Obrazek Weryfikatorium

Nie do udźwignięcia

Obrazek
Najlepsze z prozy
Awatar użytkownika
Adrianna
Zasłużony
Zasłużony
Posty: 2442
Rejestracja: pt 24 lip 2009, 17:19
OSTRZEŻENIA: 0
Lokalizacja: Warszawa
Płeć: Kobieta

Nie do udźwignięcia

Postautor: Adrianna » pn 05 sie 2019, 15:48

Nie do udźwignięcia - (tekst bitewny)



Szli cichym pochodem, obładowani pustymi, złożonymi kartonami i wielkimi torbami rodem z bazaru lat dziewięćdziesiątych. Grzęźli po kostki w kałużach i lepkim błocie. Samochód musieli zostawić na rozstajach, gdzie kończyły się płyty monowskie, a zaczynała ziemna droga, beznadziejnie rozmokła po tygodniu deszczów.


– Odmłodniał – rzucił Antoni do opartej o płot Stefanii.


Szedł za mężczyznami od słupa telefonicznego. Nie z ciekawości – wiedział, gdzie idą – lecz by przypomnieć sobie stare czasy, gdy za dziecka całą hałastrą śledzili podobnych ludzi, przejęci i nieco przestraszeni. Stefa też wtedy za nimi biegała. Była nastolatką, więc czasem matka kazała jej zanosić pracującym zupę czy kaszę. Teraz, po śmierci Stacha, była najstarsza we wsi – wdziała więc tylko odświętną chustę i wyszła przed chałupę.


– No odmłodniał, odmłodniał – westchnęła, spoglądając za wiodącym pochód, żylastym mężczyzną.


– Babcia zna tych ludzi? Po co idą? – Sięgająca kobiecie do pasa dziewczynka o słomkowych włosach wyrosła u jej boku.


Wcisnęła staruszce laskę do ręki.


– Wyprowadzać pana Stacha będą…


– Co babcia gada? Przecie on już wyprowadzony. Mama mówiła, że jest w tej… kos-te-ni-cy.


– A to tak. Ale dom muszą opróżnić.


– Pan Władek z Filipem nie mogą?


– Nie, nie. Inaczej się wyprowadza taki dom, co to wymarł zupełnie. – Antoni wyciągnął rękę przez płot i zmierzwił włosy dziewczynce. – Do tego to trzeba fachowców, że tak powiem. Oj, fachowców! Pamiętasz, Stefa, jak dom po Jaczkowskich wynosili?


– Pamiętam. Dzień i noc chodzili z tymi pudłami.


– To zaraz po wojnie było – perorował Antoni trochę do małej, trochę do własnych wspomnień. – Wtedy to sporo domów tu do wyprowadzenia było. Jaczkowskiej brata i trzech synów ubili. A potem córka w Warszawie na zapalenie płuc zmarła. Wszystko bezdzietne…


– Aj tam bezdzietnie! Roman żonę i córkę miał, co je do obozu wzięli.


– A tak. No ale jakby nie było, jak Jaczkowska zmarła, to był rodziny koniec. A wielkiej rodziny. Ze dwa tygodnie wyprowadzali dom.


– Tydzień, pamiętam przecież. – Stefania popatrzyła na Antoniego zniesmaczona. – Ostatni tydzień przed rokiem szkolnym. Pamiętam, bo za nimi do miasta szłam. Nowe buty musiałam kupić.


– No może i tydzień.


– I teraz też będą tydzień wyprowadzać? – Mała wbiła wzrok w obciągnięte kraciastymi koszulami plecy oddalających się mężczyzn.


– A kto wie? U Stacha pewnikiem dużo do wyprowadzania. Sam ze sto trzydzieści lat miał. Dom pewno i starszy, ale może krócej im zejdzie. Teraz wszystko nowocześniejsze – odparł Antoni.


– A i ten Wojciech jakby odmłodniał – dodała Stefa.



Mężczyźni po kolei przeżegnali się przy skrytej wśród wierzb figurze Matki Boskiej i skręcili na zarośniętą ścieżkę prowadzącą ku drewnianej chałupie. Stanęli na podwórzu z trzech stron otoczonym budynkami, z czwartej zaś strzeżonym chaszczami pokrzyw, czerwonej porzeczki i agrestu. Wojciech dał znak, by czekali. Przegarnął za uszy rdzawe, sięgające ramion włosy, przygładził beżową koszulę z podwiniętymi rękawami, wytarł dokładnie buty w słomiankę i przekroczył próg sieni. Powitał go wystygły piec i garnuszek przypalonej kaszy manny. Dalej otwierała się spora izba. Niewiele się w niej zmieniło od czasu, gdy rządziła tu Marylka. Lepka przyrzucona była wzorzystą makatą, a na zasłoniętym koronkową chustą stole dumnie tkwił radioodbiornik Jupiter. Nad tapczanem wciąż wisiały obrazki świętych i tylko zdjęć rodziny, poutykanych za ramki, przybyło. Wojciech na chwilę stanął, przyjrzeć się znajomym i obcym obliczom. Ładnym i brzydkim, zadbanym i wyniszczonym, i tylko wszystkim, co do jednego, tkniętym smutkiem przemijania, skrytym pod uśmiechem. Za kolejnymi drzwiami otwierał się przechodni pokój, w którym kiedyś sypiali najmowani pracownicy. Z niego przejść można było do sypialni lub komory, a dalej zagłębić się w labirynt izdebek pobudowanych bez ładu i składu dla szybko rozrastającej się rodziny.


Stach siedział w ciemnościach komory. Dwadzieścia lat wcześniej jego prawnuk postawił tam fotel, poznosił książki, lampę i odmówił wychodzenia nawet na posiłki. Dożył w tym fotelu swoich dni. Teraz jego miejsce zajął zgięty czasem staruszek o opuchniętych oczach i zesztywniałych od artretyzmu palcach. Na jego kolanach tkwiła głowa Rutka – ukochanego psa. Sąsiedzi zabrali kundelka, gdy wyprowadzali ciało, ale kolana Stacha nawykły do ciężaru pupila, a ręka do gładzenia siwej sierści. Psy zaś są wierne.


– Wojciech! – Stach uderzył się wolną ręką po kolanie. – Przyszedłeś mi go zabrać? – Wskazał na łeb.


– Jego też. Wyprowadzić cię przyszedłem – odparł Wojciech.


Głos miał niski i głęboki, ale cichy. Kobiety w dawnych latach mówiły, że przykurzony i nasłuchiwały go z ciekawością. Tak jak i z ciekawością wypatrywały orlego profilu mężczyzny i jego tatuaży pozostałych ze służby na dalekich morzach, gdzie zatrudniali go do sprzątania wspomnień z kajut, a czasem i całych okrętów.



– Pakujcie ostrożnie. Dom będziemy zwijać w przyszłym tygodniu, jak trochę obeschnie. Więc żeby wam jakaś ściana czy komin nie wpadły do pudła, bo potem się będziemy szarpać jak głupi z wypakowywaniem. Jakby ktoś trafił jakieś szczątki ludzkie czy zwierzęce, to nie ruszajcie na razie. Mnie wołajcie.


Wojciech wygłaszał swoją typową mowę, podczas gdy robotnicy przenosili nieboszczyka na lepkę. Nie protestował. Upstrzona zgniłymi wykwitami chorej wątroby dłoń wciąż gładziła łeb psa.


– Starego na koniec? Razem z głową? – spytał szeptem Herman.


– Starego też mi zostawcie – westchnął Wojciech.


Choć Herman i Takeshi pracowali z nim od samego początku – jeszcze na statkach na Morzu Południowochińskim i w Ameryce Południowej – wciąż nie lubił pozostawiać im zasiedziałych zmarłych do wyprowadzania. Zwłaszcza, że stracili do nich serce i cierpliwość, gdy on, w pięćdziesiątym dziewiątym, przygnieciony półwieczem pracy i dwudziestoma latami wojennych wyprowadzek zostawiał im najgorsze ciężary, wierząc, że przejmą firmę. Z tamtego czasu pozostało mu zdjęcie własnej, zoranej głębokimi zmarszczkami, twarzy, zrobione w jakiejś połemkowskiej wsi.



Kartonami zastawiono całą sień, stół w kuchni i podłogi w pokojach. W tumanach kurzu wpadały do środka dywany, zasłony, pościel, materace i stare sienniki zrzucone na sięgający stropu stos. W kuchni, pobrzękując dancingowe hity, leciały sztućce z wybitymi znakami ośrodków wczasowych, szpitala MSWiA i sanatorium w Ciechocinku. Czasem zaplątał się dumny widelec Hefra albo srebrny nóż do ryb. Herman – śniady mężczyzna o włosach zbielałych od słońca – pracowicie wypakowywał szafki w kuchni. Z trudem wyrywał pająkom porcelanowe talerzyki, niebaczny na jazgotliwe protesty malutkich stworzeń.


– Elżunia tyle gadała do tej szafki, tyle gderała, że nawet pająki nauczyła gadać – Stachu, wyciągnął głowę spomiędzy zgarbionych ramion ruchem wychylającego się ze skorupy żółwia i perorował: – Przywiozła ten komplet od swojej ciotki z Czechosłowacji. Filiżanki jeszcze były. Takie w niebieskie wzorki. Wszystkie się wytłukły. Ku zgrozie Elżuni, która chciała nauczyć nas używać spodeczków razem z filiżankami.


Roześmiał się tak, że zapracowany mężczyzna omal nie wypuścił talerzyka. Chciał kopnięciem zamknąć drzwi kuchni, ale natrafił na chłodny wzrok Wojciecha. Pokręcił głową i otworzył kolejne drzwiczki. Na podłogę sypnęła się z lamentem kasza gryczana. Dwaj robotnicy szybko podsunęli pudło, bo sypała się bez przerwy, jakby cała sięgająca sufitu szafka była nią wypełniona. Ale i tego było mało. Przyniesiono kolejne pudło i jeszcze dwa, a potem wielką torbę. Wypełniły się w kilka chwil. Wojciech stał w progu, założył ręce na piersi i bezradnie słuchał wyrzekań nad sypiącą się kaszą.


– Jeść co nie ma, a ta wysypuje! Jezus Maryja! I co na obiad jutro będzie?! Do sąsiadów po prośbie poliziesz czy co? Matko Przenajświętsza! Duże to a głupie. Jedzenie trza szanować. O Boże mój, Boże.


– Ostawcie to, niech leci. Pudeł nam zaraz zabraknie – rzucił któryś z pracowników.


– Ani mi się ważcie. Dom zasypie, zanim się obrócimy – warknął Wojciech.


Przyskoczył do starego, nachylił mu się do ucha.


– Co to z tą kaszą. Co to za lament? Pamięta coś Stachu?


– Szefie, nie mieści się w nic! Ostatnie torby nam zostały. Te na gruz.


– To bierzcie je! Słyszy Stachu?


– Ano słyszy. To po wojnie zaraz. Bida była taka…


– I co?


– Nie mówiła ci Marylka? Przeca jej ciotkę znałeś. Genię, tę co to ni ręką ni nogą. Duża już była, jak ją matula ścierą po łapach smagnęła. Bo ta kaszę, co na trzy obiady miała być, rozsypała. A tu podłoga była wygniła, wszystko między klepki się chowało. Genka się przestraszyła, odskoczyła i jak nie wywinie orła! Upadła. A tak źle, że głową w próg uderzyła. I jak się obudziła, to już więcej ni ręką ni nogą. A dwa miesiące to w Warszawie, w szpitalu leżała.


– Ach, czyli to matka Geni…? Jak z nią dalej było?


– Uleńka jak Uleńka. Z Bogiem sobie wyjaśniła, o córę do śmierci dbała. Tylko Daruś, wiesz, stryjeczny Marylki, jak po latach się dowiedział, to pogłupiał i rzekł, że on na rodzinę patrzeć nie będzie. W komorze z książkami zasiadł i więcej nie wyszedł.


Wojciech machnął ręką. Wyprostował się, chmurny. W kuchni jego robotnicy już po kolana w kaszy stali.


– Ma Stachu coś, w co pakować można? Tutejszego? Starego?


– A worki po mące w szopie zostały. Weź jak potrzeba.



Worków po mące nie brakowało, ale wszystkie zetlałe i przeżarte tak, że rozłaziły się w palcach. W kącie stał jednak jeden cały – ściśle zawiązany, upstrzony pieczątkami i wypełniony kawą, którą przywiózł kiedyś Elżuni wielbiciel. Z samej Argentyny był podobno i wrócił do niej szybko, rozgniewawszy kobietę swymi manierami południowca. Wojciech wysypał zapleśniałe ziarno, krzywiąc się od zapachu. Surowy, jutowy wór podstawił pod szafkę w kuchni i czekał aż kasza przestanie się sypać. Pomieściła się i ta, co w szafce jeszcze została i ta, co ją z podłogi zamieciono i z innych pudeł przesypano. Czterech robotników sprzątało kataklizm, reszta znów rozeszła się po domu, wywlekać zjedzone przez korniki meble i kłócić się z myszami o zetlałe książki.



– Ashi – Takeshi wmaszerował z poważną miną do pokoju.


– Noga? – upewnił się Wojciech.


– So-to-py – odparł Japończyk ze znużeniem.


Obrócił się na pięcie i poprowadził w głąb dziecięcego pokoju, który przez lata zmienił się w składzik. W szafce, obok zużytych butli z gazem, stały faktycznie dwie stopy. Prawa i lewa. Bose, męskie, spracowane mocno, z wrośniętym paznokciem na jednym paluchu, zrogowaciałymi piętami i śladami lekkich odmrożeń. Takeshi wskazał na leżący obok wełniany kocyk. Wykonał enigmatyczny gest sugerujący, że stopy były nim spowite. Wojciech podniósł je ostrożnie. Skrzywił się od zapachu.


– Przynajmniej nie trzydzieści nocników – zaśmiał się Herman, obserwując szefa. – Pamiętasz, nie?


– Pamiętam. Takich domów się nie zapomina.


Stach rozparł się wygodniej na lepce, gdy mężczyzna niósł stopy do worka.


– O! To Waldka! To była dopiero historia. Pamiętasz?


Wojciech zatrzymał się i pokręcił głową, nim poznał, że stary mówi do Rutkowego łba.


– To było na któreś wybory. Poza Elżunią nikt ze wsi nie chciał iść, bo i po co? To poczciwi milicjanci dowozili. Heniek przyleciał nas ostrzec, więc się część rodziny u niego w szopie pochowała. Ale Waldek nie zdążył. Wymawiał się, że śnieg i że zimno, a oni, że zawiozą i przywiozą z powrotem. Butów nawet nie zdążył włożyć. Kurtkę ledwo ułapił. Ale jak dojechali pod szkołę, to wysiadł, wlazł do budynku i drugim wyjściem uciekł. I do domu pieszo wracał. Wyobrażasz sobie?! Z samego miasta, boso, po śniegu!


Stachu śmiał się, klepiąc psi łeb złożony wciąż obojętnie na kolanach, ale jego oczy pozostały smutne. Wojciech zapatrzył się w nie, zahipnotyzowany. Chwyciła go jakaś dziwna duszność, cisnął więc stopy do wora i ruszył na podwórze. Herman zatrzymał go w progu.


– W kredensie stoi jakaś dziecięca skarbonka. Wiesz, taka świnka. Pusta i obtłuczona, ale nie daje się ruszyć. Gryzie w palce i kwiczy, że więcej nie da ani grosza.


– Stachu? – Wojciech spojrzał przez ramię, ale nieboszczyk zapadł się na powrót w swoim świecie.


– Może rozbić i kawałki do tego worka wrzucić? Tak się powinno dać pozbierać.


Twarz Wojciecha wykrzywiła się w niechętnym grymasie. Wymienili z Hermanem porozumiewawcze spojrzenia i śniady wskazał szefowi kredens.



Świnka miała pokaźną dziurę w boku – nieco poniżej zwykłej szczeliny, przez którą wrzucało się pieniądze – i cały ryjek wymalowany w kwiatki i motylki.


– Łapy plec! To Dawidka! Nie dostanies więcej! – poczęła protestować i gryźć, gdy tylko Wojciech zbliżył rękę.


Wyjął z kieszeni zniszczony, skórzany portfel. Wygrzebał kilka drobniaków.


– Dołożyć chciałem.


Znieruchomiała, czujna. Podskoczyła jeszcze, gdy wrzucał monety, ale potem dała się wziąć w rękę.


– Niektóre wspomnienia trzeba sposobem – wyjaśnił zdumionemu pracownikowi Wojciech, niosąc skarbonkę do worka.


– Nie psujcie jej… – Zabrzmiało z lepki. – Przez Franka zrobiła się agresywna. Kradł dzieciakowi drobniaki, jak Marylka nie chciała dać na piwo.


– Stachu wie, że ja niczego nie zepsuję.


Stary podniósł wzrok, w którym tkwiło zaprzeczenie. Nic jednak więcej nie powiedział. Nie musiał. Wojciech skinął mu głową, wcisnął świnkę do worka i pospieszył na podwórze, gdzie dwóch robotników z hałasem pakowało zalegające w stodole kafle, pozostałe z rozbiórki starego pieca.


Wrócił do izby zziajany, by zobaczyć, jak los świnki-skarbonki dzieli wyschnięty wianek polnych kwiatów i cztery ruchliwe myszki, które w latach sześćdziesiątych (a może to były siedemdziesiąte?) pogryzły ukochaną lalkę Elżuni. Takeshi przemawiał do nich po japońsku, głaszcząc wyliniałe futerka tak, jak głaskano je słowami, ilekroć wspominano tę historię. Elżunia nie znalazła sobie sojuszników ani w swoim, ani w kolejnych pokoleniach. Podobnie jak Marylka… Wojciech westchnął i dołączył do dwóch pracowników, rozmontowujących sedes i umywalkę w łazience. Zaraz znów odciągnięto go, bo na strychu leżały połamane palce Frania, przez które nigdy więcej nie zagrał na wiolonczeli. Sama wiolonczela poszła do pieca w trakcie zimy stulecia. Co chwila z zagraconych pomieszczeń wyciągano coś, co żadną siłą nie mieściło się do pudeł ani toreb. Worek z juty zdawał się zaś nie mieć dna i choć Wojciech cieszył się ze swojego trafu, to momentami bał się, że zaraz wpadnie mu tam cała, drżąca z emocji chałupa.



Wreszcie dom opustoszał. Robotnicy wynosili pudła i torby. Zdjęli nieboszczyka z lepki, by zabrać makatę i posadzili na podłodze. Starcza dłoń wciąż gładziła łeb Rutka, a bezsilne od lat nogi, wątłe i powykręcane chorobą, układały się w koślawy wzorek przed starcem. Pośrodku izby pozostał jutowy wór, którego Wojciech wzbronił wynosić. Sam obszedł jeszcze wszystkie kąty. Ściany stały pewnie. Choć osłabione nagłą bezcelowością istnienia powinny dotrwać do wywózki. Gorzej prezentował się dach, który nad połową domu stracił sens już sześć lat temu, gdy zmarł Dawidek. A nawet wcześniej – kiedy chłopak wyjechał z Marylką do miasta.


– Nie szkoda ci? – spytał stary, gdy Wojciech przechodził przez pokój.


Mężczyzna zatrzymał się i usiadł po turecku na ziemi, naprzeciw Stacha. Wyprostował plecy, dłonie oparł na kolanach, jakby zamierzał medytować. Bo w istocie było w tym coś z prawdy.


– Żal – odparł.


– Głupi byłeś. Trzeba było zostać z Marylką. Jej by było lepiej i tobie. Franek do tego domu nie pasował. Ty tak.


Wojciech wzruszył ramionami. Starej głupoty nie mógł załadować do worka i wywieźć na wysypisko. Pozostało mu sprzątać to, co nigdy nie stało się jego.


– Stachu, musimy już kończyć.


– Ja wiem, ja wiem. – Staruszek wtulił nos w szorstką sierść na głowie Rutka i zamarł. – Mogę sam go spakować?


Pomagając sobie rękoma podpełzł do wora. Od lat już nie wstawał, jeśli nie musiał. Pogłaskał ostatni raz psi łeb i gdy Rutek przymknął stęsknione oczy, schował go i zawiązał wór sznurkiem ze snopowiązałki.


– No? Idziesz?



Wojciech wziął głęboki wdech, potem wypuścił powietrze. Bez słowa czekał, aż wszystkie głosy współpracowników przeniosą się na podwórze. Marek zdołał podprowadzić samochód, więc pakowano teraz z zapałem meble i pudła. Takeshi zajrzał do chałupy, ale ujrzawszy dwie tkwiące naprzeciw siebie, nieruchome figury, dał znak kolegom, by ruszali. Dom jęknął pożegnalnie. W stodole posypało się kilka gontów z dachu. A potem wszystko ucichło.



Siedzieli, wdychając nową ciszę wiejskiego domu. Nie tę, będącą przerywnikiem między codziennymi odgłosami domowników, lecz tę, po której nic więcej nie następuje. Czy też raczej to, co następuje należy już do nowego porządku. Wojciech jednocześnie cierpiał i cieszył się, ilekroć ją słyszał. Była znakiem dobrze wykonanego zadania i otwierającej się nowej przyszłości. Ale mężczyznę zawsze pociągał bardziej smutek przeszłości.


– Na mnie już pora.


Wstał płynnie, nie pomagając sobie rękami. Sięgnął po jutowy worek. Zarzucił go na plecy i upadł, przygnieciony ciężarem. Zerwał się zaraz na nogi.


– Zostaw… – odezwał się łagodnie zmarły. – Czasem do takiego wora zmieści się więcej niż człowiek może udźwignąć.


Oczy Wojciecha błysnęły uporem. Nigdy jeszcze nie zostawił niczego przy wyprowadzce. I Stachu to wiedział. Wstał nadzwyczaj pewnie. Rozciągnął zastałe mięśnie, uśmiechem przywitał zgrzytnięcie dawno nieużywanych kolan.


– Ja to zabiorę. Na cmentarz. Poczekam. Za dwa dni mnie pochowają, to zakopią i to. I tobie tak będzie lżej, i mi weselej.


Chwycił jedną ręką worek, zarzucił go na plecy, jakby ten nic nie ważył i raźno ruszył do wyjścia. Wojciech podążył za nim.



Ludzie chowali się do domów i schodzili z drogi. We wsi już rozniosła się wieść, że Wojciech – ten od wyprowadzek – idzie na cmentarz. A gdy szedł na cmentarz, to wiadomo było, że nie sam i że należy dzieci zgonić z podwórza i pozdejmować czapki z głów.


I tylko stara Stefania, zerkając dyskretnie zza zazdrostek, dziwiła się, że tym razem nie dźwigał wielkiego wora, do którego zbierał najgłębiej wrośnięte w dom wspomnienia.



Powiadają, że taki nie nazwany świat z morzem zamiast nieba nie może istnieć. Jakże się mylą ci, którzy tak gadają. Niechaj tylko wyobrażą sobie nieskończoność, a reszta będzie prosta.
R. Zelazny "Stwory światła i ciemności"

Drzewo (SFFiH nr 3/2012) | Strach przed deszczem | Opar absurdu | Demony Witkacego | Przeciętni | Dziennik błędów | Roztańczony

Kot Garfield
Kmiotek
Posty: 4
Rejestracja: pt 24 sty 2020, 00:32
OSTRZEŻENIA: 0
Płeć: Mężczyzna

Nie do udźwignięcia

Postautor: Kot Garfield » pt 24 sty 2020, 13:29

Bardzo mi się podoba. Niesamowite łączy się tu z powszednim bez widocznych szwów. Zmarli mają swoje dziwactwa i biorą, czasami przez samą swoją obecność, czynny udział w życiu rodziny. Świnka-skarbonka broni swojej integralności dosłownie i w przenośni. Nienormalne staje się tak normalne, że aż nudne.
Tekst jest oszczędny aż do bólu, co jest wielką zaletą. Paradoksalnie wprowadza to odrobinę chaosu; gdzieniegdzie przydałoby się kilka słów komentarza, żeby czytelnik nie gubił się w tym bardzo przecież dziwnym, innym świecie.




Wróć do „Najlepsze z prozy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość