Przed użyciem zapoznaj się z treścią Regulaminu lub skonsultuj się z Moderatorem lub Adminem,
gdyż każde Forum niewłaściwie stosowane zagraża Twojemu życiu literackiemu i zdrowiu psychicznemu.

Zady i walety

Moderatorzy: Thana, Poetyfikator, Moderator, Weryfikator

Awatar użytkownika
mdrv
Pisarz domowy
Posty: 131
Rejestracja: śr 27 lip 2011, 22:33
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: mdrv » sob 20 paź 2012, 21:10

Ostatni post z poprzedniej strony:

WULGARYZMY

Facet w czerni przyniósł na tacy kilka pączków i kawę, po czym stanął znów przy drzwiach w tej charakterystycznej dla ochroniarzy pozycji: z szeroko rozstawionymi nogami i rękami zakrywającymi krocze.
Albert sięgnął po lukrowany smakołyk, wziął bez pośpiechu kilka kęsów i wyniośle skinął, dając do zrozumienia, że jest zadowolony. Siedzący po drugiej stronie stołu mężczyzna był wyraźnie zniesmaczony. Z wyglądu był zupełnie niepodejrzany, co natychmiast zdradzało go jako tajniaka.
-Panie Albercie... Zdaje pan sobie sprawę, że nasza planeta jest zagrożona?
-Tym bardziej warto zjeść pączka- odparł Albert niewzruszony- To jest ta kawa, co ją się wydłubuje z gówna?
-Ekhm... istotnie.
-Jakie to żenujące, nieprawdaż?
-Panie Albercie, oni nie chcą wojny.
-Kto?
-Oni- powtórzył z naciskiem agent.
-Ach, oni!- Albert ostentacyjnie oblizywał palce-To czego w takim razie chcą?
-Pojedynku.
-Doskonale! Z kim?
-Chcą grać w szachy z naszym największym arcymistrzem.
-Jakie to literackie!
-Zaiste. Zapewnili nas, że jeżeli nasz przedstawiciel wygra zaspokoją się zrabowaniem naszych zasobów pierwiastków promieniotwórczych i odlecą. A jeżeli nie...
-Unicestwią Ziemię?- spytał Albert udając znudzenie.
-W rzeczy samej.
-Czyli jestem naszą jedyną nadzieją?
-Ściślej rzecz ujmując, chcieliśmy pana wziać jako rezerwę.
-Słucham?
-Zajmuje pan drugie miejsce w rankingu FIDE. Naturalnym jest więc, że chcielibyśmy, by został pan naszym rezerwowym reprezentantem, na wypadek gdyby Gienadij Tupoj...
-Rozumiem- szepnął Albert zaciskając pięści- Rozumiem.
-Doskonale! Więc zgadza się pan?
-Tak- mruknął szachista w pośpiechu zakładając kurtkę- Zgadzam się- powiedział, już głośniej i wybiegł, by nie zobaczyli jak płacze.

Na stole leżały sterty opakowań. Dwie sterty. Lewa sterta- opakowania puste. Prawa- pełne. Pomiędzy nimi znajdowała się strefa tymczasowa dla opakowań właśnie opróżnianych. Albert jadł. Czekolada mieszała się ze słonym smakiem łez. Żona Alberta zamknęła się w łazience i tylko płakała.
-Nie możesz sobie tego znowu robić- mówiła do oprawionego w ramki zdjecia męża. Zdjęcie, jeżeli wysilić wyobraźnię, tak jakby słuchało- Tylko nie to, tylko nie to...- łkała.
Arcymistrz jadł. Jadł już piątą godzinę.
-Ty umrzesz od tego, umrzesz...
Nagle doszedł do niej dziwny dźwięk. Nowy dźwięk. Jakby... jakby kto się ruszał... Jakby otwierał szafkę na buty. Jakby się ubierał w pośpiechu. Wypadła z łazienki by ujrzeć swego męża nakładającego płaszcz. Zauważył ją dopiero po chwili.
-Kurwa mać, ja pierdolę- oświadczył szachista żonie i wyszedł.

Albert podjechał ostrożnie na krawędź klifu. Zaciągnął ręczny i sięgnął za pazuchę po portfel. Spojrzał na zdjęcie żony i uświadomił sobie, że nic nie czuje.
-To dobrze- powiedział do siebie- Stracić taką grę...
Zwolnił ręczny i docisnął gaz. Powoli zaczął puszczać sprzęgło, lecz nim silnik zaczął się obracać, zadzwonił telefon. Docisnął pedał sprzęgła z powrotem.
-Tak?- zakwilił do słuchawki złamanym głosem.
-Panie Albercie, Tupoj miał wypadek. Proszę przyjeźdżać, gra się rozpoczyna za dwie godziny.
W głowie szachisty nastąpiła eksplozja emocji. Poczuł jak krew wali mu do mózgu. Poczuł jak rośnie mu ciśnienie gałek ocznych. Wrzucił luz i wybiegł z auta. Skakał. Krzyczał. Płakał. Nie był w stanie zapanować nad zamętem, który ogarnął jego umysł. Nogi się pod nim ugieły. Oparł się o bagażnik samochodu.
Po jego ciężarem, zostawiona na luzie toyota potoczyła się powoli do przodu, zjechała z krawędzi klifu i spadła do głębokiego wąwozu. Albert padł na twarz. Błoto wpadło mu do oczu. Huk eksplozji go ogłuszył.
Minęło może dwadzieścia minut nim odzyskał władzę w ciele, nim z umysłu opadła czarna kurtyna beznadziejnej rozpaczy uniemożliwiająca jakiekolwiek myślenie, czucie czy działanie.
-Kurwa- mruknął i poczuł jak grudka ziemi wpada mu w dziurę w niezaleczonej piątce.

***

-...po tym jak przedstawiciele dyplomatyczni ludzkości wynegocjowali zmianę dyscypliny- zakończył zapowiedź uradowany spiker. Na ekranie telewizora ukazał się stół, a przy nim- młody mężczyzna i kosmita.
Młodzieniec powoli, z namaszczeniem umieścił kartę na wierzchu stosu.
-Po makale-powiedział z satysfakcją chłopak. Na dole ekranu na niebieskim pasku powtórzono trzy razy napis:
„LUDZKOŚĆ OCALONA”.
-Ileż, kurwa, można- syknął barman, wyłączając telewizor-Jeszcze kolejkę?
-Mhm-przytaknął Albert i zalał się po raz kolejny łzami. Barman napełnił jego szklankę whiskey.
-Wyluzuj chłopie. Trzeba się cieszyć.
-To miałem być ja...
-To jeszcze nie koniec świata- barman mrugnął okiem- Chcesz coś do szamania?
-Nie... Nie, nie mam ochoty na jedzenie...

***

-Smokey, chodź, do nogi...
Smokey przybiegł do swojego pana z wywalonym jęzorem. Ruszał się dość szybko, jak na psa bez nogi.
-Coś chudy ten twój pies, Albert. Kup mu czasem coś do żarcia.
-Jak chudy? Więcej żre od ciebie- odparował Albert wsadzając głowę do śmietnika. Jego głos, odbity od metalowych ścian kontenera brzmiał, jak w tandetnym filmie s-f.
-Wszystko wydajesz na chlanie.
-Pieprzysz. Tutaj nic już nie znajdziemy. Idę na miasto posępić.
Ruszyli przez labirynt zaułków stronę śródmieścia.
-Bart, znasz dowcip o rurce z wodą?
-Co?
-No, ruscy naukowcy odkryli, że jeżeli by wlać całą wodę ze wszystkich oceanów, mórz, jezior i rzek do rurki o średnicy 10 centymetrów, to ta rurka musiałaby być tak długa... że ja pierdolę.
Bart ryknął chrapliwym śmiechem. Łza poleciała mu z jedynego oka...
-Ty jak coś powiesz!
-No- zachichotał Albert- Zrywa papę z dachu, nie? Ej, student!
Młody człowiek w swetrze wskazał na siebie palcem: „ja?”.
-Tak ty, gościu! Daj piątaka!
-Sam nie mam na żarcie.
-Poważnie?
-No.
-To wystaw łapę!
Młodzieniec nieco przestraszony pokazał kloszardom prawą dłoń.
-No otwórz... Masz tu dychę. Co będziesz chodził głodny.
-Ej, nie trzeba...
-Spierdalaj, dzieciaku. Bart, znasz ten o studenckiej jajecznicy?

***

Postawny, przystojny, tępy- tak można było opisać w trzech słowach mężczyznę, z którym Laura spędziła noc. Jej najlepsza przyjaciółka śmiała się, że randki z głąbami to takim sposób na odreagowanie poprzedniego związku.
Mąż arcymistrz szachowy, pomyślała uruchamiając samochód, to był zupełnie nietrafiony pomysł. Może i dobrze, że zaginął, drań.
Ruszyła w stronę centrum. Z radia płynęły łagodne, smooth jazzowe tony.
-Korek? Cholera spóźnię się.
Nie lubiła się spóźniać. Jak każda kobieta, która czuje, że ma wiele do nadrobienia w życiu. Utwór w radiu dobiegł końca i na antenę wszedł spiker:
-Złe wieści dla zmotoryzowanych, wypadek na rogu...
Walnęła głową w klakson.
-Kurwa!
-...wygląda na to, że bezdomny mężczyzna zginął, ratując spod kół kalekiego psa i przy okazji spowodował karambol. Polecamy objazd ulicą...
-Bohater zasrany!- wrzasnęła Laura.


"Wow wow wow est"

Awatar użytkownika
B.A.Urbański
Legenda pisarstwa
Posty: 1918
Rejestracja: czw 06 paź 2011, 18:24
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Postautor: B.A.Urbański » sob 20 paź 2012, 23:43

WULGARYZMY

- Powinieneś kupić sobie GPS’a – powiedział mi Jarek, kumpel z nowej pracy, kiedy tylko zameldowałem się pierwszego dnia w robocie.
- Ale po co mi takie coś? Mam najnowszą mapę, to sobie poradzę – odrzekłem natychmiast.
- Takie urządzenie dużo daje – przekonywał. – Wszyscy u nas z tego korzystają. Bardzo pomocna rzecz i zaoszczędzi czas, a i człowiek nie czuje się taki samotny w podróży.
Przyznam, że zaintrygowało mnie to, co powiedział.
- Dzisiaj wytłumaczę ci wszystko w magazynach i jeszcze jakieś cholerne szkolenie cię czeka, ale już jutro dostajesz przesyłkę i sam musisz działać. Nikt tu nie będzie się z tobą cackał.
Przytaknąłem i słuchałem uważnie wszystkiego, co mi mówił. Chodziłem za nim jak cień, przyglądając się i zapamiętując najwięcej jak mogłem. Dostałem przepustkę na lotnisko i zorientowałem się, gdzie są składowane zaginione lub opóźnione bagaże.
- To będzie pestka – rzuciłem do Jarka na odchodne.
- Nie bądź tego taki pewien. Posłuchaj rady starego wygi i lepiej zaopatrz się w dobry GPS.
- Dobra, pomyślę o tym – powiedziałem bez przekonania.
Lecz słowa kumpla nie dawały mi spokoju. Fakt był niezaprzeczalny, że coraz więcej kierowców, nawet niezawodowych, z tego korzystało i słyszałem sporo pochlebnych opinii. W sumie miałem teraz jeździć po całym kraju i rozwozić bagaże zapomniane przez roztargnionych turystów, albo opóźnione z powodu równie roztargnionych pracowników lotnisk i linii lotniczych.
Nie dawało mi to spokoju. A na dodatek spostrzegłem wielki billboard, zapraszający do nowego sklepu ze sprzętem elektronicznym, który głosił: „Dzisiaj wielka wyprzedaż! Tylko u nas GPS w niesamowicie niskiej cenie! Zawsze do celu!”
Powiadają, że to siła marketingu i chyba rzeczywiście coś w tym jest, bo zajechałem i kupiłem jeden z modeli zachwalanych przez sprzedawcę.

***

Następnego dnia z samego rana stawiłem się i od razu Jarek miał dla mnie zadanie.
- W magazynie B jest bagaż, który przyleciał z opóźnieniem z Amsterdamu. Tu masz wszystkie kwity.
- Aż tak daleko? – zapytałem zdziwiony, spojrzawszy na adres. – Przecież to kupa kilometrów! I tylko z jednym mam jechać?
- Takie przepisy – skwitował. – Bagaż przyleciał, a my mamy określony czas, żeby go dostarczyć. Akurat na południe nie ma innych przesyłek, więc nie marudź tylko zabieraj się i to szybko.
„No niech będzie” – pomyślałem. – „Przynajmniej wypróbuję nowe urządzenie.”
Odebrałem dużą walizkę i włączyłem GPS’a.
- Witaj, przystojniaku! – powiedział bardzo przyjemny głos, wydobywający się ze sprzętu.
- Hę? – odpowiedziałem niemrawo.
- Nazywam się Beatka i jestem całkowicie twoja. Pomogę ci w każdej sytuacji.
„No tak, jak coś kupiłem, to w sumie dość oczywiste, że staje się moje” – przeszło mi przez myśl. – „Swoją drogą, to zaskakujące, jak zaawansowana jest dzisiejsza technika.”
- To gdzie jedziemy? – zapytało urządzenie.
Odczytałem adres z kartki.
- Uuuuuuuuu, to daleka podróż nas czeka. Nawet dobrze, bo będziemy mieli mnóstwo czasu, żeby się lepiej poznać – skomentowała z entuzjazmem Beata. – Powiedz mi jeszcze, jak masz na imię.
- Wojtek – odparłem, powoli ruszając ulicami miasta.
- Wojtuś, bardzo ładne imię.
- Dzięki – odpowiedziałem, czując się odrobinę nieswojo. W końcu pierwszy raz rozmawiałem z maszyną.
Umilała mi czas gadając na różne tematy, a do tego prowadziła mnie dobrze znanymi trasami. Sam też bym je wybrał. Zastanawiało mnie, jak sobie będzie radziła poza miastem, w terenie, którego sam za dobrze nie znałem.
- Jedź prosto sto pięćdziesiąt cztery kilometry – nakazała w momencie, kiedy samochód opuścił granice miasta.
- To chyba nie jest zbyt trudna droga? – zapytałem.
- Ze mną nie masz się czego obawiać, kochanieńki – uspokajała mnie. – Mówił ci ktoś kiedyś, że wspaniale trzymasz tę kierownicę? Tak silnie i pewnie.
Już miałem coś odpowiedzieć, kiedy nagle z małej, podporządkowanej uliczki wyjechał mi stary opel. Spokojnie odbiłem w lewo i zjechałem na drugi pas.
Nagle usłyszałem klakson. To był mój klakson!
- Jak jeździsz, palancie! – Przyjazny i miły do tej pory głos Beaty zmienił się w skrzekliwy krzyk.
- Beata, co ty wyprawiasz?
- No jak to co? Trzeba tego skurwiela opierdolić, bo nie powinien za kółko wsiadać. Przecież naraził cię na niebezpieczeństwo. Ty jesteś taki kochany i tak ładnie jeździsz, a ten... ten...
- Spokojnie – przerwałem jej – nerwy na drodze jeszcze nikomu nigdy nie pomogły.
Przez chwilę nic nie mówiła, ale gdy tylko wyprzedzałem starego opla, znów zaczęła wrzeszczeć na kierowcę:
- Gdzie się jeździć uczyłeś, tępy chuju! Powinni ci zabrać prawo jazdy! Albo nawet nigdy nie wydawać!
Nie wiedziałem, co zrobić, więc wcisnąłem mocniej gaz, aby jak najszybciej zakończyć manewr i oddalić się.
- Ha! Bardzo dobrze zrobiłeś! Pokazałeś mu kto jest królem tej drogi! Pięknie zostawiłeś go z tyłu.
Milczałem.
- A tak w ogóle, to widzę, że to jakaś głupia baba zostawiła walizkę, którą wieziesz.
- Nie zostawiła, a po prostu bagaż przyleciał z opóźnieniem – poprawiłem ją. – Właścicielka nie mogła odebrać.
- Jedź cały czas prosto. Jeszcze sporo kilometrów, więc się nie przejmuj – powiedziała, po czym dodała: - Totalne bezguście!
- Proszę?
- No, z tej baby! To jakaś debilka musi być. Jak można taki ohydny kolor wybrać? Taki sraczkowoburaczkowy i do niczego nie pasuje. A brzydki, że hoho. Ale to pewnie tak samo jak właścicielka.
- Nie wiem, nie widziałem właścicielki, więc trudno ocenić, a na kolorach i tak się nie znam.
- Ale ja jestem fajna i ładna, nie?
- Tak, tak – odparłem niepewny, co powinienem odpowiedzieć.
- Kiedyś moja koleżanka kupiła sobie dolną część obudowy w podobnym kolorze. Tak się z niej śmiałyśmy, że już nigdy później jej nie założyła. A jadłeś już coś?
- Nie, rano musiałem wcześnie wstać, żeby móc wyjechać jeszcze przed korkami.
- No to się świetnie składa. Niedaleko jest zajazd. Możesz zaprosić mnie na wczesny lunch. To znaczy ja nie będę jadła, bo wiesz... Ale ty musisz dbać o siebie.
- Nie jestem głodny.
- Nie możemy pozwolić, żebyś zasłabł z kierownicą – przekonywała, wykorzystując swój nieziemsko miły głos. Głos, któremu nie można było się oprzeć.
Zgodziłem się i po chwili byliśmy już w restauracji.
Po sytym posiłku i bardzo długiej, a nawet odrobinę męczącej rozmowie, wsiedliśmy i ruszyliśmy w dalszą trasę.
Zmierzchało już, a my nadal byliśmy na trasie. Zrugałem się, że tak łatwo dałem się namówić na ten obiad, bo chciałem jeszcze za dnia dostarczyć przesyłkę.
- Tutaj możesz skręcić w lewo – powiedziała Beata. – Zjedziemy z głównej trasy i dalej już mniejszymi uliczkami dotrzemy do celu.
Zrobiłem, jak mi kazała. W końcu miała mapę i znała ją na pamięć.
Do mroku doszła jeszcze mgła, będąca niczym mleko. Zwolniłem, zapaliłem przeciwmgielne i uważnie przyglądałem się drodze.
- Czemu nic nie mówisz?
- Cicho, muszę się skupić. Nic nie widzę przez mgłę.
- Ależ ty odpowiedzialny jesteś i taki mądry – prawiła mi komplementy, kokietując przy tym barwą głosu.
Wjechałem na stary, stalowy most nad rzeką.
- Za mostem skręć w prawo – powiedziała.
- Ok. – Zrobiłem jak kazała.
- Skręć w prawo.
- Znowu? Przecież dopiero co skręciłem?
- Nie ufasz mi? Mówię, żebyś skręcił w prawo i jechał prosto.
- Dobrze.
Przekręciłem kierownicę w prawo. Ujechałem tylko kilka metrów, gdy samochód przechylił się do przodu, usłyszałem głośne pluśnięcie i zobaczyłem wodę wokół siebie.
- Obawiam się, że nie dojechałeś do celu – oświadczyła Beata.
- Jak to? – powiedziałem przerażony.
- Widzisz, zapomniałam ci o czymś powiedzieć.
- O czym?! – krzyknąłem, obserwując jak moje auto powoli zanurza się w rzece i czując zbliżającą się śmierć.
- Ja nie mam zbyt dobrej orientacji w terenie.


I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!
B.A. = Bad Attitude


Wróć do „Ćwiczenia - część I”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość