla?
www– Nie bój się, mały – czule pogłaskał chłopca po ramieniu nieznajomy mężczyzna. W niepojęty sposób znalazł się we wspomnieniu z cyrku i stał przy barierce cyrkowej loży. Miał nawet doczepiony czerwony nos z gąbki.
www– Śpij spokojnie. Byłem filozofem, ale nie myśl, że było mi łatwiej umrzeć. Śpij, dziecko, śpij…
wwwA potem, gdy Jędrek już spał, w czerwcowym parku pojawili się robotnicy. W dwukołowym wózku przywieźli puszki, narzędzia, pędzle. I drabinę! Po pantomimicznych kłótniach przy ustawianiu drabiny, robotnicy po kolei wspinali się po szczeblach na samą górę, sfrunęli po drugiej stronie i zabrali się za malowanie niziutkiej ławeczki parkowej. W upaćkanych farbą kombinezonach przypominali klaunów cyrkowych. A scenka z drabiną rozśmieszyła Jędrka. Na razie zaśmiał się tylko we śnie.
wwwGdzieś w głębi parku zaszczekał zagubiony pies. Nawoływał. Jeśli więc to prawda – myślał śpiący chłopiec – i po drugiej stronie nie zbudowałbym torowiska, jakoś odnalazłbym drogę powrotną?
*
wwwByło po starcie, wydobyliśmy się z chmur i słońce rozbłysło w szybie okienka samolotu, jakby wybuchła tęcza.
www– Chcesz motylka? – proponowałam zawieszenie broni siedzącej obok naburmuszonej córeczce. Zatrzepotałam dłonią jak skrzydłami.
wwwPatrzyła spod zmarszczonych jeszcze brwi, ale jasne oczka zajarzyły światełkami. Lubiła zabawy w wyobraźnię, wyciągnęła łapkę i nieporadnie zakasała rękawek. Ostrożnie ujmowałam zmyślonego motyla w palce i położyłam córeczce na nagim przedramieniu. Mała przypatrywała się z ciekawością kolorowym skrzydełkom.
www– On jest z opowieści o chłopcu, który nie umiał wymyślić nieba – wyjaśniłam.
www– Dlaczego?
www– Tak myślę, że się bał.
wwwNie wiem, skąd miałam pewność, że mój dawny chłopiec, Jędrek, który zginął tragicznie zaraz po maturze, zamknął swoje niebo w akwarium i nie wiem, dlaczego pomyślałam, że mój mąż, który umarł niedawno, mógłby mu jakoś pomóc, dlatego że był ojcem tego malutkiego pajacyka z motylkiem na rączce. Wierzyłam, że zaopiekuje się niebem mojego Jędrka.
wwwCórka przefrunęła paluszkami na moją rękę., łaskotała mnie opuszkami.
www– Wypuśćmy go do taty? Jest mu potrzebny w niebie. – Pocałowałam ciepłą rączkę i otworzywszy okno w samolocie, pomogłam córeczce uwolnić motyla.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf


Wróć do „Walki mocy 2013”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość