Świeża Krew 2019 - Teksty konkursowe

Konkursy organizowane przez i wyłącznie dla użytkowników WeryfikatoriuM

Moderatorzy: Poetyfikator, Moderator, Weryfikator, Zasłużeni przyjaciele

Który tekst uważasz za najlepszy?

Czas głosowania minął sob 16 mar 2019, 13:49

Tekst 1
4
21%
Tekst 2
1
5%
Tekst 3
8
42%
Tekst 4
6
32%
 
Liczba głosów: 19

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3469
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Świeża Krew 2019 - Teksty konkursowe

Postautor: Godhand » sob 09 mar 2019, 13:49

Hej,

Postanowiliśmy uczcić urodziny Wery konkursem :mrgreen:
Tym razem będzie wyjątkowo, bo konkurs przeznaczony jest tylko dla naszych najnowszych użytkowników (nie więcej niż sześć miesięcy stażu).
Chcemy dać im przestrzeń konkursową dostępną tylko dla "nowych".
Niech pokażą co potrafią, niech zmierzą się ze swoim pierwszym forumowym turniejem, niech pokażą ile siły tkwi w "świeżej krwi".

Temat: "Przebiśniegi"
Gatunek: dowolny
Objętość: 12k max
Termin: 04.03.2019 (do godz. 23.59)
Nagrody: Specjalna ranga dla zwycięzcy, dostęp do czata, wieczna chwała i może jeszcze coś wymyślimy ;)


Otrzymałem cztery teksty. Ustaliliśmy z uczestnikami możliwość głosowania na dwa najlepsze teksty, ale w związku z małą liczbą nadesłanych propozycji rozsądniejszym wyjściem wydaje się głosowanie tylko na najlepszy. Autorzy zostaną ujawnieni po zakończeniu głosowania.

W tym wątku tylko głosujemy, komentarze i opinie zamieszczamy tutaj:
viewtopic.php?f=128&p=240184#p240184

Miłej lektury!




Tekst 1


Był rok tysiąc dziwięćset pięćdziesiąty czwarty. Bronia właśnie ukończyła Państwowe Liceum Przemysłu Odzieżowego i niezwłocznie zaczęła szukać pracy. Już po tygodniu została przyjęta do przędzalni, na stanowisko wagowej. Pierwsza praca, a więc dziewczynę rozpierała duma i szczęście. W końcu nie będzie tylko balastem dla rodziców, tym bardziej, że trzeba było kilkuletniemu bratu, który był oczkiem w głowie ojca, zapewnić odpowiednie warunki rozwoju. Matka zajmowała się domem. Miała pięćdziesiąt jeden lat, czyli była starsza od męża o osiem, ale wyglądała na staruszkę. Często brano go za jej syna. Ubierała się na czarno, a całości ponurego stroju dopełniała szara chusta, zawiązana pod brodą na supeł. Bronia, mimo tego, że nigdy nie widziała uśmiechniętej mamy, wciąż szukała powodu do radości, nawet w najprostszych sprawach dnia codziennego. Nie czuła się kochana przez rodziców ani przez brata i nawet nie marzyła, że doświadczy kiedyś miłości mężczyzny, o jakiej czytała w książkach. Uznała, że nie jest jej to potrzebne. Pragnęła jedynie, jak najszybciej się usamodzielnić.


Uwielbiam na was patrzeć, kiedy w świetle Księżyca baraszkujecie na podłodze, a raczej na trawie, która wyrasta na moich oczach. Cudowny widok. Moi przyjaciele... Moi obrońcy... Piękni i wolni.


Zupełnie niespodziewanie spodobał jej się brygadzista, Antoni Wigórski, dużo od niej starszy, poza tym bardzo poważny, a nawet surowy dla pracowników. Jednak ujął ją szacunkiem z jakim zwracał się do kobiet, choć nie zauważyła, aby obdarzył którąkolwiek uśmiechem. Nigdy nie podnosił głosu i zażegnywał wszystkie spory, prawie jak Salomon. Poza tym był wysoki i barczysty. Miał błękitne oczy, pięknie wykrojone, mięsiste wargi, a także gęste, czarne włosy i tego samego koloru, krzaczaste brwi, nadające mu groźnego wyglądu. Ale ona nie bała się tego przystojnego mężczyzny, a wręcz przeciwnie, przyciągał ją i wzbudzał uczucia, jakich jeszcze nie doświadczyła. Zaczęła, coraz częściej myśleć o Antonim i wyobrażała sobie, że prosi ją o spotkanie, a ona po chwili wahania, zgadza się, uśmiechając tajemniczo. Nawet ćwiczyła tę scenkę przed lustrem, bo przecież marzenie mogło się spełnić w każdej chwili, a ona musi być wtedy przygotowana. Rodzice nigdy nie chwalili jej urody, dlatego, kiedy po raz pierwszy usłyszała od syna sąsiadów, że jest bardzo ładna, zawstydzona uciekła. Z czasem nauczyła się dziękować za komplementy i była coraz pewniejsza siebie, ale odmawiała, jeśli któryś z chłopaków proponował jej randkę. Aż nagle zafascynowała się dojrzałym mężczyzną. Myśli o nim sprawiały, że jej piersi nabrzmiewały i domagały się pieszczot, których im wieczorami nie szczędziła. Marzyła, że to dłonie Antoniego doprowadzają ją do rozkoszy. Jego palce drażniły sutki, a później prześlizgiwały się po brzuchu i docierały do wnętrza ud. Była zawstydzona tym, jak reaguje jej ciało, ale równie chętnie się temu poddawała.


– Dlaczego jesteście złe? – spytała, choć wiedziała, że nie otrzyma odpowiedzi. Tylko w bajkach zwierzęta potrafią mówić. – Nie lubię, kiedy wydajecie groźne pomruki.


– Bronia, tylko nie rób kawału Przebiśniegowi. On nie zna się na żartach – powiedział Franek, z którym pracowała na jednej zmianie. Oboje lubili czasem robić psikusy współpracownikom, którzy także nie byli im dłużni. Wszyscy przy tym świetnie się bawili, a czas w robocie mijał szybciej.
– Przebiśniegowi? – Bronia zrobiła wielkie oczy. – Nie wiem kogo masz na myśli.
– Antka, naszego wspaniałego brygadzistę. – Dziewczyna zdziwiła się jeszcze bardziej.
– On uwielbia przebiśniegi. Łazi po łąkach i lasach z aparatem w rękach, i poluje na śnieżyczki. Ma w domu mnóstwo albumów ze zdjęciami tych roślinek i ciągle je ogląda, nie pozwalając nikomu tknąć swoich skarbów.
– Skąd wiesz?
– Mieszkamy kilka kilometrów od siebie i nieraz widziałem go, włóczącego się po okolicy.
– Ale skąd wiesz, że ma albumy? Byłeś u niego w mieszkaniu?
– Nie. Regina mi powiedziała. To jego młodsza siostra – wyjaśnił, kiedy napotkał, pytający wzrok Broni. – Pracowała tutaj aż do wypadku... – Franek wyraźnie posmutniał. – Teraz jest w szpitalu. Ledwo ją... – Nagle przerwał, widząc zbliżającą się postać szefa.
– Chyba wystarczy tego obijania. Obserwuję was już jakiś czas i jeśli zaraz nie zabierzecie się do roboty, obetnę wam premie. – Ton głosu mężczyzny był spokojny, ale stanowczy, więc wiedząc, że to nie przelewki, natychmiast przeprosili i przystąpili do swoich obowiązków.

Jednak Bronia cały czas myślała o tym, co powiedział jej Franek. Zaciekawiła ją Regina i postanowiła przy najbliższej okazji dowiedzieć się o niej więcej. Natomiast uznała, że pasja Antoniego jest cudowna i świadczy o jego wrażliwości i poczuciu piękna. Stał się dla niej, jeszcze bardziej interesujący i ważąc szpule z przędzą, wyobrażała sobie, że wraz z nim ogląda zdjęcia przebiśniegów. Czuła dotyk jego palców na swoich dłoniach, a także ciepło oddechu, które było coraz bliżej jej ust...

– Bronka, zejdź na ziemię! Co z tobą dziewczyno? Zakochałaś się? - Ironiczny głos wyrwał ją ze świata wyobraźni. Podniosła głowę i znacząco popukała się w czoło, a po chwili wybuchnęła śmiechem, a inni do niej dołączyli.

Do końca zmiany zostały jeszcze dwie godziny. Dziewczyna ziewała szeroko, myśląc tylko o tym, żeby jak najszybciej wskoczyć pod pierzynę. Odruchowo zaczęła bawić się resztkami różnokolorowych przędz i wtedy wpadła na pewien pomysł. Otóż zrobiła z nich ludzika z burzą czarnych włosów i krzaczastymi brwiami. Bez wahania oderwała guziki ze swojego fartucha, które przyszyła, kilkoma sprawnymi ruchami w miejsce oczu. Na końcu wbiła w czubek głowy, włóczkowego sobowtóra Antka, drucik i zagięła go na końcu jak haczyk. Podeszła do grupy mężczyzn, którzy dyskutowali przy zepsutej zgrzeblarce i zatknęła drucik za pasek fartucha brygadzisty, jakby na przekór przestrogom Franka. Później patrzyła na, majtające się na tle szarości fartucha, swoje dzieło. Śmiała się razem z innymi. Widziała porozumiewawcze spojrzenia i czekała na moment, kiedy Antoni domyśli się, że dotyczą właśnie jego. Stało się to dość szybko, ale nie odczepił swojej karykatury. Obnosił się z nią do końca zmiany, ale już wtedy nikomu nie było do śmiechu, a już najmniej Broni. Kiedy napotykała spojrzenie brygadzisty, przechodziły jej ciarki po plecach. Czuła się tak, jakby zrobiła coś bardzo złego i będzie musiała ponieść zasłużoną karę. Zaczęła odczuwać strach. Nie chciała tego, bo przecież Antek stał się dla niej kimś ważnym, kogo pragnęła, a może nawet zaczynała kochać...


Nie bawicie się, a wasze futra straciły blask. Smutek udziela się także mnie. Chciałabym do was podejść, ale obezwładnia mnie przerażenie. Nigdy przedtem się was nie bałam, a teraz ciasno otulona pierzyną, drżę na całym ciele. Strach i zimno...


Była zbyt zdenerwowana, żeby zasnąć, więc tylko przewracała się z boku na bok. Żałowała, że postąpiła tak głupio, tak dziecinnie. Nie powinna wystawiać Antka na pośmiewisko. Do pracy wyszła przed czasem. Jakież było jej zdziwienie, gdy po drodze spotkała właśnie jego. Mieszkał daleko stąd, na peryferiach miasta, więc co go tutaj sprowadziło? Zatrzymała się, a Antek podszedł do niej wolnym krokiem i stanął bardzo blisko. Sięgała mu ledwie do piersi, a poczuła się jeszcze mniejsza i całkowicie bezbronna. Zaczęły jej drżeć kolana. To było bardzo dziwne uczucie.

– Jeśli jeszcze raz spróbujesz mnie ośmieszyć, zabiję cię – powiedział spokojnym głosem. Nie ośmieliła się nawet podnieść głowy. Skupiła wzrok na klapach jego płaszcza. – Do zobaczenia, Broniu. Nie spóźnij się do pracy – dodał wesołym tonem i odszedł, a ona pozostała w tym samym miejscu, jak zamieniona w słup soli żona Lota. Kiedy nareszcie otrzeźwiała zobaczyła wokół siebie, wirujące śniegowe płatki. Jak pięknie – pomyślała i uśmiechnęła się, ale po chwili, kiedy dotarł do niej sens jego słów, uśmiech zniknął i zaczęła płakać. – Nie, to niemożliwe. Musiałam się przesłyszeć.

– Hej, Bronka. Co tak stoisz i na dokładkę mamroczesz coś pod nosem? Autobus ci ucieknie. – Krysia, sąsiadka i koleżanka w jednym, z którą Bronia spotykała się nieraz na przystanku albo na mieście, pociągnęła ja za rękaw. Dziewczyna szybko otarła łzy. – Zapatrzyłam się na śnieżynki. – Krysia wybuchnęła śmiechem i obie pobiegły w stronę przystanku.

Franek się spóźniał, a to do niego niepodobne. Bronia chciała z nim, jak najszybciej porozmawiać. Jeszcze nie postanowiła, czy powie chłopakowi o dziwnym zachowaniu brygadzisty, o jego groźbie, ale chciała, żeby Franek opowiedział jej o Reginie. Niestety tego dnia już nie pojawił się w pracy. Nazajutrz dowiedzieli się, że ich kolega Franciszek Malicki nie żyje. Dla wszystkich był to szok, ponieważ Franek był młody i zdrowy.
– Co się stało? – pytali.
– Podobno się upił i wracając do domu wpadł do rowu. Noc była mroźna i biedaczyna zamarzł.


Zamiast trawy śnieg, a wasze futra nie zgęstniały. Nie chcę, żebyście marzły. Połóżcie się obok mnie, wtulcie w miękkość pierzyny jak Buras. Nie znacie go. Odszedł, nim wy się pojawiłyście. Pozwalałam mu spać w łóżku, a on mruczał z zadowoleniem, mrużąc oko. Tak, miał tylko jedno oko, półtora ucha i pół ogona. Brzydki, wiecznie głodny i zasmarkany. I tylko mój. Jak wy. Nawet teraz, gdy z cichym warkotem, obnażacie białe kły.


Kiedy wracała z pracy dostrzegła, idącego kilka metrów przed nią kolegę Franka, Zbyszka i krzyknęła, żeby poczekał, ale się nie zatrzymał, więc zaczęła biec, aby go dogonić.
– Zbyszku, przejdziesz się ze mną kawałek? – zapytała, kiedy się z nim zrównała.
– Nie. Zaraz mam autobus – odpowiedział i przyspieszył kroku.
– W takim razie pójdę z tobą. Chciałabym cię zapytać o Franka – powiedziała zdyszana od szybkiego marszu.
– A o czym tu gadać? Przecież Franek nie żyje. - Zbyszek wyglądał na zdenerwowanego.
– Wiem, ale byłeś jego przyjacielem. Mówił o tobie z wielką sympatią, więc pomyślałam...
– Tego wieczoru był u mnie, ale nie siedział długo. Następnego dnia mieliśmy ranną zmianę i chcieliśmy się wyspać.Wypiliśmy tylko po dwa piwa. Rozumiesz? Po dwa piwa, więc nie mógł być pijany. – Chłopak był wyraźnie wzburzony, choć próbował to opanować. – Nie był pijakiem.
– A wiesz coś o Reginie? – zapytała Bronia, a on spojrzał na nią nieufnie. – Franek mi o niej wspomniał. – Pospieszyła z wyjaśnieniem.
– Regina to jego miłość. Załamał się po jej wypadku, ale wiedziałem o tym tylko ja.
– Co jej się stało? - Dziewczyna nie doczekała się odpowiedzi, ponieważ Zbyszek zaczął nagle biec i w ostatniej chwili dopadł drzwi autobusu.
Patrzyła w ślad za odjeżdżającym pojazdem i rozmyślała. Tajemnicza Regina, siostra Antka. Jej wypadek i śmierć Franka. Czy coś łączy te dwa tragiczne wydarzenia? A może mężczyzna, którym była zafascynowana, ma z nimi coś wspólnego... Mężczyzna, który groził jej śmiercią z błahego powodu?


Teraz uświadomiłam, że nie chcecie wzbudzić we mnie lęku. Po prostu mnie ostrzegacie. Pomruki, warkot, obnażanie zębów i stroszenie sierści... Sygnały, że to wy się boicie... o mnie.


– Lubisz kwiaty? – Głos, który niespodziewanie usłyszała za plecami, sprawił, że podskoczyła ze strachu. Antek wyprzedził ją, zastępując drogę. – Jesteś bardzo nerwowa, ale mam na to lekarstwo. – Po raz pierwszy zobaczyła jego uśmiech, ładny, ujmujący, który od razu sprawił, że zaczęła mieć wątpliwości, co do swoich podejrzeń. Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. One też się uśmiechały. Czyżby rzeczywiście tamtego ranka, po prostu się przesłyszała? Chciała, żeby tak było. – Może chcesz się dowiedzieć jakie? – zapytał uwodzicielsko.
– Wybacz, ale nie mam czasu - odpowiedziała wbrew sobie, ominęła go i odeszła. Nie próbował jej zatrzymywać. Jednak czuła, że na nią patrzy i za wszelką cenę starała się iść prosto, choć nogi miała miękkie jak z waty.


Szkoda, że nie poznałyście Burasa, najwaleczniejszego kota na świecie. Jestem pewna, że nie zrobiłybyście mu krzywdy. Ojciec zabił go uderzeniem szpadla. Nie zdążyłam nawet mrugnąć okiem. Odebrał mu życie za jednego kotleta, którego Buras podwędził mu z talerza. Później przyszłyście do mnie wy. Silne i piękne. Dziękuję, że jesteście ze mną wtedy, kiedy was potrzebuję. Chciałabym, żebyście zostały na zawsze i aby pod waszymi łapami nareszcie stopniał śnieg. Obiecuję, że nie pokocham już nikogo innego. Byłam głupia, myśląc, że mogę być szczęśliwa z człowiekiem.


Bronia niechętnie wstała z łóżka i zaczęła szykować się do pracy. Nie chciała tam iść. Zawstydzała ją słabość do Antoniego. Poza tym zaczęły wracać wspomnienia, obrazy w głowie były coraz wyraźniejsze i znów poczuła do siebie wstręt. Postanowiła, że musi, jak najszybciej zmienić pracę i nareszcie wyprowadzić się od rodziców.

Dzisiaj Antoni też był dla niej bardzo miły, dyskretnie zagadywał i uśmiechał się, ale ona udawała obojętność.
– Dziś masz czas? Chciałbym pokazać ci coś naprawdę pięknego. Choć nie odpowiedziałaś mi, czy lubisz kwiaty, założyłem, że właśnie tak jest. – Roześmiał się, jakby usłyszał świetny dowcip. – Też je lubię, a najbardziej przebiśniegi. Wiedziałaś o tym?
– Nie. Z nikim o tobie nie rozmawiałam. – Szybko zaprzeczyła, nie patrząc mu w oczy.
– No to już wiesz. Uwielbiam je. Teraz jest ich pora i wyrastają spod śniegu, białe jak on, piękne i delikatne jak ty. – Bronia poczuła, że się rumieni.
– Przepraszam, ale muszę wracać do pracy.
– Oczywiście, bo inaczej obetnę ci premię. – Znów się zaśmiał. – Ale najpierw obiecaj, że pójdziemy tam dzisiaj, zaraz po pracy, póki widno.
– Jutro – odpowiedziała.
– Dobrze, niech będzie jutro. – Odetchnęła z ulgą, że nie nalegał.

Po pracy była umówiona z Kryśką. Nigdy się nie odwiedzały, ale raz w miesiącu wypijały razem kawę na mieście. Krysia lubiła dużo gadać, mówiła o pracy, o kłótniach z matką i o nowym narzeczonym, z którym miała nadzieję w końcu ułożyć sobie życie. Bronia słuchała z uwagą, od czasu do czasu, wtrącając słowo. Nie chciała się nikomu zwierzać ani odpowiadać na jakiekolwiek pytania, dotyczące życia osobistego, więc taki podział ról całkowicie jej odpowiadał. Natomiast dziś, była jeszcze bardziej milcząca niż zwykle, co o dziwo nie uszło uwadze koleżanki. Obie zrzuciły to na karb zmęczenia i rozstały się szybciej niż zwykle. Krysia postanowiła odwiedzić narzeczonego, a Bronia poszła na przystanek. Jednak w końcu nie wsiadła do autobusu. Zdecydowała się na krótki spacer, aby nieco uspokoić myśli, a wtedy...

– Mam nadzieję, że jutro będzie równie słonecznie jak dzisiaj. – Czyżby Antek ją śledził? A może to tylko przypadek? – Przy niekorzystnej pogodzie ich korony się zamykają, tak samo i nocą. – Kontynuował rozmowę, którą prowadzili w pracy, jakby nie upłynęło od tego czasu już kilka godzin. – Kiedy świeci słońce rozwierają płatki i wabią miodowym zapachem pierwsze owady. Potrafią też zapylać się same... – Na chwilę zawiesił głos, a później dodał – Resztę opowiem ci jutro. – W uszach Broni zabrzmiało to, jak obietnica czegoś niezwykłego. Znów się zarumieniła. – Naprawdę uważam, że jesteś piękna.


Okłamałam was. Jednak chcę się z nim spotkać. Na samą myśl o nim, czuję ogromne podniecenie, pomieszane ze strachem. Jestem jak owad, którego przyciąga zapach przebiśniegów. Wyglądacie na pogodzone z moją decyzją. Ale co to? Śnieg pod waszymi łapami nareszcie topnieje. Wyrastają śnieżyczki. Czy to dobry znak? Na pewno. To pierwsze oznaki wiosny. Nie odchodźcie, nie chcę zostać sama. Boże! Zostawiłyście krwawe ślady na białych płatkach.


– Bronia słyszałaś, co się stało Antoniemu? – Zośka, jej zmienniczka, była naprawdę przerażona i roztrzęsiona. Nie czekając na odpowiedź, dodała – Zagryzła go sfora dzikich psów. Wyobrażasz sobie?


Bez was jestem bardzo samotna. Nie mogę tak żyć. Wszystko wróciło. Ból i wstyd jest nie do wytrzymania.


***

– Ona nie wróci. Minęły już dwa miesiące. Rozumiesz? Dwa miesiące. Przestań się łudzić. Pewnie uciekła z jakimś kochankiem i dobrze. Nareszcie mamy ją z głowy.
– A krew w jej pokoju?
– Wielkie mi co? Pewnie dostała okres.
– Wiesz, że od... Przestała... – Kobieta spuściła głowę, ale po chwili znów spojrzała na mężczyznę.
– No co się tak gapisz?
– Musimy wyznać prawdę. Wtedy zaczną szukać.
– Zwariowałaś? Przecież spakowała rzeczy i wyjechała, a my nie wiemy dokąd. Jest dorosła, więc nic nam do tego.
– To ty je zabrałeś i spaliłeś! To ty zmyłeś krew!
– Zamknij się kobieto. Nie kłam. Ta dziwka uciekła, żeby puszczać się z byle kim.
– Jak możesz? To twoja córka, to... to matka twojego dziecka. – Nareszcie ośmieliła się głośno wyznać prawdę. Ulga...
– Milcz stara wariatko. Karol jest nasz, twój i mój. Ty go urodziłaś.
– Urodziłam ją. – Kobieta stanowczym ruchem, zawiązuje mocniej pod brodą szarą chustkę, a później idzie w stronę drzwi. – Nie martw się córeczko – szepcze. – Pomogę ci. – Wychodzi na podwórko. – Wybacz, wybacz, wybacz...

Błysk metalu w słońcu.


Tekst 2


Jeszcze wczoraj Tuli była w rozpaczy. Jeszcze wczoraj strach i samotność wypełniały jej serce. Nie wiedziała jakie będzie jutro, nawet nie umiała sobie tego wyobrazić. Była jak szczur w ciemnym kanale, czekający żeby wyjść na powierzchnię i zaznać odrobiny świeżego powietrza. Pustka, głód i wszechobecny strach panoszył się w każdej minucie jej życia. Ktoś jej kiedyś powiedział, że tak już jest, że trzeba się przyzwyczaić, że taka rzeczywistość. Nikt nie mówił, że będzie dobrze. Jest już dużą dziewczynką i powinna to wiedzieć. A jednak ona wciąż się bała, nie umiała się nie bać. Może gdyby mama ją nauczyła, jak się nie bać, ale mamy już nie było…



A dziś… dziś wszystko było inaczej. Los, który tak okrutnie ją doświadczał wreszcie sprawił, że jednak jej świat nie stanął w miejscu wiecznego zła - jednak szedł nieśmiało do przodu, w stronę światła. A zło odeszło z żalem, próbując trzymać się jej spódnicy resztkami sił, ale ona odpędziła je jednym mocnym, rozdzierającym krzykiem. I narodziła się miłość i nadzieja, które wybuchły niczym wulkan, i wartkimi strumieniami popłynęły w jej umęczonych żyłach. Dostała nowe życie, bo dała nowe życie.



Jej Perełka była jak pierwsze tchnienie wiosny, jak malutkie śnieżnobiałe przebiśniegi, które najpierw subtelnie i nieśmiało, a później już z pełną gracją i dumą przebijały się przez skorupę zamarzniętego zewsząd śniegu, żeby pokazać – jesteśmy! Spójrz! Takie piękne i niewinne, takie czyste! Teraz już będzie wiosna! Już będzie cudnie, zielono i słonecznie! Już nie będzie zimy i strachu i rozpaczy. Czujesz nasz zapach? Taki niewinny, taki delikatny, ledwo wyczuwalny, a jednak jakże uderzający! To zapach nowego życia!



Tuli, teraz już całą sobą czuła tą wiosnę, która śpiewała w jej duszy, kiedy tylko jej zdumione, nie nawykłe do takich widoków oczy, spoczywały na malutkiej twarzyczce Perełki. Jej łono było puste, ale ramiona były pełne młodziutkiej, nieskalanej miłości. Jej uśpione zimnem serce pomalutku trzepotało w piersi, próbując wznieść się w górę i z wyżyn przyglądać się tej wiośnie.



Tekst 3

Vico ogrzewał dłonie nad małym ogniskiem. Wiosna szybko się zbliżała, ale po zmroku wciąż panował dotkliwy mróz. Dookoła panował harmider, kilka setek wojowników rozbijało obóz, przygotowując się do spędzenia nocy w tej niegościnnej krainie.


– Można dołączyć? – spytał starszy mężczyzna, wskazując na ognisko. Wyglądał niegroźnie, więc chłopak kiwnął głową. – Dzięki, jestem Horin Szperacz.


– Vico.


– Jutro wejdziemy do ruin Golestanu. Byłeś już kiedyś w jakimś martwym mieście? Nie? Jak dasz mi łyka z tej buteleczki, to ci co nieco opowiem. Ma się dar boży zmarnować, lepiej wypić i odchorować.


Mężczyzna nie kryjąc uśmiechu wyciągnął dłoń po napitek.


– Dobra, trzymaj… zaraz, jesteś jednym z tych poszukiwaczy skarbów, których zwą
„skarbnikami”?


– Tak chłopcze, jestem przewodnikiem…


– Chłopcze? – Vico obruszył się. – Młody jestem, ale walczyłem w niejednej kompanii
najemnej. Tę bliznę wyniosłem z walk o szlak Rudego, a na mokradłach za Byczym Rogiem przez dwa miesiące odpieraliśmy ataki dzikich ogrów…


– Wybacz, nie chciałem cię obrazić – mężczyzna uśmiechnął się niezręcznie, dzięki blasku ognia Vico zauważył, że twarz gościa znaczyły blizny i zmarszczki. – Po prostu przypominasz mi kogoś…


– Kogo?


– Mojego syna. Był w Golestanie, gdy zaatakowała horda dzikusów.


Starzec zamilkł, a Vico postanowił zmienić temat.


– To prawda, że przed katastrofą, było to najbogatsze miasto w całej Viancie?


Horin uśmiechnął się, przywołując wspomnienia.


– Zgadza się. Po Sferostyku trafiła tu lwia cześć bogactwa ze starego świata. Najbogatsza
szlachta, krasnoludzcy bankierzy i głowy bajecznie bogatych gildii. Miasto rosło szybko, a bogaciło się jeszcze szybciej. Powstały piękne pałace, alabastrowe pomniki, kolosalne świątynie, ogrody i areny. Miasto wręcz ociekało przepychem i luksusem. Często trwały kilkudniowe festyny, wędrowcy z najdalszych zakątków Vianty przybywali by nacieszyć oczy widokiem Golestanu. Sami bogowie zdawali się nad nami czuwać.


Horin dorzucił drwa do ognia, a Vico przez moment widział oczami wyobraźni chwałę
wielkiego miasta.


– Splendor ściągał artystów, rzemieślników i handlarzy, marzących o lepszym życiu. Byłem jednym z nich, dopóki nie nadeszła horda – mężczyzna zacisnął zęby. – Teraz zostały tylko ruiny pełne trupów i podziemia, gdzie mieszkańcy w pośpiechu pochowali swoje skarby.


– Te podziemia, duże są?


– Bardzo. Gdy założono miasto, na powierzchni i pod ziemią były ruiny pozostawione po Pierwszych. Wykorzystano je jako magazyny, winniczki, więzienie czy grobowce. Golestan stoi na miękkiej skale, można w niej kopać łopatą. Pod ziemią założono bank, siedziby gildii, a nawet
amfiteatr czy świątynie. Korytarze szybko się rozrastały, główne aleje pokryto marmurowym
chodnikiem, a ściany zdobiły płaskorzeźby. Gdy nadeszła horda bestioludzi, cywile ukryli się w
podziemiach, gdy wojsko straciło mury, stawiali opór w tunelach. Obrońcy część chodników zawalili, a bestioludy wykopały nowe, ciężko się nie zgubić w tym labiryncie.


– Są tam jeszcze skarby?


– A pewno! Każdego dnia skarbnicy znoszą do Bremen złote monety i drogocenne klejnoty. Na dodatek ciągną tu dzikusy z całej okolicy, też lubią błyskotki, a przetrwanie w tunelach to inicjacja młodych wojowników. Bestioludy więcej skarbów wnoszą niż wynoszą…


– Świetnie! – Vico uśmiechnął się na myśl o łupach. – Paladyni dobrze mi płacą, ale byłoby
milutko przytulić jakiś skarb na boku.


– Ano wątpię byśmy mieli czas na zwiedzanie. Hetman Goris chce zejść najkrótszą trasą do ósmego poziomu…


– Jest tam relikwiarz zakonu Lwowców, a w nim sztandar świętego Awicera. Słynna relikwia,
podobno w starym świecie widziała całą wojnę z wampirami…


Vico zauważył grymas na twarzy starca, wyglądał jakby bił się z myślami.


– Horinie, wszystko w porządku?


– Nie…, słuchaj uważnie chłopcze. Od dekady prowadzę skarbników przez tunele Golestanu, ale czegoś tak podejrzanego nie widziałem nigdy. Schodzimy na ósmy poziom, ale relikwiarz był ukryty koło grobowców, na czwartym. Na dodatek zakon Lwowców był w zachodniej części miasta, a my wchodzimy południowym zejściem. Coś tu śmierdzi. Skarbnicy wchodzą małymi grupkami,
maksymalnie dziesięć osób, a nas jest ponad trzystu! Zauważyłeś, że nie ma tu prawdziwych
skarbników?


– Tylko ty…


– Zgadza się, reszta to bitni wojownicy. Paladyni otoczeni giermkami, krasnoludzcy
geldfanatycy, najemnicy z Rzecznych Królestw, a nawet czarodziej.


– Więc co Hetman Goris knuje? – spytał Vico, konspiracyjnie nachylając się nad ogniskiem.


– Szczegółowo wypytał mnie o wyższe poziomy, ale zdawało mi się, jakby o ósmym wiedział więcej niż ja. Musi tam być coś cholernie ważnego, skoro idzie tam tak wielka wyprawa.


– Byłeś kiedyś tak głęboko?


– Tylko parę razy. Im głębiej tym więcej mocarnych gnoi, jak ogry, minotaury, najtwardsze
klany orków czy wojownicy z kaganatów. Co gorsza, słyszałem przed chwilą, że za tą wyprawą stoi hrabia Dako…


– Kto?


– Władca Bremen. To on rozkręcił interes skarbników. Zorganizował pierwsze wyprawy, nowe trasy handlowe, rozbudował miasto i opłacił bardów by roznieśli wieści o tunelach pełnych złota.


– Bystry typ.


– To zimny drań, dba tylko o swoje. Kiedyś zlecał poszukiwanie ksiąg i manuskryptów w
głębokich tunelach. Dobrze płacił, ale potem chłopaki znikali, rozumiesz?


– O cholera…


– No właśnie.


– Co robimy? Spieprzamy?


– Zły pomysł, Goris powiesi nas za dezercję. Zbierz zaufanych kolegów, trzymajcie się blisko mnie, a gdy zacznie się jakiś dziwny burdel, to wskoczymy w boczne tunele. Mam na dole kilka
kryjówek z zapasami. Zadekujemy się i przeczekamy sztorm. Wchodzisz w to chłopcze?


– Chyba nie mam innego wyjścia…



+++

Hrabia Dako przechadzał się po ośnieżonym ogrodzie. Czuć było zbliżającą się wiosnę, śnieg był wilgotny i ciężki, a z sopli miarowo spadały krople wody.


– Ojcze! – Do ogrodu wbiegł Harmar; jego szesnastoletni syn. – Wyprawa wróciła!


– Hetman Goris żyje?


– Tak, jest ranny, ale zaraz tu będzie.


– Dobrze.


Dako wypuścił z ulgą chmurę pary, a Harmar stał niepewnie, grzebiąc butem w kupce śniegu.


– Ojcze, co było prawdziwym celem tej wyprawy? Przecież nie sztandar świętego Awicera, bo
mamy go w skarbcu od trzech lat…


Dako uśmiechnął się.


– Nie dam ci prostej odpowiedzi, bo…


– …, bo nic na świecie nie jest proste i darmowe – dokończył Harmar, powtarzając
wielokrotnie słyszaną regułkę.


– Wiesz, że przebiśniegi to moje ulubione kwiaty? Róże, tulipany, stokrotki i inne, siedzą pod
śniegiem i czekają, aż śnieg stopnieje. Leniwe, bierne, oportunistyczne śmieci. Przebiśniegi nie
czekają, lecz dumnie prą w górę nie bacząc na niebezpieczeństwa. Są falangą wiosny, pierwszymi żołnierzami szturmującymi wyłom w murach zimy.


Hrabia Dako nachylił się nad małym przebiśniegiem.


– Gdy wujek Umbra zmarł, nikt nie chciał rządzić Bremen. To była ruina, a po upadku
Golestanu z dnia na dzień było coraz gorzej. Kuzyni woleliby wskoczyć do jamy cieniostwora niż choćby ruszyć w podróż do Bremen. Zostali we Wlogodorze, próżnując na dworach i marnując czas na hulankach. Lecz ja dostrzegłem okazję i parłem do niej niczym przebiśnieg szukający słońca. Zanim tu dotarłem połowa mojej ochrony była martwa, a od pierwszych dni musiałem pomagać bronić murów przed bestioludźmi…


– I Bremen jest wspanialsze niż przed upadkiem Golestanu. Dzięki skarbom z martwego
miasta z każdym dniem jesteśmy coraz silniejsi. Wolne Miasta chcę nawiązać z nami współpracę,
jesteśmy na środku szlaku z Unii Kupieckiej do Świętego Cesarstwa Melbergu. Wszystko idzie
dobrze… prawda?


– Na pewno? Którym z nich jesteśmy?


Hrabia wskazał palcem na dwa kwiaty; jeden przebił biały puch, a drugi był ledwo
wybrzuszeniem.


– Pierwszym?


– Nie. Staliśmy się ofiarą sukcesu i siedzimy wygodnie z założonymi rękoma. Czekamy na rozwój sytuacji, zamiast własnoręcznie ją wykuć.


– Nieprawda! Wyprawy do Golestanu są coraz częstsze, Bremen rośnie w siłę, nawiązujemy strategiczne sojusze i budujemy armię. Najazdy dzikusów zelżały, teraz my najeżdżamy ich ziemie i plądrujemy ich osady! Jesteśmy w natarciu!


– Yhym, a czego potrzebujemy by utrzymać tempo?


– Pieniędzy.


– Skąd je mamy?


– Głównie z Golestanu…


– Czy to studnia bez dna?


– Nie. Musimy zdywersyfikować źródła dochodów, zabezpieczyć handel, budować nowe
osady i…


– I zwiększyć efektywność aktualnych przychodów. To było celem wyprawy Gorisa.
Hrabia zmiótł rękawem śnieg z ławki i ciężko usiadł.


– Kilka lat temu skarbnicy znaleźli dziwne monety wykonane z białego złota i pokryte
tajemniczymi symbolami. Eksperci byli bezsilni, nigdy nie widzieli w Viancie niczego podobnego. Z
czasem pojawiło się ich więcej, a nawet artefakty wykonane z tego samego kruszcu. Złote czasze,
sztylet ofiarny i posążki… przedstawiające niepokojące potworności. Dobrze płaciłem za książki i manuskrypty wyniesione z tuneli by znaleźć ich źródło. Miałem szczęście i odkryłem… żyłę białego złota.


Harmar przysiadł zaintrygowany koło ojca i słuchał bez słowa.


– Przed szturmem na Golestan, siły obrońców zostały zdziesiątkowane przez Rybią Zarazę, lecz to nie była choroba. Oni odkryli coś na ósmym poziomie, coś co zabiło ponad dwie setki lwich rycerzy w jedno popołudnie…


Hrabia przerwał, gdyż do ogrodu wszedł hetman Goris. Kulał na prawą nogę, a głowę miał
owiniętą zabarwionym na czerwono bandażem. Stanął przed ławką i skłonił się lekko.


– Hetmanie, może spoczniesz?


– Dziękuję, ale muszę jak najszybciej sprawdzić stan rannych żołnierzy. Zaznaliśmy większych strat niż się spodziewałem…


– Co znaleźliście na ósmym poziomie? – Hrabia nerwowo wytarł spocone ręce w spodnie. –
Legendy były prawdziwe?


– Tak, czarne wrota pokryte pismem pierwszych, były dużo większe niż miejska brama. Nasz czarodziej nie potrafił rozszyfrować pisma, ale dał radę zniwelować pieczęcie magiczne. Otworzyliśmy je… – Hetman Goris przełknął ślinę. – To było przejście do świata koszmarów. Panował tam kompletny mrok. Na niebie nie było księżyców, tylko parę gwiazd, a powietrze było wilgotne i ciężkie
od oparów. Przy wejściu rosły świecące rośliny, o liściach ostrych jak noże. Kawałek dalej
zobaczyliśmy spokojne morze, a przy brzegu stała świątynia, zbudowana z czarnego marmuru, jakże
pasującego do otoczenia. Wnętrze było pełne martwych istot, dziwnych zwierząt niedawno złożonych w ofierze. Na ołtarzu znaleźliśmy przedmioty z białego złota, a także miecze i zbroje ze znakami lwiego zakonu. To musiały być łupy z czasów Golestanu. Zabraliśmy je, a w drodze powrotnej zobaczyliśmy setki statków, szybko zmierzających w naszym kierunku. Usłyszeliśmy odgłos rogu i wtedy się zaczęło.


Ciało hetmana przeszedł niekontrolowany dreszcz. Rycerz przymknął oczy i kontynuował
głosem pełnym bólu.


– Mrowie tych potworów wylało się przez bramę. Nigdy nie widziałem nic podobnego. Na
pierwszy rzut oka przypominali „rybich” jaszczuroludzi. Byli pokryci czarnym olejem, ciężko było stwierdzić, czy uderzam mieczem w miejsce chronione przez zbroje łuskową czy w ciało. Atakowali nas długimi włóczniami i zakrzywionym mieczami, a w ich szeregach byli szamani, którzy razili plugawą magią. W chaosie bitwy widziałem coś jeszcze… wielkie potworności z trudem przeciskające się przez wąskie tunele. Były ubrane w długie płaszcze, chodziły zgarbione, ale czasem w świetle pochodni widziałem ich przerażające oblicza, pełne macek i kłów.


Harmar ze zdziwieniem zauważył, że hetman unikał ich wzroku, a jego ręce drżały i były
mokre od potu. Ojciec, zaś wyglądał na kompletnie zafascynowanego.


– Wycofywaliśmy się, blokując ich napływ. Dziesiątki, setki tych potworów legło od naszych
mieczy. Potop tych istot rozlewał się po każdym skrzyżowaniu, groziło nam otoczenie, więc
rozkazałem szybszy odwrót. Hałas ściągnął na nas innych mieszkańców tuneli. Na froncie musieliśmy walczyć z bestioludźmi, cały czas broniąc się od napływu potworów na tyłach. Gdy w końcu wyszliśmy na powierzchnie, nie zostało mi więcej niż pięćdziesięciu wojowników. Dzięki bogom te istoty nie ścierpiały światła słonecznego i zamiast nas ścigać, wróciły do tuneli.


– Co z białym złotem? – spytał niecierpliwie Dako.


– Legendy mówiły prawdę. Wiele tych potworów nosiło bransolety i naszyjniki ze złota…


– Doskonale. Świadkowie?


– Najemnicy zostali w podziemiach, zamknąłem przed nimi wyjście. Przeżyli tylko moi
paladyni i giermkowie, wszyscy złożyli śluby milczenia.


– Więc plan udał się w pełni! – Dako przyklasnął zadowolony. – Winą za otwarcie wrót
obarczymy czarodziejów, a prawda zostanie między nami. Moi słudzy wkrótce przyniosą sztandar świętego Awicera do waszego zamku…


– Dako co myśmy uwolnili? – spytał głucho rycerz.


– Czy to ważne? Da się ich zabić i jest to bardzo opłacalne. Nic innego się nie liczy. Wracaj do zakonu i szykuj kolejną ekspedycję. Musimy wiedzieć, jak wygląda sytuacja w Golestanie.
Hetman Goris kiwnął głową i ruszył do wyjścia.


– Ojcze, czy uwolnienie tych kreatur było konieczne?


– Sam rzekłeś, że rozwój zależy od stałego źródła dochodu. Golestan jest jednym z dziesięciu
martwych miast, wokół innych zaczynają rosnąć osady podobne do Bremen, a to oznacza ostrą
konkurencję o skarbników. Lecz my właśnie zdobyliśmy wielki atut: białe złoto! To pierwszy krok, potem wygłodzimy konkurencję i ją przejmiemy. Minie wiele lat, lecz odbijemy każde martwe miasto i na ruinach zbudujemy nową nację.


Hrabia Dako podszedł do najbliższego przebiśniegu i przysypał go mokrym puchem.


– Czasami musi być na chwilę ciężej, by potem było lepiej. Wiedziałeś, że przebiśniegi mają
właściwości lecznicze? My też uzdrowimy tę krainę, nawożąc ją krwią potworów i budując nowy
porządek za ich białe złoto.



Tekst 4

1.

- Dzięki, że ze mną poszłaś. Malwinka zawsze cię lubiła.


Daria zdjęła rękawiczki, złożyła je dokładnie i włożyła do torebki. Mróz zelżał, a tempo spaceru, jakie narzucił Maks, nieco ją rozgrzało.


- Chyba wciąż lubi?


- Pewnie, jak wnuczkę własną. Tak mi się jakoś... - Maks przygryzł wargę.


Idiotko, Daria przeklęła w myślach.


- Przepraszam, Maks.


- Powiedziałem, że lubiła, bo... wiesz, że ona teraz bardziej pamięta, co się działo dwadzieścia lat temu, niż to co zjadła na obiad pięć minut temu.


- Wiem.


Przez chwilę szli obok siebie w milczeniu. Śnieg, który jeszcze dzisiejszego ranka przyjemnie chrzęścił pod butami, teraz powoli zamieniał parkową ścieżką w zdradliwie śliską breję.


- Patrz Darka, przebiśniegi! Widzisz?


- Nic nie widzę. Ty też nie, jest koniec stycznia, za wcześnie na przebiśniegi.


- A tam, to co? Pod dębem samym? Tam, gdzie śniegu nie ma.


Spojrzała dokładniej.


Pokręciła głową z niedowierzaniem. Faktycznie - niedaleko, na tle brunatnej ziemi, zieleniła się soczyście kępka jakichś drobnych kwiatków.


Maks ruszył przez śnieg w kierunku dębu.


- A ty dokąd?


- Zaniosę kilka Malwince, ucieszy się!


- Maks!


- Chwila, zerwę i idziemy.


- Maks! Przebiśniegi są pod ochroną... chyba!


- No dobra, czekaj, pstryknę fotkę chociaż, pokażę jej jutro. Tobie też prześlę. - wyciągnął telefon, kliknął kilka razy. - Ech, nieostre jakieś takie...


- Fotograf z Nokią!


Pokazał jej język.


- Dla Malwinki!


Patrzyła, jak kładzie się na topniejącym śniegu i kilkukrotnie klika w ekran telefonu.


- Wariat... - wyszeptała, pośpiesznie ocierając oczy. Szybko, szybko, zanim będzie obok, zanim zauważy, zanim zacznie zadawać pytania.




Miłość jest jak spacer podczas delikatnej mżawki - idziesz, idziesz, i nagle uświadamiasz sobie, że przemokłaś do głębi serca.
Zabawne, że teraz przypomniało mi się to porównanie rodem z jakiegoś kolorowego pisemka dla nastolatek, którymi zaczytywałyśmy się wieki temu. Wszystkie wyśmiewałyśmy taki obraz miłości; byłyśmy już dorosłe, przecież Beata, najstarsza z nas, miała już prawie czternaście lat...! Wszystkie wiedziałyśmy, że prawdziwa miłość to serce gwałtownie bijące na widok tego jedynego, euforia pierwszego pocałunku, porywająca lekkość pozwalająca na szybowanie wśród chmur...!



- Wiesz... - zaśmiał się Maks, trąc przemoczone dżinsy - Malwinka przez całe cztery lata powtarzała, jaki byłem strasznie głupi, że pozwoliłem Ci wyjechać na studia.


Daria poczuła suchość w ustach.


- Wymyśliła sobie, że powinniśmy być razem, a tyle razy jej tłumaczyłem, że to tylko przyjaźń. Ale wiesz sama, jak ona się uprze...


- Usiądźmy, okej? - wskazała pobliską ławkę. Dłoń jej drżała. Szybko, szybko, rękę do kieszeni.


- Co, tutaj? Dobra, ale nie za długo, muszę Aśkę na aikido zawieźć. Nie będzie ci zimno?


- Nie będzie.


Usiedli blisko siebie, jak zwykle. Telefon Maksa zawołał nagle jego własnym głosem "Wiadomość dla mnie!"


Nie potrafiła powstrzymać uśmiechu.


- Dzieciak.


- Emerytka!


- Kto się stęsknił? Siostrzyczka?


- Nie, Aśka wciąż w pracy.


- Nie sprawdzisz nawet?


Pokręcił głową.


- Gdyby to by było coś ważnego, usłyszałabyś "Ktoś chce pogadać!".


- I nie ciekawi cię, od kogo?


- Nie. Aśka w pracy, mama siedzi u ciotki Basi, a ty jesteś tutaj.


Uśmiechnęła się do niego. Bardzo, ale to bardzo starając się, by ten uśmiech nie wyglądał sztucznie.


- Sprawdź, i tak miałeś mi przebiśniegi przesłać.


- Już dawno wysłałem. - spojrzał na nią nagle tymi wielkimi oczyma, których błękit prześladował ją ostatnio we snach. - O! A pamiętasz, co nam dawno temu Malwinka opowiadała o przebiśniegach?


Nie pamiętała. Przymknęła oczy, bez problemu przywołując z pamięci szczegóły kwiaciarni, w której pracowała babcia Maksa. Skrzypiący w rytm podmuchów wiatru, maźnięty zieloną farbą drewniany szyld, na którym zawijasami wymalowano ciepłą czerwienią jedno słowo: Malwa. Ciemne wnętrze, wypełnione zatykającą dech w piersi mieszanką woni setki kwiatów. W wazonach róże, zawsze mnóstwo róż, dumnie wyprostowane tulipany, otwarte mordki białych lilii i tajemniczych storczyków. Przytulne zaplecze, w którym spędzała z Maksem czas między zakończeniem lekcji w podstawówce a powrotem rodziców z pracy. I ciepły głos babci Malwiny, snującej kolejną historię.


- Nie pamiętam. Opowiesz?


- No ba.


- Ale musisz to robić tak, jak Malwinka.


- Dobra. - Odchrząknął. - Było tak, że Śnieg, Mróz i Wiatr zgadali się pewnego roku, że tym razem nie wpuszczą Wiosny na Ziemię... Jak zwykle, gdy o czymś opowiadał, błądził niewidzącym wzrokiem po otoczeniu. Jego głos nabrał tempa, które nieodparcie kojarzyło się jej z ogólniakiem i wspólnie spędzanymi w parku popołudniami, kiedy leżeli obok siebie, śledząc wzrokiem leniwe chmury. Ona słuchała, a on opowiadał. Jak teraz.


- Kwiaty wymyśliły, że trzeba dać znać Słońcu. Każdy z nich jednak drżał na myśl o Mrozie ściskającym twardą ręką wszystko, co żyje, o Wietrze, który bezlitośnie wysmaga każdego śmiałka, w końcu o Śniegu, co skrzętnie skrywa wszystkie te nieprawości za nieprzeniknioną zasłoną.


Daria w milczeniu wpatrywała się w jego oczy. Już pamiętała, ale pozwalała mu mówić.


- Nagle odezwał się mały, niepozorny przebiśnieg. Boję się tak jak wy, powiedział. Boję się, ale pójdę i opowiem Słońcu, co tu się dzieje...


Maks zamilkł na chwilę, marszcząc nieco brwi.


- Mów, mów dalej. - ponagliła go.


- Już mówię. - Podjął nieco zmienionym głosem. - I poszedł mały, odważny przebiśnieg; poszedł... bo tak było trzeba. Bo gdyby nie wyruszył, bojąc się ryzyka... tkwiłby w zimnym, śnieżnym więzieniu. Zostałby w nim już na zawsze.
Daria nie spuszczała z niego wzroku. Nie tak pamiętała tę opowieść - w wersji babci Malwiny kwiatkowi rozkazano, by szedł i pomógł swym nektarem umierającym z głodu pszczołom.


- I przedarł się na zewnątrz, pomachał do Słońca, przypominając mu o jego powinności. Zawstydzone Słońce natychmiast ciepłym spojrzeniem obdarzyło całą Ziemię, pomagając spóźnionej Wiośnie objąć ją w posiadanie. Odważnemu kwiatkowi przyrzekło zaś, że od dziś będzie go zawsze wypatrywać, ciepłem nagradzając jego odwagę. Koniec.


Daria popatrzyła na niego badawczo; jego oczy, teraz skupione na niej, miały dziwny wyraz.


- Aha. A morał?


- Morał...




Po jego oczach poznaję, że znów będzie mówił o niej. A jak zacznie, gadał będzie i gadał, narzekał i wzdychał, a potem oczekiwał, jak zwykle, że go pocieszę, podniosę na duchu, poklepię po plecach.


A ja będę znów umierać, kawałeczek mnie odkrawany każdym jego słowem.




- Darka... nie wiem, co robić.


- A ja nie wiem, o czym mówisz.


Nieprawda.


- No jak to, o czym... O Beacie przecież.


- Myślałam, że spieszy ci się Aśkę odwieźć.


- Zdążę, nie ma problemu.


Każdy inny temat, proszę. Zacisnęła lekko wargi.


- Dobra, to czego znów nie wiesz?


Spojrzał na nią, jakby urażony. Milczał.


- Przepraszam, mów.


- Bo widzisz...


Słyszała go, ale nie słuchała; nie było potrzeby, nie mówił nic nowego. Beata go nie zauważa. Beata ledwo wie o jego istnieniu. Beata, Beata, Beata.


- Maks, to może bądź facetem, do jasnej cholery!


Urwał, wyraźnie zdziwiony.


- Po prostu... zrób... coś. Nie wiem, umów się z nią na kawę albo co!


- Tak po prostu?


- Tak.


- Zwariowałaś. Do takich dziewczyn, jak wy, nie podchodzi się tak po prostu i nie zaprasza na kawę.


- Takich, jak my? - Zajęło jej chwilę, by zrozumieć, co właśnie powiedział.


- No tak. Beata, Ilona, ty... Poważnie, taki facet jak ja...


- Maks - przerwała mu - Przestań. Proszę.


Jego brwi zeszły się w linię równie twardą, co usta.


- No wybacz, że marnuję twój czas.


- Nie marnujesz.


- Aha. - Wstał z ławki.


Daria przyłożyła dłonie do skroni.


- Maks, nie... to nie o to chodzi.


Ruszył przed siebie. Odwrócił się po kilku krokach.


- Idziesz?


- Idę.


Daria wstała z ławki, podeszła do niego.


- Maks... działaj. Po prostu działaj.


- Świetna rada. Dzięki.


Rozstali się w takim samym milczeniu, jakie towarzyszyło im w reszcie drogi powrotnej.



2.

Owinięta ciepłym kocem siedziała na szerokim parapecie, bezmyślnie wpatrując się w znajomy widok na dole. Playlista na Spotify włączyła następny utwór; w słuchawkach gitara zaszemrała początkiem "Into Dust" Mazzy Star. Sięgnęła po telefon, nagle rozdrażniona. Zanim zdążyła kliknąć "Przewiń", zadziałała auto-pauza.


Dzwonił Maks.


Wahała się dobrych kilka sekund. Nie bądź dzieckiem.


- Cześć.


- Hej, Darka. - Głos miał miękki. Niepewny. - Masz chwilę, żeby pogadać?


- Mam.


- Słuchaj, naprawdę cię przepraszam, miałem kijowy tydzień... Robota, babcię do lekarzy, do tego w Passacie hamulce poszły, autobusami muszę jeździć... Aśka zła, bo aikido...


- Mogłeś zadzwonić z autobusu.


Cisza.


- Mogłem. Ale nie chciałem tak... przez telefon. Wczoraj podszedłem, ale twoja mama powiedziała, że cię nie ma.


- Nie było mnie. - kłamie.


- Darka... Nie gniewaj już się... Darka?


- Nie gniewam. - Wzięła głęboki oddech, wypuściła go powoli. - Dobra, to... co z tym samochodem?


- Oddałem do Rawackiego. - Ulga w jego głosie jest niemal namacalna.


- Nooo, to zaczynaj zbierać kasę na nowe auto. Pamiętasz, jak załatwił moje Uno?


Śmiech Maksa przypomina jej czasy, gdy wszystko było o wiele prostsze.


- Pewno. Mojego potwora tydzień trzymał, dziś odebrałem. W środku cuchnie mokrym baranem, na bank przez ten jego sweter wełniany...


- Tak? - Nie umiała powstrzymać uśmiechu. - To skąd taki świetny humor?


- No... Po to też dzwonię. Słuchaj, Darka... no miałaś rację. To ty jesteś mądra pani magister, a ja ciołek głupi.


- Ale o co... - I już wiedziała. Zacisnęła powieki. Mocno, do bólu.


- No o to z Beatą! - radość w jego głosie sprawiła, że zrobiło się jej niedobrze. - Wchodzę wczoraj do autobusu, a tam ona siedzi sama, coś tam czyta... Zatkało mnie, siadam dwa miejsca dalej i siedzę jak debil... No i przypomniało mi się, co mówiłaś wtedy w parku, raz się żyje, mówię do siebie...


- Maks, muszę kończyć, przepraszam.


- Tak? Aha... Ale to ci jeszcze szybko...


- Zadzwonię jutro wieczorem, okej?


- Nie bardzo, spotykamy w Sowie na kawę! Czaisz? A o ósmej Aśkę odbieram z aikido. Dobra, to dryndę do ciebie pojutrze, okej?


- To pa.


- Pa, Darka.


Telefon odpauzował Spotify, a Hope wyśmiała ją tekstem sprzed ćwierćwiecza:

"Still falling


Breathless and on again


Inside today..."


Waliła pięścią w parapet tak długo, aż przestało boleć.



***

Dziwne, nie mogę już nawet płakać. Wpatruję się w zdjęcie kępki przebiśniegów, a za oknem szaropalcy świt rozmazuje na szybie kolejny poranek. Wahałam się, czekałam na jakiś znak. A teraz będę żyć we więzieniu własnego tchórzostwa, rozpamiętując stracone szanse.




3.


Bladobłękitne oczy babci Malwiny spoglądają na Darię jakby z zastanowieniem, niby zza mgły, której w nich nie dostrzegła podczas wizyty z Maksem. Tylko tyle widzi, zanim Aśka zamyka drzwi do jej pokoju.


- Szkoda, że mamy nie ma, wypiłybyśmy winko, poplotkowałybyśmy, jak kiedyś... - Aśka uśmiecha się do niej, odwieszając jej płaszcz. Spogląda na zamknięte drzwi. - Malwinka... ma dziś gorszy dzień. Na zewnątrz już ciemno, a ona pytała przed chwilą, kiedy śniadanie.


- Ale… to na pewno nie problem? Podczas spaceru naszło mnie na wizytę, a telefon w domu został, nie miałam jak zadzwonić.


- Niewiele by to zmieniło, za godzinę i tak muszę powoli spadać na aikido.


- Wiesz, mogę podejść w weekend i...


- Oj daj spokój, tyle się nie widziałyśmy! W końcu mamy okazje same pogadać! Maksa nie ma, wyjechał właśnie, żeby...


- Wiem, po co pojechał.


- A, no tak. To co, kawa, herbata?


Daria słucha krzątającej się po kuchni, trajkoczącej bez ustanku Aśki. Po kilku minutach spoglądają na siebie sponad parujących kubków mocno pachnącej kawy.


- No dobra, opowiadaj! - Aśka upija łyczek, patrząc na Darię wyczekująco. - Z Maksa ciężko cokolwiek o Tobie wyciągnąć.


- Naprawdę?


- No ba. Chyba najbardziej zazdrosny był, gdy zaczęłaś chodzić z Krystianem. Wyście się dopiero na studiach zeszli, no nie? Kurczę, ten Krystian to zawsze...


Do Darii dopiero po chwili dociera, co usłyszała.


- Aśka... Zazdrosny? Maks?


Dziewczyna spogląda na nią przez dłuższą chwilę, mrużąc lekko oczy.


- Chwila, chwila... Daria, nie mów mi, że o niczym nie wiesz.


Darii zrobiło się nagle bardzo, bardzo gorąco.


- Nie wiem. Aśka, mów. Wszystko.


- Nie, Daria... - skubnęła dolną wargę. - Maks ze dwa lata temu mówił mi, żeście sobie wszystko wyjaśnili...


Daria milczy, walcząc o następny oddech.


- Nie powinnam, to między wami przecież...


- Aśka, mów. - Daria prosi zduszonym szeptem.


Słucha i nie wierzy. Zaciska powieki, ale wszechogarniające uczucie dezorientacji nie ustępuje. Czuje, jakby każde wydarzenie z przeszłości, każdy gest, słowo, dotknięcie, rozmowa czy spojrzenie walczyło o nowe miejsce w jej myślach. Teraz bogatsze o wywracający do góry nogami jej świat fakt.


Maks kochał się w niej od ogólniaka.


- Darunia... nie płacz, nie bądź zła... On na pewno nie powiedział ci tylko dlatego, że się bał… że waszą przyjaźń to zepsuje, rozumiesz?


Daria nie tyle pozwala się objąć, co nie może się ruszyć.


- On chciał powiedzieć Ci to tyle razy, na znak jakiś czekał, że może jakoś... Ja mu mówiłam, że głupi, że...


Znak.


Daria zrywa się nagle, wstaje i niemal biegnie ku drzwiom.


- Daria...


- Nic, nic, wszystko będzie dobrze! Aśka, naprawdę! Ale muszę zadzwonić do Maksa! - Daria uśmiecha się do niej przez łzy.


Aśka zamrugała szybko.


- Czy to znaczy, że...


- Tak, tak!


Aśka rzuca się jej na szyję i mocno całuje w policzek. Obie śmieją się i płaczą jednocześnie.


- Dobra, biegnę do domu! Pogadamy niedługo, obiecuję!


- Leć, leć!



***

Po kilku sygnałach włącza się poczta głosowa.


Drżącymi palcami próbuje raz jeszcze, z tym samym skutkiem.


Teraz dopiero zauważa mrugające powiadomienie.


"Hej Darka. Odwołałem tę kawę. Dużo dziś myślałem i muszę ci coś powiedzieć. Daj znać, czy mogę dziś podjechać. Pa."


"Przyjedź. Czekam na Ciebie." - odpisuje. Litery tracą ostrość, rozmywając się we łzach, których powstrzymać już dłużej nie może. Po chwili w niekontrolowanym już szlochu wyrzuca z siebie niepewność, żal i strach, robiąc miejsce wewnątrz siebie na coś nowego. Coś, dzięki czemu czuje, że szybować może wśród chmur.




EPILOG

Malwina jest nieco zdezorientowana tym całym tłumem. Rozgląda się, od czasu do czasu uśmiechając się do znajomych twarzy, jednak w zakłopotanie wprawiają ją te, których nigdy przedtem nie spotkała, a których właściciele witają ją jak dobrą znajomą. Do tego czuje, że jej eleganckie buty, które tak uwielbia, coraz bardziej ściskają jej stopy. Szkoda, one takie ładne... Ostatni raz to je miałam chyba na ślubie Basieńki... myśli Malwina, rozglądając się za Asią; ona na pewno przyniesie jej te brązowe, może mniej piękne, ale wygodniejsze.


Nagle jej uwagę zwraca młoda para rozmawiająca o czymś półgłosem; wydaje się jej, że usłyszała imiona wnucząt.


- ... coś zrobić dla niej? - mężczyzna zdejmuje z nosa druciane oprawki. Jego towarzyszka przeciera zaczerwienione oczy.


- Ale co można?


- Nie wiem... Może zadzwonić do jej siostry i zapytać, co.


- Można, ale nie teraz przecież...


- No jasne, że nie teraz...


Malwina traci zainteresowanie i rozgląda się wokół; tym razem szybko dostrzega stojącą kilka metrów dalej wnuczkę, ściskającą jakiś mały bukiecik.


- Asiu! Kochana, pobiegniesz babci po buty?


Chyba jej nie usłyszała; Malwina czuje się nieswojo pod dziwnymi spojrzeniami stojących obok ludzi. Mamrocząc przeprosiny, przepycha się w kierunku wnuczki.


- Asieńko? - Chwyta ją za ramię, a ta odwraca ku niej zapłakaną twarz. - Dlaczego płaczesz, kochana? Co się stało?
Dziewczyna zamyka oczy i potrząsa głową. Jej ramiona drżą spazmatycznie.


- No, powiedz babci. - serce Malwiny kraje się na widok rozpaczy w oczach wnuczki. - Powiedz, babcia znajdzie radę...


Ta wciąż nie odpowiada, odwracając wzrok na leżące przed nią dwa stosy goździków, lilii i chryzantem.


- Asiu... Jeśli nie ja, to Maksiu na pewno pomoże. - Malwina głaszcze ją po policzku. - Rozmawiałaś z Maksem?


- Nie... babciu. - Daria przyklęka na chwilę. Bukiet przebiśniegów znika wśród innych kwiatów. - Nie zdążyłam.



"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.

Awatar użytkownika
Godhand
Siewca Dobra
Siewca Dobra
Posty: 3469
Rejestracja: czw 08 lis 2012, 09:15
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: B-B
Płeć: Mężczyzna

Świeża Krew 2019 - Teksty konkursowe

Postautor: Godhand » sob 16 mar 2019, 15:43

Zwycięzcą pierwszej edycji konkursu Świeża Krew zostaje...

DJ Raptor !!!

Serdeczne gratulacje! Nagrody i odznaczenia otrzymasz niebawem.

Autorstwo tekstów:

Tekst pierwszy - Gelsomina
Tekst drugi - Babette
Tekst trzeci - DJ Raptor
Tekst czwarty - Tom Skalecki

Gratulacje dla wszystkich Autorów.

Jeśli uczestnicy chcą się wypowiedzieć - zapraszam do wątku Świeża Krew 2019 Rozmowy o tekstach.


"Każdy jest sumą swoich blizn" Matthew Woodring Stover

Always cheat; always win. If you walk away, it was a fair fight. The only unfair fight is the one you lose.


Wróć do „Konkursy nasze”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość