Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Na Enteropii

Moderatorzy: Thana, Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3833
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Na Enteropii

Postautor: Thana » pn 12 lis 2012, 07:39

Ardryci wyrażają uczucia zmianą zabarwienia; zieleń jest odpowiednikiem uśmiechu.
(Stanisław Lem „Dzienniki gwiazdowe. Podróż czternasta”)

1. Wyobraź sobie, że załatwiasz interesy swojej firmy (legalne lub nie) i prowadzisz negocjacje na Enteropii z jej mieszkańcami - Ardrytami.
2. Ty wiesz, że oni wyrażają emocje zmianą zabarwienia, ale nie masz pewności, która barwa co oznacza (z wyjątkiem zielonego uśmiechu).
3. Oni, być może, wiedzą co nieco o wyrażaniu emocji przez ludzi, ale nie masz pewności, jak głęboka jest ich wiedza i czy zgodna z prawdą.
4. Opisz, jak przebiegają negocjacje z Ardrytami.
5. Przeczytaj tekst. Możesz poprawić błędy, ale jeśli tego nie zrobisz, nic się nie stanie.
6. Wrzuć tekst tutaj.

Termin: do soboty, 17 listopada, do północy. Bez limitu znaków.


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Konrad Chris
Pisarz domowy
Posty: 105
Rejestracja: śr 05 wrz 2012, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Jakaś wieś
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Konrad Chris » pt 16 lis 2012, 13:24

No dobra to będę pierwszy... ech.

      Byłem tam pierwszym człowiekiem. Tak dmuchali. Dmuchali też coś o jakimś proferetorze, ale mogłem źle zrozumieć. Profanatorze? Profiscjenologu? Premorelatywiście? Obraził ich? To oczywiście tylko moje przypuszczenie. Kaśkę po odwróceniu ciężko było zrozumieć. Mają dziwną tendencję do uznawania za niebyłe tego co im się nie podobało. Jeśli więc Ardryta dmuchał, że czegoś nie było, nie znaczy to, że zjawisko nie miało miejsca, albo też, że osoby, o którą pytasz nie spotkał. Jak się na pewno domyślasz, zanim spytasz Ardrytę o drogę, zapytaj czy podobał mu się obiekt, którego szukasz. Taka dobra rada. Kaśka tego nie rozumiała - marnie skończyła, ale nie uprzedzajmy faktów.
      Katarzyna bała się z nimi gadać. Takiego dostałem tłumacza. Liga Niezrzeszonych Frakcji miała braki w szeregach. Zbyt wielu tłumaczy zostało odwróconych.
      - To jak masz zamiar tłumaczyć? - spytałem Kaśkę, gdy nasza rakieta, Nexus V6 lądowała w placowni owicellarnej, niedaleko Pelluni.
      - No jak to jak? – zdziwiła się i spojrzała na mnie jakbym był debilem do potęgi x razy dziesięć do dwudziestej siódmej. Potem dodała: - Z nimi się nie rozmawia, im się dmucha. To można robić na odległość, przez rurkę.
      Gdyby nie fakt, że do najbliższej budki z tłumaczami Ligi miałem osiemdziesiąt lat świetlnych, pewnie bym zwolnił ją tak jak siedziała. Oczywiście potem żałowałem, że tego nie zrobiłem. Ale tylko przez chwilę. Króciutką. Szlag! Znowu ubiegam fakty?
      Pozwolili nam usiąść, oni, odpoczywali na stojąco. Wtedy lepiej im się mówiło. Przepraszam, dmuchało. Przepona lepiej pracowała. Spróbuj kiedyś – wdech, wydech, wdech... A potem na stojąco, do lustra. Wdech, wydech. Ty tak poćwiczysz, ja będę opowiadał dalej. Próbowałem nie przyglądać im się zbyt intensywnie. To było trudne. Oni za to gapili się przezabawnie i to nie na mnie, tylko na Kaśkę. Intergalaktyczne, ksenoerotyczne uniesienie?
      - Bzdura – powiedziała podczas przerwy na falusię zarumieniona Katarzyna. – Oni mają oczy o tu, nie tam. - Po jakimś czasie szepnęła mi jeszcze: - Mów do tego granatowego, tamtym pozostałym raczej nie przypadłeś do gustu. Są różowi.
      Zrozumiałem. Chyba. Gdy spytałem z czego jest falusia, Katarzyna odpowiedziała, że z miałożądka, błakłotruszka i płetwolejków. Zawsze mogłem liczyć, na fachową wiedzę mojej tłumaczki!
      - To najnowszy krzyk mody na Ziemi. Wasze kobiety będą na nimi przepadać – zakończyłem prezentację naszyjnika. Błyszczące metaliczne krążki zainteresowały ich. Podobnie podłużne walce z kolorowymi napisami. Były zupełnie czymś innym od bieruszek, welek i ostropków, z których robili swoje ozdoby. To było coś okropnego.
      - Psssty, syk ssssyyy szu szum szszszyy. Syk Syk. - przetłumaczyła Katarzyna plując się przy tym mocno. Niezbędny element właściwego akcentu - mawiała. Cóż, co kraj to obyczaj.
      - Pssy wszyyy suuu szyyy syk sykfuuu szyyy! - odpowiedział granatowy. Szybko zmienił barwę na fioletową. Taką nie do końca. Nie wiem jak nazywał się ten kolor. Kaśka stała chwilę milcząc. Potem wyciągnęła z plecaka jakąś książkę. Myślałem wtedy że wyjdę z siebie i stanę obok. Dobrze, że tego nie zrobiłem, Ardryci podobno robią robią to dla rozrywki, ale wtedy zazwyczaj brakuje miejsc do stania dla przyjemności. Robi się tłoczno. Wracając do Kasi i jej książki. Patrzę a ta szuka czegoś w rozmówkach Ardryckich.
      - Czort jeden wie, co to znaczy – mruknęła tłumaczka i coś tam zaszumiała mojemu rozmówcy. Zielony! Trafiony. Wtedy jeszcze nie żałowałem, że nie zwolniłem Kaśki. Spoglądałem na pozostałych negocjatorów. Szary, szary, granat, róż, róż, szary. I jakiś pasiasty. Cholera go wie, może niezdecydowany? Szary co znaczy? Nie było go w podręczniku negocjatora.
      - Nie są przekonani, że jesteśmy w stanie przygotowywać co miesiąc nową kolekcję – powiedziała Kaśka i podrapała się w nos.
      - Wszystko jest wkalkulowane. W ramach ceny wliczone jest przekalibrowanie niesłychanie skomplikowanych linii produkcyjnych. Wydajność mojej firmy jest nieograniczona – powiedziałem dumnie.
      Kasia pomyślała chwilę i wyszumiała im moje słowa. Ten który był szary poczerwieniał. Zaszumiał coś kilkoma długimi sykami i fuknięciami. Brzmiało to, jak sobie przypominam groźnie. Moja tłumaczka, dobrze, że ją miałem, zaśmiała się. Cześć Ardrytów zazieleniła się nieznacznie od lewej, tej mocniej okrągłej strony.
      - Ale w jakim sensie nieograniczoności. Wiesz Konrad, u nich to taki żart. Gdy Ardryta szumi koledze: Szy szum szuuu. Rozmówca odpowiada. Szyyy szyyyyyyyyyyy – śmiała się. Ardryccy przedstawiciele zzielenieli jak jeden. - To taki żart – chichotała.
      - Aha – przyjąłem do wiadomości. Czekałem. Minutę. Pięć i piętnaście.
Kaszlnąłem w końcu znacząco, aby zwrócić na siebie uwagę i wtedy rozpętało się piekło. Jeśli piekło na Ziemi jest tak straszne jak na Entropii, to ja od dziś kończę z łapówkami. Ardryci poczernieli. Wyciągnęli jakieś długie, proste i pokręcone jednocześnie rury i bach! To było straszne. Odwrócili mi tłumaczkę.
      Kiedy tak wspominam tamtą chwilę żałuję, bardzo żałuję. Żałuję, że nie zażądałem więcej. Oficjalnie zakończono negocjacje w atmosferze skandalu. Miałem być skończony, a się zacząłem na nowo. Jak rok na Entropii. Szybko skontaktował się ze mną Ardrycki przemytnik. Skandal to najlepsza reklama. Nawet u Ardrytów. Kurde, może jednak nie różnimy się aż tak bardzo? Po dwunastu latach na Ziemi zaczynało brakować zużytych baterii. Zaczęliśmy więc zużywać niezużyte. Biznes się kręci. Czasami ktoś jeszcze zostaje odwrócony to tu, to znów tam. Bo za mało naszyjników, bo któryś z nabywców świecić zaczął. Ale kto by się tym przejmował. W końcu dochodzą do siebie. Odwracanie skóry to podobno strasznie nieprzyjemny i długotrwały proces.


"Mówię sam do siebie, ale ponieważ cenię sobie swoją opinię, nadałem sobie tytuł doktora." Erich Segal


Sky Is Over

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4399
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » pt 16 lis 2012, 17:32

Miałam ochotę wrzucić jako ostatnia, ale ponieważ jutro pracuję i w ogóle mnie nie ma, więc już trudno, niech tam.

Tęcza

Kiedy usiedliśmy w pokoju obrad, zazieleniło się od uśmiechów. Był tam i jasny seledyn, i malachit, i trawiasty, a nawet ciemna, butelkowa zieleń – bo oni tak właśnie wyrażają radość, a może tylko uprzejmość. Ciekawe, jak w ich wydaniu wygląda fałszywy uśmiech.
No cóż, niewiele o nich wiemy.
Zasadniczo nie są konfliktowi, ale trzymają się na dystans. Nie zapraszają do domów i mało kto miał okazję, żeby ich widzieć prywatnie. To dlatego nie mamy jeszcze słownika kolorów. Czort wie, co kryje się za tymi wszystkimi barwami. Kosmopsychologom dwa lata zajęło ustalenie, że zieleń to jednak uśmiech. A co z resztą? Szkoda gadać… Na szczęście, przynajmniej translator mowy funkcjonuje jako-tako.
Niedobrze, że dziś nie ma z nami Mela. On jest tutaj najdłużej, zdążył ich poznać lepiej, niż my, a do tego ma po prostu intuicję.
Zaczęło się niewinnie.
– Wysoka Rado, projekt zagospodarowania gorących źródeł na płaskowyżu Eubei mamy już gotowy.
– Słuchamy z najwyższą uwagą – Przewodniczący Rady jeszcze raz błysnął zielenią, która przeszła w głęboki błękit. Pozostali trzej też natychmiast zabarwili się na niebiesko.
Alef włączył kamerę, ustawioną trochę z boku. Będziemy mieli dokumentację. Oni nie zabraniają filmować, nie przywiązują wagi do ruchomych obrazków.
Od kiedy szef pierwszej wyprawy po przypadkowej kąpieli w gorącym źródle odmłodniał na oko o jakieś trzy dekady, a badania lekarskie też przyniosły wyniki godne dwudziestoparolatka, testowanie właściwości bulgoczącej, cuchnącej wody stało się ulubionym zajęciem kolejnych ekip przybywających z Ziemi. Działała! Ciekawe, że tylko na Ziemian. Miejscowi mają chyba inny metabolizm, bo źródłami nie są zainteresowani. Co nie znaczy, że pozwolą nam je eksploatować. Wokoło rosną lasy tropikalne, bardzo przez nich cenione. Wyciąć kawał takiego lasu to prawie zniewaga majestatu planety.
Byłaby to pierwsza ziemska inwestycja na Enteropii. Na razie mamy tu jedynie bazę dla wypraw, a ekipy często się zmieniają.
Dopóki Oleg przedstawiał rysunki stacji balneologicznej, wszyscy trwali w błękicie, z niewielkimi wahnięciami w stronę fioletu i purpury.
Potem zapadła chwila ciszy.
– No tak – Przewodniczący skierował na Olega okrągłe, czarne oczy, godne foki-uchatki. Jego twarz – jeśli można tak nazwać ten cylinder, wyrastający prosto z ramion – przybrała kolor granatowy. – A co stanie się z roślinami na tym terenie?
– Najcenniejsze okazy zostaną przeniesione do specjalnie założonego parku – zabrał głos Alef, odpowiedzialny za ekologię. – Plan ochrony przewiduje również strefę wysokich drzew, otaczających…
Znowu słuchali w niebieskim. A potem w jednej chwili wszyscy przebarwili się na tęczowo. Spojrzeliśmy na siebie, zdezorientowani. Co jest?
Poprzeczne pasy o regularnym układzie barw tęczy pokrywały im całe cylindry. Na jednym tęcza była trochę bledsza, drugi przez chwilę zamigotał żółcią, lecz zaraz się ustabilizował.
– Czy to wszystko? – Przewodniczący powrócił do granatu. Jego towarzysze trwali w tęczy.
– Proponujemy jeszcze pawilon z najpiękniejszymi gatunkami ziemskich roślin – dorzucił Alef nerwowo.
Znowu parę sekund błękitu, potem tęcza.
Oleg wyłączył translator. – Chłopaki, rozumiecie coś z tego?
Dobrze, że oni nie kojarzą naszej mimiki. Chociaż nie byłbym pewien, bo Przewodniczący nagle błysnął szmaragdową zielenią. Nabija się z nas?
Na szkoleniu była jedna tylko, niepewna sugestia: bardzo rzadko spotyka się barwy tęczy, przepływające przez twarz. Zapewne oznaczają stan konfuzji, zmieszania.
Zmieszania?! Żeby jeden był niepewny, tobym jeszcze rozumiał, ale wszyscy tak, zgodnie co do sekundy? Właśnie wtedy, kiedy ich szef zaczyna o coś pytać?
– Zapewnimy enteropiańskim ogrodnikom możliwość swobodnych badań nad adaptacją naszych roślin do miejscowych warunków – Alef wysunął kolejny argument.
Błękit – tęcza.
I tak już było do końca. Granat pytania – błękit – tęcza. Olegowi trzęsły się ręce, gdy objaśniał na planie układ poszczególnych stref. Kiedy przyszła kolej na mnie – mówiłem o energii odnawialnej – czułem się, jak zanurzony w ukropie, bynajmniej nie odmładzającym. Poprzeczne pasy zupełnie zbijały mnie z tropu.
Pod koniec tego przesłuchania cała czwórka wyglądała jak tęczowy neon, jaśniejący w mroku nocy.
– Wszystko, co usłyszeliśmy, przekażemy Najwyższemu Zgromadzeniu – podsumował wreszcie Przewodniczący i przeszedł w purpurę. Reszta nadal jeszcze była tęczowa, tyle, że już mało intensywnie. – Rada sama nie podejmuje decyzji. Odpowiedzi udzielimy – tu translator zawiesił się, przeliczając ich jednostki czasu na nasze – za siedem dni.
Potem były jeszcze formuły grzecznościowe skąpane w pożegnalnej zieleni i wyszliśmy.

– Myślicie, że mamy jakieś szanse? – zapytał Alef, patrząc z daleka, jak idą przez dziedziniec, teraz dla odmiany pożółkli w różnych odcieniach.
Oleg tylko wzruszył ramionami.

Kiedy Mel wrócił z delegacji – szef go wysłał aż na drugą półkulę – pokazałem mu nagranie z obrad. Obejrzał i zażądał powtórki.
– Niesamowite… – prawie przykleił się do ekranu. – Ręce cały czas z tyłu. I popatrz, jakie mają długie rękawy. Tylko trochę palców im widać.
– Ty to nazywasz palcami? Chyba lepiej, że tak je zasłaniają.
– Ale kamerka jednak coś wypatrzyła. Widzisz? Jakie ten pierwszy ma łapy?
– Długie. Chyba pomarańczowe. I co z tego?
– A drugi?
– Bo ja wiem? Za dobrze tu nie widać. Czerwone?
– Czerwone. A trzeci żółte. Nie masz gdzieś dalej tego czwartego, żeby był wyraźniejszy?
– Nie, chyba nie. Kamera stała nieruchomo. Coś ty tak się przypiął do tych macek, patrz lepiej na ich ryje! Jeden w drugiego tęczowy!
Pokiwał głową.
– Tęczowy, to tęczowy. Dla was ręce są ważniejsze.
– A przypadkiem nie palce u nóg? Czyś ty kompletnie rozum stracił?
Zaczął się śmiać.
– Ja już wcześniej coś takiego podejrzewałem, w końcu ciągle się kręcę pomiędzy nimi, tylko nie miałem jak sprawdzić. Ale tu – wskazał głową ekran – nareszcie mam potwierdzenie. Stary, przejdę do podręczników kosmopsychologii!
– Możesz sobie nawet przebiec. To coś tu wypatrzył?
– To samo, co i ty możesz.
– Przestań pieprzyć. Powiesz wreszcie, co oznacza ta tęcza?
– Nic. Dokładnie nic. Po prostu. Całkiem i zupełnie nic.
– A ekstra premii nie chcesz za takie wyjaśnienie?
– Stary, zrozum: każdy z nich ma jakiś tam kolor, na ogół mało intensywny. Ale barwy to również ich mimika, a nawet więcej. Wszystkie emocje na wierzchu. Więc jeśli nie chcą, żeby ktoś ich rozszyfrował, muszą mieć jakieś sposoby fałszowania. A tęcza? Tyle kolorów równocześnie, myśl sobie wtedy, co chcesz! To jest taka ich twarz pokerzysty. Nieprzenikniona. Więc mogę ci powiedzieć, że mieliście do czynienia z negocjatorami pierwszej klasy, skoro tyle czasu tak zgodnie wytrwali. Bo oni są jednak bardzo emocjonalni. Ale żeby rozpoznać, co tak naprawdę w nich siedzi, trzeba by patrzeć na ręce…


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » pt 16 lis 2012, 18:35

[center]W ciemno[/center]

„Nowi Ninja” to ta elitarna samozwańcza grupa, która ogłosiła, że dotrze do Ardrytów i uratuje świat. Ci zajebiści bohaterowie powiedzieli, że teraz jestem ich agentką i pod karą śmierci ma być dyskrecja, posłuszeństwo i te sprawy. Jakby mniej straszne było to, że właśnie na śmierć mnie wysyłają.

Uznali, że będę w tym dobra. Okej.

Z Ardrytami rozmawiał sztab strategów, dyplomatów, rekinów biznesu i mistrzów negocjacji. Aż tu nagle zachciało im się zwykłego psychologa. Dobra, mam ten doktorat. Ale te artykuły o życiu pozaziemskim w „Paranormal News” pisałam pod pseudonimem, na dodatek wystarczyło przeczytać dokładniej, żeby wiedzieć, że to tylko hipotezy. Do wszystkiego dotarli, pełne dossier. Pewnie nawet mogę ich spokojnie zapytać, jakie majtki dziś założyłam, bo akurat nie pamiętam.

Cholernie się boję. Ardryci są z kosmosu, z planety Enteropii. Oczywiście to nazwa nadana przez nas, marnych ludków. Ot, wyższa inteligencja kopsnęła się na Ziemię. Trochę szkoda, że wyrżnęli swoim statkiem w Wielki Kanion, było tam naprawdę pięknie. Szybko się pozbierali i wybudowali tam gigantyczną bazę – nazwalibyśmy ją wojskową. Wyniszczyli mnóstwo terenu dookoła, razem z ludźmi. Świat robił dziesiątki inwazji, wszystkie siły powietrzne USA padły jak muchy trzepnięte gazetą. I to w odległości stu kilometrów od obozu. Co ciekawe, Ardryci zawsze pozwalają się zbliżyć pojedynczym ludziom, a nawet wejść. Niestety nikt jeszcze z takiej gościny nie wrócił.

Cholera, jestem coraz bliżej. Przecież muszą mnie widzieć. Jeszcze żyję. A może nie? Może już mnie zdzielili laserem i po prostu nie poczułam?

Spokojnie. Idziesz do nich na herbatkę. Wprawdzie nie wiesz, czy trzeba zdjąć buty w przedpokoju, ale dowiesz się na miejscu.

Zatrzymuję się. Przede mną gigantyczny budynek jak z filmu SF. Wygląda jak z żelbetonu, jest niebieski. Jakby poukładany z klocków, a tu doczepione jakieś ruchome wihajstry, nie wiem, może lepsza wersja antenek, talerzy satelitarnych, klimatyzatorów… Kto wie. Z tego wielkiego, spiczastego czegoś na szczycie pewnie strzelają. A ja co? Obwieszona jak choinka… Ja pitolę, jaki wstyd…

Rozchylam koszulę i zdzieram z siebie te śmieszne kamerki, czipy, rejestratory funkcji życiowych. Wyrzucam z ucha słuchawkę. Dobrze, że nie mam niczego podskórnego czy połkniętego.

- Pierdolcie się – mówię zjadliwie do mikrofonu, zanim rozdeptuję go na ziemi.
Po wejściu i tak cały sprzęt by zwariował. Widziałam jedyne udane nagranie ostatniego uczestnika. Drzwi same się otwierały, a w nich stał Ardryta. Jego szara twarz bez wyrazu powoli zieleniała. Potem kamera nawaliła. „Nowi Ninja” nazwali to „uśmiechem zapraszającym”. Najdłużej działał rejestrator funkcji życiowych – i też nie wiadomo, czy został zdjęty, czy petent umarł.

Dobra, idę. Nie wiem, jak będzie wyglądać komunikacja. Ich technologie wyprzedzają nasze o tysiąclecia. Cóż to dla nich przypadkowo nauczyć się mojego rodzimego języka…

Oho, wrota się otwierają…
Ktoś stoi… zaraz zemdleję!
Mogę jeszcze wrócić? Cholera! Nie powinnam!
Ktoś… chyba babka. Szara twarz… babka, tak. Niezła babka, co za figura, chciałabym taką…
…seledynowy.
Ciasny kombinezon? A co, może bluzeczka i leginsy. Wszystko jedno, jak na przybysza z kosmosu wygląda seksi.
…jasnozielony.
To ten uśmiech, to akurat wiem. Ładna pani musi się uśmiechać.
…ciemnozielony.
(witaj)
- Co?
(witaj)
- Czy ty… czy pani coś mówiła?
(witaj)
- Witaj – mówię. Jestem trochę ogłupiała. W ogóle nie zauważyłam, żeby babeczka poruszała ustami, kiedy mówi. Nawet mimiki nie posiada.
( nie mów, słyszę twoje myśli)
- Co takiego?
(nie mów, chodź)
- Ale…
Kurna… Okej, idę. Cholera, czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. Babka, znaczy pani, faktycznie zmienia kolory. Tylko teraz…
…ciemnoniebieski.
( nie analizuj)
Dobra! Cholera, cholera! Przepraszam! Ty to słyszałaś, cholera!
(nie choleruj)
Sorry! Ona wszystko… to musi się kontrolować!
(nie kontroluj)
…ciemnozielony.
Ja wiem, to taki wasz sposób, znacie wszystkie nasze myśli, to dlatego… masakra, wasz poziom mnie miażdży. Znacie moje myśli, ale wałek, niesamowite. Oho, zmieniła, zmieniłaś kolor… pewnie cię to rozbawiło, ale jejku… patrz, ręce mi dygoczą.
(uspokój się)
Wiem. Gdyby to było mową, pewnie nie udałoby się zapisać.
(udało)
Myślisz? Hehe, cholera, słyszałaś to? „Myślisz”! Ja już chyba wariuję. Zresztą zwariowałam z chwilą, kiedy tu weszłam.
Idziemy. Jaki długi korytarz… Tunel, można powiedzieć. Musi być jakaś wyższa instancja.
Jak to działa, że cię słyszę? Nie zdziwiłoby mnie, gdyby to było zjawisko jednostronne, wiesz, ty mnie tak, a ja ciebie nie. Przekażesz mi to jakoś?
…jasnozielony.
Zresztą nie słyszę nic poza tym. Ty pewnie możesz kontrolować, to zupełnie uczciwe. A ja muszę… ja muszę zejść niżej…? Podświadomość. Myśli niesformułowane, przez dwa lata miałam salon hipnozy, jestem też specjalistką behawioryzmu, co prawda koni, ale zawsze.
…szary.
(nie próbuj)
Nie, skąd, tak sobie rozmyślam. Oszukać to nie, nie. Ja z reguły rzadko oszukuję. To raczej inni mnie, Marcin na przykład. Mam ten doktorat z psychologii, a kłamał w żywe oczy, heh, głupia byłam. Żałosne, jak na to patrzeć.
…popielaty.
Ale on w końcu też zrobił ten doktorat, też znał pewne sztuczki. Nie jestem najlepsza na świecie, a po waszej wizycie to już w ogóle. Jestem świadkiem tak dalece posuniętych ludzkich możliwości, a rozmyślam o jakimś Marcinie. To była smutna znajomość. Nie wiem, czy wrócę do domu, czy napiszę do Marcina zwyczajowe życzenia na święta.
…biały.
Drzwi? Pomieszczenie? Mała, pusta klitka… och! Ktoś, znaczy… nie zauważyłam pana.
…błękitny.
Nie wiem, czego się spodziewałam. Sali tronowej? To w gruncie rzeczy marne atrybuty władzy. Swoją władzę już nam pokazaliście tak wiele razy…
Boję się.
Dlaczego nie słyszę myśli? Nie ukrywajcie, co się ze mną stanie. Boję się.
(myśl dalej)
Co mam myśleć? Jestem tu wbrew swojej woli, nie mam nic wspólnego z galaktyczną wojną. Na grudzień przepowiedzieli koniec świata, może to właśnie to. Mi wszystko jedno. Ale przecież też jesteście ludźmi. Nawet lepszymi od nas. Macie piękne ciała i twarze, do tego wszystkiego doszliście sami. To zrozumiałe, że chcecie podbijać sąsiednie planety.
…różowy.
Ten sam kod genetyczny. Może tylko troszkę sobie modyfikujecie. Uśmialibyście się, a u nas ciągle demonstracje feministek, krytyka In vitro i ogromna radość, gdy byle łazik wyląduje nawet na Księżycu.
I kiedy tak patrzę na was, to nie dziwię się, że nikt z negocjacji nie wracał. Wchodzili jak lisy, jak prowokacja CBA z ukrytą kamerą. To już nie tyle, że nie wypada. To po prostu obciach, przecież jesteśmy ze cztery tysiące lat za wami.
…fioletowy.
Ludzie są bardzo butni, nie myślą w ten sposób. Mają was za kolorowe stworki, a nie braci i siostry. Ale tak sobie myślę, że gdybyście dali nam te cztery tysiące lat, moglibyśmy to nadrobić. Zdobywać te planety razem. Dopiero teraz mi to przyszło do głowy, oczywiście kwestia wielu pokoleń, ale przecież myślicie przyszłościowo. Inaczej nie dotarlibyście do tego miejsca.
(kogo reprezentujesz?)
Kogo reprezentuję? Teraz już nie wiem. Na co dzień pracuję na uniwerku, w wolnych chwilach piszę o psychologii i zjawiskach paranormalnych, hobbystycznie wróżę z kart. Przypadkowo jestem członkinią „Nowych Ninja”, teraz już byłą, odkąd przekroczyłam te progi. Uznajcie, że reprezentuję ziemską populację, niezbyt godnie, ale staram się… Mówili, że mam trochę empatii, że ja się z wami dogadam.
(myśl dalej)
Cóż dalej? Przyzwyczaiłam się, że myślenie jest prywatną sprawą. Zmieniacie kolory, choć nic mi to nie mówi. Na pewno jesteście wrażliwi, jak to ludzie.
…ciemnofioletowy.
Nie chcę czekać. Proszę, zdecydujcie już, co ze mną będzie dalej.
(wyjdź)
Tak, tak, oczywiście. Jak pan sobie życzy. O, znów mnie pani prowadzi.
(tędy)
Wiem, wiem. Pójdę, dokąd chcecie.
…szary.
Nie wiem, co właściwie miałam do zrobienia. To wielkie przeżycie. Kazali mi wynegocjować pokój na świecie, ciekawe, jakim cudem… Nie mamy wspólnych tematów, koloniści z Indianami też nawet nie myśleli o pogawędkach. Nic nie mamy w zamian, nic. Cholera, muszę zapalić. Można tu palić? Bardzo bym chciała chociaż jeszcze jeden ostatni raz zapalić, choć nawet tego nie lubię…
Jesteście tak „małomówni”. Głównie rozkazujecie i informujecie. To kwestia bezpieczeństwa? A kolory? Dlaczego kolory?
Idziemy w stronę wyjścia? To dobry znak?
…jasnozielony.
(napisz do Marcina)
Naprawdę mogę wyjść? Wypuszczacie mnie na wolność? Wyjdę stąd żywa? Zaraz… Marcin?
…ciemnozielony.
(wrażliwość to najlepsza z ludzkich cech)
Tak… Też tak myślę. Otwieracie bramy? Dziękuję!


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
padaPada
Pisarz Wszechczasów
Posty: 2972
Rejestracja: śr 06 maja 2009, 10:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: padaPada » pt 16 lis 2012, 19:59

[center]Uśmiechnij się[/center]

wwwMieli coś, co uczyniłoby mnie wstydliwie bogatym, chociaż byli tylko kolorowymi plamami na podłodze. Ardryci. Mieszkańcy Entropii.
wwwSzedłem niskimi i wąskimi korytarzami, wyglądającymi jak kopalniane sztolnie dla krasnoludków, a stres narastał z każdym krokiem. Entropia to dziwne miejsce. Wszędzie czerń, a gdy już człowiek trafi na jakąkolwiek szarość, to cieszy się jak dziecko na widok zabawki. Pewnie Ardryci potrzebowali tła, albo nawet tutaj działała jakaś magiczna siła, która nakazuje wszystkiemu dążyć do równowagi za wszelką cenę.
wwwPrzed wejściem do wielkiej jaskini pierwsi z nich wylali się kolorowymi plamami w moją stronę. Najpierw myślałem, że to jeden osobnik, ale po chwili rozdzieli się na dwie kałuże i prowadzili mnie płynąc obok.
wwwW wielkiej sali czekała ich cała paleta. Czułem się, jak na paradzie równości – wszystkie kolory tęczy, aż się w głowie kręciło. Może Picasso byłby zadowolony, ale ja, skromny przemytnik i właściciel firmy wydmuszki, patrzyłem na to ze zgrozą. I nadzieją. Mieli coś, na czym mi bardzo zależało.
www- Tak. – Odchrząknąłem. W ustach miałem sucho, jakbym połknął garść piachu. – Bardzo się cieszę, że zgodziliście się ze mną spotkać.
wwwKilka kałuż zmieniło kolor. Największa z nich, jak mniemam sam szef, ciągle był jakiś taki buroniemrawy. Wbiłem w niego wzrok, ale nie reagował, tylko troszkę zbił się w sobie i jakby zgęstniał.
www- Mam dla was świetną propozycję – improwizowałem dzielnie. Nie miałem pojęcia, czego tak naprawdę mogliby od nas, ludzi, chcieć, ale wiedziałem, że na pewno mogę im to obiecać. – Będziecie zachwyceni!
wwwSzef, Wielka Kałuża, zajaśniał leciutko. Nareszcie jakaś reakcja! Tylko co może oznaczać? Nie miałem pojęcia.
www- Najważniejsze jednak, że mam tego pod dostatkiem! – krzyknąłem, rozpościerając przed nimi ręce, jakbym już podarował im cały świat. Jednocześnie przyglądałem się uważnie, analizując wszelkie zmiany ubarwienia. Wielka Kałuża pociemniał, niczym burzowe niebo. Ale co to, kurwa, znaczy? Podobało mu się, czy nie? Był zainteresowany, czy nie?!
wwwLeżeli tak i mienili się kolorami, a ja coraz bardziej gorączkowo szukałem kolejnych słów. Co ja sobie myślałem? To, że na Ziemi potrafię świetnie sprzedawać odkurzacze, nie znaczy jeszcze, że coś zdziałam z tymi cholernymi Andrutami. Na plecy wylazł mi zimny pot. Czy oni potrafią być groźni? Rozejrzałem się na boki. Jaskinia zrobiła się jakaś taka duszna, mała… Wszystko zaczęło wirować kolorowymi plamami. Gdzie są moje tabletki? Sięgnąłem szybko do kieszeni. Kałuże z dalszej części sali przypełzły bliżej, zmieniając kolor na purpurowy. Ciekawe? Zaaferowane? Nie wiem! Mocowałem się z wieczkiem pudełka.
www– Strasznie tu duszno – wyszeptałem. Krawat zdawał się dziwnie ciasny, więc rozchełstałem go nerwowym szarpaniem, niczym ksiądz, na widok grających w piłkę podrostków.
wwwPlamy zbliżały się coraz bardziej. Chcieli mi pomóc? Dobić?
wwwZrobiłem ciężki krok do tyłu. Potem drugi. Wolałem się do nich nie obracać plecami, nie spuszczałem oczu z Wielkiej Kałuży. Ten, jakby wiedział, że o niego chodzi, wybuchnął nagle niebieskim, oślepiającym kolorem, przez co o mało nie narobiłem w gacie. Zerwałem się do biegu i… zahaczyłem nogą o wystający kamień. Runąłem jak długi, aż echo rozniosło się jaskini. Spojrzałem za siebie przerażony, a ci… Jaśnieli radosnym, zielonym kolorem. Tak! Śmiali się ze mnie! Tego byłem pewien, bo tyle udało nam się o nich dowiedzieć. Zieleń oznaczała śmiech! Oczywiście, Wielka Kałuża świecił najmocniej.
wwwDokładnie tego chciałem. Sięgnąłem szybko do kieszeni i, obracając się w ich stronę, rzuciłem w środek jaskini granat zamrażający. Nawet nie zdążyli zmienić koloru. Wybuch zamroził ich w środku radosnej zieloności, tak jak chciałem!
wwwPodszedłem do zamarzniętej Wielkiej Kałuży. Ostrożnie dźgnąłem go scyzorykiem. Nie zareagował, więc odkroiłem niewielki kawałeczek i włożyłem go sobie pod język. Miał radosny smak. Poczułem szczęście przytulające mój mózg neuron po neuronie. Ludzie na Ziemi oszaleją z radości.



Awatar użytkownika
dorapa
Pisarz
Pisarz
Posty: 3397
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » pt 16 lis 2012, 20:07

BRZYDKIE SŁOWA
[center]ZADANIE DOMOWE[/center]

xx- Marysiu, co było na dzisiaj zadane?
xx- Wypracowanie, psze pani w pierwszej osobie. „Najwspanialszy dzień z życia Morgan Odkrywczyni” z punktu widzenia: a) jej załogi, b) Ardrytów, c) Morgan Wspaniałej.
xx- Kto chce przeczytać? - zapytała pani, patrząc na klasę przez nowiuśkie óczplanty. -Ty, Jasiu? Cud jakiś… Którą z postaci wybrałeś? Albo nie mów, to będzie zagadka dla klasy. Dzieci, odgadujemy, kto opowiada o naszej Wspaniałej Uczonej i Ambasadorce! - nakazała zachwycona pomysłem. - No, czytaj Jasiu.
xxJasiu wstał, wyszedł na środek klasy i włączył odtwarzanie.
xx„Wylądowaliśmy z niemałym trudem, bo w ładowni puściły haki dokujące, więc towar latał po całej Szóstce, rzucając nami na wszystkie strony. Czekaliśmy w lesie na jakiś ich znak, niepewni co będzie, jak już się spotkamy, bo do tej pory to tylko z nimi pisaliśmy. Do tego Morgan zaczęła jojczyć, że siedzimy tu jak cioty, że pewnie tamci nas olali, że ma dosyć tego zadupia, a najlepiej jakbyśmy wyjęli jaką flaszkę czy plasterki, bo tak na trzeźwo czekać, to ona nie da rady, bo jesteśmy palanty i ona się nudzi, a obiecaliśmy jej, że się zabawi, jak z nami poleci… Nawijała tak i nawijała, aż Zibi wyjął plasterki z najlepszym w galaktyce ekstraktem z grzybków i poczęstował, a finał był taki, że ocknąłem się na glebie, przytulony do jakiegoś drzewka, w gębie miałem niesmak i było mi zimno. Usiadłem niepewnie, ziewnąłem, podniosłem głowę i znieruchomiałem - na wprost mnie stali, błyskając słonecznymi refleksami, dwaj tamci, do tego zieleni jak trawka na wiosnę na Matce Ziemi. Zerwałem się i nagle pojąłem, że jestem golusieńki, a te chuje pomalowali mnie całego, od stóp do głów, łącznie z kuśka i implantem nogi, co mi ją odstrzelili na Pasie Oriona, no pomalowali mnie na zielono. Stałem jak idiota, aż ten z lewej zrobił się turkusowy i wyciągnął do mnie łapę z tą paczką, co to ją mieliśmy wymienić na towar z ładowni, więc niewiele myśląc, skinąłem ręką, by szli za mną, wcale się nie przejmując, że im gołą, zieloną dupą w oczy świecę i skierowałem się do platformy, którą już Zibi opuszczał. Poszli za mną, obejrzeli towar i chyba się im podobał, bo przyjęli, do tego błyskali kolorowo, przy liczeniu brązowo, przy płaceniu żółto, a jak który na mnie spojrzał, to na zielono. Byłem pewien, że jaja sobie ze mnie robili i ubaw mieli niezły, do spóły zresztą z Morgan, która przylazła jeszcze nabuzowana i chichocząc idiotycznie jednego po tym ich pancerzu - nie pancerzu głaskać zaczęła, póki jej Zibi nie pognał, żeby poszła w Szóstce porządek zrobić. We łbie mi huczało, jak to po grzybkach, więc czym prędzej sfinalizowaliśmy interes i odblokowaliśmy zaczepy z kontenerami, w których ich towar przywieźliśmy. Popatrzyliśmy jeszcze, jak całkiem różowi Ardryci odchodzą w las, a potem Zibi odpalił silniki i wyprowadzał nas na orbitę, a ja pod prysznicem próbowałem zmyć z siebie zielona farbę, która ta pieprzona Morgan mnie pomalowała, bo byłem pewien, że to ona wpadła na ten wspaniały sposób, bo przecież zawsze miała najlepsze pomysły i choć z niej była suka i pijaczka, to załatwiała interesy po naszej myśli i jak tak rozmyślałem, szorując się z tej farby, to przypomniałem sobie o Morgan, bo nagle nie byłem pewien czy wylazła z Szóstki, czy ją w niej zostawiliśmy. Najpierw chciałem lecieć pytać Zibiego, ale stwierdziłem, że jeśli tam została, to dobrze jej zrobi trochę odwyku, a jak nie została, to po co mam lecieć jak idiota do Zibiego, jeszcze pomyśli, że ja za Morgan latam. Umyłem się do końca i dopiero do Zibiego poszedłem, ale wtedy to i on się zorientował, żeśmy ją chyba zostawili i już zaczął zmieniać koordynaty, ale jak wyliczył, to zanim wylądujemy, to minie tam z pół roku, więc stwierdziliśmy, że nie ma chuja, nie lecimy z powrotem po tą wariatkę i polecieliśmy do domu i dzięki nam została wielkim odkrywcą kodu Ardrytów, a ja po latach dowiedziałem się, co oznacza różowy i wcale nie byłem z tego zadowolony.”


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Filip
Pisarz pokoleń
Posty: 1130
Rejestracja: sob 31 gru 2011, 12:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Filip » sob 17 lis 2012, 00:06

Kontakt

WWWGłowę ogolono mi klasycznie – przedwojenną maszynką z przestarzałym napędem elektrycznym. Z początku nie chciała wejść na obroty i pracowała skokowo, dławiąc się i krztusząc, przez co ceramiczne ostrze, miast ścinać, wyrywało mi włosy. Siedziałem nieruchomo, ze znużeniem patrząc jak grupa techników próbuje ją naprawić. W końcu, po wymianie ogniw zasilających i kilku części mechanicznych, maszynka zaskoczyła – dalej pracowała już stabilnie, tylko grzała się przy tym okrutnie, więc przezornie postawiono przy niej na stałe jednego z techników, by pilnował poziomu płynu w układzie chłodzącym.
WWWObsługa ubrana była w białe kombinezony i szczelne maski na twarzy, dodatkowo tłumiące brzmienie ich głosów – dlatego, choć znałem wszystkich, to jednak z trudem odróżniałem ich od siebie. Podejrzewam, że ten, który operuje głowicą maszynki, to Liebrac – główny inżynier Projektu Kontaktów Międzygatunkowych. Jeżeli to prawda, to z pewnością wałek giętki, przekazujący napęd z turbiny do maszynki, przytrzymuje Fosse – jego asystent, największy służbista w całym wydziale. Trzeci to Lutenrau – technik i jednocześnie najmniej doświadczony członek ekipy, dlatego jego rola ogranicza się jedynie do dolewania płynu do chłodnicy.
WWWFosse, po ogoleniu głowy, zabierał się już do ścinania włosów na mej klatce piersiowej, gdy coś strzeliło w napędzie maszynki – błysnął łuk zwarcia i z chłodnicy podniósł się obłok pary lub dymu, nie widziałem dokładnie. Liebrac zaklął szpetnie, Fosse wypuścił z rąk wałek giętki, który z plaśnięciem upadł na podłogę, a Lutrenrau rozłożył ręce w geście bezsilności, i powiedział:
- Padła na amen. - Spojrzał na mnie bezradnie i dodał: - Już nic z niej nie będzie.
- Mamy mało czasu – Liebrac zawiesił głowicę maszynki na uchwycie i zdjął gumowe rękawiczki. - Dokończymy ręcznie.
WWWBywa i tak, pomyślałem. Spodziewałem się dalszych problemów, lecz poradzili sobie nadzwyczaj sprawnie: Lutrenau pomógł mi ułożyć się wygodnie na stole laboratoryjnym i przygotował odpowiednie narzędzia, Fosse namydlił moje ciało w miejscach, gdzie nie zdążyła dotrzeć głowica maszynki, a Liebrac ogolił mnie dokładnie i jeszcze bardziej klasycznie – brzytwą, ostrzoną na gruboziarnistym kamieniu. Dźwięk jej hartowanego ostrza, ślizgającego się na skórze w pachwinach zapamiętam na długo.
- Z grubsza, może być – powiedział w końcu Liebrac i odłożył brzytwę. - Teraz, przyjacielu, czas na następny etap. - Poklepał dłonią napęd zepsutej maszynki i powiedział: - Tam będzie przynajmniej ciszej.
WWWLutrenau pomógł mi założyć płaszcz z foli termicznej i przeszliśmy do następnego pomieszczenia. Było większe i bardziej przestronne od poprzedniego, olbrzymie lampy wiszące na suficie dawały jasne i mocne światło. Tam musiałem się rozebrać i poddano mnie krótkiej kąpieli w niewielkiej kabinie natryskowej, po której stałem się czysty jak niemowlak. Następnym etapem było smarowanie całego ciała specjalnym, bezbarwnym żelem – Fosse rozprowadził go dokładnie plastikową szpatułką. Dalej poszło już szybko: Liebrac z pomocą laserowej głowicy, usunął pozostałe,mikroskopijne ślady owłosienia z mojego ciała. Ponieważ końcówka lasera jest zaopatrzona w układ chłodzenia, udało mu się nie poparzyć mnie zbytnio i cały zabieg wydał mi się nawet przyjemny. Na zakończenie Fosse pistoletem natryskowym nałożył na całe moje ciało bezbarwny żel łagodzący.
- Dobrze – Liebrac dotknął mojej idealnie gładkiej skóry na brzuchu i dodał: - Odwzorowanie kolorów powinno działać doskonale. Kolejny etap to...
WWWAutotransfuzja. Usiadłem wygodnie w specjalnym, sterylizowanym fotelu i obserwowałem, jak pojawiają się kolejni technicy. Potem przymknąłem oczy – nie chciałem patrzeć, jak wbijają w me żyły igły do transfuzji i podpinają pojemniki z krwią. Abrh+, moja własna – pobierana żmudnie przez wiele tygodni, odpowiednio uzdatniona i natleniona. Idealna do wykorzystania w procesie homochromii.
- Możemy porozmawiać? - Nieznany głos, niski i trochę gardłowy, wybił się ponad szum maszyny do transfuzji. - Muszę zadać kilka pytań.
- Oczywiście. - Otworzyłem oczy i dostrzegłem obok siebie kolejnego technika. - Proszę mówić, ja będę słuchał.
WWWMężczyzna dokładnie opisał ryzyko związane z procesem homochromii – wszystkie możliwe skutki uboczne, włącznie z ryzykiem zejścia śmiertelnego.
- Proszę pamiętać o krystalizacji – dodał na koniec. - Nie mamy możliwości dokonywania na bieżąco pomiarów, lecz przejście w okolice czerwieni, spowoduje przemianę feromonów zawartych w pocie w stan stały. Tego procesu nie można powstrzymać. Dla pana oznacza to śmierć biologiczną...
WWWNie chciałem tego słuchać i ucieszyłem się, gdy Liebrac ogłosił zakończenie transfuzji, po czym wyprosił tego człowieka – przed jego wyjściem zdążyłem jeszcze zaakceptować elektronicznym podpisem usłyszane informacje. Odłączono mnie od igieł transfuzyjnych i mogłem wstać z fotela. Czułem się dobrze, natleniona krew dawała mi moc i siłę.
WWWOstatnim etapem przygotowań była iniekcja podskórna biotranslatora – dokonał jej osobiście Liebrac. Z pomocą specjalnego aplikatora, przez wykonany wcześniej i odpowiednio zabezpieczony odwiert w mej czaszce, wprowadził bezpośrednio do mózgu sondę i wyzwolił impuls elektryczny – poczułem ukłucie bólu i świat przed mymi oczami wystrzelił feerią barw.
- Teraz musimy się już bardzo śpieszyć – powiedział Liebrac, odkładając iniektor. - Translator działa jedynie przez pięć minut. Powodzenia.
WWWMówił coś jeszcze, lecz przestawałem go rozumieć – to efekt działania biotranslatora, który przestawił działanie moich ośrodków nerwowych na język homochroniczny. Szybko zaprowadzono mnie do komory przejściowej – technicy, Fosse i Lutrenrau przemawiali do mnie w języku, którego nie rozumiałem. Gdy znalazłem się w komorze, zgasło światło i włączyły się spryskiwacze, błyskawicznie pokrywając me ciało środkiem aseptycznym. Po chwili otworzył się kolejny właz i zalały mnie promienie jasnego światła. Nabrałem powietrza w płuca i pewnie ruszyłem w tym kierunku.


WWWBył wspaniałym okazem samca. Wysoki i silny, z wyraźnie rysującą się linią mięśni pod półprzezroczystą, idealnie gładką skórą. Budową kostno-mięśniową przypominał nasz gatunek – cieszyłem się myślą, że będę mógł z nim rozmawiać. Chciałem ułatwić pierwszy kontakt, więc skupiłem się mocno i ustaliłem poziom zabarwienia skóry na neutralny.
- Ja, przyjaciel – odpowiedział szybką zmianą kolorów. - Mam na imię Kaj.
- Witaj, Kaj – Starałem się powoli zmieniać barwy skóry i obserwować uważnie, czy wszystko rozumie. - Porozmawiajmy.
WWWOstrożnie podszedłem do niego i wyciągnąłem przed siebie otwartą dłoń. Dostrzegłem na jego ciele błysk czerwieni, więc dodałem szybko:
- Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy.
WWWPatrzyliśmy na siebie nieufnie i nie pamiętam, który z nas odezwał się pierwszy. Pamiętam natomiast słowa, które wtedy padły.
- Znam dobrze wasz gatunek. Wasi kapłani, niosący drewniane krzyże i złote pierścienie, opowiedzieli nam historię świata, z którego przybywasz. Nie macie niczego, czym moglibyście podzielić się z nami.
- Mamy naszą wiarę. Mamy Boga...
- Który w swej nieskończonej mądrości pomieszał wasze języki i umysły. Sprawił, że nie potraficie się porozumiewać w obrębie własnej planety. A teraz chcecie tę wiarę nieść dalej, ku gwiazdom...
- Mamy naszą kulturę i sztukę...
- I to mówi człowiek, którego przodkowie topili w koniaku malutkie ptaszki i potem zjadali ich sfermentowane ciałka. Dwa i pół tysiąca lat od śmierci boga jesteście w tym samym miejscu. Jego poświęcenie nie nauczyło was niczego...Uważaj na czerwień, przestajesz nad sobą panować...
- Mamy naukę...
- Która pozwala wam rozszczepić jądro atomu a jednocześnie jest zbyt słaba, by umożliwić zrozumienie samic własnego gatunku. Nie macie nic, jesteście tylko kosmicznym pyłem...
WWWDostrzegłem z przerażeniem, że ciało tego pięknego samca, Kaja, przybiera czerwoną barwę i zaczyna lśnić, niczym zimowy szron na drzewach mej ojczystej planety. Opuściłem ze znużeniem głowę i już nie patrzyłem na niego, gdy z łoskotem przewracał się na podłogę, i gdy przez otwarte drzwi śluzy wbiegali jego odziani w biel towarzysze, by próbować go ratować. Czułem żal, że znów się nie udało.



Awatar użytkownika
Chii
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 566
Rejestracja: wt 17 lis 2009, 21:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Chii » sob 17 lis 2012, 17:28

____ Stasiek spojrzał na dno swojej flaszki.
____ - No i kuniec.
____ - Jaki kuniec? Chopie, jadymy do Andrutów. Kaj, to syćko puczątek – odpowiedział Czesiek.
____ - Aj, Cesiu, Cesiu. Andruta to se schrupać możesz.
____ - Ty, to nie jest, tak aby przypadeczkiem, kunibalizm?
____ - Cesiu, kielnia jego mać, Ardyty to som.
____ - Co?
____ - Ar-dry-ty.
____ - Ty se jaja robisz. Gotowane normalnie.
____ Parsknęłam śmiechem.
____ - No cu, szefowo?
____ - Panowie, to, że jesteśmy na małych wakacjach, nie znaczy, że macie tylko żłopać ten różowy dżin. Zaraz wyruszamy do tych Ardrytów i raz, raz załatwiamy sprawę. Kapiszi?
____ - Tak, psze pani – Stasiek i Czesiek odpowiedzieli chórem, po czym odbiło im się czkawką. Śmierdziało od nich różową tęczą.
____ - A musim? – dopytywał się Stasiek.
____ - No chyba nie myślicie, że pójdę tam sama, nie?
____ - No a kaj nie?
____ - Sama to se mogę w tej dżungli... kupę ukręcić, a i to nie wiem, czy nie byłoby to zbyt niebezpieczne. No dobra, wskakiwać w fatałaszki.
____ - Szefowo, te wdzianka są okropne. Nie współgrają z moim kolorem oczu – zaczął Czesiek.
____ - To je sobie wydłub. – Stasiek skrzywił się na dźwięk moich słów. – Jeszcze jeden wyrazik i ci w tym pomogę – dodałam.
____ - Tak, psze pani.
____ Dochodziło już południe, gdy dotarliśmy w miejsce, które wydawało nam się być umówionym miejscem. Kombinezony grzały nas jak odpowietrzone kaloryfery, ale nie było mowy, by je nawet zdejmować. Mogło okazać się to dla nas niebezpieczne. A śmierć współpracownika byłaby zbyt niewygodna. Za dużo wypełniania papierów po godzinach. No, ale skoro wiedzieliśmy, że zielony był pozytywny, to należało to wykorzystać. No i se uszyliśmy łaszki.
____ - To malachitowe wdzianko naprawdę spłaszcza mi pupę... – marudził Czesiek. – Po prostu, jakby mnie kto teraz zobaczył, no ja nie mogę, straszne fo pa.
____ - Fo pa to ty będziesz miał, jak ci wsadzą maczugę w tego malachitowego pupensztajna... – zaśmiał się Stasiek.
____ - Cicho! – warknęłam, bo między gęstymi zaroślami zaczęły pokazywać się żółte kształty.
____ - Ty, Andruty! – krzyknął Czesiek.
____ Coś poruszyło się między dwoma wielkimi liśćmi. Zanim się spostrzegliśmy, przed nami stało małe, dziwne, żółte coś z wielkimi gałami. Miało trzy rączki i trzy nóżki, a nawet troje uszu. Najdziwniejsze, że było pokryte kanarkowymi kafelkami.
____ - Chryste panie! – wykrzyknął Stasiek. – Ale brzydki!
____ - Cicho, szczerzyć się – wycedziłam przez zęby, szeroko się uśmiechając.
____ Dziwne coś zmrużyło oczy. Twarz mi spąsowiała ze zmęczenia, gorąca i ze wstydu. Ten żółty Ardryta przez chwilę migotał jak oszalały, nie wiedząc chyba jak do nas zaświecić. Chwyciłam przerażonego Staśka i wyciągnęłam na przód. Był bardziej jednokolorowy. Przywódca szeroko otworzył oczy i zaświecił na limonkowo. Dobrze, kurna, myślę, cieszy się. Wdzianka działają. Aż tu nagle nadął poliki i tak głośno zadął uszami, że zobaczyłam gwiazdki na niebie, choć niebo było przejrzyste i błękitne. Gdy je oglądałam (jedna wyglądała właściwie na tę polarną), poczułam jak mnie coś szczypie w tyłek. Ni to osa, ni to mucha, tylko takie mocniejsze kłucie. Więc się obejrzałam. A tam jedno z tych dziwnych cosiów stało za mną i kłuło mnie swoją maczugą w tyłek. Musiała być chyba zatruta, bo gwiazdki zrobiły się tak duże, że poczułam, jak mi spadają na głowę.
____ Gdy się obudziłam, byłam cała mokra. Rozejrzałam się na boki nieprzytomnie i ze zgrozą skonstatowałam, że Czesiek, chrapiąc jak baranek, mnie potwornie obślinił. Był do mnie przywiązany i tak niefortunnie się przekręcił, że cała ślina skapywała mi na ubranie. Obok niego siedział Stasiek. Głowa mu zwisała w dół i coś mamrotał pod nosem. Powiązali naszą trójkę jakimś grubym, czarnym sznurem. Wszystko skąpane było w półmroku. Zamrugałam. Coś mi odmrugało, zdziwione pewnie moim mruganiem. Z ciemności wynurzył się jeden z Ardrytów, chudszy od pozostałych i arbuzowy. Dałam zaślinionemu Cześkowi kuksańca w bok.
____ - E, chopie, obudź się.
____ Czesiek zachrapał i jęknął. Otworzył oczy i patrzył przed siebie.
____ - Psst, Czesiek, gdzie te papiery?
____ - Csssooo?... Papiery?
____ - No, że mamy geszefcik do zrobienia.
____ - Ale cso siem dziejem?... – wymamrotał Czesiek.
____ - Papiery, pacanie!
____ Czesiek odkręcił głowę i spojrzał na mnie zdziwiony. Ardryta zrobił się mleczny i głośno zaszczebiotał, uciekając w najbardziej odległy od nas kąt.
____ - Chryste panie! – Stasiek na dźwięk szczebiotania obudził się, wrzeszcząc w niebogłosy. Mlecznobiałas wybiegł z pomieszczenia, robiąc jeszcze więcej hałasu.
____ - No pięknie, w krowę twoją mać! – krzyknęłam zrezygnowana.
____ - Szefowa?! – zdziwił się Stasiek.
____ - Nie, maczuga! – odpowiedziałam. – Skąd ty wytrzasnąłeś te kombinezony?
____ - Jak to skąd?...
____ - Czesiek ich nie załatwiał, tylko ty. Skąd je masz? – zapytałam, próbując się opanować. Jeszcze potrzebny mi był przestraszony Ardryta na dokładkę.
____ - No z budowlanki.
____ - Z budowlanki?... – zdziwiłam się.
____ - No, panowie mieli niepotrzebne, to se wziąłem, co nie. Chcieli dorzucić żółte kaski, ale nie brałem. Miały być cięcia w kosztach, to tanio załatwiłem.
____ - Ale nie taki kolor!
____ - Jak to? Przecież są zielone?...
____ - Ale te Andruty... – wtrącił się Czesiek. – Nas pojmały. Pewnie zły odcień. Chodziło o seledyn. Na pewno.
____ - Zielony to zielony – Stacho wzruszył ramionami.
____ Zanim zdążyłam mu odpowiedzieć, pojawiło się kilku brzoskwiniowych Ardrytów, a za nimi znajomy białas.
____ - No i kuniec – westchnął Stasiek.
____ Wzięli nas za fraki, wcześniej odwiązali od siebie, bo byśmy się poprzewracali i zaciągnęli na środek wioski. Czekał już tam na nas wysoki lapis-lazuli. Popatrzył na nas osobno innym okiem, coś zacharczał do stojącego za nim błękitu paryskiego i odszedł do chaty za nim. Błękit podszedł do mnie, chwycił za zaśliniony kombinezon, brzydząc się pewnie przy tym niemiłosiernie, i pociągnął za sobą do chaty, do której udał się lapis. Czesiek i Stasiek zaczęli coś pokrzykiwać, ale Ardryci szybko ich uspokoili, wymachując swoimi kolczastymi maczugami.
____ O dziwo, chata był jasna, przestronna, urządzona pod błękit królewski. Pomyślałam więc, że to pewnie przywódca. Siedział na trójnogim krześle na wysokim podeście. Naprzeciw niego stał mały stolik przykryty jaką szmatą i inne trójnogie krzesło. Wyciągnął rękę i wskazał na mnie, a potem na krzesło. Posłusznie usiadłam, wytrzeszczając oczy. On przyglądał mi się przez chwilę, po czym nachylił się, niemal wbijając palec w moje oczy. Potem wyprostował się, wskazał na jagodowy wazonik i zazielenił się pistacjowo. Zmarszczyłam brwi. Poklepałam się po kieszeniach, wyjęłam pogniecioną kartkę, rozprostowałam i podałam przywódcy. Ten pogładził ją delikatnie, zrobił się kakaowy i wskazał za mnie. Odwróciłam się.
____ ____ - No ale jak to tak? – zapytałam.
____ Przywódca pobrzoskwiniał. Wyciągnął dwa palce. Na zewnątrz, w miejscu, które pokazywał Ardryta, stali przestraszeni Czesiek i Stasiek.
____ - Nie ma mowy, niebieściutki – wymamrotałam. – Najpierw mi go pokaż.
____ Dotknęłam swojego oka, potem kartki, a na końcu pokazałam na niego. Chyba zrozumiał, pomyślałam. Pisnął i pojawił się gość w błękicie paryskim. Wziął mnie pod rękę i wyprowadził.
____ - Cu uni ci robiom? – krzyknął Stasiek.
____ - Syćko w porządalu, dajta im prezenty – odpowiedziałam niepewnie.
____ - Ale zabrali nam syćkie rzeczunie – dodał Czesiek.
____ - No to dajcie się zeżreć! Na pewno macie coś w kiesze... – nie zdążyłam dokończyć, bo Ardryta pociągnął mnie za sobą.
____ Wyszliśmy na niewielką polanę pełną różnokolorowych traw. Czekał już tam na mnie ten lapis-lazuli. Uśmiechnęłam się. Obok niego stała mój upragniony towar. Idealny na wszystko. To, czego tak długo szukałam.
____ - Umowa stoi – szepnęłam, wskazując na siebie i na moje nowe cudo, a później na niego i za siebie.
____ Ardryta zazielenił się seledynowo. Wyciągnął dwa palce.
____ - Trochę dużo chcesz, co nie – powiedziałam, pokazując mu jeden.
____ Zrobił się rubinowy.
____ - Dobra, dobra. Niech będzie – wzruszyłam ramionami. – I tak są do niczego.
____ Z ociąganiem wyciągnęłam dwa palce. On znów zmienił kolor na seledynowy. Podszedł do mnie z moim cudownym, tęczowym zwierzątkiem i wręczył lejce. Pogłaskałam je po długiej szyi i lśniącej grzywie, która mieniła się milionami kolorów. A ten róg, na najsłodsze lukrecje, jak on błyszczał! Przytuliłam się do jego ciepłego ciała i pomaszerowałam za seledynowym Ardrytą. Trudno, myślałam, coś za coś. Gdy wróciliśmy na środek wioski Czesiek i Stasiek otoczeni byli trzema różowymi, trochę inaczej wyglądającymi cosiami. Żywo o czymś dyskutowali.
____ - Ty, dlaczego oni zróżowieli? – zapytał przerażony Stacho.
____ - To madżenta- odpowiedział Czesiek.
____ - Co?
____ - Madżenta. Prawie jak fuksja, ale inna. To nie róż.
____ - Co ty pierniczysz? – zdziwił się Stasiek.
____ - Nic, ale zjadłbym.
____ Kiedy mnie zobaczyli, pomachali. Skrzywiłam się nieco, bo wyrzuty sumienia są gorzkie, ale odmachałam.
____ - Ale słodki! – wykrzyknął Czesiek na widok zwierzęcia, które prowadziłam.
____ - No w mordkę! – zawtórował Stach. – Czyli co, geszefcik załatwiony?
____ Skinęłam głową, tuląc się do jednorożca. A właściwie jednorożki, bo w kontrakcie zapisana była jednoroga kobitka.
____ - A czemu oni tacy różowi? – zapytałam, próbując zmienić temat.
____ - A landryna wie. – Czesiek wzruszył ramionami.
____ - Co im daliście?
____ - No jak to co? Czekolady mieliśmy, to im daliśmy i oni poróżowieli – dodał Stasiek.
____ - To jest madżenta – wtrącił Czesiek.
____ - Madżentę to ty będziesz miał jak się nie przymkniesz. – Stacho zamachał pięścią Cześkowi przed nosem.
____ - Ty, ale spójrz no tylko na nich! – nagle krzyknął ten drugi. – Jacyś tacy inni... Ty! A może oni się zakochali?!
____ - Znów se jaja robisz – powiedział Stasiek, zerkając kątem oka na otaczających ich Ardrytów. – Przecież to faceci...
____ Uderzyłam się ręką w czoło. Co za pacany. Jeszcze raz ktoś mi będzie wmawiał, że potrzebne są cięcia w kosztach, to mu łeb utnę. Albo przehandluję.
____ - No, panowie – przerwałam im. - Miło było, ale czas ucieka.
____ Stasiek i Czesiek spojrzeli zdziwieni.
____ - Pora się zbierać? – zapytał Stacho.
____ - No tak jakby – odpowiedziałam.
____ - Tak jakby?
____ - Szefowo, co to ma znaczyć? – Czesiek zmarszczył brwi.
____ - No, bo ja się zbieram, a wy nie bardzo.
____ - Co?! – krzyknęli razem.
____ - Powodzenia – powiedziałam, puszczając do nich oko.
____ Zanim zdążyli zareagować, wsiadłam na tęczową jednoróżkę i odgalopowałam w siną dal. Później okazało się, że to był pan jednorożec i nie ma szans go wydoić, by później przerobić mleko na cukierki. A nawet jeśli, to spowodowałoby to raczej tęczowe wymiociny niż nieziemską rozkosz. Ale tak to bywa w biznesie.


Dzwoń po posiłki!

Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2803
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » sob 17 lis 2012, 17:39

wwwEnteropia była częstym przystankiem na trasie handlowej Ziemia - Quinn. Pokojowo nastawieni Ardryci, międzygalaktyczne bary z tanimi przekąskami, ogromny zapas wody na planecie i to, co dla Ziemianina najważniejsze - atmosfera, która pozwalała przeżyć nawet dwa tygodnie bez masek.
wwwZwykle nie zostawałem tam dłużej niż dwa, trzy dni. Odwiedzałem knajpki, grałem w kręgle albo oglądałem jakieś projekcje. Często robiłem też zapasy na dalsze podróże po galaktyce. W metropolii w ogóle nie spotykałem Ardrytów, w barach obsługiwały albo Ziemianki, albo Quinnki.

wwwSiedziałem w knajpce i wcinałem parówki. Srebrzysta Quinnka w małej masce zasłaniającej nozdrza i pyszczek nalewała do szklanki lemoniadę. Na plecach miała poręczną butlę z argonem, na szyi wisiała elektroniczna tabliczka z napisami w czterech językach.
www- Coś jeszcze? - Na tabliczce pojawił się napis po quinnsku, angielsku, rosyjsku i chińsku.
www- Dziękuję, to wszystko. Proszę dopisać do rachunku.
Konsorcjum Aldo zapłaci. Za jedzenie, za nocleg, za wszystko. Ale muszę dowiedzieć się jednego - Czym można handlować z Ardrytami?
wwwNie jestem, nie byłem i nigdy nie będę szpiegiem. Aldo odkryło, że Ardryci z wielką chęcią pozbywają się zasobów wody, a jedynym odbiorcą jest Kartel H2O, potentat na rynku zasobów nieorganicznych. Handlują również minerałami, dlatego podejrzewam, że właśnie diamenty są monetą.
wwwCzy przygotowałem się do negocjacji? Mam towar: rubiny, szmaragdy, ametysty… Grafit, węgiel i diamenty. Mam też krzem i piasek, żwirek i bursztyn. Wszystko posegregowane w małych woreczkach, przypięte u pasa.
Ardryci są przyjaźnie nastawieni, poza tym mało ruchliwi, więc raczej nie będą atakować. Wystarczy obmyślić plan, opuścić metropolię i udać się do ich siedzib.
www- Zacznijmy więc od tego co wiemy- zwróciłem się do towarzysza. Klakson to mój wierny android, wersja Black, made in Japan. Najlepszy sternik, tłumacz i kumpel. Nie umie tylko jednego - pocieszyć gdy mi źle. Ale od tego mam drugiego towarzysza.
wwwFlakon spojrzał na mnie z wyrzutem. Nie smakowały mu kocie chrupki, wolał chlipać tutejszą wodę z miseczki. Czasami miałem wrażenie, że smakuje mu bardziej niż ziemska.
www- Klakson, masz przygotowane mapy? Wyszukałeś informacje? Popytałeś tutejszych?
www- Mapy przygotowane. – Android przygładził zaplamioną kartkę. – Pojedziemy metrem na granicę metropolii, zajmie nam to około godziny. Przejdziemy przez bramę D i potem pieszo przez las. Na mapce jest ścieżka i mnóstwo wody. Dalej brak danych.
www- Te kropki to siedziby?
www- Dużo tych kropek. Więcej niż przy bramie A i B razem wziętych.
www- A co mówią ludzie?
www- Ardryci nie przychodzą do miasta. Nie interesują ich ani ziemskie ani quinnskie rozrywki.
www- Masz jakieś zdjęcia? Podobizny? W życiu nie widziałem Ardryty.
Klakson pokazał kilka odręcznych rysunków.
Zamyśliłem się. Wyglądają bardzo… schludnie. I praktycznie.
www- Coś jeszcze wiemy? Język, zwyczaje?
www- Są mało ruchliwi. Nie mówią, porozumiewają się kolorami. Zielony oznacza uśmiech.
www- Gdybym był prostokątem też byłbym mało ruchliwy. – Westchnąłem. – Wychodzi na to, ze zieleń to jedyny trop. Podchodzimy do zielonych, przynajmniej wiemy, że będą przyjaźnie nastawieni. Flakon, idziesz z nami?
Towarzysz wskoczył mi na plecy. Idzie z nami. Koty łagodzą obyczaje.

[center]***[/center]

wwwNaturalny krajobraz Enteropii był kocim rajem. Mnóstwo skał, kamiennych ścianek i schodów. Flakon urządził sobie rajd po wysepkach skalnych, upijał wodę z kałuż i gonił za szarymi, trawiastymi kulkami, które toczyły się niczym róże jerychońskie po dzikim Teksasie.
Ardryta stał przy brzegu źródełka.
Sam, jeden, szarawy. Kiedy nas zobaczył przybrał ciemniejszy kolor. Pomachałem na przywitanie. Szturchnąłem Klaksona, żeby też pomachał.
Ardryta zzieleniał. Co za szczęście, był przyjaźnie nastawiony.
www- Jestem Gwidon, handluję minerałami. Bardzo chętnie nawiązałbym współpracę. Interesuje mnie woda. – Pokazałem na źródełko. – Rozumiesz mnie?
Zmienił kolorystykę na szary, a potem znowu na zielony.
www- Czy to oznacza, że tak?
Szary, zielony, szary.
www- Czy to twoje źródło?
Szary, zielony, szary.
www- Czy mogę je kupić?
Czarny.
Spojrzałem bezradnie na Klaksona.
www - Co oznacza czarny?
Klakson wzruszył ramionami. - Teraz się mieni.
Ardryta pulsował czerwienią.
www- Co on może chcieć? Czy czerwień oznacza ostrzeżenie? Czy mamy sobie iść?
Nagła czerń.
www-Mamy zostać?
wwwPrzyjazna szarość, przez krótką chwilę zieleń, znowu czerwone pulsowanie. Chyba mieliśmy zostać. Zacząłem się zbliżać do Ardryty. Czerwone pulsowanie było coraz szybsze, gdyby miał ogon pomyślałbym, że zaraz zacznie nim merdać. Podszedłem naprawdę blisko, prawie oko w oko, metaforycznie opisując sytuację. Był prostokątem. Nie miał części ciała, wydawał się szorstki niczym papier ścierny. Położyłem dłoń na jego…ekhm…twarzy. W dotyku był bardzo ciepły jak nagrzany kamień. Zaczerwienił się jednolicie, a gdy opuściłem dłoń, zauważyłem jej zielone odbicie.
www- Lubi dotyk? – pomyślałem. Wyciągnąłem z sakiewki szmaragdy. Ardryta stał się szary. Pokazałem mu towary. Ametysty, diamenty, piasek, żwirek. Stał tam, bez ruchu, dobijając mnie swoją uprzejmą szarością.
www- Dam Ci te piękne kamienie za wodę? Na razie wezmę tylko jeden baniak.
Szarość ciemniała bardzo powoli.
www- Klakson, wymyśl coś! – warknąłem w kierunku androida.
www- Nie interesują go kamienie, Gwi. Za to jest zainteresowany kontaktem.
www- Sam tyle widzę! Nie będę tu siedzieć i go głaskać przez resztę dnia! – Wstałem zrezygnowany i powoli zacząłem się wycofywać.
wwwArdryta jak dziki zaczął pulsować na czerwono, pojawiały się też granatowe pręgi.
Czułem jakby wołał – Nie odchodź, nie zostawiaj mnie tu samego!
Nie zostanę ardrycką niańką. Negocjacje okazały się klapą. Klakson też się nie przydał, najwyraźniej też nie ma tego, czego oczekują.
wwwFlakon wystrzelił zupełnie znikąd jak ruda strzała. Gonił za szarą kulką, aż wpadł na Ardrytę. Zatrzymał się nagle, obwąchał i… zaczął ostrzyć pazury o chropowatą skórę Obcego.
www- Flakon, nieee! – zawyłem i ruszyłem biegiem, żeby oderwać kota od nowej drapaczki.
Ale Ardryta stał się zielony i drapanie mu się podobało.
Kot potem położył się, tuląc do ciepłego prostokąta i zasnął. Ardryta jaśniał. Z zielonego, stał się seledynowy, a na koniec zupełnie biały.
www- Czy możemy kupić wodę za kota? – Klakson zapytał, a obcy mrugnął zielenią by znowu zanurzyć się w błogiej bieli.
Popchnąłem Klaksona. – To mój kot, durna kupo złomu! Chciałbyś, żebym ciebie przehandlował? Flakon to mój towarzysz, a ty go oddajesz jakby był jakąś zabawką! – Trzasnąłem go w twarz, aż wgięła się metalowa obudowa.
Klakson złapał moje nadgarstki w żelazny uchwyt i spojrzał mi prosto w oczy.
www- Gwi, wracamy na ziemię i wracamy z kontenerem kotów. Flakona podmienimy jak wrócimy. Ci tutaj potrzebują trochę czułości, a my możemy wywieść trochę wody.
www- Czy ty zdajesz sobie sprawę w jaki biznes się wpakowaliśmy? Zważ na atmosferę! Koty będziemy musieli wymieniać co dwa tygodnie, wysyłać je do jakiegoś cholernego kociego Spa na detoks i przywozić z powrotem!
www- Gwi. To genialne! Musimy wykręcić się z Konsorcjum, założyć własną działalność. Fabryka Czułości! – android zaczął przestępować z nogi na nogę.
www- Przyda ci się szybki format – poklepałem go po plecach.



Awatar użytkownika
Caroll
Pisarz pokoleń
Posty: 1044
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Caroll » sob 17 lis 2012, 17:59

Towar nie na sprzedaż. Jeden wulgaryzm.

Pomimo spotkań organizacyjnych, prób, planów i rozpisek, oczywiście byliśmy spóźnieni, Dziuba rzygał z nerwów w kiblu, a Mishtet biegał po pokładzie bez spodni, krzycząc:
- Jaki morski, to jest zielony! Zie-lo-ny!
- Morski! – Odparłam zimno, piorunując go wzrokiem. – Znajdź inne, bo pójdziesz w samych gaciach – dorzuciłam zjadliwie. – One przynajmniej mają odpowiedni kolor. Gdzie jest Bebe?
- Siedzi w swojej kajucie i ryczy, że nie pofarbuje włosów – usłużnie poinformowała mnie Miśka. Jako jedyna była już prawie gotowa, teraz pracowicie rozsmarowywała ostatnią warstwę farby na twarzy.
Krytycznie spojrzała w lustro, oceniając efekt. Westchnęłam z lekką zazdrością, bo nawet zielona Miśka była wyjątkowo atrakcyjna. Niemniej, dla Ardytów nie będzie to miało raczej znaczenia – miała za mało macek. Chichocząc cicho pod nosem, poszłam szukać Bebe.
- Słuchaj, wariatko jedna ty, za kasę, jaką zarobimy będziesz mogła sobie wyhodować włosy jakie chcesz. Nawet różowe w ciapki – pocieszyłam ją niemalże serdecznie. Spojrzała na mnie załzawionymi oczyma, wytarła nos i kiwnęła głową.
W końcu udało mi się ten cały burdel ogarnąć i wszyscy, ubrani, pomalowani na zielono, wystrojeni łańcuchami ogalitu, ruszyliśmy po trapie na spotkanie gospodarzy.
- Tylko pamiętajcie – syknęłam – ani mru mru o kryształach, tak?
- Tak jest, pani kapitan – odparła mniej lub bardziej entuzjastycznie moja załoga.
- Tylko jak ich przekonasz, do sprzedaży, skoro nie będziesz o nich rozmawiać? – Bebe nie odpuszczała.
- Niech cię główka o to nie boli, laleczko – mruknęłam. – Trzymaj się tylko planu.

Ardyci powitali nas kawałek za lądowiskiem i poprowadzili do miasta. Dookoła dominował krajobraz całkiem jak z Księżyca – szara równina, srebrne plamy rtęciowych jezior i mdłe, nijakie światło bliźniaczej gwiazdy Enteropii. Maski mogliśmy zdjąć dopiero pod kopułą. Bez filtrów powietrze miało lekko metaliczny posmak, ale było zdatne do oddychania. Teraz mogłam się dokładnie przyjrzeć naszym przewodnikom, zdjęli kombinezony, które upodabniały ich do wielkich odkurzaczy, i zwinęli się naprzeciw nas. W sumie określenie „gigantyczna ośmiornica” nie było całkiem nietrafne. Ten najbardziej w środku zagulgotał i zaświszczał dziwnie, co translator usłużnie przetłumaczył na:
- Witajcie, podróżnicy. Jestem Mi-ki-ti-rik-ka-ti – przez ciało osobnika przeszła najpierw feeria barw, aby pozostawić go intensywnie błękitnym. Nie był to jednak jednolity kolor, miejscami przechodził w cyjan, a nawet w ultramarynę.
Jego towarzysze pozostawali w odcieniach uprzejmej zieleni – jeden lekko seledynowy, w barwie patyny, drugi pistacjowy.
- Witaj, czcigodny. Jestem Kiri Hirianaki, a to moi towarzysze Beatrice Timali, Mishtet ak-Nahal, Michalina Swatniowa i Dzi Ubani. Jesteśmy pielgrzymami – skłamałam bez zmrużenia oka.
- Pielgrzymi – widać było, że trawią to słowo. Dotychczas Enteropię zalewali politycy, wojskowi i naukowcy.
Teraz dominowały odcienie żółci – od miodowej do orchy.
- Opowiedz więcej – zażądał ten z lewej, różowiejąc nieco.
Skinęłam na Bebe, w końcu po to ją zatrudniłam. Potrafiła godzinami wylewać z siebie potoki filozoficznego bełkotu. I tym razem nie zawiodła, rozpościerając przed Ardytami niesamowite wizje uduchowionej wędrówki. Słuchali, zadając od czasu do czasu pytania, które niezbyt rozumiałam, coś o transcendentnym bycie i poznaniu nie-poznaniu.Za to Bebe zdawała się rozumieć doskonale. Wdała się w ożywioną dyskusję, przynajmniej tak można było wnioskować z nasycenia barw rozmówców, teraz wszyscy preferowali róż i cyklamen. Czasami pojawiały się błyski czerwieni i bordo. Cokolwiek sobie myśleli, na pewno nie było im to obojętne.
Ukradkiem szturchnęłam Dziubę, żeby nie ziewał tak ostentacyjnie. Nagle poczułam coś wilgotnego na dłoni, z wrażenia niemal wrzasnęłam. Jeden z Ardytów szybko cofnął mackę i zabarwił się na szaro.
- Wybacz cudzoziemko Ki-ri-hi-ri-na-ki, nasz młody towarzysz poczuł się zafascynowany twoimi ozdobami – wytłumaczył ten w środku, teraz w barwie fuksji.
- Ozdobami? Ach, masz na myśli nasze święte kamienie ducha – dotknęłam kawałków ogalitu, zawieszonych na szyi. Nareszcie zauważyli, ucieszyłam się. Czas na fazę druga planu.
- Zastanawialiśmy się czy moglibyśmy… obejrzeć taki kamień – zaproponował po chwili pauzy środkowy Ardyta. Teraz jego barwy niemalże hipnotyzowały, liliowy mieszał się z lekką gołębią szarością i niezwykle delikatną zielenią.
Udałam, że się waham. Nie miałam pojęcia, czy odczytają moje gesty poprawnie, ale pauza i chwila bezruchu powinny zasygnalizować, że się zastanawiam. Potem poczekałam jeszcze kilka sekund.
- Czy uraziliśmy cię naszą prośbą? Niewiele wiemy na temat waszej młodej rasy.
- Nie, ależ skąd, po prostu to bardzo osobiste. Każdy oznacza pewne duchowe przeżycie – wyjaśniłam, zdejmując łańcuch ogalitu. Położyłam go przed sobą. – Ale, żebyśmy mogli się bliżej poznać konieczne jest zaufanie, prawda?
Potem już wszystko poszło z górki. Ośmiornice z zapałem macały i oglądały wygładzone kawałki ogalitu, obracając je na wszystkie strony. W zależności od światła kamień mienił się innym kolorem. Co śmieszniejsze na Ziemi był zupełnie bezbarwny, ale tu, na Enteropi, w innym widmie gwiazdy systemu, był naprawdę wyjątkowy. Dzięki temu pozornie bezużytecznemu odkryciu Mishtet już wkrótce zostanie najbogatszym fizykiem w Układzie Słonecznym. W końcu padły długo wyczekiwane słowa:
- Czy moglibyśmy jeden z nich zatrzymać? – Dużo bladego fioletu i różu.
Załoga popatrzyła na mnie z napięciem. Dałam wzrokiem znak Bebe.
- One nie są na sprzedaż – krzyknęła, zasłaniając swoje kamienie.
Ardyci jak jeden mąż poszarzeli, a potem przybrali odcienie brunatno-brązowe.
- To prawda. Nie są na sprzedaż. Ale – zawiesiłam głos dla lepszego efektu – chcę wam je podarować. Jako znak naszej przyjaźni.
Przesunęłam swój łańcuch pełen nanizanych ogalitów w stronę rozmówców. Po chwili, jakby idąc za moim przykładem, wszyscy położyli swoje kamienie na kupce.
- Jesteśmy… wzruszeni waszą hojnością – translator zapiszczał, po czym zamilkł przeładowany serią świstów, pisków i gulgotań, jakie po tym nastąpiły, podczas gdy obłe ciała Ardytów mieniły się piękną butelkową zielenią.
Przez następne godziny siedziałam jak na szpilkach, z całej siły starając się zachować spokój. Upragniony moment nadszedł, gdy po zwiedzaniu miasta zbieraliśmy się na statek. Najmniejszy z Ardytów przysunął się do nas, powiewając mackami i zieleniąc się radośnie.
- Uradziliśmy, że nie byłoby słuszne przyjąć tak hojny dar, nie dając nic w zamian. Te kryształy są symbolem naszej religii i wiary. Przyjmijcie je proszę w ramach naszego uznania – wręczył nam całkiem sporą skrzynkę.
Szturchnęłam Bebe, żeby wygłosiła coś równie patetycznego i filozoficznie głębokiego, po czym pospiesznie zwinęliśmy się na pokład. Nigdy w życiu nie widziałam Dziuby tak szybko odpalającego procedur startowych.
Na orbicie wszyscy wyli z radości.
- Kiri! Ty wariatko! Udało ci się! Mamy całą skrzynię cholernych kryształów!
- Kurcze, jak ty na to wpadłaś!
- Cóż, nie chcieli handlować, to wcale nie handlowaliśmy prawda?- Spytałam niewinnie. – Po prostu daliśmy prezent – zachichotałam.
Jeden kryształ był wart miliony. Jego wykorzystanie, jako przewodnika energii było nieocenione. Jedyny egzemplarz, który zdobyła ekipa od pierwszego kontaktu był bezcenny.
- Ciekawe, co zrobią, jak się dowiedzą, że w zamian dostali stertę szmelcu. Odpad poprodukcyjny – mruknął Mishtet, który zanim wyruszył z nami, zajmował się recyclingiem i sposobami neutralizowania odpadków. – Śmiecie.
- Wcale nie – zaperzyłam się. – Towar jest tyle wart, ile kupujący chce zapłacić. Dla nas to może śmieć, ale dla nich coś wyjątkowego.
- No dobra! Zdjęcie pamiątkowe!- Zarządziła Miśka – Uwaga, uś… zielony!



Awatar użytkownika
B.A.Urbański
Legenda pisarstwa
Posty: 1918
Rejestracja: czw 06 paź 2011, 18:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: B.A.Urbański » sob 17 lis 2012, 19:03

Tekst jest niegrzeczny, zły i grafomański. I gupi.

Posłuchaj mnie uważnie, bo to może być jedna z najważniejszych lekcji w twoim życiu. Kiedy przejmiesz ten interes, docenisz jej wagę. Tym bardziej, że niestety nasza nauka nie posunęła się naprzód w kwestii psychologii Ardrytów.
Pamiętam, jakby to było wczoraj, a przecież miało miejsce wiele lat temu. Byłem niewiele starszy od ciebie i przygotowywano mnie do objęcia funkcji prezesa. Wtedy to postawiono przede mną najtrudniejsze zadanie ze wszystkich dotychczasowych - polecieć na spotkanie z Ardrytami na Enterotopii.
Istoty te nie były wówczas prawie w ogóle znane. Pojawiły się znikąd i zaoferowały swoje usługi. Niewiele o nich wiedziano, bo same nie są zbyt skore, aby dzielić się informacjami o sobie. Zresztą, podobnie jest i dziś. W tej kwestii są raczej skryte i dlatego zawsze trzeba z nimi uważać, postępować delikatnie i ostrożnie.
Przed spotkaniem oczywiście solidnie się przygotowałem. Nie chciałem przecież być zielony, więc czytałem literaturę fachową i plotki.
Leciałem wówczas z poprzednim prezesem, Krzyśkiem, który był równie zdezorientowany co i ja, bo przecież jeszcze nikomu się nie udały negocjacje z Ardrytami, lecz ze względu na swoje stanowisko i doświadczenie, stanowił dla mnie autorytet. Ten efekt próbował wykorzystać, odpytując mnie co i rusz z wiedzy, jednocześnie chcąc zamaskować swoją własną nieznajomość tematu.
- Co o nich wiemy? - zapytał, rozsiadając się wygodnie w fotelu i układając dłonie w kształt piramidy.
- Okazuje się, że Ardryci są po prostu idealnymi formami życia, które wyewoluowały z istot niższych, takich jak ludzie, i stały się niemal bogami - odpowiadałem pewnie. - W swej drodze porzuciły powłoki cielesne i w świecie materialnym występują jako obłoki białej mgiełki.
- Taaaak - skomentował, jak gdyby chciał zyskać czas, aby zanalizować moją wypowiedź, aż w końcu spytał: - To jak się z nimi dogadać? Telepatia?
- Niedługo po ich pojawieniu się, wyszło na jaw, że istoty niższe...
- Istoty niższe? - zbulwersował się.
- My.
Mruknął coś pod nosem z niezadowoleniem.
- Wyszło, że istoty niż... to znaczy ludzie i inne rasy, nie potrafią używać telepatii do komunikowania się, ponieważ jesteśmy zbyt prymitywni. Ardryci musieli dostosować się więc do nas.
- I bardzo dobrze! - wtrącił.
- Dlatego zakładają sobie ekrany - kontynuowałem - aby tam umieszczać komunikaty.
- To jak ich czytać podczas negocjacji? U ras materialnych mamy przecież mowę ciała, mimikę. Jak się wie, jak to wykorzystać, rozmowy stają się bardzo proste.
- Będąc na planie materialnym, przejmują niektóre cechy istot z tego miejsca, w tym emocje, które są przedstawiane w postaci kolorów na ekranie.
- I co oznaczają poszczeólne kolory?
- Pewnym jest, że zielony to jakby nasz uśmiech.
- A pozostałe?
- Nic - powiedziałem robiąc smutną minę. - Co do reszty nie może być żadnej pewności.
- Wiesz o jaką stawkę gramy? - zapytał, lecz nie czekał, aż odpowiem. - Jeśli nam się uda, udostępnią nam jako pierwszym swą technologię i będziemy mogli korzystać z ich tuneli czasoprzestrzennych! - Czułem, że dopiero się rozkręca. - Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jakie to nam daje możliwości?! Szybki i bezproblemowy transport zapewni nam oszczędności i niesamowitą ekspansję na całą galaktykę, a nawet dalej! - Zapadła cisza. - Wiesz, że negocjacje mają formę flirtu?
Nie odpowiedziałem, a jedynie pokiwałem twierdząco głową.

***

Nasz statek wylądował na parkingu przy wykwintnej restauracji, gdzie mieliśmy spotkać naszą rozmówczynię. Tak, Ardryci to same kobiety, chociaż nie wiem, czy można o nich tak mówić. Podobno wyewoluowały ponad płeć...
W każdym razie stał tam... Stała tam? Stało tam? Na potrzeby dalszej opowieści, powiedzmy, że było rodzaju żeńskiego.
Kiedy nas zobaczyła, jej ekran pozieleniał.
"Witajcie, Ziemianie!" - głosił napis na ekranie.
- Dzień dobry - odpowiedzieliśmy zgodnie.
Zauważyłem, że na powitanie wyciąga wypustkę, którą uznałem za rękę. Chcąc pokazać swoje nienaganne maniery, o których wyczytałem w poradniku "Gody u ludzi pierwotnych", a które bardzo mi się podobały, chwyciłem i pochylając się ucałowałem.
Ekran natychmiast zmienił kolor na fioletowy.
- Ty gamoniu! - wrzasnął Krzysiek, mocno uderzając mnie dłonią w plecy.
- Co? - wystraszyłem się, aż prawie podskoczyłem. - Co ja takiego zrobiłem?
- Durniu! - mówił do mojego ucha, lecz nie umniejszało to jego złości. - To nie jest ręka. To jest ekhm...
Wyglądało na to, że wiedział więcej niż mi się wcześniej wydawało.
Wybałuszyłem oczy, ale natychmiast się opanowałem i starałem wytłumaczyć:
- Proszę mi wybaczyć tę nadmierną śmiałość. Nie miałem dotychczas za dużo styczności z Ardrytami. Ostatnio często obcuję z NekroPolkami, a one mają wszystko, gdzie indziej niż normalnie.
Znowu uderzenie w plecy.
Moje tłumaczenie chyba zadziałało, bo fiolet przeszedł powoli w jasną zieleń.
"Na imię mam Poczwara"
- O! Jak ładnie. Ja jestem Krzysztof, a to Zenon z planety Ziemia.
"Miło poznać" - ekran nabrał cieplejszej barwy.
- Już się poznaliśmy, to może mała wirtualna orgietka? - rzuciłem, będąc przyzwyczajony do flirtów w sieci komputerowej, gdzie przeważnie odpowiedź brzmiała "ok".
Krzysiek aż się zakrztusił.
Ekran Poczwary mienił się różnymi kolorami, a ja wpatrywałem się w niego jak głupi. Gdyby nie uspokoił się, pewnie dostałbym ataku epilepsji. Zapanowała barwa niebieska, a po chwili wyskoczył niespotykany komunikat. Nigdy takiego nie widziałem.
Zerknąłem na Krzyśka i zobaczyłem, jak z przerażeniem gapi się w ekran.
Szturchnąłem go. Nic.
Mocniej. Nareszcie się otrząsnął i spojrzał na mnie tak przestraszony, jakby zobaczył ducha z przeszłości. Okazało się, że niewiele się myliłem.
- To... To... - jąkał się.
- Spotkałeś to już kiedyś?
Nie odpowiedział, a zerwawszy się z krzesła, chwycił mnie za kołnierz i pociągnął w stronę wyjścia.
- Nawet nic nie zamówiliśmy!
- W nogi! Do statku! - krzyknał, gdy mijaliśmy drzwi.
Nie znałem go nigdy od tej strony. Porwał stery w ręce i natychmiast wystartował. Nikt nie mógłby go wtedy zatrzymać.
Będąc już w pewnej odległości od restauracji, odrobinę podirytowany irracjonalnym, jak mi się zdawało, zachowaniem mojego szefa, rzuciłem okiem przez tylne okno. Nastapiła wielka eksplozja, a cały budynek zniknał z powierzchni planety, niczym zmieciony przez przez bombę z jąder nosomrożca z Liczyrzepy.
- Skąd wiedziałeś? -zapytałem, rozdziawiając usta.
- Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, to istniało coś takiego. Wówczas się tego obawiano. Całe państwa, a nawet planety padały, gdy się pojawił. Nazywano go "blue screen of death". Ja pierdzielę wszystkie możliwości przy takich konsekwencjach! To juz wolę użerać się z ziemskimi babkami.

EPILOG
Zapewne teraz zastanawiasz się, w jaki sposób udało nam się zbudować, to wspaniałe imperium, które widzisz dzisiaj, skoro w negocjacjach z Poczwarą ponieśliśmy fiasko.
Otóż, po jakimś czasie, wbrew argumentom Krzyśka, Poczwara mnie zafascynowała. Wróciłem z eterycznymi kwiatami oraz ezoterycznymi czekoladkami i przeprosiłem za zbyt dobitne i bezpośrednie podejście do sprawy.
Potrzeba było trochę wzajemnej empatii, czułości i... prezentów, a spowodowałem, że Poczwara już zawsze była zielona.
Być może zachodzisz w głowę, po co jest ten cały flirt. Ardryci absolutnie wierzą w teorię ewolucję. Jeśli ktokolwiek miałby być ich bogiem to jest to właśnie Ewolucjonizm, a Darwin jego prorokiem. W związku z tym, również w interesach kierują się prawem doboru naturalnego i walki o byt. Przeżyją najlepiej przystosowane osobniki. Z nimi to Ardryci będą później kopulować, jako z najlepiej radzącymi sobie jednostkami.
Nie chcę się chwalić, ale to wspaniałe imperium jest dlatego, że ja po prostu jestem dobry w te klocki.


I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!
B.A. = Bad Attitude

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3833
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » sob 17 lis 2012, 20:57

Ambra, czyli tak bywa w biznesie

Zaryzykowałem. W biznesie czasem tak trzeba. Zaryzykowałem w dobie kryzysu i upadku marzeń, bo firmę moją widziałem ogromną, mój kraj dźwigający się z kolan, tysiące nowych miejsc pracy i ferrari ze złotymi klamkami w moim garażu. Mogłem mieć imperium o światowym, co ja mówię, międzyplanetarnym zasięgu!

Zaryzykowałem i poleciałem na Enteropię. Po ambrę. Wiecie, co to ambra? Krótko i oględnie, to są po prostu rzygi kaszalota. I tak się jakoś składa, że rozpuszczone w alkoholu pachną jak najmocniejszy afrodyzjak, jak najpiękniejsze kwiaty, jak szum morza, przygoda w pełnym słońcu, jak marzenie. U nas ambra jest cholernie droga, bo z jednej niestrawności kaszalota można uzyskać bryłkę wielkości co najwyżej męskiej pięści. A sami pomyślcie, ile kaszalotów naraz można przyprawić o mdłości? No właśnie.

Na Enteropii to co innego. Tam mają ocean czterokrotnie większy od Pacyfiku, a w wodzie kaszalot na kaszalocie - wielkie jak wieżowce. Na dodatek jakie wrażliwe! Nie cierpią owsa. Wrzucasz do wody trochę płatków owsianych, najlepiej tych błyskawicznych, a rybska od razu - rzyg! I tylko zbierać te potężne bryły ambry, przywozić na Ziemię, rozpuszczać w cysternach z wódką i mamy aromat jak stąd do Antarktydy! A ja odjeżdżam ferrari ze złotymi, a co ja gadam, z platynowymi klamkami...

Tylko był jeden problem - Ardryci. Trzeba było iść z nimi na układ, bo to podobno najbardziej inteligentny gatunek na Enteropii i nie pozwalają obcym pałętać się bez dozoru po oceanie. No to poleciałem na Enteropię. Wziąłem ze sobą moją narzeczoną - Susan Firley - bo ona jest malarką i zna się na kolorach. Ci Ardryci się kolorami porozumiewają. No, nie mogą inaczej, bo uszu nie mają - gadać z nimi nie ma jak, Bacha im puszczać też nie warto. Z kończyn mają tylko czułki z gałami (bo to nie gałki są, tylko gały) ocznymi. Wyglądają jak gigantyczne, kolorowe ślimaki bez skorup.

Z początku wszystko szło całkiem dobrze. Wylądowaliśmy w naszej bazie Coloratura, na południowym brzegu oceanu. Ardryci zaraz przysłali komitet powitalny - całkiem ładny, zielony jak szczypiorek na wiosnę. Potem usiedliśmy do negocjacji. Susan im malowała w pięknych barwach perspektywy naszej współpracy, a oni z uznaniem machali czułkami i wytrzeszczali te gały. Wciąż zmieniali barwy - z zielonego na niebieski i z powrotem. Zielony to chyba był uśmiech, niebieski - diabli wiedzą co, ale ogólnie spokojni byli. A my byliśmy dobrej myśli. Czasem któryś z nich znienacka pokrywał się fioletową wysypką, ze wzruszenia może, albo co, ale potem wracali do formy, więc nie przywiązywaliśmy wagi do tych drobiazgów. A może jednak trzeba było...

W końcu, po wielu godzinach malowania, wytrzeszczania i machania, zrozumieliśmy, że chcieliby od nas kupić prątki Mycobacterium leprae. Susan kilka razy upewniała się, czy aby nic nie pomylili, ale Ardryci twardo upierali się, że trąd jest bardzo piękny i chcą koniecznie ozdabiać nim ciała, bo to im doda urody i wyrazu. Obiecaliśmy, że przywieziemy im następnym razem kilku trędowatych turystów, żeby sobie mogli pobrać prątki. Jak oni się ucieszyli! Tak cudnej zieleni chyba jeszcze nigdy nie widziałem!

Niestety, zaraz potem negocjacje szlag trafił! Już mieliśmy przejść do meritum, Susan zaczęła właśnie malować kaszalota, gdy nagle, ze zmęczenia albo może od smrodu farby, krew jej poszła z nosa. Chlusnęło, ona się za twarz złapała, a tu - kap kap na szmaragdowy ocean krwawe krople pospadały, robiąc jakiś brąz gówniany i te cholerne ślimaki też zbrązowiały i zerwały negocjacje! Na obrazek z Ziemią wskazały, czułkami zamachały, gały w stronę naszego statku wytrzeszczyły i po prostu kazały nam się wynosić.

Dlatego, moi drodzy, nadal mamy kryzys i bezrobocie. Nie wyszło, tak bywa w biznesie. Ale chociaż spróbowałem! Tylko tego ferrari mi żal, bo klamki to by nawet diamentowe mogło mieć...


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Zaqr
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1115
Rejestracja: pn 03 sty 2011, 23:30
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Zaqr » sob 17 lis 2012, 21:10

wwwCo ja im takiego zrobiłem, że wysłali mnie na zadupie galaktyki? Kilkaset parseków temu minąłem satelitę ze znakiem „zawróć, dalej serio nie ma nic ciekawego” – też jestem takiego zdania, ale według wielce szanownej Kapituły, dzięki dobrym stosunkom z Etropią możemy odbić się od dna i umożliwią rozpoczęcie badań nad nanorodzicielstwem. Szkoda tylko, że nie raczyli wcześniej skontaktować się z Przewodniczącym Księgozbioru Galaktycznego, albo z jakimś ekspertem do spraw badań cywilizacji zacofanych, aby dowiedzieć się o Ardrytach czegoś więcej niż to, że są wszystkożerni, biegle posługują się międzygalaktycznym i zmieniają zabarwienie skóry pod wpływem emocji. O ile ostatnia informacja była przydatna, to po długich poszukiwaniach udało mi się ustalić tylko tyle, że zielenieją z radości i stają się beżowi, gdy się zakrztuszą(swoją drogą, nie mam pojęcia jak to się ma do emocji, no ale „co planeta to obyczaj” – jak mówił mój półgenetyczny rodzic drugiego rzędu).
- Kastian, przynieś mi kawy z podwójnym cukrem i babeczki – mruknąłem do mikrofonu i powróciłem do wyżalania się swojemu psychobotowi, który zawzięcie bazgrał(dosłownie bazgrał, bo często po jego wyłączeniu zaglądałem do jego kajecika i widziałem tam tylko szlaczki. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo potrzebowałem słuchacza, a nie psychologa z prawdziwego zdarzenia) w swoim notesiku.
wwwO wiele łatwiej przyszłoby mi iść w „nieznane”, gdybym wiedział jak będą wyglądały istoty, z którymi mam rozmawiać, albo chociaż jakie to korzyści możemy uzyskać. No jednak poradzisz, jeśli jesteś tylko szaraczkiem, któremu udało się wspiąć na stanowisko ambasadora planet zapomnianych, to nie masz prawa niczego od przełożonych wymagać. – westchnąłem ciężko i siorbnąłem z plastikowego kubeczka przywiezionego przez Kastiana – Nawet skazańcy mają lepiej niż ja, bo wiedzą za co i na co się ich skazuje. No nie patrz się na mnie, taka prawda, idę spać, jutro muszę być rześki.
- Na rano przygotuj mi pastę z kiwi albo awocado. Muszę być uśmiechnięty – rzuciłem wychodząc.
***
wwwGodzina pierwsza czasu lokalnego – wszystkie słońca nawalają w mój skafander, a ja stoję jak kołek na środku lądowiska i nie mogę uwierzyć oczom. Planeta, którą każda cywilizowana rasa uważa za zacofaną i niewartą uwagi jest … zacofana! Ha! Tu cię mam doktorku. Dobra, dam ci znać jak już będzie po wszystkim. Trzymaj kciuki. – przerwałem połączenie z Markiem i wróciłem do statku, aby ściągnąć kombinezon, który wedle wszelkich odczytów jest mi tu niepotrzebny. Korzystając z okazji zmyłem z twarzy zieloną breję – pod wpływem słońca wysychała i zmieniała kolor, co mogłoby skończyć się katastrofą. Wkrótce wyruszyłem w stronę najbliższych zabudowań. Domki były niskie i koślawe, przypominały mi te, które widziałem na hologramach w uniwersytecie. Jak to się u nas nazywało? Chyba slumsy. Dzielnice biedy i nędzy. Przeszedłem miasteczko wzdłuż i wszerz, ale nie znalazłem żywego ducha, więc położyłem się na ławeczce stojącej w cieniu rozłożystego drzewa i nawet nie wiem, kiedy usnąłem.
wwwGdy otworzyłem oczy, poczułem się jak na dyskotece – wszędzie migały jakieś światełka i było głośno. Dopiero po chwili zorientowałem się, że źródłem światła są żywe istoty. Mogłem im się dokładnie i bezczelnie przyglądać, bo wzbudziłem ich zainteresowanie i dookoła mojej ławeczki stało kilkanaście osobników, a skoro oni mogą gapić się na mnie, to ja mogę gapić się na nich. Wśród zebranych stała jedna samica. A przynajmniej na taką płeć wyglądała - miała wszystkie potrzebne atrybuty: umalowane oczy, pomalowane pazury, długie, mieniące się różnymi kolorami włosy no i ciało, dzięki któremu podbiłaby wybiegi większości planet zamieszkałych przez istoty około człekokształtne. Jej skóra jarzyła się teraz delikatnym błękitem, a gdy podniosłem się z ławeczki zzieleniała. „Dobry początek” – pomyślałem. W zupełnie ludzkim geście wyciągnąłem do niej dłoń, a ona, ku memu zdziwieniu, chwyciła ją jak dama z wyższych sfer i wyraźnie czekała, aż przejmę inicjatywę. Gdy pocałowałem ją w smukłą dłoń, fala różu rozeszła się po całym jej ciele. Problemem byli jednak przedstawiciele drugiej płci, którzy widząc to zaczęli czerwienieć, a niektórzy nawet czernieć. „Houston, mamy problem” – przemknęło mi przez myśl.
- Jaki jest twój naturalny kolor? – spytała Ardrytka. Jej głos był wprost oszałamiający, a międzygalaktycznego akcentu pozazdrościł by jej niejeden lingwista.
- Biały – odparłem bez zastanowienia, lecz przypomniawszy sobie o tym, że tutaj nie jest to byle co, zacząłem prostować. – To znaczy, w sumie to różowy, ale jestem opalony, bo u nas jest teraz lato, więc troszkę brązowawy, chociaż podczas podróży nie zaznałem dużo słońca, więc mogłem trochę wyblaknąć.
- Teraz jesteś zupełnie biały – powiedziała, a ja zobaczyłem, że zgromadzeni są aż seledynowi i zataczają się od śmiechu.
- To przez stres. – Uznałem, że zagram wszystko na jedną kartę i wytłumaczę się dokładnie –Gdy zobaczyłem, że jesteście czerwoni, to pomyślałem, że zrobiłem coś nie tak i jesteście na mnie źli.
Jeśli miałbym powiedzieć co najbardziej mnie zaskoczyło w Ardrytach, to zdecydowanie powiedziałbym, że paleta zieleni, którą dysponują – teraz była to zieleń… Zdecydowanie nie znam takich określeń. Chyba najbliższe temu, co przez chwilę widziałem byłoby trochę archaiczne „zielony w pizdu”. Połowa zebranych ledwo trzymała się na nogach, reszta leżała i turlała się ze śmiechu, a moja rozmówczyni przybrała kolor wiosennej trawy, w którym było jej zdecydowanie do twarzy.
- Czerwień to u nas kolor zazdrości pozytywnej. Po prostu ci tutaj nie potrafili nigdy, nawet po całonocnych zmaganiach, dokonać tego co ty sprawiłeś jednym muśnięciem warg. – Stałem oszołomiony i patrzyłem z przerażeniem na facetów. Na ziemi, gdyby kobieta powiedziała coś takiego, to każdy mężczyzna miałby ochotę mnie zabić. A oni nic, zupełnie spokojnie wracali do mniej soczystych odcieni zieleni, a niektórzy nawet klepali mnie po ramieniu i szeptali, że chętnie zapłacą za zdradzenie swojego sekretu. Dopiero po momencie dotarło do mnie, że rozpocząłem misję dyplomatyczną od czegoś na kształt stosunku z ichnią kobietą. No cóż, przynajmniej nie są na mnie źli.
***
wwwJak później się okazało, moją rozmówczynią była królowa planety(swoją drogą, to tylko ja mogłem zapomnieć o tym, żeby dopełnić formalności typu wymiana uprzejmości i przedstawienie się sobie. Nie wyszło tragicznie, bo zarówno ona, jak i rada królewska(ta sama, która tarzała się przeze mnie ze śmiechu) nie potraktowali tego jako objawu braku kultury. Poważniejszym problemem było to, że nijak nie udało mi się nakierować rozmowy na temat związany z handlem, wymianą handlową, czy udostępnieniem planety naszym naukowcom. Po prostu planeta, która tyćkę w tyćkę pasuje do starożytnego państwa Polaków – nie można przejść do interesów inaczej niż przy stole. Do Polaków byli też podobni pod względem doboru napojów i odporności na ich wpływ. W czasach studenckich, mój kolega z wydziału chemicznego zdobył butelkę płynu zwanego „wódką”, który podobno był pity często przed Wybuchem. Już wtedy dowiedziałem się jak zgubnie na organizm wpływa alkohol – używka ras prymitywnych, a teraz siedziałem przed stołem pełnym nielaboratoryjnego mięsa, przekąsek zawierających biały cukier i tego nieszczęsnego płynu. Po którymś kubku zaczęło mi smakować. Dalszej części spotkania nie pamiętam.
***
wwwPo powrocie na ojczystą planetę, spotkałem się z członkami Kapituły, by ogłosić dobrą nowinę – utworzyłem między naszymi planetami stosunki tak dobre, że królowa zgodzi się na wszystko. Wszyscy są w wielkim szoku – zupełnie jakbym uratował wszechświat. Wychwalałem swoje zasługi, a gdy przyszedł czas na pytania, zmyłem się pod pretekstem konieczności odespania podróży. W domu włączyłem nagranie, które sporządził dron, przezornie zabrany przeze mnie na kolację. W kadrze widać głównie mnie, królową Nillih i gubernatora Hrat. Początkowo są zielono – niebiescy, co chyba oznacza spokój. Po pytaniu o handel, nabierają fioletu, którego nie znałem, więc zmieniłem temat na piękno planety – błękit i biel. Co może oznaczać biel? Nie jest chyba źle, bo rozmowa toczy się spokojnie. Nagle stają się żółci. Ot tak, bez powodu, w jednym momencie żółkną. Nie wiem o co chodzi, widzę, że wtedy też nie wiedziałem. Co ja robię? Chwyciłem za kubek i wychyliłem go duszkiem – to chyba nie był dobry pomysł, ale widzę, że gubernator czerwieni się lekko. Przewijam film do przodu – mój głos jest jakby zniekształcony i mówię trochę nieskładnie, ale zdecydowanie lepiej trafiam w emocje, teraz dominuje zieleń, a czasem pojawiają się nawet odrobiny różu na dłoniach królowej. Wyłączam dźwięk i puszczam w przyspieszonym tempie: zieleń, zieleń, czerwień, róż, błękit, róż, zieleń, eee akwamaryna?, róż, srebro – stop! Przewijam odrobinę, by odkryć przyczynę takiego zabarwienia. Znowu kolor wziął się znikąd, o co chodzi? Na moment pojawia się czerń, ale poza tym nic nowego. Nie mogłem nic zrozumieć, więc wycinam fragmenty, w których wyglądam „niereprezentatywnie”(chociaż widok tubylców niosących mnie do statku mógłby zrobić furorę w Sieci) i wysyłam film do Uniwersytetu Emtego Wieku.
Odpowiedź wgniata mnie w fotel: jedyne kolory jakie mają znaczenie to zieleń, która określa stopień zadowolenia, róż określający stopień ekscytacji seksualnej, czerwień mająca znaczenie interpersonalne bliżej nieznane. Reszta ubarwień skóry może wynikać z temperatury otoczenia, wilgotności, pory dnia(…)



Awatar użytkownika
mdrv
Pisarz domowy
Posty: 131
Rejestracja: śr 27 lip 2011, 22:33
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: mdrv » sob 17 lis 2012, 22:18

Wulgaryzmy, przemoc i w ogóle: nie dla dzieci

-Sto gram absyntu, papieros z haszyszem i espresso-poleciłem sekretarce.
-Nie mamy kawy szefie-rozłożyła ręce Marcy. Sekretarka nie powinna rozkładać rąk. Rąk.
-Wiesz co, Marcy? Daj od razu ściechę na lustro, bo mnie już wszystko swędzieć zaczyna. Andy!-ryknąłem do interkomu-Do nogi psie!
-Szefie, kazał mi pan wyrzuć całą amfetaminę-Marcy była wyraźnie zniesmaczona moim zachowaniem.
-Koksu, idiotko! Gdzie jest kurwa...
-Jestem- Andy jak zwykle wśliznął się niepostrzeżenie-W poprzedniej pracy mówiono do mnie „panie mecenasie”.
-W poprzedniej pracy płacono ci bonami na żywność.
-Och nie- roześmiał się Andy- W poprzedniej pracy płacono mi żywą gotówką. To pan mi płaci bonami na żywność.
-To dlaczego dla mnie pracujesz?- zdziwiłem się.
-Ponieważ wziął pan moją rodzinę jako zakładników.
Ściągnąłem z podstawionego przez Marcy lusterka solidną kreskę kokainy i od razu wszystko stało się nieco klarowniejsze.
-Dobra, Andy, dawaj tu tego...
-Metzegera.
-Niezłe nazwisko.
„Mecenas” podszedł do mojego biurka i przez interkom wezwał nowego pracownika. Metzeger okazał się być budzącym zaufanie, postawnym mężczyzną po czterdziestce.
-Więc, jakie pan ma kwalifikacje w zakresie negocjacji?- spytałem, wyjmując pistolet z szuflady.
-Och, jest najlepszy- zaśmiał się nerwowo Andy- Ten gość zapłaciłby kartą w sklepie sieci Coccinellidae!
-Wnioskuję, że moje honorarium będzie na tyle wysokie- mruknął Metzeger- że nie będę musiał kupować jedzenia w dyskontach.
Uniosłem brew.
-Nie po to mnie chyba uprowadziliście, żeby...
Wycelowałem swojego Desert Eagle prosto w jego nalany ryj.
-Eee, w zasadzie to jestem inwalidą i możecie wziąć na mnie dotację!
-Wiemy, że jest pan inwalidą. Otrzyma pan milion dolarów w gotówce, jeżeli Ardryci zgodzą się na kontrakt.
-Wspaniale!
-A jeżeli się nie zgodzą, to mam pocisk z wypisanym z twoim imieniem...- wyjąłem magazynek i wyciągnąłem z niego pierwszy nabój-... Helena!?
-Mam na imię Teodor.
-No tak, ten akurat jest dla mojej żony... Dobra, do roboty- zakomenderowałem, chowając gnata- Więc jest pan na sto procent pewien, że nie widzi kolorów?
-Owszem- zgodził się Teodor- Dalej jednak nie mam pojęcia...
-Ci posrani, toksyczni rajfurzy wyrażają emocję poprzez zmianę zabarwienia- wyjaśniłem.
-Pos..?
-Ardryci, oczywiście. W slangu ksenobiologów mówi się na nich skrótowo PTR.
-Ten skrót rozwija się jako Pozaziemski Takson Rozumny-wtrącił się Andy.
-Andy, zaraz każę zabić twojego psa.
-Nie mam psa.
-Wkurwiłeś mnie-wyciągnąłem nowego Samsunga z ansiblem i dzwonkami polifonicznymi i zadzwoniłem do szefa ochrony- Przestać podawać jedzenie zakładnikom!-poleciłem.
-Jakim zakładnikom?
-No, rodzinie mojego prawnika.
-Przecież w zeszłym tygodniu wymienił ich pan na dwie chińskie dziwki.
-Eee... Tracę cię, tracę, chyba wjeżdżam do tunelu!
-Szefie, nie wjeżdża pan do żadnego tunelu. Jestem dwa metry od pana.
Rzeczywiście, po mojej lewej stronie, na krześle siedział jakiś osiłek i gadał przez telefon.
-Marcy, lustro!!

***

Usiedliśmy w pomieszczeniu przypominającym wyściełaną celę. Krzesła rozstawiono przy ścianach, no i oczywiście jeszcze dwa na środku- dla rozmówców. Przy każdym z tych dwóch krzesełek kazałem umieścić stolik z tabliczkami.
-Dobra, Metzger, zaraz dyplomata pokurczonych, tanich rumaków przyleci prowadzić rozmowy. Czas wyjawić ci nasz plan.
-To w sumie bardzo proste-wtrącił się Andy.
-Dokładnie. Po prostu włożę ci rękę w majteczki i będę ci w nich gmerał tak długo, aż nie zaczniesz się wić i błagać o więcej- wyjaśniłem. Obaj spojrzeli na mnie ze zdziwnieniem... większym niż zwykle.
-Eee, szefie- stęknął Andy- To chyba nie ten plan.
-Aaa- oprzytomniałem nagle- No tak, rzeczywiście. Ach, tyle tych planów na mojej głowie! Ma prawo człowiek się pomylić...
-Więc o co chodzi?-Metzeger był wyraźnie skonfudowany.
-Sprawa jest prosta. Ardryci, jak mówiłem, okazują uczucia poprzez zabarwienie. To nieco utrudnia negocjacje biznesowe z nimi. Parę ekip wcześniej próbowało zdobyć licencję na wydobycie tych paskudnie obfitych złóż diamentów, ale jakoś zawsze dochodziło do nieporozumień.
-To stąd te zbiorowe mogiły przed naszym budynkiem?- przeraził się negocjator.
-Nie- uspokoiłem go- To akurat są ludzie, którzy zadali mi o jedno głupie pytanie za dużo.
Przełknął ślinę.
-Dobra, Teoś, słuchaj. Załatwiłem to tak, żeby tym razem się udało. Ty nie widzisz kolorów i ich też reprezentować będzie Ardryta, który nie widzi kolorów. To powinno rozwiązać problem. Dla nich mowa ciała i intonacja jest obojętna. A jeżeli będziecie chcieli okazać jakieś emocje na potrzeby negocjacji, to są tabliczki- wskazałem stolik.

***

Ardryta przyszedł spóźniony, bez jakiejkolwiek obstawy. Na początku uznałem to za dobry znak- przynajmniej nie będzie strzelania...
Obcy wyglądał podobnie do ludzi i nawet był na tyle przyzwoity, żeby się ubrać. Dwie główne różnice: miał tylko jedno oko i skórę o zmiennym ubarwieniu.
-Będziemy rozmawiać we Wspólnej Mowie?- spytał.
-Tak- zgodził się Teoś- Usiądźmy.
-Dobrze.
-Witam na naszej planecie, nazywam się Morgo.
-Ja jestem Teodor- przedstawił się Metzger i uniósł tabliczkę z napisem „UŚMIECH”.
-O czym chcesz rozmawiać Teodor?- spytał Morgo, unosząc tablicę z napisem „TWOJA MATKA ŚMIERDZI”.
Zauważyłem, że Metzeger zaczął drżeć. Potem zrozumiałem, że Metzeger jest stabilny, i to mnie zaczął obraz latać z nerwów.
-Co to ma być?- syknąłem.
-To pewnie kwestia jakiś różnic kulturowych-odparł Andy.
-Skąd taka tabliczka?
-Kazał pan oddać „całe spektrum”.
Nagle zapragnąłem przejrzeć się w lustrze. Teodor nieśmiało uniósł tabliczkę „NIEWZRUSZENIE” i zaczął negocjować:
-Proponujemy nasze kobiety i dzieci jako niewolników w zamian za licencję na wydobycie diamentów.
-Czy to będą dzieci tego człowieka po prawej?- spytał obcy wskazując na Andiego i unosząc tablicę z napisem „TWOJA STARA UBIERA SIĘ W PASIE EDGEWORTHA-KUIPERA”. Teosiowi drgnęła wyraźnie powieka.
-A czy chcielibyście tego?
Morgo uniósł „UNIESIENIE TABLICZKI”. Wszyscy zamarliśmy.
-Ha, ha, ha, ludzkie istoty. Czym są wasze sztuczki wobec prostej rekurencji!- Morgo zrobił się cały zielony. Teodor zripostował „ZASSANIEM ZAJĘCZEJ WARGI”, ale szybko się zorientował co palnął i zmienił na „IRONICZNĄ METATABLICZKĘ”. Morgo odparował „SZUKAJ DESYGNATU W MOICH GACIACH” i pomyślałem, że ten pierwszy plan nie był taki głupi.
Teodor po prostu nie wytrzymał, wziął „STOICKI SPOKÓJ” i przywalił nim w głowę Adryty, po czym chwilę go jeszcze okładał „UMYSŁEM BUDDY”. Kiedy zaś wbił mu prosto w serce „MYŚLENIE O KWIATKACH ŚW. FRANCISZKA” a potem napluł na martwe ciało, poczułem, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.
-Uruchamiamy plan „Minnesota”!-nakazałem. W ciągu kilku sekund zgasły wszystkie światła w całym budynku i zagrała muzyka syren. Wśród migania czerwonych lamp alarmowych ze ścian wysunął się wielki telebim, na którym przyszło nam obejrzeć relację na żywo z Armagedonu.

Ulokowane na orbicie wyrzutnie wyekspediowały siedemset Międzyplanetarnych Pocisków Balistycznych z głowicami termojądrowymi klasy „Kamień na kamieniu” prosto w największe osiedla Ardrytów, zmiatając całą cywilizację z powierzchni planety. Ceglany dom nie oparł się mocarnemu podmuchowi nuklearnego wilka!
A potem, dodatkowo, zrzucono na Enteropię chmurę toksycznych gazów wymieszanych ze stoma gatunkami najbardziej agresywnych mikroorganizmów wyszukanych w całej galaktyce. Trujący opar i armia mikrobów wyeliminowały wszelkie formy życia, jakie mogły tylko się ukryć na tej nieszczęsnej planecie. Oprócz nas, rzecz jasna, skrytych w szczelnej skorupie uprzednio skonstruowanego pancerza, który przed bombardowaniem otulił delegaturę naszej korporacji.
A potem poszła jeszcze fala innych gazów, żeby zabić te mikroby, które zostały użyte w ataku.
A potem zrzuciliśmy napalm.
A potem pestycydy.
A potem główny komputer odegrał temat z filmu „Gliniarz z Beverly Hills” i tak zakończyła się historia cywilizacji na planecie Enteropia.
-Niech potomni nie mówią, że nie próbowaliśmy pokojowo!- rzekłem wzniośle. Andy wyglądał na lekko zniesmaczonego.
-To już drugi raz w tym roku- szepnął. Teodora wynieśli już wcześniej, gdy dostał wylewu krwi do mózgu.
-Będzie pan mógł potem spojrzeć na siebie w lustrze?
-Doskonały pomysł- ryknąłem-Marcy! Marcy!!!
Ostatnio zmieniony sob 17 lis 2012, 22:25 przez mdrv, łącznie zmieniany 1 raz.


"Wow wow wow est"

Awatar użytkownika
tece
Pisarz osiedlowy
Posty: 312
Rejestracja: śr 29 gru 2010, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Pomorze Środkowe
Płeć: Mężczyzna

Postautor: tece » sob 17 lis 2012, 22:26

Masakra. Tyle mogę powiedzieć o tym ćwiczeniu. Sprawiło mi ono zdecydowanie najwięcej trudu. A wynik jest żałosny. Przepraszam, że musicie to czytać.


Rzucanie mięsiwem!

[center]Hotel Sedakibate Fuzy[/center]


_____- Jesteś pewny, że to był dobry pomysł? - spytałem, gdy minęliśmy kontrolę celną.
_____- Bez obaw. Stary, wiem co robię. Sporo nad tym myślałem.
_____- No i tego właśnie obawiam się najbardziej.
_____Maras zmierzył mnie wzrokiem. Wyraźnie chciał coś odpowiedzieć, ale powstrzymał się. Dobrze wiedział, o co mi chodzi.
_____Spojrzałem raz jeszcze w dokumenty, sprawdziłem czy wszystko gra i ruszyliśmy odebrać bagaże.
_____Kto by pomyślał, dwóch dorosłych, poważnych facetów, biznesmenów, pionierów nowego kapitalizmu, każdy żonaty i dzieciaty, a wyglądają jak para pedrylów podczas podróży poślubnej po Holandii. Skąd on to w ogóle wytrzasnął? Z Cosmopedii? Myślałem, że żartuje, gdy mówił, że mam poszukać w szafie coś różowego, względnie fioletowego, lilaróż. A on, niestety, gadał to całkowicie serio. Dobrze, że nie widzi nas nikt znajomy. Zaraz by sobie pomyśleli: dwóch typów, cali ubrani na różowo. Ja pierdolę. Nic tylko się pod ziemię zapaść ze wstydu.
_____Odebraliśmy nasze bagaże i udaliśmy się szerokim korytarzem ku wyjściu. Na zewnątrz czekał na nas wynajęty pojazdy lewitacyjny pierwszej generacji wraz z kierowcą. Wrzuciliśmy, czym prędzej, walizki do luka bagażowego i usiedliśmy na tylnej kanapie. Na ogół wypożyczaliśmy sam wehikuł, bez szofera, ale prawo na Enteropii zabrania kierowania pojazdami antygrawitacyjnymi istotom spoza planety. Cholerna biurokracja.
_____- Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało! Nie się nie stało!
_____Spojrzeliśmy z Marasem na siebie. No to się nam trafił drajwer. Takiego przywitania się nie spodziewaliśmy.
_____- Proszę do Hotelu Sedakibate Fuzy - powiedziałem po krótkiej chwili konsternacji.
_____- Oczywiście.
_____Skubańce podobno zmieniają kolory w zależności od tego, co akurat odczuwają. To musi być dziwne i straszne. Bo, jeśli to się dzieje samowolnie i typki nad tym nie panują, to mają przesrane. Zaraz widać kto się boi, kto się wkurwia, a kto jest smutny. Nic się nie da ukryć. Wszystko jak na dłoni. No, i to mi się podoba. Skroimy leszczy bez problemu. To tak jakbyś grał w lotki ze ślepym. No, kurde. Nie można przegrać.
_____- Jesteśmy na miejscu.
_____- Dziękuję.
_____Wzięliśmy nasze bagaże z luku i stanęliśmy przed hotelem. Był paskudny. Żółto-seledynowy brokuł. Zupełnie jak blok, w którym kiedyś mieszkałem.
_____Weszliśmy do środka. Przy recepcji stał gościu, który na nasz widok zrobił się cały zielony. Ale jazda. To rzeczywiście jest prawda. Skubańce.
_____- Witam szanownych panów. Czym mogę pomóc?
_____- Dobry wieczór. Mamy rezerwację na firmę Tonacja Fe-tor - odpowiedziałem.
_____- Tonacja Fe-tor… A panowie z Polski.
_____- Tak, zgadza się.
_____Zielony zbladł i zaczął po chwili skandować:
_____- Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało! Nie się nie stało! Polacy, nic się nie stało!
_____O, kurwa, co oni tu ćpają, że mają takie jazdy, pomyślałem. Muszę się napić. Robimy te zasrane interesy i spadamy stąd jak najszybciej.
_____- Przepraszam, który mamy numer pokoju?
_____- Panów pokój, to 237. Trzecie piętro. Pomóc zanieść bagaże?
_____- Nie, nie trzeba. Damy sobie radę. Do widzenia.
_____- Do widzenia.
_____Zwinęliśmy się spod recepcji i poszliśmy w stronę windy. Drzwi otworzyły się same i weszliśmy do środka. Wcisnąłem 3 i ruszyliśmy do góry. Dziwne, pomyślałem, jestem na obcej planecie a gadam z ufokami po polsku i wszystko rozumiem, wchodzę do windy i wciskam taką samą „trójkę” jak na Ziemi. Nie kumam tego świata.
_____- Widziałeś go? - spytałem Marasa.
_____- Nie, a co?
_____- No, nie gadaj, że nie widziałeś? Nie przypatrywałeś się mu?
_____- Kurwa. Przecież wiesz, że jestem daltonistą.
_____- Dobra, to że gościu na nasz widok, zrobił się cały zielony, mogłeś nie zauważyć. Ale fakt, że po chwili jego skóra straciła w ogóle kolor i zaczęła robić się prawie przezroczysta, nie mogłeś nie zauważyć.
_____- Nie przyglądałem mu się.
_____- Jak mogłeś nie zauważyć, że było widać mu mięśnie i kości?
_____- Normalnie.
_____- Ja pierniczę, Maras. Skąd ty się wziąłeś, stary?
_____- Daj mi spokój. To jakaś popierdolona planeta. Typy zmieniają kolory skóry, śpiewają Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało! i jeszcze jakby było mało, muszę chodzić na różowo. No, ja pierdolę, gdzie my trafiliśmy? Nigdy więcej egzotycznych i atrakcyjnych kontraktów na nowych rynkach zbytu!
_____- Z tym różowym, to akurat ty wyskoczyłeś.
_____- Co wyskoczyłeś, co wyskoczyłeś? Co ja poradzę, że takie mają tu zwyczaje? Że obcy muszą nosić te pedalskie ciuchy, bo to oznaka dobrej woli i spokoju, że nie mogę ubrać swoich ulubionych seansów, bo niebieski u tych ciołków oznacza wrogość. A moja brązowa koszulka będzie się im kojarzyła jednoznacznie - z zazdrością.
_____- Dobra, wyluzuj. Wiesz co?
_____- No co?
_____- Ciekawe jak wygląda u nich pobudzenie seksualne, orgazm?
_____- Gówno mnie to obchodzi. Otwieraj szybciej drzwi. Chcę odpocząć przed spotkaniem.


_____- Maras, pośpiesz się. Bo się spóźnimy.
_____- Dobra, dobra. Dopinam koszulę i możemy schodzić na dół.
_____- Zanim zejdziemy, powtórzmy wszystko raz jeszcze.
_____- Ok.
_____- To słuchaj. Jesteśmy tu po to, aby…
_____- … zaoferować im najlepszy produkt w galaktyce.
_____- Jesteśmy lepsi od konkurencji, bo…
_____- … nasze kosmetyki są pełni naturalne i przyjazne dla skóry oraz środowiska.
_____- A także…
_____- … oferujemy najlepszą jakość za najniższą cenę.
_____- Nasze produkty…
_____- … spełniają wszystkie normy, a kolory, które oferujemy w naszej palecie barw są intensywne i długotrwałe.
_____- No i git. Wciśniemy tym ufokom cały kontener. Dostaną tyle maści i kremów do pielęgnacji skóry, że im uszami powychodzi.
_____- Mam nadzieję.
_____- Stary, to nie może się nie udać. Skubańce zmieniają kolor w zależności od emocji, dobrze mówię?
_____- Mhm.
_____- No więc mamy nad nimi przewagę. Będą chcieli zrobić nas w konia, zaczną się denerwować i ich skóra zacznie robić się półprzezroczysta. Będą zazdrośni - zbrązowieją. Będą chcieli nas zabić - staną się niebiescy. Będzie git. Pięć minut i po sprawie.
_____- Mhm.
_____- No to idziemy.
_____- Okej, ale obiecaj mi jedno. Jak tylko podpiszemy kontrakt, to spierdalamy z tej pochrzanionej planty.
_____- Dobra, stary.


_____Zajęliśmy miejsca przy stole. Po drugiej stronie sali, tuż przy drzwiach kręciło się kilku kosmitów. Gdy tylko patrzyli w naszą stronę ich skóra stawała się cała zielona. Gdy odwracali wzrok od nas i rozmawiali między sobą, robili się żółci.
_____- Widzisz ich? Są zieloni jak ciasto kiwi. Dla mnie obrzydliwi. Zbyt wyraźni, hałaśliwi - szepnąłem do Marasa.
_____- Mhm.
_____- A zauważyłeś, że ich twarze przypominają maski. Ciągle mają jeden i ten sam wyraz. Tylko kolory się zmieniają.
_____- Mhm.
_____- Potrafisz powiedzieć coś więcej niż tylko „mhm”
_____- Mhm. Potrafię.
_____- A pamiętasz co oznacz żółty?
_____- Żółty? Nie bardzo. Nic nie kojarzę.
_____Po chwili podszedł do nas jeden z nich i powiedział:
_____- Proszę jeszcze chwilę poczekać. Prezes już schodzi.
_____- Nie ma problemu.
_____- Czujcie się jak w domu. Komu ginu? Komu dymu?
_____- Ja poproszę wodę - odpowiedział Maras.
_____- Ja również.
_____Dosłownie minutę później do sali wszedł Prezes. Cały zielono-żółty. Podszedł do nas, uścisnął nam dłonie.
_____- Witam serdecznie. Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało! Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało!
_____- Miło pana poznać.
_____- To w takim razie skoro wszyscy są już na miejscu, możemy zaczynać negocjacje. Pani Krystyno, proszę zgasić światło - powiedział.
_____A to chuje. Zrobili nas
Ostatnio zmieniony sob 17 lis 2012, 22:33 przez tece, łącznie zmieniany 1 raz.


Opowiadaj. Zachowaj rytm i opowiadaj. Mów o swoich klęskach, niespełnionych marzeniach, pierwszych miłościach, o dniu, kiedy miałeś wszystkiego dość, o tej jedynej, dla której chciałeś się zabić, o tym że nie wszystko ci się udaje. Ja będę słuchał. A potem spiszę historię twojego życia.


Wróć do „Ćwiczenia - część I”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość