Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Od obrazu do obrazu

Moderatorzy: Thana, Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3833
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Od obrazu do obrazu

Postautor: Thana » pn 22 paź 2012, 07:50

Tym razem na początek, zamiast cytatu, definicja:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Ekfraza

1. Wejdź na stronę www.googleartproject.com i odszukaj następujące dzieła:

- „Standing Fudo Myo’o (Acalantha)”
Tokyo National Museum

- „Divided Minds (36)” Lam Wai Kit
Hongkong Heritage Museum

- „Open hand stencil on ceiling”
Australian Rock Art

- „Shrine in Form of a Gothic Temple” Elisabeth Mc Dowell
Brooklyn Museum

- „Title Unknown” Abdullah-al-Muharraqi
Mathaf: Arab Museum of Modern Art

- „Red Sky with Birds” Dia Azzawi
Mathaf: Arab Museum of Modern Art

- „Kispiax Village” Emily Carr
Art Gallery of Ontario

- „Kompozycja” Antoni Starczewski
Muzeum Sztuki, Łódź

2. Wybierz spośród podanych dwa dzieła, które najbardziej Ci się podobają.
3. Napisz krótką historię, której początek będzie inspirowany obrazem pierwszym, a koniec – drugim.
4. Przeczytaj tekst. Możesz poprawić błędy, ale jeśli tego nie zrobisz, nic się nie stanie.
5. Wrzuć tekst tutaj.

Termin: do soboty, 27 października, do północy.
Limit: 4000 znaków ze spacjami. Forma i gatunek: dowolne.


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
padaPada
Pisarz Wszechczasów
Posty: 2972
Rejestracja: śr 06 maja 2009, 10:44
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: padaPada » czw 25 paź 2012, 12:49

Nie wiem, czy tu jest w ogóle jakaś fabuła, bo chyba to raczej "scena zwyczajowa", ale nic innego nie udziergam. Miłej zabawy. ;)

Są wulgaryzmy (zwane też mięsem)!

wwwwW sercu każdego z nas czai się rekin. Przynajmniej raz dziennie stoimy przed dylematem: kierować się kalkulacją zimną jak stalowe ostrze noża, czy emocjami gorącymi niczym wrząca krew? Jedno i drugie prowadzi gdzie indziej.
wwwwTego dnia wypuściłem rekina. Drażniłem się z nim, choć wiem, że to niebezpieczna zabawa. To podpływał, szczerząc zęby w okrutnym uśmiechu, to oddalał się, wystraszony moją brawurą.
wwww- Skurwysynu, obyś zdechł! - krzyczałem, pragnąc tego z całego serca. - A razem z tobą cała twoja rodzina!
wwwwTy też znasz to uczucie, gdy tama wreszcie puści i wyleje się wszystko to, co wylać się powinno, zabierając po drodze nawet niewinnych?
wwww- Jeśli nie dostarczysz mi towaru zgodnie z zamówieniem, to będzie oznaczało twój koniec!
wwwwWzburzona krew uderzała falami do łba, upojony adrenaliną łypałem groźnie, oczy płonęły. Umysł promieniował samozadowoleniem bycia po dobrej stronie. Gdy wypuszcza się rekina, zawsze jest się po dobrej stronie.
wwww- Wiesz, że zjebałeś i nawet nie potrafisz przeprosić, dlatego spotka cię zasłużona kara!
wwwwW ustach czujesz metaliczny posmak, w głowie huczy Niagara spadających sztyletów. Konsekwencje nie istnieją, jest tylko tu i teraz. Wszystko wokół ciebie zdaje się namawiać do kolejnego ataku. Dziwnym trafem widzisz tylko ostre przedmioty, czerwone kolory, nawet zwierzęta wydają się nawoływać do boju.
wwwwOfiara coś tam mruczała nieskładnie, ale nawet tego nie słyszałem. Upajałem się niebem w kolorze krwi, na tle którego, niczym pociski lub myśliwce kamikadze, przeganiały się jerzyki. Ich opętańcze piski były benzyną dla mojego ognia. Cały świat utknął na błędzie, zaciął się, tylko odważny akt gniewu jest w stanie wytrącić go ze zgubnej równowagi. Cały świat stanie w płomieniach.
wwww- Nawet nie chcę słyszeć o tym, że nie zdążysz przed weekendem dosłać nowego Pilipiuka!
Ostatnio zmieniony sob 27 paź 2012, 19:58 przez padaPada, łącznie zmieniany 1 raz.



Awatar użytkownika
dorapa
Pisarz
Pisarz
Posty: 3397
Rejestracja: czw 13 sty 2011, 13:02
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Kozia Górka
Płeć: Kobieta

Postautor: dorapa » czw 25 paź 2012, 18:15

[center]5666[/center]
aaaByła ma wycieczce nad morzem. Widoki i owszem, zapierały dech w piersi, ale jak długo można patrzeć w dal na bezkres oceanu? Nie wzruszała jej dal, nie zmuszała do zastanowienie się nad ludzką kondycją. Nieruchomy bezkres mógł ją co najwyżej znudzić.
aaaZ pewnością lepszy byłby sztorm. Wicher szalony gnałby przed siebie niebosiężne fale, które z hukiem rozbijałyby się o przybrzeżne skały. Ależ by to było widowisko! Majestat natury i te sprawy…
aaaAle póki co słoneczko pięknie świeciło, błękitu wody nie łamała ani jedna zmarszczka, a ciszy nie mącił żaden dźwięk. Mewy odleciały, kiedy skończyła się jej bułka, turyści z autokaru skręcili do wsi, by zaliczyć kolejny pub.
aaaPodeszła do krawędzi klifu i wyjrzała delikatne i ostrożne. Asekuracyjne. Tak ledwo, ledwo… Pewnie by go nie zauważyła, gdyby nie krzyknął. Wystraszyła się zresztą i cofnęła dwa kroki, ale po chwili położyła na trawie i podpełzła do krawędzi.
aaaWisiał na skalnym wstępie, a w dole szumiało morze. Była pewna, że jeśli spadnie, połamie się albo zabije. Za pół godziny odjeżdżał autokar. Mało prawdopodobne, by przez ten czas ktoś się pojawił. Mogła odejść, ale mogła też pobiec do wsi i sprowadzić pomoc. Wychyliła się.
aaa- Ej, mam ci pomóc? - wrzasnęła do faceta.
aaa- Ratunku! - usłyszała.
aaa- Ratunku… - mruknęła. - A jak ja ci niby mogę pomóc, co?
aaa- Mam linę. Mogę ci pożyczyć - usłyszała za sobą.
aaaOdwróciła głowę. Przed nią stał wielki, drewniany demon. Monument. Rzeźba. Posąg. Kiedyś był pomalowany na czarno, ale w wielu miejscach farba odlazła i gdzieniegdzie prześwitywało jasne drewno. W jednej dłoni trzymał wzniesiony drewniany miecz, a w drugiej linę, która była całkiem prawdziwa, nie wyrzezana z kawałka drewna, jak reszta posągu.
Wokół postaci tańczył ogień. Czuła jego ciepło, a niebo zabarwiło się na czerwono. Jakimś cudem drewniany posąg, stojący w ognistych jęzorach, nie płonął. Jakimś cudem uniósł drewniane ramię z mieczem i wbił broń w trawę. Strząsnął ramię.
aaa- Zdrętwiałem - wyjaśnił.
aaaMusiała mieć nietęga minę, bo demon wyciągnął rękę z liną. Prawe oko lśniło jak żywe i nie mogła odrywać od niego wzroku. Lewe było zamknięte.
aaa- Rzuć mu, inaczej ten idiota spadnie.
aaa- Rzucić? - zapytała. - A jak złapie, to będę musiała go wciągnąć na górę, tak? Przecież nie mam tyle siły! Prędzej sama zlecę!
aaa- Mogłabyś chociaż spróbować - mruknął niezbyt zadowolony.
aaa- To obiecaj, że mi pomożesz. Jesteś wielki i dasz radę.
aaaPokręcił głową z dezaprobatą, jakby pomysł, by pomagać dziewczynie nie przypadł mu do gustu. Ostatecznie zlazł z postumentu i podszedł do krawędzi. Wyjrzał bez cienia strachu.
aaa- Jeszcze wisi. Ale chyba niedługo już wytrzyma. Rzuć mu tę linę.
aaaMówił spokojnie, poruszał się leniwie, jakby nie rozumiał powagi sytuacji. Patrzyła na niego i próbowała pojąć, co się jej przytrafiło, ale wszystko było tak… Nielogiczne?
aaa- No dobra - podjęła decyzję. - Daj tę linę. Ale nie puszczaj! Jak on na niej zawiśnie, to mi pomożesz.
aaaWydął usta, co przyszło mu chyba z trudem., bo wydatne kły przeszkadzały.
aaa- Owiń linę wokół nadgarstka, łatwiej utrzymasz - poradził.
aaaChwyciła linę, zakręciła wokół prawej dłoni i rzuciła za krawędź. Odeszła kilka kroków w głąb lądu. Lina naprężyła się i niemal nie wyrwała jej ramion. Ściskała ją z całych sił, zapierała się stopami, ale jechała po trawie w kierunku urwiska. Patrzyła przerażona na uśmiechniętego demona. Przekrzywił głowę i spoglądał na nią z zainteresowaniem. Krawędź zbliża się, lina tarła o kamienie i wcinała się coraz głębiej w darń. Miażdżyła dłonie. Krzyknęła z bólu i strachu.
aaa- Nie powiedziałem, że potrzymam - usłyszała, nim spadła.
aaaZdawało się jej, że w dole było całkiem pusto.
aaa- Ludzie… - powiedział demon z drwiną w głosie. - Zawsze się nabiorą.
aaaZeskoczył na skalny występ poniżej i odbił dłoń na skale.
aaa- Pięć tysięcy sześćset sześćdziesiąta szósta - uśmiechnął się triumfalnie.


"Natchnienie jest dla amatorów, ten kto na nie bezczynnie czeka, nigdy nic nie stworzy" Chuck Close, fotograf

Awatar użytkownika
Thana
Weryfikator
Weryfikator
Posty: 3833
Rejestracja: pt 26 cze 2009, 17:13
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Thana » czw 25 paź 2012, 20:01

Teraz

Stanęli, niepewni, na ostrzu noża. Wszystkie aksamitne spojrzenia, przypadkowe dotknięcia porażające małymi piorunami, wszystkie flirty przyprawiające o drżenie serca, odeszły w przeszłość. Stanęli, niepewni, twarzą w twarz z oślepiającym, białym pożądaniem. Sami w nagiej przestrzeni. Teraz albo nigdy. Tak albo nie.

Gdzieś tam, w dali, kłębi się oczekiwanie. Nie jego, nie jej. To ktoś inny czeka na decyzję. Tonie w granatowych odmętach niepokoju. Jest ich troje. Cienkie, ostre linie połączeń. Marek, Łucja, Łukasz. Nawet imiona mają podobne, nie jak z Markiem. Czy to nie znak? Ona – taka pastelowa, lojalna, uczciwa. Ale niby dlaczego miałaby być lojalna, skoro Marek z tamtą dziwką... Wybaczyła mu, ale nie zapomniała. A właściwie, to nie. Nie wybaczyła. Nigdy.

I nagle przypomina sobie, jak dawno temu, a może wcale nie tak dawno, miała dziewiętnaście lat i pomyślała, że dość już mówienia „nie”, kiedy chce powiedzieć „tak”. Dość już tej uczciwości wobec innych i fałszu wobec siebie. Nie powiedziała wtedy „nie”, jak należało. Powiedziała „tak” i miała wszystko, czego chciała. Teraz też może. Oto ma swoje życie z powrotem, może i dobrze, że ją zdradził z tamtą dziwką, bo dzięki temu odzyskała siebie, znów może decydować sama, wyrzucić Marka poza nawias, zapomnieć o jego istnieniu. Teraz. Tak.

Jest dokładnie tak jak chciała, niebo nad nimi płonie, unoszą się oboje wysoko, odbijając się w oczach ptaków. Tylko że potem, kiedy żar papierosa już dogasa, Łukasz zaciąga się ostatni raz i wygłasza kwestię starą jak świat: „Muszę ci coś powiedzieć. Widzisz, ja mam żonę”.

Czworo. Jak mogła tego nie zauważyć? Od samego początku było ich czworo, nie troje. „Więc Łukasz też zdradza żonę z jakąś dziwką...” - myśli. I dopiero po chwili, jak uderzenie pioruna dociera do niej, że to właśnie ona teraz jest... I wtedy ptaki krzyczą, a ostrze noża wbija się w niebo.


Oczywiście nieunikniona metafora, węgorz lub gwiazda, oczywiście czepianie się obrazu, oczywiście fikcja ergo spokój bibliotek i foteli; cóż chcesz, inaczej nie można zostać maharadżą Dżajpur, ławicą węgorzy, człowiekiem wznoszącym twarz ku przepastnej rudowłosej nocy.
Julio Cortázar: Proza z obserwatorium

Ryju malowany spróbuj nazwać nienazwane - Lech Janerka

Awatar użytkownika
Rubia
Szef Weryfikatorów
Szef Weryfikatorów
Posty: 4399
Rejestracja: pt 01 paź 2010, 12:16
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Rubia » czw 25 paź 2012, 20:11

– Mamo, czy tatuś na pewno jest teraz w niebie?
– Tak, Klaro, na pewno.
– Ale tam mieszkają aniołowie. Myślisz, że tata chciał zostać aniołem?
Mama ściągnęła brwi.
– To nie tak, kochanie. Tatuś… chciał wrócić do nas, jak najszybciej. Płynął statkiem. I wtedy… był wielki sztorm, przecież wiesz…
Nawet dzieci w nadmorskim miasteczku wiedziały, co to jest wielki sztorm. Ona też.
Miała zręczne palce, więc mocowanie muszelek w miękkim gipsie szło jej o wiele lepiej niż mamie. Ramka na fotografię taty rozrastała się. Teraz to już cały ołtarzyk z wysokimi, spiralnymi wieżyczkami na szczycie. Akurat dla rodzinnego anioła.
– To od taty dostałaś te muszelki? Dlaczego?
– Wiedział, że lubię muszle. Kiedy wracał z Indii, kupił mi cały zbiór z mórz południowych. Porcelanki, stożki, rozkolce… No i szponiatki…
Czas już na fotografię w cienkiej oprawce pomalowanej na złoto. Podobno na odwrocie tata napisał: Mojej najdroższej Amelii – Robert. Szkoda, że nie Klarze.
– Mamo, wezmę go później do mojego pokoju, dobrze? Myślisz, że tata będzie się nami opiekował z nieba?

Dobrze jest mieć taki ołtarzyk, ślad lepszego życia. Możliwości rodzinnego anioła okazały się niezbyt wielkie. Krach pochłonął firmę prawniczą ojca. Nie ma już dawnego domu, nie ma mamy. Ją samą ściągnęła tutaj przyjaciółka i pracują teraz jako wychowawczynie w domu sierot. Zdążyła nawet polubić tę mieścinę pośród niewysokich gór, gdzie co krok można natknąć się na drewniane słupy z potwornymi twarzami, pamiątkę po dawnych mieszkańcach. Chodzi czasem na polankę w sosnowym lesie i siada w kręgu tych słupów. Nie boi się ich grymasów, lubi tam odpoczywać, w zapachu igliwia i żywicy.
– Panno Klaro, w środę wszystko musi być wysprzątane, a dzieci w najlepszych ubraniach. Mecenas Spencer z żoną wspierają nas bardzo hojnie, nie mogą się rozczarować.
– Oczywiście, panie dyrektorze. Proszę się nie obawiać, wszystkiego dopilnujemy.
Wprawdzie przeziębiła się, ciągle pokasłuje i chyba nawet ma gorączkę, ale zna swoje obowiązki.
W środę jadalnia pachnie czystością, a wyszorowane dzieciaki prężą się na baczność pod ścianą. Dyrektor gnie się w ukłonach przed parą dobroczyńców.
– Panie mecenasie, jesteśmy zaszczyceni wizytą… Nasi mali podopieczni przygotowali na cześć państwa specjalny program. A tu nasze dwie nowe opiekunki, panna Maria Gillis, panna Klara Spencer…
Klara podaje mecenasowi rękę i nagle czuje, że jej palce drętwieją. Szybko cofa się o dwa kroki. Sala wiruje jej przed oczyma. Z trudem chwyta oddech. Tokujący dyrektor niczego nie dostrzega, na szczęście.
– Klaruś, co tobie?
– Nic, nic, Mimi, duszno tutaj. Wyjdę na dwór, nie przejmuj się.
Po paru krokach zaczyna biec i zatrzymuje się dopiero w zagajniku totemów. Bez tchu pada na ziemię.
Zna tę twarz od zawsze, każdy najdrobniejszy szczegół. Kształt czoła, zarys nosa, linię policzków i podbródka. Nie może się mylić. Fotografie nie kłamią.
A może jednak? Robert Spencer – mecenas Spencer – Klara Spencer – może to tylko przypadkowy ciąg, w którym jedynym łącznikiem jest pospolitość imion i nazwiska?
– Mamo – mówi bezradnie. – Mamo, co ty na to?
Zmrok zapada. Totemy śmieją się, wykrzywiając w ironicznym grymasie. Rysy im się zmieniają, z ciemnego drewna wyłaniają się dwie twarze, ta biała, bezkrwista z fotografii i ta druga, mecenasa Spencera. Pęcznieją, rosną, potem maleją i chowają się w pnie, żeby po chwili znów wychynąć na powierzchnię. Drewno rozjaśnia się, nabierając koloru karnacji, a twarze tężeją, półzdrewniałe, z wydętymi ustami, odsłaniającymi okropne, poczerniałe zęby.

Klara obejmuje kolana rękoma i przyciska do nich głowę. Jest jej zimno, przeraźliwie zimno.

Klara Spencer zmarła na zapalenie płuc w infirmerii domu sierot w Kispiox Village. Z jej dobytku Mimi zatrzymała ołtarzyk z muszli. Klara domagała się, żeby go zakopać pod najwyższym totemem na polance. Ale to chyba z gorączki. Nie niszczy się takich pamiątek. Przecież taka była do niego przywiązana.


Ja to wszystko biorę z głowy. Czyli z niczego.

Awatar użytkownika
Konrad Chris
Pisarz domowy
Posty: 105
Rejestracja: śr 05 wrz 2012, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Jakaś wieś
Płeć: Mężczyzna
Kontaktowanie:

Postautor: Konrad Chris » pt 26 paź 2012, 10:36

         Masz dość. Stoisz jak ten posąg z drewna, kamienia czy innego mało cennego materiału. Sztywny, ze skwaszoną miną, jakby właśnie obok nosa przeszła ci okazja na bzyknięcie Jessiki Alby. Gotujesz się w sobie, ale nie z gniewu. Przecież obcujesz. Lubisz obcować... ze sztuką.
Kupiłeś lustro? Ach, nie. Szkoda. Konsekutywne zdziwienie.
Kamień, drewno, kawał szmaty i trochę farb. Wszystko to leży przed tobą. Zrób coś z tego. Sztukę przez duże S. Inną niż genitalia Madonny na krzyżu – kupce drzazg. Transcendentne cuda, epifenomenalne myśli, a Bóg patrzy i się śmieje. Z ciebie i ludzi naiwnych. Bo wiara to dowody.
         Krzywisz się i masz dość. Stoisz jak figura, bezradny. Marmur to szlachetniejszy materiał ale trudny. Jak go poznać? Bianco carrara. Szlachetna biel uczynki przykrywa. Negro marguina, udaje rozsądek. Ciemnieje, gdy się zbliżasz i poznajesz. Breccia sarda! Nie ma bieli nie ma czerni. Nie ma szarości. Czytasz tabliczkę i ćwiczysz powściągliwość. A przecież się gotujesz.
Masz gorączkę? Nie? Dobrze, że to tylko bzykanie. Sztuki.
Posąg z marmuru jest trwalszy i piękniejszy - kobieta oszukańczo biała. Bez rąk nic nie zrobi. Bo to twoja myśl niesie znaczenie. Ale krzywisz się, masz skwaszoną minę...
         Stoisz, marudzisz i stękasz. Czytasz tabliczkę. Którędy teraz? Alejki, korytarze, dróżki. Szukasz informacji – coś znajdujesz. A Bóg patrzy i się z ciebie śmieje. Bo myślisz jak ciało, a chcesz poznać ducha. Antagonizm pozorny, mówi – bo wiara to dowody. Czego? Zobacz. Kilka punktów łączy linia. Jedna. Druga. Trzecia prosta. Droga? Nie, to tylko kierunek. Ciasnota empirycznych ścieżek. Taplanie w racjonalnych rzeczkach. Noezy i noematy. A przecież myślisz, czujesz i podejmujesz decyzje.
Obrałeś już swój cel? Możesz tutaj stać, ze skwaszoną miną, albo dokonać wyboru. Dysjunkcja nieprawdziwa. Ty nie rozumiesz sztuki.


"Mówię sam do siebie, ale ponieważ cenię sobie swoją opinię, nadałem sobie tytuł doktora." Erich Segal


Sky Is Over

Awatar użytkownika
Caroll
Pisarz pokoleń
Posty: 1044
Rejestracja: ndz 09 paź 2011, 13:49
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Caroll » pt 26 paź 2012, 14:37

Julka słyszy ptaki. Wita ją świergot wróbli skrytych w krzewach niedaleko parkingu. Chwilę potem spomiędzy skrzypienia konarów dobiega ją metaliczny okrzyk dzięcioła. Teraz jego bębnienie, donośne stuk-stuk-stuk, towarzyszy jej spacerowi. Kiedy dzięcioł robi pauzy, niczym solista rozpoczyna swój śpiew rudzik, składając swą piosenkę z czystych, nasyconych radością dźwięków.
Powietrze pachnie wiosną. Julka nie umie tego inaczej wytłumaczyć, to mieszanina różnych woni, którą w lesie czuć najlepiej, mokrej ziemi, przebijanej przez śliskie, wątłe pędy, powietrza, nasyconego słońcem i ostrym zapachem żywicy. Na drzewach nieśmiało szeleszczą pierwsze listki. I bazie. Bazie są miękkie i włochate. Mają gładkie futerko, jak małe zwierzątka. Czasem Julka wyobraża sobie takie drzewo z figlującymi na gałęziach baziami.
Julka słyszy nowy głos, szybkie cijf-cijf sikorki i uśmiecha się, bo dzisiaj koncertuje wielu skrzydlatych artystów. Szelest niedaleko zwraca jej uwagę, trzepot skrzydeł zdradza, że ptak usadowił się na gałęzi ponad nią. Wita się, ale Julka jest niepewna.
- Mamo! Mamo! To wrona czy gawron?
- Wrona, kochanie – mama jak zawsze rozwiewa wątpliwości.
Pod pachą niesie katalog ptaków polskich. Teraz już bardziej z przyzwyczajenia, bo zna i rozpoznaje wszystkie ptaki podczas Julciowych spacerów, ale zawsze może pojawić się bardziej egzotyczny gość. Woli być przygotowana.
Trawa pod stopami Julki, odzianymi w nowe, trochę przyduże kalosze, morko szeleści. To jeszcze nie sprężysty chrupot świeżych źdźbeł, tylko zmęczony prask pozostałych po zimie łodyg. Plum! Julka znalazła kałużę. W końcu wczoraj padało. Jest dość głęboka, wypełniona drobnym żwirem chroboczącym o podeszwę buta. Dookoła jest rozmokła ziemia, gotowa na nadejście wiosny.
Julka przykuca, pamiętając, by nie zamoczyć brzegów sukienki, odciska w miękkiej, gładkiej ziemi dłoń, najpierw jedną, potem drugą.
- To mój ślad! – Oznajmia z dumą mamie, która omija kałużę. Choć przecież też ma na nogach kalosze. Szeleści przez moment połami płaszcza, pochylając się.
- Bardzo pięknie. A teraz masz jeszcze rączki czerwone od ziemi.
- Czerwone? – Dopytuje Julka. Czerwone jest niebo wieczorem. I tramwaje.
Mama waha się. Jak wytłumaczyć siedmioletniej, niewidomej córeczce kolor czerwony?
- Wiem! Truskawki są czerwone. Truskawkowa ziemia!- Wykrzykuje Julka i podskakuje wesoło.
Mama patrzy na dwie małe łapki, odciśnięte w rdzawej glebie i szybko mruga, czując pieczenie oczu.



Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2405
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Postautor: Adrianna » pt 26 paź 2012, 20:01

Z lepszego świata

wwwSzedłem spokojnie w bladym słońcu, przedzierającym się przez nieliczne luki między ciemnymi chmurami. Promienie budziły kontrasty i barwy okolicy - zieleń traw, mozaikę odcieni brązu ziemi, szarości i beże ścian domostw. Mijałem kolejne totemy wyrzeźbione na kształt topornych wizerunków zwierząt. Ponurych, groteskowo wpatrujących się we mnie drewnianymi oczyma. Ludzi nie było. Wycofali się, skryli między domami o oknach bez szyb. Jakbym niósł zarazę albo jeszcze coś gorszego. A przecież niosłem powiew świeżości. I nie odszedłem na tak długo. Znałem każdy kąt tej wioski, rozpoznawałem drzewa i wiedziałem, kto na mnie patrzy z poszczególnych totemów. Tylko że w mojej wiosce zawsze było gwarno i radośnie. Teraz wszystko zastygło. Statyczne, bez życia, bez zmian.

wwwWreszcie do mnie wszyła. Czarne włosy związane w warkocz spływały jej na pierś. Ciało okrywała prosta sukienka w kwiaty. Jej rysy prawie się nie zmieniły, w zielonych oczach zaś pozostał żar.
- Wróciłem - oświadczyłem na powitanie.
- Czy na pewno? - uśmiechnęła się samym kącikiem ust, jakby niepewnie.
Skinąłem entuzjastycznie głową.
- Teraz już wszystko będzie lepiej.
- Lepiej? - Odsunęła się nieco. - Naprawdę, nie poznaję cię.
- Lepiej! Tyle można zmienić, udoskonalić, oderwać się od przeszłości.
Spojrzała bojaźliwie na totemy, podążyłem za jej wzrokiem. To oni. To oni sprawiali, że ten świat wciąż spał, ukołysany jednostajnym krajobrazem i prymitywnym życiem.
- Wszystko zmienimy - kontynuowałem.
- Nie chcemy tego.
- Zachcecie, zobaczycie. - Miecz u pasa zaczął mi ciążyć, a z czoła spłynęły strużki potu.
Otarłem twarz i poczułem, jakbym dotykał maski - twardej, zimnej, wykrzywionej surowym grymasem. Nie chciałem, by moje słowa brzmiały jak groźba, ale musiały, gdyż Acai cofnęła się, wystraszona..
- Wiele widziałem, wiele wiem. Nauczę was żyć inaczej... Walczyć o swoje.
Miecz ciążył coraz bardziej. Czułem, że lada moment upadnę. Chwyciłem go w dłoń i momentalnie stał się lżejszy, jakby tylko na to czekał.
- Pokażę wam to, co tamtemu światu dało siłę.
- Jednak tu nie wróciłeś. Przyszedłeś zmieniać. - W jej oczach zalśnił upór. Ślepy upór, którego tak nienawidziłem. - To nie to samo. Nie potrzebujemy tu siły, walki, niczego.
- Czasem trzeba zmieniać. Kto nie idzie naprzód, ten się cofa.
Popatrzyła na mnie z pogardą.
- Cofnij się więc. Do swojego lepszego świata. Bo naprzód już nie pójdziesz. Nie chcemy nowego boga. Nie chcemy ciebie zamiast ich!

wwwOtworzyła usta, by coś jeszcze krzyknąć, ale głos uwiązł jej w gardle. Chciałem się odwrócić, zobaczyć, co ją wystraszyło, ale nie mogłem nawet drgnąć. Tylko pot coraz mocniej oblewał moje ciało. Spojrzałem w przerażone oczy Acai. W soczyście zielonych tęczówkach odbijały się płomienie szalejące za moimi plecami, pochłaniające bogów wioski. I ja... Moja ciężka, silna postać z mieczem opartym o ramię.


Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Awatar użytkownika
Zaqr
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 1115
Rejestracja: pn 03 sty 2011, 23:30
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Zaqr » pt 26 paź 2012, 21:46

Wędrówka aż po horyzont
___Kolejny już raz obudziły mnie dzwony bijące na alarm – gdy to wszystko się zaczęło odczuwałem strach i zrywałem się na równe nogi, ale teraz leżałem tylko i gapiłem się w ciemność. Strażnicy opowiadali o demonach, które podchodziły do murów. Małe, pokraczne stworzenia biegające na czterech łapach jak zwierzęta, niektóre miały czarną jak smoła sierść, inne nie miały jej w ogóle, a mięśnie gniły na ich ciałach. Do nich byliśmy jednak przyzwyczajeni. Ciemność ogarnęła świat tak dawno, że miałem styczność z pomiotami diabelskimi od smarka, a najmłodszych lat nie jestem. Dzwony poszły w ruch, gdy pojawił się On. „Jego ciało płonie, ale ogień go nie trawi. Jest prawie dwa razy tęższy i wyższy od najroślejszych mężów, a sadła też nieco na sobie nosi. Przy tym jednak zachowuje niezwykłą grację ruchów i zręczność, za którą niejeden złodziej zaprzedałby duszę.”- mówią. Przybył w okolicach ostatniej pełni –żaden wartownik, który wtedy stał na straży nie doczekał świtu. Krążą pogłoski, że ranna zmiana nie zastała na murze nawet ciał – napis z krwi „świeże mięso doda sił naszemu Władcy”.
Ludzie znikali z warty raz na cykl, czasem nawet rzadziej, więc nikt tego nie rozdmuchiwał, jednak każdy drżał w duchu na myśl o istocie, która nie tylko potrafi przedrzeć się niezauważenie przez wysokie na prawie dwadzieścia stóp mury, ale też zabija Strażników uznawanych za niedoścignionych w kunszcie władania mieczem. Noc była dla wszystkich niepewna, a rankiem można było zobaczyć go paradującego ze swoim mieczem w dłoni – raz okrwawionym, raz błyszczącym w słońcu. Początkowo wszyscy bali się do niego zbliżyć – wszak to monstrum. Później okazało się, że w świetle dnia nie jest on groźny. Zdarzyło się nawet, że pomógł rolnikom w pracy. Zupełnie jakby słońce wypędzało z niego całe zło. Dzwony umilkły. Czas zasnąć, jutro kolejny ciężki dzień.
***
___-A tego co ugryzło? – zapytał Vier, gdy tylko wszedł do domu przyjaciela.
-Wygadałem się o Arrice i zaczął szaleć – mruknął San, głosem identycznym jak głos brata i uchylił się przed lecącym w jego stronę żelastwem.
-Wygadałem?! Jak śmiesz mówić w mojej obecności o tym, że nie chcieliście mi o tym powiedzieć! – wrzeszczał, rozjuszony jak letni hul, Malko.
-Oczywiście, że byśmy ci powiedzieli, ale w bardziej dogodnym momencie – odpowiedzieli niemal równocześnie.
-Ten moment nastąpiłby niedługo – ciągnął starszy. – Po prostu nam uwierz. Co ty chcesz teraz zrobić?
-Wyjadę. Odnajdę Kal Kerrum, a później się zemszczę na tym cholerniku! Jak się z nim rozprawię, to pustynne hieny go nie tkną!
-Przemyślałeś to? Przecież to tylko legenda. Nie wrzeszcz jak do ciebie mówię! Źle się wyraziłem. Nikt nie zna dokładnego ani nawet przybliżonego położenia Góry. Jak zamierzasz ją odnaleźć?
-Zebrałem informacje od każdego, kto tylko coś wiedział. Spisałem nawet pijacki bełkot Sarima. Wiem gdzie mam iść.
-Czy ty naprawdę wierzysz w to, że odnajdziemy Katedrę?
-Odnajdę – samemu będzie mi łatwiej opuścić mury. Do tej pory wierzyłem w dwie rzeczy. W to, że opowieści o niej są prawdziwe i w to, że Arrica będzie mnie kochać aż do końca świata i będziemy razem szczęśliwi. Nie wybaczę mu tego – muszę ją pomścić albo zginę i odnajdziemy się za granicą świata. Chcę móc jej wtedy powiedzieć „próbowałem”.
-Będziesz potrzebował porządnej liny! – wrzasnął San.
-I butów!
-Ciepłego płaszcza!
-Nie zapomnij o mieczu!
***
___Zobaczyłem ją po czterdziestu dniach wędrówki. Piękna i majestatyczna – najwspanialsza budowla na tym świecie. Architekci chcieli pokazać bogom, że mogą im dorównać i udało im się. Ponad połowę budowli zakrywały chmury, ale to co widziałem mnie oszołomiło. Strzelisty kształt – grot prosto w niebo. Marmurowa strzała, którą ozdobiono złotem i strzelono w boską siedzibę. A w środku cała mądrość ludzkości. Przybyłem. Wiedziałem, że jestem zwycięzcą. Byłem tego pewien on samego początku. Arrica, która dołączyła do mnie nad mym stygnącym ciałem też była pewna wygranej – tylko bliźniacy myślą, że poległem pod murami miasta.



Awatar użytkownika
Filip
Pisarz pokoleń
Posty: 1130
Rejestracja: sob 31 gru 2011, 12:51
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: Filip » pt 26 paź 2012, 22:17

Dziewczynka z obrazkami

WWWDostrzegłem odcisk dziecięcej rączki na szybie samochodu i zrobiło mi się piekielnie smutno. Odruchowo przyłożyłem do tego miejsca dłoń zakrywając ten ślad zupełnie. Nie chciałem, by Ania to zobaczyła, więc wyjąłem chusteczkę i starannie wytarłem szybę.
WWWWyszedłem z garażu i ruszyłem w kierunku podjazdu, by zamknąć bramę. Już nie chronił mnie cień naszego domu i teraz gorące powietrze zabierało mi oddech a promienie południowego słońca sklejały powieki. Brukowany podjazd, zieleń pustego ogródka i czerń stalowego ogrodzenia zlewały się w jeden kolor poprzecinany miodowymi pręgami światła.
WWWWtedy zobaczyłem tą dziewczynkę. Siedziała zgarbiona na chodniku obok bramy wjazdowej i wyglądała na bardzo zmęczoną.
- Cześć – powiedziałem nieśmiało. - Co robisz?
- Przepraszam. – Dziewczynka wstała i dostrzegłem, że sięga mi zaledwie do ramienia. Mogła mieć najwyżej piętnaście lat. - Czekam na tatę.
- Ok, tylko dlaczego akurat tu?
- Tak się umówiliśmy.- Dziewczynka odgarnęła z twarzy kilka kosmyków jasnych włosów i poprawiła spięty gumką kucyk.- Tata ma po mnie przyjechać po południu.
- Twój tata zostawił cię tu specjalnie?
- Tak. - Dziewczynka pokiwała głową i dodała: - Bo ja sprzedaję obrazki.
- Jakie?
- Święte – powiedziała z przekonaniem. - Chce pan kupić? Jeszcze dużo zostało.
- Chwila! Dziś jest w czterdzieści stopni w cieniu... - Odruchowo spojrzałem na słońce i świat na chwilę znów przybrał miodową barwę. - To nie jest dobry dzień na sprzedawanie czegokolwiek.
- Nigdy nie ma dobrego dnia.
WWWWtedy dostrzegłem na zakurzonej twarzy dziewczynki ślady łez. Kurz na jej ustach, suchych i popękanych, sprawiał wrażenie zaschniętej krwi.
- Płakałaś? Dlaczego?
- To nic. - Dziewczynka otarła dłonią policzki. - Proszę zobaczyć, to bardzo ładne obrazki...
- Za chwilę. Jak masz na imię?
- Majka.
- Ładnie. Poczekaj chwilkę... - powiedziałem. - Maju...
WWWWróciłem do garażu i z małej lodówki wyjąłem butelkę wody mineralnej. Zaniosłem ją dziewczynce, piła łapczywie.
- Dobra - powiedziałem, gdy podziękowała i zakręciła butelkę. - Pokaż, co tam sprzedajesz.
WWWDziewczynka otworzyła torbę i wyjęła z niej duże, kwadratowe pudełko. Zdjęła tekturowe wieczko i wyjęła ze środka obrazki.
- Proszę sobie wybrać – powiedziała i rozsunęła je niczym szuler rozkładający talię kart.
WWWSięgnąłem ręką i wyjąłem jeden z obrazków.
- To święty Józef, patron rodziny – powiedziała Majka. Stałem pomiędzy nią a słońcem i musiała mrużyć powieki, gdy patrzyła na mnie. - Proszę wziąć następny.
- Aha.
- A to święty Idzi. Od kołysek...
- Wszystko ładnie się układa – powiedziałem i wyciągnąłem kolejny obrazek. - Był święty od rodziny, kołysek, więc...
- O kurcze... - powiedziała dziewczynka i wyjęła obrazek z mojej dłoni. - Tego nie znam. Jest jakiś... dziwny.
- Pokaż - powiedziałem i spojrzałem na obrazek. Przedstawiał figurkę nagiego mężczyzny, z mieczem w dłoni i płonącym słońcem za plecami. - Znasz tego świętego?
- Nie.
- Przypomina demona...
- Się musiał zaplątać... Tylko skąd?
- Nie martw się. Czasami tak bywa, nawet wśród świętych.
- Ale wstyd. - Piegowata buzia dziewczynki zarumieniła się nieznacznie. - Pan jest taki dobry i w ogóle, a tu...
- Przestań. Ile płacę?
- Nic. Dlaczego pan się zrobił taki smutny?
- Bo już wiem, że nam się nie uda. Nigdy... - Poczułem lekkie pieczenie oczu, więc szybko dodałem: - O której przyjedzie po ciebie tata?
- Miał być o pierwszej...
- A jest już grubo po trzeciej. - Postukałem palcem w szkiełko zegarka i powiedziałem: - Chodź do nas, zjesz coś i poczekasz na ojca. Ania... to znaczy moja żona, na pewno jeszcze kupi coś od ciebie.
WWWDziewczynka popatrzyła na mnie smutno a potem schowała obrazki do torby.
- Ale ja już byłam u państwa – powiedziała zapinając suwak. - Wcześniej.
- I co?
- Pana żona bardzo krzyczała, potem mnie wygoniła.
- Dlatego płakałaś?
- Tak. - Dziewczynka założyła torbę na ramię i odeszła kilka kroków. - Ona też bardzo płakała. Ja myślę, że pan teraz powinien iść do domu i mocno ją przytulić – powiedziała cicho i zniknęła w słońcu.
Ostatnio zmieniony pt 26 paź 2012, 22:59 przez Filip, łącznie zmieniany 2 razy.



Awatar użytkownika
Luka w pamięci
Umysł pisarza
Posty: 770
Rejestracja: pn 16 sie 2010, 17:48
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Luka w pamięci » sob 27 paź 2012, 10:43

Angry Birds prawdziwa historia, czyli Gniezdne Wojny i Aleja Gniazd

Strużka dymu.
Buchający z kupki chrustu szary obłok.
Wreszcie płomienie strzeliły.
Ptaki zauważyły, co się dzieje. Chyliły głowy i łypały oczkami.
Myślały, że miały jeszcze dużo czasu. Ale już po chwili zaczęło się robić gorąco.
Wrzeszczały do siebie z gniazda do gniazda i wylatywały, krążąc nad skałą. Gdy chciały wrócić do gniazd, nie dla wszystkich było to możliwe. Te z dołu zajęły się ogniem.
Coraz głośniejsze kraczenie i skrzeczenie. Niektóre nie myślały o sobie. Wlatywały wprost w płomienie i ginęły. Reszta ratowała siebie.
Stało się jasne, że trzeba uciekać. Z krzykiem rozlatywały się na boki, rzucały okiem na rozpłomienione dzieło zniszczenia i z żalem ruszały w siną dal jak na wygnanie.
Nigdy wcześniej tego nie widziały. Ich dom płonął!
Odlatując widziały człowieka.
Młody homo sapiens biegał wokół tego pożaru, ale nie był to triumfalny taniec. Intencje miał dość lekkomyślne – dopiero teraz wyobraził sobie konsekwencje. Coś mamrotał i dreptał, jakby ten ogień miał też pod stopami.
Rozprzestrzeniający się ogień mógł przewędrować z tej góry na tereny łowieckie, a nawet w miejsce, gdzie akurat koczowali.
Mały przypomniał sobie, że taką siłę pokonuje woda. Na przykład taka, co leci z nieba i czasem gasi im palenisko, a potem znowu czekają wiele dni, żeby ukraść trochę ognia z błyskawicy.
Urwał jakieś ogromne liście i pobiegł po wodę do pobliskiego strumyka. Wciąż mało – ogień, choć niski, pełzł po całej skarpie i wypalał resztę gniazd. Mały zaczął więc go bić tymi wielkimi liśćmi. Pomogło. Już po chwili dobijał tylko najmniejsze płomyczki czepiające się suchej trawy.
Gdy zmęczony otarł spocone czoło i spojrzał na to, co zrobił, wyszczerzył zepsute zęby.

Wrócił do plemienia z tobołkiem z liści. Najpierw zawołał swoją rodzinę, a ci zawołali resztę rodzin. Gdy wszyscy się zebrali, on zaczął rozdzielać między nich jajka na twardo i ogromne, usmażone żywcem ptaki. Nie chciał wiele mówić, ale zagabywany, odpowiadał półsłówkami i jakoś samo wyszło, że wszystko się wydało.

– Ludzie! – huknął wódz plemienia. – Ten oto młody człowiek o imieniu Grr dokonał trzech cudownych rzeczy. Przyniósł nam jedzenie, przepędził drapieżne ptaki i nauczył się rozniecać ogień!
Członkowie plemienia wznosili radosne okrzyki i uderzali w dłonie. Mama płakała ze wzruszenia. Grr pierwszy raz w życiu czuł tremę.
– Grr, twoje czyny nie mogą przejść bez echa. Powinieneś pozostawić po sobie ślad dla potomnych. Spisać tę historię. Masz tu kawałek wapienia. Narysuj coś przy wejściu do jaskini.
– Patrzcie – odezwał się ktoś nagle, pokazując niebo.
Wszyscy spojrzeli w tym samym kierunku. Ogromne stado ptaków zaczęło się zbliżać jak wielka rozpięta czarna siatka.
– Chyba nie mają dobrych zamiarów.
Przez chwilę przyglądali się z rosnącym niepokojem, dopóki najstarszy nie krzyknął:
– Kryć się!
Czarna siatka, roztrzepotana i hałaśliwa, spadła na ludzi. Biegali, machając rękami. Długie dzioby wbijały się w ich ciała, niemal wyrywając fragmenty mięsa. Bestie atakowały twarze i szyje.
Chlusnęła pierwsza krew, pierwsze wydziobane oczy.
Zanim Grr zdążył zareagować, wódz zgarnął go z ziemi i popędził z nim do jaskini. Przez te ułamki sekund poczuł, jakby lawirowali między deszczem ostrych pięściaków, a i tak wiele z nich go dosięgło. W jaskini ogarnęła go ciasnota, przywarł do innych okaleczonych ciał. Strugi krwi z jego ran mieszały się z cudzymi. Zobaczył, jak wódz próbuje zasłonić wąskie przejście gałęzią. Już zasłonił górę, a dołem jeszcze na czworakach wchodzili spóźnieni ocaleni.
– Mama? – odezwał się Grr. – Mama!
Żaden głos nie odpowiedział.
Nagle Grr przecisnął się do przodu.
– Tam jest mama! – wrzasnął.
Próbował wyprzeć barykadę z gałęzi na zewnątrz, ale wódz go zatrzymał. Przez chwilę się mocowali.
– Przestań! Wpuścisz je!
– Mama!
Już wychodził szparą, szukał zakrwawioną ręką wsparcia, ale ściana była gładka – nic, żadnego zaczepu! Darł palcami po gołej skale. Wódz wciągnął go do środka i rzucił w tłum ciał, gdzie inni go stłamsili i zmiętolili.


ObrazekObrazekObrazek

Awatar użytkownika
ancepa
WModerator
WModerator
Posty: 2803
Rejestracja: sob 04 wrz 2010, 11:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Starachowice
Płeć: Kobieta

Postautor: ancepa » sob 27 paź 2012, 12:58

wwwUjęła w dłonie czarno – białe zdjęcie, pogładziła uśmiechniętą twarz mężczyzny. Kochany Mareczek, z potarganą grzywką i nierówno przyciętym wąsem wyglądał jak wtedy, kiedy pierwszy raz zamienili ze sobą słowo pod gmachem Ministerstwa Obrony. Powiedział, że jest w stanie obronić się przed wszystkim, ale nie przed jej zniewalającym spojrzeniem…
wwwZ dużego pokoju dochodził dźwięk grającego telewizora:

Starszy szeregowy Marek Kowal zginął wczoraj od wybuchu miny w afgańskiej prowincji Ghazni. Do ataku na polski konwój doszło w piątek o godz. 9.17 czasu lokalnego dziewięć kilometrów od bazy Giro. Pięciu innych żołnierzy zostało rannych, ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

wwwMonisia wyłączyła telewizor i przybiegła do matki. Usiadła przy stole, na którym rozłożone były pamiątki z nadmorskich wypraw.

- Ta muszelka została znaleziona w Kołobrzegu. Widzisz tę różową? Jastarnia. Ta w kropki jest kupiona ze straganu w Sopocie.

wwwMonisia podawała mamie muszelki, smarowały je klejem i przyklejały na konstrukcję tektury.

- Ta spiralna jest z Władysławowa. Byliśmy naprawdę na ohydnej kawie, potem pobiegliśmy na plażę, a Mareczek zranił się w stopę o ostry kamień. Biegłam mu pomóc i zauważyłam tę zakręconą muszlę. Jest troszkę duża, nie wiem, czy nie będzie się odklejać.

wwwMonika patrzyła z niepokojem na mamę, która cały dzień spędziła oglądając kamyki i muszle. Dla taty powstawał muszelkowy grobowiec, który zostanie zamknięty w szklanej kuli. Będzie patrzył czarno – białym wzrokiem znad kredensika, wyglądając zza bukietów ze sztucznych kwiatów i roztopionych świec. Mama będzie płakać i rozpalać kolejne płomienie.

- Może wyjdziemy na spacer. Popatrzymy na kolorowe liście i pozbieramy kasztany? – zapytała mała z nadzieją w głosie.

- Jaka jest pogoda? – Matka wstała i rozchwianym krokiem podeszła do okna. Odsunęła firanę i spojrzała na krwiste niebo, z którego spadały martwe ptaki.



Awatar użytkownika
tece
Pisarz osiedlowy
Posty: 312
Rejestracja: śr 29 gru 2010, 13:30
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Pomorze Środkowe
Płeć: Mężczyzna

Postautor: tece » sob 27 paź 2012, 15:26

[center]Wielkie Przejście[/center]

___W nozdrza uderzył ich słony zapach morza. Przez chwilę poczuli ulgę. Widok z klifu pozwolił im na moment zapomnieć o strachu, podenerwowaniu i cholernym upale. Był tylko błękit. Ogrom uspokajającego błękitu.
___Marek rozejrzał się wokoło. Oprócz nich nie było nikogo. Skinął głową Janowi i obaj ostrożnie zeszli z piaszczystego urwiska. Od momentu, gdy opuścili wioskę nie odezwali się do siebie ani słowem.
___Zatrzymali się u stóp falezy między wielki głazami wydłubanymi z klifu podczas sztormu przez morze niczym rodzynki z domowego ciasta i zaczęli rozpakowywać swoje toboły.
___Marek był szybszy, jego ruchy sprawniejszy i dokładniejsze. Pierwszy założył wabik na haczyk i zarzucił wędkę. Żyłka zaszybowała daleko w morze i po chwili przynęta znikła w błękitnej toni. Na powierzchni unosił się tylko żółty spławik. Jan dopiero wyjmował sprzęt z plecaka.
___- Boisz się?
___- Trochę… - odparł po chwili wahania Jan. Myślał o Święcie Wielkiego Przejścia. Po tym dniu razem z Markiem i resztą chłopaków mieli przestać być tylko uczniami i stać się prawdziwymi szamanami. I oddać się Znakom. Ale zanim to nastąpi każdy z nich musiał przejść ostatnią z prób. Próbę Morza. - Może dajmy sobie spokój. Tak naprawdę wcale nie musimy tego robić.
___Marek sięgnął do kieszeni, z której wyjął kilka liści zawiniętych w kartkę papieru.
___- Masz. Żuj. Powinno pomóc.
___Jan spojrzał na towarzysza. Wiedział, że nie powinni tego robić. Opiekun kategorycznie zakał im samodzielnych prób ze Świętą Rybą. Mimo to, wspólnie zdecydowali, że złamią obiecaną przysięgę.
___- No bierz. To dobra roślina. Uspokoi twoje ciało i duszę. A to naprawdę się nam dziś przyda.
___Wyciągnął dłoń w kierunku dłoni przyjaciela i wziął z niej kilka liści ziela.
___Roślina szybko puściła soki i zaczęła powoli działać. Poczuł delikatne mrowienie na podniebieniu i języku już po kilku pierwszych ruchach szczęki. Mimowolnie uśmiechnął się sam do siebie. Świat wokół niego zawirował.
___Znów został tylko błękit.
___Wszystko będzie dobrze, pomyślał, gdy z trudem oderwał swoje myśli od hipnotyzującej monotonności morza. Odpływał coraz bardziej.

___Obudził go krzyk ptaków. Nie zauważył, kiedy zasnął. Ziele, które dostał od Marka już prawie przestało działać. Pozostał po nim zaledwie gorzki posmak w jamie ustnej, suchość w gardle i zdrętwiałe od siedzenia w miejscu kończyny.
___- Masz. Dostaniesz wątrobę. Jest najlepsza. Tylko uważaj, bo jest jeszcze gorąca.
___Jan spojrzał półprzytomnym wzrokiem na przyjaciela. Nie wiedział, gdzie się znajduje i co się z nim dzieje. Po chwili uświadomił sobie, że siedzi przy ognisku. Słońce powoli zachodziło na tle czerwonego nieba.
___- No bierz. Co z tobą? Wszystko w porządku?
___- Tak, tak. Wszystko dobrze - odpowiedział i wyciągnął rękę w stronę noża, na którego ostrzu był nabity kawałek upieczonej ryby.
___- Nieźle pachnie, nie - stwierdził Marek. - Tylko uważaj na mewy. Te ptaszyska są tak bezczelne, że potrafią wyrwać ci kawałek jedzenia prosto z ust. A chłopaki normalnie padną z wrażenia, jak im opowiemy o tym, gdzie dziś wejdziemy. Trzeba tylko uważać na Łukasza i Mateusza. Mają za długie języki.
___Jan przyłożył kawałek wątroby do nosa. Rzeczywiście ładnie pachnie, pomyślał. Trochę jak to ciasto, które matka piekła na święto Nowego Brzasku. Dziwne. Goździki? Cynamon? Pieczone jabłka? Nie, to też nie to.
___Ale gorzkie. Mogłoby lepiej smakować. Aż język cierpnie.
___Znów świat zawirował wokół niego. Jednak tym razem uśmiech nie pojawił się na twarzy Jana. Jego miejsce zajęło zdumienie, które z każdą sekundą konsekwentnie przeobrażało się w przerażenie. Czuł jak ciało zaczyna odmawia mu posłuszeństwa. Z trudem odchylił głowę do tyłu i spojrzał w górę.
___Na tle płonącego czerwienią nieba widział ciemne zarysy latających nad nim mew. Ptaki powoli obniżały swój lot z każdym kręgiem podlatując coraz bliżej ogniska. Ich krzyk stawał się coraz bardziej głośny i przerażający. Janowi zdawało się, że dźwięki nie docierają do niego z zewnątrz, lecz z wnętrza jego czaszki.
___Niebo płonęło czerwienią.[center][/center]


Opowiadaj. Zachowaj rytm i opowiadaj. Mów o swoich klęskach, niespełnionych marzeniach, pierwszych miłościach, o dniu, kiedy miałeś wszystkiego dość, o tej jedynej, dla której chciałeś się zabić, o tym że nie wszystko ci się udaje. Ja będę słuchał. A potem spiszę historię twojego życia.

Awatar użytkownika
Chii
Akcelerator
Akcelerator
Posty: 566
Rejestracja: wt 17 lis 2009, 21:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Kobieta

Postautor: Chii » sob 27 paź 2012, 15:51

Mudang

____Yun Chun Hei obudziła się zlana potem. Otworzyła oczy i omiotła wzrokiem mglisty pokój. Zamrugała, oddychając głęboko. Jej ciało przechodziły dreszcze. Choć nie jadła nic od dwóch dni, zbierało jej się na wymioty. W uszach bębniły dziesiątki much, klaskanie świateł i szum ludzkich twarzy. Uniosła ręce, w których ściskała dwie, białe miotełki. Gdy pobrzękiwanie przybrało na sile, zatopiła twarz w gęstwinie duchów.
____Znów stała się śnieżnobiałymi punktami w płonącym oceanie. Poczuła, jak wypełnia ją woń żywego stworzenia. Zaczęła śpiewać pieśń. Do jej uszu dotarło ciche bicie innego serca. Drgnęła i nieprzytomnym ruchem popłynęła w stronę zapachu żył. W żółtej obsesji znalazła błękit zetlonego życia. Otworzyła paszczę pełną białych igieł i rzuciła się ku niemu. Dusza przeraźliwie zawyła, broniąc się przed atakiem znalezioną na dnie muszlą i nożem wyjętym z własnego serca. Chun Hei nie dała za wygraną, jeszcze głośniej śpiewając pieśń. Wcielona w rekina, zaatakowała zmarłego po raz kolejny. Ten zaczął się szarpać, wyrywając spomiędzy białych zębów wykrzywioną dłoń. Zaczynało brakować mu tchu. Natychmiast ruszył w górę, z utęsknieniem patrząc na lustro wirującej wody. Chun Hei, śpiewając muga, podążyła za swoim celem. Gdy ten dotknął delikatnej tafli, chwyciła go za płomieniste serce.
____Mudang otworzyła oczy, a dźwięk dzwoneczków ustał.
____- Kyeong Eun! Moja maleńka Kyeong Eun! - zawołała.
____Dziewczynka stojąca obok spojrzała z przerażeniem w oczy Yun Chun Hei.
____- Tata? T-tata? To naprawdę ty? - mała zapytała z nadzieją.
____Kobieta rzuciła się do stóp dziecka.
____- Kyeong Eun! Wybacz mi, proszę, Kyeong Eun, wybacz! - zawyła, chwytając dziewczynkę w objęcia. - Matko! - Chun Hei łypnęła na siwą kobietę. - Matko, wybacz, że zawiodłem. Nie jestem godzien...
____- Jeong Su... - wyszeptała starsza pani. - Jeong Su, idź w pokoju. Wybaczam ci.
____Mudang rozpłakała się, upadając na podłogę. Dwie kobiety w kolorowych szatach podeszły do niej, podnosząc i podając miotełki, które wcześniej upuściła. Yun Chun Hei zachwiała się i zakręciła na pięcie. Zaczęła zabawiała cierpiącego rybaka swoim śpiewem i tańcem, próbując odegnać od niego dawny świat oraz niezałatwione sprawunki. W końcu chwyciła jego duszę za rękę i poprowadziła przez białe płótno prosto na tamtą stronę. Kim Jeong Su szarpał się i zatrzymywał przy każdym pogłębianiu rozdarcia tkaniny. Nie mógł sobie wybaczyć, że okalecza Kyeong Eun, zostawiając ją zupełnie samą. Gdy obejrzał się po raz ostatni, jego matka ze łzami w oczach obejmowała małą. Poczuł ulgę, a Chun Hei skończyła swoją pieśń.
____Jeszcze tego samego wieczora Yun Chun Hei wsiadła w pociąg z Gyeongsangu Południowego do Północnego. Za kilka dni będzie uczestniczyć w kolejnym gut. Przegryzając placek ryżowy, wyjrzała przez przyciemnione okno. Zobaczyła w nim swoją zmęczoną twarz. W niczym nie przypominała tamtej mudang, która znajdywała zagubione dusze. Nie miała na sobie ani kolorowych szat, ani wysokiego kapelusza. Zapadnięte policzki i podkrążone oczy nabrały przerażającej głębi w jarzeniowym blasku. Wzrok utkwiony był w jakimś odległym punkcie. Może tu, a może tam, rozdarty między światami.


Dzwoń po posiłki!

Awatar użytkownika
B.A.Urbański
Legenda pisarstwa
Posty: 1918
Rejestracja: czw 06 paź 2011, 18:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: B.A.Urbański » sob 27 paź 2012, 17:20

____Pośród zaśnieżonych stoków szła postać. Można ją było dostrzec z daleka, gdyż wyglądała niczym krzew gorejący, przemierzający to lodowate pustkowie.
____Bóstwo sunęło z wolna, czując, jak opada z sił. Jego bose stopy sprawiały, że zamarznięty śnieg i lód rozpuszczał się przy najlżejszym dotknięciu.
____Zerwał się wiatr. Tuman białych płatków uniósł się nagle w górę i próbowały zatrzymać postać. Ta jednak nie zwróciła na to nawet uwagi. Płomienie, które ją otaczały, choć nikły powoli, nadal chroniły przed wszystkimi atakami, jakie mogła zaoferować góra.
____Bóstwo znalazło się u celu. Wejście do groty były dobrze osłonięte, a przez to zachowało się w stanie nienaruszonym przez tysiące lat.
____Postać spojrzała ostatni raz w stronę świata, unosząc do góry miecz w oskarżycielskim geście.
____- Miałem być waszym obrońcą, a wy mieliście tylko przestrzegać praw i wierzyć – powiedział głosem tak niskim, że niemal przypominającym warknięcie.
____Z rezygnacją opuścił broń i wszedł do środka.
____„Miejsce spoczynku zapomnianych...” – pomyślał. – „Przynajmniej nie będę samotny.”
____Tunel był długi i nieprzyjemny, a ostre kamienie raniły stopy od spodu, lecz w końcu dotarł do samego końca.
____Zdziwił się, bo spodziewał się czegoś innego. Może komnaty? Może świątyni albo przynajmniej jakiegoś ołtarza?
____Nie było nawet kupki kości czy szat bóstw, które przybyły tu przed nim. Nie było nic.
____Korytarz kończył się ślepo. Jedynie na ścianach było coś, co mogło świadczyć o chwilowej obecności w tym miejscu jakichś istot w przeszłości.
____Spod kawałka płótna, którym był okutany, wyciągnął przedmiot przypominający spory szklany klosz wypełniony wodą. W środku znajdowała się mała świątynia ze strzelistymi wieżami.
____Spojrzał i aż nogi mu zadrżały. Jedną dłonią przytrzymał się ściany, aby nie upaść.
____- Kiedyś oddawaliście nam cześć w sanktuariach, takich jak to – rzekł na głos, jakby chciał, aby te słowa dotarły do ludzi na całym świecie. Lecz w jaskini nikogo nie było. – A teraz? Macie nowych bogów, których czcicie w tym, co bezmyślnie nazywacie galeriami.
____Poczuł zbierający w nim gniew. Ognie zapłonęły równie mocno jak w dniach jego największej chwały. Z całej siły rzucił przedmiot pod nogi. Szkło roztrzaskało się i rozprysnęło na wszystkie strony. Woda rozlała się dookoła tworząc sporą kałużę. Mała świątynia stała jednak na ziemi nienaruszona.
____Płomienie zgasły jak gaśnie życie. Bóstwo opadło na podłoże, a jego pierś przebiły strzeliste wieże.
____Zakaszlał.
____Krew spływała powoli po budowli, mieszając się z wodą.
____Zacharczał.
____Wzrok opadł mu ku dołowi i pośród mieszających się cieczy dostrzegł odbicie. Z początku nie był pewien czy to lustro i widzi siebie, czy też okno ukazujące coś po drugiej stronie.
____Później już wiedział. Ujrzał kobietę o długich, czarnych włosach i smutnych oczach. Patrzyła na niego. A może gdzieś w dal? Zamyślona...
____- Może nie jesteście tak całkiem straceni – wypowiedział ostatnim tchem, po czym skonał.
____Wszystko przeminie. Jedynym materialnym dowodem, że kiedykolwiek istniał naprawdę, pozostanie ślad dłoni wypalonej płomieniami na ścianie owej jaskini.


I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!
B.A. = Bad Attitude


Wróć do „Ćwiczenia - część I”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość