Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Punkt, z którego nie ma powrotu

Moderatorzy: Thana, Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3833
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Punkt, z którego nie ma powrotu

Postautor: Thana » pn 19 lis 2012, 07:47

...czarną dziurę otacza obszar, z którego „nie ma powrotu”. Każdy obiekt, który zbliży się do czarnej dziury na odległość mniejszą niż pewien charakterystyczny promień, zostanie z pewnością wessany do niej, bez jakiejkolwiek możliwości ucieczki.
(Michio Kaku „Hiperprzestrzeń. Wszechświaty równoległe, pętle czasowe i dziesiąty wymiar”)

1. Pod poniższym linkiem znajdziesz utwór Rogera Subirany Maty zatytułowany „Point of no return”. Wysłuchaj go.
http://www.jamendo.com/pl/track/168834/ ... -no-return
2. Napisz tekst o punkcie bez powrotu, tak jak znasz, czujesz i rozumiesz ten punkt.
3. Postaraj się nadać tekstowi tempo i rytm utworu „Point of no return”.
4. Przeczytaj tekst. Możesz poprawić błędy, ale jeśli tego nie zrobisz, nic się nie stanie.
5. Wrzuć tekst tutaj.

Termin: do soboty, 24 listopada, do północy. Bez limitu znaków.


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Konrad Chris
Pisarz domowy
Posty: 105
Rejestracja: śr 05 wrz 2012, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Jakaś wieś
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Konrad Chris » pt 23 lis 2012, 12:50

Znowu pierwszy?
Troszkę wulgaryznów.


      Padał deszcz. Jego krople rozbijały okręgami gładkie lustra kałuż. Jego szum dochodził jakby z oddali. Rozmywał odgłosy grzmotów i odległy łoskot. Muzykę cichą, monotonną. Męczącą. Woda leciała strumieniami, odnajdując drogę wśród gruzowiska. Omijała zwały betonu najeżone szkieletami stalowych zbrojeń. Wpływała w szczeliny popękanego asfaltu. Decyzja. Byle szybciej i łatwiej. Ściekała po przewróconych znakach, drogowskazach, stalowych konstrukcjach. Jedna ze stert betonu drgnęła. Poruszyła się. To człowiek. W płaszczu przeciwdeszczowym był nie do odróżnienia.
       - I co myślisz? - spytał sierżant. Stał pod zadaszeniem bunkra. Musiał podnieść głos, aby przebić monotonne bębnienie deszczu o blachę. Razem z nim chroniło się tam przed wilgocią kilku żołnierzy. Otaczali zwartym półokręgiem dowódcę. Cisza przedłużała się. Przez niebo przetoczył się grzmot. Tym razem to chyba burza, bo transportowce już odleciały. Wszystkie poza jednym.
       - Nie dojdziemy – rzucił chłodno porucznik. Od strony zebranych ludzi dało się słyszeć pełne rezygnacji - ulgi? - westchnięcie. Co poniektórzy zaklęli, inni opuścili głowy. Ktoś dziękował Chrystusowi, to był medyk.
       Oficer spojrzał po swoich ludziach. Poharatane pancerze, obite hełmy. Brudne z błota, kurzu i zakrzepłej krwi twarze. Tylko oczy ludzi błyszczały życiem. Teraz gasły. Nadzieja, mówią, umiera ostatnia. Ciekawe, jaki postawią jej nagrobek. Osiem nagrobków, policzył w duchu.
       Porucznik zaciągnął się. Papieros jarzył się chwilę. Potem zgasł wśród dymu, roztarty o betonowy filar. Założył hełm. Spokojnie i bez pośpiechu. Poprawił aby dobrze leżał. Sięgnął po karabin. Sprawdził amunicję. Czerwone światło wyświetlacza magazynka zabarwiło na chwilę twarz komandosa. Spokojną, opanowaną. Sierżant spoglądał na niego, a jego usta wyginały się w lekkim uśmiechu.
        - Nie wiem jak wy, ale ja idę. – Milczenie ludzi. Ktoś pokręcił głową z rezygnacją.
        - Załaduję sprzęt na rosomaka – powiedział medyk, po czym rozkazał: - Ty, pomożesz.
       Wywołany żołnierz nie czekał – plecak na ramię, karabin, torba w dłoń. Lecimy do domu. Ania, lecimy do ciebie.
       Porucznik podszedł do niego. Wskazał na magazynek.
       - Pełny?
       Zaskoczony kapral skinął. Porucznik wyszarpnął amunicję z kieszeni kamizelki żołnierza, po czym podszedł do następnego.
       - Pełny?
       - Panie poruczniku, co Pan robi? - spytał komandos.
       - Pełny? - dowódca powtórzył pytanie dobitniej. Lekarz rzucił kurwą.
       - Tak. - Porucznik zabrał żołnierzowi amunicję bez słowa. Sierżant sięgnął po karabin, jego twarz podświetlił czerwone światło. Błąkał się na niej uśmiech.
       Deszcz bębnił o blachę. Stukał tępo o hełm pancerza. Do porucznika dołączył sierżant. Gruzowe zwalisko zastawiało drogę. Pogięta stal sterczała jak pazury jakiegoś mutanta. Dawało osłonę.
       - To samobójstwo – powiedział dowódca do żołnierza, który dopinał płaszcz pod szyją. Lało cholernie.
       - Wiem.
       - Nie wrócisz do Jadźki.
       - Wiem.
       - Jesteś popierdolony.
       Sierżant zarechotał cicho.
       - Wiem.
       Porucznik uśmiechnął się i zsunął osłonę twarzy.
       - Jak długo walczymy razem? - zapytał dowódca przerzucając karabin przez ramię.
       - Za długo – mruknął sierżant i zasłonił twarz. Ruszył za towarzyszem. - W zasadzie to cieszę się, że to już koniec. Bo mam cię już serdecznie dość, sukinsynu.
       Śmiali się chwilę. A gdy obejrzeli za siebie widzieli jeszcze, jak rosomak startuje. Buczenie silników, syk gazów. Przeleciał nad nimi z hukiem i zniknął za zasłoną deszczu. Echa warkotu silników jeszcze przez chwilę drażniły słuch. Półmrok pod zadaszeniem bunkra rozświetliło ledwie widoczne, czerwone światełko. Potem drugie i trzecie. Ósme.

       Czerwone goździki. Czy były to właściwe kwiatki? Nie wiedziała, a elektroniczny sprzedawca nie miał w bazie danych odpowiedzi na takie pytanie. Ciągłe „nie zrozumiałem, zapytaj proszę inaczej” wkurzyło ją po czwartej próbie.
        Usiadła na ławeczce. Odetchnęła rześkim, wiosennym powietrzem. Lekki wiatr roztrącał jej włosy, gładził ciepłem po skórze. To był miły dzień. A to miejsce, z dala od zgiełku, miejskiego tumultu, jazgotu i huku, było po prostu piękne. Betonowe nagrobki, rozstawione w regularnych odstępach cieszyły oczy symetrią. Przewidywalnością. Porządkiem. Bezpieczeństwem? Zadrżała, choć nie było zimno.
       - Pani znowu tutaj?
       Kobieta wstała gwałtownie. Serce jej załomotało w piersi.
       - Przepraszam, nie chciałam, nie chciałam pani przestraszyć – powiedziała staruszka i usiadła z przeciągłym westchnięciem. Po chwili milczenia dodała: - Często Panią tutaj widzę.
       - Bo często tutaj jestem.
       - To tak jak ja. W pewnym wieku, po prostu trudno odsunąć myśli o śmierci. Ale pani taka młoda, ładna, zdrowa. – Staruszka westchnęła. Po jakimś czasie, widząc że rozmówczyni niezbyt garnie się do rozmowy zapytała: - Ktoś bliski?
       Dziewczyna pokręciła głową. Ponaglana przez staruszkę usiadła obok.
       - Znajomy? - dociekała staruszka.
       - Nie. - Dziewczyna wstała i położyła po jednym goździku na każdym z dziesięciu grobów opatrzonych tą samą datą zgonu. Po dłuższej chwili dodała z wahaniem: - Ja po prostu dzięki nim żyję.


"Mówię sam do siebie, ale ponieważ cenię sobie swoją opinię, nadałem sobie tytuł doktora." Erich Segal


Sky Is Over

Awatar użytkownika
dorapa
Pisarz
Pisarz
Posty: 3397
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » pt 23 lis 2012, 19:45

[center]Point of no return[/center]

aaaUszy wychwyciły skrobanie pazurów kota po ramie łóżka. Przez głowę przeleciało pytanie o godzinę. Rozchyliła powieki. Za oknem robiło się jasno. Sięgnęła po komórkę leżącą pod poduszką. Siódma trzydzieści sześć. 21.12.2012. „Koniec świata”, przypomniała sobie. Nie wierzyła w końce świata, choć gdyby ten przepowiadany nadszedł, rozwiązałby wszystkie jej problemy.
aaaOpatuliła się mocniej kołdrą i zamknęła szczypiące z niewyspania oczy. Lubiła ciepło wełnianej kołdry i spokojne wychodzenie z nocnej nieważkości. Pierwsze myśli snuły się po głowie, tuż obok ulotne wspomnienia snu, jakiś obraz z wczoraj…
aaaWczoraj zalśniło pod powiekami serią obrazów.
aaaRozchyliła powieki. Wpatrzyła się w kiczowate piękno natury. Drzewa nakryte pierzynkami puszystego śniegu, nieruchome powietrze, cisza… Światło jutrzenki pomalowało niebo na różowo. Zamknęła oczy i wtuliła nos w kołdrę. Chętnie usnęłaby jeszcze, tak mało spała, ale sen odszedł razem z nocą. Westchnęła.
aaaWsunęła dłoń pod policzek i skrzywiła się boleśnie. Rozbita warga zabolała. Sięgnęła po worek z lodem rzucony w nocy koło łóżka. Była w nim już tylko woda, jednak przyłożyła go. Był wystarczająco chłodny.
aaaLeżała, bezmyślnie patrząc za okno. Niebo zmieniło kolor, całkiem jakby malarz dodał kilka pomarańczowych pociągnięć pędzla.
aaaKot spał zwinięty w kłębek przy jej brzuchu. Czuła ciepło skumulowane w tym miejscu, delikatny nacisk na ciało. Wyciągnęła ramię i wsunęła palce w puszyste futerko. Ciszę zmąciło brzęczenie silnika napędzającego podajnik w piecu za ścianą. Głaskała kota delikatnie, tak jak lubił. Drgnął, omiótł ją wzrokiem i oddał się pieszczocie, mrucząc coraz głośniej i unosząc głowę, gdy drapała go pod pyszczkiem.
aaaDrgnęli, gdy skrzypnęły drzwi. Znane odgłosy upewniły ją, że ojciec poszedł do łazienki.
aaaKot zeskoczył z łóżka, przeciągnął się i zabrał za mycie. Patrzyła na grację powtarzanych po kilkakroć ruchów. Łapka na pyszczku, polizana, na pyszczku, polizana…
aaaSłońce wychodzące zza horyzontu pomalowało niebo na swój obraz i podobieństwo. Jakby malarz dolał do różowo-błękitnego pomarańczu świetliście żółtej farby.
aaa Ojciec, jak co rano włączył ekspres. Młynek z łoskotem zmielił ziarna i wypluwał gorącą, czarną pobudkę. Ciszy brzęk drzwi lodówki. Dźwięk odkręcanej butelki wywołał chwilowy skurcz twarzy. Przymknęła oczy i nasłuchiwała, jednak ciszy nie mąciło już nic ponad mlaskanie kota, który mył łapki. Wreszcie w korytarzu skrzypnęła szafka z butami i kliknął zamek drzwi wejściowych.
aaaOdrzuciła kołdrę i szybko nałożyła porannik z grubego polaru. Stanęła za zasłonką i wpatrzyła się w podwórze. Skrzypnęły drzwi garażu, bezszelestnie odsunęła się metalowa brama. Ojciec wyjechał na wstecznym, skręcił w lewo i szybko przyspieszając ruszył w stronę miasta.
aaaPościeliła łóżko i poszła do łazienki. Po kilku chwilach była umyta i ubrana. Z garderoby zabrała spakowaną torbę i stanęła z ręką na klamce.
aaaZdecydowała w nocy, ale teraz tkwiła nieruchomo, kurczowo zaciskając dłoń na metalu. Wreszcie cicho otworzyła drzwi.
aaaW kuchni siedziała matka. Obrzuciła córkę nerwowym spojrzeniem.
aaa- Jednak wyjeżdżasz? - zapytała cicho i wstała, poprawiając koszulę nocną.
aaa- Wyjeżdżam.
aaa- On nie pozwoli ci wrócić - ostrzegła.
aaa- Wiem - odpowiedziała z przekonaniem. - Ale muszę.
aaaMatka pokiwała głową.
aaa- Poczekaj - szepnęła i poszła do szafki ze świąteczną zastawą.
Po chwili odwróciła się i podeszła do córki.
aaa- Masz - szepnęła raz jeszcze i wcisnęła jej do ręki plik banknotów. Spojrzała oczami pełnymi łez i nagle mocno przygarnęła ją do siebie. - Napisz. Na adres Ziółkowskiej. - Odsunęła się. - Idź zanim wróci. Zamknę za tobą.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Filip
Pisarz pokoleń
Posty: 1130
Rejestracja: sob 31 gru 2011, 12:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Filip » pt 23 lis 2012, 23:04

Szczeniak


WWWPrzymykam oczy i zwracam twarz ku słońcu. Jest początek listopada, to ostatnie chwile, by nacieszyć się jego ciepłem. Marta wtula się we mnie, czuję jej oddech na szyi. Siedzimy przytuleni na drewnianej ławeczce w parku i grzejemy się w słońcu jak dwa stare koty. Gdzieś z oddali dobiega głos Julki:
- Mamo! Mamo! – Otwieram oczy i zwracam twarz w jej stronę. Julka biegnie do nas z rozwianymi włosami i wypiekami na twarzy. Marta podnosi leniwie głowę z mojego ramienia i patrzy z rozbawieniem na małą. - Mamo! - Julka zatrzymuje się przed nami i powtarza z przejęciem: - Mamo, mamo...
- Spokojnie. - Marta głaszcze ją po zarumienionych policzkach i poprawia przekrzywioną czapkę. - Kochanie, co się stało?
- Mamo, przy wejściu do parku stoi taki pan, który sprzedaje pieski. - Julka zbliżyła dłonie na odległości kilku centymetrów i dodaje: - Takie malutkie! Mamo, ja chcę…
- Przestań! – Marta odchyla się do tyłu z irytacją i dodaje: - Jeszcze psiaka nam tylko brakuje...
WWWJulka podbiega do mnie i dotyka mych dłoni. Potem przytula się do mnie i szepcze:
- To może niech zamieszka u Tomka. – Julka zawsze mówi do mnie po imieniu. Zwrot tato jest zarezerwowany dla byłego męża Marty. – Tomek, zgódź się, proszę…- Mała ściska moją rękę i zagląda w oczy. - Proszę...
- Na początek musimy je zobaczyć. - Wstaję z ławeczki i biorę małą na ręce. Odwracam się do Marty i mówię: - Chodź, zobaczymy je po drodze.
- Nie rób małej nadziei – Marta wstaje z ławki i zapina guziki kurtki. - Wiesz, że to nie możliwe.
WWWWejście do parku jest niedaleko, zdobi je duża, kuta z żelaza brama. Idziemy w jej kierunku wąską, brukowaną alejką. Nie śpieszymy się, popołudniowe słońce rozleniwia. Mała Julka ciągle szepcze mi do ucha:
- I wiesz, te pieski mają takie śliczne pyszczki. I mają jasne brzuszki. I czarne oczka. I takie śmieszne mordki. I łapki, takie milutkie... Są takie słodkie... O, zobacz, to ten pan!
WWWPrzy bramie dostrzegam niewysokiego mężczyznę, ma około czterdziestu lat i wygląda bardzo niechlujnie. Zmęczoną, naznaczona zmarszczkami twarz, z podpuchniętymi oczami i złamanym niegdyś nosem nie sprawia przyjaznego wrażenia. U jego stóp dostrzegam niewielkie, tekturowe pudełko, przykryte niedbale rzuconą szmatą. Stawiam małą na chodniku i podchodzę bliżej.
- Dzień dobry – mówię i podaję mu rękę na powitanie. Mężczyzna ma mocny uścisk dłoni i pożółkłe od nikotyny palce. - Mała – wskazuję Julkę otwartą dłonią – chciała zobaczyć pieski.
- A tak. - Mężczyzna śmieje się i dodaje: - Była tu przed chwilą. Chcesz je znowu zobaczyć?
- Tak. - Julka podskakuje z radości. Mężczyzna podnosi szmatę i odkrywa wnętrze kartonu. Mała zagląda do środka i szepcze: - Tomek, zobacz jakie są śliczne...
WWWPrzyklękam obok i nachylam się nad pudełkiem. Jesienny zapach parku miesza się z wonią malutkich piesków, uderza do głowy. Jest ich cztery i są śliczne – małe, puchate kłębki w kolorze wyschniętej ziemi. Marta staje gdzieś z boku, patrzy na nas z rozbawieniem. Mężczyzna przyklęka obok Julki i mówi:
- Który ci się podoba?
- Ten malutki. - Julka nie odrywa wzroku od piesków. - Z tą śmieszną łatką na pyszczku.
- Chcesz wziąć go na ręce?
- Chcę. Mamo mogę?
- Możesz. - Marta odgarnia włosy i odwraca się do nas plecami. Przysłania twarz dłonią i zerka ku słońcu. - Tomek, pilnuj jej – dodaje.
- Jasne. - Sięgam dłońmi do wnętrza kartonu i wyjmuję najmniejszego szczeniaka. Przysuwam go ku twarzy i zaglądam w czarne ślepka, chłonę jego słodki zapach. - Fajny jesteś – mówię a psiak odpowiada sapnięciem.
WWWOstrożnie podaję szczeniaka Julce. Mała obejmuje go dłońmi i przytula do twarzy. Wyciągam z kieszeni telefon i robię Julce kilka zdjęć.
- A ty, kochanie? - Zwracam twarz ku Marcie. - Chcesz mieć zdjęcie z pieskiem?
- Innym razem. Zbierajcie się, robi się zimno.
- Tomek... - Julka patrzy na mnie z niepokojem. - Ale kupimy tego pieska?
- Słyszałaś, co mówiła mama?
- Mamo, proszę...
- Zgódź się pan. - Mężczyzna wyciąga z kieszeni papierosy i zapala jednego. Potem wskazuje dłonią pieski i mówi: - Normalnie biorę za nie po pięćdziesiąt zeta, ale skoro mała tak prosi, to oddam za darmo.
- Nie ma szans. - Marta podchodzi do nas, wyjmuje pieska z rąk Julki i odkłada delikatnie do kartonu. - - Idziemy! - dodaje i bierze małą za rękę.
WWWOdchodzą kilka kroków i mała zaczyna płakać. Marta odwraca się w moją stronę i patrzy wymownie. Mężczyzna przysuwa się do mnie i mówi:
- Ta pana żona to...
- Nie jesteśmy małżeństwem.
- Nie moja sprawa. - Mężczyzna rozkłada ręce i mówi: - Panie, zapisz pan sobie mój numer. - Dyktuje mi cyfry, które wprowadzam do pamięci telefonu i zapisuje w kontaktach. - Jakby wieczorem udało się wam ją przekonać, to dzwoń pan. Ja mieszkam tu nie daleko, w takiej wsi, Krojanty. Nazywam się Kubiak, mnie tam wszyscy znają. Jakby pan się zdecydował, to można do mnie podjechać.
- Raczej nie. - mówię i idę w kierunku Marty. - To nie takie proste.
- Szkoda. - Mężczyzna podnosi kartonowe pudełko z chodnika i przykrywa je szmatą. - Miałem nadzieję, że chociaż jeden się uchowa.
- Nie rozumiem.
- A co tu jest do rozumienia? - Mężczyzna wzrusza ramionami. - Jak pan nie zadzwonisz do jutra, dajmy na to do ósmej, to już pan nie dzwoń wcale.
- Dlaczego?
- Bo ja już nie będę miał tych psiaków.


WWWPrzed blokiem, w którym mieszka Marta z Julką, jest plac zabaw. Niegdyś kolorowy i pełen bawiących się maluchów, dziś opuszczony, straszy zardzewiałymi huśtawkami i zapadniętymi piaskownicami. Wisi nad nim cień sześciopiętrowego bloku z szarej płyty, z którego ścian odpada tynk, niczym płaty chorej skóry, odsłaniając stare, betonowe ciało. To najstarszy blok socjalny w mieście, przez miejscowych nazywany Wylęgarnią lub Ulem. Marta wynajmuje w nim od czterech lat mieszkanie i każdy kolejny rok jest coraz gorszy.
WWWZatrzymujemy się przed wejściem do klatki schodowej. Z otwartych, pozbawionych zamka drzwi, czuję obrzydliwy zaduch pleśni i uryny. Wchodzimy do środka i idziemy ostrożnie po nieoświetlonych schodach. Z malutkich okienek na klatce schodowej wpada trochę światła, w jego blasku widać wyraźnie brudne ściany i łuszczącą się farbę z lamperii. Na trzecim piętrze natykamy się na leżącego na schodach mężczyznę, jest pijany i bełkocze coś niezrozumiale. Biorę Julkę na ręce i przechodzę obok niego ostrożnie. Idąca za nami Marta trąca przypadkowo stojącą na schodach butelkę, która spada ze schodów i tłucze się z hukiem na dole.
- I ty chcesz małego pieska? - mówi Marta i patrzy na mnie ze złością. - To jest dla ciebie ważne?
- Rozmawialiśmy przecież...
- Tak, wiem. Jesteś jeszcze gówniarzem i nie możesz zabrać nas do siebie...
- To nie tak...
WWWZatrzymujemy się przed wejściem do ich mieszkania, po czym Marta ze złością otwiera drzwi i włącza światło na korytarzu. Przepuszcza małą do środka i staje w progu, blokując mi wejście. Widzę ją wyraźnie na tle światła lejącego się z wnętrza mieszkania. Stoi blisko mnie, czuję jej ciepły oddech i dotyk włosów na policzku. Marta dotyka mej ręki, czuję uścisk jej dłoni, zimnej i mokrej.
- Tomek – szepcze. - Proszę, zabierz nas stąd. - Ścisnęła moją dłoń i dodaje: - Wyciągnij nas z tego bagna. Tu nie da się żyć. Nie chcę, by mała patrzyła na to...
- Ja...
- Zdecyduj w końcu, czego chcesz. - Marta cofa się do wnętrza mieszkania i opiera dłoń o drzwi. - Czynsz mam opłacony do końca miesiąca. Potem wracamy do Katowic. Zamieszkamy u rodziców, ojciec załatwi mi pracę.
- Marta, nie możesz...
- Mogę – odpowiada i zamyka drzwi.
WWWStoję jeszcze przez chwilę na pustej klatce schodowej i nasłuchuję. Słyszę krzyki pijanego mężczyzny w mieszkaniu obok i dźwięk toczącej się po schodach butelki. Głos spikera radiowego i szczęknięcie drzwi na dole. Kroki na schodach. I płacz kobiety.


WWWTej nocy nie śpię dobrze, śni mi się rozkopany grób i drewniana trumna na jego dnie. Stoję nieruchomo z dłońmi opartymi o jej wieko. Pochylam głowę, słyszę jeszcze dźwięk paznokci drapiących je od środka i otwieram oczy. Budzę się. Potem siedzę przy oknie i liczę znikające gwiazdy.
WWWRano wypełzła mgła i spowija całe miasto, zasłaniając ulice i pobliskie bloki. Gdzieś daleko, na horyzoncie błyskają światełka na kominach elektrociepłowni. Przecieram dłonią zaparowaną szybę i patrzę w dół na ludzi idących ulicą. Pojawiają się światła samochodów i pierwsze dźwięki, stłumione i odległe.
WWWPrzy śniadaniu myślę o Marcie. Próbuję sobie wyobrazić, jak wygląda mieszkanie z kobietą. Myślę o tym, jak bardzo się zmieni. Myślę o nowych zapachach, które się w nim pojawią. O drobiazgach, które Marta poustawia w łazience. O półkach w szafie, która dotąd zupełnie nie była mi potrzebna. O biustonoszach wiszących na suszarce i małych, zupełnie niepotrzebnych przedmiotach na szafkach. I jeszcze o tym, że między nami będzie mała dziewczynka, która jak każde dziecko potrzebuje opieki. I że czasami mała choruje, a wtedy Marta bardzo się przejmuje i wszystko ją drażni. Nie wiem, czy tego wszystkiego chcę.
WWWPrzez cały czas bawię się komórką, przeglądam zdjęcia i dostrzegam to, na którym Julka przytula pieska. Uśmiecham się odruchowo, mała jest rozkoszna. Gdy wracaliśmy do ich mieszkania, ciągle mówiła o tym psiaku. Szczeniaka mógłbym na razie wziąć do siebie, Marta z Julką wpadają do mnie często, więc mała mogłaby się z nim bawić. Marta ma rację, nie wiem czego chcę dla siebie i dla nich.
WWWZerkam na wyświetlacz komórki, jest siódma. Wybieram numer telefonu tego człowieka i dzwonię. Nie odbiera, brak sygnału. Wstaję i chodzę po mieszkaniu, za chwilę próbuję dzwonić ponownie. Bezskutecznie, jego telefon milczy.
WWWDo dziewiątej siedzę przed telewizorem, potem biorę mapę i sprawdzam, gdzie leży miejscowość o której mówił ten człowiek. Krojanty, dwanaście kilometrów od miasta w kierunku na Warszawę. Chwilę później łapię kluczyki do samochodu i wybiegam z mieszkania.


WWWMgła nie opada, w jej kłębach nikną światła samochodu. Jadę powoli, co jakiś czas zerkam na mapę. Miasto już dawno zostało w tyle, las wzdłuż ulicy ciągnie się w nieskończoność. Wysokie drzewa pochylają się nad jezdnią, zabierając resztki światła. Muzykę z radia tłumi dźwięk pracującego silnika.
WWWW końcu las się kończy i wyjeżdżam na otwartą przestrzeń. Widzę zielone łąki, pocięte liniami kolczastych ogrodzeń. Pada lekki deszcz i wszystko wokół, jezdnia, trawy i drzewa błyszczą w świetle reflektorów.
WWWGdy na poboczu pojawia się tablica z nazwą miejscowości, zwalniam i powoli wjeżdżam do wsi. Nieliczne, niskie domy majaczą we mgle. Dostrzegam ciemną postać idącą brzegiem ulicy, więc zwalniam i zatrzymuje się na poboczu. Wyłączam silnik i opuszczam boczną szybę
- Proszę pani! – Wychylam głowę przez okno. Kobieta zatrzymuje się obok samochodu, czuję od niej zapach zwierzęcej sierści i świeżego mleka. - Gdzie mieszka pan Kopicz?
- Pojedzie pan prosto i za wsią skręci w prawo. Na końcu drogi będzie jego posesja. – Kobieta wskazuje ręką kierunek, w którym mam jechać. - Łatwo znaleźć...
- Dziękuję.
WWWWciskam przycisk podnoszenia szyby i odjeżdżam. We wstecznym lusterku widzę jeszcze przez chwilę tą kobietę, potem znika we mgle. Wyjeżdżam ze wsi i ciągle patrzę na pobocze, wypatrując bocznej drogi. Dostrzegam ją w końcu, włączam kierunek i skręcam. Przejeżdżam jeszcze kilkaset metrów i dostrzegam niskie zabudowania. Zatrzymuje samochód przy niskim, drewnianym płocie i wysiadam.
WWWIdę wzdłuż ogrodzenia do bramy, otwieram niewielką furtkę i wchodzę na teren posesji. Mgła jest tak gęsta, że nie widzę nic więcej, niż na odległość wyciągniętej ręki. Idę wydeptaną dróżką obok zaniedbanego ogródka i dochodzę do niewielkiego, drewnianego domu. Staję przed drzwiami i mocno w nie uderzam ręką. Słyszę kroki w środku, głośne przekleństwa i po chwili z domu wychodzi ten mężczyzna. Patrzy na mnie zdziwiony, czuję od niego alkohol. Zza jego pleców wychyla się mały chłopczyk, trochę większy od Julki. Mężczyzna odpycha go od siebie i mówi:
- Idź mi stąd! - Potem odwraca się do mnie i dodaje: - A pan czego chce?
- Pan nie pamięta? – mówię z rozdrażnieniem. - Przyjechałem po psiaka.
- Miał pan dzwonić!
- Dzwoniłem, tylko pan nie odbierał. - Wkładam ręce w kieszenie kurtki i staję mocno na szeroko rozstawionych nogach. - To co będzie z tymi psiakami?
- Nic nie będzie. Pan przyjechał za późno, szczeniaków już nie ma.
- Jak to nie ma?
- Nie ma. I tyle.
- Zapłacę.
- Panie. – Mężczyzna pokiwał głową i wyszedł na schody. - Tu nie chodzi o pieniądze. Chociaż nie, ile pan dasz??
- Pięć dych, tak jak pan mówił.
WWWMężczyzna patrzy na mnie przez chwile mętnym wzrokiem, po czym mówi:
- Dobra, zaczekaj pan tu chwilę. - Mężczyzna znika w domu, po chwili wychodzi ubrany w kurtkę i wełnianą czapkę. W ręku trzyma szpadel. - Chodź pan – mówi i rusza w kierunku podwórka. - Tylko się pan pilnuj, bo mgła jak cholera.
WWWOdchodzimy kilka kroków, gdy dogania nas mały chłopczyk. Teraz widzę, że ma nie więcej niż dziesięć lat.
- Bartek! – mężczyzna zatrzymuje się i patrzy na niego gniewnie. - Wracaj do domu.
- Ale tato...
- Co tato? Nie widzisz jaka jest mgła?
- Będę szedł obok ciebie.
- A tam. - Mężczyzna macha ręką ze znużeniem i rusza dalej. - Tylko się pilnuj! - Grozi małemu ręką, po czym poprawił mu kurtkę i czapkę. - Chłopaka ciężko upilnować. Córeczki spokojniejsze, prawda?
- Nie mam dzieci.
- A ta kobieta z dziewczynką, to nie pana?
- Jeszcze nie.
- Widzę, że ciężki wybór przed tobą, chłopaku.
WWWIdą obok siebie, teraz widzę wyraźnie, jak bardzo są do siebie podobni. Nawet poruszają się podobnie, zamaszystym krokiem i z lekko pochylonymi głowami. Gdzieś z boku dobiega nas wycie psa.
- Ocho! - Mężczyzna zatrzymuje się i nasłuchuje przez chwilę. - Szuka psiaków. - mówi. - Niech pan jej nie drażni. - dodaje szeptem.
- Kogo?
- Suki. Jest uwiązana, ale teraz lepiej do niej nie podchodzić.
WWWIdziemy jeszcze kilka kroków i dostrzegam cień psa poruszający się we mgle. Nie widzę wyraźnie, mgła przysłania widok. Słyszę jedynie dźwięk metalowego łańcucha szorującego ziemię i ciche warczenie.
- Chodź pan tędy – Mężczyzna daje mi znak, bym szedł za nim. - Ominiemy ją, po co się z psem drażnić. Ona węszy za psiakami.
WWWJuż nie pytam o nic, dalej idziemy w milczeniu. Mijamy drewnianą stodołę i wychodzimy na otwartą łąkę. Idziemy jeszcze przez chwilę wzdłuż ogrodzenia z drutu kolczastego, w końcu mężczyzna zatrzymuje się i mówi:
- To tu...
WWWRozglądam się wokół, mgła utrudniała orientację. Stoimy na skraju łąki, gdzieś w oddali majaczą zabudowania i kilka pochylonych wierzb. U swych stóp dostrzegam plamę czarnej, rozkopanej ziemi, która odcinała się wyraźnie od zielonej trawy. Mężczyzna podchodzi do tego miejsca i przyklęka obok.
- Nie miałem sumienia ich podusić – mówi. - Zakopałem je tu, dość płytko. Może jeszcze któryś żyje.
WWWMężczyzna pochyla się i zanurza dłoń w rozkopanej ziemi. Chłopiec staje za jego plecami, podgląda z zaciekawieniem. Po chwili mężczyzna podnosi się i staje wyprostowany naprzeciw mnie. Wyciąga rękę w kierunku mej twarzy i wtedy dostrzegam, że trzyma w niej czarny, skulony kształt. Pomiędzy rozchylonymi palcami jego dłoni zwisa bezwładnie łepek szczeniaka z małą, szarą plamką na pyszczku. Mrużę oczy, czując obrzydliwy zapach zgniłej trawy i mokrej ziemi.
- Zimny – mówi mężczyzna i zrezygnowany odkłada ciało martwego szczeniaka na trawę. - Jeszcze poszukam… Panie, co pan...?
WWWMężczyzna zastyga z wpółotwartymi ustami, już wie, co się stanie. Biorę szeroki zamach i wyprowadzam cios pięścią, trafiam idealnie w nasadę nosa. Gdy pada, przygważdżam go kolanami do ziemi i unieruchamiam głowę, po czym kilkoma ciosami pięści wbijam jego zęby do wnętrza czaszki.
WWWPotem wstaję i wycieram drżące ręce o trawę. Mężczyzna z jękiem przewraca się na bok i kryje dłońmi zakrwawioną twarz. Jego synek znika we mgle i teraz słyszę jedynie jego cichy płacz dobiegający z oddali.
WWWStoję przez chwilę nieruchomo, próbuję uspokoić oddech. Nim odejdę, muszę jeszcze coś zrobić. Klękam na mokrej trawie i opieram dłonie o ziemię, chłonę jej zapach. Błądzę rękoma po twardych grudach i próbuję opanować dreszcze, które targają mym ciałem. W końcu zwalczam w sobie strach i zanurzam dłonie w zimnej, wilgotnej ziemi. Wstrząsa mną dreszcz, gdy odnajduję pierwszego szczeniaka. Dotykam palcami sztywnego ciałka, czuję sierść wbijająca się pod paznokcie. Przesuwam dłoń dalej i dotykam otwartego pyszczka, ostre ząbki kłują mnie w opuszki palców. Wciskam rękę głębiej w ziemię i przesuwam ją delikatnie pomiędzy plątaniną sztywnych łapek.
WWWI nagle zastygam w bezruchu czując ciepło ogarniające me dłonie. Ostrożnie przesuwam palce w jego kierunku i dotykam miękkiej skóry, pod którą powoli bije malutkie serduszko. Jak oszalały odgarniam ziemię, wypycham ją na boki, by dotrzeć do tego malutkiego, żywego ciałka. W końcu je odnajduję i unoszę delikatnie do góry, ku światłu.
WWWDługo jeszcze stoję w tym miejscu, tuląc małego pieska do piersi. Delikatnie oczyszczam jego oczka i pyszczek z ziemi, próbuję ogrzać go oddechem. Mały mruczy rozkosznie i tuli się do mnie. Wkładam go pod kurtkę i wracam w kierunku zabudowań.
WWWZatrzymuję się na chwilę w miejscu, gdzie na długim łańcuchu stoi uwiązana matka szczeniaka. Podchodzę do niej i wyciągam go na otwartej dłoni. Suka obwąchuje dokładnie pieska, po czym z cichym pomrukiem kładzie się na ziemi. Leży nieruchomo, dyszy i patrzy jak odchodzę.
WWWW samochodzie układam szczeniaka na fotelu i włączam ogrzewanie. Ciepło sprawia, że gdy dojeżdżamy do miasta, mały piszczy i szczeka radośnie. Czasami odrywam rękę od kierownicy i głaszczę go po pyszczku, mruczy rozkosznie.
WWWZatrzymuję się przed Wylęgarnią i ponownie chowam malucha pod kurtką. Biegnę szybko po schodach, nie zatrzymuję się nawet na chwilę. Staję przed drzwiami Marty i naciskam dzwonek. Otwiera Julka, przyklękam i oddaję jej pieska. Za jej plecami dostrzegam Martę, stoi nieruchomo z ręką opartą o ścianę. Ciemne wnętrze mieszkania przysłania jej twarz. Wyciągam ku niej rękę i mówię:
- Już wiem, czego chcę...



Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » sob 24 lis 2012, 13:56

[center]Bełkot sklerotycznej babci w chwili wyjątkowej jasności umysłu[/center]

Trzecie, czwarte, piąte.
Były słodkie i rozczulające.
Piętnaste, szesnaste, siedemnaste.
Były rwaniem życia rękami, oddechem pełną piersią, stawaniem w powietrzu, łzami szczęścia i tęsknotą za tym, co właśnie trwało – bo już wtedy podświadomie rozumiałeś, jak ciężko będzie to powtórzyć.
Dwudzieste siódme, dwudzieste ósme, dwudzieste dziewiąte.
Światopoglądowo spokojne, programowo radosne, indywidualnie obojętne, alkoholowo niekontrolowane.
Co roku podobnie. Co dziesięciolecia – zupełnie inaczej.
Gdy osiągasz nowy punkt, następny już cierpliwie czeka.
Które to już urodziny? Oczko się przesuwa. Patrzysz uważnie i zapamiętujesz. Kiedyś będziesz chciał wspominać siebie, tak jak dziś wspominasz siebie sprzed lat. I tylko dodajesz. Nie da się w drugą stronę. Nigdy nie odejmiesz.


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2803
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » sob 24 lis 2012, 15:06

[center]Teoria samozniszczenia [/center]
[center]czyli o tym, że bardzo złe pomysły przychodzą ludziom do głowy
[/center]


wwwTo był tak spokojny dzień. Myślałem, że odpocznę po pracy w cichej kawiarence. Zamówiłem cytrusowy sorbet i czerwone wino. Ze sceny sączyła się spokojna muzyka, wirtuoz fortepianu czarował dźwiękami moją duszę.

wwwPoprosiłem kelnera o nową butelkę wina. Przy aromatycznym smaku analizowałem swoje życie. Jeszcze pół roku temu, po tym jak rzuciła mnie Ela, myślałem o samobójstwie. Już wszystko było przemyślane : herbatka z cytryną i hepatyną, gorąca kąpiel i ostre noże.

wwwIle nocy zasypiałem z ”Historią medycyny sądowej” do poduszki? Wszystko było gotowe, nawet wziąłem urlop w pracy. Zanurzyłem się w przyjemnym cieple, wdychałem aromat goździków i pomarańczy , upajałem się dźwiękiem ostrzonego noża.

wwwMoje życie było tak mierne. Zabiłbym się, ale tak bardzo nie chciałem, żeby przeleciało mi przed oczami. Umarłbym jeszcze raz, tym razem ze wstydu. Przełożyłem mój plan, a życie jak na złość zaczęło się układać.
wwwNajpierw awans w pracy, Elka wyjechała za granicę, a potem Aston Martin w spadku po wujku Samie, ekscentrycznym hodowcy bydła. Życie w jakiś sposób stało się znośne.

wwwA teraz siedziałem w barze, popijałem czerwone wino, słuchałem dźwięków fortepianu i dziwiłem się, że mogłem być taki głupi.
wwwNa scenę weszła kobieta, która ujęła mikrofon w dłonie i operowym głosem odegnała wszystkie wątpliwości kłębiące się w mojej głowie. Nie spuszczałem wzroku z pełnej napięcia twarzy, karminowych ust i gładkiego dekoltu. Miała półprzymknięte powieki , ale wyobrażałem sobie, że tęczówki są błękitne.
wwwSkończyła utwór i usiadła przy barze. Zakiełkowała mi szalona myśl - może zaproponować jej drinka i rozpocząć płomienny romans rodem z gangsterskich filmów amerykańskich? Wstałem od stolika i przywitałem ją uśmiechem. Już nie ma odwrotu, rozpocznę rozmowę, albo wyjdę na dziwaka.
wwwUsiadłem obok niej przy barze, zapytałem o drinka, ale ona wolała lemoniadę. Okazało się, ze ma na imię Lola. Po kilku chwilach rozmawialiśmy jakbyśmy znali się całą wieczność, najpierw o muzyce, potem o czarnych dziurach, żeby przejść na temat końca świata i śmiesznych kotów.
wwwŚmiała się cudownie i rzeczywiście miała niebieskie oczy. Nagle zapytała, czy mógłbym ją odwieść do domu, bo i tak miała brać taksówkę. Mówiła, ze koledzy wzięli dodatkowe instrumenty i nie mają dla niej miejsca. Od razu się zgodziłem, pomogłem jej założyć płaszcz, wyszliśmy z kawiarni pod rękę. Zachwyciła się moim wozem, a ja upajałem się endorfinami, które produkowały się moim ciele z prędkością światła.

wwwNie mieszkała daleko, zaledwie kilka przecznic. Było już ciemno, nad ulicami unosiła się mgła. Żartowaliśmy, że dobrze, ze nie jedziemy przy lesie, bo mógłby nam dzik wyskoczyć na drogę. Temat rozmowy zeszedł na wyroby pasztetów, a potem zacząłem opowiadać o wujku Samie. Zatrzymaliśmy się na chwilę na światłach i pocałowała mnie w policzek. Ostro ruszyłem na zielonym i skręciłem w lewo. Dopiero wtedy zobaczyłem człowieka na przejściu. Wcisnąłem hamulec z całej siły, ale wiedziałem, że samochód nie zdąży zatrzymać się przed pasami. Bezsilnie patrzyłem jak uderzenie podcina ciało, które koziołkuje po masce i spada po stronie pasażera. Słyszałem operowy pisk Loli.

wwwWysiadłem z samochodu i spojrzałem na ofiarę. Mężczyzna około czterdziestki, wokół rozsypane produkty z pobliskiego sklepu spożywczego. Żył. Patrzył na mnie przytomnie, z nosa, ust i uszu sączyła mu się krew. Mrugał oczami, nic nie mówił.
Patrzyliśmy na siebie. Bezsilność wzmagała się, paliła ogniem, przeradzała w panikę.
Podbiegła do mnie Lola, piszczała, że wezwała karetkę i policję. Krzyczała, że nie możemy go ruszyć, bo krew z uszu może oznaczać złamanie kości czaszki.
Lola chwyciła mnie za rękaw i zapytała czy w kawiarni piłem tylko lemoniadę.
Kucnąłem i złapałem się za głowę. Moim ciałem zawładnęły drgawki.
wwwLola krzyczała, że nie chce być świadkiem, skoro piłem alkohol. Założyła torebkę na ramię i uciekła, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.

www- Lola! - krzyknąłem, ale już jej nie było. Położyłem się na asfalcie obok mężczyzny. Życie przeleciało mi przed oczami. Jeszcze pół roku temu chciałem umrzeć, bo zostawiła mnie Elka. A teraz? Czy mogę uciec od odpowiedzialności za to, co zrobiłem? Z kieszeni wyciągnąłem scyzoryk. Czy dosięgnie do serca?

wwwUsłyszałem dźwięk nadjeżdżającej karetki i przymknąłem oczy.



Awatar użytkownika
Caroll
Pisarz pokoleń
Posty: 1044
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Caroll » sob 24 lis 2012, 15:14

Pociąg szybkiej kolei bezszelestnie sunął po torach. Krople deszczu rozmazywały się na szybach okien, smugami zbiegając ku brzegom. Feng Li obserwowała ten niezmordowany wyścig, pozwalając, by jej głowę wypełniła przyjemna pustka. Z mroku wynurzały się światła mijanych zabudowań. Gdzieś na skraju świadomości zarejestrowała, że pociąg zatrzymał się na kilku stacjach. Wsiadający i wysiadający ludzie zlali się w jeden strumień, pełen urwanych głosów, strzępów rozmów, zapachu mokrych ubrań oraz nerwowego potupywania i otrząsania się z wszędobylskich kropel. Zdawali się omijać miejsce, gdzie siedziała Feng Li, omywać swą obecnością przestrzeń dookoła, jakby tchnąca z jej postawy melancholia tworzyła niewidzialną barierę.
Podróż trwała kilka godzin, jednak jej wydawało się, że minął zaledwie moment od chwili, gdy pełna rozterek, ściskając w dłoniach pasek podróżnej torby i bilet, wsiadła do pociągu. Teraz jednak deszcz, nieprzerwanie padający całą noc, zelżał, a wschodzące słońce ozłociło pomarszczoną lekkim wiatrem taflę jeziora. Ten widok poruszył ją, odkrycie na nowo, że świat dookoła żyje swoim rytmem, zupełnie nie zważając na jej osobisty dramat, było otrzeźwiające.
Nieuchronnie zbliżali się do stacji docelowej. Z trudem zwalczyła dziecięcą pokusę, by nie wysiadać. Jechać dalej, pozostać w stanie zawieszenia, wiecznej podróży do nikąd. Ale dzieciństwo zostawiła za sobą dziś rano, pakując torbę i wychodząc z domu.
Feng Li stała przez chwilę nieruchomo, wdychając świeże, lekko wilgotne powietrze, przepełnione ostrym zapachem żywicy i igieł. Powoli odwróciła się i podążyła wąską ścieżką przez las, coraz głębiej zapadając w czar, jaki roztaczała okolica. Po chwili widziała już tylko stare, gliniane dachówki wiaty peronu. Minęła drewniany huabiao, wskazujący drogę do świątyni, ozdobiony paszczą lwa i zblakłymi malunkami, tropiąc omszałe kamienie znakujące szlak, dotarła do schodów. Ubranie, mokre od potu i wilgoci panującej w lesie, lepiło się nieprzyjemnie do ciała, a pasek torby wrzynał w ramię, przystanęła zatem na moment, by pociągnąć łyk wody z butelki, po czym podjęła wędrówkę, wspinając się po szerokich stopniach.
Świątynia była w zadziwiająco dobrym stanie, choć inskrypcje na kamiennych kolumnach pailou były mocno starte, rozpoznała jednak płaskorzeźby na kształt smoczej paszczy. Minęła łuk, wchodząc na plac świątynny. Tutaj, pod zadaszeniem, znajdowała się pokaźnych rozmiarów rzeźba niesamowitego stworzenia. Po części wyglądał jak rogaty smok, jednak łapy jego zakończone były kopytami, a tułów pokryty rybią łuską. Lwi ogon owinięty był wokół zadnich nóg.
- Qilin – powiedziała cicho Feng Li, stając na wprost ogromnego pyska. – Moja ostatnia nadzieja.
Postawiła torbę na ziemi, uklękła i powoli zaczęła ją opróżniać, starannie, niemalże z pietyzmem rozkładając przed sobą części ubioru, rozprostowując zagięcia materiału w barwach czerwieni i złota. Zdjęła bluzkę i jeansy wrzucając je niedbale do torby. Założyła spodnią część hanfu, starannie wygładzając chłodny w dotyku jedwab, a następnie zarzuciła gęsto wyszywaną i zdobioną suknię wierzchnią, na koniec przepasując się pasem. Zmieniła buty na delikatne pantofelki. W dłoń ujęła wachlarz.
Feng li przymknęła na moment oczy, wsłuchując się w regularne bicie swojego serca, dotykając swojego ja.
Potem zaczęła tańczyć.
Każdy gest był doskonale wyważony, zharmonizowany, stopy delikatnie przesuwały się po ziemi, dłonie kreśliły w powietrzu skomplikowane wzory, wachlarz wydawał się żyć własnym życiem, wirując w smukłych palcach tancerki.
Tańczyła wkładając w to całe swoje serce i duszę, każdą drżącą drobinę swego jestestwa, każdą myśl, pragnienie i emocję. Siebie.
Zupełnie bez ostrzeżenia posąg otoczyły tańczące płomienie. Ich blask potężniał, aż zmusił Feng Li do zamknięcia oczu, paląca jasność przebijała przez zaciśnięte powieki. Opuściła głowę.
- Wiesz, że nie będzie odwrotu? – Głos był głęboki, spiżowy, zdawał się dochodzić zewsząd dookoła.
- Wiem – odparła bez wahania.
- Spójrz na mnie – zażądała istota.
Feng Li uniosła głowę i otwarła oczy. Qirin jaśniał mocniej niż słońce, jego grzbiet był tęczowy, a brzuch z czystego złota. Najjaśniejsze były oczy, przewiercające ją swym przedwiecznym spojrzeniem. Pomimo pieczenia i łzawienia wytrwała, spoglądając wprost w smoczą twarz stworzenia. Stali tak, wpatrzeni w siebie, młoda kobieta i mityczny stwór.
Potem wszystko zgasło.
Dla Feng Li zapanowała wieczna ciemność.

Setki kilometrów dalej, mała Mei Li otworzyła oczy i zawołała matkę.

Lekarze uznali to za cud.



Awatar użytkownika
padaPada
Pisarz Wszechczasów
Posty: 2972
Rejestracja: śr 06 maja 2009, 10:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: padaPada » sob 24 lis 2012, 15:29

Nie da się wrócić po spalonym moście. Dym unosi się nad zgliszczami, gdzieniegdzie pełgają jeszcze płomienie. Dlaczego zamykanie jakiegoś rozdziału jest o wiele bardziej namacalne, niż rozpoczynanie nowego? Odczuwam wtedy perwersyjną radość, gdy trzeba (trzeba?) coś definitywnie zakończyć. Czyżby to był jedyny moment, gdy człowiek wie, że ma nad czymś kontrolę?

Nieśmiało odwracam wzrok, nie zauważając nawet sadzy, która pobrudziła moją twarz i dłonie. Tego już nie da się zmyć. Trzeba iść do przodu. Przełamać strach. Czasami wydaje mi się, że całe moje życie to wymiana ciosów z przeciwnościami, które sam sobie postawiłem na drodze. Gromadzę siłę, mierzę przeciwnika (trudno zmierzyć wroga, który rośnie od patrzenia na niego). Robię krok do przodu, wycofuję się, by w końcu zadać cios! Puf. Pękł jak mydlana bańka... Takie zwycięstwo nie cieszy. Bo jak tu się radować z maltretowania samego siebie?

Więc trzeba zaprosić do podróży kogoś jeszcze. W dwójkę zawsze raźniej? Gówno prawda. Teraz trzeba mierzyć się nie tylko ze swoimi urojeniami, ale jeszcze walczyć z demonami drugiej osoby. Więc idziemy, trzymając się za ręce, Jaś i Małgosia, o twarzach pobrudzonych sadzą. Patrzymy lękliwie przed siebie. Zbieramy odwagę, a każdy krok czyni nas silniejszymi. Płonące mosty za nami nie zawracają nam już głowy, bo wiemy, że oto czekają kolejne. Tylko czy uda się je podpalić? Czy zapałki, które wystają z naszych kieszeni, wystarczą?

Wszystkie mosty coś łączyły, ale my zdajemy się tego nie zauważać. Albo po prostu nie chcemy tego widzieć. Do lotu unosi się zlękniony ptak i spogląda na krajobraz poprzecinany czarnymi szramami dymu. Ile trzeba zniszczyć, zanim zaczniemy budować? Zanim zdobędziemy się na odwagę i zaakceptujemy fakt, że wreszcie nadszedł czas no tworzenie czegoś, co tylko inni mogą spalić, pozostawiając za sobą na zapomnienie. Czyżby nadszedł czas na wyrzucenie zapałek?



Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3833
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » sob 24 lis 2012, 15:54

Prze(ob)rażony

Nie wiedziałem, że jestem niedokończony. Ośliniona, miękka szczęka pochłaniająca z łatwością grudy ziemi i długie, giętkie ciało. To byłem ja. Żyłem w ciemności i było mi dobrze. Myślałem, że tak będzie zawsze. Na przemian to ryłem pazurami tunele, to spałem. We śnie rozsuwałem swoje śliskie, porośnięte brunatną szczeciną kręgi, przeciągałem się i tuliłem do mojego żywego domu, mojego pokarmu – do ziemi.

Pewnego dnia, zupełnie nagle, poczułem wokół siebie wilgoć. To była moja wilgoć, ja sam nią byłem. Wypływała mi z wnętrzności, rozpuszczałem się, znikałem. A potem wokół mnie stwardniały ciasne ścianki. Zostałem w środku, zamknięty, mały i zrozpaczony. Myślałem, że tak będzie zawsze. Już nie jadłem i nie wiłem się radośnie. Tylko spałem i śniło mi się, że drążę tunel, jak dawniej. Długo pełzłem przed siebie i widziałem, jak wszystko wokół zaczyna falować i w końcu staje się płynnym srebrem.

Gdy się obudziłem, nie pamiętałem sam siebie. Ściana nade mną pękła z cichym trzaskiem i stanąłem na cienkich, obcych nogach. Byłem nieznośnie lekki. Zbyt osłabiony, by się poruszyć, czekałem, aż wyschną krople wilgoci na moim grzbiecie. Wszystko wokół było ogromne.

Wreszcie przeciągnąłem się i rozprostowałem skrzydła. Wiatr poniósł mnie w górę, w przestrzeń. Migotałem w promieniach gwiazd, słuchałem szelestu powietrza, oszołomiły mnie splątane ścieżki zapachów. Jak przeraźliwie trudno jest stanąć samotnie naprzeciw wiatru!

Boję się. Nie chciałem tej zmiany! Żałuję. Nie mam pojęcia, dokąd lecieć. Tak naprawdę, to chciałbym wrócić pod ziemię. Ale nie potrafię już nie oddychać. Nie chcę, żeby tak było zawsze, więc frunę. Zdany na ogromne, obce powietrze, walczę, macham skrzydłami ze wszystkich sił i pędzę uparcie prosto przed siebie. Coraz szybciej, coraz pewniej - prosto w płomień, prosto w morderczy blask…


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Wizimir
Pisarz osiedlowy
Posty: 253
Rejestracja: ndz 22 lip 2012, 21:23
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Wizimir » sob 24 lis 2012, 18:19

WWWIdę przed siebie i nie oglądam się do tyłu. Jest ciemno, a mam tylko małą latarkę dającą słabe światło, pewnie za dzień lub dwa wyczerpie się całkowicie. Co chwila potykam się o kamienie, tylko cudem zachowując równowagę. Jest ciemno, rześko, powietrze wydaje się gęste, rano na pewno będzie mgła, jest prawie codziennie. Mijam olbrzymie, łyse drzewa, w mroku wyglądające jeszcze bardziej upiornie niż w świetle słonecznym, czasem zawadzam czołem o odstające gałęzie. Oddycham głęboko, chcąc nasycić się resztkami świeżego powietrza. Już nigdzie indziej go nie znajdę, wszystko jest skażone: drzewa, krzewy, ruiny miast, to co zostawiłem za sobą, to co będzie dalej.
WWWSłyszę kilka stłumionych, rytmicznych wybuchów i odginam głowę ku niebu. Nie widzę gwiazd – ale na wschodzie, gdzieś kilkadziesiąt kilometrów od mojej ścieżki, dostrzegam jasną łunę, migoczący ślad po kolejnej bombie. Pojedyncze, zabłąkane pociski spadają też w nocy, nie oszczędzając nawet najmniejszej osady, nawet kawałka zamieszkanego terenu. Niedługo cały świat będzie rozorany, centymetr po centymetrze, lej za lejem, bez wyjątku.
WWWA wiecie, co jest najdziwniejsze? Łuna wygląda naprawdę pięknie. Jak świetlne widowisko, pokaz fajerwerków, światełko w tunelu. Podoba mi się. Ze wstydem odwracam wzrok i idę dalej. Jestem na zupełnych rubieżach, terytorium niezamieszkanym, możliwie nieposzatkowanym, a przez to – pięknym i umiarkowanie bezpiecznym. Wędruję tu niczym pustelnik, który chce tylko przeżyć jeden dzień dłużej, nie licząc na powrót. Nie mając do czego wracać jest w takich sytuacjach dużo łatwiej.

WWWŚwita. Jestem zmęczony, ale brzask poranku dodaje sił. Mgła jest niezbyt gęsta, czuję za to malutkie kropelki deszczu zraszające łysy czerep. Nie przeszkadza mi nawet kwaskowata woń mżawki, jestem przyzwyczajony. Wspinam się na niewielki pagórek, by zaobserwować co mam przed sobą. Przecieram zmęczone oczy, przecież nie mogę tak po prostu zaufać swoim zmysłom. Widzę coś pięknego. Dolinę i starą, drewnianą chatę. Przez chwilę wpatruję się bezwładnie.
WWWPrzyśpieszam kroku, szybkimi susami zeskakuję ze zbocza, rozrywam płaty trawy. U podnóża upadam na kolana, ale szybko się podnoszę, mojemu kombinezonowi nie robi to żadnej różnicy. Biegnę po polanie i dopadam do skrzypiących, drewnianych drzwi, przechodzę przez próg. Macam dłonią po ścianie, szukając włącznika prądu – po chwili zdaję sobie sprawę, że to irracjonalne. Prądu nie ma nigdzie, a tutaj zapewne nie było go nigdy.
WWWRozglądam się po izbie, czując jakbym wkroczył do innej rzeczywistości. Jest schludno, czysto, porządnie. Naprzeciwko wejścia, pod potężną, dwuskrzydłową okiennicą stoi łóżko z prawdziwym, sprężynowym materacem. Tuż obok, po prawej stronie – toporna, ale urokliwa komoda, jeszcze kawałek dalej półka z książkami (!), w pomieszczeniu roznosi się zapach starego drewna i papieru, i jeszcze czegoś – gromadząca się na moim języku ślina podpowiada, że to chleb. Rzucam się w lewo, na zbitym z dech stole leży trochę nieregularny w kształcie, nieco zeschnięty, ale prawdziwy – bochen. Łapię go łapczywie, próbuję wepchnąć całego do ust, nie daję rady – odrywam potężny kawał, chwilę gryzę i połykam. Obok leży dzban wody, więc piję łapczywie. Jest smaczna, niemal nie czuć kwasu i pyłu. Zdaję sobie sprawę, że zachowuję się jak zwierze.
WWWWidzę ustawione na stole zdjęcie. Kolorowe, ładnie oprawione, przedstawia uroczą blondynkę w dużym ogrodzie, pochylającą się nad grządką, z wielkimi nożycami. Pobrudzony fartuch dodaje jej uroku, a ja tylko cicho wzdycham. Co za cholernie sentymentalne miejsce, prawdziwy relikt, czy ktoś tu w ogóle mieszka? Obok jest druga ramka, ale pusta.

WWWChwytam jeszcze kawałek chleba – zjadłem w ciągu minuty połowę bochenka – i podchodzę do okiennicy. Widzę oddalony o kilkaset metrów, całkiem gęsty zagajnik, czy tam znajduje się właściciel? Jego grób? Wychodzę przed chatę i oglądam ziemię. Widzę – nie mogę w to uwierzyć, ale tak jest – ślady opon, dwa pasy wyjeżdżone przez jakiś pojazd. Na moje oko całkiem spory rozstaw osi, jeśli to samochód to chyba – terenowy.
WWWRuszam, czując podniecenie, które przezwycięża zmęczenie. Ślady kierują w stronę zagajnika, więc biegnę. Zahaczam o gałąź, która rozrywa mi skórę u boku głowy, czuję jak kropelki krwi ściekają po skroni. Pojazd jechał tuż obok lasku, chyba całkiem niedawno, rośnie we mnie ciekawość i sam nie mogę się sobie nadziwić, że jestem w stanie tak szybko się poruszać.
WWWWidzę! Ten jeep to jakiś zupełny starość, ale całkiem czysty, bez śladów mchu i tylko gdzieniegdzie nadgryziony rdzą. Nie ma rejestracji, nie mogę rozpoznać marki – przypomina mi to starą, radziecką Ładę, jaką widziałem kiedyś w muzeum – ale kto jeszcze ma takie samochody?
WWWSkręcam w lewo, wbiegam między drzewa, zdobię leśną ściółkę kroplami krwi, chcę w końcu zobaczyć człowieka, uścisnąć mu dłoń, porozmawiać. Co może tu robić? Może poluje, może zbiera grzyby, może…

WWWJest! Tył głowy, siwa czupryna, kiwa lekko głową w całkiem zabawny sposób. Dopadam i widzę. Zatrzymuję się i bezradnie otwieram usta. Człowiek dynda na potężnej gałęzi, z lekko siną twarzą, na szyi ma zaciśniętą pętlę, ciało naprężone, nogi kilkadziesiąt centymetrów nad warstwą mchu. Potrafię to rozpoznać – powiesił się najwyżej dobę temu, na olbrzymim dębie, który zachował nawet trochę liści. U stóp nieszczęśnika leży biała kartka z napisanymi słowami Tak się musi skończyć, nie ma odwrotu.
WWWPodnoszę papier i zdaję sobie sprawę, że to co innego, odwracam i widzę drugie zdjęcie, wyjęte z tamtej ranki. On, dużo młodszy, gdzieś z piętnaście lat – jego piękna żona – syn w wieku przedszkolnym. Ze skroni kapie mi krew, z oczu spływają łzy. Odkładam fotografię i spoglądam w białą, starą, zmęczoną twarz mężczyzny, który sam chciał zadecydować o swoim końcu.
WWWNie mogę wydusić ani słowa, choć chciałbym coś powiedzieć. Skryty wśród drzew nie dostrzegam błysku, który pojawia się na nieboskłonie. Ziemia zdaje się lekko drżeć, słyszę narastający huk, odwracam się i…



Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4399
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » sob 24 lis 2012, 20:27

Decyzja

– Więc jesteś pewien, że to twoja ostateczna decyzja, synu? – zapytał.
– Jestem pewien, ojcze – odparłem.
– Wierzę, że mówisz szczerze. Ale masz jeszcze czas do końca miesiąca.

Czas do końca miesiąca. To dużo. Jeszcze ponad dwa tygodnie spokojnego trwania w bezruchu.
Stoliki na trotuarach pozajmowane do ostatniego miejsca. Tyle tutaj świateł i muzyki, tyle ruchu i wielojęzycznego gwaru. Tyle dziewcząt w sukniach niczym kielichy egzotycznych kwiatów. Wynurzają się z ciepłego, szafirowego zmierzchu i po chwili znowu w nim giną. Wynurzanie – znikanie. Krótkie błyski światła i mrok.

W świetle malutkiej świecy, ustawionej na blacie stolika, Ewa ma źrenice ogromne i nieprzejrzyste.
– To przecież niemożliwe – usta jej drżą. – Powiedz, że to nieprawda.
– To prawda, Ewo.
– Przecież ty nigdy… ty nigdy nie byłeś… - Trzepocze powiekami. Nie, nie płacze. Jeszcze nie. Kimkolwiek byłem albo będę, jeszcze nie pora mnie opłakiwać.

Zsuwa pierścionek – srebrny filigran z oczkiem z granatu – i obraca go na czubku palca.
– Pamiętasz?
Tak, pamiętam. Pamiętam, jak śmieliśmy się, kiedy go kupiłem, w kiosku z biżuterią przy ulicy prowadzącej wprost na plażę. I jak purpurowa iskierka zabłysła w słońcu na opalonym palcu Ewy. I pocałunek też pamiętam. I wiele innych pocałunków, i ciało Ewy, giętkie i sprężyste. I jej włosy pachnące solą morską i wiatrem. Mam dobrą pamięć.
– I to wszystko… naprawdę… naprawdę nic dla ciebie nie znaczy?
– Znaczy. Bardzo wiele. Ale inaczej, niż myślisz.

A przecież nie chciałem jej ranić. Nie chciałem, żeby płakała. Ani po mnie, ani przeze mnie. Nie chciałem, żeby gwałtownie odsunęła krzesło i zbiegła z tarasu wprost w ten tłum, który natychmiast wchłonął ją jak jeszcze jedną, nic nie znaczącą drobinę.

Wracam do siebie. Otwieram drzwi sublokatorskiego pokoju. Tutaj mrok jest gęściejszy, ale nie zapalam światła. Wiem na pamięć, gdzie co stoi.
Odblask latarni zza okna kładzie ledwo dostrzegalne smugi na grzbietach książek wypełniających regał, na małej wieży Yamahy i okładkach płyt.
Czuję ściśnięcie serca.
Trzeba będzie to wszystko sprzedać albo rozdać. Za dwa tygodnie nie powinno tutaj pozostać nic. Zupełnie nic.

To przecież całkiem normalne, kiedy wstępuje się do zakonu.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Zaqr
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1115
Rejestracja: pn 03 sty 2011, 23:30
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Zaqr » sob 24 lis 2012, 21:15

Jesienne liście opadają lekko przed stopami kobiety, która podąża asfaltową ścieżką. Delikatne powiewy wiatru rozwiewają jej rude włosy i szarpią kartkę kurczowo trzymaną w dłoni. Wyrok śmierci na własnego syna i dwumilionowe miasto. Jeden podpis jest w stanie zmienić świat – na gorsze – i tak właśnie się stało. Jeszcze nie tak dawno każdy mógł tu być szczęśliwym człowiekiem, jeśli tylko zechciał pracować, teraz szczęście jest towarem luksusowym. Czy to było konieczne?

Kolejny transportowiec przeleciał nisko nad koronami drzew wyrywając ją z zamyślenia. Znów zapadła cisza – słychać tylko stukot obcasów i oddech kobiety. Zwierzęta mają instynkt, więc uciekły przed zagrożeniem.

Zza metalowego ogrodzenia wystają ręce mieszkańców, którzy chcą dostać choćby kromkę chleba. Kobieta patrzy na nich. To wstręt czy przerażenie? Odwraca szybko wzrok widząc żandarmów zbliżających się do siatki. Cichy stukot karabinów, a później znów cisza.
Kroki kobiety stają się szybsze, gdy przechodzi obok szeregów nowych rekrutów. Idzie z wypiętą piersią i dumnie uniesioną głową, nie rozgląda się na boki – nie chce widzieć strachu w oczach tych chłopców. A oni patrzą na nią jak na boginię – niosącą dla nich zbawienie i wieczny pokój. Pierwszy raz w życiu trzymają w dłoniach karabin. Pierwszy i ostatni – o tym jednak nie wiedzą.

Po przejściu żywej bramy, znów przyspiesza, obcasy walą jak opętane w szary bruk. Obok przechodzą kolejne zastępy ochotników pragnących ocalić ludzkość. A ona podąża dalej przed siebie, bo wie, że nie może zawrócić – teraz ma tylko jedną drogę, którą może podążać.

Po twarzy kobiety płyną łzy, a w oddali bije kościelny dzwon, ten sam, który bił, gdy opuszczała dom i żegnała Matta. „Mamusia niedługo wróci” – dlaczego ostatnie słowa musiały być tak fałszywe? Zostało niewiele czasu, wiec zaczyna biec. Odwraca się tylko czasem, by zobaczyć ciemność, jaką pozostawia za sobą. Czerń pożera właśnie drugi szereg, gdy pada na kolana. Wznosi twarz ku niebu i prosi o wybaczenie. Jeden nieznaczny ruch dłoni nakreślił daty zgonu. Zaczyna padać deszcz – czy zmyje on z niej wszystkie winy?

Dopiero silna dłoń jakiegoś mundurowego wybudza ją z letargu – czasu już prawie nie ma, więc zaczyna szaleńczy bieg. Nie poświęciła przecież tego wszystkiego, żeby teraz umrzeć. Przewraca się wielokrotnie, ale wie, że musi zdążyć. Widzi swój cel – odwraca się i widzi, że jest już za późno. Przyspiesza jednak, próbując oszukać przeznaczenie. Czuje się jak zwierzę, które ucieka przed drapieżnikiem. Opada z sił, jednak przyspiesza jeszcze. Ręce ma całe we krwi, a oczy nie widzą. Czuje ciepło palące plecy i podrywa się z ziemi – leci teraz ponad brukiem, omija schron i skręca w stronę miasta. Widzi transportowce, które dosięga fala. To kiedyś było jej miasto – była jego matką i opiekunką. Podpisała jednak na nie wyrok, który spłonął w nuklearnym żarze. By ocalić świat poświęciła życie – niestety nie tylko swoje.

Leci, próbuje uciec od tego koszmaru, lecz nie potrafi. Łzy zamarzają na jej policzkach, a ona leci coraz szybciej. Krąży, ale omija jedno miejsce. Tego widoku boi się najbardziej. Drugi wybuch przynosi ukojenie.

Pani prezydent otwiera oczy – patrzy wprost na kamerę. Przed sobą ma rozkaz, a pióro w dłoni drży. Jeden ruch i koniec. Odchodzi. Historia zatacza kręgi.



Awatar użytkownika
mdrv
Pisarz domowy
Posty: 131
Rejestracja: śr 27 lip 2011, 22:33
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: mdrv » sob 24 lis 2012, 21:51

brzydkie wyrazy i dowcipy nt. wydzielin ciała

Kreślę drżącą ręką ostatnie słowa. Razem z niebieskim wkładem długopisu, na kartkę leje się moja... dusza? Niepokój? Pragnienie? Wewnętrzna... pustka? Zamiłowanie do... wielokropka?
Dookoła wielu ludzi, którzy zlewają się w jednolitą masę ryczącą ze śmiechu bądź wyjącą z niezadowolenia, bądź krzywiącą sie z niesmaku wobec nieprzyzwoitych menstruacyjno-fekalnych metafor mojego rywala. Z jego ust leje się obrzydliwość i on o tym wie. Podscyca. Napawa się. Moczy koronę cierniową w kielichu z krwią i z czymś jeszcze gorszym i zagryza, jak plugawy nachos herezji.

Plugawy nachos herezji!

Spuszczam z siebie ostatni kapek juchy na martwe drzewo, kończę wiersz i walę dłonią w stół z głośnym „slam”. Tutaj, na tym świstku zawarłem esencję siebie, to mój eteryczny dowód osobisty, to mój pociąg do Auschwitz, to wytatuowany na moim czole slogan: mam w dupie małe miasteczka!

Mam w dupie małe miasteczka!

Schodzi, palant, cienias, pseudopoeta. Teraz moja kolej. Teraz już świstek przestaje być lustrem, w którym odbija się Brahman, teraz to już tylko przepustka do następnej rundy. Biorę mikrofon, wkładam karteluszek do kieszeni, bo nie będę kurwa czytał z kartki i śmieje się głupawo.
Masa też się śmieje głupawo. Będzie dym, ja nie umiem przegrywać.
Biorę głęboki oddech i zaczynam recytować opus, słowo bo słowie z intonacją i posmodernistycznym sarkazmem bibliotekarza-kokainisty. Masa ryje. Masa płacze. Masa usiłuje zrozumieć.

Masa usiłuje zrozumieć!

Klask-klask, wygrywa pan co tam było do wygrania. Zczołguje się ze sceny (scenetki?) i przysysam do piwa. Dzieło się skurwienia dokonane, można iść do dom.


"Wow wow wow est"

Awatar użytkownika
Chii
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 566
Rejestracja: wt 17 lis 2009, 21:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Chii » sob 24 lis 2012, 23:52

Spojrzał na rozciągające się przed nim rozedrgane światła Tamizy. Czarny strumień wypełniony był blaskiem wieżowców i niewielkich promów. Zimny wiatr smagał go po policzku. Zaciągnął się lodowatym powietrzem, czując jak boleśnie rani jego płuca. Zamknął oczy. Słyszał cichy szum swojego oddechu. Świat stanął w miejscu na tę jedną chwilę. Otworzył oczy.

Światła londyńskich taksówek bezustannie przesuwały się za zalaną deszczem szybą. Na Oxford Street zawsze coś się działo. I choć była już prawie północ, ludzie spacerowali z torbami wypełnionymi markowymi ubraniami. Niektórzy nieśli papierowe kubki, które kryły zapachy rozgrzewających płynów. John spojrzał na swoją kawę. Chwycił filiżankę za ucho i gdy próbował ją podnieść, poczuł drżenie dłoni. Szybko ją odstawił, rozlewając nieco czarnego napoju na spodek. Podenerwowany wsadził dłonie pod stół, sprawdzając czy nikt nie patrzy. Wziął głęboki oddech i na nie spojrzał. Były pokryte krwią. Wszędzie były plamy. Czerwone plamy. Przed oczami stanął mu widok tych dłoni zaciskających się na jej gardle swojej matki. Widział jej przerażone oczy i tryskającą z piersi krew. Czuł, że jest brudny. Że wszyscy to widzą, że obserwują. Zacisnął pięści, wstał, otworzył drzwi i wyszedł szybkim krokiem z kawiarni.

W twarz uderzył go zimny powiew wiatru i maleńkie krople deszczu. Postawił kołnierz i ruszył przed siebie. Warkot czarnych taksówek i czerwonych autobusów miarowo dudnił za jego uszami. Skręcił w Poland Street i idąc wąskimi uliczkami Soho dotarł aż do Leicester Square. Światła odbite od kałuż rozpryskiwały się z każdym krokiem przebiegających obok niego ludzi. Gwar knajp i pubów był przytłumiony. Wszystko pochłonął szum deszczu, w którego takt tańczyły czarne parasole. Wokoło słyszał pokrzykiwania. Rozejrzał się. To on. On stał tam w tłumie. John zacisnął palce na niewielkim pakunku w kieszeni. Czuł, że papier zaczyna rozmiękać od jego spoconych dłoni. Westchnął, a obok niego pojawił się niewielki obłok pary. Ruszył w stronę mężczyzny. Stanęli w wąskim przejściu między kamienicami. Gdy spojrzeli sobie w oczy, John wyjął z kieszeni kopertę. Mężczyzna otworzył usta na widok zakrwawionej paczuszki. Nie mrugnął jednak okiem, tylko przeliczył zawartość i skinął głową. John odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę metra. Gdy przeszedł przez bramki, poczuł charakterystyczny zapach miejskich podziemi. Odetchnął.

Obok niego przesuwały się twarze. Nie zwracał na nie uwagi. Widział tylko jedną twarz z szeroko otwartymi oczami. Nie mógł o niej zapomnieć. Wsiadł w pociąg linii Piccadilly i pojechał nią aż do King’s Cross. Monotonny głos kobiety w metrze wpędzał go w trans. Gdy się ocknął, szedł długim łącznikiem prosto do linii Circle. Stacje zmieniały się szybko. Wkrótce wysiadł. Na Tower Hill.

Zimne powietrze szczypało go w policzki. Spojrzał na swoje dłonie. Tak mocno zaciskał pięści, że paznokcie powbijały mi się głęboko w skórę, zostawiając więcej krwawych śladów. Ruszył przed siebie.

Gdy dotarł na miejsce, spojrzał na taflę. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.

- Przepraszam.

Skoczył.


Dzwoń po posiłki!


Wróć do „Ćwiczenia - część I”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość